Archives

Próba porodu pośladkowego po 2cc (Wrocław – Warszawa)

Znam nie mało świadomych i pełnych determinacji kobiet. Ale mądrość i samozaparcie Kasi wprawiły mnie w szczery podziw. Oto co znaczy zrobić ABSOLUTNIE WSZYSTKO, żeby dać sobie i swojemu dziecku szanse na naturalny poród. Ta historia pokazuje też, że „zrobienie wszystkiego, co możliwe” nie musi oznaczać fanatyzmu czy narażenia siebie lub dzieciątka na niebezpieczeństwo. Mam cichą nadzieję, że Kasia będzie inspiracją i przykładem dla niejednej z Was.

To co przed…

Historia moich porodów zaczyna sie 5 lat temu, kiedy to byłam w ciąży z moją pierworodną, Wiktorią. Całe życie słyszałam, że nie mam wyjścia i musze rodzić przez cc z powodu mojej krótkowzroczności (-11). Przepłakałam cała ciąże, ale wszyscy dookoła mnie mówili, że nie ma wyjścia. Do szpitala trafiłam w 32 tygodniu ciąży, przerażona i zaskoczona. Na dwa tygodnie udało się wstrzymać porod i w 34tc z 6 cm rozwarcia, z okropnymi bólami krzyżowymi pojechałam na cc. Wiktorię zabrano do inkubatora a ja zobaczyłam ją dopiero po 26h….. 26 dłuugich godzinach, które przepłakałam błagając, by ktoś zawiózł mnie do dziecka.

Kiedy rok po porodzie zmieniłam okulistkę okazało się, że moje oczy są w dobrym stanie i mogę rodzić naturalnie. Nie mogłam w to uwierzyć, byłam przeszczęsliwa…i kiedy 2,5 roku po pierwszym cięciu zaszłam w kolejną ciążę wiedziałam czego chce z całego serca….naturalnego porodu. Zaczęłam szukać informacji….poród bez parcia, poród w pozycji wertykalnej –  wiedziałam, że może to pomóc odciążyć wzrok. Zapragnęłam czegoś więcej….poczułam ze poród domowy to moje marzenie…bez lęku, krzyku, strachu…ze spokojem, w swoim domu, z dzieckiem przy mnie od początku. Znalazłam położną, dla której mój stan po cięciu nie był problemem – wspaniałą, mądrą i doświadczoną kobietę. W 14 tc zadzwoniłam i ustaliłysmy, że spotkamy sie dopiero pod koniec ciąży… Wszystko było idealnie… Ja wczytywałam się w mądrą vbac’ową i “pro-domową” literaturę, chodziłam na jogę, czekałam na wymarzony poród. Ale życie pisze różne scenariusze….

W 19tc jak grom z jasnego nieba diagnoza – potworniak kości krzyżowo-guzicznej u dziecka. 3 miesiące spędzone w szpitalu i walka o maleństwo….wiedziałam, że niestety nie mam szans na poród naturalny –  guz był coraz wiekszy i nie urodziłabym drogami natury. Rozumiałam to… wiedziałam, że nie ma wyjścia… Moja córka, Lea, zaczęła rodzić się w najgorszym momencie – podczas sobotniego dyżuru. Jadąc na sale operacyjną okazało się, że jest juz 5 cm rozwarcie. Byłam przerażona, to był 30tc, a Lea potrzebowała operacji, której nie chciał się podjąć żaden dyżurny lekarz. Płakałam, a położne krzyczały i wyśmiewały… Anestezjolog wbijał się w kręgosłup 7 razy zanim udało się mnie znieczulić. Moja córeczka urodziła się i po kilku godzinach walki zmarła… A mi wycięto “na wszelki wypadek” zdrowy jajnik. Po cięciu czułam, że nie tylko straciłam córkę, ale zostałam też bezsensownie okaleczona. Po porodzie kolejna trauma – podejście personelu do mnie, brak wsparcia…. ten czas wspominam okropnie…

Wreszcie po 8 miesiacach zaszłam w kolejna ciąże.

To co w trakcie…

Byłam przeszczęśliwa i czułam, wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Na początku przekonałam mojego sceptycznego ginekologa do wspierania mnie w dążeniu do vba2c 🙂 Do 34 tc czułam, że MAM TĘ MOC!! I na pewno mi sie uda. Czułam, że ktoś ( Lea? ) nade mną czuwa i wszystko uklada się po mojej myśli. Pod koniec pierwszego trymestru zadzwoniłam do położnej i okazało się, że jeśli blizna będzie gruba, dziecko nie za duże i spełnie jeszcze kilka innych warunków rodzimy w domu 🙂 Mój partner był też podekscytowany tym faktem. Przygotowania do porodu domowego szły pełną parą.

W 34 tc dzidzia wciąż była głową w górę więc zajęłam się namową niesfornego brzdąca do obrotu. Codziennie ćwiczenia, masaże [w tym technika Bowena, przyp. red.], wizualizacje, rozmowy z dzieckiem, pływanie, przypalanie małego palca moksą, okładanie się lodem i świecenie światłem….próbowałam wszystkiego…bez skutku… Około 36tc znalazłam opcje obrotu zewnętrznego w Pyskowicach. Cudownym zbiegiem okoliczności udało się skontaktować z ordynatorem i pojechaliśmy. Sam obrót wspominam dobrze. Nic nie bolało….ale niestety też sie nie udało…. Mała zazwyczaj wypychająca głowę przez żebra jakby specjalnie ją schowała i nie dało się jej obócić. A kiedy nawet udało sie prawie…. wróciła do swojej ulubionej pozycji.

Czas uciekał a ja coraz bardziej była przerażona. Zaczęłam przygotowywać się na opcję cięcia. Obdzwoniłam wszystkie okoliczne szpitale … i nigdzie nie można było mieć dziecka obok siebie po cięciu i w nocy….znalazłam w końcu szpital oddalony o 60km, który spełniał te wymogi ale…. w razie czego nie było opcji vbac ( ciagle miałam nadzieję, że malutka obróci się na pierwszych skurczach).

Wiedziałam, czego nie chcę – porodu na zimno. Wiedziałam że będę czekać do rozpoczęcia się akcji. Ale wciąż to cięcie nie dawało mi spokoju. Jak to –  zdrowa ja, zdrowe dziecko i mamy się dać pociąć TYLKO dlatego, że mała jest obrócona pupka? Zaczęłam szukać informacji o porodzie pośladkowym i coraz bardziej utwierdzałam sie w przekonaniu, że dam radę:) Pozostało znalezienie lekarza. Co było najtrudniejszą częścią tego planu. I znów niesamowite wydarzenie. Napisała do mnie pewna osoba, żebym zapytała w św. Zofii. Był wtorek, dzień po terminie wg OM, wiedziałam że wtedy dr Puzyna ma dyżur w przychodni… Zadzwoniłam i usłyszałam, że dobrze, ale jeszcze tego dnia do 19.00 mam się stawić w przychodni na kwalifikacji. Szybko spakowaliśmy walizki, zabraliśmy z przedszkola starszą córkę i ruszyliśmy do Warszawy. 18.50 byliśmy na miejscu…i zostałam zakwalifikowana 🙂 Do pośladkowego porodu po 2cc. Pozostało czekać na rozpoczęcie akcji.

Poród…

W czwartek skurcze były już intensywne i częste, pojechaliśmy więc do szpitala….Na IP wiedzieli już kim jestem i zadzwoniono po ordynatora. Szybkie badanie i usg, i pojechaliśmy na górę. Tam czekał już ordynator osobiście i, choć nie robi już tego na codzień, powiedział, że sam przyjmie mój poród. Czułam się bezpiecznie z takim lekarzem… Bezpiecznie na tyle, że nie dojdzie do bezsensownego cięcia bez wskazań. Sala porodowa była niesamowita… czułam się jak w spa… Personel miły, uśmiechnięty…. Było to odwrotnością moich doświadczeń. O wszystkim mnie informowano… na wszystko pytano o zgodę. Położna była ze mną tyle ile trzeba…ani za długo, ani za krótko. Ale mimo wszystko czułam, że się zablokowałam….skurcze przestały być tak mocne i częste…rozwarcie nie postępowało. Zaczęłam podkrwawiać. Po 6h okazało się, że CRP wzrosło do 60 i wtedy moje marzenie się zakończyło… pojechałam na cc…. ale pozwolono tatusiowi byc przy mnie w czasie operacji. Malutka po wyjęciu i zważeniu była przy mnie. Przytulaliśmy się w trójkę podczas szycia….

12721649_10201377467674858_56238344_n

Po wszystkim zostałam z nią cała noc na sali pooperacyjnej. Była przy mojej piersi. Mimo że moje marzenie się nie spełniło, miałam dobry poród.

Mam nadzieje ze vba3c się uda 🙂

Mój piękny udany VBAC (Zielona Góra)

VBAC w Zielonej Górze też możliwy:) Dziś wzruszająca historia Marty:

We wrześniu 2013 roku przez cc przyszedł na świat nasz długo wyczekiwany synek. Staraliśmy się o dzidziusia dwa lata i w końcu się udało. Mały był ułożony pośladkowo, więc  o porodzie siłami natury nie było mowy. Mój lekarz prowadzący nawet nie wspomniał o próbie obrotu wewnątrzmacicznego. Po prostu – cięcie i już, cesarka i po sprawie…  Jestem  dość drobną osobą – 155 cm wzrostu i 46 kg, więc moja pani doktor chyba nie wierzyła, że jestem zdolna urodzić naturalnie. W tamtym czasie byłam tak zestresowaną przyszłą mamą, tak długo czekaliśmy na dzidziusia, że nawet nie pytałam, czy są jakieś metody aby pomóc dziecku obrócić się główką w dół. Lekarka nastraszyła mnie, że nie możemy czekać aż akcja porodowa się sama rozpocznie, nie możemy czekać do terminu porodu, tylko musimy wykonać cięcie po skończonym 39 tygodniu ciąży, ponieważ… tu cytat: „nie możemy pozwolić, by pierwsze urodziły się nóżki – to za duże ryzyko”. Do tego od 16 tygodnia ciąży miałam skurcze przepowiadające, które nie były bolesne, ale w mojej głowie oznaczały najgorsze – przedwczesny poród. Oczywiście uwierzyłam mojej lekarce i zgodziłam się na planowane CC. Podczas operacji atmosfera w szpitalu była bardzo pozytywna i optymistyczna – lekarze mili, opieka położnych super, znieczulenie zniosłam bardzo dobrze i cały zabieg również. 20 minut po wszystkim dostałam dzieciątko do piersi, z karmieniem nie było problemów. Wstałam 12 h po CC (bolało jak cholera), w pełni doszłam do siebie tydzień później. Synek okazał się być dzieckiem raczej płaczliwym, niespokojnym, miał problemy z zaśnięciem i strasznie ulewał. Nie uznawał żadnych smoczków, tylko pierś go uspokajała.

Po odstawieniu od piersi, miesiączka powróciła po 3 miesiącach. Poszłam więc na wizytę do ginekologa, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Moja pani doktor stwierdziła, że wszystko jest w porządku, ale to cykl bezowulacyjny. I tak w cyklu „bezowulacyjnym” zaszłam w drugą ciążę. Dokładnie, gdy straszy synek miał 1,5 roku.  To było wielkie zaskoczenie. Mąż – wniebowzięty, ja – przerażona, ale w głębi duszy szczęśliwa, że tym razem bez problemów, bez faszerowania się hormonami udało się zajść w ciążę. Dodam, że przez ten czas z blizną nie miałam żadnych problemów, żadnych dolegliwości. Od razu powiedziałam lekarce, że chce urodzić SN. Ona się zgodziła, jeśli będą spełnione pewne warunki: odpowiednia grubość blizny, odpowiednie ułożenie dziecka, poród rozpocznie się sam i będzie postępował prawidłowo, zapisy ktg będą dobre. Pełna nadziei trwałam w swoim przekonaniu całą ciążę. Do 30 tygodnia córeczka również była ułożona pośladkowo, co trochę mnie martwiło, ale w końcu się obróciła!:) Moja blizna nie była specjalnie gruba, ale była na całej długości jednolita, pod koniec ciąży miała około 2 mm. Pani doktor przykazała, że jeśli tylko się coś zacznie, mam szybko jechać na izbę przyjęć, bo stan po CC to zagrożenie dla zdrowia i życia mojego i dziecka i blizna może się szybko rozejść, więc muszę być pod stałą opieką medyczną, jeśli chcę spróbować rodzić siłami natury. Przykazała również, że jeśli się nic nie rozpocznie do terminu porodu, to idę pod nóż.

Jakieś dwa tygodnie przed terminem porodu zdecydowałam się na opiekę prywatnej położnej – to był strzał w 10. Czułam się bezpiecznie i czułam, że mój VBAC może się udać. Sądzę, że w pojedynkę nie miałabym szans – w szpitalu nastraszyliby mnie i pocięli. Położna poradziła, by pić liście malin i przytulać się do męża. Zastosowałam się do rad i 16 stycznia 2016r. zaczął mi odchodzić czop śluzowy. Trochę mnie jednak martwił fakt, że oprócz śluzu pojawia się żywa krew. Miałam w głowie najgorsze – pęka mi macica lub odkleja się łożysko. Na szczęście moja położna uspokajała mnie, że tak reaguje szyjka przed porodem,  że mam odsunąć od siebie czarne myśli, że wszystko jest ok, na co wskazują dobre zapisy ktg.

19 stycznia około 22 usypiałam starszego synka i poczułam pierwsze bolesne skurcze. Zaczęłam liczyć czas. Pojawiały się co 15 minut, potem co 12, co 10 i znów co 15. Doszły do tego bóle krzyżowe. Ból szczególnie się nie nasilał, ale skurcze były dość regularne. Tak trwaliśmy z mężem licząc czas miedzy skurczami do północy. Potem zadecydowaliśmy o telefonie do naszej położnej. Poradziła, żebym wzięła ciepłą kąpiel i dała jej znać, czy skurcze się nasiliły czy odpuściły. O 2 w nocy wzięłam ciepłą kąpiel i skurcze jakby osłabły na sile, ale pojawiały się częściej. No i znów krew, co spędzało mi sen z powiek. Spać nie mogłam, między skurczami starałam się odpoczywać, ale pozycja leżąca podczas skurczu była dla mnie bardzo niekomfortowa, bolało okropnie. Więc chodziłam po domu i podczas skurczu opierałam się o stół. O 3 w nocy przyjechała położna by mnie zbadać, ponieważ ja panikowałam widząc krew. Moja szyjka była miękka, skrócona ale rozwarcia zero. Położna poradziła bym wzięła Nospe i trochę się zdrzemnęła, a następnego dnia o 12 przyjechała na ktg.  Ja oczywiście nie potrafiłam się nawet na 10 minut zdrzemnąć. Byłam podekscytowana i trochę przerażona, czy wszystko jest ok.

Następnego dnia o 12 pojechaliśmy z mężem na ktg. Zapis prawidłowy, skurcze co 12 minut dochodzące do 100. I co najważniejsze – szyjki brak i rozwarcie na 1cm! Położna stwierdziła, że wieczorem urodzę. Nie wierzyłam! Kazała wziąć ciepłą kąpiel i przyjechać do szpitala o 15. Powiedziała, że będzie tam na nas czekać. Tak zrobiliśmy. W szpitalu ktg ok, skurcze dalej co 15 minut, rozwarcie na 2 cm!  Badanie usg stwierdzające grubość blizny ok, więc rodzimy! Podłączono mnie pod kroplówkę z Paracetamolem i Nospą. O 16.30 rozwarcie na 4 cm.:) skurcze coraz bardziej bolesne, co 7 minut. Idziemy pod prysznic. Pod prysznicem skurcze naprawdę bolesne – krzyżowe. Podczas skurczu nie chcę, by mnie masowano lub polewano prysznicem. Ale między skurczami – ulgę przynosi ciepła woda.

O 17.30 trochę  mnie naszło marudzenie, że chyba nie urodzę, że pewnie zaraz mnie potną, bo coś będzie nie tak. Położna się śmieje, że chyba mam kryzys 7 cm, bada mnie, a tam 7 cm!!  Jeaaaa! Jestem trochę zmęczona nieprzespaną poprzednią nocką, ale mile zaskoczona, że tak wszystko szybko idzie. Próbuję skakać na piłce, ale raczej mi to ulgi nie przynosi, więc tylko siedzę i leciutko krążę biodrami. Ze stresu trzęsą mi się nogi, ból podczas skurczu robi się naprawdę uciążliwy. Ogarnia mnie jakiś dziwny strach. Chcę, żeby mąż trzymał mnie za rękę, a położna była ciągle obok i informowała, czy wszystko jest dobrze. Położna decyduje, że idziemy na łóżko porodowe, że mnie podepnie pod ktg, ale nie będę leżeć, tylko klęczeć opierając się o oparcie łóżka. W takiej pozycji już zostają prawie do końca. Przy każdym skurczu ściskam męża za kciuk tak, że robi się siny. Na porodówce optymistycznie – radio gra, znajoma położna przyszła zobaczyć jak nam idzie, potem następna. Nagle w mojej sali zrobił się tłum, wspierają mnie i rozmawiają „na luzie”. Ja już coraz słabsza, opadam z sił, ale pozytywnie nastawiona, wierzę, że się uda.  Nagle widzę, ze położna chce przebić pęcherz płodowy. Boję się, ale wszyscy na sali uspokajają, że to nie boli. Poczułam lekkie ukłucie i spływające po nodze wody. Było ich naprawdę mało.

Nagle słyszę, że mamy rozwarcie na 8 cm, potem 9 i 10!!! Eureka! Nie dociera do mnie, że to już. Ale nagle lekkie zamieszanie na porodówce. Położna zdecydowała się podać niewielką ilość oksytocyny. Ja przerażona – jak to? Przecież po CC nie można. Na pewno mi macica pęknie w miejscu blizny – czarne myśli kołaczą mi się w głowie. Mąż i położna mnie uspokajają – „będzie dobrze, zobaczysz, że szybciej urodzisz, bo skurcze ci trochę ustały”. Młoda lekarka nie jest zachwycona decyzją położnej, ale nie protestuje. Podłączają mi oksytocynę. Skurcze zrobiły się mega bolesne. Pierwszy raz mam naprawdę dość i pytam – „kiedy to się skończy?”.

Nagle każą mi się położyć na plecach. Przychodzi położna, która ma odebrać poród. Każą mi przeć. Ja w szoku – „to już???”. Drę się w niebogłosy, choć obiecałam sobie, że nie będę krzyczeć. Ten krzyk jest dziwny, niesamowity, ponieważ nie jest spowodowany bólem, a jakąś taką niespożytą energią pochodzącą z wnętrza. Trzy skurcze parte i o 19.20 córeczka jest na świecie. Nie wierzę!! Dziękuję Bogu i personelowi. Łzy napływają mi do oczu. Położyli mi Kruszynkę na piersi. Mąż przecina pępowinę. Szybko ją jednak zabierają, bo jest mocno zaśluzowana.  Po jakimś czasie położna przynosi mi córcię i przystawia do piersi. Mała ssie i zasypia.

20 stycznia 2016r. przyszła na świat moja córeczka urodzona siłami natury – 3115g, 54cm.

KOCHAM moje OBA porody (Niemcy)

Czasem czytając historie porodowe dziejące się w innych krajach (tak, tak, wiem, że za granicą też bywa różnie i nie zawsze różowo, ale…) mam wrażenie, że polskiemu położnictwu bliżej obecnie do chirurgii niż do prawdziwej, nastawionej na wspieranie natury sztuki położniczej. I za każdym razem mam nadzieję, że to się zmieni… na lepsze. Wiem, że już się w niektórych miejscach zmieniło i dziękuję przy tej okazji wszystkim tym lekarzom i położnym, którzy/które wspierają kobiety w rodzeniu drogami/siłami natury po cięciu cesarskim, nawet więcej niż jednym. Oby było Was coraz więcej! W wielu miejscach naszego kraju dużo jest jednak wciąż do zrobienia, a motorem pozytywnych zmian jesteście WY, kochane Kobiety! Dzisiejsza historia, której autorka prosiła mnie o anonimowość, daje nadzieję i pokazuje, że do VBAC można podchodzić inaczej – bez wpędzania w lęk, bez zastraszania, tak … normalniej. Może świadomość tego Was podbuduje i upewni w decyzji o rodzeniu sn po cc.

W sierpniu 2013 przez cc urodziła się moja pierwsza córka. Ponad 4kg, 56cm. Poród zaczął się od wymiotów o 1 w nocy i lekkich skurczy. Po 7h nieregularnych skurczy i wymiotowania miałam dalej 1 cm z którym przyjeli mnie na oddział (córka urodziła się 14 dni po terminie). O 8 rano tachykardia – tętno 180-200 i decyzja o cięciu. Po rozcięciu okazało się, że zielone wody i początki zatrucia wewnątrzmacicznego.
Cesarka była ok. Mąż w 30 minut dojechał do szpitala, od razu na porodówke i już wspólnie jechaliśmy na salę. „Rodziliśmy” razem. On mnie uspokajał, mówił do mnie, a obok mnie cieli. Dziecko dostałam od razu po wyjęciu i szybkiej ocenie stanu zdrowia. Leżała mi na klatce piersiowej i spała, a ja płakałam ze szczęścia. U nas w szpitalu (Niemcy) nawet na sekundę nie zabrali mi dziecka, ani męża. Wstać musiałam około 2 godziny później na siku… Tuż po cesarce dali mi też porządny obiad. Blizna wyglądała super, ale po czasie pojawił się bliznowiec (u mnie norma). Bolała mnie dwa lata i 12 dni ( aż do drugiego porodu).
Całą drugą ciążę bolała mnie blizna, bo był pod nią taki jakby guzek. Raz mocniej, raz słabiej. Podczas porodu bolała okropnie. W poniedziałek o 20 zaczęły się skurcze, o 1 w nocy były tak silne, że pojechaliśmy do szpitala. Rano mnie z niego wypuścili, bo „w domu będzie pani lepiej”. W środę rano byłam wykończona, dalej w domu (w międzyczasie jeszcze raz w szpitalu i tekst starej położnej, że nie rodzę). Pojechaliśmy do szpitala, wytłumaczyłam, że od 2 nocy nie śpię i już nie mam siły. Rozwarcie po 40 h skurczy 1,5 cm.
Położna wyjaśniła mi jakie ryzyko niesie ze sobą znieczulenie i oxy (ewentualnie zatrzymanie porodu i cc) i pozwoliła mi decydować. Od razu kazałam wołać lekarza. Po zzo poszłam spać (na lewym boku, bo na prawym od razu spadało dziecku tętno). Dostałam oxy z dyfozora (maleńka dawka 2ml/h). Skurcze stały się słabsze, ale regularniejsze i 2 godziny później obudziło mnie odejście wód i niesamowity ból blizny. Położna zbadała i mówi, że to nie bliznę mi rozrywa tylko to parte. 8 skurczy później byłam mamą po raz drugi. Kazali mi wstać na skurczu kucać, a pomiędzy wstawać. Było ciężko, mąż podnosił. Udało się!!!
Ten poród uleczył moją duszę i ciało. Guzek pod blizną się wchłonął, o dziwo nawet bliznowiec się pomniejszył, blizna już kompletnie nie boli (kto wie może zrosty porozrywało, nie wiem). Teraz patrzę na cesarkę jako bogate doświadczenie życiowe i KOCHAM moje OBA porody. Dziękuję wam za pomoc. Cicha anonimowa podczytywaczka.
P.S. Dodam jeszcze, że druga córka urodzona 7 dni po terminie, bez kontroli blizny i straszenia mnie. Byłam zwykłą pacjentka. Przykre, że kobiety w Polsce muszą walczyć. Ja musiałam pokonać tylko strach przed cc i przed sn jednocześnie. Każdy lekarz i każda położna traktowali sn jako oczywistość.

W jakiejś innej czasoprzestrzeni (Warszawa)

Od strachu przed porodem naturalnym do cudownego VBACu. Z wsparciem zarówno podczas ciąży, ze strony lekarza, jak i podczas porodu, ze strony położnej. W bezpiecznym otoczeniu, z opieką pełną delikatności, szacunku i podmiotowości – tak to MOŻLIWE także w polskim szpitalu. Oto historia Oli:

baby_foot_black_and_white

Zdecydowałam się opisać mój poród bo czuję ogromną wdzięczność dla tych wszystkich dziewczyn, których historie porodu można przeczytać na tej stronie. Wdzięczność za to, że chciały walczyć o poród VBAC, za ich odwagę. Czytałam te historie całymi wieczorami, kiedy mąż i synek spali i ryczałam. Ja wiem, tak jak na pewno wiele z Was, ile łez można wylać po nieudanym porodzie. I dlatego te historie są potrzebne, bo dają innym siłę i nadzieję, że może się udać, że może być pięknie. Dziś, ponad 5 miesięcy po drugim porodzie, zdecydowałam się opisać krótko historię moich porodów.

Podczas mojej pierwszej ciąży w 2012r. pojawiła się arytmia, która bardzo nasilała się w czasie wysiłku. Nikt nie chciał ryzykować porodu sn, zarówno kardiolog jak i lekarka prowadząca ciążę wskazywali na cesarkę. A ja panicznie bałam się porodu naturalnego i chętnie przystałam na to rozwiązanie. Oglądałam setki filmików z porodów. Te twarze wykrzywione bólem, te krzyki, byłam tym przerażona. Bardzo chciałam, aby była przeprowadzona w szpitalu św. Zofii w Warszawie, ale ponieważ w czasie ciąży leżałam 2 tygodnie na oddziale patologii ciąży w MSWiA, tam skierowano mnie na cięcie. W styczniu 2013, kilka dni przed planowym terminem porodu, stawiliśmy się z mężem w szpitalu. Trochę czekaliśmy, po wypełnieniu wszystkich potrzebnych papierków – przebranie w szpitalną kusą piżamę, wenflon. Wszystko zimne, nieprzytulne, metalowe, sterylne, obce twarze, zapach płynu do podłóg, jakiś uśmiech przechodzącej położnej. „Proszę wyjąć ubranka dla dziecka i pieluchy” – Jezu to naprawdę zaraz się stanie…Znieczulenie. Wszystko szybko, jak w jakimś śnie… I tak w pewien zimny, styczniowy dzień przyszedł na świat mój pierwszy syn. Nigdy później nie przeszło mi przez gardło że go „urodziłam”. Uważałam, że nie było w tym mojego udziału. Mojego syna po prostu ze mnie wyjęli, dla mnie nie miało to nic wspólnego z porodem. Nie zmienia to faktu, że chwila w której go ujrzałam była jedną z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Czas na chwilę stanął w miejscu. Wspomnienie tego porodu jest dla mnie trudne, bo było to zarówno chwila niewyobrażalnego szczęścia a jednocześnie wyraźne uczucie, że coś jest nie tak, że nie tak to powinno wyglądać.

Po porodzie –standardowo – nie pozwolono mi wziąć dziecka do siebie, ani na sali operacyjnej (co jestem w stanie zrozumieć), ani na pooperacyjnej, tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Męża wyproszono po pół godzinie. Leżałam więc sama 8 godzin, osamotniona, obok dziewczyny, która po ciężkim porodzie zakończonym cc spała, obok synka, który leżał 2 metry ode mnie w tym szpitalnym wózeczku dla noworodków i płakał. A ja razem z nim. Z bólu, z bezsilności, z emocji. Nie mogłam go dotknąć, przytulić. 9 miesięcy wyobrażałam sobie ten moment a teraz leżałam jak kłoda, obolała, niezdolna do ruchu. Po jakimś czasie poprosiłam, żeby ktoś zajrzał do niego, dlaczego tak płacze, otrzymałam odpowiedź, że dzieci po cc tak mają. Kiedy znowu ktoś zajrzał zapytałam, czy może jest głodny, zamiast przystawić mi go do piersi – zabrano i nakarmiono sztucznym mlekiem. Wszystko nie tak. Teraz kiedy mam już więcej doświadczenia, wiem że wiele zależało ode mnie, być może mogłam głośniej upominać się o swoje, poprosić o przystawienie, ale wtedy uważałam że przecież położne wiedzą lepiej…widocznie nie wolno mi karmić skoro nikt nie pozwala…Wieczorem „przeszłam” na normalną salę poporodową. Bardzo chciałam karmić naturalnie, ale pokarmu na początku było mało (teraz wiem że to normalne). Synek zwracał sztuczne mleko, wciąż miał mierzony poziom cukru i kazano mi go przystawiać. Każda położna miała „swoje” metody. Żadnej w ciągu 7 dni spędzonych w szpitalu nie udało się przystawić synka do piersi poza jedną położną, która była wielkim wsparciem (chyba Kasia) ale wiadomo że miała na dyżurze wiele pacjentek, nie mogła zajmować się tylko mną. „Przystawiamy, przystawiamy! Jak to pani robi? Źle!!!” Poranione brodawki, ból, łzy, płacz głodnego synka, nerwy, nawał, gorączka. Ryczę na samo wspomnienie tych dni. Po wyjściu ze szpitala pomogła mi pani mgr Joanna Piątkowska – konsultant laktacyjny – mój Anioł. Tylko i wyłącznie dzięki Niej odzyskałam wiarę w to, że mogę karmić, że uda nam się. Że nie jestem złą matką, tylko ten poród był trudny i dla dziecka i dla mnie. I że to nie moja wina. Mogłabym długo pisać jak bardzo mi pomogła. Nie było łatwo przestawić synka z butelki na pierś (po 2 tygodniach), ale udało się. Karmiłam synka z powodzeniem rok.

Wspomnienie tego porodu długo wywoływało u mnie łzy. Na początku nie wiedziałam dlaczego tak mi to dolega, przecież wszystko było ok. „Ciesz się że urodziłaś zdrowe dziecko, tylko to jest ważne” – mówili wszyscy wokół, kiedy próbowałam opowiadać o tym co czuję. Ale zaczęłam drążyć temat. Im więcej książek i artykułów w Internecie czytałam tym bardziej uświadamiałam sobie dlaczego tak jest i że nie jestem jedyna. Moje podejście do porodu naturalnego zaczęło się zmieniać.

W październiku 2014 roku okazało się że jestem w ciąży, termin porodu wyznaczony był na lipiec 2015. Ciąża mijała bezproblemowo, poza kiepskim samopoczuciem w I trymestrze. Ciążę prowadziła ta sama pani doktor, bardzo opiekuńcza i ciepła, wspierała mnie w moich nieśmiałych planach porodu sn ale cały czas wskazywała też, żeby nie układać sobie w głowie scenariusza, po prostu pozytywnie się nastawić. Na szczęście prawie nikt mnie do porodu naturalnego nie zniechęcał, a jeżeli już, wynikało to tylko z troski. Ja sama starałam się myśleć tylko pozytywnie, a na kilka tygodni przed porodem przestałam już wertować książki i Internet, zdałam się na intuicję. Kilka tygodni przed terminem podpisałam umowę z położną ze szpitala Św. Zofii (co z perspektywy czasu uważam za świetną decyzję, nie żałuję ani jednej wydanej złotówki) i czekałam…

Tydzień przed terminem o 4 nad ranem obudziłam się z niejasnym poczuciem że coś się dzieje, chociaż nic konkretnego nie czułam. Nic się nie działo, ale nie mogłam już zasnąć. Po godzinie zaczęły się pierwsze, baaardzo nieśmiałe skurcze, ale dość szybko przybierały na sile. Po telefonie do położnej, na 8 stawiłam się do szpitala przekonana że mam chyba już tzw. kryzys 7 cm i zapewne niedługo urodzę, po czym okazało się że jest 1 cm rozwarcia… Musiałam przeorganizować sobie w głowie skalę bólu. Siedziałam i czekałam na wolną salę, bo właśnie trwało sprzątanie i słuchałam krzyków kobiet z sąsiednich sal. Siedziałam przerażona, patrzyłam na salową i w głowie kołatało mi się „mam nadzieję że nie będę musiała tak krzyczeć”. Po KTG, które pokazywało regularne skurcze, na ile pozwalał mi ból chodziłam, kucałam, skakałam na piłce. Czas wlókł się w nieskończoność. Niestety do 12 nie było dużego postępu. Przed 13 rozwarcie było nadal małe, położna zaproponowała znieczulenie. Bałam się znieczulenia, byłam przekonana że po przebytej cesarce jest to niemożliwe, naczytałam się też o zatrzymaniu akcji porodowej i późniejszych porodach zabiegowych po znieczuleniu, ale położna wszystko mi spokojnie wyjaśniła. Znieczulenie miało pomóc szyjce na szybsze rozwieranie. I powiem szczerze – to znieczulenie uratowało mnie psychicznie i fizycznie, byłam już trochę zmęczona, głodna, niewyspana. Ból nie pozwalał mi się skupić, racjonalnie pomyśleć, odetchnąć, zaczynałam już wątpić we własne siły i w to że w ogóle urodzę.

Ulga sprawiła że odpoczęłam, znowu nabrałam sił i chęci, odzyskałam świetny humor. Po znieczuleniu położna przebiła pęcherz płodowy – odpłynęły czyste wody (nie miałam pojęcia że może ich być tak dużo). Mąż przyjechał ok. 14 i razem spędziliśmy fajny czas. Często lubię wracać do tych chwil, byliśmy razem, wiedziałam że poród trwa w najlepsze, szyjka rozwiera się – co regularnie sprawdzała położna a ja czułam skurcze, ale nie czułam bólu. Skakałam na piłce, zmieniałam pozycje, co na pewno miało bardzo pozytywny wpływ na postęp porodu. Ok. godziny 16 znieczulenie przestało działać, poprosiłam o kolejną dawkę. Badanie pokazywało 5-6 cm rozwarcia, pani anestezjolog dostrzyknęła koleją dawkę ale okazało się, że znieczuliła się tylko lewa strona, i tylko na chwilę. Podczas skurczu ciężko było mi już wytrzymać na łóżku na leżąco. Pani anestezjolog pobyła jeszcze ze mną, ale ponieważ ponowne zakładanie cewnika nie było bezpieczne zgodziłam się, że już nie znieczulamy.

Trochę jeszcze poleżałam na łóżku, położna znowu mnie zbadała i poprosiła abym jeszcze chwilkę przeszła się po Sali, usiadła na toalecie i pewnie będzie już 10 cm. Pamiętam jak przez mgłę, że między skurczami siedząc w łazience widziałam jak położna z mężem przygotowują pieluszki do okrycia maluszka i pomyślałam: nie ma mowy, ja nigdy nie urodzę, to jest ponad moje siły. Coś krzyczałam że chcę cesarkę, że nie rodzę, że nigdy więcej! Później było mi wstyd…Coś dziwnego działo się też z czasem, umknęły mi gdzieś całe godziny, wydawało mi się że coś trwało chwilę, mąż później mówił mi że godzinę. Podczas porodu przebywa się chyba w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Po jakimś czasie położna zbadała mnie szybko w łazience i stwierdziła że jest pełne rozwarcie. Najpierw przez jakiś czas próbowałam przeć przy drabinkach, wstając między skurczami a kucając w czasie skurczu, ale to nie była „moja” pozycja. Zachęcana przez położną trochę krzyczałam, ale to mi nie pomagało, nakręcałam się negatywnie słysząc własny krzyk. Potem przeszłyśmy na stołek porodowy, mąż siedział za mną i w tej pozycji było mi o wiele wygodniej. Po 1 godzinie parcia o 20 urodził się Staś – 58 cm / 3960 g / 10 pkt. Nie pamiętam ale chyba nie płakał, wzięłam go na ręce, położyliśmy się. Lekarz był w ostatnich momentach porodu, do końca życia nie zapomnę jak powiedział: „Gratuluję Pani pięknego syna” a Położna: ”Dała Pani dziecku to, co najlepsze”. Te momenty były tak piękne, byłam z siebie tak dumna i szczęśliwa że wszystko się udało, że już po wszystkim!

Położna z przecięciem pępowiny poczekała aż przestanie tętnić. Konieczne było niewielkie szycie i sprawdzenie stany blizny po cc przez lekarza ale potem już zostaliśmy we trójkę z mężem i to były magiczne 2 godziny. Pamiętając złe wspomnienia z początków karmienia z pierwszym synkiem trochę się bałam jak to będzie tym razem a Staś popatrzył spokojnie, przyssał się do piersi i zasnął. Po 2 godzinach przyszedł lekarz, aby zbadać Stasia a ja trochę się umyłam się i przeszliśmy na salę poporodową. Mąż pojechał do domu a ja zachwycona wpatrywałam się w Stasia i myślałam jak bardzo się cieszę, że tak się wszystko ułożyło.

Dziś minęło już pół roku od tych chwil, a ja nadal chętnie wracam myślami do sali agrestowej w św. Zofii. Nadal też zaglądam na tą stronę i myślę, że miałam wiele szczęścia. Podczas drugiej ciąży nikt nie próbował mnie namawiać na drugą cc, Pani Dr prowadząca ciążę, jak również położna wspierały mnie w tych nieśmiałych marzeniach. Podczas porodu od początku do końca byłam traktowana z szacunkiem i delikatnością, nikt nie kazał mi się kłaść, KTG było wykonywane na stojąco. Mam wrażenie że Szpital św. Zofii to jakaś oaza pośród innych szpitali w Polsce. Nie wiem jak to możliwe, że jest jedno takie miejsce i co można zrobić żeby położne i lekarze w innych szpitalach trochę zmienili swoje podejście.

Mój udany Vbac (Poznań, Św. Rodzina :)

„Raz cięcie, zawsze cięcie” –  zasada sformułowana 100 lat temu przez Edwina Cragina bywa wciąż stosowana w praktyce niektórych lekarzy, mimo, iż dawno już straciła na aktualności. Na szczęście bohaterka dzisiejszej historii, Julianna, w porę spotkała innego lekarza, o bardziej zgodnych z aktualną wiedzą medyczną poglądach. Dzięki temu mogła doświadczyć niezwykłego, choć niełatwego czasu rodzenia.

W 2009 w grudniu urodziłam synka przez cięcie cesarskie. Dlaczego ?

Był 17 grudzień, na ten dzień miałam termin, nic sie nie działo, a ja z dnia na dzień puchłam coraz bardziej, przed ciążą ważyłam 49 kg, dzień przed porodem 89kg…. Białkomocz, wysokie ciśnienie, również miałam 1 cm rozwarcia… Moja lekarka dała mi skierowanie do szpitala. Pojechałam, dali mnie na oddział, ponieważ, to było moje pierwsze dziecko, będziemy czekać, aż coś się samo zacznie… i tak czekałam, całe święta w szpitalu, a ja puchłam z dnia na dzień coraz bardziej… aż w końcu nadszedł 28 grudzień- w nocy jak już któryś raz poszłam do łazienki (biegałam co 15 minut) odszedł mi cały czop, wody zaczęły się sączyć… poszłam do położnych i opowiadam im całą sytuację, nadal kazały czekać… 29 grudnia, rano wzięli mnie na badania, lekarz kazał mi iść na porodówkę bo miałam aż 4 cm rozwarcia!! Bardzo się cieszyłam, że to już!. Jestem na porodówce 8 rano… około 10 podali mi oksytocynę i leżałam- to był mój błąd… o 14 zaczęły się skurcze, rozwarcie szło szybko! Myślałam, że zaraz zobaczę mojego synka. Nagle na ktg zaczęło tętno spadać, przyszła lekarka i w szybkim tempie znalazłam się na sali operacyjnej, znieczulenie ogólne… nie widziałam synka, obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej… dopiero popołudniu następnego dnia dostałam synka. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

2015 rok marzec, zrobiłam test ciążowy wyszły dwie kreski, po 4 tygodniach pobiegłam do lekarza, zrobił wszystkie badania + BETE, stwierdził, że nic nie widzi na USG, że to może być ciąża pozamaciczna, znów mam czekać i iść za dwa tygodnie do lekarza, poszłam, zobaczyłam na USG moją drugą miłość :). Miesiąc później, poszłam na badania kontrolne, wszystko dobrze, dziecko rozwija się prawidłowo, zadałam pytanie mojemu lekarzowi, jak mogę teraz rodzić? Czy naturalnie, czy przez cięcie cesarskie… stwierdził, że jak już raz było cięcie to również drugi raz będzie… no trudno…

W około 25 tygodniu ciąży zmieniłam lekarza… ponieważ poprzedni lekarz nie dawał mi skierowań na podstawowe badania, chociaż go o to prosiłam – za każdym razem słyszałam, że to nie potrzebne, a dla mnie było to bardzo ważne, bo tak jak wspominałam, miałam w poprzedniej ciąży białkomocz. Na szczęście w drugiej ciąży nie puchłam, wyniki miałam dobre. Po zmianie lekarza byłam bardzo zadowolona z mojej obecnej lekarki, która 20 lat pracuje w szpitalu. Nic nie miała przeciwko, abym rodziła naturalnie. Dziecko do końca ciąży rozwijało się bardzo dobrze. W końcu zbliżał się termin porodu 1 grudnia – nadal nic się nie działo.  Rozwarcie 1,5 cm miałam od 37 tygodnia ciąży.

2 grudnia pojechałam na ktg do lekarza… ktg nie wyszło zbyt zadowalające… dlatego dostałam skierowanie do szpitala, w którym pracuje moja lekarka. W szpitalu byłam około 17, przyjęli mnie, robili badania i w trakcie badań odszedł w całości czop. Już wtedy wiedziałam, że urodzę w ciągu 24h. Wzięli mnie na oddział. O 19 poczułam pierwszy mocny skurcz! Wzięłam prysznic. Skurcze były, ale nie takie jak powinny. Nadeszła noc, skurcze co pół godziny.  O 2 w nocy przyszła położna zrobić mi ktg. Na ktg cały czas tętno było bardzo wysokie. Położna kazała mi iść na porodówkę przez to wysokie tętno. Zbliżała się 3 w nocy, skurcze się nasiliły i były coraz częstsze… rozwarcie 2 cm…. a ja leże na porodówce. Na szczęście położne były miłe, można było sobie z nimi porozmawiać, pożartować. Około 5 rano poszłam pod prysznic, skurcze były co 5 minut… O 6 rano podłączyli mnie pod oksytocynę, ja w tym czasie zadzwoniłam po narzeczonego, który przyjechał bardzo szybko 🙂 Miałam na sali piłkę, z której z chęcią skorzystałam – przez dobre 3 h skakałam na niej. Skurcze były tak silne, że chyba cała porodówka mnie słyszała, a ja błagałam ich o cięcie cesarskie. Myślałam, że nie wytrzymam z bólu, a nie mogłam dostać żadnego znieczulenia… rozwarcie w 3h zrobiło się 8 cm, położna i narzeczony uświadomili mnie, że zaraz urodzę naturalnie! Że jeszcze chwile muszę wytrzymać! Za chwile były bóle parte i tak o 9.31 urodziłam śliczną córeczkę 🙂 Tata przeciął pępowinę, a po chwili miałam już dziecko na brzuchu. 10/10 punktów, zdrowa, silna dziewczyna 🙂

Teraz nie mogę się doczekać 3 dziecka 🙂

Przekraczając granice niemożliwego… HBA2C po przejściach i VBACowe pośladki

Historia, która może wprawić w zachwyt lub oburzenie, ale z pewnością historia, wobec której nie można przejść obojętnie. Zdecydowałam się nią z Wami podzielić nie po to by zachęcać do porodu domowego w warunkach podwyższonego ryzyka położniczego czy też propagować poród bez asysty medycznej, ale by kolejny raz pokazać Wam jak wiele rzeczy jest możliwych i jak wiele (choć nie wszystko i o tym też warto pamiętać) zależy od Was:)

Słuchaj rozmowy Ewy Niteckiej z Anną Powideł na antenie radia Wnet

keep-calm-and-vba2c-on

Na granicy zgody na cięcie – VBA2C (Toruń)

Dziś  historia o wielkiej determinacji, walce i samozaparciu, które zaowocowały porodem sn po 2 cc. To też historia, pokazująca, że determinacja, nawet największa, nie jest równa niezdrowemu fanatyzmowi. To historia mądrej kobiety, która umiała wspaniale walczyć i która potrafiła także odpuścić. Jej autorką i bohaterką jest Joanna:

Dwa pierwsze cięcia miałam z powodu niewspółmierności. Skurcze regularne, częste, silne a dziecko nie schodziło w kanał rodny. Tylko, że rodziłam w pozycji leżącej i nikt z personelu nie wpadł na pomysł, żeby zaproponować mi wstanie, poruszanie się a ja wtedy nie byłam świadoma jak to jest ważne.

Przy trzecim porodzie zaparłam się, bogatsza w wiedzę, postanowiłam, że będę walczyła o sn. Zdecydowanie odwagi dodał mi fakt, iż trzeci poród przebiegał trochę inaczej. Bardzo konsekwentnie, stopniowo rozwijał się, postępował. Nie było kroków raz w przód, raz w tył. Czułam, że cały czas idziemy do przodu.

Na porodówce, podczas prowadzenia wywiadu, kiedy przyznałam się do dwóch cięć, położna zatrzymała się w pisaniu, złożyła papiery i powiedziała, że trzeba było tak od razu mówić, jedziemy na cięcie. Powiedziałam, że się nie zgadzam. Położna zaskoczona moją odmową odparła, że nie mogę się nie zgodzić, że takie są procedury. Mimo to, nadal trwałam przy swoim. Mój mąż przyglądał się tej wymianie zdań i próbie sił bez słowa. Jakby zaskoczony moją determinacją. Czułam ten poród inaczej i tak długo jak to możliwe, chciałam próbować sama. Chwila konsternacji, telefon do lekarza, namawianie się, lekarska pogadanka o ryzyku i konsekwencjach mojej decyzji i widząc, że nie ustępuję, podają mi do podpisania oświadczenie, iż odmawiam cc na własne ryzyko.

Poród nie postępuje nazbyt satysfakcjonująco. Jedno badanie, za chwilę drugie, specjalnie nic się nie dzieje. Zostaje badanie ostatniej szansy – jeśli nic się nie zmieni, jazda na blok. I nie zapomnę tego zdziwienia i roześmiania się z niedowierzania lekarki, która stwierdziła, że dziecko już się rodzi. A potem moje niedowierzanie, kiedy niespodziewanie, myśląc, że właśnie minął kolejny skurcz i będzie chwila odpoczynku, widzę moje dziecko w rękach położnej. Mimo wielkiej determinacji i wiary, że może się udać, nie docierało do mnie, co właśnie się stało.

Od momentu przyjazdu do szpitala do porodu minęło 6 godzin.
Chcąc skrócić ból porodowy, byłam właściwie na granicy zgody na cięcie. Wiedziałam, że jeśli lekarka użyje jeszcze jednego, jakiegokolwiek argumentu przeciwko mojej decyzji, to się z nią zgodzę. Wymieniałyśmy te zdania, ja mówię NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ale już czuję, że zaraz po jej TAK ja też powiem TAK, ale już więcej się nie odezwała.

Miałam dobry personel, jak decyzja zapadła, to mnie wspierał, pomagał i do tematu cc już nie wracał. Myślę, że lekarka, młoda kobieta, była w sumie dość odważna. Ani razu nie dała mi odczuć, że podjęłam niewłaściwą decyzję, nie komentowała, nie namawiała do zmiany. Już więcej do tematu nie wracała.

Myślę, że ważne jest przygotować do walki o sn osobę towarzyszącą przy porodzie. Która może mówić w naszym imieniu, kiedy nam już braknie sił, która weźmie na siebie całe niezadowolenie i ewentualne spieranie się z personelem, który będzie działał wbrew naszym prawom. Która będzie umiała trzeźwo ocenić sytuację i dodać odwagi w momentach naszego zwątpienia, rezygnacji, poddawania się, chęci ucieczki od bólu, ale też która będzie potrafiła odpowiedzialnie powiedzieć: „Stop, dalsza próba sn jest niebezpieczna, jedziemy na blok.”

Rodziłam w Toruniu. Pozbawiona najmniejszej wiedzy i świadomości ryzyka, jakie niesie za sobą taki poród. Bez wiedzy, którą mają lekarze i która sprawia, że takie przypadki rozpatrują jako najwyższe ryzyko zagrażające życiu. Uzbrojona jedynie w wiarę, że potrafię, że natura wie co robi, że nieco jej pomagając, jestem w stanie urodzić.

Urodziłam.
Rok i cztery miesiące po ostatniej, drugiej cesarce.
Dziecko większe, cięższe niż dzieci z cesarki. 62 cm i 5 kg.

Czwarte dziecko powtórzyło historię dwóch pierwszych. Znowu nie schodziło w kanał. Zablokowało się na prawym talerzu miednicy. Cesarka, podczas której doszło do poprzecznego miejscowego pęknięcia macicy.
Lekarz powiedział, że przy ewentualnym kolejnym porodzie mam nie czekać na skurcze, tylko umawiać się tydzień przed terminem na operację.

Przy ewentualnym kolejnym porodzie… jeszcze nie wiem co zrobię 🙂

Asia

Mój vbac’owy, grudniowy, świąteczny cud… (Białystok)

Historia Pauliny obfituje w tak wiele niespodziewanych zwrotów akcji, że mogłaby z powodzeniem posłużyć za filmowy scenariusz. To opowieść, poruszająca wiele okołoporodowych wątków, która budzi emocje, inspiruje, daje nadzieję i przywraca wiarę w to, że wśród współczesnych lekarzy można jeszcze spotkać PRAWDZIWYCH POŁOŻNIKÓW:)

Najpierw słów kilka o pierwszej ciąży a właściwie o jej zakończeniu. Otóż ciąża rozwiązana cesarskim cięciem z powodu ułożenia pośladkowego płodu w sierpniu 2013. Oczywiście cała ciąża przebiegała książkowo, wyniki idealne, ja nastawiona na poród naturalny, bo dlaczego nie, skoro ja zdrowa, dziecko idealnie się rozwija, aż tu psikus na dwa tygodnie przed terminem. Dzidziuś siedzi sobie dupka i raczej się nie odwróci. Na początku były łzy rozczarowania, ale później oswoiłam się z tą myślą i pewnej pięknej sierpniowej nocy zaczęły się skurcze, które zakończyły się cesarskim cięciem i w końcu mój skarb ważący 3950g i mierzacy 63 cm miałam po drugiej stronie brzuszka. Jak czułam się po cc? Fizycznie źle, bolało, ciągnęło, ciężko było zająć się maleństwem itd… Ale psychicznie w ogóle nie ucierpiałam na tym – urodziłam mojego synka, tak jak było mi dane. Byłam ciekawa jak to jest rodzić naturalnie, ale nie żałowałam, nie rozpamiętywałam…

W marcu tego roku (2015) ponownie zaszłam w ciążę. Oczywiście na pierwszej wizycie u ginekologa zapytałam jaką drogę porodu prognozuje. Ja wtedy nie miałam żadnej wiedzy, po prostu z czystej ciekawości chciałam wiedzieć co mnie czeka. Doktor odpowiedział, że najprawdopodobniej będzie cc, że tak się najczęściej praktykuje „cięcie po cięciu”. Pomyślałam, ok, tak ma być to tak i będzie, najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe. Pytanie oczywiście ponawiałam na kolejnych wizytach i odpowiedź była podobna, chodź pojawiła się też taka, że wszystko zależeć będzie od lekarza,  na którego akurat trafię na dyżurze. W między czasie pytanie o możliwość porodu naturalnego po cięciu zadałem na jednej z grup stricte „mamusiowych”. Tam po kilku odpowiedziach mniej lub bardziej zasadnych ktoś polecił mi grupę „Naturalnie po cesarce”… No i tu się zaczyna ta piękna historia…

Przez całą ciążę pozostawalam wiernym obserwatorem owej grupy, raczej prawie się nie udzielałam, a oddawałam się lekturze, wrecz już stało się to uzależnieniem kiedy zaglądałam co chwilę czy aby coś nowego się nie pojawiło. Stopniowo przyswajałam informacje, że poród sn po cc jest możliwy, ba, nawet wskazany, o czym nigdy wcześniej nawet bym nie pomyślała. Powoli rodziły się we mnie przekonanie i decyzja, że jeśli będzie mi dane spróbować rodzić naturalnie, to takiej próby się podejmę… I tu przyznam, że brakowało we mnie takiego zapału jak u innych dziewczyn, takiego samozaparcia, wiary… Ja po prostu śledziłam grupę, ale raczej z nastawieniem, że co będzie to będzie, jak lekarz zdecyduje o cc, to się zgodzę ze strachu o dziecko i o moją bliznę. Nie robiłam kompletnie nic w kierunku przyspieszenia porodu, przygotowania krocza, żadnych liści malin, wiesiołka, dałam swojemu ciału przygotować się do tego, tak jak samo potrafiło, i czekałam…

Dodam, że mąż i otoczenie byli przekonani o powtórnym cięciu, więc wsparcia i dopingu nie miałam, a każda próba rozmowy z mężem o porodzie naturalnym kończyła się niemal kłótnią… I nie miałam mu tego za złe, bał się o nas i nie rozumiał tego, jak poważną operacją jest cesarskie cięcie…

Termin miałam na 21 grudnia. Od miesiąca pojawiały się skurcze przepowiadajace, twardnienie brzucha itd. Ale wszystko zaczęło się 22 grudnia wieczorem… Wtedy to, szykując już co nieco na święta, żartowaliśmy z mężem, że ciekawe czy w ogóle coś zjem z tego, bo może nasz Franio zdecyduje się wyjść… I bach… Zaczęły się skurcze. Raz silniejsze, raz słabsze, nieregularne. Po kilku godzinach, koło północy, kiedy skurcze były już nawet co 3 – 4 minuty, zdecydowałam się jechać do szpitala. Pojechaliśmy do tego, w którym chciałam rodzić – tępy dyżur, brak miejsc, mogę zostać i ewentualnie rodzić na korytarzu, bez męża…

Takiej odmowy się nie spodziewałam, położna zbadała mnie, szyjka zgładzona, przepuszcza na jeden palec, akcja się rozpoczyna, proszę jechać do dyżurującego szpitala. Tam, okropnie niemiłe położne, położyły mnie na ktg, na ciemnym korytarzu, i zamiast zainteresowac się mną, rozprawialy o śledziach w śmietanie i innych daniach, wymieniając się przepisami. Mąż czekał za drzwiami, mi słabo, gorąco, mam wrażenie, że mdleje . Położna łaskawie kazała położyć się na bok, ale to trwało tylko chwile, bo tętno małego zaczęło zanikać. Mi chce się płakać, że nie chce tu rodzić, z taką obsługa… Zawołały lekarza, tętno wróciło do normy ale… Skurcze osłabły, wręcz prawie zanikły… Lekarz zbadał mnie i stwierdził, że akcji porodowej brak, mogę wracać do domu, ewentualnie może położyć mnie na patologię…

Wróciłam do męża. Postanowiliśmy wrócić do poprzedniego szpitala i wziąć już to łóżko na korytarzu. Tam, ta sama położna stwierdziła, że jednak mnie nie przyjmie, żeby położyć się na tę patologię [w drugim szpitalu] jak proponowali tam i żebym nie ryzykowała powrotu do domu, bo jestem przecież po cięciu…. Ja wystraszona, rozpłakałam się na parkingu, miałam dość, byłam przestraszona, zdezorientowana i zła… Postanowiliśmy jechać i położyć się na tą patologie, skurcze wróciły, silne i coraz częstsze, a ja już będąc na parkingu szpitala podejmuję decyzję, że wracamy do domu. Mąż myślał, że zwariowałam, ale wytłumaczyłam mu, że wrócimy, przeczekamy w zaciszu swojego mieszkania, że będę monitorować skurcze i ruchy dziecka, i pojedziemy do szpitala rano, kiedy zacznie się dyżur szpitala, w którym chcieliśmy rodzić. Tak też zrobiliśmy. Mąż się zdrzemnął, ja niestety nie – skurcze były silne, liczyłam czas między nimi i zaciskałam zęby, żeby nie obudzić dziecka… Te kilka godzin  do 7 rano ciągnęło się w nieskończoność.

O 7 rano skurcze rozkręcone, czop intensywnie odchodzi, jedziemy do szpitala. Tam procedura przyjęcia, papierologia, badanie, 2 cm rozwarcia , idziemy na porodówkę. I wtedy byłam już szczęśliwa, że w końcu jestem w odpowiednim miejscu i że z dzieckiem wszystko ok.

O 8.30 jesteśmy na porodówce. Badania, obchód lekarzy i pytanie jak chce rodzić. Ja… Wiem, wiem, nie spodziewacie się, odpowiedziałam zdezorientowana „chyba cesarka”. Byłam już zmęczona, zestresowana i chciałam, żeby już synek cały i zdrowy był na świecie. Po mojej odpowiedzi doktor zapytał dlaczego cesarka, ja wytłumaczyłam, że nastraszył mnie i lekarz i położna, i całe otoczenie ryzykiem rozejścia blizny. Doktor wytłumaczył mi, że najlepszą opcją i dla mnie i dla dziecka jest poród naturalny, a on ze swojej strony obiecuje , że gdyby się coś działo, cięcie zdąży zrobić… Potem szacowanie wagi, w między czasie rozwarcie już 3 cm. Prysznic… Koło 11 przebicie pęcherza. 12 – rozwarcie 5 cm, decyzja o znieczuleniu. Zaraz 6 cm. Ja leżę pod ktg i umawiam się z położną, że chcą wstać, pospacerować, ona na to, że po znieczuleniu muszą zrobić dłuższy zapis, ale potem mogę sobie chodzić. Ja chciałam pomóc małemu zejść i pomóc sobie przetrwać skurcze. Byłam pewna, że będę rodzić jeszcze parę ładnych godzin. Ale nie zdążyłam…

Położna poinformowała mnie, że mam dać znać jak będę czuła parcie jakby chciało mi się kupę. To było 15 minut od badania, które wskazywało na 6 cm rozwarcia. Ja mówię położnej, że to już chyba czuje takie parcie, ona na to „A co ty gadasz, ale zbadam Cię”. Okazuje się, że rodzę!!! 10 cm rozwarcia i główka nisko, położna w szoku, że wskoczylam z 6 cm na 10 w 15 minut i mówi, że i ja i dzidziuś to błyskawice. W pośpiechu zaczęła wszystko szykować na przyjście malucha, mężowi kazała zamknąć okno, a ja patrząc na jej przygotowania byłam w ogromnym szoku, nie wierzyłam, że to już, że najprawdopodobniej sama urodzę naszego synka. Szybka instrukcja, jak przeć, kiedy przeć, i po pół godzinie mam naszego Frania na brzuchu. Mąż płacze, ja oddaje dźwięki radości i spełnienia i „dziękuję” dla doktora, który pozwolił i namówił mnie na tę próbę… On na to, że brzuch mam cały i to najważniejsze, że się udało uniknąć cc.

Potem już tylko urodzenie łożyska, szycie, karmienie synka i telefonowanie do najbliższych, że mamy już swój wymarzony prezent gwiazdkowy ❤❤❤. Mojego szczęścia, dumy i jednocześnie niedowierzania po prostu nie da się opisać! Dumy mojego męża również. Przez kilka dni chodził dumny, ze swojej żony i chwalił się wszystkim jaka była dzielna:).

Ja czułam się o wiele lepiej niż po cc.  Miałam nacinane krocze, ale podobno minimalnie. W miarę normalnie funkcjonowałam i siadałam już od pierwszych godzin po porodzie. I co ważne, kiedyś nie byłam przekonana co do plusów obecności męża przy porodzie, ale dziś wiem, że dzięki niemu się udało – wspierał, pomagał i na każdym skurczu partym podtrzymywał mi nogę i głowę tak jak położna zaleciła – sama bym nie dała rady na tym się skupić. Bycie razem w takim momencie to piękne i niepowtarzalne dopełnienie naszej miłości i jeszcze większe scalenie naszego związku.

received_1136175943060000-2

VBAC- Kraków- 4.12.2015r- UJASTEK

Czasami to, co wydaje się już zupełnie niemożliwe, okazuje się stawać rzeczywistością, a wsparcie, którego potrzebujemy, można znaleźć tam, gdzie zupełnie się go nie spodziewamy. Dziś pełna zwrotów akcji historia Honoraty:

Cesarka – w moim przypadku była spowodowana ułożeniem Synka, który na świat pchał się pupką i ani śniło Mu się, aby zmienić pozycję. Co USG łudziłam się, że sytuacja ulegnie zmianie. Przejrzałam internet wzdłuż i wszerz, żeby sprawdzić czy jest sposób, aby skłonić maluszka do obrotu. Czytałam zarówno o obrocie zewnętrznym, jak i o ćwiczeniach domowych. W okolicy, nie znalazłam miejsca, gdzie podjęto by się obrotu, ćwiczenia wykonywałam sumiennie, lecz niestety bezskutecznie. Ciąża przebiegała książkowo, jedyne co było w niej wyjątkowo uciążliwe to wieczne wymioty i zmęczenie. Można spokojnie rzec, że ciążę przespałam z przerwami na wizyty w toalecie. Termin miałam na 10 sierpnia 2014r. W 36 tc zostałam skierowanie na konsultacje względem cesarskiego cięcia. Zdecydowałam się na szpital Ujastek w Krakowie. Termin cesarki 4.08.2014r. Synek jednak obrał sobie swoją datę porodu. W nocy z 29 na 30 lipca, zaczęły sączyć mi się wody, później poszło już z górki. Izba przyjęć, badanie – rozwarcie na 2 cm, czop prawie w całości odszedł już wcześniej, skurczy brak. Ze względu na to, że akcja postępowała bardzo powoli, podjęto decyzję o stopniowym przygotowaniu mnie do zabiegu. Kroplówki, KTG, kroplówki, KTG, pobranie krwi do badań. Nigdy nie zapomnę tego jak strasznie się bałam. Do pewnego momentu mąż mógł być ze mną, co znacząco poprawiało mi nastrój, ale czułam ogromny żal i smutek spowodowane całą tą sytuacją… Ok. 7 pojawiły się skurcze, musiałam pożegnać się z mężem. Rozwarcie na 3/4 cm. Sala operacyjna. W pierwszym momencie znieczulenie nie zadziałało i zaczęto mnie ciąć kiedy miałam jeszcze czucie (nikomu tego nie życzę) później zwymiotowałam i dopiero mogli zakończyć zabieg….Synek o 9.48 był na świecie. Przystawili do policzka, przekazali informacje o stanie zdrowia, wymiarach i zabrali do Taty. A ja płakałam… w tym płaczu zamykały się wszystkie moje emocje. Zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Nie to jednak było najgorsze. Najgorsze było to, kiedy nie czułam żadnej więzi z Synkiem. Uczyłam się Go kochać… Teraz jest dla mnie najcenniejszym Skarbem, ale długo, długo był dzieckiem, którym po prostu przyszło mi się zajmować. Okropne uczucie niespełnienia, zawodu, smutku.

Już wtedy wiedziałam, że przy kolejnej ciąży będę walczyć o poród siłami natury. Początkowo nie wiedziałam od czego zacząć, nie wiedziałam w co wierzyć, a w co nie. Co robić, aby przybliżyć do siebie sukces. Czytałam, czytałam i czytałam. Non stop. W kwietniu br. dowiedziałam się o kolejnej ciąży, razem z mężem wiedzieliśmy, że zrobimy wszystko aby był możliwy VBAC.

Ciążę prowadziłam w przychodni KOV-MED w Krakowie, u dr. Adama Jędrzejowskiego. Jego podejście do VBAC jest takie, że sam uważa, że jest to lepsza opcja dla dziecka i do tego nie ma wątpliwości, jednak osobiście odradzał to kobietom, ze względu na podejście do tematu obecnych lekarzy, którzy po prostu się obawiają takich porodów, nie są oni do nich przyzwyczajeni i przygotowani. Sam niestety nie pracuje obecnie w żadnym szpitalu, bo wtedy na pewno zdecydowałby się na obecność przy moim porodzie. Koniec końców, z każdą moją wizytą musiał godzić się z moją determinacją i zaczął mnie wspierać ( wcześniej głównie powtarzał o tym, co jeśli trafię na kogoś kto sobie z takim porodem nie poradzi i w razie komplikacji po prostu spanikuje ). Później niestety ze względów zdrowotnych poszedł na urlop. Opiekę nade mną przejęła dr. Trojanowska, która ani VBAC nie odradzała, ani nie motywowała, po prostu skupiała się na swoich podstawowych obowiązkach. Mówiła mi jedynie o tym, że VBAC musi być porodem w pełni naturalnym, bez znieczuleń, bez wywoływania i najważniejsze musi spełniać pewne kryteria. Taka sobie gadka, bez głębszego przekazu. Na ostatni miesiąc przed porodem wrócił mój lekarz. I zaczął wspierać mnie z podwójną siłą, Badał, robił USG na każdej wizycie, KTG, nie wspomniał nawet pół słowem o konsultacjach względem cięcia. Sprawdzał przepływy, dojrzałość łożyska, ilość wód- na tym się skupiał i na bieżąco mnie o wszystkim informował. Termin miałam 10 grudnia 2015r.

Pod koniec listopada nic nie wskazywało na wcześniejszy poród, a wręcz przeciwnie. Widziałam, że dr. powoli zaczyna się martwić czy nie przenoszę i to ja Jego uspokajałam, że dzidzia ma jeszcze czas i czeka na „swój moment”.:) Pamiętam swoją ostatnią wizytę ginekologiczną 2 grudnia, kiedy to dostałam osobisty nr telefonu do dr. i kazał dzwonić w nocy o północy i informować o tym czy się udało. Zrobiło mi się wtedy baaardzo miło i byłam dumna, że dobrnęłam już tak daleko, że zmusiłam do uwierzenia w siebie. Pożegnaliśmy się, obiecując że na kolejnej wizycie już się nie pojawię – obietnicy udało się dotrzymać.:)

3 grudnia o 23.30 odszedł mi kawałeczek czopa śluzowego, podbarwionego krwią oraz zaczęły się regularne skurcze co 6 min. Nie były jednak one bardzo bolesne, więc najpierw stwierdziłam, że to jeszcze nie to. Po godzinie poszłam pod prysznic, częstotliwość wzrosła do 4-5 min. Zebraliśmy się z mężem, bo do szpitala miałam ok. 50 km. Wybrałam tym razem Szpital Rydygiera, zachęcona tyloma udanymi VBAC , które właśnie tam miały miejsce. Na Izbie Przyjęć, w pierwszej kolejności zostałam zbadana. Rozwarcie na 1 cm, czop faktycznie odchodził, pani położna stwierdziła, że odchodzą również wody. Zostałam podpięta pod KTG, skurcze były widoczne na wykresie. Miałam czekać na lekarza, aby podjął decyzję co dalej. Trafiłam na wyjątkowo kiepski skład dyżurny. Sama położna nie była już najmilsza, ale okazało się, że może być gorzej. Pani dr. po przyjściu już w drzwiach powiedziała, że nie wyglądam na kobietę rodzącą i że co prawda skurcze są, ale są to skurcze przepowiadające i że najprawdopodobniej się one za jakiś czas wyciszą, a ja niepotrzebnie dramatyzuję. Następnie zostałam zabrana na wykonanie USG, podczas którego padło hasło VBAC. Pani dr w tym momencie stała się jeszcze bardziej szorstka. Usłyszałam, że moja miednica jest za wąska do porodu naturalnego (stwierdziła to na podstawie spojrzenia), że przerwa 16 miesięcy całkowicie dyskwalifikuje mnie do porodu sn, a po oględzinach monitora ultrasonografu dodała, że dziecko jest w złej pozycji. Kiedy zapytałam czy jest ułożone poprzecznie albo miednicowo , dowiedziałam się, że „nieprawidłowość pozycji” polega na tym, że twarz dziecka zwrócona jest w stronę spojenia łonowego zamiast kręgosłupa, co daje trudny, skomplikowany, bolesny i ryzykowny poród . Powiedziano mi również, że w Rydygierze nie znajdę lekarza, który podjąłby się odebrać dziecko w takim ułożeniu. Oczy mi się zaszkliły, a w sercu pojawił się cichy żal. Kiedy padła propozycja położenia mnie na oddziale patologii ciąży ( „bo te przepowiadające mogą przekształcić się w poród w 3 h albo w 3 dni i to jedyne co mogę zaproponować”) stanowczo odmówiłam. Wcześniej uzgodniłam z mężem, że jak cięcie to tylko na Ujastku, w miejscu gdzie cięto mnie po raz pierwszy, gdzie ufamy personelowi, gdzie wiemy jak tam wszystko wygląda, gdzie oboje czujemy się bezpiecznie. Napisałam notatkę z odmową do przyjęcia mnie na oddział i wróciłam do męża.

Zeszliśmy do samochodu, zdałam relacje z rozmowy z lekarzem. Nie wiedziałam co robić, skurcze bolały coraz bardziej, do domu 50 km drogi, które musiałabym spędzić za kierownicą samochodu, ponieważ mój mąż nie posiada prawa jazdy, a z drugiej strony bałam się jaka będzie reakcja personelu Ujastka, co usłyszę tam. Targałam się z myślami. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o podjechaniu pod owy szpital. Pominę fakt, że była noc, nawigacja nas zmyliła i błądziliśmy przez prawie godzinę. Byłam wykończona. Fizycznie i psychicznie. Na parkingu, wyłączyłam silnik samochodu i zaczęłam rozmawiać z mężem, który zaczął mnie namawiać, żeby, a nuż, podjąć temat vbac-u na Ujastku, Przypomniał mi jak bardzo mi na tym zależało, jak długo o to walczyłam, jak daleko już zaszłam w swoich poczynaniach, przypomniał mi o tym jak wielu kobietom, w gorszym położeniu, się udaje. Na zegarku wybiła 6 rano. Odpaliłam samochód i zadecydowałam, że jedziemy do domu, że muszę odpocząć i się odświeżyć, że muszę mieć więcej siły. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. W domu trochę poleżakowałam,bo spać nie mogłam przez te dziwne skurcze, wzięłam prysznic, zjadłam kromkę chleba, wypiłam herbatę i udaliśmy się do Ujastka. Wróciło pozytywne myślenie, a skurcze w drodze… ustały ! Cisza jak makiem zasiał.

Godzina 12. 4 grudnia. Znów Izba Przyjęć. Tym razem ta, którą doskonale znam. Rozpoznaję niektórych ludzi, z niektórymi nawet się witam, bo oni kojarzą również mnie i męża. Poczułam się zrelaksowana i bezpieczna. To był „mój teren”. Opisałam całą sytuację, która miała miejsce w nocy, przekazałam informacje z Rydygiera. Zostało wykonane mi USG, zostaje zbadana. Nic od nocy się nie zmieniło, prócz tego, że okazało się, że żadne wody się nie sączą. Zapada wstępna decyzja o przyjęciu na patologię, a na następny dzień miała zostać wykonana cesarka. Liczyłam się z takim rozwojem sytuacji. Ujastek i VBAC ? Ojj nie. Tam na pewno się nie uda, nikt się tam nie zgodzi… Na Patologii zostało mi podłączone KTG i … znów pojawiły się skurcze! Co 6-7 minut, zdecydowanie bardziej bolesne niż te nocne. Położna wysłała mnie do lekarza oddziału patologii. Znów zostaje zbadana. Poród się rozpoczął! Rozwarcie na 2 cm, czop odszedł w dużej części, skurcze regularne, szyjka ładnie pracuje, pęcherz pięknie się napina. Pani Dr zrobiła wywiad i pyta się jak chciałabym rodzić, bo ona tu widzi duże szanse na poród siłami natury. Odpowiedź była oczywista! Zanim jednak decyzja zapadła ostatecznie czekała mnie konsultacja z lekarzem z oddziału ginekologiczno-położniczego . Po ok. 10-15 minutach przychodzi do mnie Pani dr Tamara Wilk, która postanawia wykonać USG. Wody w normie, łożysko dojrzałe, z dzidziusiem wszystko w jak najlepszym porządku i badanie blizny: 3,5mm. „Pani wie z jakim ryzykiem wiąże się poród naturalny po cesarce? Wie jak powinien wyglądać? Wie Pani, że znieczulenie jest możliwe tylko w formie gazu oraz wody i nic poza tym? I Wie Pani, że połowa sukcesu za Panią ponieważ akcja pięknie się rozpoczęła i równie pięknie postępuje naprzód? Ja widzę tu duże szanse na poród siłami natury. Dziś ja jestem na dyżurze nocnym, jeżeli Pani zechce, podejmę się opieki nad Panią i takim rodzajem porodu„. Miałam ochotę krzyczeć z radości a samą panią doktor zacałować . Mąż jak usłyszał nowiny, nie mógł pohamować radości .

Tu zaczyna się spełnienie moich marzeń. Ląduję na sali przedporodowej. Opiekę nade mną przejmuje fantastyczna położna, Pani Monika. Ta sama położna, która powitała mnie na oddziale kiedy pojawiłam się w szpitalu po odejściu wód, w ciąży z Synem, tak więc znów znajoma twarz. KTG, skurcze co 5-6 minut, rozwarcie na 3 cm. Lewatywa, troszkę pochodziłam po sali, mąż oczywiście był ze mną. Przyszła Pani dr wraz z położną. Została mi zmierzona miednica. Okazało się, że faktycznie jestem dość wąska, ale wymiar mierzony od spojenia do kości ogonowej prezentuje się obiecująco (nie mam pojęcia jakie te wymiary być powinny, ale miałam wrażenie, że niezależnie jakie by były to Pani Dr nie robiłaby problemów). Rozwarcie 5 cm. Pani Dr. w pozytywnym szoku, postanowiła się nawet upewnić czy nie został mi podany żaden wspomagacz. Znów zostaliśmy z mężem sami. Skurcze były już dość bolesne. Starałam się myśleć o odpowiednim oddychaniu, szukałam wygodnej pozycji. Pomiędzy skurczami spacerowałam, kołysząc biodrami, a kiedy zbliżał się skurcz siadałam na brzegu łóżka, z rozszerzonymi nogami, ręce opierałam sobie, na klęczącym przede mną, mężu, lekko się pochylając do przodu. Tak było mi dobrze. Znów KTG, żałowałam, że nie poprosiłam o to, aby zostało wykonane w innej pozycji niż leżąca, ale jakoś dałam radę. Rozwarcie na 7 cm – muszę powiedzieć, że w moim przypadku „kryzys 7 cm” faktycznie miał miejsce, to był przełom mojego zmęczenia. To chyba w tym momencie obecność męża odegrała największą rolę jak do tej pory. Byłam tak głodna, śpiąca (tak, śpiąca – na tyle ile człowiek odczuwający taki ból może czuć się śpiący ) i obolała, że zaczęłam mówić na głos o tym, że skoro teraz już z takim trudem przechodzę przez każdy kolejny skurcz, to jak ja z siebie wyprę to dziecko?!… Mąż „walnął” mi tu taką wiązankę motywującą, że rozwarcie wskoczyło w niedługim czasie na 8/9 cm.:) Moje dotychczasowe sposoby radzenia sobie z bólem przestawały działać. W tym momencie nastąpiła zmiana dyżuru i otrzymałam nową położną – Panią Lidię. Równie sympatyczna i pomocna Pani położna, co jej poprzedniczka. Pani Lidia odwiedzała mnie już z większą częstotliwością, ponieważ do przejścia na salę porodową było już bliziutko. Ostatnie KTG zostało wykonane już na siedząco, bo na leżąco na pewno nie dałabym rady. Skurcze co 1,5- 2,5 minuty o długości 40- 50 sekund. To była godzina 19…

Rozwarcie nie chciało pójść do przodu więc Pani Lidia zaproponowała, żeby może spróbowała jakiejś pozycji wertykalnej ( na tym etapie skurcze spędzałam na brzegu fotela znajdującego się w pokoju, bo każda próba wstania okazywała się kiepskim pomysłem, ból był olbrzymi. Powiedziałam o tym, że nie ma szans na nic stojącego. Pani Lidia rozłożyła materac i zaproponowała pozycję kolankowo – łokciową. Jak padłam na kolana, miałam wrażenie, że już nigdy nie dam rady się z nich podnieść. Pozycję lekko zmodyfikowałam bo opierałam się rękami o fotel, później to już nawet się na Nim kładłam całą klatką piersiową i głową, aby odpocząć w przerwach pomiędzy skurczami. Rozwarcie wskoczyło na 9 cm. Zostało mi polecone, żeby podczas skurczu, gdy będę czuła taką potrzebę, przeć. Była to dla mnie złota rada – ulga nad ulgi. Kiedy zbliżał się skurcz, atakowałam go parciem, co znacząco go niwelowało. „Jeszcze 15 minutek i przejdziemy na salę porodową”… Odliczałam te 15 minut, minuta po minucie, od skurczu do skurczu. Przyszła położna i stwierdziła, że jeszcze nie, że za wcześnie. Nie ukrywam, że w tamtym momencie, gdy usłyszałam ” jeszcze kwadransik” miałam ochotę, ową Panią Lidię udusić .

Rozwarcie zostało na 9 cm ale Pani dr, która akurat mnie odwiedziła, postanowiła o przejściu na salę porodową. Pomogła mi wraz z mężem wstać i przejść do sali obok. Wylądowałam na fotelu i dostałam krótką instrukcję jak przeć i co robić. Kiedy zapytałam o rozwarcie, usłyszałam tak naprawdę wymijającą odpowiedź, ale już po pierwszym skurczu i trzech parciach usłyszałam, że jest dyszka Później drugi skurcz i kolejne trzy parcia. Było mi tak strasznie niewygodnie, że w końcu o tym wspomniałam. Zapytałam czy mogę prosić o bardziej leżącą pozycję (miałam wrażenie, że pomiędzy moją częścią lędźwiową a oparciem jest dziura, co okazało się być faktem ). Kiedy padło pytanie czy oparcie w górę czy w dół, mąż wyprzedził mnie z odpowiedzią, że w dół – doskonale widział ową przestrzeń powodującą mój dyskomfort. Czytał w moich myślach . Postanowiłam też zrezygnować z uchwytów przy łóżku, na rzecz złapania się pod kolana. Trzeci skurcz, trzy kolejne parcia i okazało się, że w tym momencie pozbyłam się pęcherza płodowego, który pierw wyskoczył w całości, a następnie wybuchł jak balon przebity igłą, zalewając pół sali porodowej. Zaraz za nim pojawiła się główka, która stanęła „w przejściu” i sprawiała mi straszny ból, a niestety skurcz się skończył i byłam zmuszona czekać na kolejny, aby główkę przepchnąć dalej. Nie ukrywam, że tu po raz pierwszy zdarzyło mi się dość donośnie krzyknąć. Pani dr wzięła moją rękę i położyła na główce, nakazała wyrównać oddech, była taka opanowana i mówiła tak spokojnie, że udzielił mi się jej nastrój. Czwarty skurcz, pomógł urodzić mi moją Córeczkę, która zaraz przylgnęła do mojej klatki piersiowej i cichutko kwiliła. Ona kwiliła, Mąż płakał, ja płakałam…

Pierwsze co wyszło z moich ust po powitaniu Córci, to podziękowania w stronę Pani Doktor. Dziękowałam, że dała mi szansę, że we mnie uwierzyła, że pozwoliła mi spełnić moje marzenie. Usłyszałam tylko w odpowiedzi, że to wszystko zawdzięczam sobie, że jestem stworzona do rodzenia i że gdyby wszystkie kobiety były tak zdeterminowane, to było by o wiele, wiele mniej cesarek i o wiele, wiele więcej VBAC-ów. Położna wtrąciła się do rozmowy i czułam się dumna jak PAW.

TAK, JESTEM Z SIEBIE DUMNA, CZUJĘ SIĘ SPEŁNIONA, JESTEM SZCZĘŚLIWA. Miałam PIĘKNY PORÓD. Mój zestaw porodowy to ja + mąż + wspaniały personel = udany VBAC!

Zuzanna Ewa Witkowska urodziła się z wagą 3480g oraz 52 cm, godz 20.15 Urodziła się z gestem Kozakiewicza, więc miałam lekko utrudnione zadanie z powodu rączki znajdującej się przy twarzyczce, ważne jednak, że się udało, a ja spełniłam swoje marzenie!

20151205_183142  20151206_161852

Musi się udać! Moja historia VBA2C (Warszawa)

 

Tak, po 2 cięciach cesarskich można urodzić drkeep-calm-and-vba2c-onogami natury! W Polsce. Więcej, po 2 cc można urodzić drogami natury w 42 tygodniu ciąży, po 3 nieskutecznych próbach indukcji porodu oksytocyną i wreszcie mającej indukcyjny skutek amniotomii. Można także po 2 cc urodzić dziecko ważące więcej niż 4 kg…. a nawet mające więcej niż 4,5 kg. I owszem, nie każdemu będzie taki poród pisany, ale są na to realne szanse. Potrzeba tylko wiele determinacji i samozaparcia. Przeczytajcie niesamowitą historię porodów Ani:

2009

Pierwsza ciąża. Czekamy na syna. Liczymy każdy tydzień. Czytam jak najwięcej o ciąży i porodzie, żeby dobrze przygotować się do tej ważnej chwili. Oglądam wzruszające filmy z porodów, które bardzo podkręcają mnie emocjonalnie. Chodzimy na szkołę rodzenia, która ma nas jeszcze lepiej przygotować do przyjęcia naszego syna na świat. Umawiamy się z położną ze Szpitala Św. Rodziny w Warszawie. Termin porodu wypada w moje urodziny. Ja czuję się gotowa do tej przejmującej chwili. Termin porodu mija. Pierwszy, drugi, trzeci dzień. Wizyty kontrolne na ktg i usg. Trochę się niecierpliwimy, ale czekamy dalej.

12ty dzień po terminie. Budzę się o drugiej w nocy i zauważam, że powoli zaczęły sączyć się wody. Nie zapomnę tych emocji. Serce zaczyna mocniej bić. Nie potrafię ukryć radości. Biegnę do śpiącego męża i oznajmiam..to już! Dzwonię do położnej, która mówi żeby posiedzieć jeszcze kilka godzin w domu. Oczywiście emocje nie pozwalają nam już spać 🙂 Pakuję się, zjadamy coś, robimy kilka zdjęć. Decydujemy się jechać do szpitala przed 6 żeby potem nie stresować się korkami.

Izba przyjęć, dostajemy piękną sale porodową- cynamonową.

Wody się sączą ale nic więcej się nie dzieje. Mija kilka godzin- schodzę na usg. Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę, a pani doktor też upewnia się i robi pomiar trzy razy. Szacowana waga 4,5 kg.

Wracam do męża na salę porodową i jestem bardziej niż pewna, że ta informacja zablokowała mnie psychicznie na zbliżający się poród. Po wejściu do sali wybucham płaczem i mówię mężowi, że ja nigdy nie urodzę takiego dużego dziecka.

Nie tak miało to wyglądać. Mijają godziny sączących się wód i dalej nic się nie zmienia. Ani jednego skurczu. Dostaję oksytocynę. Nic się nie dzieje. Mija dzień i wieczór na sali porodowej. Nie pozwalają mi jeść. Jesteśmy niewyspani i zmęczeni bezczynnym siedzeniem w czterech ścianach.  24 godziny odpływania wód. Przed północą informują mnie, że w nocy nie będą nic robić, poczekamy do rana i wtedy podejmą decyzję co dalej.. „Proszę się przespać”.

Z przyjemnością przekręcam się na drugi bok i próbuję zasnąć. Ale za pół godziny coś zaczyna mnie boleć. Pierwszy skurcz. Szybko narastają kolejne. Ból jest ogromny. Przychodzą bóle krzyżowe. Cierpienie nie do opisania. Czuję, jakby ktoś łamał mi kręgosłup. Proszę o znieczulenie. Zwijam się na łóżku i prawie w ogóle się nie ruszam. Wciskam jedynie głowę w poręcz i próbuję przetrwać. Znieczulenie, czuję ulgę. Ale po 10 min odpoczynek się kończy- znieczulenie przestaje działać. O co chodzi? Ogromny ból przez 6 godzin. Nadchodzą skurcze parte. Ja dalej nie ruszyłam się z łóżka. Przyjmuję pozycję na boku, na plecach, ponownie na bok. Dziecko nie wstawia się w kanał rodny. Po 2h partych położna nakazuje zejście z łóżka i każe nam przykucać na skurczu. Nie wiem czemu zostawiała nas samych. Przykucamy tak przez ponad pół godziny. Co 20min wizyty lekarzy. Przy którejś z kolei, zaczynam prosić o zrobienie cięcia. Płaczę, cierpię i błagam żeby mi pomogli. No i pomogli. Wojtek urodził się po 32h od odejścia wód. Całe 4,534g szczęścia. Przytuliłam do policzka, pocałowałam i dali go mężowi.

Na sali pooperacyjnej nie oddałam go ani na chwilę. Choć ciężko było mi go trzymać, nie mogąc podnieść nawet głowy. Ręka drętwiała ale trzymałam, całowałam i przytulałam. Łzy też były. Nie udało mi się. Ale następnym razem przygotuję się lepiej!

2011

Karmię mojego 7 miesięcznego syna i czuję się szczęśliwa, bo spodziewamy się kolejnego dziecka.

Cała ciąża bezproblemowa. Prowadzę ją u poprzedniej pani doktor. Jestem przekonana, że tym razem urodzę syna naturalnie. Pod koniec ciąży pytam o pomiar blizny i słyszę, że raczej się tego nie robi, nic to nie daje ale po moich prośbach dostaję skierowanie na pomiar blizny.

Lekarz robiący usg informuje mnie, trochę naśmiewając się ze skierowania, że blizny w zaawansowanej ciąży nie da się zobaczyć na usg…. I nie sprawdził jej. A ja nie wpadłam na pomysł żeby skonsultować to z kimś innym. Usłyszałam to od dwóch lekarzy więc chyba to prawda…

Przeczytałam pierwszy raz książkę Ireny Chołuj. Uświadomiłam sobie swoje błędy w poprzednim porodzie. Postanowiłam, że nigdy więcej nie położę się na łóżku w trakcie skurczów.

Kilka dni przed tp wybrałam się ze starszym synkiem na kwalifikację do psn. Wizyta w Szpitalu. Synka podrzuciłam do znajomej, jedna wizyta i za chwilę wracam.

Wchodzę do gabinetu. Starszy doktor. Kładę się na łóżku. Lekarz maca mój brzuch. Minął rok i 4 mce od cięcia. Dzieciątko małe jak na mnie – szacowana waga ok. 3,5kg. Po dotknięciu brzucha (cudownymi rękoma) lekarz oznajmia zdecydowanym tonem – blizna cienka, nie może Pani rodzić naturalnie. Bardzo mi przykro. Proszę zejść na Izbę Przyjęć i zgłosić się na cięcie. Ale jak to. Nie, to niemożliwe. Położna siedzi obok lekarza i kiwa głową mówiąc „Tak będzie lepiej proszę Pani”. Nie mogę powstrzymać łez. Biorę skierowanie i wychodzę. Znajduję samotny kąt na klatce schodowej, siadam i wybucham płaczem. Próbuję zadzwonić do męża, ale nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. Bolało bardzo. Przecież dobrze się czuję. Nic nie rozumiem. Przyjechałam z synkiem, autobusem na tą wizytę a oni mówią że jestem w stanie zagrożenia. Przyjedź Mężu. Nie urodzimy. Nie mogę. Jedź po torbę. Zorganizuj opiekę dla starszego. Mamy chyba na to chwilę. Kiedy to cięcie? Jutro? „ Ależ skąd! Za chwilę!” Panika jakbym była na skraju życia i śmierci. „Niech Mąż przyjeżdża z wynikami badań, jak najszybciej”

Szybko przebierają, golą. W ciągu 15 min znalazłam się na porodówce. Siedzę samotnie i czekam na męża. Modlę się żeby zdążył. Nie wiem czemu tak się spieszą. Nie krwawię, z synem wszystko w porządku. Nic nie rozumiem. I tego cięcia boję się ogromnie. Przyjeżdża mąż, operacja. Maleństwo rzeczywiście ważyło 3,5 kg. Kolejna igła wbita w moje serce. Taki maleńki, mogłam go spokojnie urodzić..

Fizycznie pozbierałam się lepiej po drugim cięciu niż po pierwszym. Ale psychicznie było jeszcze gorzej.

Czy już nigdy nie urodzę dziecka naturalnie? Jest to coś, o czym marzyłam już jako nastolatka. Przeżyć poród. Doświadczyć pełni kobiecości. Przeżyć to, do czego zostałam stworzona.

Po powrocie do domu od razu wpisałam w wyszukiwarkę -poród naturalny po dwóch cięciach.

Od p. Ireny Chołuj dostałam kontakt do pani doktor ze Szpitala Św Zofii,która prowadzi ciąże po cięciach do próby porodu drogami natury. Po połogu udaję się do niej na wizytę. Długo rozmawiamy. Nie widzi przeszkód żeby podjąć próbę porodu siłami natury. Pyta z jakiego powodu było wykonane drugie cięcie- odpowiadam, że stwierdzono zagrożenie pęknięcia macicy.

„To ile mm miała blizna?” ????

„Jeśli nie zmierzono blizny na usg to skąd wiadomo że była cienka?” Powiedziałam, że lekarz dotknął rękoma brzuch i tak oświadczył. Spojrzenie Pani doktor powiedziało mi wszystko.

Zrobiło mi się strasznie smutno. Poczułam się oszukana. Znowu ból. Czyli tak naprawdę zrobiono mi rutynowe cięcie. Mogłam rodzić. Miałam małe dziecko. Wszystko przemawiało za tym, że mogło się udać. Ciężko poradzić sobie z takim żalem.

Ale moja nowa pani doktor szybko postawiła mnie na nogi. Koniec użalania się nad sobą. Czekamy na ciąże i będziemy działać.

2013

Jestem w ciąży. Oczekujemy trzeciego syna. Ciąża przebiega prawidłowo, pomijając mniejsze dolegliwości. Moja Doktor stale wspiera mnie w decyzji o porodzie naturalnym. Uspokaja, nie straszy.

Nadchodzi święty termin i standardowo nic się nie dzieje. Ale nikt nie panikuje. Doktor sprawdza bliznę w czasie badania usg. Jest dobrze, mamy zielone światło do próby porodu naturalnego. Czuję się uskrzydlona. Zgłaszam się na kontrolne ktg kilka dni po terminie i następuje pierwsza konfrontacja z personelem szpitala. Ale czuję się silna psychicznie i jestem bardzo zdeterminowana więc się nie daję 🙂 Po zapisie wizyta w gabinecie. Trafiam na młodego lekarza, dość opryskliwego w pierwszej chwili. „3 dni po tp. Stan po dwóch cięciach. Co Pani robi jeszcze na wolności? Dzwonię zapytać czy jest miejsce na patologii” Czekam cierpliwie aż doktor skończy rozmowę bo wcześniej nie dał mi dojść do słowa. „ Niestety nie ma dziś miejsca” Odpowiadam mu, że bardzo mnie to cieszy bo nie wybieram się póki co na oddział. Wracam do domu i czekam bo chcę rodzić naturalnie. „Naturalnie?! A wie Pani że macica Pani pęknie?!” Biorę głęboki wdech. Tak wiem, że jest taka możliwość. Mimo wszystko chcę spróbować. Pan Doktor opisał jeszcze dość makabrycznie wszelkie możliwości jakie mogą się wydarzyć, chcąc mnie nastraszyć, ale nie podziałało to na mnie. Odetchnęłam. Druga część rozmowy była już całkiem przyjemna.

Odmówiłam hospitalizacji też kolejny raz gdy zjawiłam się na kontrolnym zapisie.

Tydzień po terminie. Kolejna wizyta na ktg. Niby wszystko w porządku ale lekarz kręci nosem. Coś nie podoba mu się zapis. „ Ale oczywiście nie musi Pani zgadzać się na hospitalizację” Wyczułam sarkazm. Używając fachowego języka wytłumaczyła co jest nie do końca w porządku w moim zapisie. Stwierdziłam, że jeśli cokolwiek jest nie tak to oczywiście zostaję w szpitalu. Dzwonię do męża żeby przywiózł mi torbę i zabrał auto bo przecież sama przyjechałam na tą wizytę i planowałam jeszcze powrót do domu..

Patologia. Na piętrze jest spokojniej. Zupełnie inna atmosfera niż na Izbie Przyjęć. Dowiedziałam się, że w moim zapisie ktg nie było żadnych nieprawidłowości. Zatrzymali mnie podstępem.

Od następnego dnia zaczęłam spacerować podłączona do kroplówki z oksytocyną. Wcześniej odbyłam rozmowę na temat mojej decyzji i musiałam podpisać oświadczenie.

Dzień minął bez skurczów. Potem dzień przerwy. I tak przez 6 dni spacerowałam co drugi dzień z kroplówką która nie spowodowała nic. Można dostać 3 dawki. Leżały ze mną w sali dziewczyny, którym poród zaczynał się już po pierwszej dawce. Koleżanki się zmieniały a ja dalej czekałam. Przy każdym obchodzie trzymałam się swojej wersji i zdania nie zmieniałam.

Muszę podkreślić jedną ważną rzecz. To co mówią lekarze, o jakich procedurach wspominają na IP, nie do końca trzyma się rzeczywistości na piętrze. Tam czas zwalnia. Mówili mi, że będąc po dwóch cięciach poczekają maksymalnie tydzień na poród a potem zrobią cięcie. A tymczasem tydzień po terminie dopiero znalazłam się na oddziale i nikt się nie wyrywał z operacją. Wszyscy cierpliwie czekali obserwując postępy lub ich brak po oksytocynie..

Porodu nie ma. 42tc. Informują mnie, że podanie kroplówki nic nie dało więc na drugi dzień będą musieli wykonać cięcie. Dłużej czekać już nie mogą. Kontaktuje się z moim lekarzem prowadzącym żeby naładować akumulatory i usłyszeć, że jeszcze nie wszystko stracone. Zaczynam wątpić w to czy się uda. Słyszę, że mam się trzymać. Wytrzymałam tak długo więc mam się nie poddawać. Z dzieckiem jest wszystko w porządku, z blizną też. Są warunki do tego żebym jednak rodziłą.. Pytam ją o przebicie pęcherza. Chcę to zaproponować bo już tylko to mi zostało. Utwierdzona na nowo w swoim wyborze informuję o tym personel. Mam dwa wyjścia, albo przebiją pęcherz i się uda albo robią cc. Działamy.

11 dnia po terminie porodu zostałam zaproszona do gabinetu na rozmowę z Zastępcą Ordynatora Oddziału Patologii. Rozmowa była spokojna ale bardzo dla mnie ciężka. Pani doktor na wstępie zaznaczyła, że nie ma na celu straszenie mnie, jednak musi mnie poinformować o wszelkich możliwych scenariuszach i planach działania. Usłyszałam o tym, że może pęknąć mi macica, że może wystąpić krwotok, że dziecko może urodzić się w złym stanie, że może być robione inne cięcie i nie będą mogli mnie od razu ratować… Nogi zrobiły mi się miękkie. Tysiąc myśli naraz. I co ja mam robić. Podpisuję oświadczenie : W pełni świadoma konsekwencji odmawiam wykonania cięcia cesarskiego….

Przychodzi Pani Ordynator i zaczyna bolesne badanie w trakcie którego przebija z impetem pęcherz. Zaczęło się. Nie ma odwrotu.

Wracam do sali i zaczynam płakać. Dzwonię do męża żeby przyjeżdżał jak najszybciej. Zaczynam się bać. Czy dobrze robię? Czy przez moje decyzje nie wyrządzę krzywdy synowi? Wątpliwości.

Ale odwrotu nie ma. Godzina 14:00. Mija pół godziny w trakcie których zjawia się mąż. Leżę pod ktg. Zaczynają się skurcze. Coraz boleśniejsze. Zapominam o strachu. W jednej sekundzie zapominam o wszystkim i zaczynam myśleć o tym co się dzieje. Tu i teraz. Odłączają mnie od ktg i zaprowadzają na blok porodowy. Podczas czekania na windę zalewam cały korytarz wodami..

Jestesmy na sali. Poznajemy położną. Bardzo miła. Rozwarcia jeszcze nie ma. Zostajemy sami. Mając w pamięci pierwszy poród, z daleka omijam łóżko. Zwisam na linie, opieram się o drabinki, wchodzę na chwilę do wanny.

3cm rozwarcia. Zaczynam się cieszyć, że nie ma bólu w krzyżu. Skurcze są do zniesienia. Zadowolenie mija szybko bo nadchodzi ból którego nie da się z niczym porównać. Jednak kolejny poród z bólami krzyżowymi.. Znów jakby ktoś gniótł mi kręgosłup. Nie czuję bólu w podbrzuszu tylko ogromne rozpieranie w krzyżu. Siadam na piłce i siedząc wieszam się na drabinkach. Rozpoczynają się dwie godziny walki o przetrwanie. Przychodzi położna, proponuje zmianę pozycji ale ja nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. Położna nie protestuje, zapina mi przenośne ktg i mogę walczyć dalej. Kontrola co jakiś czas. W międzyczasie mąż dostaje podgrzany woreczek z pestkami wiśni, który ma przykładać do bolącego krzyża. Po jakimś czasie zaczynam przysypiać między skurczami. Opieram się o drabinki i śpię gdy nie czuję bólu. Drażni mnie każdy dźwięk. Najmniejsze słowo wypowiedziane przez męża. Pragnę ciszy. Oby wytrwać. Już ledwo żyję. Przychodzi położna, zostało jeszcze trochę centymetrów. Proszę męża żeby poszedł podgrzać woreczek. Zostaję sama w sali. Odczuwam nagle nieodpartą potrzebę pójścia pod prysznic. Muszę zdążyć tam dojść między skurczami. Wstaję szybko z piłki i rozbieram się. Skurcz pod prysznicem jest nie do zniesienia ale jakby inny. Mąż wraca z woreczkiem, ale nie jest on już potrzebny. „Zawołaj położną!”

Wraca położna,bada mnie na stojąco pod prysznicem i mówi „ Pani Aniu, rodzimy.”

Nie do końca ją zrozumiałam. No przecież rodzę już 2,5 godziny. O co chodzi. Co ja mam robić.

„ Ale idzie już główka!” Nie zapomnę nigdy tej chwili. Przechodzimy do wanny na moje życzenie. Skurcze parte. Nigdy wcześniej i nigdy później nie wydawałam z siebie takiego gardłowego krzyku jak wtedy. Kilka skurczów partych w wodzie ale główka się cofa więc położna pomaga mi wyjść i sadza na stołeczku porodowym. Kolejne skurcze. Po którymś skurczu rodzi się główka. „Mamy główkę. Chce Pani dotknąć?” Tak, oczywiście, że chcę dotknąć. To było coś czego pragnęłam od zawsze. To o czym marzyłam właśnie się spełniało. Ciepła, aksamitna główka. Wyszła i nastąpiła długa chwila zanim nadszedł kolejny skurcz i wraz z nim wyszedł cały Jaś. 4100g.

Przechodzimy na łóżko i zaczynamy się tulić. Lecą łzy wzruszenia. Udało się. Warto było walczyć do końca.

2015

Poród naszego czwartego syna. Dla mnie kolejne niesamowite przeżycie bo to był pierwszy poród przy którym nie dostałam oksytocyny. Końcówka ciąży była prawie identyczna jak trzecia. Po terminie porodu byłam w stałym kontakcie z moją doktor prowadzącą. Poszłam ze dwa razy na kontrolne ktg. Ale tym razem nie było żadnego straszenia. Nie byłam już sensacją 🙂 Urodziłam już raz więc teraz nikt nie traktował mnie jak kobietę niespełna rozumu 😉 Tydzień po terminie dostałam skierowanie przyjęcia na oddział i miałam zgłosić się najpóźniej 10 dni po terminie. Tak zaleciła moja lekarka więc się tego trzymałam. W domu oczywiście robiłam wszystko żeby poród rozpoczął się sam. Ale niestety i tym razem to nie nastąpiło. Spodziewałam się scenariusza z poprzedniej ciąży. Oksytocyna, przebicie pęcherza.

Przyjęli mnie na oddział i niespodzianka. Młody doktor na drugi dzień zaproponował od razu przebicie pęcherza. Zero kroplówki. Zgodziłam się.

Badanie, podczas którego lekarz w sposób zupełnie inny niż ostatnio, przebija pęcherz. Delikatnie, używając narzędzia. Dostaję przemiłą położną, która zabiera mnie na porodówkę. Położna z patologii krzyczy za mną powodzenia i mówi, że na pewno uwiniemy się przed 19. Chciałam rodzić w wodzie ale dostałam salę bez wanny. Godzina 16. Nic nie czuję. Ostatnio skurcze pojawiły się szybko, z impetem i strasznie bolesne. A teraz nic. Mam nakaz spacerów i masażu brodawek. Po 30 min zaczęłam odczuwać bardzo delikatne kłucie w podbrzuszu, które spokojnie narastało co jakiś czas. Położna zjawiała się co chwila sprawdzając, jak się mamy.

Po 1,5 godzinie rozpoczął się, już mi znany, czas walki o przetrwanie. Znowu siadam na piłce. Potem wieszam się na drabinkach. Położna nie mówiła mi postępu w centymetrach, tylko zawsze po badaniu oznajmiała, że jeszcze TROCHĘ. Poleciła zmianę pozycji, żeby odciążyć kręgosłup. Zostałam w niej na dłużej. Położna przyszła po raz kolejny i wyszła zostawiając mnie znowu z „jeszcze trochę”. Mija 5 minut i nakazuję mężowi żeby zawołał Ewę. Wraca i mówi, że zaczynam przeć więc prosi o przejście na łóżko. Staje mi przed oczami pierwszy poród. Nie, ja na łóżku nie urodzę. Nie ma mowy. Ale syn był duży i powiedziała, że na stojąco pęknę. Ulegam i kładę się na boku. To był naprawdę fantastyczny czas. Prawie spadałam z łóżka ale mąż mnie podtrzymywał. Parłam w ciszy bo nie miałam potrzeby krzyczeć. Nawet rzuciłam jakiś żart bo wszyscy się zaczęli śmiać. Urodził się Leon. 18:55, zdążyliśmy przed 19 😉 Całe 4600 g szczęścia.

Spełniłam swoje marzenie. Nawet podwójnie. Ale po cichu mam jeszcze nadzieję, że kiedyś pojadę do szpitala już nie na oddział patologii ale prosto na salę porodową. I nikt nie będzie ingerował już w tą piękną chwilę.