Archives

„Skąd się u Pani wzieła taka mądrość?” (Warszawa)

15 dni po terminie, mimo okresowej tachykardii w zapisie KTG, z pomocą cewnika Foleya i 2 dawek oksytocyny, mimo odejścia zielonych wód płodowych podczas akcji porodowej – szczęśliwy VBAC – z wiarą, że się uda, z dużą świadomością po stronie rodziców, ze spokojnym wsparciem personelu, bez popędzania i straszenia. Oto inspirująca historia porodu Anny:

Moją historia rozpoczyna się w czerwcu 2013 roku, kiedy to na świat przyszedł mój syn Szymon. Od początku było wiadomo, że będzie on dużym chłopcem – wyprzedzał wszystkie terminy i wymiary o 2-3 tygodnie. Byłam przygotowana na wcześniejszy poród, ale niestety nic na niego nie zapowiadało.. Gdy minął 7 dzień od terminu postanowiono zostawić mnie już do końca na oddziale patologii ciąży. Przyjęto mnie w piątek, bezczynnie i bezowocnie przeleżałam weekend. W poniedziałek wykonano powtórnie wszystkie badania i podjęto wstepną decyzję – „Syn jest za duży, by urodziła go Pani sama”. Dodatkowo było już 10 dni po terminie, no więc trzeba ciąć. Wtedy stchórzyłam i zgodziłam się na cc. Teraz poczekałabym chociaż do pierwszych oznak porodu. I tak po 11 dniach od terminu na zimno przyszedł na świat Szymon – 4804g/63cm szczęścia. Dostał 9/10 w skali Apgar – przez cc nie mógł się rozprężyć i miał kłopoty z oddychaniem. Zabrano go na OIOM noworodkowy gdzie saturacja wykazywała ok. 60%. Ja mogłam zobaczyć syna dopiero po 24h gdy było już lepiej. Wtedy też mogłam go pierwszy raz nakarmić (wcześniej bez mojej zgody karmiony był mm). Już wtedy wiedziałam, że będę robić wszystko, by drugie dziecko przyszło na świat siłami natury i nie powtórzyła się ta sytuacja. Mimo, że nastepnego dnia po cc czułam się już całkiem nieźle, nie chciałam przeżywać tego drugi raz.

Gdy w styczniu tego roku dowiedzieliśmy się z mężem, że po raz drugi zostaniemy rodzicami, bardzo się ucieszyliśmy 🙂 Moja ciąża przebiegała bardzo podobnie do pierwszej – przynajmniej na początku. Tym razem byłam od początku nastawiona na poród siłami natury. Wszystko szło zgodnie z planem. Malutka od początku rosła książkowo a terminy porodu z OM i USG różniły się zaledwie o 4 dni, więc żadna różnica 🙂 Wiedziałam, że w związku z tym żadne cc nie wchodzi w grę. Mimo to kazano mi zgłosić się na kwalifikację do porodu siłami natury do ordynatora szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Pan doktor był jak najbardziej za moją próbą vbac – „Córka nie jest duża, jeżeli Pani chce proszę próbować – cesarkę zawsze zdąrzymy zrobić”. Te słowa bardzo podniosły mnie na duchu 🙂 Około 36tc podczas rutynowego badania USG okazało się, że Młoda ma za mały brzuszek w stosunku do reszty ciała – podejrzewano hipotrofię i kazano powtórzyć badanie za tydzień. Na szczęście po tygodniu wszystko się unormowało i nie groziło nam cc.

I tak rosłyśmy sobie kolejne tygodnie (znaczy córka rosła, bo ja nie przytyłam w ciąży ani kilograma :P) aż przyszedł termin porodu. Do tego czasu chodziłam na badania KTG, które wskazywały, że wszystko jest w porzadku. Gdy minął tydzień od terminu OM po raz pierwszy kazano mi się zgłosić na oddział patologii ciąży.. O nie, nie.. nie położyłam się, po co? Skoro wszystko jest OK, mogę równie dobrze przyjeżdżać na KTG z domu i czekać na rozwój akcji a nie leżeć bezczynnie na oddziale. Tak też było, KTG co dwa dni. Wyniki zaczynały być coraz gorsze, prawie za każdym razem na badaniu Młoda szalała – tętno wskazywało 160-180 ud/min. Postanowiono, że tym razem bezpieczniej będzie jeżeli już się położę na oddział i będę pod stałym „monitoringiem”. Była niedziela – 12 dni po terminie OM (8 z USG). Ja oczywiście dalej nie chciałam nawet słyszeć o cc. Na patologii znów KTG i znów tachykardia – decyzja: jedziemy na porodówkę poobserwować. Spędziłam noc na sali porodowej podpięta pod KTG – przerwy na siusiu, co ok. 3godziny. Dalej tachykardia. „Może Pani iść na górę po najpotrzebniejsze rzeczy, do rana tu zostajemy”.

Cały czas pisałam z Mężem i relacjonowałam mu co się dzieje, by w razie czego mógł przyjechać. Martwiły mnie te wyniki KTG, jednak co jakiś czas Młoda uspokajała się i zapis był prawidłowy – byłam więc pewna, że po prostu przeżywa ze mną nową sytuację, w której się znalazłyśmy. W poniedziałek rano zapadła decyzja, że wynik obserwacji jest na tyle dobry, że mogę wracać na patologię na obchód. Tu pojawiła się jedyna położna, która była na tyle „miła” i chciała mi ulżyć w cierpieniach proponując cc – „oo duże ryzyko, nic się nie dzieje, ja bym poprosiła na Pani miejscu o cięcie..” Tak, tak.. nie po to walczymy tyle czasu, by się teraz tak po prostu poddać. Na szczęście to była jedyna osoba, która chciała zrujnować moje plany o udanym vbacu.

Na obchodzie na patologii pojawił się mój ukochany ordynator, który kwalifikował mnie do porodu SN. Wyniki morfologii się polepszyły (całe dwie ciąze miałam anemię), więc jeżeli nadal chcę próbować rodzić sama, to powoli spróbujemy się przygotować. Mamy jeszcze chwilę czasu do soboty (wtedy mijały 2 tyg. od terminu USG – taki trochę deadline, ale ordynator nie użył słowa „cesarka”). Przygotujmy szyjkę cewnikiem.

I tak o 14 założono mi cewnik Foleya (zero rozwarcia, szyjka twarda, długa na 2,5cm). Niezbyt przyjemne doświadczenie rurki między nogami, ale czego się nie robi dla dziecka 🙂 Pojawiły się skurcze – dość bolesne, ale do wytrzymania i nieregularne – no ale zawsze to coś. Odszedł czop. Na KTG dalej co jakiś czas tachykardia, ale już z przewagą dobrego zapisu. Noc przespałam. Rano o 9 następnego dnia (wtorek – 6.10) zdjęto cewnik. Szyjka dalej długa, ale już mięciutka i rozwarcie na (naciągane) 2 palce – więc cewnik spełnił swą funkcję – przygotował szyjkę na indukcję oksytocyną.

Zadzwoniłam po Męża – „Przyjeżdzaj na porodówkę, będziemy indukować”. O 14 zeszłam na dół na porodówkę, gdzie miła Pani położna przywitała mnie słowami: „Oo Pani z 10.10, córka na pewno czeka do Pani urodzin i chce Pani zrobić prezent :)”. Dostałam salę i czekałam na Męża. Ten po drodze zabrał wszystkie moje i córy rzeczy z patologii – „Już tam Pani nie wróci – wymęczymy Was do końca ;)”.

O 16 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. Miałam być podłączona na 6 godzin na razie i zobaczymy co dalej. Mój organizm od początku pięknie reagował, nawet na najmniejszą dawkę – pojawiły się skurcze, jeszcze nie jakieś super bolesne, ale rozwarcie nie specjalnie rosło. Cały czas był ze mną Mąż, cały czas słuchaliśmy muzyki i na skurczach śpiewaliśmy – było wesoło i na luzie. Swoją drogą szanty i piosenki dziecięce są bardzo fajne do śpiewania zamiast krzyczenia na skurczach 😉 Bardzo też pomagało skakanie na piłce na skurczach – które już były coraz bardziej bolesne. O 23 odłączono oksytocynę – skurcze dalej były, więc super – coś tam się jednak dzieje. Rozwarcie – ledwie na 3 palce i to tak na ścisk. Decyzja: odpoczywamy i zobaczymy co będzie rano. W nocy dalej skurcze, ale mniej regularne i trochę cichły. Udało mi się przespać i zregenerować siły. Mąż spał na podłodze – on się bardziej nie wyspał niż ja. Rano skurcze już nieznaczne. Przyniesiono śniadanie, ale nie pozwolono mi go jeść do obchodu. O ósmej obchód. „Co robimy?” – „Dajemy drugą dawkę oxy, przebijamy pęcherz (po 6h), ja biorę Panią, trochę ją zmęczę, poćwiczymy i niech rodzi” – powiedziała z uśmiechem położna. „No dobra do północy Pani urodzi :)”. Gdy wyszli położna ze mną została, kazała się umyć, zjeść śniadanko i jak będę gotowa to dać znać to zaczniemy działać.

O 9 podłączyła mi drugą dawkę oksytocyny. Od początku skurcze były bardziej bolesne niż wcześniej (to dobry znak – pomyślałam), nawet piłka przestała dawać ulgę. Ale jeszcze szło wytrzymać. Na KTG zapis w miarę prawidłowy i regularne skurcze 🙂 Uda się! O 11 przyszła położna, sprawdzić co tam u nas słychać z rozwarciem. Położyłam się na łóżku i trach! – „to chyba wody?” – „no chyba tak, zielone ale to nic, kobiety, które rodzą w 38tc też nieraz takie mają – jest OK :)” Rozwarcie: takie słuszne 4 cm. Więc coś się dzieje 🙂 Jeszcze wytrzymałam z pół godziny skurczy i poprosiłam Męża, by zamówił mi znieczulenie. Przyszła Pani anestezjolog, zrobiła obszerny wywiad (wyśpiewałam Pani odpowiedzi na pytania do piosenki „Mam tę moc” :P) i podała znieczulenie (brr okropność ale za to jaka ulga). Poleżałam sobie troszkę i odpoczełam – nic mnie nie bolało a rozwarcie rosło 🙂 Przyszła Pani położna – „Jak będzie Pani czuła parcie, proszę wołać”. OK.

Nie minęło 5 minut jak krzyczałam do Męża, by wołał Panią Wiolę. „To co, rodzimy? Lekarz powiedział, że do której Pani urodzi? Do północy? To działamy”. Kazała podnieść nogę do góry i spróbować przeć. Taaa gdybym jeszcze wiedziała jak 😛 „To ma być parcie, chyba na prawdę chcesz urodzić o północy” – powiedziała mi z uśmiechem 🙂 Wytłumaczyła mi jak prawidłowo to robić. Mąż cały czas głaskał mnie po głowie i wspierał. „Już chwilkę, widzę już głowę 🙂 zaraz będzie po wszystkim”. Krzyczałam głośno – to było silniejsze ode mnie i jednocześnie bardzo mi pomagało. „Nie dam rady! Nie prawda! Dam radę!!!” 20 minut skurczy partych i Olga wylądowała na moich piersiach 🙂 Okazało się, że była dwukrotnie owinięta pępowiną wokół szyi – stąd tachykardia. Cały ból odszedł, pojawiły się łzy radości – u mnie i u Męża. UDAŁO SIĘ! Druga najszczęśliwsza chwila w moim życiu (po narodzinach syna). Tuliliśmy się we trójkę 🙂 Pani doktor, która była przy porodzie, w tym czasie podała mi małą dawkę oksytocyny bym urodziła łożysko, ale Pani Wiola w tym czasie zgrabnie je wyciagnęła, ku jej zdziwieniu 😛 Po zszyciu mnie (delikatnie pękła mi warga – położna pięknie ochroniła mi krocze – „nie lubię szyć, to nie nacinam :)”) wszyscy wyszli i zostawili nas samych na dobre dwie godzinki 🙂

an

Przystawiłam córę do piersi – no pięknie się przyssała 🙂 Cudowne uczucie 🙂 Zostałam przez córę ochrzczona na dzień dobry – i siusiu i smółka wylądowała na moim brzuchu, ale i tak było mi nieziemsko 🙂 Po dwóch godzinach przyszła Pani Wiola – podmyła Olgę, zważyła i pomierzyła. Nie taka malutka – 3695g, 56 cm. 9 (a ostatecznie 10) punktów w skali Apgar (za siną skórę na początku).

olga

Dostaliśmy jeszcze chwilę, by się ogarnąć po wszystkim, po czym pojechaliśmy na oddział położniczy 🙂 Na odchodne otrzymałam gratulacje od położnych, które były ze mną przez te dni, a od Pani Wioli pytanie: „Skąd się u Pani wzięła taka mądrość, większość kobiet już dawno wybrałaby cc?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć, dla mnie to było tak oczywiste, że urodzę Olgę naturalnie, że nie dopuszczałam w ogóle innej opcji. „Gratuluję Pani Aniu, mądra z Pani kobieta”. Poczułam się bardzo dumna z siebie i Męża. Gdyby nie on byłoby mi na pewno trudniej znieść poród.

Na mój udany vbac złożyło się kilka czynników: po pierwsze wiara w to, że się uda – nie można się poddać i zwątpić; po drugie: wsparcie ukochanej osoby i po trzecie: przychylny personel. W moim przypadku te czynniki okazały się najważniejsze, jednak jak wiadomo każdy poród jest inny, czasami wystarczy po prostu szczęście.

Olga urodziła się 7.10 o g. 13:43 po 15 dniach od terminu OM. Nie doczekała do mamusinych urodzin 10.10, ale i tak jest najcudowniejszym prezentem jaki mogłam dostać od losu. Warto było na nią tyle czekać 🙂

olg2

Adaś – Lipcowa Niespodzianka (Łódź)

Radość i poczucie spełnienia, które przeważają każdy ból i trud. Oto co kobiecie daje szczęśliwy poród (VBAC w szczególności). Zapraszam do lektury historii Igi:

 

20 lipca 2015 roku przyszedł na świat Adaś – nasza lipcowa niespodzianka. Miał się urodzić pod koniec sierpnia, 5 tygodni później. W ciąży nic nie wskazywało na to, że synek zawita do nas w środku wakacji, wręcz byłam zaskoczona miękkością swojego brzucha, który w poprzedniej ciąży przez cały czas był twardy jak kamień – i ponieważ pierwszy synek urodził się 3 tygodnie wcześniej, zakładałam, że ten na pewno posiedzi dłużej w moim brzuchu.

No właśnie – środek wakacji. Piękne lato. Już kilka miesięcy wcześniej planowaliśmy, że skorzystamy z jego uroków w początkach lipca i jako harcerska rodzina z krwi i kości pojedziemy na obóz. Niedługo przed wyjazdem wizyta kontrolna, USG i zielone światło – lekarz nie widział przeciwwskazań do wyjazdu. W tamtym czasie mój miękki brzuch trochę zaczął mi twardnieć co jakiś czas, ale lekarz zalecił magnez, a ja też tym się mocno nie przejęłam – no przecież macica musi ćwiczyć.

Ne wiem czemu, ale pierwszym i najważniejszym krokiem przed wyjazdem nie było spakowane całej naszej trójki (to w drugiej kolejności), ale naszykowanie wyprawki dla najmłodszego. To był mój warunek numer jeden – nie jedziemy, póki wszystko nie będzie gotowe. I tak wyprałam wszystkie ciuszki, trochę dokupiłam, umyłam wózek, fotelik… Na „po powrocie” zostało parę drobiazgów.

Pojechaliśmy. Las, jezioro, brak prądu i bieżącej wody, namioty… Raj! Raj dla mnie, dla męża i dla dwulatka. Byłam bardzo szczęśliwa, że się udało i że będzie nam dane spędzić choć ułamek lata w takich okolicznościach. Tylko twardnienia brzucha coraz częstsze i silniejsze – aż czułam, ze powinnam przystopować i siedzieć. Faszerowałam się więc magnezem i kiedy mogłam to siadałam – ale kto ma dwulatka w domu wie, jak często można sobie na to pozwolić 😉

Drugiego dnia pobytu poszliśmy wieczorem nad jezioro. Dzień był upalny, wieczór ciepły, więc taka wieczorna kąpiel w sam raz, rozkosz… W drodze powrotnej dopadły mnie jakieś bolesne kopniaki w dole brzucha – no aż się musiałam zginać pół (swoją drogą – jakie kopniaki w dole?! – całą niemal ciążę drżałam o ułożenie malucha, bo poprzedni ułożył się pośladkowo, czym zmusił mnie do cc, no ale tym razem USG w 30 tygodniu pokazało jednoznacznie, że głowa w dole…). Doszliśmy jakoś do obozu, zdejmuję z siebie mokry kostium, a tam plama czerwonej krwi…! Serce zabiło, ubrałam się, idę do męża i mówię, ze jedziemy do szpitala. On nie mniej przerażony ode mnie zapakował tylko starszego, chwycił jakiś chleb i pojechaliśmy. Całe szczęście przed wyjazdem na obóz sprawdziłam szpitale w okolicy – promieniu 40km same z I stopniem referencyjności, więc jak bym miała rodzić wcześniaka, to lepiej w Poznaniu. No ale założyłam, że nie rodzę, więc pojechaliśmy do małego szpitala w okolicy. Spędziłam tam dwa tygodnie podpięta cały czas do pompy z lekami, które miały zatrzymać skurcze (bo moje twardnienia okazały się być skurczami o wartościach dochodzących momentami do 99 – więcej tamtejsze KTG nie pokazywało). I to była taka ironia losu – leżałam na sali z dziewczynami po terminie, które modliły się o skurcze – a ja się modliłam, żeby ich nie było.

USG przy przyjęciu pokazało, że mały się obrócił jednak pupą w dół i to mnie zdołowało chyba najbardziej w tej sytuacji, bo rozwiewało moje marzenia o sn… Robiłam sobie jednak nadzieje, bo miałam wrażenie, ze czuję nogi ciągle w innych miejscach – i faktycznie – USG przy wypisie znowu pokazało głowę w dole Ale ponieważ jeszcze na tym etapie takie akrobacje miały miejsce u mnie w brzuchu, postanowiłam nie przyzwyczajać się do tej myśli i uznałam, że najistotniejsze jest i tak to, jak część ciała będzie w dole w momencie porodu, nie teraz.

Kiedy wychodziłam ze szpitala, leki już nie pomagały. Ale wyszłam, bo szpital nie mógł dłużej mnie trzymać ze względu na swój stopień referencyjności. Powinni mnie przewieźć do szpitala z wyższym stopniem, ale my woleliśmy wrócić już do Łodzi, tym bardziej, że kolejnego dnia miałam wizytę kwalifikacyjną w szpitalu, w którym chciałam rodzić. To była niedziela. W czasie drogi moje twardnienia były podejrzanie regularne i częste, ale cały czas niebolesne. Mężowi nic nie mówiłam, a sama ukradkiem starałam się wyszperać, co internet mówi o czyms takim 😉 Towarzyszyły mi skrajne odczucia – byłam pewna że dotrwam do wizyty kwalifikacyjnej, ale nie wiedziałam, jak długo potem – czy to będzie tydzień, czy dwa, czy jednak przenoszę.

Dojechaliśmy późnym wieczorem. W domu twardnienia cały czas silne, częste i dość regularne, ale nadal niebolesne. Stwierdziłam, że nie będę już patrzeć na zegarek – idę spać, porodu nie prześpię. Byle do rana i do wizyty.

5 rano. Z radością spostrzegłam, że jest już widno, a ja nadal nie urodziłam 🙂 Poszłam do toalety, twardnienia jak były, tak były nadal. Ale ok – mam je od dwóch tygodni i nic, także luz. Wróciłam do łóżka i w łóżku – PYK – pękł pęcherz i poczułam ciepłe wypływające wody, a wraz z nimi już bolesne skurcze, których regularności nawet nie chciało mi się liczyć. 5 godzin do wizyty. Dokładnie jak ze starszym, który wywinął mi ten sam numer i pozbył się basenu kilka godzin za wcześnie.

Dokładnie jak ze starszym lub zupełnie inaczej – wtedy pojechaliśmy do szpitala wiedząc, ze zaraz trafię na stół. Trafiliśmy w takie miejsce, w którym cesarskie cięcie było dalekie od porodu po ludzku. Wiktor po operacji trafił na 12h na salę noworodków i był karmiony butelką. Ja 12h spędziłam na sali pooperacyjnej. Mąż nie miał wstępu ani do mnie, ani do dziecka. Takie procedury.

Tym razem wybraliśmy inny szpital. Zebraliśmy się dosyć szybko, bo jednak wcześniak, a ja miałam w głowie poprzedni poród i to, że po odejściu wód na izbie przyjęć były już 4cm. Przyjechaliśmy około 6:30. Jechałam z uśmiechem na twarzy, bo czułam, że mały jest nadal głową w dół i że mam szansę na swój vbac, o którym tak marzę… Na izbie 2cm rozwarcia, co mnie trochę rozczarowało – jakoś liczyłam na więcej 😉 i lekarz, który spojrzał na mnie i z krytyczną miną powiedział – pani jest po cięciu i chce rodzić wcześniaka siłami natury?! Później dowiedział się, że byłam w szpitalu, gdzie mały dostał sterydy na rozwój płuc i zrobił mi USG, na którym z pomiarów wyszła mu waga 3100g. Pytał się czy na pewno się nie pomyliłam z datą ostatniej miesiączki i chyba uznał, że tak właśnie jest, mimo że powiedziałam mu, że znam dokładną datę owulacji 😉 W każdym razie po tym wszystkim zapadła decyzja – na porodówkę!

Porodówka była świeżo wyremontowana – oddana do użytku w marcu tego roku. Ale nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Trafiliśmy do takiej przejściowej sali, gdzie kręciło się mnóstwo osób, cały czas ktoś był. Zaznać intymności pomagała nam malutka łazienka. Sprzętów niewiele – tylko piłka i worek i w sumie mało przestrzeni do używania tego. No i ci ludzie, wszędzie ludzie. Do tego położna badająca mnie na skurczu tak boleśnie, że krzyczałam. A ona stwierdziła, że bez przesady, że przecież tam dziecko ma się zmieścić!

Było chwilę przed 7 i zaraz nadeszła nowa zmiana, a wraz z nią jakby nowy etap tego porodu. Jakoś odnaleźliśmy się w tej porodówkowej przestrzeni, a nowa położna była ciepła i sympatyczna. Dużo czasu spędzaliśmy w łazience, a poza nią zwisałam na wszystkich możliwych meblach i trochę skakałam na piłce. Tylko z ludźmi sobie nie poradziłam, ale oni jakoś z każdym centymetrem rozwarcia coraz mniej mi przeszkadzali 😉 Przed porodem czytałam o tym, jak przeżywać skurcze, żeby z każdym się otwierać i nie myśleć o nim jako o udręce tylko drodze do nowego życia. Piękne, ale gdzie tam… 😉 Naprawdę bardzo się starałam, ale i tak ból był nie do zniesienia. Im dalej w las, tym częściej miałam myśli – Boże, ja chce cc, ale niech to się już skończy! Nie wiem która była godzina, kiedy miałam kolejne badanie, ale było wtedy już 7cm. Z jednej strony byłam szczęśliwa, ze tak ładnie poszło do przodu, a z drugiej strony miałam w głowie słynny kryzys siódmego centymetra. Położyli mnie pod KTG, o zgrozo… Nic im z tego KTG nie wyszło, skurcze się nie pisały, a ja tak próbując leżeć poczułam, że dopadły mnie skurcze parte… wow, to już! Nie wiem czemu położna nie chciała mnie posadzić, ale zrozumiałam, że wolała jeszcze tą fazę przedłużyć. Ale po chwili podwyższyła mi oparcie w łóżku i wylądowałam w pozycji kucająco-siedzącej, zapierając się nogami o takie wałeczki – i ta pozycja była genialna. Położna pozwoliła mi dotknąć nadchodzącej główki. Była jak bałtycka meduza, miałam wrażenie, że jest miękka 😉 Mąż siedział obok, a ja przy skurczu wyszarpywałam mu włosy Darłam się potwornie, mąż później stwierdził, że jak tur (skąd on wie jak tur się drze?!), bo położna ukierunkowała mój wrzask w dół, kazała wydawać niskie dźwięki, więc robiłam co mogłam 😉

Nie wiem ile było partych, ale z książeczki dowiedziałam się, że trwało to 20 minut. Na jednym partym wyskoczyła główka i dopiero wtedy wiedziałam, że się udało, że już nie będzie odwrotu, że spełniłam swoje największe marzenie. Na kolejnym partym wyszło całe ciałko, które takie ciepłe i aksamitne wylądowało u mnie na brzuchu. Była 10:10. 2 lata, 4 miesiące i 8 dni po cc urodziłam drogami i siłami natury, bez znieczulenia, bez nacięcia. Jedyne co mi przechodziło wtedy przez myśl, to że to niemożliwe i powtarzałam to w kółko. Poczekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić i mąż ją przeciął. Później na chwile mnie uśpili, żeby sprawdzić stan blizny po cc. Tuliliśmy się przez kolejne 2 godziny.

iga

Adasia „wycenili” na 36/37 tydzień, dostał 9 punktów, choć początkowo powiedzieli nam, że 10. Ważył 2600g, mierzył 50cm. Nie był traktowany jako wcześniak.

20150722_183524

Poród naturalny był dla mnie drogą przez mękę, walką z niewyobrażalnym bólem, nieporównywalnym z niczym innym. I… nie oddałabym tego za nic. To było spełnienie mojej kobiecości, największego mojego zadania, leżącego u samych podstaw natury. Wspaniałe metafizyczne przeżycie, rytuał przejścia, danie nowego życia nowemu człowiekowi.

20150731_054317

O tym, że szczegóły mają znaczenie (Warszawa)

O tym, jak ważną postacią w opiece okołoporodowej jest położna i o tym, że od rodzenia można się uzależnić:) Oto historia Anny:

Ta historia nie będzie opowiadała o złych lekarzach, o niemiłych położnych. Nie będzie wyciskała łez. To historia dwóch różnych, choć momentami jakże podobnych, porodów. Cudów życia.

Wiadomość o ciąży zaskoczyła mnie. Choć nie powinna. Wszak seks bez zabezpiecznia, wcześniej czy później musiał się tak skończyć. I tak właśnie, po 11 latach znajomości zmuszono nas do wzięcia ślubu. Chrzestny mojego ówczesnego narzeczonego uznał, że w prezencie ślubnym da nam… Położną. Oszalał.. Po co mi położna? Poradzę sobie sama. Tak wtedy myślałam. Kilka miesięcy później okazało się, że był to najlepszy prezent ślubny, jaki można było sobie wymarzyć…

Z Moją Położną poznałyśmy się w szkole rodzenia, póżniej na wywiadzie przedporodowym. Założyła dokumentację medyczną, podpisała umowę. Wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na poród.

Dzień przed terminem poszłam na KTG. Odczekałam 2 godziny w kolejce. Następnie pół godziny leżenia. Badanie. Wszystko w normie. Szyjka długa, zamknięta, twarda. „Jeszcze z tydzień Pani w tej ciąży pochodzi” – usłyszałam od lekarza. No żesz… Zrezygnowana i zmęczona zadzwoniłam do mamy się pożalić. Byłam zła! Jakto jeszcze tydzień? Nie mogę spać i wyglądam jak baleron (przytyłam ponad 20 kg przy wadze 50 kg i wzroście 150 cm).. Mam dość! Sfrustrowana popłakałam sobie w domu, po czym uznałam – nie chcesz się rodzić, to nie! Moja Położna w tym dniu również zadzwoniła zapytać co słychać. Umówiłyśmy się na KTG. Zarwałam noc zajmując się jakimiś bzdetami, poszłam spać grubo po 2.

O 6 obudził mnie straszny ból brzucha. To chyba jakiś żart.. Skurcze regularne, co 5 minut. Przecież miały być najpierw co 15!! Postępowałam wg wytycznych Mojej Położnej, które pamiętałam ze szkoły rodzenia. Zjadłam śniadanie, wzięłam Nospę, poszłam do wanny. Zero ulgi. Skurcze co 3 minuty. O 7:30 zadzwoniłam do Mojej Położnej. Dowiedziałam się, że w szpitalu, w którym miałam rodzić nie ma miejsca. Moja Położna kazała jechać do innego, w którym będzie na mnie czekać. Zwlekłam męża z łóżka i pojechaliśmy. Godziny szczytu, a ja rodząca, ze skurczami co 2-3 minuty przez całą Warszawę, prawie 50 km do szpitala na poród. Mimo to, dobry humor mnie nie opuszczał. Po 9 byliśmy na miesjcu.

W szpitalu na badanko, przy okazji przebicie pęcherza. Zielone wody. Ups! Ale najważniejsze, że rodzimy. Wypada wysłać smsa do moich studentów, że dodatkowego terminu kolokwium nie będzie, zapraszam na sesję poprawkową. Poczłapaliśmy sobie na salę porodową, przebrałam się. Pokręciłam na piłce. Skurcze przybierały na sile. Bolało okropnie. Zawsze źle znosiłam bóle miesiączkowe, ale ten ból to było jakieś nieporozumienie. Już wiem, czemu dziewczyny błagają o cesarkę. Ale ja nie… Ja będę twarda. Poradzę sobie! Zwymiotowałam śniadanie – i po co było jeść? Między skurczami próbowałam chociaż na chwilę zasnąć, byłam strasznie śpiąca. Nic z tego… Cierpiałam w ciszy… Nagle usłyszałam, że dziewczyna w sali obok strasznie krzyczy. Przy następnym skurczu postanowiłam krzyknąć, może wtedy będzie mniej bolało? Niestety, krzyk też nie pomagał.. Co chwile chodziłam do łazienki, czasami na kolanach taszcząc za sobą kroplówkę, którą dostałam z okazji lekkiego odwodnienia. Moja Położna od czasu do czasu sprawdzałą tętno Maluszka. Nie było zbyt dobre. Badanie KTG. Ból niesamowity, a ja musze leżeć. Mój mąż zgłodniał i zaczął zajadać kanapkę, od czasu do czasu próbował podnieść mnie na duchu trzymając za rękę. Ale to nic nie dawało, ból wciaż był nie do zniesienia. Jego niemożność pomocy wywoływała we mnie złość. W miedzy czasie badanie, rozwarcie na 2 cm. KTG co chwilę grało muzyczkę informując, że tętno dziecka jest nieprawidłowe. W skurczu 60-70, po za skurczami 170-200. Moja Położna z wrodzonym i profesjonalnym spokojem dała mi do zrozumienia, że mamy problem. Zawołała lekarza. Wszystko spokojnie i z uśmiechem. Przyszła Pani doktor. Krótka wymiana zdań. Decyzja o CC. „Aniu, Twojemu dziecku coś nie pasuje. Możemy jeszcze poczekać, ale poród idzie wolno i prawdopodobnie za kilka godzin i tak będzie trzeba ciąć. Szkoda Twojego cierpienia i zdrowia Maluszka. Czy zgadzasz się na Cięcie Cesarskie?” W tej chwili było mi wszystko jedno. Byłam otępiała z bólu i marzyłam tylko o tym, żeby to wszystko się już skończyło. Mając łzy w oczach, składałam podpisy pod wszystkimi zgodami. Cieżko to nazwać podpisami. Z bólu ledwo trzymałam długopis i stawiałam jakieś ślaczki w miejscu wskazywanym przez Moją Położną. Ona wciaż uśmiechnięta, profesjonalna, spokojna.. Przewiozłą mnie na salę operacyjną, pomogła się rozebrać. Dostałam znieczulenie w kręgosłup. Pamiętam, że trzymała mi wtedy głowę, żebym się nie ruszała, gdy lekarz będzie wbijał igłę. Jej dotyk był magiczny. Koił i uspokajał. Po chwili ból zniknął. Nie można było tak od razu? – pomyślałam. Lekarz, który mnie kroił, bardzo się śpieszył na operację – nie miał butów, był w samych skarpetkach… Mój dobry humor powrócił.

Synka wyjęli mi z brzucha 5 minut później. Był cały, zdrowy, różowiutki. Moja Położna, która przez cały czas była ze mną, przystawiła mi go na chwilę do twarzy. Gdy mnie szyli, mogłam dać mu buziaka, pogłaskać. Potem zniknął, a ja zostałam przewieziona na salę pooperacyjną. „Byłaś bardzo dzielna, dałaś z siebie wszystko. Jeszcze dasz radę urodzić Siłami Natury” – powiedziała mi wtedy Moja Położna. I chyba to sprawiło, że mój świat nie zawalił się od razu. Mój pierwszy poród, licząc od odejścia wód, trwał 4 godziny..

Po cesarce, jak to po cesarce… U każdego lekarza wstyd, że CC. „Zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna” – mam nadzieję, że nie taki powód wpisują kobietom, które mają cesarki na życzenie… W domu płacz. Poczucie niespełnienia. Mąż starał się wspierać, ale nie rozumiał. Miałam wrażenie, że nikt nie zrozumie, i nikomu nie mówiłam o tym, że jest mi tak cholernie źle.

Jakiś czas później kilka moich znajomych rodziło przez CC. Każda próbowała rodzić Siłami Natury, ale żadnej z nich się nie udało. Jedna 40 godzin, druga 27, trzecia „miała dużo szczęścia”, wyciągneli jej córkę „w ostatniej chwili”. Mojej kuzynce powiedzieli, że gdyby przyszła na KTG dzień później, to nie byłoby kogo wyciągać. Powoli zaczynałam się cieszyć, że rodziłam tylko 4 godziny, a mój Syn jest cały i zdrowy. Zaczęłam doceniać to, w jak dobrych rękach się znalazłam – w rękach Mojej Położnej. Gdyby nie Ona, mój poród mógł być ogromną traumą…

Niecałe 3 lata później (w końcu!!), udało mi się namówić męża na drugie dziecko. Chciałam dziewczynkę, Basieńkę. Będzie parka i koniec z dziećmi. Mąż jednak twiedził, że będzie syn. W końcu wie, co robił… (I się nie mylił). Jedno było pewne: Rodzę z Moją Położną. Wymyśliłam sobie, że zadzwonię do Niej w połowie ciąży, w 20 tygodniu. Odliczałam dni.. Nie mogłam się doczekać. A jeśli na połowę lipca planuje urlop? A jeśli ma już jakiś poród w tym czasie? A jeśli mnie nie pamięta i się nie zgodzi? Nie wytrzymałam. Zadzwoniłam kilka dni przed planowaną datą, która zakreśliłam na czerwono w kalendarzu. „Cześć Ania! Co tam słychać?” usłyszałam głos Mojej Położnej w telefonie. Czyli jednak pamięta… „Wyślij mi smsem termin porodu i jesteśmy w kontakcie”. Od tej pory, było mi już wszystko jedno. Wiedziałam, że jestem w dobrych rękach. Że co by się nie działo, z Moją Położną wszystko będzie dobrze. Byłam pewna, że ja i moje dziecko jesteśmy bezpieczni i żadna krzywda nam się nie stanie.

Znajomi dopytywali o plany porodowe. „Kiedy Cie kroją?” – słyszałam często. Gdy mówiłam, że będę próbować rodzić Siłami Natury, pukali się w głowę. „Jesteś wariatka”. „A po co Ci to? Chcesz się znów męczyć?” – mówili z czułością. Odpowiadałam uśmiechem. Nie wiedziałam co mam odpowiadać. Żaden argument: najlepsze dla dziecka, najlepsze dla mnie, nie był wtedy najważniejszy. Ja po prostu czułam, że muszę to zrobić, muszę spróbować. Czułam wewnętrzną potrzebę przeżycia tego, co jak mi podpowiadała intuicja, będzie niezwykłe.

Ostatnie kilka tygodni ciąży było dla mnie męczarnią. Miałam straszne bóle brzucha. Kilka fałszywych alarmów. Mąż drżał ze strachu przed wcześniakiem. U lekarza słyszałam tylko „nic się nie dzieje, szyjka długa, do samej kości”. Nie mogłam doczekać się porodu, gdyż upały w lipcu były nie do zniesienia, i w ostatnie 3 tygodnie przytyłam 5 kg. Znów czułam się jak baleron, mimo tego, że do niedawna, z lekką nadwagą, chodziłam jeszcze na lekcje tańca towarzyskiego. (Tak, w ciaży można tańczyć! :))

Znów dzień przed terminem poszłam na badanie. Tyle, że tym razem nie na KTG, a do mojej Mojej Położnej. Wzięłam ze sobą torbę do porodu. Miałam przeczucie, że to będzie dzisiaj. Dzień idealny. Wtorek, 10 rano. Syn w przedszkolu. Dzisiaj rodzę, na weekend jestem w domu. Niestety. Główka sterczy nad spojeniem łonowym. Wszystko wysoko. Nie ma szans na rodzenie. Widzimy się w poniedziałek w szpitalu na KTG i zobaczymy co dalej.. Znając moje szczęście urodzę w piątek w nocy. Gdy nie będzie z kim zostawić dziecka. Pojadę w środku nocy. Sama. Taksówką. I cały weekend przeleżę w szpitalu – mówiłam. Obudziłam się w sobotę rano, we własnym łóżku. Wypoczęta. Bez żadnej oznaki zbliżającego się porodu.

Upał znów straszliwy, chociaż zbierało się na deszcz. Nalaliśmy wody do basenu na ogródku, żeby się nieco schłodzić i nie zwariować. Woda była zimna, ale moim chłopakom to nie przeszkadzało. Mi trochę, ale w końcu się przemogłam i również weszłam się schłodzić. Było przyjemnie, rodzinnie. Zrobiłam obiad. Zjedliśmy w dobrych nastrojach. I wtedy coś poczułam. Coś zaczęło ze mnie wychodzić. Podczas wizyty w łazience okazało się, że wypadł mi czop. No super! Napisałam smsa do Mojej Położnej. „No to czekamy na skurcze” – odpisała. Skurcze jak na zawołanie pojawiły się za chwile. Nieregularne, co 8-10 minut. Nospa nie pomagała. Poszłam do wanny, ogoliłam nogi, umyłam włosy. Miałam skurcze co 5 minut, gdy suszyłam i układałam włosy. W końcu rodzę – muszę ładnie wyglądać! Napisałam znów do Mojej Położnej: skurcze co 5 minut, trwają ok 60 sekund. „Chcesz już jechać do szpitala?” – zapytała, gdy zadzwoniła. Muszę jeszcze zrobić dziecku budyń i ściągnąć pranie, bo zbiera się na deszcz. „Ok. Zadzwoń jak będziesz gotowa”. Mój mąż pojechał po swoją siostrę, która na szczęście właśnie kończyła pracę i mogła zająć się Bratankiem. A ja zostałam w domu z synem. Ściągnęłam pranie, poskładałam i poukładałam na półkach. No i robiłam ten budyń, co chwila kucając z bólu. Mój syn nie wiedział co się dzieje. Ale ja z uśmiechem na ustach mówiłam: Arturek się rodzi kochanie, a to trochę boli. „To super mamo, ale rób już ten budyń” – odpowiadał. Gdy budyń był gotowy poszłam dorzucić do torby ostatnie ważne rzeczy. Mój Mąż chodził jak nakręcony i mnie popędzał. Był strasznie zdenerwowany. A mnie się nigdzie nie śpieszyło.. Zadzwoniłam do Mojej Położnej. Umówiłyśmy się za godzinę w Izbie Przyjęć. Byliśmy na czas.

Rutynowa procedura. Badanie: szyjka pół centymetra, rozwarcie prawie na 2 palce, a główka Maluszka dość wysoko. I po co było się tak śpieszyć? W każdym razie – rodzimy. Papierologia i do sali porodowej. Mąż oczywiście nie uwzględnił mojej prośby o to, że chcę rodzić sama i razem ze mną poszedł na salę porodową. Na szczęście, po godzinie, udało mi się go wygodnić na położenie dziecka do spania i zjedzenie kolacji, więc miałam prawie dwie godziny tylko dla siebie. I dla mojego porodu. Podczas badania przebicie pęcherza. Wody czyste. Ufff… Moja Położna zaproponowała wannę, bosko. Cieplutka woda, pełne zanurzenie. Skurcze bolały. Tak jak 3,5 roku temu bolały bardzo. Błagałam o znieczulenie. „Musimy poczekać, aż główka Dziecka będzie niżej” – poinformowała mnie Moja Położna. Czekałyśmy więc umilając sobie czas międzyskurczową rozmową. Co kilka minut pojawiał się ból. Oddychałam, płakałam, rzygałam, nie mogłam znaleść wygodnej pozycji.. I mimo wczesnej (21? 22?) godziny byłam strasznie śpiąca. A podobno każdy poród jest inny..

Przy kolejnym badaniu okazało się, że jestem gotowa na znieczulenie. Dwie przemiłe Panie zaaplikowały ZZO. Moja Położna znów trzymała mnie za głowę. Gdy igła została wbita nadszedł skurcz, a ja nie mogłam nawet drgnąć. Moja Położna wciaż mnie trzymała pomagając przetrwać ból. Jej dotyk znów dawał ogromną ulgę i ukojenie. Po chwili leżałam już i czekałam, aż przestanie boleć. Przestało. W końcu. I wtedy pojawił się mój mąż. Miałam dobry humor. Oboje patrzyliśmy na KTG i przerywaliśmy rozmowy gdy widać było, że nadchodzi skurcz i należy ładnie oddychać. Wydawało mi się, że minęła dosłownie chwila, gdy znów zaczęłam czuć ból między nogami. Poinformowałam o tym Moją Położną. „Nawet nie wiesz jak się cieszę” – odpowiedziała. Mniej więcej w tym momencie całość porodu zaczęła mi się rozmywać. Jednak ani przez chwilę nie wątpliłam w to, że wszystko będzie dobrze. Byłam spokojna o siebie i o swoje dziecko. Ona była obok, wiec nic złego nie mogło nam się stać.

Nagle tętno Arturka spada do 60. Moja Położna mówi coś o „Gaussie”, woła lekarkę. Po chwili pojawia się pani doktor – piękna kobieta. Wtedy wydawało mi się, że jest Aniołem. Miła, czuła, delikatna.. Anioł, na pewno Anioł. Dostaję tlen i mam mocno oddychać. Zmieniam pozycję na pionową, oddycham. Czyjaś ręka masuje mój brzuch. I po chwili wszystko jest dobrze. Tętno Arturka wraca do normy, a ja dostaję pozwolenie na wyjście do łazienki. Po drodze przychodzi pierwszy skurcz party. Nie wiem co się dzieje. Kucam i krzyczę. Moja Położna też nie wie co się dzieje, ale gdy mówię, że to skurcz, uśmiecha się szeroko i pomaga mi wstać. „Idz, sikaj. Dziecko Ci nie wypadnie” – żartuje zamykając drzwi łazienki.

Wracam na łóżko. Ponownie zostaję opleciona pasami od KTG. Leżę na lewym boku z prawą nogą uniesioną do góry. Moja Położna wizualizuje mi naturę parcia. Jest 23:40. „Masz 15 minut żeby urodzić” – mówi Moja Położna. 21 – chcę urodzić w niedzielę – opowiadam. „Będzie niedziela. Przyj!” Wyobrażam sobie tłok powietrza i kieruję go w dół. Prę na każde zawołanie. Noga zaczyna boleć. Pieprzone biodro, wypadało by w końcu iść z nim do lekarza – myślę. Jest mi niewygodnie. Moja Położna sugeruje zmianę pozycji, pyta mnie o zdanie. Nie umiem odpowiedzieć jej w jakiej pozycji byłoby mi wygodniej. Dostaję więc pozwolenie na położenie nogi i prę na lewym boku. Między skurczami jest czas na odpoczynek. Na polecenie Anioła wciągam mocno powietrze „prosto do brzuszka”. Oddycham. Skurcz za skurczem. Prę z całych sił. Mimo tego, że na kolejne parcie nie mam już siły – prę, bo Moja Położna mówi, że mam przeć. Słucham się Jej, bo wiem, że ma rację. Z moim ust mimowolnie wylatuje krzyk (gardło bolało mnie póżniej przez dwa dni), ale czuję, że parcie daje efekty. Po każdym parciu dostaję pochwalę od Mojej Położnej i od Anioła. Jestem z siebie zadowolona. „Widać główkę! Ma dużo włosów!” – słyszę słowa Mojej Położnej. Przy kolejnym skurczu główka Arturka jest już na zewnątrz. Czuję to. Jest bosko. Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Jeszcze jeden skurcz i dostaję mojego Maluszka na brzuch. Zalewa mnie fala endorfin, hormonów, szczęścia i miłości….

A w głowie jedna myśl:

Jeszcze jedno, jeszcze Basia.. A może więcej?

Uzależniłam się… Uzależniłam się od rodzenia.

ania artur ania i artur

VBAC, czyli rodzić po mojemu (Oława)

„Czuję, że to był MÓJ poród.” Te słowa wypowiedziane przez świeżo upieczoną mamę to kwintesencja odpowiedniej opieki nad rodzącą kobietą. I drugoplanową sprawą jest to czy plan porodu trzbaby_foot_black_and_whiteeba było zmodyfikować czy nie, czy poród był z interwencjami czy zupełnie bez. Sednem jest szacunek, podmiotowość i decyzyjność kobiety oraz jej przyjazna relacja z położną / lekarzem oparta na zaufaniu i porozumieniu. Zapraszam do lektury historii Magdy. Znów będą potrzebne chusteczki! Łzy wzruszenia gwarantowane, a pełen humoru styl autorki zapewne niejednego do łez rozśmieszy.

Moją córkę urodziłam 1 maja 2014 roku. Rano podczas podrywania się z łóżka odpłynęły mi wody. Zaaferowana, szczęśliwa pojechałam po 2 godzinach urodzić dziecko do szpitala. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że brak akcji skurczowej po odpłynięciu wód jest takim problemem. Dostałam na dzień dobry kroplówkę z oksytocyną (mimo zaznaczenia w planie porodu, że nie chcę), a na słowa protestu położna zasugerowała, że mogę iść dyskutować z panią doktor. Ale że ona nie radzi. Później dowiedziałam się, że trafiłam na tę jedną lekarkę ze wszystkich, która lubuje się w cięciach i ogólnie jest wyjątkowo niedelikatna. Sama nie rodziła.
Podpięto mnie pod wyjątkowo długie KTG. Skurcze zaczęły mnie zginać wpół, a na wykresie było całkiem płasko. Podczas badania lekarka zrobiła niespodziewany i nieproszony masaż szyjki macicy, po czym zaproponowała znieczulenie. Ze znieczuleniem coś zaczęło się dziać z tętnem, ale chyba moim. Zbiegli się doktorzy i orzekli koniec rodzenia. Na salę operacyjną.
A potem to wiadomo, jak to jest. Noc pod morfiną (córka noc na mm mimo braku mojej zgody). Ciężkie pionizowanie. Ból i płacz, że nie jestem w stanie szybko poderwać się do płaczącego dziecka. 7 miesięcy codziennych skrytych łez i… druga kreska na teście ciążowym. I start mojej opowieści VBAC.

——————————————————-

Na początek należy ustalić kilka faktów.
Na przykład to, że rozróżniam poród siłami natury od porodu drogami natury. Pierwszy w pełni naturalny, samoistny, fizjologiczny, taki jak został zaplanowany w toku ewolucji.
Drugi wspomagany jakimiś medycznymi sztuczkami. Czyli gdzie siły natury nie mogą, poślą doktora. A to znieczulenie, a to oksytocyna, a to nacięcie czy inne kleszcze. Każda, najmniejsza interwencja.

Jasne, że mój buntowniczy umysł pragnął urodzić siłami natury. W karcie wypisu mam jak byk: poród fizjologiczny. A jednak nie do końca tak było.
Ale po kolei.

Ten dzień
Córka urodziła się 280. dnia ciąży. Iście książkowo. Teraz Leon nie mógł mieć tak dokładnie wyznaczonego dnia, bo się wszystko ongiś poprzesuwało i namieszało. Pi x oko 2 tygodnie później niż podaje kalendarz.
— To pani Magdo, ja wracam z urlopu i mam dyżur dziewiętnastego sierpnia. To wtedy mogłaby pani urodzić.
— O to bardzo chętnie, tak się umówmy.
Sobie zażartowałyśmy z panią doktor w okolicach kwietnia. Potem ten dzień wpisała w kartę ciąży jako oficjalny termin porodu. Potem zapewniłam swoją położną, że to będzie wtedy. Potem, 3 tygodnie przed terminem, na ostatniej wizycie było już tak:
— To co pani Magdo, może faktycznie zaczekacie na mnie, aż z urlopu wrócę? — zagadnęła w trakcie badania ręcznego pani doktor.
— No jasss…
— Ooooo nie zaczekacie. Szyjka w osi.

No i czekałam, czekałam. I cisza. Nadszedł osiemnasty, dzień, w którym rodzić wyjątkowo nie chciałam. Ale coś czułam.

Oznaki porodu
Z córką kompletnie nic się wcześniej nie zapowiadało. Po prostu chlusnęły rano wody, a potem finał jaki był, to wiadomo.
Teraz było trochę inaczej. Jak pisałam a propos karmienia piersią w ciąży, od 37. tygodnia podczas karmienia Natalki odczuwałam spinanie się brzucha. Na jakieś 6 dni przed porodem zaczęłam odczuwać pewną bolesność przy tym spinaniu. Delikatnie, nienahalnie. 2 dni przed porodem bolesność lekko wzmogła i pojawiała się także wtedy, kiedy nie karmiłam. Ewidentnie się zbliżało.
Dzień przed porodem dopadły mnie jakieś wewnętrzne nerwy. Że już by się mogło zacząć. Ale właściwie to jeszcze nie (bo nie chcę osiemnastego). Ale tak, żeby zdążyć na dyżur pani doktor. Ale właściwie to ile on trwa i jak się wstrzelić? Takie rozterki.
Bolało mocniej, czasami musiałam przystanąć, czasami się oprzeć. Cieszyłam się. I wkurzałam, bo znowu ciągnęło po krzyżu, a pamiętałam, że w krzyżu boli bardzo. Ale bardziej cieszyłam się. Byłam gotowa. Chciałam pociągnąć mocniej, rozhulać sytuację. Długi spacer po markecie. Szarpane sprzątanie to tu to tam (bez efektów). Dużo karmienia Natalki. Coraz więcej wewnętrznych nerwów. Ale nic więcej.
Wieczorem orzekliśmy z Tomkiem, że brzuch mi opadł. Z uwagi na upał łaziłam po domu w samym staniku i podziwiałam nowy kształt brzucha. Ostatnią przepowiednią było odejście czopu. Albo jego części, cholera wie, ile tego powinno być.

Początek
Wieczorem we wtorek oddelegowałam Tomka na trening, a sama (z przedporodowymi nerwami) zajęłam się Natką. Kąpiel, chlapanie, witaminy, ząbki, piżamka i lulu. Podczas karmienia wróciły skurcze, które mi od wielu godzin towarzyszyły i znikały. Znów wstąpiła we mnie nadzieja.
Natka usnęła, a ja zaczęłam liczyć częstotliwość. 8 minut. Przyjemny ból. 6 minut.
Tomek wrócił po 22.00. Ja sobie skakałam na piłce i liczyłam. Zrobiło się gęsto — skurcze zaczęły pojawiać się co 4 minuty.
Czas na nospę, orzekłam sama w sobie. Nie jestem zwolenniczką nospy, zwłaszcza w ciąży. Ale wiem, że pozwala odróżnić skurcze przepowiadające od porodowych. Po dwóch tabletkach przepowiadające znikają, porodowe trwają. Z relacji innych dziewczyn rodzących VBAC wiedziałam, że warto mimo wszystko manewr z nospą zastosować, bo rozkręcać się to może długo, wiele godzin, a nawet dni. I lepiej się wtedy wyspać, a nie chodzić nakręconym, że to już, to już.
Jak za odjęciem ręki moje skurcze ustały. No nie! Tyle liczenia, tyle nadziei…
Wróciły po 12 minutach. I znów zaczęły się zagęszczać. Jeeeeaaa!
Wzięłam kąpiel (w zamierzeniu odświeżającą, ale w domyśle mającą dać tę samą odpowiedź co nospa). Nic się nie zmieniło. Skurcze co 5–6 minut.
O 1.00 zadzwoniłam do położnej. Jak ja nie cierpię dzwonić w środku nocy do kogokolwiek. Po informacji, że jestem po nospie i kąpieli, a skurcze są — padła decyzja, że spotykamy się na porodówce za niedługo.

Do szpitala
Spakowaliśmy ostatnie rzeczy (czekoladę do ciućkania, sztuk 4!), wzięliśmy Natalkę (obudziła się) i do samochodu. Dojechaliśmy do rodziców Tomka, gdzie czekało na Natkę posłanie na podłodze (ach, ja też sypiałam u moich dziadków na podłodze! Jak ja to uwielbiałam!). Wesoło postanowiłam, że jeszcze ją uśpię, żeby wszystkim było łatwiej. Skurcze przybierały na sile (podczas karmienia). Natka wcale nie chciała zasnąć. Zadzwoniła położna, że no gdzie my jesteśmy. Dostaliśmy zapewnienie, że mama Tomka z Magdą sobie poradzą i ruszyliśmy do Oławy. Jakieś pół godziny drogi. Ja podsypiałam, budząc się na skurcze co 5 minut.
Dotarliśmy. Wejście przez SOR. Pani z SOR-u zadzwoniła na porodówkę, potem pokazała drogę i tyle.
Na Izbie Przyjęć papierologia. Skurcze delikatniejsze, ale na kilku musiałam wstać z krzesełka. Jeszcze więcej papierków. I jeszcze inne papierki. Albo jeszcze takie.
Koszula porodowa szpitalna. Oooo. Nie wiedziałam. Taka oczywiście za krótka.
Badanie.
Chwila niepewności. Narobiły spustoszenia te skurcze czy nie?
— 4 centymetry.
— O. To tyle, na ilu się ostatnim razem skończyło.
Też dobrze.

Porodówka
Przeszliśmy na porodówkę i już byłam pod opieką mojej położnej. Pani Ani. Godzina 4.00. Powoli świta.
Na początek znowu badanie.
— Naciągane 6 centymetrów.
Wow! 40 metrów przeszłam, a tu taki postęp. No i bariera psychologiczna pokonana. Bo szyjka moja potrafi. I to sama z siebie. Ha!
KTG. Piszą się skurcze, te, co ja je czuję. A nie że ja czuję i zgina mnie wpół, a na wykresie płasko i chyba sobie pani żartuje.
— Pani Madziu, muszę pobrać krew do badań. To od razu wenflon założę, gdyby był potrzebny.
— Nieeee.
— Nie? To będę kłuła drugi raz?
— Igły mi niestraszne. A pewnie nie będzie potrzeba.
— Dobrze. Nie zakładamy.
Wow, ktoś mnie słucha. Plan porodu wprawdzie napisany, ale nikt o niego nie prosił. A o wenflonie było w nim.
W między czasie podpisuję zgodę na poród fizjologiczny. Tak. Zgodę. Bom jest „stan po cięciu”. Mam wybór. Wiem, że muszę uważać na słowa, bo nikt mi cięcia w dowolnej chwili nie może odmówić. Słyszę od dyżurującej pani doktor, że to chwalebne. Ta moja próba VBAC.
Podpisuję niezgody.
Nie zgadzam się na kroplówkę naskurczową.
Nie zgadzam się na nacięcie krocza.
Nie zgadzam się na łyżeczkowanie macicy (gdyby łożysko całe nie wyszło).
Bez sensu. Wszystko jednym podpisem. Bez opcji „chyba że będzie konieczne”. A jak będzie? W planie porodu przy każdej niezgodzie mam zapisane „o ile nie będzie konieczne”. Także w przypadku cięcia!
Koniec KTG. Wolność na 2 godziny.
Lewatywa. Na moją prośbę.
Zaczynamy z Tomkiem wydreptywać ścieżkę na korytarzu. Na skurczach przystajemy, ja się opieram o ścianę, Tomek masuje ten krzyż nieszczęsny. Jakie to przyjemne. Jego dotyk. Ból krzyżowy od razu mija, zostaje skurcz na brzuchu. I tak te dwie godziny do następnego KTG.
Nic nowego. Skurcze, tętno, ruchy Leonka.
Zwalnia się sala przedporodowa. Dostajemy ją na wyłączność. Łóżko, krzesło, stolik. Pani Ania przynosi piłkę, materac. Na piłce już jest źle. Już się naskakałam w ostatnich dniach, dziękuję. Materac to nowość, to pozycja kolankowa (łokcie na łóżku). Może być, ale bez szału.
Pani Ania proponuje worek sako i mówi, że się odprężę, a może i zdrzemnę chwilę celem nabrania sił. Oooo chętnie. Siadam, zapadam się. Bardzo wygodnie, bardzo przyjemnie.
Zaczynam się relaksować. A ze mną moja macica. To niesamowite. Ja stwierdzam, że chcę spać, a ona mi to umożliwia i robi dłuższe pauzy między skurczami. Dla mnie bomba. Dla postępu porodu nie bardzo.
Dochodzi 8.00. Słyszę na korytarzu moją panią doktor. Zagląda do nas i jak zawsze mnie wita:
— A ja myślałam o pani wczoraj.
Idę na badanie. Jakie delikatne. Pani doktor pokazuje osiągnięte rozczapirzenie palców, oblicza szybko, że to 7 centymetrów. A ja już beczę. Ze szczęścia. Że idzie. Że postępuje. Że samo! Że jestem w dobrych rękach!
Chodzimy z Tomkiem korytarzem. Panowie monterzy wymieniają drzwi. Dostałam jakiś szlafrok, żeby im nie świecić tyłkiem. Chodzimy, stoimy. Ja przedmuchuję skurcze, Tomek masuje krzyż. Jest pięknie.
Mruczę na skurczach. Otwarcie krtani pomaga otworzyć się na dole. Im głośniej mruczę, tym pani Ania jest bardziej zadowolona.
— Pani Madziu, co ja słyszę! Pięknie, ale mi się podoba!
Przypominam sobie słowa położnej z jakiegoś reportażu: „Skurcze są dla dziecka. Przerwy w skurczach są dla mamy”. Pomaga.
Idę pod prysznic. Gorąca woda jest cudowna. Polewam brzuch, polewam plecy. Potem olewam brzuch i już tylko leję na plecy. Ogromna ulga. Wracamy na korytarz.
10.45. 8 centymetrów. Przy badaniu pęka pęcherz owodniowy i odpływają czyste wody. Nie mogę chodzić dalej, bo główka nie przypiera do ujścia szyjki, nie korkuje wylotu i jest ryzyko wypadnięcia pępowiny. Pada propozycja zaczekania na zejście główki na worku sako. Lubię worki sako, natychmiast się zgadzam.
Siedzę i czuję, jak skurcze zlewają się w jedno. Jak ból przeszywa mnie całą. Ohooo. Zaczyna się jazda bez trzymanki, chociaż jeszcze tego nie wiem. Pani Ania z panią doktor proponują gaz rozweselający na poprawę nastroju. Zgadzam się. Ma mnie rozluźnić — całą. Pierwsze kilka wdechów i nic. Drugie podejście — zaczęłam mówić, wydychając z płuc ten gaz i usłyszałam swój głos, nieco obniżony (odwrotnie niż z helem), co doprowadziło mnie do ataku śmiechu i łez. Niestety stan ten się już nie powtórzył, a szkoda.
Siedzę więc na worku, leją się ze mnie wody, skurcze sieją się gęsto a intensywnie. Zerkam na zegar. Dziwne, minęła godzina, a zegar prawie nie drgnął. Jak w operze.
Od tej pory przestaję się kontrolować. Jest mi wszystko jedno. Moim marzeniem jest jeszcze na trochę zasnąć. Ponownie udaje mi się sprawić, że skurcze są rzadziej, a ja między nimi odpływam. Podoba mi się to. Pani doktor i pani Ani się to nie podoba. To znaczy cieszą się, że sobie tak radzę, że podążam za potrzebami, że potrafię się w tym wszystkim zrelaksować. Ale jednak tempo porodu siada.
Zgadzam się na założenie czopków rozluźniających szyjkę. Ach, już tak niewiele zostało. Badanie, KTG. Nie cierpię KTG, a przy takiej intensywności doznań — nie cierpię po tysiąckroć. Mało co już ogarniam. Zdaje się, że używam brzydkich wyrazów. Że mówię, że nie dam rady.
— Ale chyba nie powie pani, że robimy cięcie? — z niepokojem pyta pani doktor.
— A w życiu! — zakamarkiem trzeźwego umysłu odpowiadam.
Ostatkiem siły woli wlokę się pod prysznic. Przy którymś skurczu głośniej krzyczę, zlatuje się pani doktor z panią Anią.
— Nie, nie, nic się nie zmieniło. Tylko bardziej bolało — od razu mówię, bo wiem, że czekają na początek skurczów partych, przy którym (początku) najczęściej jest zmiana okrzyków.
Wracam na swoją salę porodową. Opieram się o łóżko, kiwam biodrami. Wstawiam Leona w kanał czyli. Im głośniej krzyczę „AAAAA!”, tym pani Ania bardziej zadowolona. Ja krzyczę, a ona mówi, jak świetnie mi idzie. Budujące, motywujące, wspierające (dobrze, że jeszcze to ogarniam).
Proponują mi panie pozycję kolankowo-łokciową na materacu. Mowy nie ma! No to na łóżko? Nie wiem, jak to się stało, ale się zgodziłam. Ba, chyba nawet chciałam.
13.00. Prawie 10 centymetrów. Słyszę, że tempo siada, że moc skurczów siada. Panie zastanawiają się, co dalej. Proszą mnie o zgodę na kroplówkę ze sztuczną oksytocyną. Bo to jest moment, że jest konieczna. Boję się, cholernie się tej oksytocyny boję, ale się zgadzam. Czyli jednak wenflon.
Zaraz jest już pełne rozwarcie. Ja leżę i nie chcę słyszeć o zmianie pozycji. Mowy nie ma. W dupie mam pozycje wertykalne. A w planie porodu oczywiście prośba o pozwolenie i zadbanie o możliwość rodzenia w pionie. Dobrze, że nikt tego nie czytał.
Zgadzam się na obracanie się na lewy bok, żeby się główka dobrze zaczęła wstawiać w kanał, bo Leon odkręcony był w inną niż powinien stronę. Tomek masuje mi plecy (skóra mi z nich już schodzi, parafina nie pomaga). Pani doktor jedną ręką trzyma detektor tętna płodu na moim brzuchu, drugą ręką trzyma moją rękę. Mam nadzieję, że nie wyszła z tej historii tak podrapana jak Tomek.
— Czy te całe skurcze parte też tak dają po krzyżu? — pytam panią doktor.
— Niestety tak.
— No kurwa, a chciałam mieć tyle dzieci.
Mina pani doktor bezcenna.
13.15. Prę. Na polecenie, pod komendę. A nie w zgodzie ze swoją intuicją. Bo bym chyba nie zaczęła nawet rodzić.Zaczynam kumać korelację parcia z oddechami. Czuję w sobie głowę Leona. Pytam Tomka, czy to widział.
Myślałam, że to będzie trwało ustawowe 2 godziny. Ale gdy zaczynam kumać, że robi się wokół mnie łzawo, że pani doktor łyka łzy, że Tomek nie może nic powiedzieć, dociera do mnie, że zaraz powitamy na świecie naszego syna.
Prę dalej. Nie wychodzi. Moje przygotowane od wielu tygodni na tę chwilę krocze okazuje się za jakieś (za wysokie?) no i nie ma bata, wyjść nie chce.
— Proszę ciąć! — wołam, bo już naprawdę chcę przytulać synka, a nie cackać się z moimi planami porodowymi.
— No nie, nie. Nie mamy zgody.
— To się teraz zgadzam!
— Ale podpisze nam to pani? Żeby nie było, że po sądach będziemy potem biegać.
— To chyba beze mnie. Podpiszę!
I nadszedł ostatni skurcz. Wydałam ostatni, najdonioślejszy okrzyk. Pobłądziłam po urodzeniu się główki. I dostałam Leona na piersi. Szarego. Krzyczącego.
13.30.
16,5 godziny od momentu, gdy kładłam Natalkę spać i rozpoczęły się skurcze.
Tomek od razu dostaje nożyczki do przecięcia pępowiny, bo jest tak krótka, że napina się cała na ciele Leona i miażdży mu genitalia. A chyba nie muszę dodawać, że w planie porodu jak byk stała prośba o późne odpępnienie?
Leon leży na mnie. Wokół pełno ludzi. Jest pan doktor. Bada Leona na mnie. 10 punktów. Nie pozwalam jeszcze go ważyć i mierzyć. Rodzę sobie łożysko, całe i zdrowe. Nie brzydzę się jego widoku. Pani doktor mnie szyje. Mnie już kołacze nowa myśl.
— Czy przy EWENTUALNYM następnym porodzie to nacięcie ma znaczenie?
Pani doktor tylko się uśmiecha i zapewnia, że nie.
Oddaję Leonka na badania, chcę jak najszybciej znaleźć się w spokojnym miejscu, a tu taki harmider. Przechodzę na czworakach na łóżko szpitalne. Kręci mi się w głowie. Szumi mi w uszach. 2 godziny później mam ciśnienie krwi 70/58. Przejeżdżamy na salę poporodową (to ta sama, która była przedporodową). Dostaję Leonka. Dostaję krupnik. Po dwóch godzinach jedziemy na oddział położniczo-neonatologiczny.

Zakończyłam swój VBAC. 15 miesięcy i 19 dni po cięciu cesarskim.

Czuję, że to był mój poród. Mimo interwencji medycznych. Mam poczucie, że tym razem były uzasadnione. Że to rzeczywiście ja się na nie zgodziłam. Że nikt nie dysponował sobie mną. Że zostały uszanowane moje preferencje — mimo że musiały ulec w akcji modyfikacjom.

Dobrze napisała mi dziewczyna z grupy wsparcia: przy VBAC nie ma mowy o zawalaniu porodu. Po prostu się udał.

Dziewczynom, przed którymi podjęcie próby porodu naturalnego po cięciu, mówię: nie próbujcie. Rodźcie!

Historia Magdy dostępna jest także na jej blogu, do odwiedzenia którego serdecznie Was zachęcam: http://logomatka.blogspot.com/

leo01

Mega uczucie spełnienia (Katowice)

Przygotujcie chusteczki! Bo przy tej historii nie da się nie płakać. Znajdziecie tu mieszankę ekstremalnych uczuć – od bezsilności, żalu i złości po uzdrowienie, spełnienie i radość. Oto opowieść Klaudyny:

Nie wiem czy wczoraj tj. 03.09.2015 r. to była jakaś prorocza noc czy jak? Obudziłam się dokładnie o 02:08 i już do 5 nie mogłam usnąć. Zaglądałam do waszych historii Vbac – bo dzielnie kibicuję na bieżąco :-D. Próbowałam zasnąć a tu przed oczami pojawił mi się obraz moich porodów – nie wiem czy to efekt tego, że wczoraj byłam oglądać „świeżą” dzidzie znajomych czy może to był taki bodziec, aby w końcu opisać swoją historię? Jakoś do tej pory nie mogłam się za to nigdy zabrać,  bo uważam się za nie najlepszego pisarza ;-).

Zacznę od początku: pierwszy poród w 2006 r., ja wtedy lat 20. Naprawdę myślę, że w tym wieku kobiety ( a przynajmniej ja ) nie są emocjonalnie przygotowane do porodu . Ciąża przebiegała ok, aż do 20 tygodnia kiedy to obudziłam się w nocy i myślę „no nie chyba się zesikałam”. Wstałam i poszłam do łazienki, i w momencie kiedy stanęłam na równe nogi: chluppp… i ogromna kałuża krwi ;-(. Mieszkałam wtedy z mężem i moimi rodzicami i jak zobaczyłam co się dzieje – to w krzyk! Mąż zielony ze strachu jak zobaczył co się dzieje i go zamurowało, więc jak zwykle mogłam liczyć tylko na przytomną reakcję mamy. Wezwała pogotowie, które ok godziny 2:00 zabrało mnie do szpitala. Ja zaryczana i nie mogąca złapać tchu przez łzy – w głowie jedna myśl: „to koniec, straciłam dziecko, na 100% tyle krwi musi oznaczać jedno„. Zanim przeszłam przez całą papierologię trwało to trochę, a ja nadal nie mogłam się uspokoić. Po przyjęciu na oddział patologii dostałam jakieś pigułki do połknięcia i obudziłam się dopiero rano. Myślałam sobie, że to tylko jakiś zły sen, ale miejsce w którym się obudziłam nie pozostawiało złudzeń. Dlatego jakież było moje zdziwienie, że jest godzina 7:30 a mnie nie zbadał żaden lekarz – nawet ze mną nie rozmawiał.

I w sumie odtąd zaczyna się moja trauma związana z owym szpitalem ;-(. Otwieram oczy i widzę siostrę oddziałową, która spisuje temperatury. Pytam grzecznie – przestraszona jak nigdy dotąd, już czując się na pozycji  „przepraszam, że się tu znalazłam” – „Przepraszam ja nie będę nawet miała zrobionego USG?” Słyszę odpowiedź, która do tej pory dźwięczy mi w uszach i nie rozumiem jak tacy ludzie mogą pracować jeszcze na takich oddziałach „Dziecko, teraz czy za dwie godziny, przecież to i tak ci nie pomoże.” PŁACZ – nie rozumiem co się dzieje. Na oddział wpada mój brat ( brat nie mąż) z pretensjami, że nikt jeszcze nie raczył mnie zbadać, ale grzecznie go uciszam aby nie miało to wpływu na dalszą opiekę.

Ok godziny 9:00 wizyta i badania: wzywają mnie, więc idę z duszą na ramieniu. Badanie to kolejna trauma: masa studentów, nikt nie pytam mnie o zdanie czy może sobie nie życzę ich obecności. Lekarz bada – pełno krwi. Wyjmuje zakrwawioną rękawiczkę i wymachuje ręką do studentów. Mnie nic nie mówi o niczym nie informuje. Wychodzę i o nic nie pytam – nie wiem, może ze strachu przed odpowiedzią? Później, za parę godzin USG i też nic nie mogę się dowiedzieć oprócz tego, że nie wiedzą co to był za krwotok. Jak nie wiedzą? Pytam jak to możliwe?

W godzinach popołudniowych moja mama nie wytrzymuje, wkłada KASĘ do koperty i idzie do ordynatora – to on mnie badał wcześniej. Zabiera kopertę z pieniędzmi i nagle dostaje olśnienia. Nawet rozrysowuje jej na kartce co i jak ;-(. Jeśli dobrze pamiętam zrobiła się jakaś cysta – torbiel czy coś takiego, ale poza macicą. To pękło, ale nie zagroziło dziecku – nie wiedzą dlaczego, ale najważniejsze, że dziecko całe i zdrowe. Tydzień spędzony w koszmarnym szpitalu w Dąbrowie Górniczej i koszmarny ordynator pan R.! Później do końca strach o utrzymanie ciąży. Na szczęście nic złego się już nie przytrafiło, poza moim stanem psychicznym, który chyba zajadałam kończąc ciąże z ok 25 kg na plusie .

Przychodzi termin porodu – lekarz prowadzący wypisuje skierowanie do szpitala i namawia na szpital w Będzinie lub Sosnowcu. Myślę wtedy: co on jakiś chory? Po co mam jeździć gdzieś po innych miastach, jak u siebie mam blisko. Ponadto znajoma pracuje na oddziale noworodkowym w Dąbrowie, więc ona zadba o dzidzię. To była najgorsza decyzja w moim życiu!!! Do tej pory myślę: dlaczego nie posłuchałam swojego lekarza? Skąd mogłam wiedzieć, że tak to będzie wyglądać? Mogłam wiedzieć już po 1 wizycie w tym szpitalu!

Parę dni po terminie stawiam się w szpitalu – nie wiem co będzie, jak powinno wszystko wyglądać, nic nie robią i też nic się nie dzieje. Nikt też o niczym nie informuje. Po kilku dniach odchodzi czop – ja nawet nie wiem na tamten czas co to takiego i lecę pokazać położnej. Bez wyjaśnień mówi: ok ok idź się położyć, tak ma być. Ja na tamtą chwilę zaś jestem przestraszona myśląc, że to krew i coś jest nie tak. Nadmienię, że mam wadę wzroku – 5,00 – jest zaświadczenie od okulisty, że wszystko ok, ale to nie wystarcza. Kolejni lekarze na wizytach nie chcą podejmować próby wywołania. Mówią niech ordynator decyduje ;-( a ty idź leżeć i proszę za dużo nie chodzić. Robię jak kazali – nie wiem o co chodzi. Ordynator na wizytach oczywiście ponownie wykazał się jakże ludzkim zachowaniem: „ Jezu taka młoda jesteś a tak się spasłaś. Dlaczego tu rodzisz skoro prowadzi cię lekarz w Sosnowca? Trzeba było tam sobie iść rodzić” – Wtedy już czuję się jak wrak człowiek – wrak kobiety – potraktowana jak Śmieć!

Mija 10 dzień po terminie moja mama ponownie nie daje rady i idzie z kolejną kopertą! Następnie lewatywa i oxy. Nie pozwalają mamie do mnie wejść – męża nie ma. EMOCJONALNY IMPOTENT!!! Boi się ewentualnie być przy porodzie, więc spokojnie spędza czas w pracy – do tej pory nie mogę tego pojąć, że chociażby nie czekał za drzwiami lub pod szpitalem. Wiedział, że ja nie chcę, aby był przy porodzie – myślałam wtedy, że właśnie takie będzie moje stanowisko w tej kwestii do końca życia, ale jak później się okazało życie pisze swoje scenariusze.

Kładą mnie na łóżku pod kroplówką, obok za parawanem rodzi dzielnie dziewczyna – ja przerażona. Ordynator w tym czasie na dole w przyszpitalnej przychodni ma dyżur i wychodząc mówi do położnych pokazując na mnie palcem: „Ona na mojej zmianie ma urodzić” Znika. Pojawiają się skurcze, ale wraz z końcem kroplówki wszystko ustaje. Godzina ok 12:45 wraca ordynator ze słowami „A tu dalej nic?” Rozwarcie na 2 cm – brak skurczy – akcja STOP! Wtedy, to też pamiętam dokładnie, bierze do ręki jakiś wielki HAK i mówi: „spokojnie, nic się nie bój”, i przebija mi wody. Właśnie za to mam największe pretensje. Gdyby nie to mogłabym jeszcze poczekać spróbować na następny dzień – cokolwiek. Wody chlusnęły i nie było już odwrotu – a akcji żadnej ;-(. Jest 21 lipiec 2006 r. upał masakryczny, nie mam w nikim wsparcia, nie pozwalają nikomu do mnie wejść. Przed salą KOCHANA mama, ojciec i brat. Z tego upału zakręciło mi się w głowie, nie pozwolili nic się napić – zasłabłam. Biegiem robią CC – idę golusieńka na stół – niczym nie okryli przy otwartych drzwiach – ponownie potraktowana jak śmieć! Usypiają!

Godzina 14:05 przez CC na świat przychodzi Miłosz z wagą 3 750 i 61 cm. Nie pokazali mi go nawet ( teraz nawet łzy cisną mi się do oczu ). Słyszę mamę: nie zamykaj oczu, nie śpij, jestem tu z tobą!

KOCHAM CIĘ MAMO za wszystko co dla mnie zrobiłaś!!!

Jedyne co czuję to przeraźliwy ból!!! Nie mogę jeszcze długo funkcjonować normalnie. Pozostaje wielki żal i pretensje. Na dodatek jestem cięta z góry na dół – blizna od pępka do samego dołu. Mięśnie martwe a brzuch w rozsypce totalnej . Wspomniana wcześniej znajoma przyjeżdża tylko na chwilę zobaczyć moje maleństwo czy wszystko ok. Ja 10 dni po terminie, a ona właśnie zaczyna urlop. Tak więc jedyny powód, dla którego chciałam tam rodzić okazał się złudzeniem ;-(. Mąż przyjeżdża na chwilę dopiero po pracy ok godziny 18:00.

Nie muszę chyba mówić, że związek z kimś takim nie przetrwał próby czasu. Poznaję bliżej obecnego partnera Piotra – właściwie zaczynam do niego czuć coś więcej, bo znam go już od dawna. Po pewnym czasie decydujemy się w 100% świadomie na dziecko – oboje bardzo tego chcemy :-D. Udaje się, jestem w ciąży – będzie CÓRKA!!! Ciąża przebiega bez problemu i zakłóceń ;-). Wybieramy szpital – decyduję się na CSK w Katowicach. Najlepszy wybór jak mogłam podjąć – chociaż przez to, że tak odległy nie odbyło się bez jednego minusa, ale o tym za chwilę .

Oczywiście nastawiona jestem tylko i wyłącznie na poród naturalny i nie dopuszczam innej myśli do siebie. Lekarz mówi OK, nie widzi przeciwwskazań i problemu, więc też nie ma zbędnych dyskusji. Magdalena H., pamiętam jak w jednym poście pisałaś do dziewczyny, że aby wszystko poszło ok należy również brać pod uwagę ewentualne kolejne CC.  Wtedy w razie co, nie ma tak wielkiego rozczarowania. Nie wiem, może to zależy indywidualnie od charakteru, ale mnie by to chyba nie pomogło. Tak jak mówię, innej opcji nie było – tylko SN  

Ponownie po terminie tym razem 10 dni, ale już na spokojnie stawiam się w szpitalu. Tego samego dnia rano odchodzi czop co mnie cieszy – już wiem co to :-D. Badanie na IP – skurczy brak, szyjka przepuszcza 1 palec. Na porodówkę wchodzę ze słowami: „ Nie zgadzam się na kolejne CC – no chyba że w przypadku jakiegoś zagrożenia” . Jest dobrze, jest determinacja – choć tak naprawdę nie wiem czego się spodziewać. W duchu boję się, że tu taka twarda, z wysokim progiem bólu – tak mi się wydaje – a co będzie jak nie dam rady i się poddam? Nie dopuszczam tego do siebie. Patrzą na mnie ze zdziwieniem. Myślą: serio? nie chcesz kolejnego CC? Dziwne zazwyczaj większość chce. Nikt nie dyskutuje, nie namawia na CC – niczym nie straszą. Jestem „obca” nie znam ani żadnego lekarza ani żadnej położnej z tego szpitala ale idziemy na żywioł .

Trafiam akurat na porodówkę, bo nie ma innych miejsc. Śpię na łóżku porodowym w jednej z powiedzmy 3 sal – bez drzwi więc co obok nie widać ale doskonale słychać. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, tylko tyle, że nie mogę się wyspać ani nawet zasnąć bo raz, że nie wygodnie a dwa, że odbywające się porody. W pierwszy dzień badania itd. + USG. Na USG prowadzi mnie ładna, młoda Pani – myślę, że to może jakaś studentka albo asystentka. Nie wiem czemu pomyślałam, że jest za fajna, żeby być lekarzem jak się później okazało :-D. Idę w kapcioszkach na dół po schodach i fruuuu noga mi się omsknęła i zjechałam do połowy na pupie . Czym bardzo przestraszyłam ową Panią doktor. Na drugi dzień mnie doglądała z zainteresowaniem, co było bardzo miłe i zapamiętam do końca życia. Agnieszka Solecka – cudowna kobieta i lekarz. Bardzo mi pomogła przychodziła, pytała co i jak, robiła masaż szyjki, aby pomóc .

Bardzo chciałam, aby mój Piotrek był przy porodzie ze mną – on też nie wyobrażał sobie tego inaczej. Całkowicie miałam do tego odmienny stosunek niż poprzednim razem. Jednak tak wiele zależy od tego jakie relacje łączą cię z partnerem, jakie czujesz wsparcie.

Drugiego dnia po średnio przespanej nocy – budziły mnie kolejne porody  – zrobiono lewatywę i podłączono OXY. Piotrek był ze mną. Spacerował po korytarzu i wspierał. Było cudownie. Pojawiły się skurcze dość odczuwalne i wydawało mi się regularne. Podczas skurczu musiałam przykucać, bo sprawiało mi to ulgę. Podłączona pod KTG – nic nie wykazuje oprócz pojedynczych skurczy a co najdziwniejsze na zapisie były wtedy kiedy ja kompletnie ich nie czułam. Po kolejnym badaniu rozwarcie na 3 cm. Powtórka z rozrywki – koniec kroplówki i po jakimś czasie skurcze ucichły – tak jak przy poprzednim porodzie. W międzyczasie rodzi kobietka która tak przeraźliwie krzyczy i wzywa Boga na pomoc, że aż słychać ją chyba na końcu szpitala. Wcale nie współpracuje z położnymi wręcz ucieka i zaciska nogi. Biedne chciały jej pomóc i szybko skończyć poród a ona sama wszystko przeciągała swoim zachowaniem. Byłam przekonana, że to jej pierwszy poród. Jak się później okazało to był jej 2 poród lecz pierwszy był ze znieczuleniem. Sama opowiadała mi, że teraz jednak widzi różnicę w znieczuleniu i wcale nie chodzi tu o ból. Mówiła, że dziękuje za to że tym razem było bez bo za pierwszym razem po znieczuleniu była otępiała i też nie mogła jakiś czas dojść do siebie. Właściwie to teraz mnie to zastanawia może warto poruszyć kiedyś ten temat Magdaleno czy lepiej Z czy BEZ i Za i Przeciw . To tak na marginesie .

Nie powiem trochę mnie ta STOP Akcja zdołowała. Decyzja co dalej zapadnie jutro a teraz czekamy. Mówię do Piotrka: „słuchaj, jutro nie przyjeżdżaj tak wcześnie, lepiej idź do pracy na spokojnie, bo urlop się przyda jak wrócę do domu, a jak się coś zacznie to dam ci znać. Boję się że będziemy tu jutro chodzić i chodzić i będzie to samo wszystko się zatrzyma .” Kochany jak zawsze posłuchał. „Tylko dzwoń jak coś, zaraz jestem.” „Zaraz” czytaj „w miarę możliwości” bo szpital oddalony o ok 40 km. Czułam jeszcze skurcze, ale skoro KTG nic nie pokazywało, to się nie odzywałam aż ucichły. Tej nocy spałam jak zabita – pierwszy raz odkąd tu jestem myślę. Obudziłam się i słyszę za ścianą dziewczynę. Przyjechała nad ranem bo odeszły jej wody – 37 tydzień. Myślę no pięknie i ona dziś będzie tulić dzidziusia a ja tu leżę i leżę i nic. A ona w dodatku 37 tydz – gdzie tu sprawiedliwość. Za chwilę następna – ale szykują CC. Myślę: kurde następna. I następna. Wychodzą wszystkie z dzieciaczkami a ja dalej NIC.

Piotrek ciągle pisze lub dzwoni – jest biedny w pracy i się martwi . Badanie. P. Agnieszka bada – mówi ooooo 5 cm.  SUPER. Kolejna OXY, ale mówię: spokojnie, nic się nie dzieje, jak coś, dam znać bo znowu wszystko może się zatrzymać. Ok 11:30 spaceruje po korytarzu z kroplówką i nawet dzwonią z pracy, co tam słychać i kiedy się rozpakuje z 2packu? Mówię, że spokojnie, nic się nie dzieje jeszcze. Skurcze takie same jak wczoraj – jak na głodnego oczywiście . Byłam już taka głodna, że nie mogę a tu na salę przynoszą zupkę 😉 Pech chciał, że koło stolika postawili wielki aparat KTG, który zagradzał drogę do zupki Poprosiłam jakoś instynktownie chyba o worek sako i mówię, że wszystko ok, ale czuję że tak w kuckach będzie mi wygodniej . Oczywiście położna dała worek mówiła, że bardzo dobrze itd. Skurcze stawały się mocniejsze – ja głodna – do zupki daleko 😉 I kuźwa nie mam łyżki, więc i tak nie dam rady między skurczami tego chlipnąć, hehe, bo skurcze długie i częste. Ale ja GŁUPIA mówię: spoko, spoko, to na 100% jeszcze nie to, więc nigdzie nie dzwonię :-D, zdążę jeszcze przecież.

Wchodzi położna patrzy na mnie i mówi „O matko, to Panią już tak wzięło? Czemu nic Pani nie mówi? Taka tu cisza!” Myślę dalej, że to pewnie ściema jakaś i się wszystko zatrzyma – BOŻE, nie mogę sobie darować, że Piotrek przez moją głupotę faktycznie nie zdążył dojechać, hehe – śmiech przez łzy, z własnej głupoty. Przychodzi P. Agnieszka i bada – odchodzą wody – zielone. Rozwarcie 7 cm i właśnie w tym momencie mnie olśniło. Wzięłam telefon do ręki i pisałam SMSy – do Piotrka i Mamy: „odeszły mi wody”, „mam 8 cm rozwarcia ”, „9 cm – zaraz urodzę!”, „kochanie mamy piękną córkę”. Wszystko to pamiętam dokładnie, tylko czemu tak późno się obudziłam z tymi telefonami KURDE. Piotrek jak odczytywał ostatniego SMS-a to otwierał właśnie drzwi wejściowe do szpitala  

Po odejściu wód jakoś szybko wszystko się potoczyło. Pamiętam, że słuchałam się położnej i lekarki, a one głaskały mnie po kolanie i chwaliły za oddech i współpracę. Cudowna Pani położna – obserwuje naszą grupę wsparcia, Pani Anna Stachulska – Anioł nie człowiek, wtedy wydała mi się podobna do Pocahontas przez długie włosy . Mówiła do mnie: „Krzyknij sobie” a ja na to, że nie mam takiej potrzeby więc oddychałam grzecznie i parłam w ciszy. Dziewczyny obok z Sali mówiły później, że nie myślały, że poród może tak wyglądać – bez zająknięcia i bez odgłosów – moich w sensie.

Emilka dnia 03.10.2013 r. o godzinie 15:12 waga: 3 350 i 57 cm wyskoczyła jak z procy ze mnie . Trafiła na mnie i dostała buziaka ale musiała szybko uciekać bo była wykończona i cała sina – obwiązana pępowiną. A mną zajmowali się lekarze … Zostałam uśpiona na chwilę raz dwa w celu sprawdzenia blizny i obudziłam się przy ostatnim zaciąganiu szwa. Miałam 2 tylko na szczęście . Trwało to naprawdę szybko od momentu uśpienia, bo jak się obudziłam to właśnie na salę wszedł Piotrek i pomagał mi zejść z łóżka. Jak to mama stwierdziła: „ No tak, chłop to zawsze przyjdzie na gotowe :-D”.

Mega uczucie spełnienia dać radę, a po dzieciach widzę taką różnicę, że Miłosz po CC (nie wiem jaki to ma związek ale) do tej pory w nocy bardzo się wzdryga, tak jakby był wyszarpywany skądś.  Jak był mały to było tak co chwilę i nagminnie. Emilka zaś jest bardziej spokojna podczas snu .

Jeszcze jedno przychodzi mi do głowy. Zawsze czytałam, że bóle parte to odczucie jakby chciało się kupę 😉 Co prawda ja odczułam to chyba inaczej, ale słyszałam, że dziewczyny przy porodzie krzyczą, że chcą kupę właśnie wtedy ;-). Zawsze mówiłam, że to chyba głupie i jak tak nie będę mówić – powiem normalnie, że mam parte lub coś w tym stylu . Ale teraz już wiem, że przy takiej częstotliwości słowo: QPA jest po prostu najkrótsze i najszybsze do wypowiedzenia, hahahahaha.

Dodam jeszcze, że w szpitalu Klinicznym studenci są jak wiadomo normą i przy przyjęciu podpisuje się nawet dokument dotyczący tego. W CSK w Katowicach natomiast każdy student przed wejściem na salę najpierw pytał grzecznie o zgodę, więc bardzo mi się to podobało i należy się za to pochwała  

Dzieciaczki udało mi się wykarmić w miarę możliwości naturalnie Miłosz – 10 miesięcy a Emilka – 6 miesięcy ( ze względu na powrót do pracy).

Poród naturalny jest bez porównania dla mnie lepszy od CC – zaraz wstałam i mogłam robić wszystko Cudowne uczucie

Chcę podziękować całej załodze CSK Ligota – mimo, że już jakiś czas minął, ja zawsze będę was miło i ciepło wspominać! Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak dla nas matek taki Vbac jest ważny emocjonalnie – szczególnie po takiej traumie jak miałam wcześniej Takie szpitale i taka załoga przywracają wiarę w człowieczeństwo i służbę z powołania – KOCHAM WAS :-*

MOJE KOCHANE DZIECIACZKI

 dzieci

Cud (Wielka Brytania)

Vohla opublikowała swoją historię porodową w formie kilkudziesięciominutowego filmiku już jakiś czas temu. Dziś chciałabym ją przypomnieć, bo opowieść jest zaiste niesamowita.

Skurcze rozpoczęły się we wtorek wieczorem, ale narodziny nastąpiły dwa dni później. W międzyczasie skurcze zdążyły stracić na swej intensywności, a nastrój porodowy zdążył się załamać.

Ostatnią nadzieją miał być test z basenem. Ruszy czy nie? Wydawało się, że rusza. Nadzieja została wzniecona.

Jednak po kolejnych kilku godzinach wobec nikłego postępu porodu oraz słabych i rzadkich (co 10 – 15 minut) skurczy, Vohla, będąca z wykształcenia położną, wiedziała już, że poród odbiega od fizjologii.

Była rozmowa z doulą, pogodzenie się z koniecznością porodu w szpitalu, z wizją stymulacji oksytocyną i prawdopodobieństwem kolejnego cięcia.

A potem… potem była modlitwa o CUD. Przypływ aktywności. I nagle…. uczucie PARCIA!

Niewarygodne! A jednak prawdziwe – w badaniu szyjka rozwarta na 8 cm.

Jednak od tego momentu do urodzenia maleństwa minęło jeszcze sporo czasu. Faza parcia trwała 5 godzin!

Vohla urodziła zdrową córeczkę. Położne, wezwane pod sam koniec porodu, nie zdążyły dotrzeć przed jej pojawieniem się. Obyło się bez komplikacji zarówno dla dziecka jak i mamy.

Oto cała historia Vohli opowiadana przez nią samą:

Zachęcam też do odwiedzenia strony MamClub, gdzie znajdziecie dodatkowo zdjęcia porodowe Vohli: http://www.mamclub.pl/moja-historia-porodova/

 

Historia lubi się powtarzać….? (Francja)

Półtorej doby po pęknięciu pęcherza płodowego, po długim oczekiwaniu, po chwilach zwątpienia i z fantastycznym wsparciem położnej oraz męża.  Dziś szczęśliwa polska opowieść Kasi  we francuskich realiach.

 

26 miesięcy temu zaczeło się tak samo… 3 tygodnie przed wyznaczona datą porodu  straciłam wody i pojechałam na porodowkę. 26 miesięcy temu Eryk urodził sie przez cesarskie cięcie…
Tym razem, po wielu miesiącach psychicznych przygotowań do naturalnego porodu, książek i artykułów przeczytanych na temat VBACu mialo byc inaczej! A jednak zaczeło się tak samo i nie tak jak się mialo zacząć… Miało się zaczać skurczami, które jak najdłużej miałam „przeżyć w domu’’, żeby w ostatniej chwili pojechać do szpitala i tam już – za późno na znieczulenie – urodzić moją oczekiwaną Lenkę. A jednak historia lubi sie powtarzać…
O 3 nad ranem ze łzami w oczach budzę męża informując go, że znowu straciłam wody i nie mam skurczy. Prawdopodnie będę miała kolejną cesarkę. Byłam załamana. Wsiedliśmy do samochodu, zostawiając Eryczka z dziadkiem, który przyjechał na ten okres z Polski. W szpitalu standardowe badania, po których okazało się, że rozwarcie jest na pół palca. W moich dokumentach było napisane wielkimi czerwonymi literami: po cesarskim cięciu, chęć na VBAC. Położna mnie pociesza i mówi, że wczoraj rano przyjeła dwie panie w identycznej sytuacji jak moja i jedna urodziła „normalnie’’. Położyli mnie do pokoju i kazali czekać na skurcze… To były najgorsze chwile – czekanie na skurcze,  które się nie pojawiają. Po 24 godzinach ciągle nic… Wypadałoby, żeby poród sie zaczął, bo bez wód teoretycznie protokoły ze szpitala nie pozwalaja przetrzymywać dłużej niż 24 godziny. Ale ja byłam zdeterminowana a lekarze i polożne pozytywnie nastawieni. Po 28 godzinach od straty wod, w środe rano po obchodzie decyzja była podjęta. Psychicznie byłam nastawiona na cesarkę. W południe przyszła położna i zaprosiła mnie na salę porodową I powiedziala, że będę rodzić VBAC! Byłam tak zaskoczona, zmęczona po tylu godzinach czekania, że psychicznie nie wytrzymałam. Rozpłakałam sie i chciałam, żeby mnie już pocieli, bo ja nie wytrzymam jeszcze paru godzin porodu i bólu podczas skurczy. Polożna, Valérie (zapamietam tę kobietę do końca mojego życia!) wytlumaczyła mi, że 10 lat temu miała identyczną sytuację i udało się. Żebym spróbowała. Że zostawi mnie na 15 minut, żebym przemyslała czy chce rodzić VBAC, bo jeśli nie będę pozytywnie nastawiona to nie ma sensu i rzeczywiście najlepiej wtedy ciąć. Wyszła z porodówki i zostawiła mnie z mężem, który powiedział, że jeśli nie spróbuje teraz, to do końca życia będe mu marudzić… rozwarcie ciągle miałam na pół palca.
Po powrocie położnej, na nowo zmotywowana powiedziałam, że chcę próbować. Dostałam minimalną dawkę hormonów na wywołanie porodu dla kobiet po wczesniejszym cięciu, znieczulenie zewnątrzoponowe i viola  – zaczęło się. Co godzinę Valerié przychodziła, żeby sprawdzić jak poród postępuje. Znieczulenie od czasu do czasu przesawało dzialać i krzyczałam, żeby anestezjolog na nowo uruchamiał moją pompkę, która wstrzykiwałam sobie znieczulenie… ale bolało…. Valérie zmieniała mi pozycję, bo mała była ułożona plecami do moich pleców, więc dużo czasu spędziłam na czworaka, aby mała się obróciła.. przez 5 godzin doszlam do 5cm, wiec „standardowo’’ jak powinno być. Jedyna rzecz,  która mnie martwiła to to, że Valérie kończy zmianę o 19:00 i następna położna może będzie mniej przyjazna. Valérie na nowo zmieniła mi pozycję, tym razem na boku. O 18:00 wraca, bada mnie i zaczyna przygotowywać narzędzia do porodu. Z meżem nie rozumiemy, co się dzieje, a ona że za chwile bede przeć!!! Przez godzinę z 5 cm zrobiło sie 10cm.
Udało sie! Po 30 minutach, bez nacięcia, miałam Lenkę na rękach – zadowolone maleństwo, które patrzyło na mnie wielkimi oczami, possało cyca przez 3 minuty i usneło sobie spokojnie na mnie… Tego dnia nie zapomnę do końca życia, jak również mojej polożnej Valérie.

Niebo a ziemia vs vbac a cc (Warszawa)

Znów z opóźnieniem, ale znów wspaniała i inspirująca – historia porodu Asi, która szczęśliwie urodziła drogami natury w warszawskim szpitalu na Madalińskiego 21 miesięcy po cięciu cesarskim.

Chciałam opisać moją przygodę przeżycia i pojawienia się naszego drugiego synka Tymoteusza w 2015 r, po pierwszej ciąży w sierpniu 2013 r zakończonej cc z powodu położenie miednicowego. Termin był na 18 czerwca. Cała ciąża przebiegała ok i synek ułożony prawidłowo nie jak w 1szej ciąży miednicowo. Od 30 tg zaczęłam się zastanawiać jaką decyzję podjąć co do rodzaju porodu. Trafiłam na ciekawą stronkę vbac czyli vaginal birth after cesation, w której rozczytałam się w opowieściach mam, które urodziły sn po cc i oglądałam parę filmików, które dały mi do myślenia i powoli dodawało otuchy do podjęcia decyzji i SN.

Chciałam zyskać:

  1. Szybko dojść do siebie po porodzie by móc zajmować się od razu maleństwem i starszym niespełna 2 letnim dzieckiem,
  2. Zyskać jak najwięcej dobroczynnych skutków sn dla Tymusia typu zasiedlenie przez bakterie mamy, przejście przez kanał rodny i wyciśnięcie z płuc wody owodniowej, od razu kontakt skóra do skóry itp.
  3. Spełnić swoje marzenie i zmierzyć się po kobiecemu z wyzwaniem porodu,
  4. Zrobić wszystko co w mojej mocy by uniknąć cc

 

 

Rozpoczęłam więc przygotowania do sn: picie herbatki z liści malin w 34 tg, łykałam olej wiesiołka i tez aplikowałam dopochwowo ale po herbatce brzuch mi twardniał i czułam bolesne skurcze, choć delikatne to tak jakby mi się okres zaczynał i po około 3 dniach odstawiłam herbatkę, skurcze zanikły. Olejek dalej stosowałam a do herbatki wróciłam po skończonym 36 tyg, ok 3 kubki dziennie.

27 maja godzina 15 i brzuch staje mi dęba i tak co 15 min. Piszę do męża sms: próba mikrofonu albo Tymek sobie żartuje albo powoli się zbiera do nas. Starszy synek wraca 15:30 daję radę go odebrać i się nim zająć pomimo tych bezbolesnych choć niekomfortowych skurczy. Wraca mąż 17:30, skurcze nie przechodzą, kładę się odpocząć a one nadal się pojawiają. Biorę też kąpiel 40 minut jak uczyli w szkole rodzenia ale skurcze wcale nie przechodzą. Łykam 2 nospy max i tez nic. Idę wcześniej spać ok 21. Wcześniej układam chronologicznie i w skoroszycie wszystkie dokumenty już skompletowane by nie szukać na IP. Cały czas czuje ten twardniejący brzuch aż do 00:50 kiedy po raz pierwszy poczułam ból jak na okres w dole brzucha i w lędźwiach. Zerkałam na zegarek i pojawiał się regularnie co 10 min. Wytrzymałam tak leżąc do godziny pierwszej i wstałam mówiąc do męża, że to raczej będzie dziś.

Poszłam dopakować resztki do torby do szpitala typu poduszka kojec w kształcie litery C, na której spałam itp, za jakiś czas wstał mąż i też nie mógł zasnąć już z wrażenia więc poszedł spakować rzeczy do samochodu. Czas mijał a skurcze cały czas były regularne, próbowałam przespać się pomiędzy bo nie wiedziałam jak to dalej się potoczy i jak rozłożyć siły. Mąż od pewnego momentu zaczął mi masować plecy przy skurczu i było trochę lżej. Tak minęła noc, męża poprosiłam by został ze mną i nie szedł do pracy a był to czwartek. Synek poszedł do niani. Do godziny 9 rano trwały regularne skurcze co 10 min i zadzwoniła znajoma. Jak zaczęłam chodzić w trakcie rozmowy tel, to skurcze zanikły na około godzinę więc po parunastu minutach rozmowy dowiedziałam się, że są to skurcze przepowiadające i pewnie jeszcze daleko do porodu. Zasmuciło mnie to, że już tyle bolesnych skurczy i godzin za mną a to nie to i mąż wziął wolne a jak poród zacznie się dopiero w następnym tygodniu? No nic, mąż poszedł się zdrzemnąć ja też spróbowałam. Nasz starszy synek odesłany do niani więc czas się zregenerować skoro skurcze ustały. I tak drzemałam około godzinę do 10 a od 10 godz znów wróciły regularne i silniejsze skurcze. Z powodu już sporego zmęczenia poprzednimi skurczami spałam nadal pomimo bólu, na który się budziłam delikatnie i znów zasypiałam. To trwało do ok godziny 11 kiedy udałam się do toalety i nadal skurcze. Wydawało mi się, że coś wypadło ale nic nie zauważyłam więc machnęłam ręką i udałam się w stronę wyjścia z wc i nagle w coś wdepnęłam skarpetą…… zdziwiłam się co takiego miękkiego leży na podłodze, może jakaś zabawka starszego syna? zapalam światło podnoszę stopę i widzę na skarpecie spory kawałek galarety delikatnie podbarwionej na różowo. To był czop śłuzowy. Naśmiałam się bo skojarzyło mi się to z tymi żelowymi wkładkami do powiększania biustu ale zarazem też ucieszyłam się, że coś się dzieje i idzie do przodu. Znów tel kolejna kol, która rodziła w lutym br. Rozmawiamy i skurcze znów zanikły. Skarżyłam się jej,że nie wiem jak rozłożyć siły i że wszyscy mówili mi do tej pory włącznie z położną, że to może dopiero za parę dni się zacząć, że to macica ćwiczy i się przygotowuje. Szczerze miałam dość takiego ćwiczenia i nadal byłam niespokojna i co tu robić by sprawdzić co się dzieje, położna powiedziała że w szpitalu na Madalińskiego ma właśnie dyżur i jest sajgon: panie czekają na korytarzu więc odradza przyjechanie w tym czasie. Zadzwoniła kolejna znajoma i poradziła bym pojechała do szpitala w Pruszkowie i zrobiła KTG, dobry pomysł, na miejscu i powiedzą co się dzieje faktycznie a nie z przypuszczeń. Mąż więc zabrał sie za szukanie nr tel do szpitala na Wrzesinie czyli w Pruszkowie a na stronie internetowej jak byk, że szpital się czyści do końca maja. Bu no i co tu robić, zadzwoniliśmy do Enel-Medu a tam czeka się 2 dni i trzeba mieć skierowanie- znów nic. Zostaje jeszcze Babka Medica, w której robiłam wszystkie badania w ciąży. Umówili nas na 15:25 więc musielibyśmy wyjechać godzinę wcześniej by być na czas i tak się umówiliśmy z mężem. Mąż ugotował mi ponownie udko kurczaka i rosół, który pochłonęłam szybciutko bo skurcze mnie też wygłodziły i osłabiły. Ok godziny 13.45 położyłam się by wypocząć i zdrzemnąć się chwilkę przed wyjazdem. Obudziłam się 14:10 w samą porę, pomyślałam i już zbierałam się by wstać i znów skurcz. Byłam w pokoju dziecięcym gdzie jeszcze mamy swoje łózko małżeńskie. Zdążyłam wstać i oprzeć się o mebelki dziecięce i poczułam, że coś mi wypływa powoli więc kontrolnie zdjęłam spodnie by sprawdzić i wtedy odeszły mi wody, na szczęście nie na wykładzinę tylko na puzzle podłogowe starszego syna i nie na spodnie bo wcześniej zdążyłam zdjąć:). Zawołałam męża a on dzielnie przybiegł i posprzątał po mnie:) To był jeden z najzabawniejszych momentów bo chlusnęło ze mnie i czułam się dosłownie jak krowa na łące, która podnosi ogon i sika fontanną. Taki obraz mi powstał w głowie. Oczywiście ucieszona, hura!!!!!!!zaczął się pierwszy okres porodu więc to dziś będzie i to nie były tylko skurcze przepowiadające.

Poszłam więc do toalety i znów skurcz, o rety są co 7 minut więc piszę do położnej co się dzieje, oddzwania i mówi bym na spokojnie się spakowała co uczyniłam już w nocy, zjadła coś, wzięła kąpiel i za godzinę wyruszała lub jak będą skurcze co 5 min to wcześniej. Wstałam i znów skurcz i znów ten sam obraz krowa na łące sikająca fontanną tym razem na kafelki w łazience:) Mąż poszedł coś zanieść do garażu a ja widzę że skurcze nadal co 5 min. Więc sprawdziliśmy listę postępowania w razie rozpoczęcia porodu i wyruszyliśmy do szpitala. W aucie podroż około 40 min, skurcze coraz silniejsze i boleśniejsze co 7 lub 10 min i nadal ze mnie odpływały wody przy każdym skurczu. Na szczęście założyłam spodnie piżamowe i podkład na siedzenie w aucie. Jak dojechaliśmy byłam mokra do kostek wręcz. Swoją drogą dziwnie się idzie w mokrych spodniach wśród ludzi. Na IP byłam prawie godzinę, masakra, zawiesił się system i nie drukowały się moje poprawne dane tylko stare z poprzedniego porodu. Przyjechałam o 16:20 z rozwarciem na 2 lub 3 cm wg badania ginekologicznego, nadal ze mnie leciało przy skurczach. O 17:20 w końcu trafiam na blok porodowy. Byłam już tak zmęczona, że słabo pamiętam ten czas. Niestety nie było wolnej sali więc musieliśmu czekać 1,5 godziny na korytarzu. Parę skurczy na korytarzu, wypełniłam jakieś doksy, zbadano tętno dzidzi i przyszła nasza umówiona położna – była nadal na dyżurze ale o 19 kończyła i miała się już tylko nami zająć, zabrała nas do sali pooperacyjnej zanim zwolni się sala porodowa. Uf w końcu łóżko i mogłam na kucaka na nim się oprzeć na worku sako. Kolejne skurcze coraz mocniejsze, mąż masuje mi plecy daje to ulgę ale nie zmniejsza bólu. W sumie byłam tak zmęczona, że ten czas minął mi jak 20 min a w rzeczywistości było to 1,5 godz. W tej sali pooperacyjnej położna przyniosła piłkę, na której mówiła by skakać. Podłączyła ktg, zaaplikowała wenflon, pierwsza próba nie udana i krew się tylko w próbówce podczas pobrania pieniła. Druga próba udana, pobrana krew. Godzina 19 i położna już tylko dla nas, rozpoczyna się skakanie na piłce, masaż sutków by wywołać regularne skurcze jako że mi ciągle zanikały albo zwalniały, podłączona do ktg, na plecach z gorącym termoforem do łagodzenie bóli krzyżowych. Zaraz potem przeszliśmy na salę porodową, nazywała się cynamonowa, pomyślałam o fajnie bo lubię cynamon:)

Do momentu znieczulenia czyli do 21 pamiętam ten czas jak przez mgłę. Pierwsze badanie i słyszę że mam jakąś kość chyba ogonową zakrzywioną dlatego mnie tak mocno boli i szyjka macicy też jest wygięta. Więc pomyślałam aha to się nie uda przez te atrakcje. Trochę w kuckach na łóżku parę skurczy, potem nadal skakaliśmy na piłce, położna walczyła masażem sutków o regularne i dłuższe skurcze. Podpytałam męża co w tym czasie się działo bo ja już byłam tak umęczona. Pamiętam też, że chyba na początku zadała pytanie co robimy ze znieczuleniem ja odpowiedziałam, że bez na pewno nie dam rady. Położna to bardzo radosna osoba ja już nie miałam siły ale w duchu się uśmiechałam np. gdy zapytałam czy np. te codzienne porody i masaże sutków nie wpływają na nią a odpowiedź była następująca: „Mnie kobiety nie kręcą:) „ szkoda że nie miałam siły się śmiać. Mi generalnie chodziło o to czy na jej postrzeganie własnej seksualności nie wpływa i nie oziębia np. He he. Potem już nawet w duchu się nie uśmiechałam bo ból przy skurczach był tak rozsadzający nieznośnie, tak promieniujący, że traciłam panowanie nad ciałem i oddechem, łzy mi same płynęły i wtedy pomyślałam- nie dam rady…. naprawdę już nie dam rady……

To było okropne, ból jakby przejął kontrolę nad moim ciałem. To był najgorszy moment jaki pamiętam. Powiedziałam ostatnimi siłami „czemu to tak boli, kto to wymyślił” i „ja chcę tylko spać”. Wtedy położna mnie zbadała bo widziała, że robię się już jak warzywko lejąca z bólu. Na badania na łóżku oczywiście znów polały się wody. Położna była naprawdę delikatna i współczująca i zapowiadała, że np. jeszcze trochę bym wytrzymała, że zaraz kończy. Przy skurczu rozwarcie było na 6cm więc poszła po anestezjologa. Przyszedł pan z panią, pan wytłumaczył mi na czym to ma polegać, co się może ze mną dziać i co po kolei będą robić, i czego ja mam nie robić zwłaszcza w momencie skurczu oraz możliwe i rzadkie skutki uboczne. W trakcie znieczulenia złapały mnie ze 2 skurcze ale przygotowałam się na nie by się nie ruszać – złapałam mocno męża obie ręce i ściskałam max i pomogło. Był moment kiedy mocno mnie zakuło w plecach i bezwarunkowo prawie podskoczyłam za co zostałam upomniana, że takie coś może się źle skończyć. Po podaniu znieczulenia stresowałam się, że znieczulenie przestanie działać i nie wytrzymam pod koniec porodu, położna mnie uspokoiła, że dopóki nie urodzę nie odłączy pompy ze znieczuleniem. Przy opowieściach o porodach słyszałam o takim momencie że robi się zimno zwłaszcza w stopy i ja ten etap osiągnęłam już przed znieczuleniem choć nie byłam tego świadoma przez dotychczasowy ból. Skutkiem ubocznym zzo jest ciepło w nogach i stopach, co mi się podobało bo to było miłe mieć ciepłe stopy. Jedna noga prawa moja była bezwładna i śmiesznie jak zmienialiśmy pozycję z boku na bok na łóżku to ona mi uciekała:) śmiesznie to wyglądało z mojej perspektywy. Znieczulenie zadziałało i to była najwspanialszy moment porodu, błogi…..

Na pytanie od 1 do 10 jak silne miałam skurcze odpowiedziałam 9/10 a na ile oceniam znieczulenie w tej samej skali to było mocne 9:). Zgaszono światła, mąż puścił ulubioną muzykę, położono mnie na boczku przykryto kołdrą i odpoczywałam, nabierałam sił przed ciężką pracą, ze 3 razy nawet zasnęłam w ciągu tej godziny, słyszałam jak za ścianą pani rodząca krzyczy i jak krzyczy jej nowo narodzone dzieciątko ale nie miałam sił by coś powiedzieć. Położna siedziała obok łózka i monitorowała ktg. To był najwspanialszy czas porodu taki błogi, że trudno ująć w słowa. Leżałam tak do 22 ale o 22 wcale nie czułam się już na siłach ani zregenerowana więc położna widząc mnie dętkę pozwoliła jeszcze pół godziny na ten stan ale już skurcze i ich bolesność zaczęły się nasilać niektóre nawet bardzo. O 22:30 przystąpiliśmy do ciężkiej pracy, szyjka macicy stanęła na 8cm i była twarda a skurcze parły więc położna zaproponowała jakiś lek, który miał ją zmiękczyć szyjkę by nie pękła, jednak była obawa z powodu, że to lek rozkurczowy, martwiła się czy moje nieregularne skurcze nie zanikną. Udało się, nie zanikły, tych bóli nie potrafię opisać choć też były mocne jak poprzednio to po prostu nie pamiętam. Pamiętam jedynie jak usłyszałam jest 10 cm to zaczynamy a ja taka zdziwiona już? Jest 10? nie mogłam w to uwierzyć udało się!!! dobrnęłam do drugiego okresu porodu. Jupi!!!!. Położna zrobiła przemeblowanie, zdjęła kołdrę i rozłożyła koniec łóżka porodowego w takie ginekologiczne z oparciami na nogi. Wyglądało to śmiesznie z mojego pkt widzenia jakby rozkładała samolot. Potem przystawiła stolik na dzieciątko jak się urodzi i wtedy zrobiło mi się tak miło i przyjemnie i dodało mi powera, że to już niedługo na pewno nie dłużej niż 2 godziny i zobaczę mojego niepokornego synka. Nie wiem, w którym momencie słyszałam, że główka wstawia się trochę nie tak jak trzeba. Po tym w duchu rozmawiałam z synkiem, by wstawił się jak trzeba i miałam taką nadzieję, że to słyszy i o dziwo poprawił się i wstawił prawidłowo. Oczywiście położna manewrowała mną odpowiednio by pomóc, tak samo w pewnym momencie dobrała taką pozycję by odciążyć bliznę po cc i co jakiś czas pytała czy mnie tam nie boli więc w moim odczuciu troszczyła się o tę kwestię. Potem to już pamiętam urywki, jak mąż trzymał mi lizaka w buzi i wyjmował na skurcze, że skurcze bolały inaczej bardziej znośnie choć nadal mocno. W pewnych momentach krzyczałam, żeby wykrzyczeć dziecko ale po paru dosłownie razach tak mnie gardło bolało i też coś położna powiedziała, żeby bardziej to w siebie ten krzyk brać i nie tracić energii. Posłusznie posłuchałam. Dalej tak jak w 1 etapie się zapowietrzałam z bólu ale jak mąż oddychał za mnie i z boku też położną słyszałam to mega ogromnie pomagało wrócić na odpowiedni tor oddechu. Tak w drugim etapie znów miałam kłopot z odpowiednim oddechem, gdyż trzeba było przeponą i nie nabierać w usta jak chomik powietrze, tylko w brzuch i przeć i tak 3 razy pod rząd i zazwyczaj przy trzecim albo się zapowietrzałam albo skurcz mi mijał. Poza tym Tymek stanął w newralgicznym miejscu i jak parłam to szedł do przodu ale jak przestawałam to się cofał tak jakby nie mógł przejść najwęższego miejsca. Brakowało ze 3 cm do wyjścia, słyszałam, że dziecko ma dużo czarnych włosów, mąż mógł sobie zerknąć na główkę synka a ja zapytałam czy nie można go za te włosy wyciągnąć? Chciałam już żeby się skończyło i było mi obojętnie jak. Położna mi bardzo dopingowała i krzyczała w pozytywnym sensie dopingu w trakcie skurczy co naprawdę pomagało. Niestety Tymonek nie mógł się ruszyć a ja słabłam. Dostałam oksytocynę dożylnie. Położna zadzwoniła po panią dr Kasię, położna stała nade mną dzwoniąc. Pamiętam ten moment doskonale bo nie wróżył nic dobrego i ja pomimo wycieńczenia doskonale o tym wiedziałam. Chodziło o próżnociąg choć słowo te nie padło z niczyich ust. Przyszła pani dr i były 3 próby by mogła oszacować, słyszałam, „no nie da rady a druga na to no widzę, że nie da rady”. Usłyszałam:” trzeba będzie naciąć” z czego nie byłam zadowolona ale powiedziałam no dobra trudno. W momencie parcia otworzyłam instynktownie oczy i widziałam jak położna się skupia miną i tnie krocze więc zamknęłam szybko oczy by dalej nie widzieć co robi. Nic nie czułam, choć widziałam w którym momencie to robiła, nawet nie czułam, że mnie dotyka. Koncentracja na parciu bólu i skurczu jest tak wielka, że reszty nie czuć zupełnie. Był taki moment w ostatnich minutach, że położna już nie wierzyła, że się uda i to też nie było wyartykułowane ale ja to tak mocno czułam i trochę podcięło mi to skrzydła, skoro położna już nie wierzy to się nie da. Ale położna ambitna osoba i pomimo powiedziała ok, to ostatni raz próbujemy ale czułam w głosie że to takie próbujemy by mieć czyste sumienie ale się i tak nie uda. A więc 0:54 29.05. 2015 r w sali cynamonowej na Madalińskiego wyglądał tak.

Mówię idzie skurcz, pani dr złapała mnie mocno za nogę lewą i przygięła, położna zrobiła to samo, pani dr oparła się jeszcze za brzuch ale jak i co robiła już nie wiem, mąż podał mi rękę za którą chwyciłam obiema swoimi rękoma, drugą ręką przygiął mi głowę do klatki piersiowej. Ustawienie tych 3 osób względem mnie trwało może ze 2 sekundy jak zbliżał się skurcz. Jednym słowem złożono mnie jak kanapkę na pół i przyszedł skurcz, zaczęłam przeć i słyszałam jak położna entuzjastycznie i radośnie głośno krzyczy co dodało mi sił. Pani dr też coś mówiła ale nie pamiętam już co i nagle słyszę: „o jest głowa i wychodzi z ręką na głowie dlatego tak opornie”. Na drugim parciu słyszę „jest ręka i ramiona” co odczułam bardziej bo szersze o 1 cm od główki były i na trzecim wyszły nogi.

 

JEST. URODZIŁAM TYMOTEUSZA:)!!!!!!!!!!!!

 

Te ostatnie wychodzenie w moim odczuciu było podobne jeśli ktoś pamięta z cc to do tego szarpania na stole jak wyjmują dziecko, niby nie boli ale takie nieprzyjemne.

Słyszę znów: „o nie jest taki mały”, spodziewaliśmy się 3 kg po ostatnim usg. Jak wyszedł z brzucha i widziałam jak położna go trzymała w ręku to powiedziała: „obiecałam, że dostaniesz klapsa jak wyjdziesz za to, że tak opornie wychodziłeś to masz i klaps w tyłek” Też miałam ochotę mu dać klapsa za to, że się ociągał , he he i buch

 

TYMOTEUSZ 3480 kg 57 cm LĄDUJE NA MOIM BRZUCHU I KRZYCZY.

 

Był dla mnie taki mały i taki przyjemnie ciepły, że aż mnie coś za serce chwyciło:)

Tata przeciął pępowinę na 2 i położna stwierdziła, że spotkamy się jeszcze raz na co ja zapewniłam o nie, nie będzie już następnego razu.

Reszta nie do opisania….

Potem szycie ze znieczuleniem miejscowym, 3 okres czyli poród łożyska. Razem z mężem chcieliśmy zobaczyć jak wygląda a położna nam zademonstrowała dokładnie jak w brzuchu było ułożone i szok takie coś i w nim 9 miesięcy dziecko siedzi i nie przerwało się a takie cienkie a łożysko jak mięsna meduza:)

 

Wnioski, żałuję, że za pierwszym razem nie było dane mi to przeżyć, by za drugim razem jeszcze lepiej się przygotować siłowo i oddechowo przede wszystkim.

Czuję się mega dumna i szczęśliwa jak nigdy w życiu.

Moje marzenie jako kobiety, żony i matki się spełniło, choć przy pierwszej ciąży zostało mi to odebrane co bardzo przeżywałam emocjonalnie. Tym razem się udało i to naprawdę się udało i bez większej ingerencji. Nigdy nie myślałam, że będę zdolna takiemu wyzwaniu stawić czoła i wygrać w 100% unikając przede wszystkim cc jak i próżnociągu, choć sekundy od niego dzieliły.

Jednym słowem czuję się spełniona choć nadal nie wierzę, że urodziłam naturalnie i dałam radę przy moim niskim progu bólowym:)))).

Asia