Znalezione. Dla inspiracji:
Historia lubi się powtarzać….? (Francja)
Półtorej doby po pęknięciu pęcherza płodowego, po długim oczekiwaniu, po chwilach zwątpienia i z fantastycznym wsparciem położnej oraz męża. Dziś szczęśliwa polska opowieść Kasi we francuskich realiach.
Niebo a ziemia vs vbac a cc (Warszawa)
Znów z opóźnieniem, ale znów wspaniała i inspirująca – historia porodu Asi, która szczęśliwie urodziła drogami natury w warszawskim szpitalu na Madalińskiego 21 miesięcy po cięciu cesarskim.
Chciałam opisać moją przygodę przeżycia i pojawienia się naszego drugiego synka Tymoteusza w 2015 r, po pierwszej ciąży w sierpniu 2013 r zakończonej cc z powodu położenie miednicowego. Termin był na 18 czerwca. Cała ciąża przebiegała ok i synek ułożony prawidłowo nie jak w 1szej ciąży miednicowo. Od 30 tg zaczęłam się zastanawiać jaką decyzję podjąć co do rodzaju porodu. Trafiłam na ciekawą stronkę vbac czyli vaginal birth after cesation, w której rozczytałam się w opowieściach mam, które urodziły sn po cc i oglądałam parę filmików, które dały mi do myślenia i powoli dodawało otuchy do podjęcia decyzji i SN.
Chciałam zyskać:
- Szybko dojść do siebie po porodzie by móc zajmować się od razu maleństwem i starszym niespełna 2 letnim dzieckiem,
- Zyskać jak najwięcej dobroczynnych skutków sn dla Tymusia typu zasiedlenie przez bakterie mamy, przejście przez kanał rodny i wyciśnięcie z płuc wody owodniowej, od razu kontakt skóra do skóry itp.
- Spełnić swoje marzenie i zmierzyć się po kobiecemu z wyzwaniem porodu,
- Zrobić wszystko co w mojej mocy by uniknąć cc
Rozpoczęłam więc przygotowania do sn: picie herbatki z liści malin w 34 tg, łykałam olej wiesiołka i tez aplikowałam dopochwowo ale po herbatce brzuch mi twardniał i czułam bolesne skurcze, choć delikatne to tak jakby mi się okres zaczynał i po około 3 dniach odstawiłam herbatkę, skurcze zanikły. Olejek dalej stosowałam a do herbatki wróciłam po skończonym 36 tyg, ok 3 kubki dziennie.
27 maja godzina 15 i brzuch staje mi dęba i tak co 15 min. Piszę do męża sms: próba mikrofonu albo Tymek sobie żartuje albo powoli się zbiera do nas. Starszy synek wraca 15:30 daję radę go odebrać i się nim zająć pomimo tych bezbolesnych choć niekomfortowych skurczy. Wraca mąż 17:30, skurcze nie przechodzą, kładę się odpocząć a one nadal się pojawiają. Biorę też kąpiel 40 minut jak uczyli w szkole rodzenia ale skurcze wcale nie przechodzą. Łykam 2 nospy max i tez nic. Idę wcześniej spać ok 21. Wcześniej układam chronologicznie i w skoroszycie wszystkie dokumenty już skompletowane by nie szukać na IP. Cały czas czuje ten twardniejący brzuch aż do 00:50 kiedy po raz pierwszy poczułam ból jak na okres w dole brzucha i w lędźwiach. Zerkałam na zegarek i pojawiał się regularnie co 10 min. Wytrzymałam tak leżąc do godziny pierwszej i wstałam mówiąc do męża, że to raczej będzie dziś.
Poszłam dopakować resztki do torby do szpitala typu poduszka kojec w kształcie litery C, na której spałam itp, za jakiś czas wstał mąż i też nie mógł zasnąć już z wrażenia więc poszedł spakować rzeczy do samochodu. Czas mijał a skurcze cały czas były regularne, próbowałam przespać się pomiędzy bo nie wiedziałam jak to dalej się potoczy i jak rozłożyć siły. Mąż od pewnego momentu zaczął mi masować plecy przy skurczu i było trochę lżej. Tak minęła noc, męża poprosiłam by został ze mną i nie szedł do pracy a był to czwartek. Synek poszedł do niani. Do godziny 9 rano trwały regularne skurcze co 10 min i zadzwoniła znajoma. Jak zaczęłam chodzić w trakcie rozmowy tel, to skurcze zanikły na około godzinę więc po parunastu minutach rozmowy dowiedziałam się, że są to skurcze przepowiadające i pewnie jeszcze daleko do porodu. Zasmuciło mnie to, że już tyle bolesnych skurczy i godzin za mną a to nie to i mąż wziął wolne a jak poród zacznie się dopiero w następnym tygodniu? No nic, mąż poszedł się zdrzemnąć ja też spróbowałam. Nasz starszy synek odesłany do niani więc czas się zregenerować skoro skurcze ustały. I tak drzemałam około godzinę do 10 a od 10 godz znów wróciły regularne i silniejsze skurcze. Z powodu już sporego zmęczenia poprzednimi skurczami spałam nadal pomimo bólu, na który się budziłam delikatnie i znów zasypiałam. To trwało do ok godziny 11 kiedy udałam się do toalety i nadal skurcze. Wydawało mi się, że coś wypadło ale nic nie zauważyłam więc machnęłam ręką i udałam się w stronę wyjścia z wc i nagle w coś wdepnęłam skarpetą…… zdziwiłam się co takiego miękkiego leży na podłodze, może jakaś zabawka starszego syna? zapalam światło podnoszę stopę i widzę na skarpecie spory kawałek galarety delikatnie podbarwionej na różowo. To był czop śłuzowy. Naśmiałam się bo skojarzyło mi się to z tymi żelowymi wkładkami do powiększania biustu ale zarazem też ucieszyłam się, że coś się dzieje i idzie do przodu. Znów tel kolejna kol, która rodziła w lutym br. Rozmawiamy i skurcze znów zanikły. Skarżyłam się jej,że nie wiem jak rozłożyć siły i że wszyscy mówili mi do tej pory włącznie z położną, że to może dopiero za parę dni się zacząć, że to macica ćwiczy i się przygotowuje. Szczerze miałam dość takiego ćwiczenia i nadal byłam niespokojna i co tu robić by sprawdzić co się dzieje, położna powiedziała że w szpitalu na Madalińskiego ma właśnie dyżur i jest sajgon: panie czekają na korytarzu więc odradza przyjechanie w tym czasie. Zadzwoniła kolejna znajoma i poradziła bym pojechała do szpitala w Pruszkowie i zrobiła KTG, dobry pomysł, na miejscu i powiedzą co się dzieje faktycznie a nie z przypuszczeń. Mąż więc zabrał sie za szukanie nr tel do szpitala na Wrzesinie czyli w Pruszkowie a na stronie internetowej jak byk, że szpital się czyści do końca maja. Bu no i co tu robić, zadzwoniliśmy do Enel-Medu a tam czeka się 2 dni i trzeba mieć skierowanie- znów nic. Zostaje jeszcze Babka Medica, w której robiłam wszystkie badania w ciąży. Umówili nas na 15:25 więc musielibyśmy wyjechać godzinę wcześniej by być na czas i tak się umówiliśmy z mężem. Mąż ugotował mi ponownie udko kurczaka i rosół, który pochłonęłam szybciutko bo skurcze mnie też wygłodziły i osłabiły. Ok godziny 13.45 położyłam się by wypocząć i zdrzemnąć się chwilkę przed wyjazdem. Obudziłam się 14:10 w samą porę, pomyślałam i już zbierałam się by wstać i znów skurcz. Byłam w pokoju dziecięcym gdzie jeszcze mamy swoje łózko małżeńskie. Zdążyłam wstać i oprzeć się o mebelki dziecięce i poczułam, że coś mi wypływa powoli więc kontrolnie zdjęłam spodnie by sprawdzić i wtedy odeszły mi wody, na szczęście nie na wykładzinę tylko na puzzle podłogowe starszego syna i nie na spodnie bo wcześniej zdążyłam zdjąć:). Zawołałam męża a on dzielnie przybiegł i posprzątał po mnie:) To był jeden z najzabawniejszych momentów bo chlusnęło ze mnie i czułam się dosłownie jak krowa na łące, która podnosi ogon i sika fontanną. Taki obraz mi powstał w głowie. Oczywiście ucieszona, hura!!!!!!!zaczął się pierwszy okres porodu więc to dziś będzie i to nie były tylko skurcze przepowiadające.
Poszłam więc do toalety i znów skurcz, o rety są co 7 minut więc piszę do położnej co się dzieje, oddzwania i mówi bym na spokojnie się spakowała co uczyniłam już w nocy, zjadła coś, wzięła kąpiel i za godzinę wyruszała lub jak będą skurcze co 5 min to wcześniej. Wstałam i znów skurcz i znów ten sam obraz krowa na łące sikająca fontanną tym razem na kafelki w łazience:) Mąż poszedł coś zanieść do garażu a ja widzę że skurcze nadal co 5 min. Więc sprawdziliśmy listę postępowania w razie rozpoczęcia porodu i wyruszyliśmy do szpitala. W aucie podroż około 40 min, skurcze coraz silniejsze i boleśniejsze co 7 lub 10 min i nadal ze mnie odpływały wody przy każdym skurczu. Na szczęście założyłam spodnie piżamowe i podkład na siedzenie w aucie. Jak dojechaliśmy byłam mokra do kostek wręcz. Swoją drogą dziwnie się idzie w mokrych spodniach wśród ludzi. Na IP byłam prawie godzinę, masakra, zawiesił się system i nie drukowały się moje poprawne dane tylko stare z poprzedniego porodu. Przyjechałam o 16:20 z rozwarciem na 2 lub 3 cm wg badania ginekologicznego, nadal ze mnie leciało przy skurczach. O 17:20 w końcu trafiam na blok porodowy. Byłam już tak zmęczona, że słabo pamiętam ten czas. Niestety nie było wolnej sali więc musieliśmu czekać 1,5 godziny na korytarzu. Parę skurczy na korytarzu, wypełniłam jakieś doksy, zbadano tętno dzidzi i przyszła nasza umówiona położna – była nadal na dyżurze ale o 19 kończyła i miała się już tylko nami zająć, zabrała nas do sali pooperacyjnej zanim zwolni się sala porodowa. Uf w końcu łóżko i mogłam na kucaka na nim się oprzeć na worku sako. Kolejne skurcze coraz mocniejsze, mąż masuje mi plecy daje to ulgę ale nie zmniejsza bólu. W sumie byłam tak zmęczona, że ten czas minął mi jak 20 min a w rzeczywistości było to 1,5 godz. W tej sali pooperacyjnej położna przyniosła piłkę, na której mówiła by skakać. Podłączyła ktg, zaaplikowała wenflon, pierwsza próba nie udana i krew się tylko w próbówce podczas pobrania pieniła. Druga próba udana, pobrana krew. Godzina 19 i położna już tylko dla nas, rozpoczyna się skakanie na piłce, masaż sutków by wywołać regularne skurcze jako że mi ciągle zanikały albo zwalniały, podłączona do ktg, na plecach z gorącym termoforem do łagodzenie bóli krzyżowych. Zaraz potem przeszliśmy na salę porodową, nazywała się cynamonowa, pomyślałam o fajnie bo lubię cynamon:)
Do momentu znieczulenia czyli do 21 pamiętam ten czas jak przez mgłę. Pierwsze badanie i słyszę że mam jakąś kość chyba ogonową zakrzywioną dlatego mnie tak mocno boli i szyjka macicy też jest wygięta. Więc pomyślałam aha to się nie uda przez te atrakcje. Trochę w kuckach na łóżku parę skurczy, potem nadal skakaliśmy na piłce, położna walczyła masażem sutków o regularne i dłuższe skurcze. Podpytałam męża co w tym czasie się działo bo ja już byłam tak umęczona. Pamiętam też, że chyba na początku zadała pytanie co robimy ze znieczuleniem ja odpowiedziałam, że bez na pewno nie dam rady. Położna to bardzo radosna osoba ja już nie miałam siły ale w duchu się uśmiechałam np. gdy zapytałam czy np. te codzienne porody i masaże sutków nie wpływają na nią a odpowiedź była następująca: „Mnie kobiety nie kręcą:) „ szkoda że nie miałam siły się śmiać. Mi generalnie chodziło o to czy na jej postrzeganie własnej seksualności nie wpływa i nie oziębia np. He he. Potem już nawet w duchu się nie uśmiechałam bo ból przy skurczach był tak rozsadzający nieznośnie, tak promieniujący, że traciłam panowanie nad ciałem i oddechem, łzy mi same płynęły i wtedy pomyślałam- nie dam rady…. naprawdę już nie dam rady……
To było okropne, ból jakby przejął kontrolę nad moim ciałem. To był najgorszy moment jaki pamiętam. Powiedziałam ostatnimi siłami „czemu to tak boli, kto to wymyślił” i „ja chcę tylko spać”. Wtedy położna mnie zbadała bo widziała, że robię się już jak warzywko lejąca z bólu. Na badania na łóżku oczywiście znów polały się wody. Położna była naprawdę delikatna i współczująca i zapowiadała, że np. jeszcze trochę bym wytrzymała, że zaraz kończy. Przy skurczu rozwarcie było na 6cm więc poszła po anestezjologa. Przyszedł pan z panią, pan wytłumaczył mi na czym to ma polegać, co się może ze mną dziać i co po kolei będą robić, i czego ja mam nie robić zwłaszcza w momencie skurczu oraz możliwe i rzadkie skutki uboczne. W trakcie znieczulenia złapały mnie ze 2 skurcze ale przygotowałam się na nie by się nie ruszać – złapałam mocno męża obie ręce i ściskałam max i pomogło. Był moment kiedy mocno mnie zakuło w plecach i bezwarunkowo prawie podskoczyłam za co zostałam upomniana, że takie coś może się źle skończyć. Po podaniu znieczulenia stresowałam się, że znieczulenie przestanie działać i nie wytrzymam pod koniec porodu, położna mnie uspokoiła, że dopóki nie urodzę nie odłączy pompy ze znieczuleniem. Przy opowieściach o porodach słyszałam o takim momencie że robi się zimno zwłaszcza w stopy i ja ten etap osiągnęłam już przed znieczuleniem choć nie byłam tego świadoma przez dotychczasowy ból. Skutkiem ubocznym zzo jest ciepło w nogach i stopach, co mi się podobało bo to było miłe mieć ciepłe stopy. Jedna noga prawa moja była bezwładna i śmiesznie jak zmienialiśmy pozycję z boku na bok na łóżku to ona mi uciekała:) śmiesznie to wyglądało z mojej perspektywy. Znieczulenie zadziałało i to była najwspanialszy moment porodu, błogi…..
Na pytanie od 1 do 10 jak silne miałam skurcze odpowiedziałam 9/10 a na ile oceniam znieczulenie w tej samej skali to było mocne 9:). Zgaszono światła, mąż puścił ulubioną muzykę, położono mnie na boczku przykryto kołdrą i odpoczywałam, nabierałam sił przed ciężką pracą, ze 3 razy nawet zasnęłam w ciągu tej godziny, słyszałam jak za ścianą pani rodząca krzyczy i jak krzyczy jej nowo narodzone dzieciątko ale nie miałam sił by coś powiedzieć. Położna siedziała obok łózka i monitorowała ktg. To był najwspanialszy czas porodu taki błogi, że trudno ująć w słowa. Leżałam tak do 22 ale o 22 wcale nie czułam się już na siłach ani zregenerowana więc położna widząc mnie dętkę pozwoliła jeszcze pół godziny na ten stan ale już skurcze i ich bolesność zaczęły się nasilać niektóre nawet bardzo. O 22:30 przystąpiliśmy do ciężkiej pracy, szyjka macicy stanęła na 8cm i była twarda a skurcze parły więc położna zaproponowała jakiś lek, który miał ją zmiękczyć szyjkę by nie pękła, jednak była obawa z powodu, że to lek rozkurczowy, martwiła się czy moje nieregularne skurcze nie zanikną. Udało się, nie zanikły, tych bóli nie potrafię opisać choć też były mocne jak poprzednio to po prostu nie pamiętam. Pamiętam jedynie jak usłyszałam jest 10 cm to zaczynamy a ja taka zdziwiona już? Jest 10? nie mogłam w to uwierzyć udało się!!! dobrnęłam do drugiego okresu porodu. Jupi!!!!. Położna zrobiła przemeblowanie, zdjęła kołdrę i rozłożyła koniec łóżka porodowego w takie ginekologiczne z oparciami na nogi. Wyglądało to śmiesznie z mojego pkt widzenia jakby rozkładała samolot. Potem przystawiła stolik na dzieciątko jak się urodzi i wtedy zrobiło mi się tak miło i przyjemnie i dodało mi powera, że to już niedługo na pewno nie dłużej niż 2 godziny i zobaczę mojego niepokornego synka. Nie wiem, w którym momencie słyszałam, że główka wstawia się trochę nie tak jak trzeba. Po tym w duchu rozmawiałam z synkiem, by wstawił się jak trzeba i miałam taką nadzieję, że to słyszy i o dziwo poprawił się i wstawił prawidłowo. Oczywiście położna manewrowała mną odpowiednio by pomóc, tak samo w pewnym momencie dobrała taką pozycję by odciążyć bliznę po cc i co jakiś czas pytała czy mnie tam nie boli więc w moim odczuciu troszczyła się o tę kwestię. Potem to już pamiętam urywki, jak mąż trzymał mi lizaka w buzi i wyjmował na skurcze, że skurcze bolały inaczej bardziej znośnie choć nadal mocno. W pewnych momentach krzyczałam, żeby wykrzyczeć dziecko ale po paru dosłownie razach tak mnie gardło bolało i też coś położna powiedziała, żeby bardziej to w siebie ten krzyk brać i nie tracić energii. Posłusznie posłuchałam. Dalej tak jak w 1 etapie się zapowietrzałam z bólu ale jak mąż oddychał za mnie i z boku też położną słyszałam to mega ogromnie pomagało wrócić na odpowiedni tor oddechu. Tak w drugim etapie znów miałam kłopot z odpowiednim oddechem, gdyż trzeba było przeponą i nie nabierać w usta jak chomik powietrze, tylko w brzuch i przeć i tak 3 razy pod rząd i zazwyczaj przy trzecim albo się zapowietrzałam albo skurcz mi mijał. Poza tym Tymek stanął w newralgicznym miejscu i jak parłam to szedł do przodu ale jak przestawałam to się cofał tak jakby nie mógł przejść najwęższego miejsca. Brakowało ze 3 cm do wyjścia, słyszałam, że dziecko ma dużo czarnych włosów, mąż mógł sobie zerknąć na główkę synka a ja zapytałam czy nie można go za te włosy wyciągnąć? Chciałam już żeby się skończyło i było mi obojętnie jak. Położna mi bardzo dopingowała i krzyczała w pozytywnym sensie dopingu w trakcie skurczy co naprawdę pomagało. Niestety Tymonek nie mógł się ruszyć a ja słabłam. Dostałam oksytocynę dożylnie. Położna zadzwoniła po panią dr Kasię, położna stała nade mną dzwoniąc. Pamiętam ten moment doskonale bo nie wróżył nic dobrego i ja pomimo wycieńczenia doskonale o tym wiedziałam. Chodziło o próżnociąg choć słowo te nie padło z niczyich ust. Przyszła pani dr i były 3 próby by mogła oszacować, słyszałam, „no nie da rady a druga na to no widzę, że nie da rady”. Usłyszałam:” trzeba będzie naciąć” z czego nie byłam zadowolona ale powiedziałam no dobra trudno. W momencie parcia otworzyłam instynktownie oczy i widziałam jak położna się skupia miną i tnie krocze więc zamknęłam szybko oczy by dalej nie widzieć co robi. Nic nie czułam, choć widziałam w którym momencie to robiła, nawet nie czułam, że mnie dotyka. Koncentracja na parciu bólu i skurczu jest tak wielka, że reszty nie czuć zupełnie. Był taki moment w ostatnich minutach, że położna już nie wierzyła, że się uda i to też nie było wyartykułowane ale ja to tak mocno czułam i trochę podcięło mi to skrzydła, skoro położna już nie wierzy to się nie da. Ale położna ambitna osoba i pomimo powiedziała ok, to ostatni raz próbujemy ale czułam w głosie że to takie próbujemy by mieć czyste sumienie ale się i tak nie uda. A więc 0:54 29.05. 2015 r w sali cynamonowej na Madalińskiego wyglądał tak.
Mówię idzie skurcz, pani dr złapała mnie mocno za nogę lewą i przygięła, położna zrobiła to samo, pani dr oparła się jeszcze za brzuch ale jak i co robiła już nie wiem, mąż podał mi rękę za którą chwyciłam obiema swoimi rękoma, drugą ręką przygiął mi głowę do klatki piersiowej. Ustawienie tych 3 osób względem mnie trwało może ze 2 sekundy jak zbliżał się skurcz. Jednym słowem złożono mnie jak kanapkę na pół i przyszedł skurcz, zaczęłam przeć i słyszałam jak położna entuzjastycznie i radośnie głośno krzyczy co dodało mi sił. Pani dr też coś mówiła ale nie pamiętam już co i nagle słyszę: „o jest głowa i wychodzi z ręką na głowie dlatego tak opornie”. Na drugim parciu słyszę „jest ręka i ramiona” co odczułam bardziej bo szersze o 1 cm od główki były i na trzecim wyszły nogi.
JEST. URODZIŁAM TYMOTEUSZA:)!!!!!!!!!!!!
Te ostatnie wychodzenie w moim odczuciu było podobne jeśli ktoś pamięta z cc to do tego szarpania na stole jak wyjmują dziecko, niby nie boli ale takie nieprzyjemne.
Słyszę znów: „o nie jest taki mały”, spodziewaliśmy się 3 kg po ostatnim usg. Jak wyszedł z brzucha i widziałam jak położna go trzymała w ręku to powiedziała: „obiecałam, że dostaniesz klapsa jak wyjdziesz za to, że tak opornie wychodziłeś to masz i klaps w tyłek” Też miałam ochotę mu dać klapsa za to, że się ociągał , he he i buch
TYMOTEUSZ 3480 kg 57 cm LĄDUJE NA MOIM BRZUCHU I KRZYCZY.
Był dla mnie taki mały i taki przyjemnie ciepły, że aż mnie coś za serce chwyciło:)
Tata przeciął pępowinę na 2 i położna stwierdziła, że spotkamy się jeszcze raz na co ja zapewniłam o nie, nie będzie już następnego razu.
Reszta nie do opisania….
Potem szycie ze znieczuleniem miejscowym, 3 okres czyli poród łożyska. Razem z mężem chcieliśmy zobaczyć jak wygląda a położna nam zademonstrowała dokładnie jak w brzuchu było ułożone i szok takie coś i w nim 9 miesięcy dziecko siedzi i nie przerwało się a takie cienkie a łożysko jak mięsna meduza:)
Wnioski, żałuję, że za pierwszym razem nie było dane mi to przeżyć, by za drugim razem jeszcze lepiej się przygotować siłowo i oddechowo przede wszystkim.
Czuję się mega dumna i szczęśliwa jak nigdy w życiu.
Moje marzenie jako kobiety, żony i matki się spełniło, choć przy pierwszej ciąży zostało mi to odebrane co bardzo przeżywałam emocjonalnie. Tym razem się udało i to naprawdę się udało i bez większej ingerencji. Nigdy nie myślałam, że będę zdolna takiemu wyzwaniu stawić czoła i wygrać w 100% unikając przede wszystkim cc jak i próżnociągu, choć sekundy od niego dzieliły.
Jednym słowem czuję się spełniona choć nadal nie wierzę, że urodziłam naturalnie i dałam radę przy moim niskim progu bólowym:)))).
Asia
Moje dwa porody – tak różne, tak wspaniałe (Poznań)
Nie na wszystko w porodzie mamy wpływ. Ale siła woli, motywacja, nadzieja i wsparcie są z pewnością dużą częścią szczęśliwego rozwiązania. Zapraszam do przeczytania historii Marty:
Pierwsze dziecko (córkę) urodziłam w listopadzie 2012 r. Niestety, była w położeniu miednicowym i za żadne skarby świata nie chciała się właściwie ułożyć. Ćwiczyłam, namawiałam ją, świeciłam latarką, uciskałam odpowiednie punkty na stopach, wizualizowałam, prosiłam o pomoc nawet osobę zajmującą się hipnozą! I nic. Byłam wtedy jeszcze na etapie, kiedy chciałam wszystko mieć pod kontrolą, wszystko zaplanowane i po mojej myśli. Teraz wiem, jak bardzo takie podejście jest błędne w przypadku porodu… Powoli zaczęło pojawiać się rozwarcie, byłam już w 39 tygodniu. Jednak ponieważ bardzo bałam się szpitali i wszelkich procedur medycznych, wybrałam szpital oddalony od Poznania (gdzie mieszkam) o około 70 km – Trzciankę. To był jedyny szpital, w którym czułam się spokojnie i bezpiecznie, szpital niewielki i pełen życzliwych, ciepłych położnych i lekarzy z ludzkim podejściem. Nie miałam wtedy zbyt dużej wiedzy o tym, co dobre dla dziecka, więc postanowiłam namówić lekarza, żeby wykonał cięcie na zimno. Bałam się, że nie zdążę dojechać do szpitala, kiedy się zacznie, zwłaszcza, że mąż pracuje w terenie – może być kilka lub kilkaset kilometrów od domu. Pojechaliśmy do szpitala 6 listopada rano. Zostałam przyjęta, przebrałam się i miałam czekać na lekarza. I nagle…zaczęło się! Tak jakby puściła jakaś blokada – wiedziałam, że jestem tam, gdzie być powinnam i że teraz dziecko może się bezpiecznie urodzić. No i bardzo nie chciałam, żeby mnie odesłano do domu. Skurcze były od samego początku dość regularne, oczywiście bolesne, ale bez przesady. Bardzo żałowałam, że nie mogę urodzić naturalnie, bo wszystko dobrze szło. Po 3 godzinach rozwarcie wynosiło 4 cm. Nawet położne twierdziły, że szkoda, że nie mogę rodzić siłami i drogami natury, bo zapowiada się, że” ładnie by poszło”. Wybłagałam jeszcze usg tuż przed cięciem – bo może akurat Mała się obróciła? Niestety, moje pozytywne myślenie tym razem na nic się nie zdało. Dziecko chyba postanowiło nauczyć mnie pokory dla rzeczy, na które nie mamy większego wpływu. Weronika urodziła się o 12:20, z wagą 3220 g, od razu kangurował ją mąż, ja dostałam ją po wybudzeniu z narkozy. Pamiętam, że płakałam budząc się z narkozy. Chyba po części z bezsilności czy bezradności, a trochę dlatego, że bardzo chciałam zobaczyć córkę i dowiedzieć się, że wszystko jest z nią w porządku. Na szczęście mąż siedział z córką w fotelu tuż obok mojego łóżka. Dochodziłam do siebie długo, byłam bardzo słaba, bo straciłam ponoć dużo krwi. W szpitalu rzeczywiście panowała wspaniała atmosfera wsparcia i życzliwości, co bardzo pomogło w pierwszych, trudnych dniach.
Od początku zakładaliśmy, że będziemy mieć dwoje dzieci. Dlatego po porodzie zaczęłam szukać informacji, co zrobić, żeby urodzić siłami i drogami natury po cesarskim cięciu. Bardzo szybko trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl Czytałam opisane tam historie i wzruszenie aż ściskało mnie za gardło. To było niesamowite, też tak chciałam. Krótko później znalazłam grupę na fb. Wpisy tam czytałam równie chętnie. Atmosfera panująca w grupie była i jest świetna. Masa wsparcia, ciepłych słów. Myślę, że portal i grupa bardzo wiele mi dały i pomogły umocnić się w decyzji oraz pozbyć obaw i niepewności.
W drugą ciążę zaszłam w 2014 r. Od samego początku miałam inne podejście. Uznałam, że zdam się na to, co przyniesie los. Oczywiście, zrobię co w mojej mocy, żeby wszystko poszło zgodnie z planem, ale na spokojnie. Będę otwarta na wszelkie opcje. Ciąża była dużo „trudniejsza” i bardziej męcząca od poprzedniej. Pod koniec już bardzo chciałam, żeby zaczął się poród. Zwłaszcza, że miałam stale przy sobie prawie dwuletnią córeczkę, która w dodatku była nadal dokarmiana piersią (dwa razy na dobę, przed spaniem w południe i wieczorem). Termin miałam na 4 października, jednak czekałam na koniec 37 tygodnia i od tego dnia myślami „poganiałam” synka, żeby zechciał się już urodzić. 19 września wieczorem jak zwykle karmiłam córkę przed spaniem, na leżąco. Kiedy usnęła, wstałam z łóżka i poczułam, że odchodzą mi wody. To było około godziny 21:00. Byłam wtedy w 38 tygodniu. Ucieszyłam się niesamowicie. Piątek wieczór, Mała śpi, mąż w domu – idealnie! Przyjechała moja mama, żeby zostać z córeczką, a ja, ucieszona, pojechałam do szpitala. Wierzyłam, że wszystko pójdzie sprawnie i szybko – przecież przy pierwszym porodzie rozwarcie szło super. W szpitalu byłam po 22:00 (tym razem jeden z poznańskich), umówiona położna dojechała chwilę po nas. Chciałam rodzić z położną, bez męża – uznałam to za najlepszą dla mnie opcję. Chciałam mieć przy sobie kobietę – i w dodatku fachowca, który wie, co robić. Przed 23:00 znalazłam się na ślicznej sali porodowej wyposażonej we wszystko, czego mogłam potrzebować, łącznie z łazienką z wanną. Niestety, skurczy początkowo wcale nie było, potem zaczęły się regularne, ale co 12 minut! Przysypiałam między skurczami i tak dotrwałam do 5:00 rano. O tej godzinie rozwarcie wynosiło jedynie 2 cm. Nie zapowiadało się to wszystko najlepiej. Byłam niewyspana, lekarze dziwili się, czemu nie proszę o cięcie, zwłaszcza, że poród kiepsko idzie. Położna była zdecydowanie po mojej stronie i to było wspaniałe. Czułam wsparcie, opiekę i nieustającą troskę. Skurcze niestety były już trudne do zniesienia – pojawiły się bóle krzyżowe, czyli coś, czego nie znałam. Nie wiedziałam, że może być aż tak! Trochę pomagało mi kołysanie się na piłce, ale ból był silny. O 15:00 rozwarcie wynosiło jedynie 6 cm, a ja byłam wycieńczona. Nie miałam już siły, ale też nie miałam ochoty się poddać. Po prostu trwałam w tym jakby siłą rozpędu. Położna pomogła mi wejść do wanny – ciepła woda przyniosła ukojenie. Po wyjściu okazało się, że rozwarcie niewiele się zwiększyło i położna doradziła mi, żebym zgodziła się na cięcie, bo nawet ona, pomimo swojego pozytywnego nastawienia, nie bardzo widzi możliwość szczęśliwego zakończenia czyli porodu siłami natury. Nie miałam już sił, nie wiedziałam, co będzie dalej, zgodziłam się. Położna poszła poinformować lekarza, że ma pacjentkę do cięcia. Okazało się, że muszę poczekać, bo akurat jest jakiś pilny przypadek i mną będą mogli zająć się za jakiś czas. I całe szczęście! Między 16:00 a 17:00 rozwarcie w końcu ruszyło. Skurcze były już trudne do zniesienia, pamiętam, że powiedziałam położnej, żeby ani na chwile nie zostawiała mnie samej w trakcie skurczu, bo sama go nie przeżyję. To jednak niesamowita pomoc, kiedy ktoś, kto wie, co mówi, instruuje na bieżąco – jak oddychać, jak próbować rozluźnić mięśnie, jak wytrwać. W końcu przyszły bóle parte. Po tym wszystkim, 20 września o 18:30, urodził się Tomek. Nie był mały, ważył 3800 g. Czułam się wspaniale, chociaż nie miałam sił kompletnie na nic. Doszłam do siebie szybko pomimo niewielkiego nacięcia krocza.
Porównując oba porody, zdecydowanie jestem za porodem siłami natury. Pomimo, że trwał 21 godzin licząc od odejścia wód. Wiem już, że nie wolno niczego planować „na sztywno”. Trzeba zdać się na naturę i okoliczności. Być może córka z jakiegoś powodu nie mogła się obrócić? Albo po prostu już wtedy była uparta… A synek dał radę się urodzić naturalnie pomimo, że miał szyję owiniętą pępowiną – tętno nie spadło mu ani na chwilkę. Widać, tak miało być. Każdy z tych porodów był cudem i każdy będzie zawsze w mojej pamięci jako niesamowite, umacniające wydarzenie.
Prawdziwy cud (Białystok)
Historia Ani długo czekała na opublikowanie, a wszystko przez moje niedopatrzenie i roztargnienie. Najważniejsze jednak, że będziecie w końcu mogli ją przeczytać:)
Będąc w pierwszej ciąży nie wyobrażałam sobie innej opcji porodu jak siłami i drogami natury. Niestety od 34 tygodnia byłam coraz dalej od założonego planu. Na początku pojawił się problem pośladkowego położenia płodu. Lekarz dawał niewielkie szanse, że dziecko ustawi się główkowo. Wtedy po raz pierwszy padły słowa „cesarskie cięcie”. Mimo wszystko miałam nadzieję, że do terminu porodu wszystko rozwiąże się po mojej myśli. Niestety ok 37 tygodnia pojawiło się nadciśnienie, następnie ginekolog stwierdził małowodzie i w zasadzie nie było już o czym mówić, bo sprawa była jasna. Dostałam termin na rozwiązanie drogą cięcia cesarskiego. Miałam czekać dwa tygodnie. To były najsmutniejsze dwa tygodnie z całej mojej ciąży. Wiedziałam, że cięcie cesarskie jest najwłaściwszą metodą porodu w mojej sytuacji, ale żal i dziwnie ogarniająca pustka pozostały do samego końca czyli do dnia rozwiązania. A potem… A potem pojawił się inny żal bardziej rozrywający serce matki. Żal, że nie mogę tulić własnego dziecka. Mała trafiła na intensywną terapię z zaburzeniami oddychania. Leżała tam trzy doby. W dniu porodu widziałam moją córeczkę tylko na sali operacyjnej i trzymałam ją na rękach dosłownie kilka minut. A to i tak tylko dzięki mojemu mężowi, który wyprosił położną, abym mogła wziąć dziecko na ręce po „wyjęciu z brzucha”. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a mój smutek za naturalnym porodem wynagrodziła mi zdrowa i piękna córeczka.
Po 18 miesiącach od porodu zaszłam ponownie w ciążę. Już na pierwszej wizycie u ginekologa (i zresztą na kilku następnych także) usłyszałam, że po cesarce będzie kolejna cesarka. Zostałam poinformowana o całym ryzyku, jakie wiąże się z porodem naturalnym po przebytym cięciu cesarskim i powiem szczerze, że nie zależało mi, aby był to poród naturalny. Nastawiona całkowicie na cc trwałam do 23 tygodnia ciąży. Wtedy ten sam lekarz robiąc USG stwierdził, że może należałoby rozpatrzeć poród sn, bo warunki ku temu się zapowiadają. A ja na to: Jak to? Przecież ja już mam wszystko w głowie ułożone pod kątem cc. Wiem, jak to wygląda, czego mam się spodziewać, a teraz on to wszystko burzy. Oczywiście poinformował, że przymusu nie ma, że mogę się nie zgodzić na poród sn, ale jego zdaniem powinnam to jeszcze dobrze przemyśleć i przede wszystkim nie zamykać sobie drogi, bo nikt nie wie jak będzie to wyglądało. Więc za jego radą zaczęłam myśleć i przede wszystkim szukać odpowiedzi na wiele pytań, które w tym momencie się pojawiły. Doniesienia naukowe o częstości występowania powikłań przy porodach natruralnych po cc, o procedurach medycznych, które są dozwolone, a które nie powinny być wykonywane w trakcie takiego porodu, o niebezpieczeństwie jakie może zagrażać noworodkowi itp. itd. Wiele pytań i wątpliwości udało się rozwiać a przynajmniej uspokoić. Od tego czasu nie nastawiałam się na żadną opcję porodu i przyjęłam postawę, co będzie, to będzie. W 38 tygodniu badanie USG potwierdziło, że nie mam żadnych przeciwskazań do porodu naturalnego, więc postanowiłam grzecznie czekać do… do odejścia wód, bo tak to się zaczęło.
Cztery dni po wyznaczonym terminie, wieczorem, zaczęły się sączyć wody. Lekko przerażona, że trzeba z tym jak najszybciej jechać do szpitala (pozytywny GBS) pojechałam na izbę przyjęć. Tam położna zrobiła KTG, z którego wywnioskowała, że skurczów regularnych nie ma, potem zbadał mnie lekarz, twierdząc że szyjka jest zachowana, a na koniec oboje orzekli, że to pewnie czop śluzowy odchodzi, więc mam jechać do domu i wrócić jak zaczną się skurcze. Mi niestety nie dawało to spokoju, więc zadzwoniłam do swojego lekarza, który kazał mi przyjechać następnego dnia na oddział. O 9.00 zrobił mi USG, po czym zbadał szyjkę. Szyjka faktycznie była zachowana, ale w trakcie badania odeszła spora ilość wód. Zatrzymał mnie na patologii ciąży, gdzie podali mi antybiotyk i kazał czekać do 19.00. Powiedział, że jak do tego czasu nic się nie zmieni zrobi mi cięcie. Więc czekaliśmy (ja i mój mąż). W trakcie tego czekania zaczęły pojawiać się skurcze, ale bardzo delikatne i nieregularne, a z KTG wychodziło, że to nie te co powinny być. Od godziny 17.00 zaczęły być bardziej dokuczliwe, ale nadal nieregularne (co 2, 4 minuty) i krótkie (10, 20 sekund). O 19.00 ginekolog sprawdził rozwarcie, stwierdził że są 2 cm i dał mi zielone światło do sn. Ucieszyłam się niezmiernie. Musiałam teraz tylko czekać na wolną salę porodową, a z tym był niestety problem. Pomimo braku ostrego dyżuru było pełne obłożenie na porodówce (niektórzy by powiedzieli, że to z racji daty – „trzynastego”). Więc znów czekamy, skurcze mam coraz silniejsze, ale do zniesienia i ciągle chodzę bo tak mniej boli, wręcz czasami prawie w ogóle. O godzinie 21.30 przychodzi ginekolog i informuje, że niedługo zwolni się miejsce na porodówce, bo jest jedna pacjentka z 9 centymetrowym rozwarciem, więc już prawie na finiszu. Położna robi mi kolejne KTG. Mąż zagaja ją, czy nie powinni sprawdzić ponownie rozwarcia bo skurcze mam silniejsze. Położna patrząc na zapis KTG mówi, że są za krótkie i że to tak szybko nie idzie, żartując przy tym że pewnie 3 centymetrów jeszcze nie ma. O 22.00 dostaje czopki glicerynowe. Po powrocie z toalety łapie mnie bardzo silny skurcz. Krzyczę. Położne zabierają mnie do zabiegowego. Rozwarcie mam już na 6 centymetrów. Szybko przebierają mnie w koszulę szpitalną, sadzają na wózek, mężowi każą wziąć dokumenty i wiozą na porodówkę. A tam oczywiście nic się do tego czasu nie zwolniło. O 22.30 badają mnie położne z porodówki i każda stwierdza 8 cm. Na znieczulenie jest już za późno (a przyznam, że się na nie wcześniej nastawiłam). Jestem zdenerwowana, za chwilę będę miała parte, a nawet nie mam miejsca żeby się gdzieś położyć. Nie chce rodzić na korytarzu. Położne zwalniają jedną salę wywożąc pacjentkę, która widocznie może jeszcze chwilę zaczekać J. O 22.50 kładę się na łóżko porodowe, skurcze są bardzo silne. Położne każą mi się położyć na boku i skupić na oddychaniu, a ja próbuję się skupić z całych sił, ale niekiedy się zapominam i krzyczę. W pewnym momencie skurcze słabną, a mój organizm zapada jakby w sen. Chyba odpoczywam przed kolejną fazą. Mój mąż ciągle przy mnie czuwa. Znowu zaczyna się coś dziać, krzyczę, że chyba będę miała parte. Położne układają mnie w pozycji pół siedzącej. Pierwszy skurcz – nie dam rady przeć. Położne zmieniają punkty gdzie mogę zaprzeć nogi i ręce. Drugi skurcz – udaje się. O 23.05 przychodzi na świat moja druga córeczka. Ma 57 cm i waży 3900g, jest śliczna. Kładą mi ją na brzuchu i tak sobie leżymy ona i ja. Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi.
Nasza piękna historia czyli VBAC dokładnie po 1 roku, 4 miesiącach i 19 dniach po cc (Białystok)
Czasem wszystko zdaje się wskazywać, że szanse na VBAC są nikłe. Czasem prawie nikt nie wierzy, że próba porodu może mieć szczęśliwy naturalny finał. Jeśli jednak przyszła mama zachowa w sobie chęć walki i choćby iskierkę nadziei, wszystko może się zdarzyć. Oto tchnąca zwycięską radością historia Karoliny:
Z początku trochę historii, czyli wspomnienie pierwszego porodu. Było to pod koniec 2013 roku, a dokładnie 19 grudnia. Poród był wywoływany ponieważ synek miał wadę, którą należało natychmiast operować więc lekarze nie chcieli czekać żebym przypadkiem nie urodziła na Święta Bożego Narodzenia bo wtedy personel jest „przebrany”. Tak więc położyli mnie na Oddział Patologii Ciąży w USK w Białymstoku i założyli mi cewnik Foleya. Zadziałał błyskawicznie bo od razu na ktg zaczęłam mieć skurcze i po jakiś 3 godzinach odeszły mi wody. Ponieważ miałam wielowodzie więc lało się jak z kranu. Od razu rozwarcie skoczyło do 3 cm. Na sali porodowej kazali mi bezwzględnie leżeć ( podobno bali się, że pępowina może wyjść pierwsza więc nie chcieli ryzykować). Ja przeszkolona na Szkole Rodzenia byłam gotowa aktywnie skakać na piłce, przyjmować pozycję kolankowo łokciową itp. A tu kazali leżeć. Więc leżałam. Dali mi znieczulenie. Do 10 cm praktycznie nie czułam bólu. Podłączyli mi oksytocynę. Zaczęłam czuć skurcze. Kazali przeć, więc parłam z całych sił. Nic to nie dawało, maluszek nie chciał schodzić w dół. Męczyłam się tak 2,5 h aż w końcu postanowili zrobić mi cesarskie cięcie ze względu na przedłużającą się II fazę porodu. Więc ja skrajnie wyczerpana ( na papierach o zgodę na cc podpisałam się panieńskim nazwiskiem ! ) zgodziłam się bez zastanowienia. Sam zabieg wspominam trochę „filmowo” bo czułam się jak w Greys Anatomy. Jednak kolejne tygodnie po cc to była istna katastrofa…. Bardzo ciężko wracałam do siebie, proste czynności takie jak wstawanie z łóżka sprawiały mi wiele trudności. Przez prawie 3 tygodnie chodzić do synka do szpitala więc to też nie sprzyjało prawidłowej i szybkiej rekonwalescencji.
Wiedziałam, że przy kolejnym maluchu muszę zrobić wszystko żeby udało się urodzić naturalnie bo nie mogłabym przechodzić przez to jeszcze raz. Poza tym marzy mi się duża rodzina tym bardziej chciałam VBAC.
Więc wracając do teraźniejszości..
Termin porodu ustalono na 3 maja 2015. Ciąża minęła właściwie bezproblemowo. Pod sam koniec ciąży było podejrzenie, że pępowina jest owinięta wokół szyi malucha więc musiałam się zgłaszać codziennie na ktg. Wreszcie mój lekarz zadecydował żeby na wszelki wypadek położyć mnie na Oddział Patologii Ciąży (Białystok, ul.Warszawska). Nie protestowałam chociaż słyszałam ze zbyt wczesna hospitalizacja raczej nie pomaga przy VBAC. Ja zdałam się na lekarza. Tak więc 6 maja byłam na patologii. Tam stosowałam wszelkie możliwe sposoby żeby poród sam się rozpoczął. Czyli chodziłam po korytarzu jak bocian, robiłam przysiady, słuchałam relaksacyjnej muzyki, masowałam brodawki i brałam gorący prysznic. Nic to jednak nie pomogło. Mój lekarz zasugerował wywołanie porodu oksytocyną bo dziecię i tak spore (na usg 3750g) i czas leci ( podobno po cc należy wywołać poród nie później niż 7 dni po terminie) więc lepiej może spróbujmy wywołać. Dodatkowo on miał akurat tego dnia dyżur więc jakby odpukać skończyło się cc to on się mną zajmie. Ponownie nie protestowałam. 8 maja o godz. 12.00 posłusznie udałam się na indukcję. Niestety aura wokół mojego porodu była lekko powiedziawszy niesprzyjająca. Wszyscy począwszy od położnych, pielęgniarki, innego doktora i całą resztę ekipy mówili, że nie dam rady, że mam się liczyć z cc, że po co robiłam tak wcześnie drugie dziecko, że po co ja w ogóle próbuje rodzic siłami natury i że to ogromne ryzyko itp.. Więc psychicznie byłam załamana. Dodatkowo przynieśli moje rzeczy z patologii co było znakiem, że zwolnili moje miejsce, więc juz tam nie wrócę na ewentualnie drugie wywołanie. Jeszcze zrobili ze mną wywiad „przed cesarkowy” – jakie miałam wtedy znieczulenie, jak na nie zareagowałam itp..Wszystkie znaki na ziemi ( tylko na ziemi !) mówiły, że cały szpital i personel nastawia się dziś na moje cięcie. Jedynie gdzieś w sercu miałam tą iskierkę że może mi się uda, może dam radę,…
Więc podłączyli mi oxy. Szyjka zachowana, poród się nie zapowiada. Dali mi dodatkowo czopki, które miały jakoś działać na szyjkę. Zaczęłam więc chodzić, kręcić biodrami itp. Tak jak uczyli w Szkole Rodzenia. Gdy skurcze zaczęły być mocniejsze to wzięłam prysznic, który i tak ostatecznie nie uśmierzył bólu. Podobnie było z skakaniem na piłce. Też nie moja bajka. Najlepsza dla mnie była pozycja kolankowo – łokciowa, którą nieco zmodyfikowałam bo u mnie była to pozycja kolankowo- szyjna bo głowę trzymałam na materacu. Doktor jak mnie zobaczył to tylko z uśmiechem na twarzy powiedział – „skoro tak pani wygodnie”! J Z takiej pozycji przechodziłam do siedzenia okrakiem na piętach i w tym momencie odeszły mi wody ! Później skurcze były już mocniejsze. Odmówiłam znieczulenia żeby czuć ewentualny ból rozchodzącej się blizny na macicy bo podobno nie można tego bólu z niczym pomylić więc dla mojego bezpieczeństwa wolałam to kontrolować. Dostałam jedynie zastrzyk przeciwbólowy. Jak już zaczęłam czuć parcie to podłączyli mnie do ktg żeby zobaczyć co i jak. Wszystko było dobrze, mogłam już przeć. Więc parłam ile mogłam, dr naciął mi krocze bo w mojej sytuacji lepiej żeby 2 faza nie trwała za długo. Zgodziłam się znowu. Po paru minutach miałam już Stefanka na brzuchu !! Najcudowniejszy moment w życiu. Ciągle nie mogę uwierzyć ! I chyba wszyscy dookoła też nie mogli uwierzyć. Jak się później dowiedzieli że Stefek miał 4090 g i 59 cm to padli z wrażenia.
Wspominam ten dzień z ogromnym uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Myślę, że jest to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Nie pamiętam już bólu, a na pytanie – „jak poród ?” odpowiadam, że było cudownie ! ( miny ludzi są wtedy nie do opisania J) Ten poród mnie uskrzydlił, wyzwolił, umocnił… Myślę, że moje macierzyństwo do pełni potrzebowało właśnie tego doświadczenia porodu naturalnego.
Jestem żywym dowodem że można w takim krótkim odstępie między porodami i po wywołaniu urodzić naturalnie. Życzę wam wiary we własne siły !
PS: Dodam jeszcze że miałam dodatkową motywację do porodu naturalnego ponieważ umówiłam się z mężem, że jeśli uda mi się urodzić naturalnie to nazwę synka tak jak ja chce czyli Stefan a jeśli skończy się cesarką to będzie tak jak chciał mąż czyli Bartłomiej. Z taką motywacją musiałam dać radę. No i takim sposobem mam Stefanka !!
Karolina M. mama Filipka i Stefanka
VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!
Poród drogami natury po cięciu cesarskim jest możliwy – to fakt medyczny. Jest również w przypadku większości kobiet opcją bezpieczną i korzystną. Jednak w wielu miejscach kobiety muszą staczać walkę o możliwość choćby podjęcia próby porodu naturalnego po cc. W niejednym miejscu nikt nie chce dać takim kobietom szansy. Zuzanna taką szansę otrzymała i … udało się!
Gdy zaszłam w pierwszą ciążę, było dla mnie oczywiste, że urodzę siłami natury. Przygotowywałam się do tego przez całe 9 miesięcy i mimo, że ciąża okazała się problematyczna i zagrożona, nikt nie widział przeciwwskazań, by rodzić naturalnie. Termin miałam na 12 grudnia, a 27 listopada poszłam na wizytę lekarską – pech chciał, że mojej lekarce zmarł mąż i nie przyjmowała, więc musiałam na gwałt znaleźć kogoś, kto mnie poprowadzi do rozwiązania, wybrałam lekarza, który robił mi USG. Okazało się, że jest położnikiem i był sympatyczny. Stwierdziliśmy, że na finiszu to już nie takie ważne kto, bo i tak zaraz urodzę 😉 Lekarz zrobił mi USG, zapytał, czy byłam duża, gdy sama się urodziłam i…. od tej pory wszystko potoczyło się nie tak jak sobie wymarzyliśmy… Więcej na blogu Zuzanny:)
Moja przygoda z VBAC, pozytywna ! :]
Poród nie musi być bezbolesny, nie musi być nawet zupełnie bezurazowy, aby być dla kobiety źródłem mocy i poczucia spełnienia. I mówię to z perspektywy osoby, której znacznie bliżej to hedonizmu niż do masochizmu czy idei męczeństwa. Potwierdza to niejedna historia. Jedną z nich jest opowieść Joanny.
Mam na imię Joanna, mam 32 lata i 4 msce temu urodziłam moje drugie dziecko.
Synka Huga.
Dzień, w którym się urodził był najpiękniejszym dniem w moim życiu i nie zapomnę go nigdy :]
Pierwsze dziecko. córkę Ninę, urodziłam w październiku 2011 przez cc.
Po końskich dawkach oksy, porodzie sztucznym aż do bólu, rozwarciu na 5 cm i skurczach co 1,5 minuty Nince zaczęło spadać tętno i lekarze szybko zdecydowali o cc.
Uratowali jej życie, ale ja do dzisiaj nie daruje sobie tego, że pozwoliłam na maksymalną ingerencję w naturę, przez co tak się właśnie skończyło.
Psychiczna trauma po tym porodzie towarzyszyła mi bardzo długo i długo nie mogłam się z tym pogodzić.
Już wtedy wiedziałam że drugie dziecko muszę urodzić naturalnie.
No muszę i nie ma innej opcji !
No więc kiedy po trzech latach zaszłam ponownie w ciążę, to się niemal od poczęcia samego na ten dzień psychicznie przygotowywałam.
Czytałam, szukałam, szperałam, oglądałam, słuchałam etc.
Tak się w pewnym momencie zafiksowałam, że powiedziałam stop! Bo jak się za bardzo nakręcę to potem sobie nie poradzę, jeśli pójdzie nie po mojej myśli.
Termin porodu miałam wyznaczony na 18-go stycznia 2015.
7-go stycznia szyjka mej macicy była twarda i zupełnie nieporodowa mimo dość mocnych i męczących mnie nocami skurczybyków. Bolał mnie ten brzuch dobre dwa tygodnie a szyjka nic. Sobie myślę „o koza niedobra”. Od kilku dni odchodził także czop i nic. Więc czekałam. Kawałki galarety leciały coraz większe, brzuch bolał coraz mocniej. I tak przez cały czwartek, piątek i sobotę. W niedzielę już miałam lekką irytację z powodu w/w, ale myślę ” w sumie fajnie, że coś się dzieje”.
Wieczorem, w niedzielę poczułam NIEPRAWDOPODOBNĄ chęć wypicia bawarki
))
Poprosiłam więc męża i ok 22:30 prosto do łóżka przyniósł mi wielki kubek pysznego, gorącego napoju.
Dokończyłam jakiś bezedurny serial, wypiłam tą bawarkę i poczułam, że mnie zaczyna boleć żołądek i zaraz się porzygam 
Więc poszłam spać.
Była prawie północ.
Pierwszy skurcz obudził mnie dokładnie o 02:40.
Nie wystraszył mnie, nie zasugerował że to już bo takie skurcze miewałam wcześniej.
Skurcz minął, ja zasnęłam i obudziłam się znowu. Że boli. Myślę sobie – pewnie już rano, wstawać trzeba. Zerkam na telefon a tam 02:58.
Myślę hmmmmm dwa skurcze w 20 minut, tego jeszcze nie było.
Kolejny skurcz 03:12 i już wiem, czuję że chyba coś z tego będzie.
Między kolejnymi skurczami – pojawiającymi się co 12; 15; 18 minut – przysypiam snem kamiennym.
W czasie niektórych skurczów wstaję, opieram się o łóżeczko synka i zaczynam oddychać przeponą kołysząc jednocześnie biodrami. Tak mnie bratowa uczyła, bo na SR w życiu nie byłam.
No więc radze sobie z bólem wg instrukcji made in bratowa 
Między skurczami głaszczę się po brzuchu przemawiając w myślach do Huga, żeby był dzielny i dał radę a mamusia zrobi wszystko, żeby mu pomóc wyjść jak najszybciej. Jestem, o dziwo bo normalnie panikara ze mnie, bardzo spokojna i wyciszona. Podobnie jak cały dom. Mąż Mateo śpi, Ninka śpi, koty śpią. Jestem tylko ja i Huguś. I skurcze.
Mąż z córką wstają ok 8 rano. Mateo patrzy na mnie i pyta co się dzieje. Więc mówię, że mam skurcze, nie śpię od 3 ale, że to jeszcze potrwa więc niech jedzie do biura. No to jedzie. Ja zostaję z Ninką, bo dzień wcześniej skarżyła się na ból pipki i miała lekką temperaturę, więc do przedszkola nie idzie.
Robię nam śniadanie między skurczami. Jemy, siadamy do zabawy i wtedy goni mnie do wc po raz pierwszy. Za chwilę drugi, kolejny i jeszcze. Po szóstej wizycie przestaje liczyć, dzwonię do Mateo i mówię żeby wracał bo chyba jednak rodzę 
Mateo wraca, zgarniając po drodze opiekę do Ninki.
Ja kończę się ubierać, sprawdzam torbę, żegnam się z Niną mając oczy pełne łez (to był jedyny moment, kiedy poczułam przerażenie i strach, że ją zostawiam) i wychodzimy. W szpitalu jesteśmy ok 12, w poczekalni pełno ciężarnych do przyjęcia, ale wszystkie do wywołania lub planowych cięć.
Zgłaszam więc, że ja ze skurczami i zostaję przyjęta poza kolejką. Położna przeprowadzając ze mną wywiad mówi cały czas, że ja bankowo nieporodowa, że ona przecież widzi, tzn że właśnie nic nie widzi i gdzie te moje skurcze. No to mówię, że coraz rzadsze, pewnie ze stresu 
Przebieram się, przychodzi lekarz i chce mnie zbadać, więc wskakuję na fotel niczym rasowa antylopa.
Lekarz czeka na skurcz (jakieś 8 min leżę przed nim rozkraczona a on poirytowany, że panikę sieją a ja w ogóle bez akcji), na skurczu wkłada rękę i robi oczy jak 5 zł mówiąc, że dobre 7-8 cm.
Sobie myślę „no chyba Ty!!”.
Jakie 7-8 ?! Toż ja już powinnam na kolanach wyć jak Indianka wgryzając się jednocześnie we framugę 
A ja zamiast tego martwię się o niedogoloną pipkę i nienakarmione koty rano 
Idziemy na oddział.
Salowa wjeżdża z aparatem do ktg i mówi, że za chwilę położna przyjdzie.
No i przychodzi. Anioł mój kochany, pani Bożenka. Podłącza mnie pod ktg, bada raz jeszcze rozwarcie i zostawia nas samych.
Po 25 min sprawdza zapis, odpina kable i zaprasza na porodówkę.
Skurcze jakby częściej, ale nie bolą jakoś mocno.
Na porodówce nie wiem do końca co robić (jest ok 14:00) bo mam rodzić, ale mi się jakby odechciało.
Więc zaczynam skakać na piłce kręcąc jednocześnie sutkami.
I nic. Tzn skurcze nadal co 8 minut i takie na jeża średnie.
Po pół godz skakania i masowania Bożenka sprawdza rozwarcie. Dalej 8 cm, główka nieprzyparta.
Bożenka wie, że NIC wspomagającego mi podać nie mogą więc woła lekarkę (cudna kolejna młoda babeczka, drugi anioł) i dumają co by tu….
Lekarka mówi, że przebijemy pęcherz bo w badaniu bardzo twardy, napięty i wypiera główkę. Tłumaczy mi wszystko, przedstawia ryzyko z przebiciem związane i pyta co myślę. Przypominam sobie z art na temat VBAC fragmenty o przebiciu pęcherza i zgadzam się, bo ryzyko powikłań niewielkie.
No więc czekamy na skurcz i przebijamy. Ogrom, ale taki konkretny, cieplutkiej cieczy zalewa całe łóżko, szpital i okolice.
Tak mi się przynajmniej wtedy wydaje 
Jest godzina 15:00, wody odeszły i czekamy w napięciu co teraz.
Długo nam czekać nie przychodzi.
15:05 pierwszy mega bolesny ból z krzyża. Sobie myślę „upsss, że to tak ma bolec?”
15:10 kolejny, 15:15 jeszcze jeden. Każdy następny sprowadza mnie do poziomu posadzki.
Idzie następny, cedzę przez zęby „Mateo masuj!!!!”, Mateo rzuca się na me krzyże z rękami, czuję dotyk i cedzę przez zęby ponownie „nie dotykaj błagam”.
Chcę żeby był, ale nie chcę żeby mi przeszkadzał. Każdy kolejny skurcz paraliżuje moje ciało komórka po komórce. Ale oddycham w skupieniu, bo myślę tylko o dziecku. Ja dam radę, jemu muszę pomóc. Tracę poczucie czasu, nie zerkam już na zegar, klęczę na podłodze z głową wtuloną w kolana męża. Na każdym skurczu nucę coś pod nosem. Nie pamiętam potem co, a Mateo twierdzi że byłam cicho.
Nie wiem ile mija czasu, czuję nagle że muszę przeć. Położna sprawdza rozwarcie i mówi, że jest 10 cm więc mogę.
Prę kilka razy i czuję dokładnie jak główka centymetr po centymetrze się obniża. Czuję jak mi się rozchodzą biodra, czuję że muszę stanąć szerzej (bo prę na stojąco) żeby synek miał miejsce, czuję jakby mi ktoś ogniem żywym palił między nogami. Bożenka każe dotknąć główkę. Dotykamy ją oboje, tzn jej czubek bo reszta schowana. Mateo patrzy w dół i mówi, że są włoski. Stoję na nim wsparta, on mnie całuje i szepcze do ucha „dasz radę, już niedługo”. Myślę „no przecież wiem, że dam”.
Czekam na kolejny skurcz, ale chcę się położyć bo tracę czucie w nogach. Z pomocą męża wdrapuje się na łóżko. Bożenka cały czas wpycha ręce w krocze próbując je ochronić, ale mówi – mocno zawiedzionym i przepraszającym tonem- że musi ciąć. Pyta o zgodę, więc kiwam tylko głową bo idzie skurcz więc nabieram już powietrza. Bożenka tnie (czuję to dokładnie), ja prę i nagle mija uczucie piekielnego ognia i wychodzi główka. Bożenka woła „Asia teraz nie przyj, trzymaj!!” ale niestety, nie powstrzymuję już tego. Prę bez skurczu i synek wyskakuje na ręce Bożenki.
A następnie ląduje na mych piersiach.
I wtedy czas staje w miejscu.
Dostrzegam zegar i godzinę 16:30, widzę że za oknem już ciemno, widzę wzruszonego męża który ma sine ręce od mojego w czasie parcia uścisku. Wszystkie szczegóły widzę i dostrzegam a cały świat przesłania mi ta mała, ciepła, bezbronna istotka na moim brzuchu. Wpatruje się we mnie zdziwionymi oczami a ja cały czas powtarzam w myślach „dałeś radę synku, jestem z Ciebie dumna”.
I nic już nie jest ważne.
To, że nie posłuchałam Bożenki i parłam bez skurczu przez co pękła mi cewka moczowa i zrobiło się pełno otarć. To, że z pękniętej cewki dostałam krwotoku, musieli mnie zacewnikować i szyli 45 minut.
Nic się nie liczy tylko to moje wielkie Szczęście, że jest Hug i że leżymy sobie razem przez te 2 godziny.
Zaczynam wyć dopiero wtedy, kiedy przypominam sobie o Nince. Że jej z nami nie ma, że nie widziałam jej już od rana.Tak jakby mi kawałka serca brakowało.
Dopiero, kiedy kilka dni później wracamy do domu, czuję i wiem że jesteśmy pełną rodziną i nie wiem, jak do tej pory mogliśmy tą rodzinę tworzyć bez małego chłopczyka, który właśnie leży wtulony w mą pierś i spokojnie oddycha co jakis czas słodko wzdychając.
Kocham moje dzieci, kocham mojego męża, jestem spełniona w 100% i wszystkim Wam życzę tego samego.
Tego spełnienia jakie daje kobiecie przeżycie tej magicznej chwili…..
VBAC po 3 cc z blizną na macicy w kształcie odwróconej litery T
Próba porodu sn po nacięciu macicy w kształcie odwróconej litery T jest obarczona większym ryzykiem niż po cięciu poprzecznym w dole brzucha. Ale poród sn w takie sytuacji nie jest nie możliwy. Nawet po więcej niż 1 cc.
„Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.” (Łódź)
Dziś dwie diametralnie różne historie porodów Ani. Nie będę czynić żadnych wstępów – po prostu przeczytajcie!
2010 – w tym roku przyszła na świat moja córcia. Celowo piszę, że 'przyszła na świat’, a nie że urodziłam, bo do dziś czuję, że to nie ja ją urodziłam – wyjęli ją ze mnie lekarze. Mam poczucie niezamkniętego cyklu. Mimo iż wiem, że właściwie nie było innego wyjścia – po pierwsze ułożenie miednicowe, po drugie hipotrofia i planowana cesarka na 17 dni przed terminem. Nie poczułam ani jednego skurczu, a moje dziecko było już ze mną.
Cesarkę zniosłam tak sobie – półtora tygodnia brałam leki przeciwbólowe, mąż pomagał mi wstać z łóżka, bo sama nie mogłam, przez półtora roku swędziała mnie blizna kiedy tylko robiło się deszczowo. I sam pobyt w szpitalu po porodzie i brak pomocy i zrozumienia ze strony położnych zdecydowanie mi nie pomógł. Ze względu na niska masę urodzeniową (2300g) moja córcia leżała w inkubatorze i po raz pierwszy zobaczyłam ją po 30 godzinach. Widział ją wcześniej tata i dziadkowie, a ja, jej mama, zobaczyłam ją po takim czasie. Z perspektywy stwierdzam, że miałyśmy dużo szczęścia z karmieniem piersią – poszło bez najmniejszego kłopotu, mimo że przez 30 godzin była na butelce. Moja córcia wkrótce kończy 5 lat, a skutki cesarki są nadal z nami – zaburzenia integracji motoryczno-sensorycznej, które znacznie częściej występują u 'cesarkowych’ dzieci.
2014 – pozytywny test ciążowy! Byliśmy przeszczęśliwi. I od początku ciąży nastawiałam się na to, że nie dam się tak łatwo pokroić. Wiedziałam, że jeśli będą jakieś przeciwwskazania, to nie będę się upierać, ale wiedziałam też, że lekarze straszą konsekwencjami na wyrost. Postanowiłam poczekać – jeśli ułożenie miednicowe się powtórzy, to nie ma o czym mówić. Ale synek ułożył się prawidłowo, okulista dał zielone światło, byłam bardzo pozytywnie nastawiona do porodu sn. Niestety, mój lekarz prowadzący miał inne zdanie na ten temat – uważał, że w moim przypadku cesarka będzie najlepszym rozwiązaniem, ale oczywiście mogę spróbować jeśli chcę. Jednak przy każdej okazji kiedy była mowa o porodzie mówił mi, co złego się ewentualnie może wydarzyć. Ogólnie starałam się tym nie przejmować, ale miałam przez to chwile zwątpienia. Bałam się też, że trafię już z akcją porodową do szpitala i tam nikt nie będzie się mną przejmował, zarządzą cesarkę, powiedzą mi, że taka jest konieczność i tyle wyjdzie z mojego porodu naturalnego. Strach ten dodatkowo potęgował termin mojego porodu – zaraz po Wielkanocy. Przecież wszystko mogło zacząć się w Wielkanoc, a wiadomo jak jest w takim czasie w szpitalach. Przeszkadzałabym tylko lekarzom i położnym w świętowaniu.
Ale potem pojawiła się u mnie nadzieja – jest w Łodzi szpital prywatny, który ma umowę z NFZ (Medeor Plus) i można tam rodzić za darmo. Procedura wygląda tak, że w 36 tygodniu odbywa się tzw. wizyta kwalifikacyjna u ordynatora i jeśli z ciążą jest wszystko w porządku (warunek konieczny, bo szpital ma 1. stopień referencyjności), to dostajesz skierowanie i od 39. tygodnia możesz u nich rodzić. Pan ordynator zadał mi pytanie jak chciałabym rodzić, a kiedy odpowiedziałam, że bardzo bym chciała naturalnie, odpowiedział, że to świetnie, że to najlepszy sposób porodu dla dziecka i on nie widzi przeciwwskazań do próby sn. Wyszłam z tej wizyty przeszczęśliwa! Teraz tylko żeby akcja nie zaczęła się przed 39. tygodniem i wiedziałam, że się uda!
Trafiłam na oddział tydzień przed terminem porodu w nocy z 1 na 2 kwietnia ze skurczami co 3-4 minuty. Na IP okazało się, że to jednak skurcze przepowiadające, bo na KTG się nie zapisują, po badaniu położna stwierdziła, że do porodu daleko, ale że mogą mnie przyjąć i jeśli się nic nie rozwinie, to jutro mnie w razie czego wypuszczą. Miałam położyć się spać i zbierać siły na ewentualną jutrzejszą akcję, ale skurcze nie pozwalały mi nawet leżeć, o spaniu nie wspominając. Około 5 rano udało mi się przysnąć na 1,5 godziny, ale potem znowu się zaczęło. Około 8 kolejne badanie i położna stwierdziła, że sytuacja wygląda znacznie bardziej porodowo niż w nocy. Jednak ja zaczęłam mieć wątpliwości – czułam, że skurcze zaczynają mi się w bliźnie, idą do góry brzucha i wracają do blizny. Bałam się, że ta blizna się rozchodzi. Ale położna mnie uspokoiła, powiedziała, że według niej jest wszystko w porządku. Około 9 był obchód, na którym ordynator gratulował mi decyzji o próbie sn i zachęcał do aktywności, bo podanie oksytocyny było raczej wykluczone. Spacerowałam zatem po schodach i korytarzu, masowałam brodawki. Skurcze były już wtedy naprawdę częste, co około 2 minuty i bolesne. O 12 badanie, podczas którego położna pozwoliła mojemu pęcherzowi płodowemu pęknąć i od tej pory akcja ruszyła na całego. Miałam dość – przez ostanie 30 godzin spałam 1,5 godziny, wszystko mnie bolało i było mi już wszystko jedno, czy mnie potną, czy nie. Ale położna stanęła na wysokości zadania, zmotywowała mnie, porozmawiała jak z człowiekiem, a nie kolejnym przypadkiem i zebrałam w sobie siły. Niedługo potem przyjechał mój mąż i już było mi łatwiej. A kiedy miałam rozwarcie na 4 cm dostałam upragnione znieczulenie. Pierwsza dawka niewiele pomogła, więc dostałam drugą, po niej cały ból zniknął. Rozwarcie zwiększało się bardzo szybko i nawet nie wiem kiedy usłyszałam, że jest magiczne 10cm, na lewy bok i przemy. Potem położna przyniosła taki uchwyt do łóżka porodowego, żebym mogła rodzić w kucki. Podczas rodzenia dotknęłam główki, co dodało mi sił. Oraz niezrównana położna przyniosła lusterko, żebym mogła wszystko widzieć – dla mnie była to rewelacja, wiem, że nie wszystkie kobiety by chciały widzieć, co tam się dzieje, ale mnie to bardzo pomogło i motywowało. I cały czas słyszałam od położnej 'Ania, jak Ty pięknie przesz, Anusia, naprawdę super!’. I o 15.40, 3.40 godzin od odejścia wód płodowych przyszedł na świat Wojtuś – malutki, 50cm, 2850g. Nie zostałam nacięta, nie pękłam. Od razu trafił na mój brzuch, a ja zaczęłam bardzo płakać – ze szczęścia. Dałam radę, urodziłam naszego syna! Jest cały i zdrowy i leży na moim brzuchu, a nie w inkubatorze! Leżał tak 2,5 godziny, dopiero wtedy został zważony i zmierzony. Niezrównana położna powiedziała: 'Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.’ Postawa położnej sprawiła, że naprawdę miałam poczucie, że urodziłam po ludzku, tak jak chciałam i tak jak było najlepiej dla mojego dziecka. Następnego dnia rano na obchodzie ordynator mi serdecznie gratulował, co było bardzo miłe.
Wojtuś ma już 3 tygodnie i gdyby nie kilka nadprogramowych kilogramów, nie pamiętałabym, że byłam w ciąży i rodziłam. Doszłam do siebie błyskawicznie, od razu byłam w stanie opiekować się moim synem, dzięki temu nie poznał smaku mleka modyfikowanego i nie był zawijany w rożek jak mumia, bez możliwości swobodnego poruszania rączkami i nóżkami (córkę to spotkało, wygodniej położnym zajmować się takim zawiniątkiem). Było dokładnie tak jak chciałam. I zgadzam się z twierdzeniem, że poród jest w głowie kobiety – naprawdę dobre nastawienie może zdziałać cuda 🙂


