Tag Archive | ZZO

Moje Światowe Dni Młodych- Kraków 2016. Szpital na Siemiradzkiego

Poronienie, trudna ciąża zakończona cięciem cesarskim. Przepracowywanie trudnych emocji. Kolejna ciąża z przebojami, utrata zaufania do lekarza prowadzącego w 36 tygodniu ciąży (nowe wskazanie do cc – Światowe Dni Młodzieży;), zmiana planowanego szpitala, poród po terminie, indukcja i znieczulenie zewnątrzoponowe. Udany VBAC! Oto historia Ani:)

Ta historia zaczyna się w 2012 roku, kiedy po wielkim oczekiwaniu zobaczyliśmy na teście ciążowym upragnione dwie kreski. Niestety Nasza radość trwała stanowczo za krótko. W 13 tygodniu straciliśmy Nasze Szczęście. Był ogromy żal, może wylanych łez i jeszcze większa chęci zostania rodzicami.

Dwa miesiące później byłam już w drugiej ciąży. W ciąży tak bardzo chcianej, że aż niewyobrażalnej. W ciąży pełnej obaw i wielkiej nadziei, że tym razem się uda. Całą ciąże przed każdą wizyta drżałam ze strachu o moje Maleństwo. Kolorowo nie było. L4. Masa tabletek na podtrzymanie. Anemia – bo przecież jeszcze nie zdążyłam dojść do siebie po poronieniu. I słowa mojego lekarza, które dawały mi wiarę w to wszystko „Widocznie organizm był już gotowy, widocznie Ktoś na górze tak chciał”. Mijał tydzień za tygodniem, a dzidzia pod moim sercem zagnieździła się na dobre Termin miałam na 01.08.2013. Od maja czułam delikatne skurcze, lekarz straszył przedwczesnym porodem. Synek nie chciał się odwrócić główką w dół i już wtedy lekarz wspominał o cesarce. Dziecko duże, spory obwód główki, Pani zbyt wąska, anemia, poronienie- słyszałam na każdej wizycie. Im bliżej terminu tym bardziej utwierdzałam się w tym że nie dam rady urodzić naturalnie. Lekarz zaproponował nam rozwiązanie w 39tc przez cesarskie cięcie, nie byłam do tego przekonana. Pamiętam że przepłakałam wtedy chyba z 3 noce. Tak bardzo bałam się o moje dziecko. Tak bardzo chciałam żeby było całe i zdrowe. Poddałam się. Dzisiaj bardzo żałuję że wtedy nie zawalczyłam. Niestety czasu nie cofnę.

25 lipca 2013 roku przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz syn Leon. 3890g 56cm. Obwód tej niby dużej główki 37cm… 10 punktów. Jeszcze na Sali operacyjnej mogłam przywitać się z Małym. Baa mogłam nawet z pomocą położnej przystawić Go do piersi. Dałam mu odruchowo buziaka w czółko próbował ssać a do mnie dotarło, że wszystko co się dzieje, dzieje się poza mną. Jedyne co czułam to wielka pustka i żal. Nie było żadnych fajerwerków nie było tryskającej miłości. Wiedziałam że jest mój, ten jedyny, ten wyczekiwany. Mój Syn.

sdm

Po powrocie do domu kiedy widziałam jak mój mąż zajmuję się Małym miałam do siebie jeszcze większy żal. Wszystko co przy nim robił było otoczone ogromną miłością. Ja czułam że nie potrafię Go kochać tak mocno jakbym chciała, miałam wrażenie że wszystko co robie, robie machinalnie. Przez pewien czas uczyliśmy się z Małym siebie nawzajem. A ja z każdym dniem zakochiwałam się w Nim coraz bardziej, aż utonęłam w tej miłości po uszy

Mały rósł a ja w głowie miliony razy przepracowywałam swój poród. Nie raz zdarzało mi się płakać jak koleżanki opowiadały o swoich naturalnych porodach… tak bardzo im zazdrościłam.

Gdy Leo skończył rok odstawiliśmy się od piersi, wróciłam do pracy i zaczęliśmy intensywnie myśleć o kolejnym dziecku. Niestety ciągle się nie udawało. Było dużo badań, dużo żalu i ciągły niedosyt że się nie udaje. W lipcu 2015 roku okazało się że moje jajowody są niedrożne, kilka tygodni później usunięto zrosty. We wrześniu pierwszy raz dostałam tabletki ‘’wspomagające”. W końcu w listopadzie 2015 roku zobaczyliśmy na teście dwie upragnione delikatne kreseczki. Lekarz potwierdził ciąże i ku memu zaskoczeniu już na pierwszej wizycie założył mi kartę ciąży (przy wcześniejszych ciążach tak nie było). Nie dostałam żadnych lekarstw na podtrzymanie, morfologia w normie. Będzie dobrze pomyślałam. Czułam się świetnie. Pracowałam, zapisałam się na zajęcia ruchowe dla ciężarnych. Miałam tyle energii. Niestety nie trwało to długo.

W 6tc zaczęłam krwawić. Przerażenie. Telefon do lekarza. Telefon do męża. Na USG okazało się że z Dzieckiem wszystko dobrze. Dostałam lekarstwa i zalecenie żeby się oszczędzać. Krwawienie ustało. Po 2 dniach przerwy kolejne krwawienie. Lekarz kazał nam jechać na izbę przyjęć. Pozbierałam potrzebne rzeczy z domu, podświadomie czułam, że to już koniec. Drogi do szpitala w ogóle nie pamiętam, pamiętam tylko że siedziałam w samochodzie i czułam jak coś się ze mnie wylewa. Łzy same napływały mi do oczu. W szpitalu badanie i USG. Usłyszałam bicie serca mojego Dziecka i znowu ryczałam jak bóbr- tym razem ze szczęścia Zwiększyli mi dawkę leków. Zalecili spoczynkowy tryb życia wypisali L4 i odesłali do domu. W 12 tygodniu, dzień po badaniach prenatalnych znowu zaczęłam krwawić. Dzień wcześniej widziałam jak moje dziecko buszuje po moim brzuchu a teraz to?? Nie wiedziałam o co chodzi. Krwi było dużo, bardzo dużo. Jeszcze do tego byliśmy poza Krakowem. Zadzwoniłam do mojego lekarza, kazał jak najszybciej jechać do najbliższego szpitala. Zrobili USG, serce bije. Zostawili mnie na obserwację. Wypisałam się na żądanie. Nie czułam się tam komfortowo, chciałam wracać do Krakowa.

Przeboje z krwawieniem powtarzały się jeszcze dwa razy, w 18tc i ostatnie w 21 .Całą ciąże towarzyszyła mi anemia. Przy ostatnim pobycie na patologii ciąży okazało się że szyjka zaczyna się rozwierać. Czułam że coś się dzieje. Bolał mnie brzuch, męczyły skurcze przepowiadające. Bardzo bałam się, żeby nie urodzić za wcześnie. W 24tygodniu założyli mi szew okrężny na szyjkę. Spędziłam znowu kilka dni w szpitalu. Przy wypisie ordynator poinformował mnie że jeśli wszystko dobrze się ułoży w 35 tygodniu lekarz ściągnie mi szew a w 38 umawiamy się na cięcie… i wtedy mnie tchnęło. Zaczęłam po cichutku myśleć czy aby na pewno tak musi być… a może by tak pokrzyżować im plany?? Tak!!! Spróbuję. Wróciłam do domu, wyprzytulałam Starszaka i zasiadłam do komputera.

Wtedy o VBAC nie wiedziałam nic. Na szczęście bardzo szybko znalazłam się na stronie naturalniepocesarce.pl, zaczęłam chłonąć Wasze historie jak gąbka, zaczęłam marzyć o takim porodzie. Po kilku dniach, kiedy byłam już przekonana do swojej decyzji porozmawiałam z mężem. Pokazałam mu materiały dostępne na stronie. Przeczytał kilka historii i powiedział, że jeśli taka jest moja decyzja to On będzie mnie wspierał. Z mężem poszło jak z płatka, ale wiedziałam że czeka mnie jeszcze rozmowa z moim lekarzem. Pod skórą czułam, że nie będzie entuzjastycznie nastawiony do mojego pomysłu ,więc postanowiłam działać. Umówiłam się na wizytę do lekarki proVBAC, która miała odbyć się tydzień po wizycie u mojego lekarza prowadzącego (pomyślałam że jeśli mój lekarz się nie zgodzi, to po prostu go zmienię).  Ku mojemu zaskoczeniu lekarz wcale nie powiedział jednoznacznie nie. Co prawda trochę mnie ochrzanił, że jeszcze miesiąc temu walczyliśmy o to, abym nie urodziła wcześniaka a ja już wymyślam no ale… Dość długo rozmawialiśmy, niczym mnie nie straszył, powiedział że będziemy bacznie wszystko obserwować i podejmiemy najlepszą decyzję. Uwierzyłam mu. Byłam szczęśliwa po wyjściu z gabinetu, bo przecież wcale nie chciałam zmieniać lekarza. Przecież On jest najlepszy, najlepiej mnie zna. Zawsze mogłam na niego liczyć, zawsze odbierał ode mnie telefony i służył radą a zdarzało mi się dzwonić o kosmicznych godzinach. Po tej wizycie stwierdziłam, że skoro mój lekarz tak do tego wszystkiego podchodzi to nie będę konsultowała się z innym, bo przecież mam wsparcie.

Termin miałam na 19 lipca w Krakowie wszyscy przygotowywali się do Światowych Dni Młodych – my żyliśmy własnym życiem i przygotowywaliśmy się jak najlepiej potrafiliśmy do naszego porodu do porodu siłami natury po uprzednim cesarskim cięciu. W 35tc byłam umówiona z moim lekarzem na ściągnięcie szwu. Poszło szybko sprawinie i prawie bezboleśnie. Później USG, waga Synka 2800 więc raczej mały w porównaniu do brata Po KTG i badaniu lekarz stwierdził że prędko nie urodzę …i w tym momencie jego słowa prawie zwaliły mnie z nóg… „To jak umawiamy się na 12 lipca na cięcie?” Ale że co? Ja się na nic nie umawiam, przecież nie tak miało być, przecież ja chce rodzić dołem! Przecież rozmawialiśmy o tym! I wtedy usłyszałam, że niby tak, ale zbliżają się ŚDM, że przecież nie wiadomo jak będzie z dojazdem do szpitala, że On może nie dojechać na czas, a wtedy ordynator się nie zgodzi na taki poród i że lepiej będzie jak w ŚDM będę już z Małym w domu. No tak, idealne wskazanie do ciecia!  W życiu bym na to nie wpadła – porażka.

Tym sposobem w 36tc zostałam bez lekarza prowadzącego. Po tym co usłyszałam powiedziałam sobie, że ja już tam nie wrócę. Było mi źle, nie wiedziałam co mam robić i co będzie dalej. Byłam załamana. Z grupy wsparcia wiedziałam już gdzie w Krakowie mogę szukać pocieszenia i chodź wcześniej nie dopuszczałam myśli, że mogę powitać Synka w innym szpitalu niż Starszaka tak teraz wiedziałam, że muszę zaryzykować. Następnego dnia obdzwoniłam szpitale proVBAC i tak kilka dni później byłam już po pierwszej konsultacji u dr Wójcika w Przyszpitalnej poradni na ul. Kremerowskiej. Dostałam skierowanie na USG blizny i na pomiar miednicy. Tydzień później dostałam od doktora zielone światło na próbę porodu. Blizna w najcieńszym miejscu 2,2mm. Zdecydowaliśmy z mężem, że by czuć się pewniej, opłacimy dodatkową opiekę położnej. Trochę z przypadku trafiłam na cudowna panią Danusię, która bardzo wspierała mnie w mojej decyzji. Termin porodu zbliżał się wielkim krokami. Do moich wcześniejszych przygotowań (typu herbata z liści malin i olej z wiesiołka) dołączyła większa aktywność fizyczna i szeroko pojęte domowe porządki Za każdym razem KTG książkowe, zero skurczy, chociaż w nocy nie raz „coś” nie dawało mi spać.

Tydzień przed terminem skurcze na KTG się pojawiły. Młoda lekarka chciała nawet skierować mnie już do szpitala, tłumacząc że stan po cc i że trzeba uważać. Na szczęście skonsultowała się z dr Wójcikiem, który po badaniu stwierdził, że nie ma sensu kłaść mnie na oddział, zalecił tylko częstsze KTG. Na kolejnych badaniach żadnych skurczy, rozwarcie 1,5cm, główka wysoko.

W dniu terminu bardzo źle się czułam, pół dnia wymiotowałam, byłam osłabiona nie mogłam jeść ani pić. Wiedziałam, że tak naprawdę nic się nie dzieje, żadnych skurczy nie było. Zadzwoniłam do położnej. Porozmawiałyśmy, trochę się uspokoiłam, ale czułam wewnętrznie że potrzebuję wsparcia, ściągnęłam męża z pracy i na szczęście powoli wszystko się wyciszyło. Odebraliśmy Starszaka z przedszkola, poszliśmy na długi spacer, później na plac zabaw, pograliśmy w piłkę. Ciągle miałam nadzieję, że coś się ruszy. Nie ruszyło.

Kolejna noc była spokojna, wyspałam się, odprowadziłam Synka do przedszkola i wybrałam się na maraton zakupowy. Wróciłam do domu i po raz setny urządziłam wielkie sprzątanie. Po kolejnym KTG (byłam wtedy 2 dni po terminie ) lekarka dała mi czas do 26 lipca na rozruszanie akcji, a jeśli nic się nie będzie działo, we wtorek rano miałam się zgłosić do szpitala na badanie wydolności łożyska. W przychodni dostałam jeszcze przepustkę na dojazd do szpitala – było to konieczne ze względu na trwające ŚDM. Od razu po wyjściu z przychodni zadzwoniłam do położnej. Pani Danusia odpowiedziała na wszystkie nurtujące mnie pytania i jak zwykle mnie uspokoiła. Na końcu jak zwykle przypomniała, że mam zjeść konkretne śniadanie, bo muszę mieć siłę by rodzić

W zasadzie ta data 26 lipca była mi trochę na rękę. 25 lipca obchodziliśmy 3 urodziny Starszaka, więc chciałam być z Nim w tym dniu. A tak w ogóle, to przecież 26 są moje imieniny to idealna data na poród, pomyślałam

W poniedziałek wieczorem przyjechali moi rodzice, mieli zostać ze Starszakiem, kiedy my będziemy rodzic. Rano 26 lipca (za radą położnej) zjadłam śniadanie, pożegnałam się z Synkiem i ruszyliśmy do szpitala. Koło 10 przyjęli mnie na oddział i podłączyli pierwszą dawkę oksytocyny, leżałam tak chyba z 3 godziny, nie czułam skurczy chociaż na KTG „coś tam” się pisało. Odłączyli oxy, zjadłam obiad. Przyszedł dr Wójcik, zbadał mnie, popatrzył na KTG, powiedział że daje mi 2 dni, bo łożysko dłużej nie da rady. Złożył mi życzenia imieninowe i powiedział, że jeśli nic nie zacznie się dziać, to widzimy się w piątek na ponownym OCT. Miałam w głowie tysiące myśli, niby cieszyłam się, że mogę wrócić do domu, że mam jeszcze kolejne kilka dni na rozkręcenie akcji, ale z drugiej strony byłam już wykończona tym całym przeterminowaniem. Po drodze do domu zaliczyliśmy Mc Donalda. Miałam ogromną ochotę na pochłonięcie czegoś „obrzydliwego” Zjadłam, wypiłam kubek coca-coli i szczęśliwa wróciłam do domu Wieczorem zadzwoniłam do położnej, wyżaliłam się. Ustaliłyśmy, że jeśli nic się nie wydarzy, to w piątek (29 lipca) widzimy się w szpitalu.

Noc była ciężka, skurcze męczyły, ale były do zniesienia. Rano odszedł czop. Zaczęłam delikatnie krwawić. Byłam przeszczęśliwa, że Dzidzia daje znaki Niestety dzień mijał nadzwyczaj spokojnie, a ja w głowie już przewidywałam najgorszy scenariusz.

Wieczorem usiedliśmy z mężem na kanapie, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, cieszyliśmy się chwilą. Byłam spokojna jak nigdy wcześniej. Złe myśli odeszły, wsłuchiwałam się z muzykę, razem z Red Hot Chili Peppers nuciłam Dark Necessities Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie swój wymarzony poród.

Rano powtórka z rozrywki, śniadanie, buziak dla Małego i w drogę. Tym razem w szpitalu było spokojniej. Dość szybko przyjęli mnie na oddział. Blizna 2,2cm, rozwarcie 1,5 cm, główka wysoko. Położna zaprowadziła mnie na pierwsze piętro gdzie już czekała na mnie moja Pani D.

29 lipca, 10 dni po terminie o 9:18 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. W międzyczasie zbadała mnie Pani D. – zafundowała niezbyt komfortowy masaż i stwierdziła, że rozwarcie 2cm. Koło 11 skurcze zaczęły stawać się coraz bardzie wyczuwalne. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba się zaczyna. Po 30 minutach już wiedziałam, że nie chyba

Ja rodzę! Czuję skurcze! Hura!!

Moja radość nie trwała długo. Nie mogłam się ruszać, a ból z minuty na minutę był mocniejszy. Pani D. zdecydowała, że odpinamy KTG i kroplówkę, kazała mi pochodzić po korytarzu. Pomogło, było lżej, ale bardzo chciałam, żeby mąż był już przy mnie (to mogło się stać dopiero jak przejdziemy na salę porodową). Wróciłam na sale przygotowawczą – tam czekała na mnie Pani D. z ciepłą zupa i workiem Sako. Zjadłam zupę, niechcący natknęłam się w torbie na Snicersa – musiałam go zjeść, nooo musiałam, czułam że jak go zjem to urodzę naturalnie(co prawda był przygotowany dla Męża no ale.. ).

Kolejny zapis KTG miałam podłączony na worku, przy skurczach mogłam się delikatnie ruszać, co na tym etapie przynosiło ulgę. Pod oknami szpitala przedzierały się tłumy pielgrzymów, śpiewali, krzyczeli, a ja czułam się jakby mi kibicowali. Kolejna dawka oxy. O 13 miałam dość, w głowie błagałam o cesarkę. Koło 13:30 kolejne badanie 3,5cm, skurcze mocne regularne i decyzja o przeniesieniu na sale porodowa. Zadzwoniłam do męża – od tamtej chwili byliśmy już razem. Poszłam pod prysznic, ruszałam się – było trochę lepiej. Ciągle miałam uczucie, że zaraz zwymiotuję, czułam się tragicznie. Pani D. uspokajała, że to dobry znak, że szyjka pracuje. Po jakimś czasie znowu ktg na leżąco – wykańczało mnie to, ale położna obiecała, że postara się, żeby to był ostatni zapis w takiej pozycji. Dałam radę. Później wybawieniem okazała się piłka, bujałam się na niej delikatnie a Mąż przy skurczach dzielnie masował plecy.

Koło 16 byłam już tak zmęczona, że miedzy skurczami przysypiałam. Skurcze były tak bolesne, że poprosiłam o znieczulenie. Cudowne uczucie! Mogłam się zregenerować i nabrać sił. Później lekarka zdecydowała o przebiciu wód płodowych. W tym czasie Mąż czytał Maluchowi książkę, słuchaliśmy muzyki, zjedliśmy kolację. Później udało mi się na chwilę zasnąć. Około 19:40 zaczęło puszczać znieczulenie. Czułam delikatne skurcze. Po badaniu wielkie zaskoczenie – pełne rozwarcie. Mamy 10 cm. Nie wierzyłam. Pani D. zmobilizowała mnie do wstania z łóżka i podpięciu KTG na piłce. Po wstaniu czułam jak wody się sączą. Druga faza zaczęła się o 19:50. O 20:40 położna wytłumaczyła mi co mam robić gdy poczuję parcie i zaprosiła mnie na łóżko. Byłam przerażona – jak to już !? Wydawało mi się, że nie jestem gotowa, że te skurcze nie są na tyle bolesne, żebym dała radę przeć. Wydawało mi się, że ból będzie mocniejszy, że będę wiedziała co mam robić, ale nie wiedziałam. Pierwsze parcie masakra, główka się cofnęła. Parcie. Maż tłumaczył mi co kiedy mam robić i to było moje wybawienie, bo ja zupełnie tego nie czułam. W pewnym momencie Pani D. zapytała czy chcę dotkną główki, zdążyłam tylko wykrzyczeć: nie! bo już czułam, że nadchodzi kolejne parcie.

I tak o godzinie 21:10 powitaliśmy Ksawerego.

sdm2

Poczułam jego cudowne ciepło na moim brzuchu i zakochałam się bez pamięci Wtedy dotarło do mnie że się udało, urodziłam! Pani D. poinformowała nas że pępowina przestała tętnić więc tata zabrał się za przecięcie, a później mogliśmy się tulić. Mały urodził się z wagą 3760g i 53cm wzrostu. Obwód główki 38cm. Rodził się z rączką przy buzi i był owinięty pępowiną. Niestety pękłam i zostałam nacięta. Później okazało się, że jest problem z urodzeniem łożyska. Bardzo mnie to zaskoczyło. Musieli zabrać Małego na chwilę, bo ból był tak mocny, że nie byłam w stanie go utrzymać. Dostałam oksytocynę i kolejną dawkę znieczulenia. Okazało się, że łożysko przykleiło się do tylnej ściany. Musieli łyżeczkować. Na koniec zafundowali mi jeszcze sprawdzanie blizny (wiedziałam o tym, że w szpitalu mają takie procedury). Później szycie, niby na znieczuleniu, ale i tak czułam każdy ruch.

Zaraz po szyciu Maluch z tatą wrócili z ważenia.

Nasza sala pustoszeje, zostajemy tylko my i nasze Szczęście. Później, przytulasy i pierwsze karmienie. Pani D. zagląda do nas, przynosi nam słodką herbatę i kolejną kolację. Koło 24 wędrujemy na 2 piętro. Dostajemy pożegnalnego buziaka od taty, cały potok wspaniałych słów od Pani D. i zostajemy w tę piękną noc sami. Ja i mój Syn. Patrzę na Niego jak spokojnie śpi, ja sama nie mogę zasnąć. Patrzę i ciągle się uśmiecham. Patrzę i wciąż nie wierze, że się udało.

Nasz magiczny czas!

Czy tak wyobrażałam sobie mój poród?

Nie.

Myśląc o nim wcześniej, nie chciałam indukcji, nie chciałam oksytocyny, nie chciałam rodzić w znieczuleniu. Chciałam urodzić jak najbardziej naturalnie.

Nie udało się. Sama z biegiem upływających dni zgodziłam się na indukcję, sama widziałam, że po każdej próbie odłączenia oksytocyny skurcze słabły i stawały się nieefektywne, więc godziłam się na kolejne dawki. Sama po wcześniejszej rozmowie z położną zdecydowałam się na znieczulenie. To były moje świadome decyzje, których dziś nie żałuję .Czułam że to mój poród i że to ja o wszystkim decyduję. Dzięki wiedzy zdobytej na grupie wsparcia, dzięki pełnemu zaufaniu mojej cudownej położnej i wielkiemu wsparciu mojego Męża czuję się spełnioną mamą moich cudownych Synów.

Dziś wiem, że poród drogami natury to niewyobrażalny ból, ale wiem też, że to jedyny ból który ma sens. Ból który prowadzi do najpiękniejszych chwil w życiu kobiety i daje spełnienie.

Ania

KOCHAM moje OBA porody (Niemcy)

Czasem czytając historie porodowe dziejące się w innych krajach (tak, tak, wiem, że za granicą też bywa różnie i nie zawsze różowo, ale…) mam wrażenie, że polskiemu położnictwu bliżej obecnie do chirurgii niż do prawdziwej, nastawionej na wspieranie natury sztuki położniczej. I za każdym razem mam nadzieję, że to się zmieni… na lepsze. Wiem, że już się w niektórych miejscach zmieniło i dziękuję przy tej okazji wszystkim tym lekarzom i położnym, którzy/które wspierają kobiety w rodzeniu drogami/siłami natury po cięciu cesarskim, nawet więcej niż jednym. Oby było Was coraz więcej! W wielu miejscach naszego kraju dużo jest jednak wciąż do zrobienia, a motorem pozytywnych zmian jesteście WY, kochane Kobiety! Dzisiejsza historia, której autorka prosiła mnie o anonimowość, daje nadzieję i pokazuje, że do VBAC można podchodzić inaczej – bez wpędzania w lęk, bez zastraszania, tak … normalniej. Może świadomość tego Was podbuduje i upewni w decyzji o rodzeniu sn po cc.

W sierpniu 2013 przez cc urodziła się moja pierwsza córka. Ponad 4kg, 56cm. Poród zaczął się od wymiotów o 1 w nocy i lekkich skurczy. Po 7h nieregularnych skurczy i wymiotowania miałam dalej 1 cm z którym przyjeli mnie na oddział (córka urodziła się 14 dni po terminie). O 8 rano tachykardia – tętno 180-200 i decyzja o cięciu. Po rozcięciu okazało się, że zielone wody i początki zatrucia wewnątrzmacicznego.
Cesarka była ok. Mąż w 30 minut dojechał do szpitala, od razu na porodówke i już wspólnie jechaliśmy na salę. „Rodziliśmy” razem. On mnie uspokajał, mówił do mnie, a obok mnie cieli. Dziecko dostałam od razu po wyjęciu i szybkiej ocenie stanu zdrowia. Leżała mi na klatce piersiowej i spała, a ja płakałam ze szczęścia. U nas w szpitalu (Niemcy) nawet na sekundę nie zabrali mi dziecka, ani męża. Wstać musiałam około 2 godziny później na siku… Tuż po cesarce dali mi też porządny obiad. Blizna wyglądała super, ale po czasie pojawił się bliznowiec (u mnie norma). Bolała mnie dwa lata i 12 dni ( aż do drugiego porodu).
Całą drugą ciążę bolała mnie blizna, bo był pod nią taki jakby guzek. Raz mocniej, raz słabiej. Podczas porodu bolała okropnie. W poniedziałek o 20 zaczęły się skurcze, o 1 w nocy były tak silne, że pojechaliśmy do szpitala. Rano mnie z niego wypuścili, bo „w domu będzie pani lepiej”. W środę rano byłam wykończona, dalej w domu (w międzyczasie jeszcze raz w szpitalu i tekst starej położnej, że nie rodzę). Pojechaliśmy do szpitala, wytłumaczyłam, że od 2 nocy nie śpię i już nie mam siły. Rozwarcie po 40 h skurczy 1,5 cm.
Położna wyjaśniła mi jakie ryzyko niesie ze sobą znieczulenie i oxy (ewentualnie zatrzymanie porodu i cc) i pozwoliła mi decydować. Od razu kazałam wołać lekarza. Po zzo poszłam spać (na lewym boku, bo na prawym od razu spadało dziecku tętno). Dostałam oxy z dyfozora (maleńka dawka 2ml/h). Skurcze stały się słabsze, ale regularniejsze i 2 godziny później obudziło mnie odejście wód i niesamowity ból blizny. Położna zbadała i mówi, że to nie bliznę mi rozrywa tylko to parte. 8 skurczy później byłam mamą po raz drugi. Kazali mi wstać na skurczu kucać, a pomiędzy wstawać. Było ciężko, mąż podnosił. Udało się!!!
Ten poród uleczył moją duszę i ciało. Guzek pod blizną się wchłonął, o dziwo nawet bliznowiec się pomniejszył, blizna już kompletnie nie boli (kto wie może zrosty porozrywało, nie wiem). Teraz patrzę na cesarkę jako bogate doświadczenie życiowe i KOCHAM moje OBA porody. Dziękuję wam za pomoc. Cicha anonimowa podczytywaczka.
P.S. Dodam jeszcze, że druga córka urodzona 7 dni po terminie, bez kontroli blizny i straszenia mnie. Byłam zwykłą pacjentka. Przykre, że kobiety w Polsce muszą walczyć. Ja musiałam pokonać tylko strach przed cc i przed sn jednocześnie. Każdy lekarz i każda położna traktowali sn jako oczywistość.

W jakiejś innej czasoprzestrzeni (Warszawa)

Od strachu przed porodem naturalnym do cudownego VBACu. Z wsparciem zarówno podczas ciąży, ze strony lekarza, jak i podczas porodu, ze strony położnej. W bezpiecznym otoczeniu, z opieką pełną delikatności, szacunku i podmiotowości – tak to MOŻLIWE także w polskim szpitalu. Oto historia Oli:

baby_foot_black_and_white

Zdecydowałam się opisać mój poród bo czuję ogromną wdzięczność dla tych wszystkich dziewczyn, których historie porodu można przeczytać na tej stronie. Wdzięczność za to, że chciały walczyć o poród VBAC, za ich odwagę. Czytałam te historie całymi wieczorami, kiedy mąż i synek spali i ryczałam. Ja wiem, tak jak na pewno wiele z Was, ile łez można wylać po nieudanym porodzie. I dlatego te historie są potrzebne, bo dają innym siłę i nadzieję, że może się udać, że może być pięknie. Dziś, ponad 5 miesięcy po drugim porodzie, zdecydowałam się opisać krótko historię moich porodów.

Podczas mojej pierwszej ciąży w 2012r. pojawiła się arytmia, która bardzo nasilała się w czasie wysiłku. Nikt nie chciał ryzykować porodu sn, zarówno kardiolog jak i lekarka prowadząca ciążę wskazywali na cesarkę. A ja panicznie bałam się porodu naturalnego i chętnie przystałam na to rozwiązanie. Oglądałam setki filmików z porodów. Te twarze wykrzywione bólem, te krzyki, byłam tym przerażona. Bardzo chciałam, aby była przeprowadzona w szpitalu św. Zofii w Warszawie, ale ponieważ w czasie ciąży leżałam 2 tygodnie na oddziale patologii ciąży w MSWiA, tam skierowano mnie na cięcie. W styczniu 2013, kilka dni przed planowym terminem porodu, stawiliśmy się z mężem w szpitalu. Trochę czekaliśmy, po wypełnieniu wszystkich potrzebnych papierków – przebranie w szpitalną kusą piżamę, wenflon. Wszystko zimne, nieprzytulne, metalowe, sterylne, obce twarze, zapach płynu do podłóg, jakiś uśmiech przechodzącej położnej. „Proszę wyjąć ubranka dla dziecka i pieluchy” – Jezu to naprawdę zaraz się stanie…Znieczulenie. Wszystko szybko, jak w jakimś śnie… I tak w pewien zimny, styczniowy dzień przyszedł na świat mój pierwszy syn. Nigdy później nie przeszło mi przez gardło że go „urodziłam”. Uważałam, że nie było w tym mojego udziału. Mojego syna po prostu ze mnie wyjęli, dla mnie nie miało to nic wspólnego z porodem. Nie zmienia to faktu, że chwila w której go ujrzałam była jedną z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Czas na chwilę stanął w miejscu. Wspomnienie tego porodu jest dla mnie trudne, bo było to zarówno chwila niewyobrażalnego szczęścia a jednocześnie wyraźne uczucie, że coś jest nie tak, że nie tak to powinno wyglądać.

Po porodzie –standardowo – nie pozwolono mi wziąć dziecka do siebie, ani na sali operacyjnej (co jestem w stanie zrozumieć), ani na pooperacyjnej, tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Męża wyproszono po pół godzinie. Leżałam więc sama 8 godzin, osamotniona, obok dziewczyny, która po ciężkim porodzie zakończonym cc spała, obok synka, który leżał 2 metry ode mnie w tym szpitalnym wózeczku dla noworodków i płakał. A ja razem z nim. Z bólu, z bezsilności, z emocji. Nie mogłam go dotknąć, przytulić. 9 miesięcy wyobrażałam sobie ten moment a teraz leżałam jak kłoda, obolała, niezdolna do ruchu. Po jakimś czasie poprosiłam, żeby ktoś zajrzał do niego, dlaczego tak płacze, otrzymałam odpowiedź, że dzieci po cc tak mają. Kiedy znowu ktoś zajrzał zapytałam, czy może jest głodny, zamiast przystawić mi go do piersi – zabrano i nakarmiono sztucznym mlekiem. Wszystko nie tak. Teraz kiedy mam już więcej doświadczenia, wiem że wiele zależało ode mnie, być może mogłam głośniej upominać się o swoje, poprosić o przystawienie, ale wtedy uważałam że przecież położne wiedzą lepiej…widocznie nie wolno mi karmić skoro nikt nie pozwala…Wieczorem „przeszłam” na normalną salę poporodową. Bardzo chciałam karmić naturalnie, ale pokarmu na początku było mało (teraz wiem że to normalne). Synek zwracał sztuczne mleko, wciąż miał mierzony poziom cukru i kazano mi go przystawiać. Każda położna miała „swoje” metody. Żadnej w ciągu 7 dni spędzonych w szpitalu nie udało się przystawić synka do piersi poza jedną położną, która była wielkim wsparciem (chyba Kasia) ale wiadomo że miała na dyżurze wiele pacjentek, nie mogła zajmować się tylko mną. „Przystawiamy, przystawiamy! Jak to pani robi? Źle!!!” Poranione brodawki, ból, łzy, płacz głodnego synka, nerwy, nawał, gorączka. Ryczę na samo wspomnienie tych dni. Po wyjściu ze szpitala pomogła mi pani mgr Joanna Piątkowska – konsultant laktacyjny – mój Anioł. Tylko i wyłącznie dzięki Niej odzyskałam wiarę w to, że mogę karmić, że uda nam się. Że nie jestem złą matką, tylko ten poród był trudny i dla dziecka i dla mnie. I że to nie moja wina. Mogłabym długo pisać jak bardzo mi pomogła. Nie było łatwo przestawić synka z butelki na pierś (po 2 tygodniach), ale udało się. Karmiłam synka z powodzeniem rok.

Wspomnienie tego porodu długo wywoływało u mnie łzy. Na początku nie wiedziałam dlaczego tak mi to dolega, przecież wszystko było ok. „Ciesz się że urodziłaś zdrowe dziecko, tylko to jest ważne” – mówili wszyscy wokół, kiedy próbowałam opowiadać o tym co czuję. Ale zaczęłam drążyć temat. Im więcej książek i artykułów w Internecie czytałam tym bardziej uświadamiałam sobie dlaczego tak jest i że nie jestem jedyna. Moje podejście do porodu naturalnego zaczęło się zmieniać.

W październiku 2014 roku okazało się że jestem w ciąży, termin porodu wyznaczony był na lipiec 2015. Ciąża mijała bezproblemowo, poza kiepskim samopoczuciem w I trymestrze. Ciążę prowadziła ta sama pani doktor, bardzo opiekuńcza i ciepła, wspierała mnie w moich nieśmiałych planach porodu sn ale cały czas wskazywała też, żeby nie układać sobie w głowie scenariusza, po prostu pozytywnie się nastawić. Na szczęście prawie nikt mnie do porodu naturalnego nie zniechęcał, a jeżeli już, wynikało to tylko z troski. Ja sama starałam się myśleć tylko pozytywnie, a na kilka tygodni przed porodem przestałam już wertować książki i Internet, zdałam się na intuicję. Kilka tygodni przed terminem podpisałam umowę z położną ze szpitala Św. Zofii (co z perspektywy czasu uważam za świetną decyzję, nie żałuję ani jednej wydanej złotówki) i czekałam…

Tydzień przed terminem o 4 nad ranem obudziłam się z niejasnym poczuciem że coś się dzieje, chociaż nic konkretnego nie czułam. Nic się nie działo, ale nie mogłam już zasnąć. Po godzinie zaczęły się pierwsze, baaardzo nieśmiałe skurcze, ale dość szybko przybierały na sile. Po telefonie do położnej, na 8 stawiłam się do szpitala przekonana że mam chyba już tzw. kryzys 7 cm i zapewne niedługo urodzę, po czym okazało się że jest 1 cm rozwarcia… Musiałam przeorganizować sobie w głowie skalę bólu. Siedziałam i czekałam na wolną salę, bo właśnie trwało sprzątanie i słuchałam krzyków kobiet z sąsiednich sal. Siedziałam przerażona, patrzyłam na salową i w głowie kołatało mi się „mam nadzieję że nie będę musiała tak krzyczeć”. Po KTG, które pokazywało regularne skurcze, na ile pozwalał mi ból chodziłam, kucałam, skakałam na piłce. Czas wlókł się w nieskończoność. Niestety do 12 nie było dużego postępu. Przed 13 rozwarcie było nadal małe, położna zaproponowała znieczulenie. Bałam się znieczulenia, byłam przekonana że po przebytej cesarce jest to niemożliwe, naczytałam się też o zatrzymaniu akcji porodowej i późniejszych porodach zabiegowych po znieczuleniu, ale położna wszystko mi spokojnie wyjaśniła. Znieczulenie miało pomóc szyjce na szybsze rozwieranie. I powiem szczerze – to znieczulenie uratowało mnie psychicznie i fizycznie, byłam już trochę zmęczona, głodna, niewyspana. Ból nie pozwalał mi się skupić, racjonalnie pomyśleć, odetchnąć, zaczynałam już wątpić we własne siły i w to że w ogóle urodzę.

Ulga sprawiła że odpoczęłam, znowu nabrałam sił i chęci, odzyskałam świetny humor. Po znieczuleniu położna przebiła pęcherz płodowy – odpłynęły czyste wody (nie miałam pojęcia że może ich być tak dużo). Mąż przyjechał ok. 14 i razem spędziliśmy fajny czas. Często lubię wracać do tych chwil, byliśmy razem, wiedziałam że poród trwa w najlepsze, szyjka rozwiera się – co regularnie sprawdzała położna a ja czułam skurcze, ale nie czułam bólu. Skakałam na piłce, zmieniałam pozycje, co na pewno miało bardzo pozytywny wpływ na postęp porodu. Ok. godziny 16 znieczulenie przestało działać, poprosiłam o kolejną dawkę. Badanie pokazywało 5-6 cm rozwarcia, pani anestezjolog dostrzyknęła koleją dawkę ale okazało się, że znieczuliła się tylko lewa strona, i tylko na chwilę. Podczas skurczu ciężko było mi już wytrzymać na łóżku na leżąco. Pani anestezjolog pobyła jeszcze ze mną, ale ponieważ ponowne zakładanie cewnika nie było bezpieczne zgodziłam się, że już nie znieczulamy.

Trochę jeszcze poleżałam na łóżku, położna znowu mnie zbadała i poprosiła abym jeszcze chwilkę przeszła się po Sali, usiadła na toalecie i pewnie będzie już 10 cm. Pamiętam jak przez mgłę, że między skurczami siedząc w łazience widziałam jak położna z mężem przygotowują pieluszki do okrycia maluszka i pomyślałam: nie ma mowy, ja nigdy nie urodzę, to jest ponad moje siły. Coś krzyczałam że chcę cesarkę, że nie rodzę, że nigdy więcej! Później było mi wstyd…Coś dziwnego działo się też z czasem, umknęły mi gdzieś całe godziny, wydawało mi się że coś trwało chwilę, mąż później mówił mi że godzinę. Podczas porodu przebywa się chyba w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Po jakimś czasie położna zbadała mnie szybko w łazience i stwierdziła że jest pełne rozwarcie. Najpierw przez jakiś czas próbowałam przeć przy drabinkach, wstając między skurczami a kucając w czasie skurczu, ale to nie była „moja” pozycja. Zachęcana przez położną trochę krzyczałam, ale to mi nie pomagało, nakręcałam się negatywnie słysząc własny krzyk. Potem przeszłyśmy na stołek porodowy, mąż siedział za mną i w tej pozycji było mi o wiele wygodniej. Po 1 godzinie parcia o 20 urodził się Staś – 58 cm / 3960 g / 10 pkt. Nie pamiętam ale chyba nie płakał, wzięłam go na ręce, położyliśmy się. Lekarz był w ostatnich momentach porodu, do końca życia nie zapomnę jak powiedział: „Gratuluję Pani pięknego syna” a Położna: ”Dała Pani dziecku to, co najlepsze”. Te momenty były tak piękne, byłam z siebie tak dumna i szczęśliwa że wszystko się udało, że już po wszystkim!

Położna z przecięciem pępowiny poczekała aż przestanie tętnić. Konieczne było niewielkie szycie i sprawdzenie stany blizny po cc przez lekarza ale potem już zostaliśmy we trójkę z mężem i to były magiczne 2 godziny. Pamiętając złe wspomnienia z początków karmienia z pierwszym synkiem trochę się bałam jak to będzie tym razem a Staś popatrzył spokojnie, przyssał się do piersi i zasnął. Po 2 godzinach przyszedł lekarz, aby zbadać Stasia a ja trochę się umyłam się i przeszliśmy na salę poporodową. Mąż pojechał do domu a ja zachwycona wpatrywałam się w Stasia i myślałam jak bardzo się cieszę, że tak się wszystko ułożyło.

Dziś minęło już pół roku od tych chwil, a ja nadal chętnie wracam myślami do sali agrestowej w św. Zofii. Nadal też zaglądam na tą stronę i myślę, że miałam wiele szczęścia. Podczas drugiej ciąży nikt nie próbował mnie namawiać na drugą cc, Pani Dr prowadząca ciążę, jak również położna wspierały mnie w tych nieśmiałych marzeniach. Podczas porodu od początku do końca byłam traktowana z szacunkiem i delikatnością, nikt nie kazał mi się kłaść, KTG było wykonywane na stojąco. Mam wrażenie że Szpital św. Zofii to jakaś oaza pośród innych szpitali w Polsce. Nie wiem jak to możliwe, że jest jedno takie miejsce i co można zrobić żeby położne i lekarze w innych szpitalach trochę zmienili swoje podejście.

Mój vbac’owy, grudniowy, świąteczny cud… (Białystok)

Historia Pauliny obfituje w tak wiele niespodziewanych zwrotów akcji, że mogłaby z powodzeniem posłużyć za filmowy scenariusz. To opowieść, poruszająca wiele okołoporodowych wątków, która budzi emocje, inspiruje, daje nadzieję i przywraca wiarę w to, że wśród współczesnych lekarzy można jeszcze spotkać PRAWDZIWYCH POŁOŻNIKÓW:)

Najpierw słów kilka o pierwszej ciąży a właściwie o jej zakończeniu. Otóż ciąża rozwiązana cesarskim cięciem z powodu ułożenia pośladkowego płodu w sierpniu 2013. Oczywiście cała ciąża przebiegała książkowo, wyniki idealne, ja nastawiona na poród naturalny, bo dlaczego nie, skoro ja zdrowa, dziecko idealnie się rozwija, aż tu psikus na dwa tygodnie przed terminem. Dzidziuś siedzi sobie dupka i raczej się nie odwróci. Na początku były łzy rozczarowania, ale później oswoiłam się z tą myślą i pewnej pięknej sierpniowej nocy zaczęły się skurcze, które zakończyły się cesarskim cięciem i w końcu mój skarb ważący 3950g i mierzacy 63 cm miałam po drugiej stronie brzuszka. Jak czułam się po cc? Fizycznie źle, bolało, ciągnęło, ciężko było zająć się maleństwem itd… Ale psychicznie w ogóle nie ucierpiałam na tym – urodziłam mojego synka, tak jak było mi dane. Byłam ciekawa jak to jest rodzić naturalnie, ale nie żałowałam, nie rozpamiętywałam…

W marcu tego roku (2015) ponownie zaszłam w ciążę. Oczywiście na pierwszej wizycie u ginekologa zapytałam jaką drogę porodu prognozuje. Ja wtedy nie miałam żadnej wiedzy, po prostu z czystej ciekawości chciałam wiedzieć co mnie czeka. Doktor odpowiedział, że najprawdopodobniej będzie cc, że tak się najczęściej praktykuje „cięcie po cięciu”. Pomyślałam, ok, tak ma być to tak i będzie, najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe. Pytanie oczywiście ponawiałam na kolejnych wizytach i odpowiedź była podobna, chodź pojawiła się też taka, że wszystko zależeć będzie od lekarza,  na którego akurat trafię na dyżurze. W między czasie pytanie o możliwość porodu naturalnego po cięciu zadałem na jednej z grup stricte „mamusiowych”. Tam po kilku odpowiedziach mniej lub bardziej zasadnych ktoś polecił mi grupę „Naturalnie po cesarce”… No i tu się zaczyna ta piękna historia…

Przez całą ciążę pozostawalam wiernym obserwatorem owej grupy, raczej prawie się nie udzielałam, a oddawałam się lekturze, wrecz już stało się to uzależnieniem kiedy zaglądałam co chwilę czy aby coś nowego się nie pojawiło. Stopniowo przyswajałam informacje, że poród sn po cc jest możliwy, ba, nawet wskazany, o czym nigdy wcześniej nawet bym nie pomyślała. Powoli rodziły się we mnie przekonanie i decyzja, że jeśli będzie mi dane spróbować rodzić naturalnie, to takiej próby się podejmę… I tu przyznam, że brakowało we mnie takiego zapału jak u innych dziewczyn, takiego samozaparcia, wiary… Ja po prostu śledziłam grupę, ale raczej z nastawieniem, że co będzie to będzie, jak lekarz zdecyduje o cc, to się zgodzę ze strachu o dziecko i o moją bliznę. Nie robiłam kompletnie nic w kierunku przyspieszenia porodu, przygotowania krocza, żadnych liści malin, wiesiołka, dałam swojemu ciału przygotować się do tego, tak jak samo potrafiło, i czekałam…

Dodam, że mąż i otoczenie byli przekonani o powtórnym cięciu, więc wsparcia i dopingu nie miałam, a każda próba rozmowy z mężem o porodzie naturalnym kończyła się niemal kłótnią… I nie miałam mu tego za złe, bał się o nas i nie rozumiał tego, jak poważną operacją jest cesarskie cięcie…

Termin miałam na 21 grudnia. Od miesiąca pojawiały się skurcze przepowiadajace, twardnienie brzucha itd. Ale wszystko zaczęło się 22 grudnia wieczorem… Wtedy to, szykując już co nieco na święta, żartowaliśmy z mężem, że ciekawe czy w ogóle coś zjem z tego, bo może nasz Franio zdecyduje się wyjść… I bach… Zaczęły się skurcze. Raz silniejsze, raz słabsze, nieregularne. Po kilku godzinach, koło północy, kiedy skurcze były już nawet co 3 – 4 minuty, zdecydowałam się jechać do szpitala. Pojechaliśmy do tego, w którym chciałam rodzić – tępy dyżur, brak miejsc, mogę zostać i ewentualnie rodzić na korytarzu, bez męża…

Takiej odmowy się nie spodziewałam, położna zbadała mnie, szyjka zgładzona, przepuszcza na jeden palec, akcja się rozpoczyna, proszę jechać do dyżurującego szpitala. Tam, okropnie niemiłe położne, położyły mnie na ktg, na ciemnym korytarzu, i zamiast zainteresowac się mną, rozprawialy o śledziach w śmietanie i innych daniach, wymieniając się przepisami. Mąż czekał za drzwiami, mi słabo, gorąco, mam wrażenie, że mdleje . Położna łaskawie kazała położyć się na bok, ale to trwało tylko chwile, bo tętno małego zaczęło zanikać. Mi chce się płakać, że nie chce tu rodzić, z taką obsługa… Zawołały lekarza, tętno wróciło do normy ale… Skurcze osłabły, wręcz prawie zanikły… Lekarz zbadał mnie i stwierdził, że akcji porodowej brak, mogę wracać do domu, ewentualnie może położyć mnie na patologię…

Wróciłam do męża. Postanowiliśmy wrócić do poprzedniego szpitala i wziąć już to łóżko na korytarzu. Tam, ta sama położna stwierdziła, że jednak mnie nie przyjmie, żeby położyć się na tę patologię [w drugim szpitalu] jak proponowali tam i żebym nie ryzykowała powrotu do domu, bo jestem przecież po cięciu…. Ja wystraszona, rozpłakałam się na parkingu, miałam dość, byłam przestraszona, zdezorientowana i zła… Postanowiliśmy jechać i położyć się na tą patologie, skurcze wróciły, silne i coraz częstsze, a ja już będąc na parkingu szpitala podejmuję decyzję, że wracamy do domu. Mąż myślał, że zwariowałam, ale wytłumaczyłam mu, że wrócimy, przeczekamy w zaciszu swojego mieszkania, że będę monitorować skurcze i ruchy dziecka, i pojedziemy do szpitala rano, kiedy zacznie się dyżur szpitala, w którym chcieliśmy rodzić. Tak też zrobiliśmy. Mąż się zdrzemnął, ja niestety nie – skurcze były silne, liczyłam czas między nimi i zaciskałam zęby, żeby nie obudzić dziecka… Te kilka godzin  do 7 rano ciągnęło się w nieskończoność.

O 7 rano skurcze rozkręcone, czop intensywnie odchodzi, jedziemy do szpitala. Tam procedura przyjęcia, papierologia, badanie, 2 cm rozwarcia , idziemy na porodówkę. I wtedy byłam już szczęśliwa, że w końcu jestem w odpowiednim miejscu i że z dzieckiem wszystko ok.

O 8.30 jesteśmy na porodówce. Badania, obchód lekarzy i pytanie jak chce rodzić. Ja… Wiem, wiem, nie spodziewacie się, odpowiedziałam zdezorientowana „chyba cesarka”. Byłam już zmęczona, zestresowana i chciałam, żeby już synek cały i zdrowy był na świecie. Po mojej odpowiedzi doktor zapytał dlaczego cesarka, ja wytłumaczyłam, że nastraszył mnie i lekarz i położna, i całe otoczenie ryzykiem rozejścia blizny. Doktor wytłumaczył mi, że najlepszą opcją i dla mnie i dla dziecka jest poród naturalny, a on ze swojej strony obiecuje , że gdyby się coś działo, cięcie zdąży zrobić… Potem szacowanie wagi, w między czasie rozwarcie już 3 cm. Prysznic… Koło 11 przebicie pęcherza. 12 – rozwarcie 5 cm, decyzja o znieczuleniu. Zaraz 6 cm. Ja leżę pod ktg i umawiam się z położną, że chcą wstać, pospacerować, ona na to, że po znieczuleniu muszą zrobić dłuższy zapis, ale potem mogę sobie chodzić. Ja chciałam pomóc małemu zejść i pomóc sobie przetrwać skurcze. Byłam pewna, że będę rodzić jeszcze parę ładnych godzin. Ale nie zdążyłam…

Położna poinformowała mnie, że mam dać znać jak będę czuła parcie jakby chciało mi się kupę. To było 15 minut od badania, które wskazywało na 6 cm rozwarcia. Ja mówię położnej, że to już chyba czuje takie parcie, ona na to „A co ty gadasz, ale zbadam Cię”. Okazuje się, że rodzę!!! 10 cm rozwarcia i główka nisko, położna w szoku, że wskoczylam z 6 cm na 10 w 15 minut i mówi, że i ja i dzidziuś to błyskawice. W pośpiechu zaczęła wszystko szykować na przyjście malucha, mężowi kazała zamknąć okno, a ja patrząc na jej przygotowania byłam w ogromnym szoku, nie wierzyłam, że to już, że najprawdopodobniej sama urodzę naszego synka. Szybka instrukcja, jak przeć, kiedy przeć, i po pół godzinie mam naszego Frania na brzuchu. Mąż płacze, ja oddaje dźwięki radości i spełnienia i „dziękuję” dla doktora, który pozwolił i namówił mnie na tę próbę… On na to, że brzuch mam cały i to najważniejsze, że się udało uniknąć cc.

Potem już tylko urodzenie łożyska, szycie, karmienie synka i telefonowanie do najbliższych, że mamy już swój wymarzony prezent gwiazdkowy ❤❤❤. Mojego szczęścia, dumy i jednocześnie niedowierzania po prostu nie da się opisać! Dumy mojego męża również. Przez kilka dni chodził dumny, ze swojej żony i chwalił się wszystkim jaka była dzielna:).

Ja czułam się o wiele lepiej niż po cc.  Miałam nacinane krocze, ale podobno minimalnie. W miarę normalnie funkcjonowałam i siadałam już od pierwszych godzin po porodzie. I co ważne, kiedyś nie byłam przekonana co do plusów obecności męża przy porodzie, ale dziś wiem, że dzięki niemu się udało – wspierał, pomagał i na każdym skurczu partym podtrzymywał mi nogę i głowę tak jak położna zaleciła – sama bym nie dała rady na tym się skupić. Bycie razem w takim momencie to piękne i niepowtarzalne dopełnienie naszej miłości i jeszcze większe scalenie naszego związku.

received_1136175943060000-2

Mój niespodziewany VBAC (Warszawa)

Kiedy pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskiem po wielu godzinach intensywnej akcji, nierzadko już w II okresie porodu, będąca w kolejnej ciąży mama może mieć trudności z podjęciem decyzji o próbie VBAC. Pojawiają się wątpliwości – czy znów kilku- lub kilkunastogodzinny wysiłek nie pójdzie na marne? Nie pójdzie – i to w żadnej wersji, bowiem nawet w przypadku konieczności powtórnego cięcia, rozpoczęcie i czas trwania akcji porodowej są korzystne dla rodzącego się Maleństwa (więcej na ten temat tu). A szanse na VBAC wcale nie są małe:) Dziś historia Olgi:

18 listopada 2015

Jakiś czas temu zastanawiałam się jak rodzić. Bałam się powtórki z pierwszego porodu, który zakończył się cięciem w II fazie porodu z powodu spadku tętna dziecka.

Mój syn zdecydował za nas. Dziś przyszedł na świat o 5:25 -18 miesięcy po cięciu.

To, że chciałam podjąć chociaż próbę SN wiedziałam już od jakiegoś czasu. Umówione cc na zimno miałam odwołać w przyszłym tygodniu. Aż tu wczoraj zaraz po meczu (chyba z wrażenia ze wygraliśmy bez lewego 😉 ) pojawiły się skurcze. Lekko przerażona bo to 38 tc organizuje opiekę dla starszaka, biorę męża pod pache i jedziemy 😉 Na miejscu młoda pani doktor podnosi na duchu, że szybko wszystko idzie i mobilizuje do próby SN, bo ja zaczynam się trochę łamać ( no byłam odważna do momentu aż uswiadomiono mi ze może być za późno na zzo… 😉 ).

Trafiamy na porodowke o 2:30 z 5 cm rozwarcia, bolesnymi skurczami, które momentami odbierały oddech i mocnym postanowieniem, że walczymy do końca 😉 Od poczatku prosiłam o anastezjologa i znieczulenie… Przy pierwszym porodzie nie bylo mi dane bo było za poźno, wiec tym razem postanowiłam, że nie dam się spławić ;P. Nie wiem jak to się stało, ale anastezjolog pojawił się kiedy miałam pełne rozwarcie i zaczynały się skurcze parte. Wyproszono męża i jednak sprobowano mnie znieczulić (bez sensu, bo nie dość, że się nacierpialam przy wkłuwaniu przy skurczach – a wiadomo nie wolno się ruszać… tylko weź się człowieku nie ruszaj przy skurczu partym ;), to to znieczulenie i tak nie działało). Weszliśmy w ostatnią fazę porodu z położna i mężem chwile po 4 rano. Szczerze to gdyby nie mój mąż który motywowal, krzyczał i trzymał za głowę i nogi to nie wiem czy bym dała radę. I takim oto sposobem wyskoczył po 5 rano nasz drugi syn ;). 

Ja zostałam okrzyknieta bohaterem, bo ponoć spotkać na Inflanckiej panią, która chce walczyć o vbac jest trudno… Mało tego, chwilę po naszym vbac na IP trafiła dziewczyna również po cc, a pani doktor, która mnie przyjmowała, tak jej nagadała że mają tu taką wariatkę jak ja, co chciała spróbować i się udał, że dziewczyna też podjęła próbę;) Dzięki dziewczyny za ta grupę [Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia]! Gdyby nie wy pewnie z automatu bym się zgodziła na cc. A tak czuję się … BRAWO JA! Jestem z siebie dumna. I bardzo dziękuję mężowi oraz zespołowi z Inflanckiej za wiarę i dodawanie wsparcia!

Jestem z siebie taka dumna! (Warszawa)

Historia  Eweliny kończy się happy endem, choć postawa i zachowanie personelu medycznego budzi co najmniej mieszane uczucia. Ale chyba ważniejsza w tej opowieści jest kobieca siła i duma spełnionej mamy:)

Moja pierwsza ciąża była zaskoczeniem. Trafiło się i musiałam się jakoś przyzwyczaić do tej myśli. Przez pierwsze trzy miesiące byłam nastawiona na cc. Moja mama miała trzy cesarki i ta droga wydawala mi się łatwiejsza. Długo też zakładałam, że nie będę karmić piersą. Szczęście, że ciąża przebiegała prawidłowo. Musiałam leczyć co prawda niedoczynność tarczycy i cukrzycę ciążową, ale poza tym czułam się naprawdę dobrze. Termin porodu miałam na 20.10.13r. i z dnia na dzień coraz bardziej cieszyłam się, że tak los pokierował moim życiem. Z czasem poród siłami natury i karmienie piersią stały się dla mnie naturalną opcją.

Biorąc pod uwagę ciąże w najbliższej rodzinie spodziewałam się porodu grubo po terminie. A tu 11.10 od 18 zaczęły się skurcze. O godzinie 22 zdecydowaliśmy się jechać do szpitala, godzinę później byliśmy na IP, a tam przetrzymali mnie do 3 rano każąc chodzić po korytarzu, żeby sprawdzić czy akcja się rozwija. Potem trafiliśmy na jednoosobową salę, kiedy położyłam się na łóżku zasnęłam ze zmęczenia, bo była to już moja druga nieprzespana noc. O 9 upuszczono mi wody i zrobiono masaż szyjki, żeby przyspieszyć poród. Położna stwierdziła, że do 14 na pewno urodzę. Bólu nie czułam, ćmiło mnie tylko lekko w części lędźwiowej kręgosłupa, więc byłam bardzo pozytywnie nastawiona. O 13 miałam 5 cm rozwarcia i skurcze zaczęły troszkę boleć. Ze strachu poprosiłam o zzo, podali od razu. Po godzinie akcja całkiem się zatrzymała. Lekarze zdecydowali, że poczekają chwilę, aż znieczulenie przestanie działać i jeśli wtedy akcja nie wróci podadzą oksytocynę. Nie wróciła.

Po 15 dostałam kroplówkę i tętno synka momentalnie zaczęło spadać. Decyzja o cc. Rozbeczałam się. W pierwszym momencie nie chciałam podpisać zgody, ale lekarka ostro uswiadomiła mnie co będzie jeśli się nie zgodzę. Podpisałam, przebrałam się w krótką koszulkę, dostałam buzi od męża i zabrali mnie na operacyjną.

Płakałam cały czas. Stukali mnie zimnym stępelkiem by sprawdzić czucie, maska na twarz i płynę. Wokół kręcą się lampy, potem się rozmywają i słyszę „chce pani dziecko”. Jestem ledwo przytomna, przstawiają mi Felcia do twarzy, nie mam nawet siły go pocałować, stykamy się tylko policzkami. Maska na twarz, znów płynę wśród lamp. Zdejmują maskę, czuję jak przekładają moje bezwładne ciało na drugie łóżko.

Cała się trzęsę, znów łzy w oczach, jadę gdzieś, małego nie ma. Kątem oka widzę męża z białym zawiniątkiem na rękach na korytarzu. Wstawiają łóżko ze mną na pooperacyjną, zasypiam. Chwilę później budzi mnie mąż, głaszcząć mnie po twarzy. Feliks leży pod jakimiś lampami metr ode mnie. Zdążyłam zamienić z mężem kilka znań i położne wyprosiły go z sali, ma przyjechać następnego dnia. Jest już ciemno, a położna mnie budzi i pyta czy chcę nakarmić synka. Próbujemy przystawić go do piersi, ślicznie zasysa i ćlumka sobie, pierwszy raz go dotykam. Po nakarmieniu położna odkłada go pod lampy. O drugiej w nocy budzą mnie, pionizują i każą iść się umyć. Musiałam przejść przez cały korytarz do łazienki w koszuli która sięgała mi do połowy pupy, nikt mi nie pomógł się umyć.

Na następny dzień zaczęły się problemy z karmieniem, sutki popękane, a mały źle chwytał pierś i płakał z głodu. Proszę położną laktacyjną o pomoc, myślałam, że nie mam mleka i dlatego Feliks tak płacze przy przystawieniu do piersi. Położna złapała moją pierś, powiedziała, że siary jest dużo i poszła sobie. Mały darł się jak szalony w nocy, kolejną to samo. Spadł z wagi ponad 10%, kazali dokarmić mm. I w ten sposób mały całkiem zrezygnował z piersi, wybrał butlę. Mimo tego, że mleka miałam rzekę. Do końca stycznia odciągałam pokarm i mu podawałałam. Potem się poddałam. Czułam się z tym wszystkim fatalnie. Czułam się złą matką. Wyrzucałam sobie, że przecież sama tego chciałam – i cesarki, i karmienia butelką.

Kiedy mały skończył pół roku podjęliśmy decyzję o kolejnym dziecku. Konsultowałam się z wieloma lakarzami. Postanowiłam zajść w ciążę około roku po cc. Na początku sierpnia wyliczyłam, że owulację będę mieć tydzień przed urodzinami małego i na wtedy zaplanowałam starania. Umówiłam się na początek września do ginekologa-endokrynologa, żeby upewnić się czy wszystko ok. Jednak złożyło sie inaczej i 24 sierpnia na teście zobaczyłam cieniutką, ledwo widoczna kreseczkę. Od razu pobiegłam na betę i kolejne badanie hormonów tarczycy. Jest ciąża, ale tarczyca poza normą. Wizyta, zmiana dawki leku i termin porodu na 5 maja.

W ciąży znów przypałętała mi się cukrzyca ciążowa. Poza tym wszystko ok. Aż do 30 tc kiedy rano zaczęłam mieć silne skurcze. Prysznic, nospa i magnez. Coraz częstsze i mocniejsze. Jedziemy do najbliższego szpitala. Tutaj szczerze odradzam szpital w Wołominie. Po zbadaniu szyjki odmówiono mi ktg, a lakarka nazwała mnie panikującą małolatą. Nie wiem czy to była odwaga czy głupota, że przy skurczach co 3 minuty wszłam ze szpitala i w godzinach porannych czyli największych korków pojechałam do Warszawy, do tego samego szpitala gdzie rodziłam wcześniej. Okazło się, że jednak rodzę. Przyjęli mnie na blok porodowy, podali tokolizę i zastrzyki na rozwój płuc. Zrobili usg, 30tc, a mała waży 2200! Jeśli zatrzymamy skurcze to przy właściwej dacie szykuje się cc. Byłam tam ponad tydzień i poznałam chyba wszystkie położne. Miłe i pomocne kobiety, tylko jedna strasznie złośliwa. Mimo pozwolenia lekarzy nie dawałą mi iść do toalety tylko podawała basen. Więcej musiałam się nagimnastykować i ponapinać mięśni sama go sobie podkładając niż gdybym po prostu poszła do łazienki. I to wszystko przy zapalonym świetle i w trzyosobowej sali. Na szczęście poród szybko się wyciszył i po przeniesieniu na patologię mogłam wracać do domu, do synka. Zdecydowałam, że mimo wcześniejszych doświadczeń znów będę tam rodzić.

21.04 czyli równe 38 tygodni ciąży na wizycie gin zrobiła mi delikatny masaż szyjki, wieczorem odeszło mi sporo krwawego czopa. W środę pojechałam na ktg i lekarz dyżurujący po zapoznaniu się z moim wywiadem położniczym skierował mnie na usg na cito. Wyszło, że blizna ma 2,5mm, a mała waży 3824g. Uznał, że lepiej nie ryzykować i umówił mnie na cc. Ze względu na brak terminów dopiero na 8 maja. Ale kazał codziennie zgłaszać się do siebie, bo może coś się zwolni i mnie przyjmą.

Wieczorem jak zawsze złapały mnie skurcze. Przyzwyczajona nawet za bardzo ich nie liczyłam i normalnie położyłam się spać. O 6 obudził mnie silny skurcz, zaczęłam odmierzać czas. Były co 7 minut. Myślę, no to norma, przejdą jak zawsze. Poszłam pod prysznic, a skurcze się nasiliły i zrobiły trochę bolesne. Wzięłam nospę i magnez, ale nie przechodziło. Nadal bez przekonania kazałam męzowi pakować się do auta. Zawieźliśmy małego do mojej mamy i przez całą drogę byliśmy przekonani, że nas zawrócą z IP.
Na izbie byliśmy przed 9 i rzeczywiście po badaniu szyjki położna stwierdziła, że rozwarcie na dwa palce jest, ale to na pewno jeszcze nie dziś, bo szyjka jeszcze nie do końca zgładzona. Mówię, że skurcze są, więc podłączyła mnie pod ktg. Okazało się, że rodzę tylko znów za wcześnie przyjechałam. Po pół godziny pod ktg przyszedł wujek męża (pracuje w tym szpitalu) i powiedział lekarce o wczorajszym wyniku usg, ja jakoś kompletnie o tym zapomniałam. Przy okazji okazało się, że jedno planowane ciecie jest odwołane i możliwe było, że wskoczę na to miejsce. Wtedy już sama nie wiedziałam czy tak bardzo zależy mi na sn. Łatwej będzie położyć sie na stół skoro jest taka opcja. Złapałam jeszcze na korytarzu lekarza, który dzień wcześniej kierował mnie na cięcie. Poprosiłam, by zadzwonił na porodowy i upomniał się o to moje cc, skoro mają wolną salę.
Kazałam pójść mężowi po rzeczy do samochodu i przebrałam się w koszulę. Jako, że nie wiedzieliśmy jaka będzie w końcu decyzja odnośnie rodzaju porodu mąż został w swoich ubraniach. Na porodowym dostaliśmy swoją salę i czekaliśmy na koniec obchodu. Po usg dwójce lekarzy wyszło, że mała waży około 3600, więc spokojnie mogę próbować sn. Ale nie pytali mnie tylko poinformowali o tym i o tym, że mam 50% szans na powodzenie. Tak więc mąż poszedł po szpitalne ciuszki dla tatusiów.
I tak sobie zaczęliśmy rodzić.

Skurcze bolały z kręgosłupa, ale był to ból tylko troszkę silniejszy niż okresowy. Żałuję, że nie trafiłam na „Naturalnie po cesarce” wcześniej, wtedy ten poród byłby na pewno lepszy. Podobno ze względu na cukrzycę ciążową i spadek tętna przy poprzednim porodzie musiałam być przez cały poród podłączona pod ktg. I tak sobie leżałam i gadałam z mężem. co jakiś czas przychodziła położna i badała, dwa razy pozwolili mi wyjść pod prysznic. I tak do 13 kiedy po raz kolejny okazało się, że nic a nic się nie rusza, cały czas 5 cm rozwarcia. Poprosiłam o piłkę, licząc, że ruch spowoduje, że akcja jakoś się wreszcie konkretnie zacznie. Bałam się, że znów skończy się na cc, poprzednio też przeiceż doszło tylko do 5 cm. Przed 15 na badaniu znów okazało się, że niewiele się ruszyło, ledwo szyjka troszkę krótsza się zrobiła. Rozryczałam się już z tego wszystkiego. Położna zaproponowała masaż szyjki, zgodziłam się. Jak tylko zaczęła masować, mówi, że wody mi się sączą i czy upuścić ich więcej. Nie wiem czemu znów się zgodziłam.
Zaczęło boleć, skurcze po kolejnych dwóch godzinach zrobiły się tak bolesne, że miałam łzy w oczach ze strachu przed każdym kolejnym. Michałowi trułam, że trzeba było walczyć o cc. Kazałam mu zawołać lekarza, przyszedł i prosiłam o ZZO. Ale po badaniu okazało się, że nadal mam te 5cm! Więc jest za wcześnie. A ja znowu w bek, bo co znów po tylu godzinach mnie potną? Lekarz stwierdził, że teraz to tylko gaz rozweselający mogą mi podać. Próbowałam tym oddychać, ale nie dawałam rady kompletnie się na tym skoncentrować. Z bólu zaczęło mnie wykręcać po całym łóżku, pasy od ktg zaczęły mi się zsuwać. Położna która przyszła kazała Michałowi ręcznie przy każdym moim skurczu łapać tętno dziecka.
O 18.50 po raz kolejny posłałam męża po lekarza. Już całkiem styrana przez te skurcze mówię, że albo dają mi zzo albo chcę cesarkę. Zbadał mnie i hura! 6 cm! Niby tylko cm więcej ale można podać znieczulenie. O 19 była zmiana położnych. Pamiętacie jak leżałam z tym przedwczesnym porodem i oceniłam wszystkie położne bardzo pozytywnie i stwierdziłam, że była tylko jedna wredna, ale za to tej wredoty miała za cały oddział? No to już wiecie kto stanął w drzwiach po zmianie. Anestezjolog przyszedł po kolejnych 20 minutach. Byłam już taka wkurzona na wszystko, a ten mnie opieprza, że nie wypada tak się rzucać podczas skurczy! Serio?! A ja kompletnie nie dawałam już rady, reakcje mojego ciała były całkiem poza mną. A tu trzeba być przez chwilę w bezruchu. Więc znieczulenie dostałam dopiero o 19:30, odwróciłam się na plecy i miałam tak leżeć do czasu aż znieczulenie zacznie działać, czyli 15 minut.
Położna mnie bada i mówi 8 cm! Od razu skurcze jakieś przyjemniejsze się zrobiły i leżenie na wznak nie było takie złe. Po chwili czuję zsuwającą się główkę i drę się do położnej, że mała schodzi niżej. Ta, że niemożliwe jeszcze i żebym się nie darła tak, bo przestraszę inne rodzące. A ja krzyczę, że wiem co czuję, zresztą koleżanki opisywały, że parte to uczucie jakby się kupę chciało i ja właśnie to czuję. (No musiałam jej to jakoś wytłumaczyć, bo wrażenie miałam jakby mała miała zaraz wypaść). Położna razem z asystentką anestazjologa znów mi trują, żebym nie krzyczała. Ale to nie był krzyk bólu tylko strachu. Wołałam położną by podeszła mi miedzy nogi. Główka znów się zsunęła i jednocześnie trysnęły mi wody. Prawie wycelowałam w tą durną położną. Wreszcie skumała, że nie panikuję tylko mała jest już bardzo nisko. Zerknęła, kazała szybko wołać neonatologów i sama zaczęła się pospiesznie ubierać w kitel. Nagle zrobiło się dużo ludzi wokół, dwóch ginekologów, dwie położne, dwóch studentów i dwójka neonatologów. Ktoś przemontowuje łóżko tak żeby były te podpórki na nogi. Każą przeć. Jedno parcie – główka. Dopingują, że pięknie prę i żeby tak dalej, każą oddychać. Nie słucham ich w ogóle. Drugie parcie cała Bianiutka. O 19:36 po 6 minutach II okresu porodu. Końcówka poszła naprawdę ekspresowo i prócz nacięcia nic nie bolała mimo tego, że znieczulenie nie zdążyło do końca zadziałać. To był po prostu wysiłek jakbym biegła na Mont Everest. Jak tylko położyli mi malutką na piersi, asystentka anestazjolga przeprosiła mnie i powiedziała, że musiały być ostre, bo bały się, że będę źle oddychać i zrobię krzywdę dziecku. Pochwaliła mnie, że po tym co odwalałam to II faza była super i oby więcej takich końcówek. Gdybym się tak nie cieszyła to bym ją chyba udusiła. Szkoda gadać.
Mąż cały czas był przy mnie, czas tak szybko leciał, że cały dzień razem ze mną nic nie jadł. Pozwalał mi nawet gryźć siebie w palce. Po wszystkim przeciął pępowinę i tulał i cmokał na zmianę mnie i małą. Dobrze było mieć go obok, choć właściwie był tylko tłem do całego wydarzenia.

Okazało się, że Bianka ważyła 3890 i mierzyła 59 cm. Wielka babka. A ja półtora roku i jedenaście dni po cc urodziłam ją siłami natury. Nadal nie mogę wyjść z podziwu dla samej siebie.

Teraz mogę wysłać to co przygotowałam wcześniej, z dopiskiem, że już ponad pół roku karmimy się piersią bez dokarmiania mm ( no prócz jednego dnia gdy mała miała silną żółtaczkę).

Dziewczyny powodzenia dla Was! Da się nawet krótko po cc urodzić blisko 4kg dziecko, da się! I nawet jak macie wątpliwości to różne scenariusze mogą się wydarzyć. Tak naprawdę to nie ja zdecydowałam o rodzaju porodu. Do ostatniej chwili liczyłam gdzieś tam w środku na drugie cc. Ale jednak wyszło inaczej i jestem z siebie taka dumna!

Tak blisko, a mimo to tak daleko… czyli, nie żałuję, że próbowałam (Warszawa)

Poród toczy się czasem swoim własnym torem. Niezależnie od chęci, determinacji i wsparcia, którym rodząca kobieta jest otoczona. Czasem niełatwo to zaakceptować. Niełatwo i nieprędko, ale to możliwe. Bo SIŁA jest KOBIETĄ, nie tylko gdy chodzi o naturalne wydanie potomstwa na świat, ale też wtedy (a może przede wszystkim wtedy), gdy trzeba pójść drogą, która nie była tą wymarzoną i upragnioną. Dziś wzruszająca historia porodów Aliny.

Na to, żeby urodzić swoje dziecko czekałam przez ostatnie prawie 9 lat. Od stycznia 2007 roku, gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży z naszym pierwszym synem, czytałam te wszystkie entuzjastycznie nastawione do naturalnego porodu pozycje M. Odenta, I. Chołujowej, P. Agrawal… Opowieści o tym, jak poprzez poród dopełnia się w kobiecie kobiecość, jak doświadcza ona swojej mocy głęboko ukrytej…

Tak jasne było dla mnie, że chcę rodzić naturalnie, w wodzie, z mężem, że nie brałam w ogóle pod uwagę innej opcji.

Pierwszy poród przyniósł ogromne rozczarowanie – przede wszystkim sobą, swoim ciałem, ale też lekarzami i położnymi, procedurami szpitalnymi…

Był 40 tydzień zdrowej, książkowej, cudownej ciąży. Około 18, po kilku godzinach regularnych skurczy, pojechaliśmy do szpitala. Dziś wiem, że zbyt wcześnie. Po zrobieniu ktg przyjęta zostałam na patologię ciąży i rodziłam przez następne… 33 godziny. Przez całą noc skurcze były na tyle silne, że nie pozwoliły mi zostać w łóżku. Co kilka godzin badanie i wciąż ta sama informacja, że szyjka nie skraca się i nie rozwiera. Wydeptuję więc ścieżki na korytarzu, przysypiam na kilka minut pod ciepłym prysznicem, co silniejsze skurcze przeczekuję w kucki przy ławkach na korytarzu. O 8 rano pojawiają się mężowie pacjentek z patologii ciąży niosący im śniadania w reklamówkach. To głupio tak rodzić przy obcych, robi mi się nieswojo i jak tylko pojawia się i mój mąż – prosimy o przeniesienie na porodówkę.

O 10 rano, umęczona po całej nocy spędzonej na korytarzach oddziału patologii ciąży, wreszcie znajduję się na sali porodowej. Pięknej. Z wanną, piłką i drabinkami. Ale sprzęty to nie wszystko… Przypadkowa położna, której częściej nie ma niż jest, a jak jest to i tak niczego nie proponuje. W międzyczasie, w nocy jeszcze podczas któregoś badania, przebicie pęcherza (rzekomo przypadkowe), potem ze względu na zielone wody oksytocyna, jedna, druga, trzecia dawka… Podkręcone sztucznie skurcze, więc ból trudny do zniesienia, kiedy myślę, że już nie wytrzymam ani jednego skurczu więcej – proszę o znieczulenie. Wytrzymać muszę jeszcze przez godzinę, bo anestezjolog jest zajęty przy cięciu. Wpadam w trans – tracę poczucie czasu, jestem tylko bólem i oddechem, szczęście, że jest przy mnie mąż. Wkłucie w kręgosłup przyjmuję jak obietnicę zbawienia. Ogromna ulga, zasypiam od razu i śpię dwie godziny, tyle, ile działa środek przeciwbólowy. Budzą mnie kolejne skurcze, kolejne badanie przynosi dobre wieści – jest już 8-9 cm. Razem z pełnym rozwarciem pojawiają się nowe siły. Z radością przyjmuję do wiadomości zmianę położnych na dyżurze, i gdy w drzwiach pojawia się K., która znam ze szkoły rodzenia, myślę, że teraz już będzie dobrze i wreszcie urodzę. Niestety, skurcze II fazy nie przynoszą spodziewanego efektu. Podczas kolejnego badania najpierw położna, potem lekarz, wyczuwają ciemiączko dziecka. Pojawia się szybka decyzja o cc ze względu na złe wstawienie się dziecka – w karcie informacyjnej przeczytamy potem: „wysokie proste stanie główki”. Podczas cięcia jest ze mną mąż, trzyma mnie za rękę i płacze. On też jest wyczerpany i przestraszony. Tuż przed północą pojawia się nasz pierworodny – 3800 gramów, 56 cm, 10 pkt – piękny i zdrowy. Zakochuję się w nim od razu.

Od przyjęcia do szpitala minęło ponad 30 godzin, w trakcie których nic nie jadłam i niewiele piłam. Poza dwoma godzinami znieczulenia, również nie spałam. Dziś wiem, że poza prawdopodobnie niepotrzebnym łańcuchem interwencji medycznych, byłam również po prostu zbyt zmęczona, by móc spokojnie urodzić dość duże, jak na moje możliwości, dziecko.

Bardzo żałowałam, że wtedy nie było nas stać na prywatną położną, bo w ciągu półtorej doby przewinęło się wokół nas tyle osób, że chaos i zamieszanie były ogromne. Sam wyjazd na cięcie tak nagły, nerwowy i niespodziewany, że zostawił ślad traumy do dziś.

Długo nie mogłam do siebie dojść, pozbyć się poczucia porażki i winy, że nie dałam rady urodzić własnego dziecka, że musiano je ze mnie „wydobywać”, jak uroczo określa to terminologia medyczna.

Z drugim cc poradziłam sobie lepiej, świadomość, że przy tak cienkiej bliźnie (w badaniu usg w 37 tygodniu – 0,8 mm) nie dostanę pozwolenia na poród sn, pomogła pogodzić się z tym. To w ogóle była ciąża cudem donoszona, od 24 tygodnia z powodu niewydolności cieśniowo-szyjkowej w szpitalu wyleżana. Zgodziłabym się wtedy na wszystko, byle by nasz syn był już z nami, cały i zdrowy. Szczególnie, że cztery poprzednie ciąże straciliśmy… Odpuściłam myśl o porodzie naturalnym.

Żal pojawił się jednak, gdy dowiedziałam się od swojej lekarki wykonującej cc, że blizna była w porządku, że spokojnie mogłam próbować rodzić sn. Może jednak czasem lepiej nie wiedzieć?

Nie planowaliśmy trzeciego dziecka. Samo do nas przyszło. I od razu słowa przyjaciółki-douli „może po to przyszło?”…

Bardzo dobrze było mi z tą myślą, że to dziecko być może właśnie m.in. po to do nas przyszło, bym mogła doświadczyć porodu, poczuć tę siłę, moc kobiecości, w inny sposób niedostępną, narodzić się niejako na nowo ze swoim dzieckiem, uleczyć w poczuciu swojej kobiecości to, co przez lata pozostało nieuleczone.

Tak, teraz miało być inaczej.

I wszystko wskazywało na to, że będzie: „dobra” blizna (a przynajmniej jej ocena na usg), utrzymana w ryzach dietą cukrzyca ciążowa i dobra waga dziecka, dzielnie trzymająca szyjka, umówiona doświadczona, odważna położna i przyjaciółka – doula, najlepszy w mieście szpital i ja w dobrej formie. Czego chcieć więcej?

I zaczęło się pięknie – akcja sama się rozkręciła, przy regularnych skurczach co 3 minuty byliśmy w szpitalu, gdzie czekała już na nas nasza położna i cudownie się nami zajęła. I przez następne kilkanaście godzin też było pięknie. Bo rodziłam. A wokół siebie miałam dwie wspaniałe kobiety i męża.

Na izbie przyjęć chwila wahania – zostać czy iść jeszcze na spacer lub kolację? Skurcze zapisują się na ktg, w badaniu rozwarcie na 2 cm, pierwsza myśl – idziemy na kolację. Ponieważ jednak szpital jest przepełniony i istnieje ryzyko, że za kilka godzin nie będzie miejsca, podejmujemy decyzję, że zostajemy i czekamy na salę porodową.

Skurcze są jeszcze przyjemne, sala jest piękna i świetnie wyposażona, położna i doula dbają o to by było mi wygodnie i by jak najmniej bolało. Skaczę na piłce, masuję sutki, oddycham, rozmawiamy, słuchamy muzyki, żartujemy. Jest cudnie. Męża wysyłam do kina i przez kilka godzin doświadczam porodu z samymi kobietami. Bajka.

Niestety, historia zaczyna się powtarzać…

Najpierw pojawia się spadek tętna u młodego. Dość głęboki. Widzę, że położna jest mocno wystraszona. Ja zaczynam się bać natychmiastowej cesarki. Rozmawiamy z młodym, głaszczę brzuch, oddycham głębiej i ufff, w końcu tętno wraca do normy. Ale ja już przez najbliższych kilka godzin zostanę podpięta pod ktg – przenośne niestety nie działa.

Około 1 w nocy pojawia się propozycja przebicia pęcherza albo podania oksytocyny, bo szyjka stoi na rozwarciu 2 cm od ponad 8 godzin. Nie chcę się zgodzić ani na jedno ani na drugie, mając w pamięci pierwszy poród. Położna naciska, a ponieważ jest to jedna z bardziej pro sn położnych w tym mieście, to ufam, że ma ku temu powody. Wybieramy pęcherz. Czuję ciepło odpływających wód, na szczęście są czyste. Skurcze stają się bardziej bolesne ale i efektywne. Przez jakiś czas pomaga ciepła woda w wannie. Kiedy nie mogę już znaleźć da siebie dobrej pozycji a skurcze stają się trudne do zniesienia, proszę o znieczulenie. Wiem, że potrzebuję odpoczynku, muszę się przespać by mieć siłę na II fazę. Zasypiam jak tylko przestaję czuć ból. W trakcie dwóch godzin dochodzimy do pełnego rozwarcia. Zaczyna się II faza, skurcze są zaskakująco i niepokojąco bolesne. I równie nieefektywne. Z każdym kolejnym skurczem ból jest coraz większy, czuję, że coś jest nie tak. W pozycjach wertykalnych nie mam już szans – kładę się na łóżku, na boku, tak jest trochę łatwiej. Położna nie odstępuje już nas na krok. Krzyczę już na każdym skurczu. Przerwy miedzy nimi nie dają wytchnienia, bo zaczynam zamykać się i bać kolejnej nadchodzącej fali bólu. Uczucie rozrywania jest tak przepotężne, że tracę rozeznanie, proszę doulę, która trzyma mnie za rękę by zamieniła się z moim mężem. Wolę jemu miażdżyć dłoń.

Niestety nie pojawiają się parte, dziecko nie schodzi w kanał rodny, pojawia się wątpliwość czy to się uda, bo macica nie pracuje tak, jak powinna, to znaczy nie spycha dziecka w dół. Ból nie do zniesienia, nie mogą podać drugiej dawki znieczulenia, bo się boją o bliznę. Gdzieś w środku siebie wiem, czuję, że mimo ogromnej chęci i determinacji nie dam rady. Po prawie półtorej godzinie trwania II fazy porodu lekarze i położna decydują o cc. Jestem w takim stanie, że jest mi wszystko jedno, byle by tylko już nie czuć kolejnej rozrywającej mnie na strzępy fali bólu.

Podczas cięcia jest ze mną „moja” położna, trzyma mnie za rękę, patrzy mi w oczy i mówi co się dzieje. To sprawia, że czuję się bezpieczna. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna. Po odpępnieniu i zbadaniu synka przytula mi go do policzka a potem zanosi do męża, który go na gołej klacie kanguruje. Po przewiezieniu na salę pooperacyjną pomaga nam się karmić. Młody pięknie ssie. Jest już ze mną cały czas a personel pomaga we wszystkim w czym potrzeba. To była cesarka po ludzku.

Byłam już tak blisko. Rodziłam przez 15 godzin. I nie urodziłam. Znowu.

Młody, jak się okazało, zamiast 3600 ważył 4420 gramów. Położna stwierdziła, że choćby z tego powodu nie miał szans urodzić się sn. I całe szczęście, że się nie wstawiał, bo gdyby utknął w kanale rodnym, to moglibyśmy mieć większe problemy. A gdyby badania usg pokazały realną wagę dziecka to nie dostałabym zgody na vba2c.

Pocieszyło mnie to tylko trochę. Znów pojawiły się myśli, że to ja zwiodłam, że moje ciało nie dało rady urodzić naszego dziecka. I mnóstwo żalu, bo miało być tak pięknie. A zamiast tego po raz kolejny zostałam z syndromem niedokończonego zadania. I bolesną świadomością, że tego zadania już najprawdopodobniej nigdy nie dokończę.

Potrzebowałam kilku tygodni by wypłakać się i oczyścić. W tym czasie pojawiały się fale żalu, złości, smutku i rozgoryczenia. I wciąż wracały pytania i wątpliwości: „a gdyby…”, „a może trzeba było…”, „a może powinnam…” itp. Itd. Wciąż na nowo przeżywałam poród we śnie, co noc wracałam na porodówkę szukając innego zakończenia tej historii.

Kilka razy upewniałam się w trakcie rozmowy z położną, że zrobiłyśmy wszystko co można było. Zamęczałam też pytaniami męża. Bywało, że zaraz po rozmowie wątpliwości wracały. W końcu postanowiłam zaufać temu co słyszę. I sobie, swojemu ciału, które zrobiło co mogło. A gdy już nie mogło, to dało znać, że potrzebne jest inne rozwiązanie.

Nie żałuję, że próbowałam.

Żałuję, że się nie udało.

Ale mam nadzieję, że za jakiś czas pamiętać będę głównie to, że przecież przez kilkanaście godzin było tak pięknie.

Trzymajcie za to, proszę, kciuki.

Mama trzech synów z okolic Warszawy.

„Skąd się u Pani wzieła taka mądrość?” (Warszawa)

15 dni po terminie, mimo okresowej tachykardii w zapisie KTG, z pomocą cewnika Foleya i 2 dawek oksytocyny, mimo odejścia zielonych wód płodowych podczas akcji porodowej – szczęśliwy VBAC – z wiarą, że się uda, z dużą świadomością po stronie rodziców, ze spokojnym wsparciem personelu, bez popędzania i straszenia. Oto inspirująca historia porodu Anny:

Moją historia rozpoczyna się w czerwcu 2013 roku, kiedy to na świat przyszedł mój syn Szymon. Od początku było wiadomo, że będzie on dużym chłopcem – wyprzedzał wszystkie terminy i wymiary o 2-3 tygodnie. Byłam przygotowana na wcześniejszy poród, ale niestety nic na niego nie zapowiadało.. Gdy minął 7 dzień od terminu postanowiono zostawić mnie już do końca na oddziale patologii ciąży. Przyjęto mnie w piątek, bezczynnie i bezowocnie przeleżałam weekend. W poniedziałek wykonano powtórnie wszystkie badania i podjęto wstepną decyzję – „Syn jest za duży, by urodziła go Pani sama”. Dodatkowo było już 10 dni po terminie, no więc trzeba ciąć. Wtedy stchórzyłam i zgodziłam się na cc. Teraz poczekałabym chociaż do pierwszych oznak porodu. I tak po 11 dniach od terminu na zimno przyszedł na świat Szymon – 4804g/63cm szczęścia. Dostał 9/10 w skali Apgar – przez cc nie mógł się rozprężyć i miał kłopoty z oddychaniem. Zabrano go na OIOM noworodkowy gdzie saturacja wykazywała ok. 60%. Ja mogłam zobaczyć syna dopiero po 24h gdy było już lepiej. Wtedy też mogłam go pierwszy raz nakarmić (wcześniej bez mojej zgody karmiony był mm). Już wtedy wiedziałam, że będę robić wszystko, by drugie dziecko przyszło na świat siłami natury i nie powtórzyła się ta sytuacja. Mimo, że nastepnego dnia po cc czułam się już całkiem nieźle, nie chciałam przeżywać tego drugi raz.

Gdy w styczniu tego roku dowiedzieliśmy się z mężem, że po raz drugi zostaniemy rodzicami, bardzo się ucieszyliśmy :) Moja ciąża przebiegała bardzo podobnie do pierwszej – przynajmniej na początku. Tym razem byłam od początku nastawiona na poród siłami natury. Wszystko szło zgodnie z planem. Malutka od początku rosła książkowo a terminy porodu z OM i USG różniły się zaledwie o 4 dni, więc żadna różnica :) Wiedziałam, że w związku z tym żadne cc nie wchodzi w grę. Mimo to kazano mi zgłosić się na kwalifikację do porodu siłami natury do ordynatora szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Pan doktor był jak najbardziej za moją próbą vbac – „Córka nie jest duża, jeżeli Pani chce proszę próbować – cesarkę zawsze zdąrzymy zrobić”. Te słowa bardzo podniosły mnie na duchu :) Około 36tc podczas rutynowego badania USG okazało się, że Młoda ma za mały brzuszek w stosunku do reszty ciała – podejrzewano hipotrofię i kazano powtórzyć badanie za tydzień. Na szczęście po tygodniu wszystko się unormowało i nie groziło nam cc.

I tak rosłyśmy sobie kolejne tygodnie (znaczy córka rosła, bo ja nie przytyłam w ciąży ani kilograma :P) aż przyszedł termin porodu. Do tego czasu chodziłam na badania KTG, które wskazywały, że wszystko jest w porzadku. Gdy minął tydzień od terminu OM po raz pierwszy kazano mi się zgłosić na oddział patologii ciąży.. O nie, nie.. nie położyłam się, po co? Skoro wszystko jest OK, mogę równie dobrze przyjeżdżać na KTG z domu i czekać na rozwój akcji a nie leżeć bezczynnie na oddziale. Tak też było, KTG co dwa dni. Wyniki zaczynały być coraz gorsze, prawie za każdym razem na badaniu Młoda szalała – tętno wskazywało 160-180 ud/min. Postanowiono, że tym razem bezpieczniej będzie jeżeli już się położę na oddział i będę pod stałym „monitoringiem”. Była niedziela – 12 dni po terminie OM (8 z USG). Ja oczywiście dalej nie chciałam nawet słyszeć o cc. Na patologii znów KTG i znów tachykardia – decyzja: jedziemy na porodówkę poobserwować. Spędziłam noc na sali porodowej podpięta pod KTG – przerwy na siusiu, co ok. 3godziny. Dalej tachykardia. „Może Pani iść na górę po najpotrzebniejsze rzeczy, do rana tu zostajemy”.

Cały czas pisałam z Mężem i relacjonowałam mu co się dzieje, by w razie czego mógł przyjechać. Martwiły mnie te wyniki KTG, jednak co jakiś czas Młoda uspokajała się i zapis był prawidłowy – byłam więc pewna, że po prostu przeżywa ze mną nową sytuację, w której się znalazłyśmy. W poniedziałek rano zapadła decyzja, że wynik obserwacji jest na tyle dobry, że mogę wracać na patologię na obchód. Tu pojawiła się jedyna położna, która była na tyle „miła” i chciała mi ulżyć w cierpieniach proponując cc – „oo duże ryzyko, nic się nie dzieje, ja bym poprosiła na Pani miejscu o cięcie..” Tak, tak.. nie po to walczymy tyle czasu, by się teraz tak po prostu poddać. Na szczęście to była jedyna osoba, która chciała zrujnować moje plany o udanym vbacu.

Na obchodzie na patologii pojawił się mój ukochany ordynator, który kwalifikował mnie do porodu SN. Wyniki morfologii się polepszyły (całe dwie ciąze miałam anemię), więc jeżeli nadal chcę próbować rodzić sama, to powoli spróbujemy się przygotować. Mamy jeszcze chwilę czasu do soboty (wtedy mijały 2 tyg. od terminu USG – taki trochę deadline, ale ordynator nie użył słowa „cesarka”). Przygotujmy szyjkę cewnikiem.

I tak o 14 założono mi cewnik Foleya (zero rozwarcia, szyjka twarda, długa na 2,5cm). Niezbyt przyjemne doświadczenie rurki między nogami, ale czego się nie robi dla dziecka :) Pojawiły się skurcze – dość bolesne, ale do wytrzymania i nieregularne – no ale zawsze to coś. Odszedł czop. Na KTG dalej co jakiś czas tachykardia, ale już z przewagą dobrego zapisu. Noc przespałam. Rano o 9 następnego dnia (wtorek – 6.10) zdjęto cewnik. Szyjka dalej długa, ale już mięciutka i rozwarcie na (naciągane) 2 palce – więc cewnik spełnił swą funkcję – przygotował szyjkę na indukcję oksytocyną.

Zadzwoniłam po Męża – „Przyjeżdzaj na porodówkę, będziemy indukować”. O 14 zeszłam na dół na porodówkę, gdzie miła Pani położna przywitała mnie słowami: „Oo Pani z 10.10, córka na pewno czeka do Pani urodzin i chce Pani zrobić prezent :)”. Dostałam salę i czekałam na Męża. Ten po drodze zabrał wszystkie moje i córy rzeczy z patologii – „Już tam Pani nie wróci – wymęczymy Was do końca ;)”.

O 16 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. Miałam być podłączona na 6 godzin na razie i zobaczymy co dalej. Mój organizm od początku pięknie reagował, nawet na najmniejszą dawkę – pojawiły się skurcze, jeszcze nie jakieś super bolesne, ale rozwarcie nie specjalnie rosło. Cały czas był ze mną Mąż, cały czas słuchaliśmy muzyki i na skurczach śpiewaliśmy – było wesoło i na luzie. Swoją drogą szanty i piosenki dziecięce są bardzo fajne do śpiewania zamiast krzyczenia na skurczach 😉 Bardzo też pomagało skakanie na piłce na skurczach – które już były coraz bardziej bolesne. O 23 odłączono oksytocynę – skurcze dalej były, więc super – coś tam się jednak dzieje. Rozwarcie – ledwie na 3 palce i to tak na ścisk. Decyzja: odpoczywamy i zobaczymy co będzie rano. W nocy dalej skurcze, ale mniej regularne i trochę cichły. Udało mi się przespać i zregenerować siły. Mąż spał na podłodze – on się bardziej nie wyspał niż ja. Rano skurcze już nieznaczne. Przyniesiono śniadanie, ale nie pozwolono mi go jeść do obchodu. O ósmej obchód. „Co robimy?” – „Dajemy drugą dawkę oxy, przebijamy pęcherz (po 6h), ja biorę Panią, trochę ją zmęczę, poćwiczymy i niech rodzi” – powiedziała z uśmiechem położna. „No dobra do północy Pani urodzi :)”. Gdy wyszli położna ze mną została, kazała się umyć, zjeść śniadanko i jak będę gotowa to dać znać to zaczniemy działać.

O 9 podłączyła mi drugą dawkę oksytocyny. Od początku skurcze były bardziej bolesne niż wcześniej (to dobry znak – pomyślałam), nawet piłka przestała dawać ulgę. Ale jeszcze szło wytrzymać. Na KTG zapis w miarę prawidłowy i regularne skurcze :) Uda się! O 11 przyszła położna, sprawdzić co tam u nas słychać z rozwarciem. Położyłam się na łóżku i trach! – „to chyba wody?” – „no chyba tak, zielone ale to nic, kobiety, które rodzą w 38tc też nieraz takie mają – jest OK :)” Rozwarcie: takie słuszne 4 cm. Więc coś się dzieje :) Jeszcze wytrzymałam z pół godziny skurczy i poprosiłam Męża, by zamówił mi znieczulenie. Przyszła Pani anestezjolog, zrobiła obszerny wywiad (wyśpiewałam Pani odpowiedzi na pytania do piosenki „Mam tę moc” :P) i podała znieczulenie (brr okropność ale za to jaka ulga). Poleżałam sobie troszkę i odpoczełam – nic mnie nie bolało a rozwarcie rosło :) Przyszła Pani położna – „Jak będzie Pani czuła parcie, proszę wołać”. OK.

Nie minęło 5 minut jak krzyczałam do Męża, by wołał Panią Wiolę. „To co, rodzimy? Lekarz powiedział, że do której Pani urodzi? Do północy? To działamy”. Kazała podnieść nogę do góry i spróbować przeć. Taaa gdybym jeszcze wiedziała jak 😛 „To ma być parcie, chyba na prawdę chcesz urodzić o północy” – powiedziała mi z uśmiechem :) Wytłumaczyła mi jak prawidłowo to robić. Mąż cały czas głaskał mnie po głowie i wspierał. „Już chwilkę, widzę już głowę :) zaraz będzie po wszystkim”. Krzyczałam głośno – to było silniejsze ode mnie i jednocześnie bardzo mi pomagało. „Nie dam rady! Nie prawda! Dam radę!!!” 20 minut skurczy partych i Olga wylądowała na moich piersiach :) Okazało się, że była dwukrotnie owinięta pępowiną wokół szyi – stąd tachykardia. Cały ból odszedł, pojawiły się łzy radości – u mnie i u Męża. UDAŁO SIĘ! Druga najszczęśliwsza chwila w moim życiu (po narodzinach syna). Tuliliśmy się we trójkę :) Pani doktor, która była przy porodzie, w tym czasie podała mi małą dawkę oksytocyny bym urodziła łożysko, ale Pani Wiola w tym czasie zgrabnie je wyciagnęła, ku jej zdziwieniu 😛 Po zszyciu mnie (delikatnie pękła mi warga – położna pięknie ochroniła mi krocze – „nie lubię szyć, to nie nacinam :)”) wszyscy wyszli i zostawili nas samych na dobre dwie godzinki :)

an

Przystawiłam córę do piersi – no pięknie się przyssała :) Cudowne uczucie :) Zostałam przez córę ochrzczona na dzień dobry – i siusiu i smółka wylądowała na moim brzuchu, ale i tak było mi nieziemsko :) Po dwóch godzinach przyszła Pani Wiola – podmyła Olgę, zważyła i pomierzyła. Nie taka malutka – 3695g, 56 cm. 9 (a ostatecznie 10) punktów w skali Apgar (za siną skórę na początku).

olga

Dostaliśmy jeszcze chwilę, by się ogarnąć po wszystkim, po czym pojechaliśmy na oddział położniczy :) Na odchodne otrzymałam gratulacje od położnych, które były ze mną przez te dni, a od Pani Wioli pytanie: „Skąd się u Pani wzięła taka mądrość, większość kobiet już dawno wybrałaby cc?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć, dla mnie to było tak oczywiste, że urodzę Olgę naturalnie, że nie dopuszczałam w ogóle innej opcji. „Gratuluję Pani Aniu, mądra z Pani kobieta”. Poczułam się bardzo dumna z siebie i Męża. Gdyby nie on byłoby mi na pewno trudniej znieść poród.

Na mój udany vbac złożyło się kilka czynników: po pierwsze wiara w to, że się uda – nie można się poddać i zwątpić; po drugie: wsparcie ukochanej osoby i po trzecie: przychylny personel. W moim przypadku te czynniki okazały się najważniejsze, jednak jak wiadomo każdy poród jest inny, czasami wystarczy po prostu szczęście.

Olga urodziła się 7.10 o g. 13:43 po 15 dniach od terminu OM. Nie doczekała do mamusinych urodzin 10.10, ale i tak jest najcudowniejszym prezentem jaki mogłam dostać od losu. Warto było na nią tyle czekać :)

olg2

O tym, że szczegóły mają znaczenie (Warszawa)

O tym, jak ważną postacią w opiece okołoporodowej jest położna i o tym, że od rodzenia można się uzależnić:) Oto historia Anny:

Ta historia nie będzie opowiadała o złych lekarzach, o niemiłych położnych. Nie będzie wyciskała łez. To historia dwóch różnych, choć momentami jakże podobnych, porodów. Cudów życia.

Wiadomość o ciąży zaskoczyła mnie. Choć nie powinna. Wszak seks bez zabezpiecznia, wcześniej czy później musiał się tak skończyć. I tak właśnie, po 11 latach znajomości zmuszono nas do wzięcia ślubu. Chrzestny mojego ówczesnego narzeczonego uznał, że w prezencie ślubnym da nam… Położną. Oszalał.. Po co mi położna? Poradzę sobie sama. Tak wtedy myślałam. Kilka miesięcy później okazało się, że był to najlepszy prezent ślubny, jaki można było sobie wymarzyć…

Z Moją Położną poznałyśmy się w szkole rodzenia, póżniej na wywiadzie przedporodowym. Założyła dokumentację medyczną, podpisała umowę. Wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na poród.

Dzień przed terminem poszłam na KTG. Odczekałam 2 godziny w kolejce. Następnie pół godziny leżenia. Badanie. Wszystko w normie. Szyjka długa, zamknięta, twarda. „Jeszcze z tydzień Pani w tej ciąży pochodzi” – usłyszałam od lekarza. No żesz… Zrezygnowana i zmęczona zadzwoniłam do mamy się pożalić. Byłam zła! Jakto jeszcze tydzień? Nie mogę spać i wyglądam jak baleron (przytyłam ponad 20 kg przy wadze 50 kg i wzroście 150 cm).. Mam dość! Sfrustrowana popłakałam sobie w domu, po czym uznałam – nie chcesz się rodzić, to nie! Moja Położna w tym dniu również zadzwoniła zapytać co słychać. Umówiłyśmy się na KTG. Zarwałam noc zajmując się jakimiś bzdetami, poszłam spać grubo po 2.

O 6 obudził mnie straszny ból brzucha. To chyba jakiś żart.. Skurcze regularne, co 5 minut. Przecież miały być najpierw co 15!! Postępowałam wg wytycznych Mojej Położnej, które pamiętałam ze szkoły rodzenia. Zjadłam śniadanie, wzięłam Nospę, poszłam do wanny. Zero ulgi. Skurcze co 3 minuty. O 7:30 zadzwoniłam do Mojej Położnej. Dowiedziałam się, że w szpitalu, w którym miałam rodzić nie ma miejsca. Moja Położna kazała jechać do innego, w którym będzie na mnie czekać. Zwlekłam męża z łóżka i pojechaliśmy. Godziny szczytu, a ja rodząca, ze skurczami co 2-3 minuty przez całą Warszawę, prawie 50 km do szpitala na poród. Mimo to, dobry humor mnie nie opuszczał. Po 9 byliśmy na miesjcu.

W szpitalu na badanko, przy okazji przebicie pęcherza. Zielone wody. Ups! Ale najważniejsze, że rodzimy. Wypada wysłać smsa do moich studentów, że dodatkowego terminu kolokwium nie będzie, zapraszam na sesję poprawkową. Poczłapaliśmy sobie na salę porodową, przebrałam się. Pokręciłam na piłce. Skurcze przybierały na sile. Bolało okropnie. Zawsze źle znosiłam bóle miesiączkowe, ale ten ból to było jakieś nieporozumienie. Już wiem, czemu dziewczyny błagają o cesarkę. Ale ja nie… Ja będę twarda. Poradzę sobie! Zwymiotowałam śniadanie – i po co było jeść? Między skurczami próbowałam chociaż na chwilę zasnąć, byłam strasznie śpiąca. Nic z tego… Cierpiałam w ciszy… Nagle usłyszałam, że dziewczyna w sali obok strasznie krzyczy. Przy następnym skurczu postanowiłam krzyknąć, może wtedy będzie mniej bolało? Niestety, krzyk też nie pomagał.. Co chwile chodziłam do łazienki, czasami na kolanach taszcząc za sobą kroplówkę, którą dostałam z okazji lekkiego odwodnienia. Moja Położna od czasu do czasu sprawdzałą tętno Maluszka. Nie było zbyt dobre. Badanie KTG. Ból niesamowity, a ja musze leżeć. Mój mąż zgłodniał i zaczął zajadać kanapkę, od czasu do czasu próbował podnieść mnie na duchu trzymając za rękę. Ale to nic nie dawało, ból wciaż był nie do zniesienia. Jego niemożność pomocy wywoływała we mnie złość. W miedzy czasie badanie, rozwarcie na 2 cm. KTG co chwilę grało muzyczkę informując, że tętno dziecka jest nieprawidłowe. W skurczu 60-70, po za skurczami 170-200. Moja Położna z wrodzonym i profesjonalnym spokojem dała mi do zrozumienia, że mamy problem. Zawołała lekarza. Wszystko spokojnie i z uśmiechem. Przyszła Pani doktor. Krótka wymiana zdań. Decyzja o CC. „Aniu, Twojemu dziecku coś nie pasuje. Możemy jeszcze poczekać, ale poród idzie wolno i prawdopodobnie za kilka godzin i tak będzie trzeba ciąć. Szkoda Twojego cierpienia i zdrowia Maluszka. Czy zgadzasz się na Cięcie Cesarskie?” W tej chwili było mi wszystko jedno. Byłam otępiała z bólu i marzyłam tylko o tym, żeby to wszystko się już skończyło. Mając łzy w oczach, składałam podpisy pod wszystkimi zgodami. Cieżko to nazwać podpisami. Z bólu ledwo trzymałam długopis i stawiałam jakieś ślaczki w miejscu wskazywanym przez Moją Położną. Ona wciaż uśmiechnięta, profesjonalna, spokojna.. Przewiozłą mnie na salę operacyjną, pomogła się rozebrać. Dostałam znieczulenie w kręgosłup. Pamiętam, że trzymała mi wtedy głowę, żebym się nie ruszała, gdy lekarz będzie wbijał igłę. Jej dotyk był magiczny. Koił i uspokajał. Po chwili ból zniknął. Nie można było tak od razu? – pomyślałam. Lekarz, który mnie kroił, bardzo się śpieszył na operację – nie miał butów, był w samych skarpetkach… Mój dobry humor powrócił.

Synka wyjęli mi z brzucha 5 minut później. Był cały, zdrowy, różowiutki. Moja Położna, która przez cały czas była ze mną, przystawiła mi go na chwilę do twarzy. Gdy mnie szyli, mogłam dać mu buziaka, pogłaskać. Potem zniknął, a ja zostałam przewieziona na salę pooperacyjną. „Byłaś bardzo dzielna, dałaś z siebie wszystko. Jeszcze dasz radę urodzić Siłami Natury” – powiedziała mi wtedy Moja Położna. I chyba to sprawiło, że mój świat nie zawalił się od razu. Mój pierwszy poród, licząc od odejścia wód, trwał 4 godziny..

Po cesarce, jak to po cesarce… U każdego lekarza wstyd, że CC. „Zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna” – mam nadzieję, że nie taki powód wpisują kobietom, które mają cesarki na życzenie… W domu płacz. Poczucie niespełnienia. Mąż starał się wspierać, ale nie rozumiał. Miałam wrażenie, że nikt nie zrozumie, i nikomu nie mówiłam o tym, że jest mi tak cholernie źle.

Jakiś czas później kilka moich znajomych rodziło przez CC. Każda próbowała rodzić Siłami Natury, ale żadnej z nich się nie udało. Jedna 40 godzin, druga 27, trzecia „miała dużo szczęścia”, wyciągneli jej córkę „w ostatniej chwili”. Mojej kuzynce powiedzieli, że gdyby przyszła na KTG dzień później, to nie byłoby kogo wyciągać. Powoli zaczynałam się cieszyć, że rodziłam tylko 4 godziny, a mój Syn jest cały i zdrowy. Zaczęłam doceniać to, w jak dobrych rękach się znalazłam – w rękach Mojej Położnej. Gdyby nie Ona, mój poród mógł być ogromną traumą…

Niecałe 3 lata później (w końcu!!), udało mi się namówić męża na drugie dziecko. Chciałam dziewczynkę, Basieńkę. Będzie parka i koniec z dziećmi. Mąż jednak twiedził, że będzie syn. W końcu wie, co robił… (I się nie mylił). Jedno było pewne: Rodzę z Moją Położną. Wymyśliłam sobie, że zadzwonię do Niej w połowie ciąży, w 20 tygodniu. Odliczałam dni.. Nie mogłam się doczekać. A jeśli na połowę lipca planuje urlop? A jeśli ma już jakiś poród w tym czasie? A jeśli mnie nie pamięta i się nie zgodzi? Nie wytrzymałam. Zadzwoniłam kilka dni przed planowaną datą, która zakreśliłam na czerwono w kalendarzu. „Cześć Ania! Co tam słychać?” usłyszałam głos Mojej Położnej w telefonie. Czyli jednak pamięta… „Wyślij mi smsem termin porodu i jesteśmy w kontakcie”. Od tej pory, było mi już wszystko jedno. Wiedziałam, że jestem w dobrych rękach. Że co by się nie działo, z Moją Położną wszystko będzie dobrze. Byłam pewna, że ja i moje dziecko jesteśmy bezpieczni i żadna krzywda nam się nie stanie.

Znajomi dopytywali o plany porodowe. „Kiedy Cie kroją?” – słyszałam często. Gdy mówiłam, że będę próbować rodzić Siłami Natury, pukali się w głowę. „Jesteś wariatka”. „A po co Ci to? Chcesz się znów męczyć?” – mówili z czułością. Odpowiadałam uśmiechem. Nie wiedziałam co mam odpowiadać. Żaden argument: najlepsze dla dziecka, najlepsze dla mnie, nie był wtedy najważniejszy. Ja po prostu czułam, że muszę to zrobić, muszę spróbować. Czułam wewnętrzną potrzebę przeżycia tego, co jak mi podpowiadała intuicja, będzie niezwykłe.

Ostatnie kilka tygodni ciąży było dla mnie męczarnią. Miałam straszne bóle brzucha. Kilka fałszywych alarmów. Mąż drżał ze strachu przed wcześniakiem. U lekarza słyszałam tylko „nic się nie dzieje, szyjka długa, do samej kości”. Nie mogłam doczekać się porodu, gdyż upały w lipcu były nie do zniesienia, i w ostatnie 3 tygodnie przytyłam 5 kg. Znów czułam się jak baleron, mimo tego, że do niedawna, z lekką nadwagą, chodziłam jeszcze na lekcje tańca towarzyskiego. (Tak, w ciaży można tańczyć! :))

Znów dzień przed terminem poszłam na badanie. Tyle, że tym razem nie na KTG, a do mojej Mojej Położnej. Wzięłam ze sobą torbę do porodu. Miałam przeczucie, że to będzie dzisiaj. Dzień idealny. Wtorek, 10 rano. Syn w przedszkolu. Dzisiaj rodzę, na weekend jestem w domu. Niestety. Główka sterczy nad spojeniem łonowym. Wszystko wysoko. Nie ma szans na rodzenie. Widzimy się w poniedziałek w szpitalu na KTG i zobaczymy co dalej.. Znając moje szczęście urodzę w piątek w nocy. Gdy nie będzie z kim zostawić dziecka. Pojadę w środku nocy. Sama. Taksówką. I cały weekend przeleżę w szpitalu – mówiłam. Obudziłam się w sobotę rano, we własnym łóżku. Wypoczęta. Bez żadnej oznaki zbliżającego się porodu.

Upał znów straszliwy, chociaż zbierało się na deszcz. Nalaliśmy wody do basenu na ogródku, żeby się nieco schłodzić i nie zwariować. Woda była zimna, ale moim chłopakom to nie przeszkadzało. Mi trochę, ale w końcu się przemogłam i również weszłam się schłodzić. Było przyjemnie, rodzinnie. Zrobiłam obiad. Zjedliśmy w dobrych nastrojach. I wtedy coś poczułam. Coś zaczęło ze mnie wychodzić. Podczas wizyty w łazience okazało się, że wypadł mi czop. No super! Napisałam smsa do Mojej Położnej. „No to czekamy na skurcze” – odpisała. Skurcze jak na zawołanie pojawiły się za chwile. Nieregularne, co 8-10 minut. Nospa nie pomagała. Poszłam do wanny, ogoliłam nogi, umyłam włosy. Miałam skurcze co 5 minut, gdy suszyłam i układałam włosy. W końcu rodzę – muszę ładnie wyglądać! Napisałam znów do Mojej Położnej: skurcze co 5 minut, trwają ok 60 sekund. „Chcesz już jechać do szpitala?” – zapytała, gdy zadzwoniła. Muszę jeszcze zrobić dziecku budyń i ściągnąć pranie, bo zbiera się na deszcz. „Ok. Zadzwoń jak będziesz gotowa”. Mój mąż pojechał po swoją siostrę, która na szczęście właśnie kończyła pracę i mogła zająć się Bratankiem. A ja zostałam w domu z synem. Ściągnęłam pranie, poskładałam i poukładałam na półkach. No i robiłam ten budyń, co chwila kucając z bólu. Mój syn nie wiedział co się dzieje. Ale ja z uśmiechem na ustach mówiłam: Arturek się rodzi kochanie, a to trochę boli. „To super mamo, ale rób już ten budyń” – odpowiadał. Gdy budyń był gotowy poszłam dorzucić do torby ostatnie ważne rzeczy. Mój Mąż chodził jak nakręcony i mnie popędzał. Był strasznie zdenerwowany. A mnie się nigdzie nie śpieszyło.. Zadzwoniłam do Mojej Położnej. Umówiłyśmy się za godzinę w Izbie Przyjęć. Byliśmy na czas.

Rutynowa procedura. Badanie: szyjka pół centymetra, rozwarcie prawie na 2 palce, a główka Maluszka dość wysoko. I po co było się tak śpieszyć? W każdym razie – rodzimy. Papierologia i do sali porodowej. Mąż oczywiście nie uwzględnił mojej prośby o to, że chcę rodzić sama i razem ze mną poszedł na salę porodową. Na szczęście, po godzinie, udało mi się go wygodnić na położenie dziecka do spania i zjedzenie kolacji, więc miałam prawie dwie godziny tylko dla siebie. I dla mojego porodu. Podczas badania przebicie pęcherza. Wody czyste. Ufff… Moja Położna zaproponowała wannę, bosko. Cieplutka woda, pełne zanurzenie. Skurcze bolały. Tak jak 3,5 roku temu bolały bardzo. Błagałam o znieczulenie. „Musimy poczekać, aż główka Dziecka będzie niżej” – poinformowała mnie Moja Położna. Czekałyśmy więc umilając sobie czas międzyskurczową rozmową. Co kilka minut pojawiał się ból. Oddychałam, płakałam, rzygałam, nie mogłam znaleść wygodnej pozycji.. I mimo wczesnej (21? 22?) godziny byłam strasznie śpiąca. A podobno każdy poród jest inny..

Przy kolejnym badaniu okazało się, że jestem gotowa na znieczulenie. Dwie przemiłe Panie zaaplikowały ZZO. Moja Położna znów trzymała mnie za głowę. Gdy igła została wbita nadszedł skurcz, a ja nie mogłam nawet drgnąć. Moja Położna wciaż mnie trzymała pomagając przetrwać ból. Jej dotyk znów dawał ogromną ulgę i ukojenie. Po chwili leżałam już i czekałam, aż przestanie boleć. Przestało. W końcu. I wtedy pojawił się mój mąż. Miałam dobry humor. Oboje patrzyliśmy na KTG i przerywaliśmy rozmowy gdy widać było, że nadchodzi skurcz i należy ładnie oddychać. Wydawało mi się, że minęła dosłownie chwila, gdy znów zaczęłam czuć ból między nogami. Poinformowałam o tym Moją Położną. „Nawet nie wiesz jak się cieszę” – odpowiedziała. Mniej więcej w tym momencie całość porodu zaczęła mi się rozmywać. Jednak ani przez chwilę nie wątpliłam w to, że wszystko będzie dobrze. Byłam spokojna o siebie i o swoje dziecko. Ona była obok, wiec nic złego nie mogło nam się stać.

Nagle tętno Arturka spada do 60. Moja Położna mówi coś o „Gaussie”, woła lekarkę. Po chwili pojawia się pani doktor – piękna kobieta. Wtedy wydawało mi się, że jest Aniołem. Miła, czuła, delikatna.. Anioł, na pewno Anioł. Dostaję tlen i mam mocno oddychać. Zmieniam pozycję na pionową, oddycham. Czyjaś ręka masuje mój brzuch. I po chwili wszystko jest dobrze. Tętno Arturka wraca do normy, a ja dostaję pozwolenie na wyjście do łazienki. Po drodze przychodzi pierwszy skurcz party. Nie wiem co się dzieje. Kucam i krzyczę. Moja Położna też nie wie co się dzieje, ale gdy mówię, że to skurcz, uśmiecha się szeroko i pomaga mi wstać. „Idz, sikaj. Dziecko Ci nie wypadnie” – żartuje zamykając drzwi łazienki.

Wracam na łóżko. Ponownie zostaję opleciona pasami od KTG. Leżę na lewym boku z prawą nogą uniesioną do góry. Moja Położna wizualizuje mi naturę parcia. Jest 23:40. „Masz 15 minut żeby urodzić” – mówi Moja Położna. 21 – chcę urodzić w niedzielę – opowiadam. „Będzie niedziela. Przyj!” Wyobrażam sobie tłok powietrza i kieruję go w dół. Prę na każde zawołanie. Noga zaczyna boleć. Pieprzone biodro, wypadało by w końcu iść z nim do lekarza – myślę. Jest mi niewygodnie. Moja Położna sugeruje zmianę pozycji, pyta mnie o zdanie. Nie umiem odpowiedzieć jej w jakiej pozycji byłoby mi wygodniej. Dostaję więc pozwolenie na położenie nogi i prę na lewym boku. Między skurczami jest czas na odpoczynek. Na polecenie Anioła wciągam mocno powietrze „prosto do brzuszka”. Oddycham. Skurcz za skurczem. Prę z całych sił. Mimo tego, że na kolejne parcie nie mam już siły – prę, bo Moja Położna mówi, że mam przeć. Słucham się Jej, bo wiem, że ma rację. Z moim ust mimowolnie wylatuje krzyk (gardło bolało mnie póżniej przez dwa dni), ale czuję, że parcie daje efekty. Po każdym parciu dostaję pochwalę od Mojej Położnej i od Anioła. Jestem z siebie zadowolona. „Widać główkę! Ma dużo włosów!” – słyszę słowa Mojej Położnej. Przy kolejnym skurczu główka Arturka jest już na zewnątrz. Czuję to. Jest bosko. Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Jeszcze jeden skurcz i dostaję mojego Maluszka na brzuch. Zalewa mnie fala endorfin, hormonów, szczęścia i miłości….

A w głowie jedna myśl:

Jeszcze jedno, jeszcze Basia.. A może więcej?

Uzależniłam się… Uzależniłam się od rodzenia.

ania artur ania i artur