Archives

VBAC, czyli rodzić po mojemu (Oława)

„Czuję, że to był MÓJ poród.” Te słowa wypowiedziane przez świeżo upieczoną mamę to kwintesencja odpowiedniej opieki nad rodzącą kobietą. I drugoplanową sprawą jest to czy plan porodu trzbaby_foot_black_and_whiteeba było zmodyfikować czy nie, czy poród był z interwencjami czy zupełnie bez. Sednem jest szacunek, podmiotowość i decyzyjność kobiety oraz jej przyjazna relacja z położną / lekarzem oparta na zaufaniu i porozumieniu. Zapraszam do lektury historii Magdy. Znów będą potrzebne chusteczki! Łzy wzruszenia gwarantowane, a pełen humoru styl autorki zapewne niejednego do łez rozśmieszy.

Moją córkę urodziłam 1 maja 2014 roku. Rano podczas podrywania się z łóżka odpłynęły mi wody. Zaaferowana, szczęśliwa pojechałam po 2 godzinach urodzić dziecko do szpitala. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że brak akcji skurczowej po odpłynięciu wód jest takim problemem. Dostałam na dzień dobry kroplówkę z oksytocyną (mimo zaznaczenia w planie porodu, że nie chcę), a na słowa protestu położna zasugerowała, że mogę iść dyskutować z panią doktor. Ale że ona nie radzi. Później dowiedziałam się, że trafiłam na tę jedną lekarkę ze wszystkich, która lubuje się w cięciach i ogólnie jest wyjątkowo niedelikatna. Sama nie rodziła.
Podpięto mnie pod wyjątkowo długie KTG. Skurcze zaczęły mnie zginać wpół, a na wykresie było całkiem płasko. Podczas badania lekarka zrobiła niespodziewany i nieproszony masaż szyjki macicy, po czym zaproponowała znieczulenie. Ze znieczuleniem coś zaczęło się dziać z tętnem, ale chyba moim. Zbiegli się doktorzy i orzekli koniec rodzenia. Na salę operacyjną.
A potem to wiadomo, jak to jest. Noc pod morfiną (córka noc na mm mimo braku mojej zgody). Ciężkie pionizowanie. Ból i płacz, że nie jestem w stanie szybko poderwać się do płaczącego dziecka. 7 miesięcy codziennych skrytych łez i… druga kreska na teście ciążowym. I start mojej opowieści VBAC.

——————————————————-

Na początek należy ustalić kilka faktów.
Na przykład to, że rozróżniam poród siłami natury od porodu drogami natury. Pierwszy w pełni naturalny, samoistny, fizjologiczny, taki jak został zaplanowany w toku ewolucji.
Drugi wspomagany jakimiś medycznymi sztuczkami. Czyli gdzie siły natury nie mogą, poślą doktora. A to znieczulenie, a to oksytocyna, a to nacięcie czy inne kleszcze. Każda, najmniejsza interwencja.

Jasne, że mój buntowniczy umysł pragnął urodzić siłami natury. W karcie wypisu mam jak byk: poród fizjologiczny. A jednak nie do końca tak było.
Ale po kolei.

Ten dzień
Córka urodziła się 280. dnia ciąży. Iście książkowo. Teraz Leon nie mógł mieć tak dokładnie wyznaczonego dnia, bo się wszystko ongiś poprzesuwało i namieszało. Pi x oko 2 tygodnie później niż podaje kalendarz.
— To pani Magdo, ja wracam z urlopu i mam dyżur dziewiętnastego sierpnia. To wtedy mogłaby pani urodzić.
— O to bardzo chętnie, tak się umówmy.
Sobie zażartowałyśmy z panią doktor w okolicach kwietnia. Potem ten dzień wpisała w kartę ciąży jako oficjalny termin porodu. Potem zapewniłam swoją położną, że to będzie wtedy. Potem, 3 tygodnie przed terminem, na ostatniej wizycie było już tak:
— To co pani Magdo, może faktycznie zaczekacie na mnie, aż z urlopu wrócę? — zagadnęła w trakcie badania ręcznego pani doktor.
— No jasss…
— Ooooo nie zaczekacie. Szyjka w osi.

No i czekałam, czekałam. I cisza. Nadszedł osiemnasty, dzień, w którym rodzić wyjątkowo nie chciałam. Ale coś czułam.

Oznaki porodu
Z córką kompletnie nic się wcześniej nie zapowiadało. Po prostu chlusnęły rano wody, a potem finał jaki był, to wiadomo.
Teraz było trochę inaczej. Jak pisałam a propos karmienia piersią w ciąży, od 37. tygodnia podczas karmienia Natalki odczuwałam spinanie się brzucha. Na jakieś 6 dni przed porodem zaczęłam odczuwać pewną bolesność przy tym spinaniu. Delikatnie, nienahalnie. 2 dni przed porodem bolesność lekko wzmogła i pojawiała się także wtedy, kiedy nie karmiłam. Ewidentnie się zbliżało.
Dzień przed porodem dopadły mnie jakieś wewnętrzne nerwy. Że już by się mogło zacząć. Ale właściwie to jeszcze nie (bo nie chcę osiemnastego). Ale tak, żeby zdążyć na dyżur pani doktor. Ale właściwie to ile on trwa i jak się wstrzelić? Takie rozterki.
Bolało mocniej, czasami musiałam przystanąć, czasami się oprzeć. Cieszyłam się. I wkurzałam, bo znowu ciągnęło po krzyżu, a pamiętałam, że w krzyżu boli bardzo. Ale bardziej cieszyłam się. Byłam gotowa. Chciałam pociągnąć mocniej, rozhulać sytuację. Długi spacer po markecie. Szarpane sprzątanie to tu to tam (bez efektów). Dużo karmienia Natalki. Coraz więcej wewnętrznych nerwów. Ale nic więcej.
Wieczorem orzekliśmy z Tomkiem, że brzuch mi opadł. Z uwagi na upał łaziłam po domu w samym staniku i podziwiałam nowy kształt brzucha. Ostatnią przepowiednią było odejście czopu. Albo jego części, cholera wie, ile tego powinno być.

Początek
Wieczorem we wtorek oddelegowałam Tomka na trening, a sama (z przedporodowymi nerwami) zajęłam się Natką. Kąpiel, chlapanie, witaminy, ząbki, piżamka i lulu. Podczas karmienia wróciły skurcze, które mi od wielu godzin towarzyszyły i znikały. Znów wstąpiła we mnie nadzieja.
Natka usnęła, a ja zaczęłam liczyć częstotliwość. 8 minut. Przyjemny ból. 6 minut.
Tomek wrócił po 22.00. Ja sobie skakałam na piłce i liczyłam. Zrobiło się gęsto — skurcze zaczęły pojawiać się co 4 minuty.
Czas na nospę, orzekłam sama w sobie. Nie jestem zwolenniczką nospy, zwłaszcza w ciąży. Ale wiem, że pozwala odróżnić skurcze przepowiadające od porodowych. Po dwóch tabletkach przepowiadające znikają, porodowe trwają. Z relacji innych dziewczyn rodzących VBAC wiedziałam, że warto mimo wszystko manewr z nospą zastosować, bo rozkręcać się to może długo, wiele godzin, a nawet dni. I lepiej się wtedy wyspać, a nie chodzić nakręconym, że to już, to już.
Jak za odjęciem ręki moje skurcze ustały. No nie! Tyle liczenia, tyle nadziei…
Wróciły po 12 minutach. I znów zaczęły się zagęszczać. Jeeeeaaa!
Wzięłam kąpiel (w zamierzeniu odświeżającą, ale w domyśle mającą dać tę samą odpowiedź co nospa). Nic się nie zmieniło. Skurcze co 5–6 minut.
O 1.00 zadzwoniłam do położnej. Jak ja nie cierpię dzwonić w środku nocy do kogokolwiek. Po informacji, że jestem po nospie i kąpieli, a skurcze są — padła decyzja, że spotykamy się na porodówce za niedługo.

Do szpitala
Spakowaliśmy ostatnie rzeczy (czekoladę do ciućkania, sztuk 4!), wzięliśmy Natalkę (obudziła się) i do samochodu. Dojechaliśmy do rodziców Tomka, gdzie czekało na Natkę posłanie na podłodze (ach, ja też sypiałam u moich dziadków na podłodze! Jak ja to uwielbiałam!). Wesoło postanowiłam, że jeszcze ją uśpię, żeby wszystkim było łatwiej. Skurcze przybierały na sile (podczas karmienia). Natka wcale nie chciała zasnąć. Zadzwoniła położna, że no gdzie my jesteśmy. Dostaliśmy zapewnienie, że mama Tomka z Magdą sobie poradzą i ruszyliśmy do Oławy. Jakieś pół godziny drogi. Ja podsypiałam, budząc się na skurcze co 5 minut.
Dotarliśmy. Wejście przez SOR. Pani z SOR-u zadzwoniła na porodówkę, potem pokazała drogę i tyle.
Na Izbie Przyjęć papierologia. Skurcze delikatniejsze, ale na kilku musiałam wstać z krzesełka. Jeszcze więcej papierków. I jeszcze inne papierki. Albo jeszcze takie.
Koszula porodowa szpitalna. Oooo. Nie wiedziałam. Taka oczywiście za krótka.
Badanie.
Chwila niepewności. Narobiły spustoszenia te skurcze czy nie?
— 4 centymetry.
— O. To tyle, na ilu się ostatnim razem skończyło.
Też dobrze.

Porodówka
Przeszliśmy na porodówkę i już byłam pod opieką mojej położnej. Pani Ani. Godzina 4.00. Powoli świta.
Na początek znowu badanie.
— Naciągane 6 centymetrów.
Wow! 40 metrów przeszłam, a tu taki postęp. No i bariera psychologiczna pokonana. Bo szyjka moja potrafi. I to sama z siebie. Ha!
KTG. Piszą się skurcze, te, co ja je czuję. A nie że ja czuję i zgina mnie wpół, a na wykresie płasko i chyba sobie pani żartuje.
— Pani Madziu, muszę pobrać krew do badań. To od razu wenflon założę, gdyby był potrzebny.
— Nieeee.
— Nie? To będę kłuła drugi raz?
— Igły mi niestraszne. A pewnie nie będzie potrzeba.
— Dobrze. Nie zakładamy.
Wow, ktoś mnie słucha. Plan porodu wprawdzie napisany, ale nikt o niego nie prosił. A o wenflonie było w nim.
W między czasie podpisuję zgodę na poród fizjologiczny. Tak. Zgodę. Bom jest „stan po cięciu”. Mam wybór. Wiem, że muszę uważać na słowa, bo nikt mi cięcia w dowolnej chwili nie może odmówić. Słyszę od dyżurującej pani doktor, że to chwalebne. Ta moja próba VBAC.
Podpisuję niezgody.
Nie zgadzam się na kroplówkę naskurczową.
Nie zgadzam się na nacięcie krocza.
Nie zgadzam się na łyżeczkowanie macicy (gdyby łożysko całe nie wyszło).
Bez sensu. Wszystko jednym podpisem. Bez opcji „chyba że będzie konieczne”. A jak będzie? W planie porodu przy każdej niezgodzie mam zapisane „o ile nie będzie konieczne”. Także w przypadku cięcia!
Koniec KTG. Wolność na 2 godziny.
Lewatywa. Na moją prośbę.
Zaczynamy z Tomkiem wydreptywać ścieżkę na korytarzu. Na skurczach przystajemy, ja się opieram o ścianę, Tomek masuje ten krzyż nieszczęsny. Jakie to przyjemne. Jego dotyk. Ból krzyżowy od razu mija, zostaje skurcz na brzuchu. I tak te dwie godziny do następnego KTG.
Nic nowego. Skurcze, tętno, ruchy Leonka.
Zwalnia się sala przedporodowa. Dostajemy ją na wyłączność. Łóżko, krzesło, stolik. Pani Ania przynosi piłkę, materac. Na piłce już jest źle. Już się naskakałam w ostatnich dniach, dziękuję. Materac to nowość, to pozycja kolankowa (łokcie na łóżku). Może być, ale bez szału.
Pani Ania proponuje worek sako i mówi, że się odprężę, a może i zdrzemnę chwilę celem nabrania sił. Oooo chętnie. Siadam, zapadam się. Bardzo wygodnie, bardzo przyjemnie.
Zaczynam się relaksować. A ze mną moja macica. To niesamowite. Ja stwierdzam, że chcę spać, a ona mi to umożliwia i robi dłuższe pauzy między skurczami. Dla mnie bomba. Dla postępu porodu nie bardzo.
Dochodzi 8.00. Słyszę na korytarzu moją panią doktor. Zagląda do nas i jak zawsze mnie wita:
— A ja myślałam o pani wczoraj.
Idę na badanie. Jakie delikatne. Pani doktor pokazuje osiągnięte rozczapirzenie palców, oblicza szybko, że to 7 centymetrów. A ja już beczę. Ze szczęścia. Że idzie. Że postępuje. Że samo! Że jestem w dobrych rękach!
Chodzimy z Tomkiem korytarzem. Panowie monterzy wymieniają drzwi. Dostałam jakiś szlafrok, żeby im nie świecić tyłkiem. Chodzimy, stoimy. Ja przedmuchuję skurcze, Tomek masuje krzyż. Jest pięknie.
Mruczę na skurczach. Otwarcie krtani pomaga otworzyć się na dole. Im głośniej mruczę, tym pani Ania jest bardziej zadowolona.
— Pani Madziu, co ja słyszę! Pięknie, ale mi się podoba!
Przypominam sobie słowa położnej z jakiegoś reportażu: „Skurcze są dla dziecka. Przerwy w skurczach są dla mamy”. Pomaga.
Idę pod prysznic. Gorąca woda jest cudowna. Polewam brzuch, polewam plecy. Potem olewam brzuch i już tylko leję na plecy. Ogromna ulga. Wracamy na korytarz.
10.45. 8 centymetrów. Przy badaniu pęka pęcherz owodniowy i odpływają czyste wody. Nie mogę chodzić dalej, bo główka nie przypiera do ujścia szyjki, nie korkuje wylotu i jest ryzyko wypadnięcia pępowiny. Pada propozycja zaczekania na zejście główki na worku sako. Lubię worki sako, natychmiast się zgadzam.
Siedzę i czuję, jak skurcze zlewają się w jedno. Jak ból przeszywa mnie całą. Ohooo. Zaczyna się jazda bez trzymanki, chociaż jeszcze tego nie wiem. Pani Ania z panią doktor proponują gaz rozweselający na poprawę nastroju. Zgadzam się. Ma mnie rozluźnić — całą. Pierwsze kilka wdechów i nic. Drugie podejście — zaczęłam mówić, wydychając z płuc ten gaz i usłyszałam swój głos, nieco obniżony (odwrotnie niż z helem), co doprowadziło mnie do ataku śmiechu i łez. Niestety stan ten się już nie powtórzył, a szkoda.
Siedzę więc na worku, leją się ze mnie wody, skurcze sieją się gęsto a intensywnie. Zerkam na zegar. Dziwne, minęła godzina, a zegar prawie nie drgnął. Jak w operze.
Od tej pory przestaję się kontrolować. Jest mi wszystko jedno. Moim marzeniem jest jeszcze na trochę zasnąć. Ponownie udaje mi się sprawić, że skurcze są rzadziej, a ja między nimi odpływam. Podoba mi się to. Pani doktor i pani Ani się to nie podoba. To znaczy cieszą się, że sobie tak radzę, że podążam za potrzebami, że potrafię się w tym wszystkim zrelaksować. Ale jednak tempo porodu siada.
Zgadzam się na założenie czopków rozluźniających szyjkę. Ach, już tak niewiele zostało. Badanie, KTG. Nie cierpię KTG, a przy takiej intensywności doznań — nie cierpię po tysiąckroć. Mało co już ogarniam. Zdaje się, że używam brzydkich wyrazów. Że mówię, że nie dam rady.
— Ale chyba nie powie pani, że robimy cięcie? — z niepokojem pyta pani doktor.
— A w życiu! — zakamarkiem trzeźwego umysłu odpowiadam.
Ostatkiem siły woli wlokę się pod prysznic. Przy którymś skurczu głośniej krzyczę, zlatuje się pani doktor z panią Anią.
— Nie, nie, nic się nie zmieniło. Tylko bardziej bolało — od razu mówię, bo wiem, że czekają na początek skurczów partych, przy którym (początku) najczęściej jest zmiana okrzyków.
Wracam na swoją salę porodową. Opieram się o łóżko, kiwam biodrami. Wstawiam Leona w kanał czyli. Im głośniej krzyczę „AAAAA!”, tym pani Ania bardziej zadowolona. Ja krzyczę, a ona mówi, jak świetnie mi idzie. Budujące, motywujące, wspierające (dobrze, że jeszcze to ogarniam).
Proponują mi panie pozycję kolankowo-łokciową na materacu. Mowy nie ma! No to na łóżko? Nie wiem, jak to się stało, ale się zgodziłam. Ba, chyba nawet chciałam.
13.00. Prawie 10 centymetrów. Słyszę, że tempo siada, że moc skurczów siada. Panie zastanawiają się, co dalej. Proszą mnie o zgodę na kroplówkę ze sztuczną oksytocyną. Bo to jest moment, że jest konieczna. Boję się, cholernie się tej oksytocyny boję, ale się zgadzam. Czyli jednak wenflon.
Zaraz jest już pełne rozwarcie. Ja leżę i nie chcę słyszeć o zmianie pozycji. Mowy nie ma. W dupie mam pozycje wertykalne. A w planie porodu oczywiście prośba o pozwolenie i zadbanie o możliwość rodzenia w pionie. Dobrze, że nikt tego nie czytał.
Zgadzam się na obracanie się na lewy bok, żeby się główka dobrze zaczęła wstawiać w kanał, bo Leon odkręcony był w inną niż powinien stronę. Tomek masuje mi plecy (skóra mi z nich już schodzi, parafina nie pomaga). Pani doktor jedną ręką trzyma detektor tętna płodu na moim brzuchu, drugą ręką trzyma moją rękę. Mam nadzieję, że nie wyszła z tej historii tak podrapana jak Tomek.
— Czy te całe skurcze parte też tak dają po krzyżu? — pytam panią doktor.
— Niestety tak.
— No kurwa, a chciałam mieć tyle dzieci.
Mina pani doktor bezcenna.
13.15. Prę. Na polecenie, pod komendę. A nie w zgodzie ze swoją intuicją. Bo bym chyba nie zaczęła nawet rodzić.Zaczynam kumać korelację parcia z oddechami. Czuję w sobie głowę Leona. Pytam Tomka, czy to widział.
Myślałam, że to będzie trwało ustawowe 2 godziny. Ale gdy zaczynam kumać, że robi się wokół mnie łzawo, że pani doktor łyka łzy, że Tomek nie może nic powiedzieć, dociera do mnie, że zaraz powitamy na świecie naszego syna.
Prę dalej. Nie wychodzi. Moje przygotowane od wielu tygodni na tę chwilę krocze okazuje się za jakieś (za wysokie?) no i nie ma bata, wyjść nie chce.
— Proszę ciąć! — wołam, bo już naprawdę chcę przytulać synka, a nie cackać się z moimi planami porodowymi.
— No nie, nie. Nie mamy zgody.
— To się teraz zgadzam!
— Ale podpisze nam to pani? Żeby nie było, że po sądach będziemy potem biegać.
— To chyba beze mnie. Podpiszę!
I nadszedł ostatni skurcz. Wydałam ostatni, najdonioślejszy okrzyk. Pobłądziłam po urodzeniu się główki. I dostałam Leona na piersi. Szarego. Krzyczącego.
13.30.
16,5 godziny od momentu, gdy kładłam Natalkę spać i rozpoczęły się skurcze.
Tomek od razu dostaje nożyczki do przecięcia pępowiny, bo jest tak krótka, że napina się cała na ciele Leona i miażdży mu genitalia. A chyba nie muszę dodawać, że w planie porodu jak byk stała prośba o późne odpępnienie?
Leon leży na mnie. Wokół pełno ludzi. Jest pan doktor. Bada Leona na mnie. 10 punktów. Nie pozwalam jeszcze go ważyć i mierzyć. Rodzę sobie łożysko, całe i zdrowe. Nie brzydzę się jego widoku. Pani doktor mnie szyje. Mnie już kołacze nowa myśl.
— Czy przy EWENTUALNYM następnym porodzie to nacięcie ma znaczenie?
Pani doktor tylko się uśmiecha i zapewnia, że nie.
Oddaję Leonka na badania, chcę jak najszybciej znaleźć się w spokojnym miejscu, a tu taki harmider. Przechodzę na czworakach na łóżko szpitalne. Kręci mi się w głowie. Szumi mi w uszach. 2 godziny później mam ciśnienie krwi 70/58. Przejeżdżamy na salę poporodową (to ta sama, która była przedporodową). Dostaję Leonka. Dostaję krupnik. Po dwóch godzinach jedziemy na oddział położniczo-neonatologiczny.

Zakończyłam swój VBAC. 15 miesięcy i 19 dni po cięciu cesarskim.

Czuję, że to był mój poród. Mimo interwencji medycznych. Mam poczucie, że tym razem były uzasadnione. Że to rzeczywiście ja się na nie zgodziłam. Że nikt nie dysponował sobie mną. Że zostały uszanowane moje preferencje — mimo że musiały ulec w akcji modyfikacjom.

Dobrze napisała mi dziewczyna z grupy wsparcia: przy VBAC nie ma mowy o zawalaniu porodu. Po prostu się udał.

Dziewczynom, przed którymi podjęcie próby porodu naturalnego po cięciu, mówię: nie próbujcie. Rodźcie!

Historia Magdy dostępna jest także na jej blogu, do odwiedzenia którego serdecznie Was zachęcam: http://logomatka.blogspot.com/

leo01

Mega uczucie spełnienia (Katowice)

Przygotujcie chusteczki! Bo przy tej historii nie da się nie płakać. Znajdziecie tu mieszankę ekstremalnych uczuć – od bezsilności, żalu i złości po uzdrowienie, spełnienie i radość. Oto opowieść Klaudyny:

Nie wiem czy wczoraj tj. 03.09.2015 r. to była jakaś prorocza noc czy jak? Obudziłam się dokładnie o 02:08 i już do 5 nie mogłam usnąć. Zaglądałam do waszych historii Vbac – bo dzielnie kibicuję na bieżąco :-D. Próbowałam zasnąć a tu przed oczami pojawił mi się obraz moich porodów – nie wiem czy to efekt tego, że wczoraj byłam oglądać „świeżą” dzidzie znajomych czy może to był taki bodziec, aby w końcu opisać swoją historię? Jakoś do tej pory nie mogłam się za to nigdy zabrać,  bo uważam się za nie najlepszego pisarza ;-).

Zacznę od początku: pierwszy poród w 2006 r., ja wtedy lat 20. Naprawdę myślę, że w tym wieku kobiety ( a przynajmniej ja ) nie są emocjonalnie przygotowane do porodu . Ciąża przebiegała ok, aż do 20 tygodnia kiedy to obudziłam się w nocy i myślę „no nie chyba się zesikałam”. Wstałam i poszłam do łazienki, i w momencie kiedy stanęłam na równe nogi: chluppp… i ogromna kałuża krwi ;-(. Mieszkałam wtedy z mężem i moimi rodzicami i jak zobaczyłam co się dzieje – to w krzyk! Mąż zielony ze strachu jak zobaczył co się dzieje i go zamurowało, więc jak zwykle mogłam liczyć tylko na przytomną reakcję mamy. Wezwała pogotowie, które ok godziny 2:00 zabrało mnie do szpitala. Ja zaryczana i nie mogąca złapać tchu przez łzy – w głowie jedna myśl: „to koniec, straciłam dziecko, na 100% tyle krwi musi oznaczać jedno„. Zanim przeszłam przez całą papierologię trwało to trochę, a ja nadal nie mogłam się uspokoić. Po przyjęciu na oddział patologii dostałam jakieś pigułki do połknięcia i obudziłam się dopiero rano. Myślałam sobie, że to tylko jakiś zły sen, ale miejsce w którym się obudziłam nie pozostawiało złudzeń. Dlatego jakież było moje zdziwienie, że jest godzina 7:30 a mnie nie zbadał żaden lekarz – nawet ze mną nie rozmawiał.

I w sumie odtąd zaczyna się moja trauma związana z owym szpitalem ;-(. Otwieram oczy i widzę siostrę oddziałową, która spisuje temperatury. Pytam grzecznie – przestraszona jak nigdy dotąd, już czując się na pozycji  „przepraszam, że się tu znalazłam” – „Przepraszam ja nie będę nawet miała zrobionego USG?” Słyszę odpowiedź, która do tej pory dźwięczy mi w uszach i nie rozumiem jak tacy ludzie mogą pracować jeszcze na takich oddziałach „Dziecko, teraz czy za dwie godziny, przecież to i tak ci nie pomoże.” PŁACZ – nie rozumiem co się dzieje. Na oddział wpada mój brat ( brat nie mąż) z pretensjami, że nikt jeszcze nie raczył mnie zbadać, ale grzecznie go uciszam aby nie miało to wpływu na dalszą opiekę.

Ok godziny 9:00 wizyta i badania: wzywają mnie, więc idę z duszą na ramieniu. Badanie to kolejna trauma: masa studentów, nikt nie pytam mnie o zdanie czy może sobie nie życzę ich obecności. Lekarz bada – pełno krwi. Wyjmuje zakrwawioną rękawiczkę i wymachuje ręką do studentów. Mnie nic nie mówi o niczym nie informuje. Wychodzę i o nic nie pytam – nie wiem, może ze strachu przed odpowiedzią? Później, za parę godzin USG i też nic nie mogę się dowiedzieć oprócz tego, że nie wiedzą co to był za krwotok. Jak nie wiedzą? Pytam jak to możliwe?

W godzinach popołudniowych moja mama nie wytrzymuje, wkłada KASĘ do koperty i idzie do ordynatora – to on mnie badał wcześniej. Zabiera kopertę z pieniędzmi i nagle dostaje olśnienia. Nawet rozrysowuje jej na kartce co i jak ;-(. Jeśli dobrze pamiętam zrobiła się jakaś cysta – torbiel czy coś takiego, ale poza macicą. To pękło, ale nie zagroziło dziecku – nie wiedzą dlaczego, ale najważniejsze, że dziecko całe i zdrowe. Tydzień spędzony w koszmarnym szpitalu w Dąbrowie Górniczej i koszmarny ordynator pan R.! Później do końca strach o utrzymanie ciąży. Na szczęście nic złego się już nie przytrafiło, poza moim stanem psychicznym, który chyba zajadałam kończąc ciąże z ok 25 kg na plusie .

Przychodzi termin porodu – lekarz prowadzący wypisuje skierowanie do szpitala i namawia na szpital w Będzinie lub Sosnowcu. Myślę wtedy: co on jakiś chory? Po co mam jeździć gdzieś po innych miastach, jak u siebie mam blisko. Ponadto znajoma pracuje na oddziale noworodkowym w Dąbrowie, więc ona zadba o dzidzię. To była najgorsza decyzja w moim życiu!!! Do tej pory myślę: dlaczego nie posłuchałam swojego lekarza? Skąd mogłam wiedzieć, że tak to będzie wyglądać? Mogłam wiedzieć już po 1 wizycie w tym szpitalu!

Parę dni po terminie stawiam się w szpitalu – nie wiem co będzie, jak powinno wszystko wyglądać, nic nie robią i też nic się nie dzieje. Nikt też o niczym nie informuje. Po kilku dniach odchodzi czop – ja nawet nie wiem na tamten czas co to takiego i lecę pokazać położnej. Bez wyjaśnień mówi: ok ok idź się położyć, tak ma być. Ja na tamtą chwilę zaś jestem przestraszona myśląc, że to krew i coś jest nie tak. Nadmienię, że mam wadę wzroku – 5,00 – jest zaświadczenie od okulisty, że wszystko ok, ale to nie wystarcza. Kolejni lekarze na wizytach nie chcą podejmować próby wywołania. Mówią niech ordynator decyduje ;-( a ty idź leżeć i proszę za dużo nie chodzić. Robię jak kazali – nie wiem o co chodzi. Ordynator na wizytach oczywiście ponownie wykazał się jakże ludzkim zachowaniem: „ Jezu taka młoda jesteś a tak się spasłaś. Dlaczego tu rodzisz skoro prowadzi cię lekarz w Sosnowca? Trzeba było tam sobie iść rodzić” – Wtedy już czuję się jak wrak człowiek – wrak kobiety – potraktowana jak Śmieć!

Mija 10 dzień po terminie moja mama ponownie nie daje rady i idzie z kolejną kopertą! Następnie lewatywa i oxy. Nie pozwalają mamie do mnie wejść – męża nie ma. EMOCJONALNY IMPOTENT!!! Boi się ewentualnie być przy porodzie, więc spokojnie spędza czas w pracy – do tej pory nie mogę tego pojąć, że chociażby nie czekał za drzwiami lub pod szpitalem. Wiedział, że ja nie chcę, aby był przy porodzie – myślałam wtedy, że właśnie takie będzie moje stanowisko w tej kwestii do końca życia, ale jak później się okazało życie pisze swoje scenariusze.

Kładą mnie na łóżku pod kroplówką, obok za parawanem rodzi dzielnie dziewczyna – ja przerażona. Ordynator w tym czasie na dole w przyszpitalnej przychodni ma dyżur i wychodząc mówi do położnych pokazując na mnie palcem: „Ona na mojej zmianie ma urodzić” Znika. Pojawiają się skurcze, ale wraz z końcem kroplówki wszystko ustaje. Godzina ok 12:45 wraca ordynator ze słowami „A tu dalej nic?” Rozwarcie na 2 cm – brak skurczy – akcja STOP! Wtedy, to też pamiętam dokładnie, bierze do ręki jakiś wielki HAK i mówi: „spokojnie, nic się nie bój”, i przebija mi wody. Właśnie za to mam największe pretensje. Gdyby nie to mogłabym jeszcze poczekać spróbować na następny dzień – cokolwiek. Wody chlusnęły i nie było już odwrotu – a akcji żadnej ;-(. Jest 21 lipiec 2006 r. upał masakryczny, nie mam w nikim wsparcia, nie pozwalają nikomu do mnie wejść. Przed salą KOCHANA mama, ojciec i brat. Z tego upału zakręciło mi się w głowie, nie pozwolili nic się napić – zasłabłam. Biegiem robią CC – idę golusieńka na stół – niczym nie okryli przy otwartych drzwiach – ponownie potraktowana jak śmieć! Usypiają!

Godzina 14:05 przez CC na świat przychodzi Miłosz z wagą 3 750 i 61 cm. Nie pokazali mi go nawet ( teraz nawet łzy cisną mi się do oczu ). Słyszę mamę: nie zamykaj oczu, nie śpij, jestem tu z tobą!

KOCHAM CIĘ MAMO za wszystko co dla mnie zrobiłaś!!!

Jedyne co czuję to przeraźliwy ból!!! Nie mogę jeszcze długo funkcjonować normalnie. Pozostaje wielki żal i pretensje. Na dodatek jestem cięta z góry na dół – blizna od pępka do samego dołu. Mięśnie martwe a brzuch w rozsypce totalnej . Wspomniana wcześniej znajoma przyjeżdża tylko na chwilę zobaczyć moje maleństwo czy wszystko ok. Ja 10 dni po terminie, a ona właśnie zaczyna urlop. Tak więc jedyny powód, dla którego chciałam tam rodzić okazał się złudzeniem ;-(. Mąż przyjeżdża na chwilę dopiero po pracy ok godziny 18:00.

Nie muszę chyba mówić, że związek z kimś takim nie przetrwał próby czasu. Poznaję bliżej obecnego partnera Piotra – właściwie zaczynam do niego czuć coś więcej, bo znam go już od dawna. Po pewnym czasie decydujemy się w 100% świadomie na dziecko – oboje bardzo tego chcemy :-D. Udaje się, jestem w ciąży – będzie CÓRKA!!! Ciąża przebiega bez problemu i zakłóceń ;-). Wybieramy szpital – decyduję się na CSK w Katowicach. Najlepszy wybór jak mogłam podjąć – chociaż przez to, że tak odległy nie odbyło się bez jednego minusa, ale o tym za chwilę .

Oczywiście nastawiona jestem tylko i wyłącznie na poród naturalny i nie dopuszczam innej myśli do siebie. Lekarz mówi OK, nie widzi przeciwwskazań i problemu, więc też nie ma zbędnych dyskusji. Magdalena H., pamiętam jak w jednym poście pisałaś do dziewczyny, że aby wszystko poszło ok należy również brać pod uwagę ewentualne kolejne CC.  Wtedy w razie co, nie ma tak wielkiego rozczarowania. Nie wiem, może to zależy indywidualnie od charakteru, ale mnie by to chyba nie pomogło. Tak jak mówię, innej opcji nie było – tylko SN  

Ponownie po terminie tym razem 10 dni, ale już na spokojnie stawiam się w szpitalu. Tego samego dnia rano odchodzi czop co mnie cieszy – już wiem co to :-D. Badanie na IP – skurczy brak, szyjka przepuszcza 1 palec. Na porodówkę wchodzę ze słowami: „ Nie zgadzam się na kolejne CC – no chyba że w przypadku jakiegoś zagrożenia” . Jest dobrze, jest determinacja – choć tak naprawdę nie wiem czego się spodziewać. W duchu boję się, że tu taka twarda, z wysokim progiem bólu – tak mi się wydaje – a co będzie jak nie dam rady i się poddam? Nie dopuszczam tego do siebie. Patrzą na mnie ze zdziwieniem. Myślą: serio? nie chcesz kolejnego CC? Dziwne zazwyczaj większość chce. Nikt nie dyskutuje, nie namawia na CC – niczym nie straszą. Jestem „obca” nie znam ani żadnego lekarza ani żadnej położnej z tego szpitala ale idziemy na żywioł .

Trafiam akurat na porodówkę, bo nie ma innych miejsc. Śpię na łóżku porodowym w jednej z powiedzmy 3 sal – bez drzwi więc co obok nie widać ale doskonale słychać. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, tylko tyle, że nie mogę się wyspać ani nawet zasnąć bo raz, że nie wygodnie a dwa, że odbywające się porody. W pierwszy dzień badania itd. + USG. Na USG prowadzi mnie ładna, młoda Pani – myślę, że to może jakaś studentka albo asystentka. Nie wiem czemu pomyślałam, że jest za fajna, żeby być lekarzem jak się później okazało :-D. Idę w kapcioszkach na dół po schodach i fruuuu noga mi się omsknęła i zjechałam do połowy na pupie . Czym bardzo przestraszyłam ową Panią doktor. Na drugi dzień mnie doglądała z zainteresowaniem, co było bardzo miłe i zapamiętam do końca życia. Agnieszka Solecka – cudowna kobieta i lekarz. Bardzo mi pomogła przychodziła, pytała co i jak, robiła masaż szyjki, aby pomóc .

Bardzo chciałam, aby mój Piotrek był przy porodzie ze mną – on też nie wyobrażał sobie tego inaczej. Całkowicie miałam do tego odmienny stosunek niż poprzednim razem. Jednak tak wiele zależy od tego jakie relacje łączą cię z partnerem, jakie czujesz wsparcie.

Drugiego dnia po średnio przespanej nocy – budziły mnie kolejne porody  – zrobiono lewatywę i podłączono OXY. Piotrek był ze mną. Spacerował po korytarzu i wspierał. Było cudownie. Pojawiły się skurcze dość odczuwalne i wydawało mi się regularne. Podczas skurczu musiałam przykucać, bo sprawiało mi to ulgę. Podłączona pod KTG – nic nie wykazuje oprócz pojedynczych skurczy a co najdziwniejsze na zapisie były wtedy kiedy ja kompletnie ich nie czułam. Po kolejnym badaniu rozwarcie na 3 cm. Powtórka z rozrywki – koniec kroplówki i po jakimś czasie skurcze ucichły – tak jak przy poprzednim porodzie. W międzyczasie rodzi kobietka która tak przeraźliwie krzyczy i wzywa Boga na pomoc, że aż słychać ją chyba na końcu szpitala. Wcale nie współpracuje z położnymi wręcz ucieka i zaciska nogi. Biedne chciały jej pomóc i szybko skończyć poród a ona sama wszystko przeciągała swoim zachowaniem. Byłam przekonana, że to jej pierwszy poród. Jak się później okazało to był jej 2 poród lecz pierwszy był ze znieczuleniem. Sama opowiadała mi, że teraz jednak widzi różnicę w znieczuleniu i wcale nie chodzi tu o ból. Mówiła, że dziękuje za to że tym razem było bez bo za pierwszym razem po znieczuleniu była otępiała i też nie mogła jakiś czas dojść do siebie. Właściwie to teraz mnie to zastanawia może warto poruszyć kiedyś ten temat Magdaleno czy lepiej Z czy BEZ i Za i Przeciw . To tak na marginesie .

Nie powiem trochę mnie ta STOP Akcja zdołowała. Decyzja co dalej zapadnie jutro a teraz czekamy. Mówię do Piotrka: „słuchaj, jutro nie przyjeżdżaj tak wcześnie, lepiej idź do pracy na spokojnie, bo urlop się przyda jak wrócę do domu, a jak się coś zacznie to dam ci znać. Boję się że będziemy tu jutro chodzić i chodzić i będzie to samo wszystko się zatrzyma .” Kochany jak zawsze posłuchał. „Tylko dzwoń jak coś, zaraz jestem.” „Zaraz” czytaj „w miarę możliwości” bo szpital oddalony o ok 40 km. Czułam jeszcze skurcze, ale skoro KTG nic nie pokazywało, to się nie odzywałam aż ucichły. Tej nocy spałam jak zabita – pierwszy raz odkąd tu jestem myślę. Obudziłam się i słyszę za ścianą dziewczynę. Przyjechała nad ranem bo odeszły jej wody – 37 tydzień. Myślę no pięknie i ona dziś będzie tulić dzidziusia a ja tu leżę i leżę i nic. A ona w dodatku 37 tydz – gdzie tu sprawiedliwość. Za chwilę następna – ale szykują CC. Myślę: kurde następna. I następna. Wychodzą wszystkie z dzieciaczkami a ja dalej NIC.

Piotrek ciągle pisze lub dzwoni – jest biedny w pracy i się martwi . Badanie. P. Agnieszka bada – mówi ooooo 5 cm.  SUPER. Kolejna OXY, ale mówię: spokojnie, nic się nie dzieje, jak coś, dam znać bo znowu wszystko może się zatrzymać. Ok 11:30 spaceruje po korytarzu z kroplówką i nawet dzwonią z pracy, co tam słychać i kiedy się rozpakuje z 2packu? Mówię, że spokojnie, nic się nie dzieje jeszcze. Skurcze takie same jak wczoraj – jak na głodnego oczywiście . Byłam już taka głodna, że nie mogę a tu na salę przynoszą zupkę 😉 Pech chciał, że koło stolika postawili wielki aparat KTG, który zagradzał drogę do zupki Poprosiłam jakoś instynktownie chyba o worek sako i mówię, że wszystko ok, ale czuję że tak w kuckach będzie mi wygodniej . Oczywiście położna dała worek mówiła, że bardzo dobrze itd. Skurcze stawały się mocniejsze – ja głodna – do zupki daleko 😉 I kuźwa nie mam łyżki, więc i tak nie dam rady między skurczami tego chlipnąć, hehe, bo skurcze długie i częste. Ale ja GŁUPIA mówię: spoko, spoko, to na 100% jeszcze nie to, więc nigdzie nie dzwonię :-D, zdążę jeszcze przecież.

Wchodzi położna patrzy na mnie i mówi „O matko, to Panią już tak wzięło? Czemu nic Pani nie mówi? Taka tu cisza!” Myślę dalej, że to pewnie ściema jakaś i się wszystko zatrzyma – BOŻE, nie mogę sobie darować, że Piotrek przez moją głupotę faktycznie nie zdążył dojechać, hehe – śmiech przez łzy, z własnej głupoty. Przychodzi P. Agnieszka i bada – odchodzą wody – zielone. Rozwarcie 7 cm i właśnie w tym momencie mnie olśniło. Wzięłam telefon do ręki i pisałam SMSy – do Piotrka i Mamy: „odeszły mi wody”, „mam 8 cm rozwarcia ”, „9 cm – zaraz urodzę!”, „kochanie mamy piękną córkę”. Wszystko to pamiętam dokładnie, tylko czemu tak późno się obudziłam z tymi telefonami KURDE. Piotrek jak odczytywał ostatniego SMS-a to otwierał właśnie drzwi wejściowe do szpitala  

Po odejściu wód jakoś szybko wszystko się potoczyło. Pamiętam, że słuchałam się położnej i lekarki, a one głaskały mnie po kolanie i chwaliły za oddech i współpracę. Cudowna Pani położna – obserwuje naszą grupę wsparcia, Pani Anna Stachulska – Anioł nie człowiek, wtedy wydała mi się podobna do Pocahontas przez długie włosy . Mówiła do mnie: „Krzyknij sobie” a ja na to, że nie mam takiej potrzeby więc oddychałam grzecznie i parłam w ciszy. Dziewczyny obok z Sali mówiły później, że nie myślały, że poród może tak wyglądać – bez zająknięcia i bez odgłosów – moich w sensie.

Emilka dnia 03.10.2013 r. o godzinie 15:12 waga: 3 350 i 57 cm wyskoczyła jak z procy ze mnie . Trafiła na mnie i dostała buziaka ale musiała szybko uciekać bo była wykończona i cała sina – obwiązana pępowiną. A mną zajmowali się lekarze … Zostałam uśpiona na chwilę raz dwa w celu sprawdzenia blizny i obudziłam się przy ostatnim zaciąganiu szwa. Miałam 2 tylko na szczęście . Trwało to naprawdę szybko od momentu uśpienia, bo jak się obudziłam to właśnie na salę wszedł Piotrek i pomagał mi zejść z łóżka. Jak to mama stwierdziła: „ No tak, chłop to zawsze przyjdzie na gotowe :-D”.

Mega uczucie spełnienia dać radę, a po dzieciach widzę taką różnicę, że Miłosz po CC (nie wiem jaki to ma związek ale) do tej pory w nocy bardzo się wzdryga, tak jakby był wyszarpywany skądś.  Jak był mały to było tak co chwilę i nagminnie. Emilka zaś jest bardziej spokojna podczas snu .

Jeszcze jedno przychodzi mi do głowy. Zawsze czytałam, że bóle parte to odczucie jakby chciało się kupę 😉 Co prawda ja odczułam to chyba inaczej, ale słyszałam, że dziewczyny przy porodzie krzyczą, że chcą kupę właśnie wtedy ;-). Zawsze mówiłam, że to chyba głupie i jak tak nie będę mówić – powiem normalnie, że mam parte lub coś w tym stylu . Ale teraz już wiem, że przy takiej częstotliwości słowo: QPA jest po prostu najkrótsze i najszybsze do wypowiedzenia, hahahahaha.

Dodam jeszcze, że w szpitalu Klinicznym studenci są jak wiadomo normą i przy przyjęciu podpisuje się nawet dokument dotyczący tego. W CSK w Katowicach natomiast każdy student przed wejściem na salę najpierw pytał grzecznie o zgodę, więc bardzo mi się to podobało i należy się za to pochwała  

Dzieciaczki udało mi się wykarmić w miarę możliwości naturalnie Miłosz – 10 miesięcy a Emilka – 6 miesięcy ( ze względu na powrót do pracy).

Poród naturalny jest bez porównania dla mnie lepszy od CC – zaraz wstałam i mogłam robić wszystko Cudowne uczucie

Chcę podziękować całej załodze CSK Ligota – mimo, że już jakiś czas minął, ja zawsze będę was miło i ciepło wspominać! Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak dla nas matek taki Vbac jest ważny emocjonalnie – szczególnie po takiej traumie jak miałam wcześniej Takie szpitale i taka załoga przywracają wiarę w człowieczeństwo i służbę z powołania – KOCHAM WAS :-*

MOJE KOCHANE DZIECIACZKI

 dzieci

Niebo a ziemia vs vbac a cc (Warszawa)

Znów z opóźnieniem, ale znów wspaniała i inspirująca – historia porodu Asi, która szczęśliwie urodziła drogami natury w warszawskim szpitalu na Madalińskiego 21 miesięcy po cięciu cesarskim.

Chciałam opisać moją przygodę przeżycia i pojawienia się naszego drugiego synka Tymoteusza w 2015 r, po pierwszej ciąży w sierpniu 2013 r zakończonej cc z powodu położenie miednicowego. Termin był na 18 czerwca. Cała ciąża przebiegała ok i synek ułożony prawidłowo nie jak w 1szej ciąży miednicowo. Od 30 tg zaczęłam się zastanawiać jaką decyzję podjąć co do rodzaju porodu. Trafiłam na ciekawą stronkę vbac czyli vaginal birth after cesation, w której rozczytałam się w opowieściach mam, które urodziły sn po cc i oglądałam parę filmików, które dały mi do myślenia i powoli dodawało otuchy do podjęcia decyzji i SN.

Chciałam zyskać:

  1. Szybko dojść do siebie po porodzie by móc zajmować się od razu maleństwem i starszym niespełna 2 letnim dzieckiem,
  2. Zyskać jak najwięcej dobroczynnych skutków sn dla Tymusia typu zasiedlenie przez bakterie mamy, przejście przez kanał rodny i wyciśnięcie z płuc wody owodniowej, od razu kontakt skóra do skóry itp.
  3. Spełnić swoje marzenie i zmierzyć się po kobiecemu z wyzwaniem porodu,
  4. Zrobić wszystko co w mojej mocy by uniknąć cc

 

 

Rozpoczęłam więc przygotowania do sn: picie herbatki z liści malin w 34 tg, łykałam olej wiesiołka i tez aplikowałam dopochwowo ale po herbatce brzuch mi twardniał i czułam bolesne skurcze, choć delikatne to tak jakby mi się okres zaczynał i po około 3 dniach odstawiłam herbatkę, skurcze zanikły. Olejek dalej stosowałam a do herbatki wróciłam po skończonym 36 tyg, ok 3 kubki dziennie.

27 maja godzina 15 i brzuch staje mi dęba i tak co 15 min. Piszę do męża sms: próba mikrofonu albo Tymek sobie żartuje albo powoli się zbiera do nas. Starszy synek wraca 15:30 daję radę go odebrać i się nim zająć pomimo tych bezbolesnych choć niekomfortowych skurczy. Wraca mąż 17:30, skurcze nie przechodzą, kładę się odpocząć a one nadal się pojawiają. Biorę też kąpiel 40 minut jak uczyli w szkole rodzenia ale skurcze wcale nie przechodzą. Łykam 2 nospy max i tez nic. Idę wcześniej spać ok 21. Wcześniej układam chronologicznie i w skoroszycie wszystkie dokumenty już skompletowane by nie szukać na IP. Cały czas czuje ten twardniejący brzuch aż do 00:50 kiedy po raz pierwszy poczułam ból jak na okres w dole brzucha i w lędźwiach. Zerkałam na zegarek i pojawiał się regularnie co 10 min. Wytrzymałam tak leżąc do godziny pierwszej i wstałam mówiąc do męża, że to raczej będzie dziś.

Poszłam dopakować resztki do torby do szpitala typu poduszka kojec w kształcie litery C, na której spałam itp, za jakiś czas wstał mąż i też nie mógł zasnąć już z wrażenia więc poszedł spakować rzeczy do samochodu. Czas mijał a skurcze cały czas były regularne, próbowałam przespać się pomiędzy bo nie wiedziałam jak to dalej się potoczy i jak rozłożyć siły. Mąż od pewnego momentu zaczął mi masować plecy przy skurczu i było trochę lżej. Tak minęła noc, męża poprosiłam by został ze mną i nie szedł do pracy a był to czwartek. Synek poszedł do niani. Do godziny 9 rano trwały regularne skurcze co 10 min i zadzwoniła znajoma. Jak zaczęłam chodzić w trakcie rozmowy tel, to skurcze zanikły na około godzinę więc po parunastu minutach rozmowy dowiedziałam się, że są to skurcze przepowiadające i pewnie jeszcze daleko do porodu. Zasmuciło mnie to, że już tyle bolesnych skurczy i godzin za mną a to nie to i mąż wziął wolne a jak poród zacznie się dopiero w następnym tygodniu? No nic, mąż poszedł się zdrzemnąć ja też spróbowałam. Nasz starszy synek odesłany do niani więc czas się zregenerować skoro skurcze ustały. I tak drzemałam około godzinę do 10 a od 10 godz znów wróciły regularne i silniejsze skurcze. Z powodu już sporego zmęczenia poprzednimi skurczami spałam nadal pomimo bólu, na który się budziłam delikatnie i znów zasypiałam. To trwało do ok godziny 11 kiedy udałam się do toalety i nadal skurcze. Wydawało mi się, że coś wypadło ale nic nie zauważyłam więc machnęłam ręką i udałam się w stronę wyjścia z wc i nagle w coś wdepnęłam skarpetą…… zdziwiłam się co takiego miękkiego leży na podłodze, może jakaś zabawka starszego syna? zapalam światło podnoszę stopę i widzę na skarpecie spory kawałek galarety delikatnie podbarwionej na różowo. To był czop śłuzowy. Naśmiałam się bo skojarzyło mi się to z tymi żelowymi wkładkami do powiększania biustu ale zarazem też ucieszyłam się, że coś się dzieje i idzie do przodu. Znów tel kolejna kol, która rodziła w lutym br. Rozmawiamy i skurcze znów zanikły. Skarżyłam się jej,że nie wiem jak rozłożyć siły i że wszyscy mówili mi do tej pory włącznie z położną, że to może dopiero za parę dni się zacząć, że to macica ćwiczy i się przygotowuje. Szczerze miałam dość takiego ćwiczenia i nadal byłam niespokojna i co tu robić by sprawdzić co się dzieje, położna powiedziała że w szpitalu na Madalińskiego ma właśnie dyżur i jest sajgon: panie czekają na korytarzu więc odradza przyjechanie w tym czasie. Zadzwoniła kolejna znajoma i poradziła bym pojechała do szpitala w Pruszkowie i zrobiła KTG, dobry pomysł, na miejscu i powiedzą co się dzieje faktycznie a nie z przypuszczeń. Mąż więc zabrał sie za szukanie nr tel do szpitala na Wrzesinie czyli w Pruszkowie a na stronie internetowej jak byk, że szpital się czyści do końca maja. Bu no i co tu robić, zadzwoniliśmy do Enel-Medu a tam czeka się 2 dni i trzeba mieć skierowanie- znów nic. Zostaje jeszcze Babka Medica, w której robiłam wszystkie badania w ciąży. Umówili nas na 15:25 więc musielibyśmy wyjechać godzinę wcześniej by być na czas i tak się umówiliśmy z mężem. Mąż ugotował mi ponownie udko kurczaka i rosół, który pochłonęłam szybciutko bo skurcze mnie też wygłodziły i osłabiły. Ok godziny 13.45 położyłam się by wypocząć i zdrzemnąć się chwilkę przed wyjazdem. Obudziłam się 14:10 w samą porę, pomyślałam i już zbierałam się by wstać i znów skurcz. Byłam w pokoju dziecięcym gdzie jeszcze mamy swoje łózko małżeńskie. Zdążyłam wstać i oprzeć się o mebelki dziecięce i poczułam, że coś mi wypływa powoli więc kontrolnie zdjęłam spodnie by sprawdzić i wtedy odeszły mi wody, na szczęście nie na wykładzinę tylko na puzzle podłogowe starszego syna i nie na spodnie bo wcześniej zdążyłam zdjąć:). Zawołałam męża a on dzielnie przybiegł i posprzątał po mnie:) To był jeden z najzabawniejszych momentów bo chlusnęło ze mnie i czułam się dosłownie jak krowa na łące, która podnosi ogon i sika fontanną. Taki obraz mi powstał w głowie. Oczywiście ucieszona, hura!!!!!!!zaczął się pierwszy okres porodu więc to dziś będzie i to nie były tylko skurcze przepowiadające.

Poszłam więc do toalety i znów skurcz, o rety są co 7 minut więc piszę do położnej co się dzieje, oddzwania i mówi bym na spokojnie się spakowała co uczyniłam już w nocy, zjadła coś, wzięła kąpiel i za godzinę wyruszała lub jak będą skurcze co 5 min to wcześniej. Wstałam i znów skurcz i znów ten sam obraz krowa na łące sikająca fontanną tym razem na kafelki w łazience:) Mąż poszedł coś zanieść do garażu a ja widzę że skurcze nadal co 5 min. Więc sprawdziliśmy listę postępowania w razie rozpoczęcia porodu i wyruszyliśmy do szpitala. W aucie podroż około 40 min, skurcze coraz silniejsze i boleśniejsze co 7 lub 10 min i nadal ze mnie odpływały wody przy każdym skurczu. Na szczęście założyłam spodnie piżamowe i podkład na siedzenie w aucie. Jak dojechaliśmy byłam mokra do kostek wręcz. Swoją drogą dziwnie się idzie w mokrych spodniach wśród ludzi. Na IP byłam prawie godzinę, masakra, zawiesił się system i nie drukowały się moje poprawne dane tylko stare z poprzedniego porodu. Przyjechałam o 16:20 z rozwarciem na 2 lub 3 cm wg badania ginekologicznego, nadal ze mnie leciało przy skurczach. O 17:20 w końcu trafiam na blok porodowy. Byłam już tak zmęczona, że słabo pamiętam ten czas. Niestety nie było wolnej sali więc musieliśmu czekać 1,5 godziny na korytarzu. Parę skurczy na korytarzu, wypełniłam jakieś doksy, zbadano tętno dzidzi i przyszła nasza umówiona położna – była nadal na dyżurze ale o 19 kończyła i miała się już tylko nami zająć, zabrała nas do sali pooperacyjnej zanim zwolni się sala porodowa. Uf w końcu łóżko i mogłam na kucaka na nim się oprzeć na worku sako. Kolejne skurcze coraz mocniejsze, mąż masuje mi plecy daje to ulgę ale nie zmniejsza bólu. W sumie byłam tak zmęczona, że ten czas minął mi jak 20 min a w rzeczywistości było to 1,5 godz. W tej sali pooperacyjnej położna przyniosła piłkę, na której mówiła by skakać. Podłączyła ktg, zaaplikowała wenflon, pierwsza próba nie udana i krew się tylko w próbówce podczas pobrania pieniła. Druga próba udana, pobrana krew. Godzina 19 i położna już tylko dla nas, rozpoczyna się skakanie na piłce, masaż sutków by wywołać regularne skurcze jako że mi ciągle zanikały albo zwalniały, podłączona do ktg, na plecach z gorącym termoforem do łagodzenie bóli krzyżowych. Zaraz potem przeszliśmy na salę porodową, nazywała się cynamonowa, pomyślałam o fajnie bo lubię cynamon:)

Do momentu znieczulenia czyli do 21 pamiętam ten czas jak przez mgłę. Pierwsze badanie i słyszę że mam jakąś kość chyba ogonową zakrzywioną dlatego mnie tak mocno boli i szyjka macicy też jest wygięta. Więc pomyślałam aha to się nie uda przez te atrakcje. Trochę w kuckach na łóżku parę skurczy, potem nadal skakaliśmy na piłce, położna walczyła masażem sutków o regularne i dłuższe skurcze. Podpytałam męża co w tym czasie się działo bo ja już byłam tak umęczona. Pamiętam też, że chyba na początku zadała pytanie co robimy ze znieczuleniem ja odpowiedziałam, że bez na pewno nie dam rady. Położna to bardzo radosna osoba ja już nie miałam siły ale w duchu się uśmiechałam np. gdy zapytałam czy np. te codzienne porody i masaże sutków nie wpływają na nią a odpowiedź była następująca: „Mnie kobiety nie kręcą:) „ szkoda że nie miałam siły się śmiać. Mi generalnie chodziło o to czy na jej postrzeganie własnej seksualności nie wpływa i nie oziębia np. He he. Potem już nawet w duchu się nie uśmiechałam bo ból przy skurczach był tak rozsadzający nieznośnie, tak promieniujący, że traciłam panowanie nad ciałem i oddechem, łzy mi same płynęły i wtedy pomyślałam- nie dam rady…. naprawdę już nie dam rady……

To było okropne, ból jakby przejął kontrolę nad moim ciałem. To był najgorszy moment jaki pamiętam. Powiedziałam ostatnimi siłami „czemu to tak boli, kto to wymyślił” i „ja chcę tylko spać”. Wtedy położna mnie zbadała bo widziała, że robię się już jak warzywko lejąca z bólu. Na badania na łóżku oczywiście znów polały się wody. Położna była naprawdę delikatna i współczująca i zapowiadała, że np. jeszcze trochę bym wytrzymała, że zaraz kończy. Przy skurczu rozwarcie było na 6cm więc poszła po anestezjologa. Przyszedł pan z panią, pan wytłumaczył mi na czym to ma polegać, co się może ze mną dziać i co po kolei będą robić, i czego ja mam nie robić zwłaszcza w momencie skurczu oraz możliwe i rzadkie skutki uboczne. W trakcie znieczulenia złapały mnie ze 2 skurcze ale przygotowałam się na nie by się nie ruszać – złapałam mocno męża obie ręce i ściskałam max i pomogło. Był moment kiedy mocno mnie zakuło w plecach i bezwarunkowo prawie podskoczyłam za co zostałam upomniana, że takie coś może się źle skończyć. Po podaniu znieczulenia stresowałam się, że znieczulenie przestanie działać i nie wytrzymam pod koniec porodu, położna mnie uspokoiła, że dopóki nie urodzę nie odłączy pompy ze znieczuleniem. Przy opowieściach o porodach słyszałam o takim momencie że robi się zimno zwłaszcza w stopy i ja ten etap osiągnęłam już przed znieczuleniem choć nie byłam tego świadoma przez dotychczasowy ból. Skutkiem ubocznym zzo jest ciepło w nogach i stopach, co mi się podobało bo to było miłe mieć ciepłe stopy. Jedna noga prawa moja była bezwładna i śmiesznie jak zmienialiśmy pozycję z boku na bok na łóżku to ona mi uciekała:) śmiesznie to wyglądało z mojej perspektywy. Znieczulenie zadziałało i to była najwspanialszy moment porodu, błogi…..

Na pytanie od 1 do 10 jak silne miałam skurcze odpowiedziałam 9/10 a na ile oceniam znieczulenie w tej samej skali to było mocne 9:). Zgaszono światła, mąż puścił ulubioną muzykę, położono mnie na boczku przykryto kołdrą i odpoczywałam, nabierałam sił przed ciężką pracą, ze 3 razy nawet zasnęłam w ciągu tej godziny, słyszałam jak za ścianą pani rodząca krzyczy i jak krzyczy jej nowo narodzone dzieciątko ale nie miałam sił by coś powiedzieć. Położna siedziała obok łózka i monitorowała ktg. To był najwspanialszy czas porodu taki błogi, że trudno ująć w słowa. Leżałam tak do 22 ale o 22 wcale nie czułam się już na siłach ani zregenerowana więc położna widząc mnie dętkę pozwoliła jeszcze pół godziny na ten stan ale już skurcze i ich bolesność zaczęły się nasilać niektóre nawet bardzo. O 22:30 przystąpiliśmy do ciężkiej pracy, szyjka macicy stanęła na 8cm i była twarda a skurcze parły więc położna zaproponowała jakiś lek, który miał ją zmiękczyć szyjkę by nie pękła, jednak była obawa z powodu, że to lek rozkurczowy, martwiła się czy moje nieregularne skurcze nie zanikną. Udało się, nie zanikły, tych bóli nie potrafię opisać choć też były mocne jak poprzednio to po prostu nie pamiętam. Pamiętam jedynie jak usłyszałam jest 10 cm to zaczynamy a ja taka zdziwiona już? Jest 10? nie mogłam w to uwierzyć udało się!!! dobrnęłam do drugiego okresu porodu. Jupi!!!!. Położna zrobiła przemeblowanie, zdjęła kołdrę i rozłożyła koniec łóżka porodowego w takie ginekologiczne z oparciami na nogi. Wyglądało to śmiesznie z mojego pkt widzenia jakby rozkładała samolot. Potem przystawiła stolik na dzieciątko jak się urodzi i wtedy zrobiło mi się tak miło i przyjemnie i dodało mi powera, że to już niedługo na pewno nie dłużej niż 2 godziny i zobaczę mojego niepokornego synka. Nie wiem, w którym momencie słyszałam, że główka wstawia się trochę nie tak jak trzeba. Po tym w duchu rozmawiałam z synkiem, by wstawił się jak trzeba i miałam taką nadzieję, że to słyszy i o dziwo poprawił się i wstawił prawidłowo. Oczywiście położna manewrowała mną odpowiednio by pomóc, tak samo w pewnym momencie dobrała taką pozycję by odciążyć bliznę po cc i co jakiś czas pytała czy mnie tam nie boli więc w moim odczuciu troszczyła się o tę kwestię. Potem to już pamiętam urywki, jak mąż trzymał mi lizaka w buzi i wyjmował na skurcze, że skurcze bolały inaczej bardziej znośnie choć nadal mocno. W pewnych momentach krzyczałam, żeby wykrzyczeć dziecko ale po paru dosłownie razach tak mnie gardło bolało i też coś położna powiedziała, żeby bardziej to w siebie ten krzyk brać i nie tracić energii. Posłusznie posłuchałam. Dalej tak jak w 1 etapie się zapowietrzałam z bólu ale jak mąż oddychał za mnie i z boku też położną słyszałam to mega ogromnie pomagało wrócić na odpowiedni tor oddechu. Tak w drugim etapie znów miałam kłopot z odpowiednim oddechem, gdyż trzeba było przeponą i nie nabierać w usta jak chomik powietrze, tylko w brzuch i przeć i tak 3 razy pod rząd i zazwyczaj przy trzecim albo się zapowietrzałam albo skurcz mi mijał. Poza tym Tymek stanął w newralgicznym miejscu i jak parłam to szedł do przodu ale jak przestawałam to się cofał tak jakby nie mógł przejść najwęższego miejsca. Brakowało ze 3 cm do wyjścia, słyszałam, że dziecko ma dużo czarnych włosów, mąż mógł sobie zerknąć na główkę synka a ja zapytałam czy nie można go za te włosy wyciągnąć? Chciałam już żeby się skończyło i było mi obojętnie jak. Położna mi bardzo dopingowała i krzyczała w pozytywnym sensie dopingu w trakcie skurczy co naprawdę pomagało. Niestety Tymonek nie mógł się ruszyć a ja słabłam. Dostałam oksytocynę dożylnie. Położna zadzwoniła po panią dr Kasię, położna stała nade mną dzwoniąc. Pamiętam ten moment doskonale bo nie wróżył nic dobrego i ja pomimo wycieńczenia doskonale o tym wiedziałam. Chodziło o próżnociąg choć słowo te nie padło z niczyich ust. Przyszła pani dr i były 3 próby by mogła oszacować, słyszałam, „no nie da rady a druga na to no widzę, że nie da rady”. Usłyszałam:” trzeba będzie naciąć” z czego nie byłam zadowolona ale powiedziałam no dobra trudno. W momencie parcia otworzyłam instynktownie oczy i widziałam jak położna się skupia miną i tnie krocze więc zamknęłam szybko oczy by dalej nie widzieć co robi. Nic nie czułam, choć widziałam w którym momencie to robiła, nawet nie czułam, że mnie dotyka. Koncentracja na parciu bólu i skurczu jest tak wielka, że reszty nie czuć zupełnie. Był taki moment w ostatnich minutach, że położna już nie wierzyła, że się uda i to też nie było wyartykułowane ale ja to tak mocno czułam i trochę podcięło mi to skrzydła, skoro położna już nie wierzy to się nie da. Ale położna ambitna osoba i pomimo powiedziała ok, to ostatni raz próbujemy ale czułam w głosie że to takie próbujemy by mieć czyste sumienie ale się i tak nie uda. A więc 0:54 29.05. 2015 r w sali cynamonowej na Madalińskiego wyglądał tak.

Mówię idzie skurcz, pani dr złapała mnie mocno za nogę lewą i przygięła, położna zrobiła to samo, pani dr oparła się jeszcze za brzuch ale jak i co robiła już nie wiem, mąż podał mi rękę za którą chwyciłam obiema swoimi rękoma, drugą ręką przygiął mi głowę do klatki piersiowej. Ustawienie tych 3 osób względem mnie trwało może ze 2 sekundy jak zbliżał się skurcz. Jednym słowem złożono mnie jak kanapkę na pół i przyszedł skurcz, zaczęłam przeć i słyszałam jak położna entuzjastycznie i radośnie głośno krzyczy co dodało mi sił. Pani dr też coś mówiła ale nie pamiętam już co i nagle słyszę: „o jest głowa i wychodzi z ręką na głowie dlatego tak opornie”. Na drugim parciu słyszę „jest ręka i ramiona” co odczułam bardziej bo szersze o 1 cm od główki były i na trzecim wyszły nogi.

 

JEST. URODZIŁAM TYMOTEUSZA:)!!!!!!!!!!!!

 

Te ostatnie wychodzenie w moim odczuciu było podobne jeśli ktoś pamięta z cc to do tego szarpania na stole jak wyjmują dziecko, niby nie boli ale takie nieprzyjemne.

Słyszę znów: „o nie jest taki mały”, spodziewaliśmy się 3 kg po ostatnim usg. Jak wyszedł z brzucha i widziałam jak położna go trzymała w ręku to powiedziała: „obiecałam, że dostaniesz klapsa jak wyjdziesz za to, że tak opornie wychodziłeś to masz i klaps w tyłek” Też miałam ochotę mu dać klapsa za to, że się ociągał , he he i buch

 

TYMOTEUSZ 3480 kg 57 cm LĄDUJE NA MOIM BRZUCHU I KRZYCZY.

 

Był dla mnie taki mały i taki przyjemnie ciepły, że aż mnie coś za serce chwyciło:)

Tata przeciął pępowinę na 2 i położna stwierdziła, że spotkamy się jeszcze raz na co ja zapewniłam o nie, nie będzie już następnego razu.

Reszta nie do opisania….

Potem szycie ze znieczuleniem miejscowym, 3 okres czyli poród łożyska. Razem z mężem chcieliśmy zobaczyć jak wygląda a położna nam zademonstrowała dokładnie jak w brzuchu było ułożone i szok takie coś i w nim 9 miesięcy dziecko siedzi i nie przerwało się a takie cienkie a łożysko jak mięsna meduza:)

 

Wnioski, żałuję, że za pierwszym razem nie było dane mi to przeżyć, by za drugim razem jeszcze lepiej się przygotować siłowo i oddechowo przede wszystkim.

Czuję się mega dumna i szczęśliwa jak nigdy w życiu.

Moje marzenie jako kobiety, żony i matki się spełniło, choć przy pierwszej ciąży zostało mi to odebrane co bardzo przeżywałam emocjonalnie. Tym razem się udało i to naprawdę się udało i bez większej ingerencji. Nigdy nie myślałam, że będę zdolna takiemu wyzwaniu stawić czoła i wygrać w 100% unikając przede wszystkim cc jak i próżnociągu, choć sekundy od niego dzieliły.

Jednym słowem czuję się spełniona choć nadal nie wierzę, że urodziłam naturalnie i dałam radę przy moim niskim progu bólowym:)))).

Asia

 

Moje dwa porody – tak różne, tak wspaniałe (Poznań)

Nie na wszystko w porodzie mamy wpływ. Ale siła woli, motywacja, nadzieja i wsparcie są z pewnością dużą częścią szczęśliwego rozwiązania. Zapraszam do przeczytania historii Marty:

Pierwsze dziecko (córkę) urodziłam w listopadzie 2012 r. Niestety, była w położeniu miednicowym i za żadne skarby świata nie chciała się właściwie ułożyć. Ćwiczyłam, namawiałam ją, świeciłam latarką, uciskałam odpowiednie punkty na stopach, wizualizowałam, prosiłam o pomoc nawet osobę zajmującą się hipnozą! I nic. Byłam wtedy jeszcze na etapie, kiedy chciałam wszystko mieć pod kontrolą, wszystko zaplanowane i po mojej myśli. Teraz wiem, jak bardzo takie podejście jest błędne w przypadku porodu… Powoli zaczęło pojawiać się rozwarcie, byłam już w 39 tygodniu. Jednak ponieważ bardzo bałam się szpitali i wszelkich procedur medycznych, wybrałam szpital oddalony od Poznania (gdzie mieszkam) o około 70 km – Trzciankę. To był jedyny szpital, w którym czułam się spokojnie i bezpiecznie, szpital niewielki i pełen życzliwych, ciepłych położnych i lekarzy z ludzkim podejściem. Nie miałam wtedy zbyt dużej wiedzy o tym, co dobre dla dziecka, więc postanowiłam namówić lekarza, żeby wykonał cięcie na zimno. Bałam się, że nie zdążę dojechać do szpitala, kiedy się zacznie, zwłaszcza, że mąż pracuje w terenie – może być kilka lub kilkaset kilometrów od domu. Pojechaliśmy do szpitala 6 listopada rano. Zostałam przyjęta, przebrałam się i miałam czekać na lekarza. I nagle…zaczęło się! Tak jakby puściła jakaś blokada – wiedziałam, że jestem tam, gdzie być powinnam i że teraz dziecko może się bezpiecznie urodzić. No i bardzo nie chciałam, żeby mnie odesłano do domu. Skurcze były od samego początku dość regularne, oczywiście bolesne, ale bez przesady. Bardzo żałowałam, że nie mogę urodzić naturalnie, bo wszystko dobrze szło. Po 3 godzinach rozwarcie wynosiło 4 cm. Nawet położne twierdziły, że szkoda, że nie mogę rodzić siłami i drogami natury, bo zapowiada się, że” ładnie by poszło”. Wybłagałam jeszcze usg tuż przed cięciem – bo może akurat Mała się obróciła? Niestety, moje pozytywne myślenie tym razem na nic się nie zdało. Dziecko chyba postanowiło nauczyć mnie pokory dla rzeczy, na które nie mamy większego wpływu.  Weronika urodziła się o 12:20, z wagą 3220 g, od razu kangurował ją mąż, ja dostałam ją po wybudzeniu z narkozy. Pamiętam, że płakałam budząc się z narkozy. Chyba po części z bezsilności czy bezradności, a trochę dlatego, że bardzo chciałam zobaczyć córkę i dowiedzieć się, że wszystko jest z nią w porządku. Na szczęście mąż siedział z córką w fotelu tuż obok mojego łóżka.  Dochodziłam do siebie długo, byłam bardzo słaba, bo straciłam ponoć dużo krwi. W szpitalu rzeczywiście panowała wspaniała atmosfera wsparcia i życzliwości, co bardzo pomogło w pierwszych, trudnych dniach.

Od początku zakładaliśmy, że będziemy mieć dwoje dzieci. Dlatego po porodzie zaczęłam szukać informacji, co zrobić, żeby urodzić siłami i drogami natury po cesarskim cięciu. Bardzo szybko trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl Czytałam opisane tam historie i wzruszenie aż ściskało mnie za gardło. To było niesamowite, też tak chciałam.  Krótko później znalazłam grupę na fb. Wpisy tam czytałam równie chętnie. Atmosfera panująca w grupie była i jest świetna. Masa wsparcia, ciepłych słów. Myślę, że portal i grupa bardzo wiele mi dały i pomogły umocnić się w decyzji oraz pozbyć obaw i niepewności.

W drugą ciążę zaszłam w 2014 r. Od samego początku miałam inne podejście. Uznałam, że zdam się na to, co przyniesie los. Oczywiście, zrobię co w mojej mocy, żeby wszystko poszło zgodnie z planem, ale na spokojnie. Będę otwarta na wszelkie opcje. Ciąża była dużo „trudniejsza” i bardziej męcząca od poprzedniej. Pod koniec już bardzo chciałam, żeby zaczął się poród. Zwłaszcza, że miałam stale przy sobie prawie dwuletnią córeczkę, która w dodatku była nadal dokarmiana piersią (dwa razy na dobę, przed spaniem w południe i wieczorem). Termin miałam na 4 października, jednak czekałam na koniec 37 tygodnia i od tego dnia myślami „poganiałam” synka, żeby zechciał się już urodzić. 19 września wieczorem jak zwykle karmiłam córkę przed spaniem, na leżąco. Kiedy usnęła, wstałam z łóżka i poczułam, że odchodzą mi wody. To było około godziny 21:00. Byłam wtedy w 38 tygodniu. Ucieszyłam się niesamowicie. Piątek wieczór, Mała śpi, mąż w domu – idealnie! Przyjechała moja mama, żeby zostać z córeczką, a ja, ucieszona, pojechałam do szpitala. Wierzyłam, że wszystko pójdzie sprawnie i szybko – przecież przy pierwszym porodzie rozwarcie szło super. W szpitalu byłam po 22:00 (tym razem jeden z poznańskich), umówiona położna dojechała chwilę po nas. Chciałam rodzić z położną, bez męża – uznałam to za najlepszą dla mnie opcję. Chciałam mieć przy sobie kobietę – i w dodatku fachowca, który wie, co robić. Przed 23:00 znalazłam się na ślicznej sali porodowej wyposażonej we wszystko, czego mogłam potrzebować, łącznie z łazienką z wanną. Niestety, skurczy początkowo wcale nie było, potem zaczęły się regularne, ale co 12 minut! Przysypiałam między skurczami i tak dotrwałam do 5:00 rano. O tej godzinie rozwarcie wynosiło jedynie 2 cm. Nie zapowiadało się to wszystko najlepiej. Byłam niewyspana, lekarze dziwili się, czemu nie proszę o  cięcie, zwłaszcza, że poród kiepsko idzie. Położna była zdecydowanie po mojej stronie i to było wspaniałe. Czułam wsparcie, opiekę i nieustającą troskę. Skurcze niestety były już trudne do zniesienia – pojawiły się bóle krzyżowe, czyli coś, czego nie znałam. Nie wiedziałam, że może być aż tak! Trochę pomagało mi kołysanie się na piłce, ale ból był silny. O 15:00 rozwarcie wynosiło jedynie 6 cm, a ja byłam wycieńczona. Nie miałam już siły, ale też nie miałam ochoty się poddać. Po prostu trwałam w tym jakby siłą rozpędu. Położna pomogła mi wejść do wanny – ciepła woda przyniosła ukojenie. Po wyjściu okazało się, że rozwarcie niewiele się zwiększyło i położna doradziła mi, żebym zgodziła się na cięcie, bo nawet ona, pomimo swojego pozytywnego nastawienia, nie bardzo widzi możliwość szczęśliwego zakończenia czyli porodu siłami natury. Nie miałam już sił, nie wiedziałam, co będzie dalej, zgodziłam się. Położna poszła poinformować lekarza, że ma pacjentkę do cięcia. Okazało się, że muszę poczekać, bo akurat jest jakiś pilny przypadek i mną będą mogli zająć się za jakiś czas. I całe szczęście! Między 16:00 a 17:00 rozwarcie w końcu ruszyło. Skurcze były już trudne do zniesienia, pamiętam, że powiedziałam położnej, żeby ani na chwile nie zostawiała mnie samej w trakcie skurczu, bo sama go nie przeżyję. To jednak niesamowita pomoc, kiedy ktoś, kto wie, co mówi, instruuje na bieżąco – jak oddychać, jak próbować rozluźnić mięśnie, jak wytrwać. W końcu przyszły bóle parte. Po tym wszystkim, 20 września o 18:30, urodził się Tomek.  Nie był mały, ważył 3800 g. Czułam się wspaniale, chociaż nie miałam sił kompletnie na nic. Doszłam do siebie szybko pomimo niewielkiego nacięcia krocza.

Porównując oba porody, zdecydowanie jestem za porodem siłami natury. Pomimo, że trwał 21 godzin licząc od odejścia wód. Wiem już, że nie wolno niczego planować „na sztywno”. Trzeba zdać się na naturę i okoliczności. Być może córka z jakiegoś powodu nie mogła się obrócić? Albo po prostu już wtedy była uparta… A synek dał radę się urodzić naturalnie pomimo, że miał szyję owiniętą pępowiną – tętno nie spadło mu ani na chwilkę. Widać, tak miało być. Każdy z tych porodów był cudem i każdy będzie zawsze w mojej pamięci jako niesamowite, umacniające wydarzenie.

Weronika

Weronika

Tomek

Tomek

Prawdziwy cud (Białystok)

Historia Ani długo czekała na opublikowanie, a wszystko przez moje niedopatrzenie i roztargnienie. Najważniejsze jednak, że będziecie w końcu mogli ją przeczytać:)

Będąc w pierwszej ciąży nie wyobrażałam sobie innej opcji porodu jak siłami i drogami natury. Niestety od 34 tygodnia byłam coraz dalej od założonego planu. Na początku pojawił się problem pośladkowego położenia płodu. Lekarz dawał niewielkie szanse, że dziecko ustawi się główkowo. Wtedy po raz pierwszy padły słowa „cesarskie cięcie”. Mimo wszystko miałam nadzieję, że do terminu porodu wszystko rozwiąże się po mojej myśli. Niestety ok 37 tygodnia pojawiło się nadciśnienie, następnie ginekolog stwierdził małowodzie i w zasadzie nie było już o czym mówić, bo sprawa była jasna. Dostałam termin na rozwiązanie drogą cięcia cesarskiego. Miałam czekać dwa tygodnie. To były najsmutniejsze dwa tygodnie z całej mojej ciąży. Wiedziałam, że cięcie cesarskie jest najwłaściwszą metodą porodu w mojej sytuacji, ale żal i dziwnie ogarniająca pustka pozostały do samego końca czyli do dnia rozwiązania. A potem… A potem pojawił się inny żal bardziej rozrywający serce matki. Żal, że nie mogę tulić własnego dziecka. Mała trafiła na intensywną terapię z zaburzeniami oddychania. Leżała tam trzy doby.  W dniu porodu widziałam moją córeczkę tylko na sali operacyjnej i trzymałam ją na rękach dosłownie kilka minut. A to i tak tylko dzięki mojemu mężowi, który wyprosił położną, abym mogła wziąć dziecko na ręce po „wyjęciu z brzucha”. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a mój smutek za naturalnym porodem wynagrodziła mi zdrowa i piękna córeczka.

Po 18 miesiącach od porodu  zaszłam ponownie w ciążę. Już na pierwszej wizycie u ginekologa (i zresztą na kilku następnych także) usłyszałam, że po cesarce będzie kolejna cesarka. Zostałam poinformowana o całym ryzyku, jakie wiąże się z  porodem naturalnym po przebytym cięciu cesarskim i powiem szczerze, że nie zależało mi, aby był to poród naturalny. Nastawiona całkowicie na cc trwałam do 23 tygodnia ciąży. Wtedy ten sam lekarz robiąc USG stwierdził, że może należałoby rozpatrzeć poród sn, bo warunki ku temu się zapowiadają. A ja na to: Jak to? Przecież ja już mam wszystko w głowie ułożone pod kątem cc. Wiem, jak to wygląda, czego mam się spodziewać, a teraz on to wszystko burzy. Oczywiście poinformował, że przymusu nie ma, że  mogę się nie zgodzić na poród sn, ale jego zdaniem powinnam to jeszcze dobrze przemyśleć i przede wszystkim nie zamykać sobie drogi, bo nikt nie wie jak będzie to wyglądało. Więc za jego radą zaczęłam myśleć i przede wszystkim szukać odpowiedzi na wiele pytań, które w tym momencie się pojawiły. Doniesienia naukowe o częstości występowania powikłań przy porodach natruralnych po cc, o procedurach medycznych, które są dozwolone, a które nie powinny być wykonywane w trakcie takiego porodu, o niebezpieczeństwie jakie może zagrażać noworodkowi itp. itd. Wiele pytań i wątpliwości udało się rozwiać a przynajmniej uspokoić. Od tego czasu nie nastawiałam się na żadną opcję porodu i przyjęłam postawę, co będzie, to będzie. W 38 tygodniu badanie USG potwierdziło, że nie mam żadnych przeciwskazań do porodu naturalnego, więc postanowiłam grzecznie czekać do… do odejścia wód, bo tak to się zaczęło.

Cztery dni po wyznaczonym terminie, wieczorem, zaczęły się sączyć wody. Lekko przerażona, że trzeba z tym jak najszybciej jechać do szpitala (pozytywny GBS) pojechałam na izbę przyjęć. Tam położna zrobiła KTG, z którego wywnioskowała, że skurczów regularnych nie ma, potem zbadał mnie lekarz, twierdząc że szyjka  jest zachowana, a na koniec oboje orzekli, że to pewnie czop śluzowy odchodzi, więc mam jechać do domu i wrócić jak zaczną się skurcze. Mi niestety nie dawało to spokoju, więc zadzwoniłam do swojego lekarza, który kazał mi przyjechać następnego dnia na oddział. O 9.00 zrobił mi USG, po czym zbadał szyjkę. Szyjka faktycznie była zachowana, ale w trakcie badania odeszła spora ilość wód. Zatrzymał mnie na patologii ciąży, gdzie podali mi antybiotyk i kazał czekać do 19.00. Powiedział, że jak do tego czasu nic się nie zmieni zrobi mi cięcie. Więc czekaliśmy (ja i mój mąż). W trakcie tego czekania zaczęły pojawiać się skurcze, ale bardzo delikatne i nieregularne, a z KTG wychodziło, że to nie te co powinny być. Od godziny 17.00 zaczęły być bardziej dokuczliwe, ale nadal nieregularne (co 2, 4 minuty) i krótkie (10, 20 sekund). O 19.00 ginekolog sprawdził rozwarcie, stwierdził że są 2 cm i dał mi zielone światło do sn. Ucieszyłam się niezmiernie. Musiałam teraz tylko czekać na wolną salę porodową, a z tym był niestety problem. Pomimo braku ostrego dyżuru było pełne obłożenie na porodówce (niektórzy by powiedzieli, że to z racji daty – „trzynastego”). Więc znów czekamy, skurcze mam coraz silniejsze, ale do zniesienia i ciągle chodzę bo tak mniej boli, wręcz czasami prawie w ogóle. O godzinie 21.30 przychodzi ginekolog i informuje, że niedługo zwolni się miejsce na porodówce, bo jest jedna pacjentka z 9 centymetrowym rozwarciem, więc już prawie na finiszu. Położna robi mi kolejne KTG. Mąż zagaja ją, czy nie powinni sprawdzić ponownie rozwarcia bo skurcze mam silniejsze. Położna patrząc na zapis KTG mówi, że są za krótkie i że to tak szybko nie idzie, żartując przy tym że pewnie 3 centymetrów jeszcze nie ma. O 22.00 dostaje czopki glicerynowe. Po powrocie z toalety łapie mnie bardzo silny skurcz. Krzyczę. Położne zabierają mnie do zabiegowego. Rozwarcie mam już na 6 centymetrów. Szybko przebierają mnie w koszulę szpitalną, sadzają na wózek, mężowi każą wziąć dokumenty i wiozą na porodówkę. A tam oczywiście nic się do tego czasu nie zwolniło. O 22.30 badają mnie położne z porodówki i każda stwierdza 8 cm. Na znieczulenie jest już za późno (a przyznam, że się na nie wcześniej nastawiłam). Jestem zdenerwowana, za chwilę będę miała parte, a nawet nie mam miejsca żeby się gdzieś położyć. Nie chce rodzić na korytarzu. Położne zwalniają jedną salę wywożąc  pacjentkę, która widocznie może jeszcze chwilę zaczekać J. O 22.50 kładę się na łóżko porodowe, skurcze są bardzo silne. Położne każą mi się położyć na boku i skupić na oddychaniu, a ja próbuję się skupić z całych sił, ale niekiedy się zapominam i krzyczę. W pewnym momencie skurcze słabną, a mój organizm zapada jakby w sen. Chyba odpoczywam przed kolejną fazą. Mój mąż ciągle przy mnie czuwa. Znowu zaczyna się coś dziać, krzyczę, że chyba będę miała parte. Położne układają mnie w pozycji pół siedzącej. Pierwszy skurcz – nie dam rady przeć. Położne zmieniają punkty gdzie mogę zaprzeć nogi i ręce. Drugi skurcz – udaje się. O 23.05 przychodzi na świat moja druga córeczka. Ma 57 cm i waży 3900g, jest śliczna. Kładą mi ją na brzuchu i tak sobie leżymy ona i ja. Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi.

Nasza piękna historia czyli VBAC dokładnie po 1 roku, 4 miesiącach i 19 dniach po cc (Białystok)

Czasem wszystko zdaje się wskazywać, że szanse na VBAC są nikłe. Czasem prawie nikt nie wierzy, że próba porodu może mieć szczęśliwy naturalny finał. Jeśli jednak przyszła mama zachowa w sobie chęć walki i choćby iskierkę nadziei, wszystko może się zdarzyć. Oto tchnąca zwycięską radością historia Karoliny:

Z początku trochę historii, czyli wspomnienie pierwszego porodu. Było to pod koniec 2013 roku, a dokładnie 19 grudnia. Poród był wywoływany ponieważ synek miał wadę, którą należało natychmiast operować więc lekarze nie chcieli czekać żebym przypadkiem nie urodziła na Święta Bożego Narodzenia bo wtedy personel jest „przebrany”. Tak więc położyli mnie na Oddział Patologii Ciąży w USK w Białymstoku i założyli mi cewnik Foleya. Zadziałał błyskawicznie bo od razu na ktg zaczęłam mieć skurcze i po jakiś 3 godzinach odeszły mi wody. Ponieważ miałam wielowodzie więc lało się jak z kranu. Od razu rozwarcie skoczyło do 3 cm. Na sali porodowej kazali mi bezwzględnie leżeć ( podobno bali się, że pępowina może wyjść pierwsza więc nie chcieli ryzykować). Ja przeszkolona na Szkole Rodzenia byłam gotowa aktywnie skakać na piłce, przyjmować pozycję kolankowo łokciową itp. A tu kazali leżeć. Więc leżałam. Dali mi znieczulenie. Do 10 cm praktycznie nie czułam bólu. Podłączyli mi oksytocynę. Zaczęłam czuć skurcze. Kazali przeć, więc parłam z całych sił. Nic to nie dawało, maluszek nie chciał schodzić w dół. Męczyłam się tak 2,5 h aż w końcu postanowili zrobić mi cesarskie cięcie ze względu na przedłużającą się II fazę porodu. Więc ja skrajnie wyczerpana ( na papierach o zgodę na cc podpisałam się panieńskim nazwiskiem ! ) zgodziłam się bez zastanowienia. Sam zabieg wspominam trochę „filmowo” bo czułam się jak w Greys Anatomy. Jednak kolejne tygodnie po cc to była istna katastrofa…. Bardzo ciężko wracałam do siebie, proste czynności takie jak wstawanie z łóżka sprawiały mi wiele trudności. Przez prawie 3 tygodnie chodzić do synka do szpitala więc to też nie sprzyjało prawidłowej i szybkiej rekonwalescencji.

Wiedziałam, że przy kolejnym maluchu muszę zrobić wszystko żeby udało się urodzić naturalnie bo nie mogłabym przechodzić przez to jeszcze raz. Poza tym marzy mi się duża rodzina tym bardziej chciałam VBAC.

Więc wracając do teraźniejszości..

Termin porodu ustalono na 3 maja 2015. Ciąża minęła właściwie bezproblemowo. Pod sam koniec ciąży było podejrzenie, że pępowina jest owinięta wokół szyi malucha więc musiałam się zgłaszać codziennie na ktg. Wreszcie mój lekarz zadecydował żeby na wszelki wypadek położyć mnie na Oddział Patologii Ciąży (Białystok, ul.Warszawska). Nie protestowałam chociaż słyszałam ze zbyt wczesna hospitalizacja raczej nie pomaga przy VBAC. Ja zdałam się na lekarza. Tak więc 6 maja byłam na patologii. Tam stosowałam wszelkie możliwe sposoby żeby poród sam się rozpoczął. Czyli chodziłam po korytarzu jak bocian, robiłam przysiady, słuchałam relaksacyjnej muzyki, masowałam brodawki i brałam gorący prysznic. Nic to jednak nie pomogło. Mój lekarz zasugerował wywołanie porodu oksytocyną bo dziecię i tak spore (na usg 3750g) i czas leci ( podobno po cc należy wywołać poród nie później niż 7 dni po terminie) więc lepiej może spróbujmy wywołać. Dodatkowo on miał akurat tego dnia dyżur więc jakby odpukać skończyło się cc to on się mną zajmie. Ponownie nie protestowałam. 8 maja o godz. 12.00 posłusznie udałam się na indukcję. Niestety aura wokół mojego porodu była lekko powiedziawszy niesprzyjająca. Wszyscy począwszy od położnych, pielęgniarki, innego doktora i całą resztę ekipy mówili, że nie dam rady, że mam się liczyć z cc, że po co robiłam tak wcześnie drugie dziecko, że po co ja w ogóle próbuje rodzic siłami natury i że to ogromne ryzyko itp.. Więc psychicznie byłam załamana. Dodatkowo przynieśli moje rzeczy z patologii co było znakiem, że zwolnili moje miejsce, więc juz tam nie wrócę na ewentualnie drugie wywołanie. Jeszcze zrobili ze mną wywiad „przed cesarkowy” – jakie miałam wtedy znieczulenie, jak na nie zareagowałam itp..Wszystkie znaki na ziemi ( tylko na ziemi !) mówiły, że cały szpital i personel nastawia się dziś na moje cięcie.  Jedynie gdzieś w sercu miałam tą iskierkę że może mi się uda, może dam radę,…

Więc podłączyli mi oxy. Szyjka zachowana, poród się nie zapowiada. Dali mi dodatkowo czopki, które miały jakoś działać na szyjkę. Zaczęłam więc chodzić, kręcić biodrami itp. Tak jak uczyli w Szkole Rodzenia. Gdy skurcze zaczęły być mocniejsze to wzięłam prysznic, który i tak ostatecznie nie uśmierzył bólu. Podobnie było z skakaniem na piłce. Też nie moja bajka. Najlepsza dla mnie była pozycja kolankowo – łokciowa, którą nieco zmodyfikowałam bo u mnie była to pozycja kolankowo- szyjna bo głowę trzymałam na materacu. Doktor jak mnie zobaczył to tylko z uśmiechem na twarzy powiedział – „skoro tak pani wygodnie”! J Z takiej pozycji przechodziłam do siedzenia okrakiem na piętach i w tym momencie odeszły mi wody ! Później skurcze były już mocniejsze. Odmówiłam znieczulenia żeby czuć ewentualny ból rozchodzącej się blizny na macicy bo podobno nie można tego bólu z niczym pomylić więc dla mojego bezpieczeństwa wolałam to kontrolować. Dostałam jedynie zastrzyk przeciwbólowy. Jak już zaczęłam czuć parcie to podłączyli mnie do ktg żeby zobaczyć co i jak. Wszystko było dobrze, mogłam już przeć. Więc parłam ile mogłam, dr naciął mi krocze bo w mojej sytuacji lepiej żeby 2 faza nie trwała za długo. Zgodziłam się znowu. Po paru minutach miałam już Stefanka na brzuchu !! Najcudowniejszy moment w życiu. Ciągle nie mogę uwierzyć ! I chyba wszyscy dookoła też nie mogli uwierzyć. Jak się później dowiedzieli że Stefek miał 4090 g i 59 cm to padli z wrażenia.

Stefanek 08.05.2015

Wspominam ten dzień z ogromnym uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Myślę, że jest to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Nie pamiętam już bólu, a na pytanie – „jak poród ?” odpowiadam, że było cudownie ! ( miny ludzi są wtedy nie do opisania J) Ten poród mnie uskrzydlił, wyzwolił, umocnił… Myślę, że moje macierzyństwo do pełni potrzebowało właśnie tego doświadczenia porodu naturalnego.

Jestem żywym dowodem że można w takim krótkim odstępie między porodami i po wywołaniu urodzić naturalnie. Życzę wam wiary we własne siły !

PS: Dodam jeszcze że miałam dodatkową motywację do porodu naturalnego ponieważ umówiłam się z mężem, że jeśli uda mi się urodzić naturalnie to nazwę synka tak jak ja chce czyli Stefan a jeśli skończy się cesarką to będzie tak jak chciał mąż czyli Bartłomiej. Z taką motywacją musiałam dać radę. No i takim sposobem mam Stefanka !!

Karolina M. mama Filipka i Stefanka

VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!

Poród drogami natury po cięciu cesarskim jest możliwy – to fakt medyczny. Jest również w przypadku większości kobiet opcją bezpieczną i korzystną. Jednak w wielu miejscach kobiety muszą staczać walkę o możliwość choćby podjęcia próby porodu naturalnego po cc. W niejednym miejscu nikt nie chce dać takim kobietom szansy. Zuzanna taką szansę otrzymała i … udało się!

vbac clothesGdy zaszłam w pierwszą ciążę, było dla mnie oczywiste, że urodzę siłami natury. Przygotowywałam się do tego przez całe 9 miesięcy i mimo, że ciąża okazała się problematyczna i zagrożona, nikt nie widział przeciwwskazań, by rodzić naturalnie. Termin miałam na 12 grudnia, a 27 listopada poszłam na wizytę lekarską – pech chciał, że mojej lekarce zmarł mąż i nie przyjmowała, więc musiałam na gwałt znaleźć kogoś, kto mnie poprowadzi do rozwiązania, wybrałam lekarza, który robił mi USG. Okazało się, że jest położnikiem i był sympatyczny. Stwierdziliśmy, że na finiszu to już nie takie ważne kto, bo i tak zaraz urodzę 😉 Lekarz zrobił mi USG, zapytał, czy byłam duża, gdy sama się urodziłam i…. od tej pory wszystko potoczyło się nie tak jak sobie wymarzyliśmy… Więcej na blogu Zuzanny:)

 

Moja przygoda z VBAC, pozytywna ! :]

Poród nie musi być bezbolesny, nie musi być nawet zupełnie bezurazowy, aby być dla kobiety źródłem mocy i poczucia spełnienia. I mówię to z perspektywy osoby, której znacznie bliżej to hedonizmu niż do masochizmu czy idei męczeństwa. Potwierdza to niejedna historia. Jedną z nich jest opowieść Joanny.

Mam na imię Joanna, mam 32 lata i 4 msce temu urodziłam moje drugie dziecko.
Synka Huga.
Dzień, w którym się urodził był najpiękniejszym dniem w moim życiu i nie zapomnę go nigdy :]

Pierwsze dziecko. córkę Ninę, urodziłam w październiku 2011 przez cc.
Po końskich dawkach oksy, porodzie sztucznym aż do bólu, rozwarciu na 5 cm i skurczach co 1,5 minuty Nince zaczęło spadać tętno i lekarze szybko zdecydowali o cc.
Uratowali jej życie, ale ja do dzisiaj nie daruje sobie tego, że pozwoliłam na maksymalną ingerencję w naturę, przez co tak się właśnie skończyło.
Psychiczna trauma po tym porodzie towarzyszyła mi bardzo długo i długo nie mogłam się z tym pogodzić.

Już wtedy wiedziałam że drugie dziecko muszę urodzić naturalnie.
No muszę i nie ma innej opcji !

No więc kiedy po trzech latach zaszłam ponownie w ciążę, to się niemal od poczęcia samego na ten dzień psychicznie przygotowywałam.
Czytałam, szukałam, szperałam, oglądałam, słuchałam etc.
Tak się w pewnym momencie zafiksowałam, że powiedziałam stop! Bo jak się za bardzo nakręcę to potem sobie nie poradzę, jeśli pójdzie nie po mojej myśli.
Termin porodu miałam wyznaczony na 18-go stycznia 2015.
7-go stycznia szyjka mej macicy była twarda i zupełnie nieporodowa mimo dość mocnych i męczących mnie nocami skurczybyków. Bolał mnie ten brzuch dobre dwa tygodnie a szyjka nic. Sobie myślę „o koza niedobra”. Od kilku dni odchodził także czop i nic. Więc czekałam. Kawałki galarety leciały coraz większe, brzuch bolał coraz mocniej. I tak przez cały czwartek, piątek i sobotę. W niedzielę już miałam lekką irytację z powodu w/w, ale myślę ” w sumie fajnie, że coś się dzieje”.
Wieczorem, w niedzielę poczułam NIEPRAWDOPODOBNĄ chęć wypicia bawarki ))
Poprosiłam więc męża i ok 22:30 prosto do łóżka przyniósł mi wielki kubek pysznego, gorącego napoju.
Dokończyłam jakiś bezedurny serial, wypiłam tą bawarkę i poczułam, że mnie zaczyna boleć żołądek i zaraz się porzygam
Więc poszłam spać.
Była prawie północ.
Pierwszy skurcz obudził mnie dokładnie o 02:40.
Nie wystraszył mnie, nie zasugerował że to już bo takie skurcze miewałam wcześniej.
Skurcz minął, ja zasnęłam i obudziłam się znowu. Że boli. Myślę sobie – pewnie już rano, wstawać trzeba. Zerkam na telefon a tam 02:58.
Myślę hmmmmm dwa skurcze w 20 minut, tego jeszcze nie było.
Kolejny skurcz 03:12 i już wiem, czuję że chyba coś z tego będzie.
Między kolejnymi skurczami – pojawiającymi się co 12; 15; 18 minut – przysypiam snem kamiennym.
W czasie niektórych skurczów wstaję, opieram się o łóżeczko synka i zaczynam oddychać przeponą kołysząc jednocześnie biodrami. Tak mnie bratowa uczyła, bo na SR w życiu nie byłam.
No więc radze sobie z bólem wg instrukcji made in bratowa
Między skurczami głaszczę się po brzuchu przemawiając w myślach do Huga, żeby był dzielny i dał radę a mamusia zrobi wszystko, żeby mu pomóc wyjść jak najszybciej. Jestem, o dziwo bo normalnie panikara ze mnie, bardzo spokojna i wyciszona. Podobnie jak cały dom. Mąż Mateo śpi, Ninka śpi, koty śpią. Jestem tylko ja i Huguś. I skurcze.
Mąż z córką wstają ok 8 rano. Mateo patrzy na mnie i pyta co się dzieje. Więc mówię, że mam skurcze, nie śpię od 3 ale, że to jeszcze potrwa więc niech jedzie do biura. No to jedzie. Ja zostaję z Ninką, bo dzień wcześniej skarżyła się na ból pipki i miała lekką temperaturę, więc do przedszkola nie idzie.
Robię nam śniadanie między skurczami. Jemy, siadamy do zabawy i wtedy goni mnie do wc po raz pierwszy. Za chwilę drugi, kolejny i jeszcze. Po szóstej wizycie przestaje liczyć, dzwonię do Mateo i mówię żeby wracał bo chyba jednak rodzę
Mateo wraca, zgarniając po drodze opiekę do Ninki.
Ja kończę się ubierać, sprawdzam torbę, żegnam się z Niną mając oczy pełne łez (to był jedyny moment, kiedy poczułam przerażenie i strach, że ją zostawiam) i wychodzimy. W szpitalu jesteśmy ok 12, w poczekalni pełno ciężarnych do przyjęcia, ale wszystkie do wywołania lub planowych cięć.
Zgłaszam więc, że ja ze skurczami i zostaję przyjęta poza kolejką. Położna przeprowadzając ze mną wywiad mówi cały czas, że ja bankowo nieporodowa, że ona przecież widzi, tzn że właśnie nic nie widzi i gdzie te moje skurcze. No to mówię, że coraz rzadsze, pewnie ze stresu
Przebieram się, przychodzi lekarz i chce mnie zbadać, więc wskakuję na fotel niczym rasowa antylopa.
Lekarz czeka na skurcz (jakieś 8 min leżę przed nim rozkraczona a on poirytowany, że panikę sieją a ja w ogóle bez akcji), na skurczu wkłada rękę i robi oczy jak 5 zł mówiąc, że dobre 7-8 cm.
Sobie myślę „no chyba Ty!!”.
Jakie 7-8 ?! Toż ja już powinnam na kolanach wyć jak Indianka wgryzając się jednocześnie we framugę
A ja zamiast tego martwię się o niedogoloną pipkę i nienakarmione koty rano
Idziemy na oddział.
Salowa wjeżdża z aparatem do ktg i mówi, że za chwilę położna przyjdzie.
No i przychodzi. Anioł mój kochany, pani Bożenka. Podłącza mnie pod ktg, bada raz jeszcze rozwarcie i zostawia nas samych.
Po 25 min sprawdza zapis, odpina kable i zaprasza na porodówkę.
Skurcze jakby częściej, ale nie bolą jakoś mocno.
Na porodówce nie wiem do końca co robić (jest ok 14:00) bo mam rodzić, ale mi się jakby odechciało.
Więc zaczynam skakać na piłce kręcąc jednocześnie sutkami.
I nic. Tzn skurcze nadal co 8 minut i takie na jeża średnie.
Po pół godz skakania i masowania Bożenka sprawdza rozwarcie. Dalej 8 cm, główka nieprzyparta.
Bożenka wie, że NIC wspomagającego mi podać nie mogą więc woła lekarkę (cudna kolejna młoda babeczka, drugi anioł) i dumają co by tu….
Lekarka mówi, że przebijemy pęcherz bo w badaniu bardzo twardy, napięty i wypiera główkę. Tłumaczy mi wszystko, przedstawia ryzyko z przebiciem związane i pyta co myślę. Przypominam sobie z art na temat VBAC fragmenty o przebiciu pęcherza i zgadzam się, bo ryzyko powikłań niewielkie.
No więc czekamy na skurcz i przebijamy. Ogrom, ale taki konkretny, cieplutkiej cieczy zalewa całe łóżko, szpital i okolice.
Tak mi się przynajmniej wtedy wydaje
Jest godzina 15:00, wody odeszły i czekamy w napięciu co teraz.
Długo nam czekać nie przychodzi.
15:05 pierwszy mega bolesny ból z krzyża. Sobie myślę „upsss, że to tak ma bolec?”
15:10 kolejny, 15:15 jeszcze jeden. Każdy następny sprowadza mnie do poziomu posadzki.
Idzie następny, cedzę przez zęby „Mateo masuj!!!!”, Mateo rzuca się na me krzyże z rękami, czuję dotyk i cedzę przez zęby ponownie „nie dotykaj błagam”.
Chcę żeby był, ale nie chcę żeby mi przeszkadzał. Każdy kolejny skurcz paraliżuje moje ciało komórka po komórce. Ale oddycham w skupieniu, bo myślę tylko o dziecku. Ja dam radę, jemu muszę pomóc. Tracę poczucie czasu, nie zerkam już na zegar, klęczę na podłodze z głową wtuloną w kolana męża. Na każdym skurczu nucę coś pod nosem. Nie pamiętam potem co, a Mateo twierdzi że byłam cicho.
Nie wiem ile mija czasu, czuję nagle że muszę przeć. Położna sprawdza rozwarcie i mówi, że jest 10 cm więc mogę.
Prę kilka razy i czuję dokładnie jak główka centymetr po centymetrze się obniża. Czuję jak mi się rozchodzą biodra, czuję że muszę stanąć szerzej (bo prę na stojąco) żeby synek miał miejsce, czuję jakby mi ktoś ogniem żywym palił między nogami. Bożenka każe dotknąć główkę. Dotykamy ją oboje, tzn jej czubek bo reszta schowana. Mateo patrzy w dół i mówi, że są włoski. Stoję na nim wsparta, on mnie całuje i szepcze do ucha „dasz radę, już niedługo”. Myślę „no przecież wiem, że dam”.
Czekam na kolejny skurcz, ale chcę się położyć bo tracę czucie w nogach. Z pomocą męża wdrapuje się na łóżko. Bożenka cały czas wpycha ręce w krocze próbując je ochronić, ale mówi – mocno zawiedzionym i przepraszającym tonem- że musi ciąć. Pyta o zgodę, więc kiwam tylko głową bo idzie skurcz więc nabieram już powietrza. Bożenka tnie (czuję to dokładnie), ja prę i nagle mija uczucie piekielnego ognia i wychodzi główka. Bożenka woła „Asia teraz nie przyj, trzymaj!!” ale niestety, nie powstrzymuję już tego. Prę bez skurczu i synek wyskakuje na ręce Bożenki.
A następnie ląduje na mych piersiach.
I wtedy czas staje w miejscu.
Dostrzegam zegar i godzinę 16:30, widzę że za oknem już ciemno, widzę wzruszonego męża który ma sine ręce od mojego w czasie parcia uścisku. Wszystkie szczegóły widzę i dostrzegam a cały świat przesłania mi ta mała, ciepła, bezbronna istotka na moim brzuchu. Wpatruje się we mnie zdziwionymi oczami a ja cały czas powtarzam w myślach „dałeś radę synku, jestem z Ciebie dumna”.
I nic już nie jest ważne.
To, że nie posłuchałam Bożenki i parłam bez skurczu przez co pękła mi cewka moczowa i zrobiło się pełno otarć. To, że z pękniętej cewki dostałam krwotoku, musieli mnie zacewnikować i szyli 45 minut.
Nic się nie liczy tylko to moje wielkie Szczęście, że jest Hug i że leżymy sobie razem przez te 2 godziny.
Zaczynam wyć dopiero wtedy, kiedy przypominam sobie o Nince. Że jej z nami nie ma, że nie widziałam jej już od rana.Tak jakby mi kawałka serca brakowało.
Dopiero, kiedy kilka dni później wracamy do domu, czuję i wiem że jesteśmy pełną rodziną i nie wiem, jak do tej pory mogliśmy tą rodzinę tworzyć bez małego chłopczyka, który właśnie leży wtulony w mą pierś i spokojnie oddycha co jakis czas słodko wzdychając.
Kocham moje dzieci, kocham mojego męża, jestem spełniona w 100% i wszystkim Wam życzę tego samego.
Tego spełnienia jakie daje kobiecie przeżycie tej magicznej chwili…..

„Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.” (Łódź)

     Dziś dwie diametralnie różne historie porodów Ani. Nie będę czynić żadnych wstępów – po prostu przeczytajcie!

      2010 – w tym roku przyszła na świat moja córcia. Celowo piszę, że 'przyszła na świat’, a nie że urodziłam, bo do dziś czuję, że to nie ja ją urodziłam – wyjęli ją ze mnie lekarze. Mam poczucie niezamkniętego cyklu. Mimo iż wiem, że właściwie nie było innego wyjścia – po pierwsze ułożenie miednicowe, po drugie hipotrofia i planowana cesarka na 17 dni przed terminem. Nie poczułam ani jednego skurczu, a moje dziecko było już ze mną.

Cesarkę zniosłam tak sobie – półtora tygodnia brałam leki przeciwbólowe, mąż pomagał mi wstać z łóżka, bo sama nie mogłam, przez półtora roku swędziała mnie blizna kiedy tylko robiło się deszczowo. I sam pobyt w szpitalu po porodzie i brak pomocy i zrozumienia ze strony położnych zdecydowanie mi nie pomógł. Ze względu na niska masę urodzeniową (2300g) moja córcia leżała w inkubatorze i po raz pierwszy zobaczyłam ją po 30 godzinach. Widział ją wcześniej tata i dziadkowie, a ja, jej mama, zobaczyłam ją po takim czasie. Z perspektywy stwierdzam, że miałyśmy dużo szczęścia z karmieniem piersią – poszło bez najmniejszego kłopotu, mimo że przez 30 godzin była na butelce. Moja córcia wkrótce kończy 5 lat, a skutki cesarki są nadal z nami – zaburzenia integracji motoryczno-sensorycznej, które znacznie częściej występują u 'cesarkowych’ dzieci.

            2014 – pozytywny test ciążowy! Byliśmy przeszczęśliwi. I od początku ciąży nastawiałam się na to, że nie dam się tak łatwo pokroić. Wiedziałam, że jeśli będą jakieś przeciwwskazania, to nie będę się upierać, ale wiedziałam też, że lekarze straszą konsekwencjami na wyrost. Postanowiłam poczekać – jeśli ułożenie miednicowe się powtórzy, to nie ma o czym mówić. Ale synek ułożył się prawidłowo, okulista dał zielone światło, byłam bardzo pozytywnie nastawiona do porodu sn. Niestety, mój lekarz prowadzący miał inne zdanie na ten temat – uważał, że w moim przypadku cesarka będzie najlepszym rozwiązaniem, ale oczywiście mogę spróbować jeśli chcę. Jednak przy każdej okazji kiedy była mowa o porodzie mówił mi, co złego się ewentualnie może wydarzyć. Ogólnie starałam się tym nie przejmować, ale miałam przez to chwile zwątpienia. Bałam się też, że trafię już z akcją porodową do szpitala i tam nikt nie będzie się mną przejmował, zarządzą cesarkę, powiedzą mi, że taka jest konieczność i tyle wyjdzie z mojego porodu naturalnego. Strach ten dodatkowo potęgował termin mojego porodu – zaraz po Wielkanocy. Przecież wszystko mogło zacząć się w Wielkanoc, a wiadomo jak jest w takim czasie w szpitalach. Przeszkadzałabym tylko lekarzom i położnym w świętowaniu.

Ale potem pojawiła się u mnie nadzieja – jest w Łodzi szpital prywatny, który ma umowę z NFZ (Medeor Plus) i można tam rodzić za darmo. Procedura wygląda tak, że w 36 tygodniu odbywa się tzw. wizyta kwalifikacyjna u ordynatora i jeśli z ciążą jest wszystko w porządku (warunek konieczny, bo szpital ma 1. stopień referencyjności), to dostajesz skierowanie i od 39. tygodnia możesz u nich rodzić. Pan ordynator zadał mi pytanie jak chciałabym rodzić, a kiedy odpowiedziałam, że bardzo bym chciała naturalnie, odpowiedział, że to świetnie, że to najlepszy sposób porodu dla dziecka i on nie widzi przeciwwskazań do próby sn. Wyszłam z tej wizyty przeszczęśliwa! Teraz tylko żeby akcja nie zaczęła się przed 39. tygodniem i wiedziałam, że się uda!

            Trafiłam na oddział tydzień przed terminem porodu w nocy z 1 na 2 kwietnia ze skurczami co 3-4 minuty. Na IP okazało się, że to jednak skurcze przepowiadające, bo na KTG się nie zapisują, po badaniu położna stwierdziła, że do porodu daleko, ale że mogą mnie przyjąć i jeśli się nic nie rozwinie, to jutro mnie w razie czego wypuszczą. Miałam położyć się spać i zbierać siły na ewentualną jutrzejszą akcję, ale skurcze nie pozwalały mi nawet leżeć, o spaniu nie wspominając. Około 5 rano udało mi się przysnąć na 1,5 godziny, ale potem znowu się zaczęło. Około 8 kolejne badanie i położna stwierdziła, że sytuacja wygląda znacznie bardziej porodowo niż w nocy. Jednak ja zaczęłam mieć wątpliwości – czułam, że skurcze zaczynają mi się w bliźnie, idą do góry brzucha i wracają do blizny. Bałam się, że ta blizna się rozchodzi. Ale położna mnie uspokoiła, powiedziała, że według niej jest wszystko w porządku. Około 9 był obchód, na którym ordynator gratulował mi decyzji o próbie sn i zachęcał do aktywności, bo podanie oksytocyny było raczej wykluczone. Spacerowałam zatem po schodach i korytarzu, masowałam brodawki. Skurcze były już wtedy naprawdę częste, co około 2 minuty i bolesne. O 12 badanie, podczas którego położna pozwoliła mojemu pęcherzowi płodowemu pęknąć i od tej pory akcja ruszyła na całego. Miałam dość – przez ostanie 30 godzin spałam 1,5 godziny, wszystko mnie bolało i było mi już wszystko jedno, czy mnie potną, czy nie. Ale położna stanęła na wysokości zadania, zmotywowała mnie, porozmawiała jak z człowiekiem, a nie kolejnym przypadkiem i zebrałam w sobie siły. Niedługo potem przyjechał mój mąż i już było mi łatwiej. A kiedy miałam rozwarcie na 4 cm dostałam upragnione znieczulenie. Pierwsza dawka niewiele pomogła, więc dostałam drugą, po niej cały ból zniknął. Rozwarcie zwiększało się bardzo szybko i nawet nie wiem kiedy usłyszałam, że jest magiczne 10cm, na lewy bok i przemy. Potem położna przyniosła taki uchwyt do łóżka porodowego, żebym mogła rodzić w kucki. Podczas rodzenia dotknęłam główki, co dodało mi sił. Oraz niezrównana położna przyniosła lusterko, żebym mogła wszystko widzieć – dla mnie była to rewelacja, wiem, że nie wszystkie kobiety by chciały widzieć, co tam się dzieje, ale mnie to bardzo pomogło i motywowało. I cały czas słyszałam od położnej 'Ania, jak Ty pięknie przesz, Anusia, naprawdę super!’. I o 15.40, 3.40 godzin od odejścia wód płodowych przyszedł na świat Wojtuś – malutki, 50cm, 2850g. Nie zostałam nacięta, nie pękłam. Od razu trafił na mój brzuch, a ja zaczęłam bardzo płakać – ze szczęścia. Dałam radę, urodziłam naszego syna! Jest cały i zdrowy i leży na moim brzuchu, a nie w inkubatorze! Leżał tak 2,5 godziny, dopiero wtedy został zważony i zmierzony. Niezrównana położna powiedziała: 'Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.’ Postawa położnej sprawiła, że naprawdę miałam poczucie, że urodziłam po ludzku, tak jak chciałam i tak jak było najlepiej dla mojego dziecka. Następnego dnia rano na obchodzie ordynator mi serdecznie gratulował, co było bardzo miłe.

            Wojtuś ma już 3 tygodnie i gdyby nie kilka nadprogramowych kilogramów, nie pamiętałabym, że byłam w ciąży i rodziłam. Doszłam do siebie błyskawicznie, od razu byłam w stanie opiekować się moim synem, dzięki temu nie poznał smaku mleka modyfikowanego i nie był zawijany w rożek jak mumia, bez możliwości swobodnego poruszania rączkami i nóżkami (córkę to spotkało, wygodniej położnym zajmować się takim zawiniątkiem). Było dokładnie tak jak chciałam. I zgadzam się z twierdzeniem, że poród jest w głowie kobiety – naprawdę dobre nastawienie może zdziałać cuda 🙂

Mój VBAC (Warszawa)

Bywają sytuacje, kiedy cięcie cesarskie jest jedynym rozwiązaniem pozwalającym dziecku bezpiecznie przyjść na świat. Tak było w przypadku córeczki Joanny. Jednak nawet przy bezwzględnie jasnych i niezaprzeczalnych wskazaniach do cc, matka niejednokrotnie czuje żal i tęsknotę za doświadczeniem naturalnego porodu, którego nie dane było jej (wcale lub w pełni) przeżyć. Warto ten żal uszanować i przepracować, z doświadczeń wyciągnąć wnioski na przyszłość, uzbroić się w wiedzę i wspierające dusze wokół siebie, a w kolejnej ciąży… kto wie? Może historia potoczy się tak szczęśliwie jak u bohaterki dzisiejszej historii…

Zacznijmy od początku, czyli pierwszego porodu. A był on zaskakująco niefortunny, zważywszy na przebieg ciąży. Przez całe dziewięć miesięcy czułam się świetnie, pracowałam naukowo, regularnie chodziłam na basen, duuuużo spacerowałam i miałam świetne wyniki. Do porodu – poza szkołą rodzenia – niespecjalnie się przygotowywałam, oczekując, że odbędzie się „z automatu” jak natura chciała. Z tak dobrym samopoczuciem wymarzyłam sobie poród w Domu Narodzin (jest takie cudo przy Szpitalu św. Zofii w Warszawie), bez lekarzy, interwencji medycznych i prawie jak w domu. Życie zweryfikowało te plany. Akcja zaczęła się nieoczekiwanie w 39tc od zielonych wód płodowych – co w szczególności stanowi natychmiastową dyskwalifikację do porodu w Domu. Z ciężkim sercem pojechałam do szpitala – na szczęście z córcią było wszystko w porządku: tętno dobre, stabilne, tylko skurczów brak. Zostałam przyjęta na porodówkę z nadzieją, że „kiedyś” zacznie się prawdziwa akcja. Czekaliśmy. Po 7 godzinach położna zaproponowała oksytocynę. Zgodziłam się z dużą niechęcią, ale wciąż nadzieją na poród drogami (skoro już nie siłami) natury. Po oksytocynie powoli zaczęły się skurcze, ale poza koszmarnym bólem, nie dawały zbyt wiele szyjce macicy. W końcu, po 18h od przyjęcia i 11h oksytocyny doszło do zakażenia – ja odpłynęłam z wysoką gorączką, dziecku skoczyło tętno i zapadła – jedyna w tych okolicznościach słuszna – decyzja o natychmiastowym cięciu. Córka na szczęście urodziła się śliczna i zdrowa. Ja wyszłam na tym obiektywnie trochę gorzej (cięcie „w trybie pilnym” , gorączka i bardzo duża utrata krwi). Szczęściem w nieszczęściu, zniosłam to całkiem nieźle – co nie zmienia faktu, że z sali pooperacyjnej wyszłam dopiero następnego dnia po południu, a córkę na stałe do swojego pokoju dostałam po prawie dwóch dobach. Na szczęście – tu brawa dla personelu – udało się przytulić maleństwo jak tylko przebudziłam się z operacji (po ok. 5h), a dzięki wizytom na oddziale noworodkowym utrzymałyśmy karmienie piersią. Mimo wszystko jednak pozostało poczucie, że coś poszło nie tak. Na dodatek córka była wrażliwym (czyt. krzykliwym ;-)) dzieckiem, a ja, bombardowana artykułami o wyższości psn nad cc wmawiałam sobie, że jej kolki to wynik niechcianej cesarki. Cóż, trzeba było swój żal jakoś odchorować.

Minął rok od pechowego porodu, córka wyrosła z trudnego niemowlaka na cudowną dziewczynkę i okazało się, że znów jestem w ciąży. I choć wszyscy w rodzinie przyjęli jako pewnik, że „po cesarce to już tylko cesarka”, ja postanowiłam spróbować. Tym razem przygotowałam się lepiej. Przede wszystkim, odżałowałam pierwszy poród. Zdecydowałam się też tym razem skorzystać z usług położnej z doświadczeniem we VBAC (którą zresztą znalazłam na tej stronie). No i dobrze się nastroiłam – tu dziękuję Facebookowej grupie wsparcia za masę pozytwnych historii. Ciąża znowu przebiegała bez większych problemów – a mając w głowie VBAC dbałam o zdrowie podwójnie. Mój lekarz, choć lekko sobie żartował z moich ambitnych planów, po obejrzeniu blizny i ocenie dziecka na USG dał mi zielone światło.

Tym razem akcja zaczęła się od skurczów, dokładnie po zakończeniu 38. tygodnia. Najpierw pojawiły się skurcze bolesne, ale nieregularne, które w codziennym zabieganiu wokół niespełna dwulatki w zasadzie zignorowałam. Dopiero po kilkunastu godzinach, gdy przez całą noc nie mogłam zasnąć – nie tylko z powodu marudzącego dziecka – zaczęłam je śledzić. O dziwo, okazały się, że nie tylko regularne, ale nawet zagęszczające się. Gdy były co 5-7 minut, zadzwoniłam do położnej, ale jeszcze spokojnie poszłam się kąpać i szykować wczesne śniadanie. Jak częstotliwość wzrosła do 3-5 minut, zapadła decyzja, żeby jechać do szpitala. Nie miałam poczucia, że „to już”, ale za radą położnej pojechałam – faktycznie, okazało się, że poród się zaczyna, choć szyjka ma jeszcze długą drogę do przebycia. I tu nastąpiła pierwsza nieprzyjemna niespodzianka – w szpitalu skurcze zelżały, rozjechały w czasie i znowu trzeba było czekać… Chodzenie, skakanie na piłce, masowanie brodawek – nic. Dobre 4h po przyjęciu do szpitala szyjka nie drgnęła ani o centymetr. Moja położna dała mi wybór – albo przyjęcie na oddział patologii ciąży, albo oksytocyna, albo przebijamy pęcherz. Uznałam, że trzecia opcja ma największą szansę powodzenia. Skurcze faktycznie się nasiliły, ale postęp był nadal powolny – przynajmniej postęp szyjki, bo jeśli chodzi o ból, to stał się znacznie mocniejszy. Przy 4 cm – do których dojście trwało w moim odczuciu wieczność, choć w rzeczywistości „jedynie” 7,5 h – poprosiłam o znieczulenie. I to był moment przełomu. Po znieczuleniu, wymęczona, położyłam się na godzinkę odpocząć. Jak wstałam, było już 10 cm rozwarcia, a po krótkim prysznicu i spacerze – pełne. Dodatkowo, miałam to szczęście, że znieczulenie jeszcze trzymało, więc fazę partą przeszłam niemal bezboleśnie, w euforii i poczuciu, że już jestem minuty od spotkania z synkiem. I tak faktycznie było – parcie poszło szybko, a ja wręcz czułam, jak z każdym wydechem jesteśmy coraz bliżej i bliżej rozwiązania. Po główce, reszta ciałka już niemal wyskoczyła, a ja mogłam przytulić moje małe, wyczekiwane cudo. Synek trafił od razu na brzuch mamy, a ja – jeszcze na fotel na szycie (pęknięcie powierzchowne, ale nieregularne, więc szycie trwało chyba z godzinę). Nic mi to jednak nie przeszkadzało – kolejne 3 godziny z przytulonym synkiem były najpiękniejszą chwilą porodu. I takich chwil Wam wszystkim życzę.

A w ramach ciekawostki dodam, że na 3 dni przed porodem byłam u lekarza, który stwierdził, że synek jest jeszcze drobny (2700g) a szyjka długa (4,5 cm) i twarda, więc do porodu jeszcze baaaardzo daleko. „Prawie” się sprawdziło 😉 Syn ważył 3200g, choć faktycznie był krótki – stąd pewnie nie zmieścił się w statystycznych wyliczeniach ultrasonografu.