Tag Archive | lekarz

VBAC- Kraków- 4.12.2015r- UJASTEK

Czasami to, co wydaje się już zupełnie niemożliwe, okazuje się stawać rzeczywistością, a wsparcie, którego potrzebujemy, można znaleźć tam, gdzie zupełnie się go nie spodziewamy. Dziś pełna zwrotów akcji historia Honoraty:

Cesarka – w moim przypadku była spowodowana ułożeniem Synka, który na świat pchał się pupką i ani śniło Mu się, aby zmienić pozycję. Co USG łudziłam się, że sytuacja ulegnie zmianie. Przejrzałam internet wzdłuż i wszerz, żeby sprawdzić czy jest sposób, aby skłonić maluszka do obrotu. Czytałam zarówno o obrocie zewnętrznym, jak i o ćwiczeniach domowych. W okolicy, nie znalazłam miejsca, gdzie podjęto by się obrotu, ćwiczenia wykonywałam sumiennie, lecz niestety bezskutecznie. Ciąża przebiegała książkowo, jedyne co było w niej wyjątkowo uciążliwe to wieczne wymioty i zmęczenie. Można spokojnie rzec, że ciążę przespałam z przerwami na wizyty w toalecie. Termin miałam na 10 sierpnia 2014r. W 36 tc zostałam skierowanie na konsultacje względem cesarskiego cięcia. Zdecydowałam się na szpital Ujastek w Krakowie. Termin cesarki 4.08.2014r. Synek jednak obrał sobie swoją datę porodu. W nocy z 29 na 30 lipca, zaczęły sączyć mi się wody, później poszło już z górki. Izba przyjęć, badanie – rozwarcie na 2 cm, czop prawie w całości odszedł już wcześniej, skurczy brak. Ze względu na to, że akcja postępowała bardzo powoli, podjęto decyzję o stopniowym przygotowaniu mnie do zabiegu. Kroplówki, KTG, kroplówki, KTG, pobranie krwi do badań. Nigdy nie zapomnę tego jak strasznie się bałam. Do pewnego momentu mąż mógł być ze mną, co znacząco poprawiało mi nastrój, ale czułam ogromny żal i smutek spowodowane całą tą sytuacją… Ok. 7 pojawiły się skurcze, musiałam pożegnać się z mężem. Rozwarcie na 3/4 cm. Sala operacyjna. W pierwszym momencie znieczulenie nie zadziałało i zaczęto mnie ciąć kiedy miałam jeszcze czucie (nikomu tego nie życzę) później zwymiotowałam i dopiero mogli zakończyć zabieg….Synek o 9.48 był na świecie. Przystawili do policzka, przekazali informacje o stanie zdrowia, wymiarach i zabrali do Taty. A ja płakałam… w tym płaczu zamykały się wszystkie moje emocje. Zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Nie to jednak było najgorsze. Najgorsze było to, kiedy nie czułam żadnej więzi z Synkiem. Uczyłam się Go kochać… Teraz jest dla mnie najcenniejszym Skarbem, ale długo, długo był dzieckiem, którym po prostu przyszło mi się zajmować. Okropne uczucie niespełnienia, zawodu, smutku.

Już wtedy wiedziałam, że przy kolejnej ciąży będę walczyć o poród siłami natury. Początkowo nie wiedziałam od czego zacząć, nie wiedziałam w co wierzyć, a w co nie. Co robić, aby przybliżyć do siebie sukces. Czytałam, czytałam i czytałam. Non stop. W kwietniu br. dowiedziałam się o kolejnej ciąży, razem z mężem wiedzieliśmy, że zrobimy wszystko aby był możliwy VBAC.

Ciążę prowadziłam w przychodni KOV-MED w Krakowie, u dr. Adama Jędrzejowskiego. Jego podejście do VBAC jest takie, że sam uważa, że jest to lepsza opcja dla dziecka i do tego nie ma wątpliwości, jednak osobiście odradzał to kobietom, ze względu na podejście do tematu obecnych lekarzy, którzy po prostu się obawiają takich porodów, nie są oni do nich przyzwyczajeni i przygotowani. Sam niestety nie pracuje obecnie w żadnym szpitalu, bo wtedy na pewno zdecydowałby się na obecność przy moim porodzie. Koniec końców, z każdą moją wizytą musiał godzić się z moją determinacją i zaczął mnie wspierać ( wcześniej głównie powtarzał o tym, co jeśli trafię na kogoś kto sobie z takim porodem nie poradzi i w razie komplikacji po prostu spanikuje ). Później niestety ze względów zdrowotnych poszedł na urlop. Opiekę nade mną przejęła dr. Trojanowska, która ani VBAC nie odradzała, ani nie motywowała, po prostu skupiała się na swoich podstawowych obowiązkach. Mówiła mi jedynie o tym, że VBAC musi być porodem w pełni naturalnym, bez znieczuleń, bez wywoływania i najważniejsze musi spełniać pewne kryteria. Taka sobie gadka, bez głębszego przekazu. Na ostatni miesiąc przed porodem wrócił mój lekarz. I zaczął wspierać mnie z podwójną siłą, Badał, robił USG na każdej wizycie, KTG, nie wspomniał nawet pół słowem o konsultacjach względem cięcia. Sprawdzał przepływy, dojrzałość łożyska, ilość wód- na tym się skupiał i na bieżąco mnie o wszystkim informował. Termin miałam 10 grudnia 2015r.

Pod koniec listopada nic nie wskazywało na wcześniejszy poród, a wręcz przeciwnie. Widziałam, że dr. powoli zaczyna się martwić czy nie przenoszę i to ja Jego uspokajałam, że dzidzia ma jeszcze czas i czeka na „swój moment”.:) Pamiętam swoją ostatnią wizytę ginekologiczną 2 grudnia, kiedy to dostałam osobisty nr telefonu do dr. i kazał dzwonić w nocy o północy i informować o tym czy się udało. Zrobiło mi się wtedy baaardzo miło i byłam dumna, że dobrnęłam już tak daleko, że zmusiłam do uwierzenia w siebie. Pożegnaliśmy się, obiecując że na kolejnej wizycie już się nie pojawię – obietnicy udało się dotrzymać.:)

3 grudnia o 23.30 odszedł mi kawałeczek czopa śluzowego, podbarwionego krwią oraz zaczęły się regularne skurcze co 6 min. Nie były jednak one bardzo bolesne, więc najpierw stwierdziłam, że to jeszcze nie to. Po godzinie poszłam pod prysznic, częstotliwość wzrosła do 4-5 min. Zebraliśmy się z mężem, bo do szpitala miałam ok. 50 km. Wybrałam tym razem Szpital Rydygiera, zachęcona tyloma udanymi VBAC , które właśnie tam miały miejsce. Na Izbie Przyjęć, w pierwszej kolejności zostałam zbadana. Rozwarcie na 1 cm, czop faktycznie odchodził, pani położna stwierdziła, że odchodzą również wody. Zostałam podpięta pod KTG, skurcze były widoczne na wykresie. Miałam czekać na lekarza, aby podjął decyzję co dalej. Trafiłam na wyjątkowo kiepski skład dyżurny. Sama położna nie była już najmilsza, ale okazało się, że może być gorzej. Pani dr. po przyjściu już w drzwiach powiedziała, że nie wyglądam na kobietę rodzącą i że co prawda skurcze są, ale są to skurcze przepowiadające i że najprawdopodobniej się one za jakiś czas wyciszą, a ja niepotrzebnie dramatyzuję. Następnie zostałam zabrana na wykonanie USG, podczas którego padło hasło VBAC. Pani dr w tym momencie stała się jeszcze bardziej szorstka. Usłyszałam, że moja miednica jest za wąska do porodu naturalnego (stwierdziła to na podstawie spojrzenia), że przerwa 16 miesięcy całkowicie dyskwalifikuje mnie do porodu sn, a po oględzinach monitora ultrasonografu dodała, że dziecko jest w złej pozycji. Kiedy zapytałam czy jest ułożone poprzecznie albo miednicowo , dowiedziałam się, że „nieprawidłowość pozycji” polega na tym, że twarz dziecka zwrócona jest w stronę spojenia łonowego zamiast kręgosłupa, co daje trudny, skomplikowany, bolesny i ryzykowny poród . Powiedziano mi również, że w Rydygierze nie znajdę lekarza, który podjąłby się odebrać dziecko w takim ułożeniu. Oczy mi się zaszkliły, a w sercu pojawił się cichy żal. Kiedy padła propozycja położenia mnie na oddziale patologii ciąży ( „bo te przepowiadające mogą przekształcić się w poród w 3 h albo w 3 dni i to jedyne co mogę zaproponować”) stanowczo odmówiłam. Wcześniej uzgodniłam z mężem, że jak cięcie to tylko na Ujastku, w miejscu gdzie cięto mnie po raz pierwszy, gdzie ufamy personelowi, gdzie wiemy jak tam wszystko wygląda, gdzie oboje czujemy się bezpiecznie. Napisałam notatkę z odmową do przyjęcia mnie na oddział i wróciłam do męża.

Zeszliśmy do samochodu, zdałam relacje z rozmowy z lekarzem. Nie wiedziałam co robić, skurcze bolały coraz bardziej, do domu 50 km drogi, które musiałabym spędzić za kierownicą samochodu, ponieważ mój mąż nie posiada prawa jazdy, a z drugiej strony bałam się jaka będzie reakcja personelu Ujastka, co usłyszę tam. Targałam się z myślami. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o podjechaniu pod owy szpital. Pominę fakt, że była noc, nawigacja nas zmyliła i błądziliśmy przez prawie godzinę. Byłam wykończona. Fizycznie i psychicznie. Na parkingu, wyłączyłam silnik samochodu i zaczęłam rozmawiać z mężem, który zaczął mnie namawiać, żeby, a nuż, podjąć temat vbac-u na Ujastku, Przypomniał mi jak bardzo mi na tym zależało, jak długo o to walczyłam, jak daleko już zaszłam w swoich poczynaniach, przypomniał mi o tym jak wielu kobietom, w gorszym położeniu, się udaje. Na zegarku wybiła 6 rano. Odpaliłam samochód i zadecydowałam, że jedziemy do domu, że muszę odpocząć i się odświeżyć, że muszę mieć więcej siły. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. W domu trochę poleżakowałam,bo spać nie mogłam przez te dziwne skurcze, wzięłam prysznic, zjadłam kromkę chleba, wypiłam herbatę i udaliśmy się do Ujastka. Wróciło pozytywne myślenie, a skurcze w drodze… ustały ! Cisza jak makiem zasiał.

Godzina 12. 4 grudnia. Znów Izba Przyjęć. Tym razem ta, którą doskonale znam. Rozpoznaję niektórych ludzi, z niektórymi nawet się witam, bo oni kojarzą również mnie i męża. Poczułam się zrelaksowana i bezpieczna. To był „mój teren”. Opisałam całą sytuację, która miała miejsce w nocy, przekazałam informacje z Rydygiera. Zostało wykonane mi USG, zostaje zbadana. Nic od nocy się nie zmieniło, prócz tego, że okazało się, że żadne wody się nie sączą. Zapada wstępna decyzja o przyjęciu na patologię, a na następny dzień miała zostać wykonana cesarka. Liczyłam się z takim rozwojem sytuacji. Ujastek i VBAC ? Ojj nie. Tam na pewno się nie uda, nikt się tam nie zgodzi… Na Patologii zostało mi podłączone KTG i … znów pojawiły się skurcze! Co 6-7 minut, zdecydowanie bardziej bolesne niż te nocne. Położna wysłała mnie do lekarza oddziału patologii. Znów zostaje zbadana. Poród się rozpoczął! Rozwarcie na 2 cm, czop odszedł w dużej części, skurcze regularne, szyjka ładnie pracuje, pęcherz pięknie się napina. Pani Dr zrobiła wywiad i pyta się jak chciałabym rodzić, bo ona tu widzi duże szanse na poród siłami natury. Odpowiedź była oczywista! Zanim jednak decyzja zapadła ostatecznie czekała mnie konsultacja z lekarzem z oddziału ginekologiczno-położniczego . Po ok. 10-15 minutach przychodzi do mnie Pani dr Tamara Wilk, która postanawia wykonać USG. Wody w normie, łożysko dojrzałe, z dzidziusiem wszystko w jak najlepszym porządku i badanie blizny: 3,5mm. „Pani wie z jakim ryzykiem wiąże się poród naturalny po cesarce? Wie jak powinien wyglądać? Wie Pani, że znieczulenie jest możliwe tylko w formie gazu oraz wody i nic poza tym? I Wie Pani, że połowa sukcesu za Panią ponieważ akcja pięknie się rozpoczęła i równie pięknie postępuje naprzód? Ja widzę tu duże szanse na poród siłami natury. Dziś ja jestem na dyżurze nocnym, jeżeli Pani zechce, podejmę się opieki nad Panią i takim rodzajem porodu„. Miałam ochotę krzyczeć z radości a samą panią doktor zacałować . Mąż jak usłyszał nowiny, nie mógł pohamować radości .

Tu zaczyna się spełnienie moich marzeń. Ląduję na sali przedporodowej. Opiekę nade mną przejmuje fantastyczna położna, Pani Monika. Ta sama położna, która powitała mnie na oddziale kiedy pojawiłam się w szpitalu po odejściu wód, w ciąży z Synem, tak więc znów znajoma twarz. KTG, skurcze co 5-6 minut, rozwarcie na 3 cm. Lewatywa, troszkę pochodziłam po sali, mąż oczywiście był ze mną. Przyszła Pani dr wraz z położną. Została mi zmierzona miednica. Okazało się, że faktycznie jestem dość wąska, ale wymiar mierzony od spojenia do kości ogonowej prezentuje się obiecująco (nie mam pojęcia jakie te wymiary być powinny, ale miałam wrażenie, że niezależnie jakie by były to Pani Dr nie robiłaby problemów). Rozwarcie 5 cm. Pani Dr. w pozytywnym szoku, postanowiła się nawet upewnić czy nie został mi podany żaden wspomagacz. Znów zostaliśmy z mężem sami. Skurcze były już dość bolesne. Starałam się myśleć o odpowiednim oddychaniu, szukałam wygodnej pozycji. Pomiędzy skurczami spacerowałam, kołysząc biodrami, a kiedy zbliżał się skurcz siadałam na brzegu łóżka, z rozszerzonymi nogami, ręce opierałam sobie, na klęczącym przede mną, mężu, lekko się pochylając do przodu. Tak było mi dobrze. Znów KTG, żałowałam, że nie poprosiłam o to, aby zostało wykonane w innej pozycji niż leżąca, ale jakoś dałam radę. Rozwarcie na 7 cm – muszę powiedzieć, że w moim przypadku „kryzys 7 cm” faktycznie miał miejsce, to był przełom mojego zmęczenia. To chyba w tym momencie obecność męża odegrała największą rolę jak do tej pory. Byłam tak głodna, śpiąca (tak, śpiąca – na tyle ile człowiek odczuwający taki ból może czuć się śpiący ) i obolała, że zaczęłam mówić na głos o tym, że skoro teraz już z takim trudem przechodzę przez każdy kolejny skurcz, to jak ja z siebie wyprę to dziecko?!… Mąż „walnął” mi tu taką wiązankę motywującą, że rozwarcie wskoczyło w niedługim czasie na 8/9 cm.:) Moje dotychczasowe sposoby radzenia sobie z bólem przestawały działać. W tym momencie nastąpiła zmiana dyżuru i otrzymałam nową położną – Panią Lidię. Równie sympatyczna i pomocna Pani położna, co jej poprzedniczka. Pani Lidia odwiedzała mnie już z większą częstotliwością, ponieważ do przejścia na salę porodową było już bliziutko. Ostatnie KTG zostało wykonane już na siedząco, bo na leżąco na pewno nie dałabym rady. Skurcze co 1,5- 2,5 minuty o długości 40- 50 sekund. To była godzina 19…

Rozwarcie nie chciało pójść do przodu więc Pani Lidia zaproponowała, żeby może spróbowała jakiejś pozycji wertykalnej ( na tym etapie skurcze spędzałam na brzegu fotela znajdującego się w pokoju, bo każda próba wstania okazywała się kiepskim pomysłem, ból był olbrzymi. Powiedziałam o tym, że nie ma szans na nic stojącego. Pani Lidia rozłożyła materac i zaproponowała pozycję kolankowo – łokciową. Jak padłam na kolana, miałam wrażenie, że już nigdy nie dam rady się z nich podnieść. Pozycję lekko zmodyfikowałam bo opierałam się rękami o fotel, później to już nawet się na Nim kładłam całą klatką piersiową i głową, aby odpocząć w przerwach pomiędzy skurczami. Rozwarcie wskoczyło na 9 cm. Zostało mi polecone, żeby podczas skurczu, gdy będę czuła taką potrzebę, przeć. Była to dla mnie złota rada – ulga nad ulgi. Kiedy zbliżał się skurcz, atakowałam go parciem, co znacząco go niwelowało. „Jeszcze 15 minutek i przejdziemy na salę porodową”… Odliczałam te 15 minut, minuta po minucie, od skurczu do skurczu. Przyszła położna i stwierdziła, że jeszcze nie, że za wcześnie. Nie ukrywam, że w tamtym momencie, gdy usłyszałam ” jeszcze kwadransik” miałam ochotę, ową Panią Lidię udusić .

Rozwarcie zostało na 9 cm ale Pani dr, która akurat mnie odwiedziła, postanowiła o przejściu na salę porodową. Pomogła mi wraz z mężem wstać i przejść do sali obok. Wylądowałam na fotelu i dostałam krótką instrukcję jak przeć i co robić. Kiedy zapytałam o rozwarcie, usłyszałam tak naprawdę wymijającą odpowiedź, ale już po pierwszym skurczu i trzech parciach usłyszałam, że jest dyszka Później drugi skurcz i kolejne trzy parcia. Było mi tak strasznie niewygodnie, że w końcu o tym wspomniałam. Zapytałam czy mogę prosić o bardziej leżącą pozycję (miałam wrażenie, że pomiędzy moją częścią lędźwiową a oparciem jest dziura, co okazało się być faktem ). Kiedy padło pytanie czy oparcie w górę czy w dół, mąż wyprzedził mnie z odpowiedzią, że w dół – doskonale widział ową przestrzeń powodującą mój dyskomfort. Czytał w moich myślach . Postanowiłam też zrezygnować z uchwytów przy łóżku, na rzecz złapania się pod kolana. Trzeci skurcz, trzy kolejne parcia i okazało się, że w tym momencie pozbyłam się pęcherza płodowego, który pierw wyskoczył w całości, a następnie wybuchł jak balon przebity igłą, zalewając pół sali porodowej. Zaraz za nim pojawiła się główka, która stanęła „w przejściu” i sprawiała mi straszny ból, a niestety skurcz się skończył i byłam zmuszona czekać na kolejny, aby główkę przepchnąć dalej. Nie ukrywam, że tu po raz pierwszy zdarzyło mi się dość donośnie krzyknąć. Pani dr wzięła moją rękę i położyła na główce, nakazała wyrównać oddech, była taka opanowana i mówiła tak spokojnie, że udzielił mi się jej nastrój. Czwarty skurcz, pomógł urodzić mi moją Córeczkę, która zaraz przylgnęła do mojej klatki piersiowej i cichutko kwiliła. Ona kwiliła, Mąż płakał, ja płakałam…

Pierwsze co wyszło z moich ust po powitaniu Córci, to podziękowania w stronę Pani Doktor. Dziękowałam, że dała mi szansę, że we mnie uwierzyła, że pozwoliła mi spełnić moje marzenie. Usłyszałam tylko w odpowiedzi, że to wszystko zawdzięczam sobie, że jestem stworzona do rodzenia i że gdyby wszystkie kobiety były tak zdeterminowane, to było by o wiele, wiele mniej cesarek i o wiele, wiele więcej VBAC-ów. Położna wtrąciła się do rozmowy i czułam się dumna jak PAW.

TAK, JESTEM Z SIEBIE DUMNA, CZUJĘ SIĘ SPEŁNIONA, JESTEM SZCZĘŚLIWA. Miałam PIĘKNY PORÓD. Mój zestaw porodowy to ja + mąż + wspaniały personel = udany VBAC!

Zuzanna Ewa Witkowska urodziła się z wagą 3480g oraz 52 cm, godz 20.15 Urodziła się z gestem Kozakiewicza, więc miałam lekko utrudnione zadanie z powodu rączki znajdującej się przy twarzyczce, ważne jednak, że się udało, a ja spełniłam swoje marzenie!

20151205_183142  20151206_161852

Musi się udać! Moja historia VBA2C (Warszawa)

 

Tak, po 2 cięciach cesarskich można urodzić drkeep-calm-and-vba2c-onogami natury! W Polsce. Więcej, po 2 cc można urodzić drogami natury w 42 tygodniu ciąży, po 3 nieskutecznych próbach indukcji porodu oksytocyną i wreszcie mającej indukcyjny skutek amniotomii. Można także po 2 cc urodzić dziecko ważące więcej niż 4 kg…. a nawet mające więcej niż 4,5 kg. I owszem, nie każdemu będzie taki poród pisany, ale są na to realne szanse. Potrzeba tylko wiele determinacji i samozaparcia. Przeczytajcie niesamowitą historię porodów Ani:

2009

Pierwsza ciąża. Czekamy na syna. Liczymy każdy tydzień. Czytam jak najwięcej o ciąży i porodzie, żeby dobrze przygotować się do tej ważnej chwili. Oglądam wzruszające filmy z porodów, które bardzo podkręcają mnie emocjonalnie. Chodzimy na szkołę rodzenia, która ma nas jeszcze lepiej przygotować do przyjęcia naszego syna na świat. Umawiamy się z położną ze Szpitala Św. Rodziny w Warszawie. Termin porodu wypada w moje urodziny. Ja czuję się gotowa do tej przejmującej chwili. Termin porodu mija. Pierwszy, drugi, trzeci dzień. Wizyty kontrolne na ktg i usg. Trochę się niecierpliwimy, ale czekamy dalej.

12ty dzień po terminie. Budzę się o drugiej w nocy i zauważam, że powoli zaczęły sączyć się wody. Nie zapomnę tych emocji. Serce zaczyna mocniej bić. Nie potrafię ukryć radości. Biegnę do śpiącego męża i oznajmiam..to już! Dzwonię do położnej, która mówi żeby posiedzieć jeszcze kilka godzin w domu. Oczywiście emocje nie pozwalają nam już spać 🙂 Pakuję się, zjadamy coś, robimy kilka zdjęć. Decydujemy się jechać do szpitala przed 6 żeby potem nie stresować się korkami.

Izba przyjęć, dostajemy piękną sale porodową- cynamonową.

Wody się sączą ale nic więcej się nie dzieje. Mija kilka godzin- schodzę na usg. Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę, a pani doktor też upewnia się i robi pomiar trzy razy. Szacowana waga 4,5 kg.

Wracam do męża na salę porodową i jestem bardziej niż pewna, że ta informacja zablokowała mnie psychicznie na zbliżający się poród. Po wejściu do sali wybucham płaczem i mówię mężowi, że ja nigdy nie urodzę takiego dużego dziecka.

Nie tak miało to wyglądać. Mijają godziny sączących się wód i dalej nic się nie zmienia. Ani jednego skurczu. Dostaję oksytocynę. Nic się nie dzieje. Mija dzień i wieczór na sali porodowej. Nie pozwalają mi jeść. Jesteśmy niewyspani i zmęczeni bezczynnym siedzeniem w czterech ścianach.  24 godziny odpływania wód. Przed północą informują mnie, że w nocy nie będą nic robić, poczekamy do rana i wtedy podejmą decyzję co dalej.. „Proszę się przespać”.

Z przyjemnością przekręcam się na drugi bok i próbuję zasnąć. Ale za pół godziny coś zaczyna mnie boleć. Pierwszy skurcz. Szybko narastają kolejne. Ból jest ogromny. Przychodzą bóle krzyżowe. Cierpienie nie do opisania. Czuję, jakby ktoś łamał mi kręgosłup. Proszę o znieczulenie. Zwijam się na łóżku i prawie w ogóle się nie ruszam. Wciskam jedynie głowę w poręcz i próbuję przetrwać. Znieczulenie, czuję ulgę. Ale po 10 min odpoczynek się kończy- znieczulenie przestaje działać. O co chodzi? Ogromny ból przez 6 godzin. Nadchodzą skurcze parte. Ja dalej nie ruszyłam się z łóżka. Przyjmuję pozycję na boku, na plecach, ponownie na bok. Dziecko nie wstawia się w kanał rodny. Po 2h partych położna nakazuje zejście z łóżka i każe nam przykucać na skurczu. Nie wiem czemu zostawiała nas samych. Przykucamy tak przez ponad pół godziny. Co 20min wizyty lekarzy. Przy którejś z kolei, zaczynam prosić o zrobienie cięcia. Płaczę, cierpię i błagam żeby mi pomogli. No i pomogli. Wojtek urodził się po 32h od odejścia wód. Całe 4,534g szczęścia. Przytuliłam do policzka, pocałowałam i dali go mężowi.

Na sali pooperacyjnej nie oddałam go ani na chwilę. Choć ciężko było mi go trzymać, nie mogąc podnieść nawet głowy. Ręka drętwiała ale trzymałam, całowałam i przytulałam. Łzy też były. Nie udało mi się. Ale następnym razem przygotuję się lepiej!

2011

Karmię mojego 7 miesięcznego syna i czuję się szczęśliwa, bo spodziewamy się kolejnego dziecka.

Cała ciąża bezproblemowa. Prowadzę ją u poprzedniej pani doktor. Jestem przekonana, że tym razem urodzę syna naturalnie. Pod koniec ciąży pytam o pomiar blizny i słyszę, że raczej się tego nie robi, nic to nie daje ale po moich prośbach dostaję skierowanie na pomiar blizny.

Lekarz robiący usg informuje mnie, trochę naśmiewając się ze skierowania, że blizny w zaawansowanej ciąży nie da się zobaczyć na usg…. I nie sprawdził jej. A ja nie wpadłam na pomysł żeby skonsultować to z kimś innym. Usłyszałam to od dwóch lekarzy więc chyba to prawda…

Przeczytałam pierwszy raz książkę Ireny Chołuj. Uświadomiłam sobie swoje błędy w poprzednim porodzie. Postanowiłam, że nigdy więcej nie położę się na łóżku w trakcie skurczów.

Kilka dni przed tp wybrałam się ze starszym synkiem na kwalifikację do psn. Wizyta w Szpitalu. Synka podrzuciłam do znajomej, jedna wizyta i za chwilę wracam.

Wchodzę do gabinetu. Starszy doktor. Kładę się na łóżku. Lekarz maca mój brzuch. Minął rok i 4 mce od cięcia. Dzieciątko małe jak na mnie – szacowana waga ok. 3,5kg. Po dotknięciu brzucha (cudownymi rękoma) lekarz oznajmia zdecydowanym tonem – blizna cienka, nie może Pani rodzić naturalnie. Bardzo mi przykro. Proszę zejść na Izbę Przyjęć i zgłosić się na cięcie. Ale jak to. Nie, to niemożliwe. Położna siedzi obok lekarza i kiwa głową mówiąc „Tak będzie lepiej proszę Pani”. Nie mogę powstrzymać łez. Biorę skierowanie i wychodzę. Znajduję samotny kąt na klatce schodowej, siadam i wybucham płaczem. Próbuję zadzwonić do męża, ale nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. Bolało bardzo. Przecież dobrze się czuję. Nic nie rozumiem. Przyjechałam z synkiem, autobusem na tą wizytę a oni mówią że jestem w stanie zagrożenia. Przyjedź Mężu. Nie urodzimy. Nie mogę. Jedź po torbę. Zorganizuj opiekę dla starszego. Mamy chyba na to chwilę. Kiedy to cięcie? Jutro? „ Ależ skąd! Za chwilę!” Panika jakbym była na skraju życia i śmierci. „Niech Mąż przyjeżdża z wynikami badań, jak najszybciej”

Szybko przebierają, golą. W ciągu 15 min znalazłam się na porodówce. Siedzę samotnie i czekam na męża. Modlę się żeby zdążył. Nie wiem czemu tak się spieszą. Nie krwawię, z synem wszystko w porządku. Nic nie rozumiem. I tego cięcia boję się ogromnie. Przyjeżdża mąż, operacja. Maleństwo rzeczywiście ważyło 3,5 kg. Kolejna igła wbita w moje serce. Taki maleńki, mogłam go spokojnie urodzić..

Fizycznie pozbierałam się lepiej po drugim cięciu niż po pierwszym. Ale psychicznie było jeszcze gorzej.

Czy już nigdy nie urodzę dziecka naturalnie? Jest to coś, o czym marzyłam już jako nastolatka. Przeżyć poród. Doświadczyć pełni kobiecości. Przeżyć to, do czego zostałam stworzona.

Po powrocie do domu od razu wpisałam w wyszukiwarkę -poród naturalny po dwóch cięciach.

Od p. Ireny Chołuj dostałam kontakt do pani doktor ze Szpitala Św Zofii,która prowadzi ciąże po cięciach do próby porodu drogami natury. Po połogu udaję się do niej na wizytę. Długo rozmawiamy. Nie widzi przeszkód żeby podjąć próbę porodu siłami natury. Pyta z jakiego powodu było wykonane drugie cięcie- odpowiadam, że stwierdzono zagrożenie pęknięcia macicy.

„To ile mm miała blizna?” ????

„Jeśli nie zmierzono blizny na usg to skąd wiadomo że była cienka?” Powiedziałam, że lekarz dotknął rękoma brzuch i tak oświadczył. Spojrzenie Pani doktor powiedziało mi wszystko.

Zrobiło mi się strasznie smutno. Poczułam się oszukana. Znowu ból. Czyli tak naprawdę zrobiono mi rutynowe cięcie. Mogłam rodzić. Miałam małe dziecko. Wszystko przemawiało za tym, że mogło się udać. Ciężko poradzić sobie z takim żalem.

Ale moja nowa pani doktor szybko postawiła mnie na nogi. Koniec użalania się nad sobą. Czekamy na ciąże i będziemy działać.

2013

Jestem w ciąży. Oczekujemy trzeciego syna. Ciąża przebiega prawidłowo, pomijając mniejsze dolegliwości. Moja Doktor stale wspiera mnie w decyzji o porodzie naturalnym. Uspokaja, nie straszy.

Nadchodzi święty termin i standardowo nic się nie dzieje. Ale nikt nie panikuje. Doktor sprawdza bliznę w czasie badania usg. Jest dobrze, mamy zielone światło do próby porodu naturalnego. Czuję się uskrzydlona. Zgłaszam się na kontrolne ktg kilka dni po terminie i następuje pierwsza konfrontacja z personelem szpitala. Ale czuję się silna psychicznie i jestem bardzo zdeterminowana więc się nie daję 🙂 Po zapisie wizyta w gabinecie. Trafiam na młodego lekarza, dość opryskliwego w pierwszej chwili. „3 dni po tp. Stan po dwóch cięciach. Co Pani robi jeszcze na wolności? Dzwonię zapytać czy jest miejsce na patologii” Czekam cierpliwie aż doktor skończy rozmowę bo wcześniej nie dał mi dojść do słowa. „ Niestety nie ma dziś miejsca” Odpowiadam mu, że bardzo mnie to cieszy bo nie wybieram się póki co na oddział. Wracam do domu i czekam bo chcę rodzić naturalnie. „Naturalnie?! A wie Pani że macica Pani pęknie?!” Biorę głęboki wdech. Tak wiem, że jest taka możliwość. Mimo wszystko chcę spróbować. Pan Doktor opisał jeszcze dość makabrycznie wszelkie możliwości jakie mogą się wydarzyć, chcąc mnie nastraszyć, ale nie podziałało to na mnie. Odetchnęłam. Druga część rozmowy była już całkiem przyjemna.

Odmówiłam hospitalizacji też kolejny raz gdy zjawiłam się na kontrolnym zapisie.

Tydzień po terminie. Kolejna wizyta na ktg. Niby wszystko w porządku ale lekarz kręci nosem. Coś nie podoba mu się zapis. „ Ale oczywiście nie musi Pani zgadzać się na hospitalizację” Wyczułam sarkazm. Używając fachowego języka wytłumaczyła co jest nie do końca w porządku w moim zapisie. Stwierdziłam, że jeśli cokolwiek jest nie tak to oczywiście zostaję w szpitalu. Dzwonię do męża żeby przywiózł mi torbę i zabrał auto bo przecież sama przyjechałam na tą wizytę i planowałam jeszcze powrót do domu..

Patologia. Na piętrze jest spokojniej. Zupełnie inna atmosfera niż na Izbie Przyjęć. Dowiedziałam się, że w moim zapisie ktg nie było żadnych nieprawidłowości. Zatrzymali mnie podstępem.

Od następnego dnia zaczęłam spacerować podłączona do kroplówki z oksytocyną. Wcześniej odbyłam rozmowę na temat mojej decyzji i musiałam podpisać oświadczenie.

Dzień minął bez skurczów. Potem dzień przerwy. I tak przez 6 dni spacerowałam co drugi dzień z kroplówką która nie spowodowała nic. Można dostać 3 dawki. Leżały ze mną w sali dziewczyny, którym poród zaczynał się już po pierwszej dawce. Koleżanki się zmieniały a ja dalej czekałam. Przy każdym obchodzie trzymałam się swojej wersji i zdania nie zmieniałam.

Muszę podkreślić jedną ważną rzecz. To co mówią lekarze, o jakich procedurach wspominają na IP, nie do końca trzyma się rzeczywistości na piętrze. Tam czas zwalnia. Mówili mi, że będąc po dwóch cięciach poczekają maksymalnie tydzień na poród a potem zrobią cięcie. A tymczasem tydzień po terminie dopiero znalazłam się na oddziale i nikt się nie wyrywał z operacją. Wszyscy cierpliwie czekali obserwując postępy lub ich brak po oksytocynie..

Porodu nie ma. 42tc. Informują mnie, że podanie kroplówki nic nie dało więc na drugi dzień będą musieli wykonać cięcie. Dłużej czekać już nie mogą. Kontaktuje się z moim lekarzem prowadzącym żeby naładować akumulatory i usłyszeć, że jeszcze nie wszystko stracone. Zaczynam wątpić w to czy się uda. Słyszę, że mam się trzymać. Wytrzymałam tak długo więc mam się nie poddawać. Z dzieckiem jest wszystko w porządku, z blizną też. Są warunki do tego żebym jednak rodziłą.. Pytam ją o przebicie pęcherza. Chcę to zaproponować bo już tylko to mi zostało. Utwierdzona na nowo w swoim wyborze informuję o tym personel. Mam dwa wyjścia, albo przebiją pęcherz i się uda albo robią cc. Działamy.

11 dnia po terminie porodu zostałam zaproszona do gabinetu na rozmowę z Zastępcą Ordynatora Oddziału Patologii. Rozmowa była spokojna ale bardzo dla mnie ciężka. Pani doktor na wstępie zaznaczyła, że nie ma na celu straszenie mnie, jednak musi mnie poinformować o wszelkich możliwych scenariuszach i planach działania. Usłyszałam o tym, że może pęknąć mi macica, że może wystąpić krwotok, że dziecko może urodzić się w złym stanie, że może być robione inne cięcie i nie będą mogli mnie od razu ratować… Nogi zrobiły mi się miękkie. Tysiąc myśli naraz. I co ja mam robić. Podpisuję oświadczenie : W pełni świadoma konsekwencji odmawiam wykonania cięcia cesarskiego….

Przychodzi Pani Ordynator i zaczyna bolesne badanie w trakcie którego przebija z impetem pęcherz. Zaczęło się. Nie ma odwrotu.

Wracam do sali i zaczynam płakać. Dzwonię do męża żeby przyjeżdżał jak najszybciej. Zaczynam się bać. Czy dobrze robię? Czy przez moje decyzje nie wyrządzę krzywdy synowi? Wątpliwości.

Ale odwrotu nie ma. Godzina 14:00. Mija pół godziny w trakcie których zjawia się mąż. Leżę pod ktg. Zaczynają się skurcze. Coraz boleśniejsze. Zapominam o strachu. W jednej sekundzie zapominam o wszystkim i zaczynam myśleć o tym co się dzieje. Tu i teraz. Odłączają mnie od ktg i zaprowadzają na blok porodowy. Podczas czekania na windę zalewam cały korytarz wodami..

Jestesmy na sali. Poznajemy położną. Bardzo miła. Rozwarcia jeszcze nie ma. Zostajemy sami. Mając w pamięci pierwszy poród, z daleka omijam łóżko. Zwisam na linie, opieram się o drabinki, wchodzę na chwilę do wanny.

3cm rozwarcia. Zaczynam się cieszyć, że nie ma bólu w krzyżu. Skurcze są do zniesienia. Zadowolenie mija szybko bo nadchodzi ból którego nie da się z niczym porównać. Jednak kolejny poród z bólami krzyżowymi.. Znów jakby ktoś gniótł mi kręgosłup. Nie czuję bólu w podbrzuszu tylko ogromne rozpieranie w krzyżu. Siadam na piłce i siedząc wieszam się na drabinkach. Rozpoczynają się dwie godziny walki o przetrwanie. Przychodzi położna, proponuje zmianę pozycji ale ja nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. Położna nie protestuje, zapina mi przenośne ktg i mogę walczyć dalej. Kontrola co jakiś czas. W międzyczasie mąż dostaje podgrzany woreczek z pestkami wiśni, który ma przykładać do bolącego krzyża. Po jakimś czasie zaczynam przysypiać między skurczami. Opieram się o drabinki i śpię gdy nie czuję bólu. Drażni mnie każdy dźwięk. Najmniejsze słowo wypowiedziane przez męża. Pragnę ciszy. Oby wytrwać. Już ledwo żyję. Przychodzi położna, zostało jeszcze trochę centymetrów. Proszę męża żeby poszedł podgrzać woreczek. Zostaję sama w sali. Odczuwam nagle nieodpartą potrzebę pójścia pod prysznic. Muszę zdążyć tam dojść między skurczami. Wstaję szybko z piłki i rozbieram się. Skurcz pod prysznicem jest nie do zniesienia ale jakby inny. Mąż wraca z woreczkiem, ale nie jest on już potrzebny. „Zawołaj położną!”

Wraca położna,bada mnie na stojąco pod prysznicem i mówi „ Pani Aniu, rodzimy.”

Nie do końca ją zrozumiałam. No przecież rodzę już 2,5 godziny. O co chodzi. Co ja mam robić.

„ Ale idzie już główka!” Nie zapomnę nigdy tej chwili. Przechodzimy do wanny na moje życzenie. Skurcze parte. Nigdy wcześniej i nigdy później nie wydawałam z siebie takiego gardłowego krzyku jak wtedy. Kilka skurczów partych w wodzie ale główka się cofa więc położna pomaga mi wyjść i sadza na stołeczku porodowym. Kolejne skurcze. Po którymś skurczu rodzi się główka. „Mamy główkę. Chce Pani dotknąć?” Tak, oczywiście, że chcę dotknąć. To było coś czego pragnęłam od zawsze. To o czym marzyłam właśnie się spełniało. Ciepła, aksamitna główka. Wyszła i nastąpiła długa chwila zanim nadszedł kolejny skurcz i wraz z nim wyszedł cały Jaś. 4100g.

Przechodzimy na łóżko i zaczynamy się tulić. Lecą łzy wzruszenia. Udało się. Warto było walczyć do końca.

2015

Poród naszego czwartego syna. Dla mnie kolejne niesamowite przeżycie bo to był pierwszy poród przy którym nie dostałam oksytocyny. Końcówka ciąży była prawie identyczna jak trzecia. Po terminie porodu byłam w stałym kontakcie z moją doktor prowadzącą. Poszłam ze dwa razy na kontrolne ktg. Ale tym razem nie było żadnego straszenia. Nie byłam już sensacją 🙂 Urodziłam już raz więc teraz nikt nie traktował mnie jak kobietę niespełna rozumu 😉 Tydzień po terminie dostałam skierowanie przyjęcia na oddział i miałam zgłosić się najpóźniej 10 dni po terminie. Tak zaleciła moja lekarka więc się tego trzymałam. W domu oczywiście robiłam wszystko żeby poród rozpoczął się sam. Ale niestety i tym razem to nie nastąpiło. Spodziewałam się scenariusza z poprzedniej ciąży. Oksytocyna, przebicie pęcherza.

Przyjęli mnie na oddział i niespodzianka. Młody doktor na drugi dzień zaproponował od razu przebicie pęcherza. Zero kroplówki. Zgodziłam się.

Badanie, podczas którego lekarz w sposób zupełnie inny niż ostatnio, przebija pęcherz. Delikatnie, używając narzędzia. Dostaję przemiłą położną, która zabiera mnie na porodówkę. Położna z patologii krzyczy za mną powodzenia i mówi, że na pewno uwiniemy się przed 19. Chciałam rodzić w wodzie ale dostałam salę bez wanny. Godzina 16. Nic nie czuję. Ostatnio skurcze pojawiły się szybko, z impetem i strasznie bolesne. A teraz nic. Mam nakaz spacerów i masażu brodawek. Po 30 min zaczęłam odczuwać bardzo delikatne kłucie w podbrzuszu, które spokojnie narastało co jakiś czas. Położna zjawiała się co chwila sprawdzając, jak się mamy.

Po 1,5 godzinie rozpoczął się, już mi znany, czas walki o przetrwanie. Znowu siadam na piłce. Potem wieszam się na drabinkach. Położna nie mówiła mi postępu w centymetrach, tylko zawsze po badaniu oznajmiała, że jeszcze TROCHĘ. Poleciła zmianę pozycji, żeby odciążyć kręgosłup. Zostałam w niej na dłużej. Położna przyszła po raz kolejny i wyszła zostawiając mnie znowu z „jeszcze trochę”. Mija 5 minut i nakazuję mężowi żeby zawołał Ewę. Wraca i mówi, że zaczynam przeć więc prosi o przejście na łóżko. Staje mi przed oczami pierwszy poród. Nie, ja na łóżku nie urodzę. Nie ma mowy. Ale syn był duży i powiedziała, że na stojąco pęknę. Ulegam i kładę się na boku. To był naprawdę fantastyczny czas. Prawie spadałam z łóżka ale mąż mnie podtrzymywał. Parłam w ciszy bo nie miałam potrzeby krzyczeć. Nawet rzuciłam jakiś żart bo wszyscy się zaczęli śmiać. Urodził się Leon. 18:55, zdążyliśmy przed 19 😉 Całe 4600 g szczęścia.

Spełniłam swoje marzenie. Nawet podwójnie. Ale po cichu mam jeszcze nadzieję, że kiedyś pojadę do szpitala już nie na oddział patologii ale prosto na salę porodową. I nikt nie będzie ingerował już w tą piękną chwilę.

Moje 43 godziny szczęścia (Warszawa)

Dziś o trudzie i o cudzie rodzenia, o zmienności porodowych wspomnień i o wzorcowym wsparciu męża oraz położnych i lekarzy. A wszystko to w historii Dominiki:

Minęło dwa miesiące od mojego udanego VBAC. Wszystko w mojej głowie wygląda teraz inaczej niż tuż po porodzie, wspomnienia z każdym tygodniem stają się piękniejsze. To właśnie teraz pojawiają się największe momenty zadowolenia i radości z udanego porodu sn.

Po pierwszej ciąży miałam dużo wniosków odnośnie podejścia do lekarzy, szpitali i wszelkich procedur. Nasz pierwszy maluszek rósł powoli, było zagrożenie hipotrofią. Zagrożenie. Wtedy było to dla mnie straszne, dziś wiem, że poddałam się całej medycznej machinie. Straszenie przez lekarzy bez jednoznacznych wskazań, końcówka ciąży spędzona w szpitalu, dużo stresu i mało sprzyjające okoliczności. Mimo wszystko poród rozpoczął się na szczęście sam, po nocy znośnych skurczów rano rozwarcie na 4 cm, lekarze się cieszyli, ze im statystyki zawyżę. Ja też się cieszyłam, wszyscy mówili, że będzie szybki poród, małe dziecko, rozwarcie postępuje. Trafiam na porodówkę, kilka godzin później rozwarcie na 7 cm. I zostaje podłączona pod KTG, okazuje się, że coś nie tak z tętnem maluszka, od KTG już mnie nie odpinają, skurcze na leżąco są straszne. Nie bardzo rozumiem co się dzieje z tym KTG, położna wchodzi tylko na chwilę co jakiś czas i sprawdza zapis. Po czym nagle zbiegają się lekarze, robią tak szybkie badanie, że nie zdążyłam go poczuć i decyzja o cc. Słyszę tylko „musimy Panią szybko znieczulić” i jadę na wózku na salę operacyjną. Nie bardzo ogarniam co się dzieje, mąż dopytuje ale jest zamieszanie i nic nie wiadomo. Później na karcie widzę wpis „zagrażająca zamartwica płodu”. I tak się zakończył mój „szybki, podnoszący statystyki poród”…

Dziecko dostałam od razu na sali pooperacyjnej, wcześniej mąż był z maluszkiem. Czułam się dziwnie, patrzyłam na to maleństwo, które łapczywie jadło mleczko i miałam w głowie myśl „ale jak to i tak już po wszystkim? Już mam dziecko? Jak to się stało, dopiero był w brzuchu a teraz leży tu przytulony, ja go nie urodziłam przecież”. I pierwszy szok. Gdzie ta radość, gdzie fala miłości, gdzie spełnienie? Brakowało czegoś. Kochałam tego szkraba szalenie, ale czułam w środku ogarniający mnie żal, poczucie straty poprzez niedoświadczenie cudu narodzin w pełni. Od początku bardzo nastawiałam się na poród sn, cięcie było dla mnie dużym szokiem. Dużo czytałam, edukowałam się, ale nic o cięciu, bo nie brałam tego zupełnie pod uwagę. Trafiłam kiedyś na artykuł o mamach w depresji po cc i pamiętam, jakie było moje zdziwienie – ale jak to, czym się tu smucić, ważne, że się ostatecznie wszystko powiodło, dziecko zdrowe, mama też. Jaka depresja z tego? No nie rozumiałam dopóki nie doświadczyłam na własnej skórze.

Dlatego w drugiej ciąży, już ze znacznie większą pokorą, zaczęłam przygotowania do VBAC. Dużo pracowałam w swojej głowie nad tym, aby zaakceptować możliwość wystąpienia 2 cc. Naczytałam się książek, artykułów, trafiłam do grupy wsparcia na fb, inspirowałam się historiami innych kobiet i przede wszystkim, byłam szalenie zmotywowana, żeby urodzić naturalnie. Wspaniałym wsparciem była oczywiście grupa wsparcia Naturalnie po cesarce.

13.09.2015 rozpoczął się mój drugi poród, wspomagany on-line doświadczeniem dziewczyn z grupy. Tym razem maluszek zaskoczył nas 2 tyg przed terminem, w niedzielę o 23.30 odeszły mi wody. Po kilku minutach pojawiły się pierwsze skurcze. Wybrany szpital 100 km od domu, dzwonię więc do położnej, pytam czy już jechać. Umawiamy się w szpitalu. Po drodze skurcze dość mocne, co 3-4 minuty, trwają 60 sek, myślę więc: dobrze się zapowiada.

Trafiłam na porodówkę, rozwarcie na 1 cm, szyjka długa, jakież było moje zaskoczenie, że po takich dość bolesnych skurczach takie małe rozwarcie, no ale myślę sobie ważne, że skurcze wogóle są. Niestety długo się nimi nie cieszyłam, bo szpitalna atmosfera wszystko zatrzymała. Skurcze bolesne, ale zaczęły pojawiać się już tylko co 10-15 minut. Po 4 godzinach rozwarcie się nie zmieniło, szyjka nadal długa. Skurcze nieefektywne. Położna sugerowała oksytocynę. No ale ja mocno nastawiona na poród naturalny, w obawie przed lawiną konsekwencji po oxy, nie zgadzam się. Jeszcze nie teraz. Na szczęście od lekarzy i położnej dostaje ogrom wsparcia w mojej decyzji. Lekarz dyżurny powiedział, że pomimo odejścia wód, przy stałym monitorowaniu dziecka i mnie, możemy czekać nawet 72 godziny. Więc cieszyłam się bardzo, że przynajmniej nie muszę toczyć batalii o swoje prawa. To wsparcie znaczyło dla mnie bardzo dużo.

Czekamy więc na porodówce aż akcja sama się wznowi. Mijają kolejne godziny, skurcze są cały czas ale w odstępach 15-20-30 minut. Są męczące, ciężko spać. W międzyczasie masaż sutków (bardzo pomagał), prysznic, piłka, bocianie kroki, kucanie – cały czas duża aktywność. Efektów poza zmęczeniem brak. Tak nam minął poniedziałek i noc z pon na wt – po dwóch nieprzespanych nocach byłam już mocno zmęczona, położna obawiała się, że jak dalej będziemy czekać, to nie dam rady urodzić, nawet jak się samo rozkręci, bo zabraknie mi sił. Wtorek rano – decydujemy się na podanie oksytocyny.

Po długim okresie czekania miałam spokojną głowę, że zrobiłam co mogłam aby akcja się rozwinęła sama. Po podaniu oksy po godz 9 skurcze rozszalały się na dobre. Ale dalej rozwarcie postępowało w żółwim tempie. Mijały godziny bardzo bolesnych skurczów a rozwarcie ledwo 4 cm. Masaż szyjki, dochodzimy do 5 cm. Tu już wyłam z bólu mimo, iż przy pierwszym porodzie przy 7 cm nie miałam takich trudności. Potem pamiętam coraz mniej. Bolało naprawdę mocno. Położna i mąż wspierali mnie w cudowny sposób. Położna masowała w trakcie skurczów, robiła cuda z miednicą, aby dziecko się dobrze wstawiło. Tu ciekawa rzecz, w pierwszym porodzie położna coś wspominała, ze dziecko się krzywo wstawiało i to też była przeszkoda w porodzie sn, tym razem było podobnie ale tym razem była też inna położna, nie wiem jak, ale cofnęła dziecko ręką i pomogła mu dobrze wstawić się w kanał, więc jak się chce to jednak nie jest przeszkoda.

W trakcie porodu miałam kilka krytycznych momentów, chciałam uciekać z porodówki, tuż przed parciem błagałam już o znieczulenie, byłam pewna, ze nie wytrzymam żadnego kolejnego skurczu, Byłam totalnie zaskoczona natężeniem bólu. Nieocenione wsparcie dostałam od męża, wiedział jak bardzo zależy mi na porodzie siłami natury i pomimo najróżniejszych rzeczy, które mówiłam w trakcie i pomimo strasznego bólu, który przeżywałam, zachował zimną krew i aktywnie towarzyszył mi w porodzie, dodając sił i jednoznacznie wskazując, że muszę wytrzymać i już, że nie będzie żadnego znieczulenia. Nieznosiłam go w tamtym momencie, teraz jestem wdzięczna za tą postawę bo wiem, że gdybym dostała to znieczulenie, ryzyko zakończenia porodu przez cc znacznie by wzrosło. Ostatecznie złość, że mąż decyduje za mnie, a to przecież mnie boli a nie jego, dodała mi też sił.

Pozycje do rodzenia przetestowałam chyba wszystkie. Na sam moment parcia zdecydowałam się na stołek, było najwygodniej. Mąż mój siadł za mną na drugim stołku, przyjął taką samą pozycję, objął mnie mocno i przeżywał każdy skurcz razem ze mną, krzyczał chyba nawet głośniej ode mnie. Ale ile mi to sił dodało to tylko ja wiem, ściskałam mocno jego ręce a jego ciało było najwygodniejszym oparciem. Najwyraźniej pamiętam moment, kiedy główka weszła do kanału rodnego – to była specyficzna chwila, gdy myślałam, że mnie rozerwie od środka i jednocześnie byłam przeszczęśliwa, bo wtedy miałam już pewność, że urodzę to dziecko, pamiętam, swój uśmiech przez łzy i przypływ mocy. Okazało się, że do tego momentu wątpiłam, nie miałam 100% pewności, że się uda, z lekkim niedowierzaniem patrzyłam jak położna rozkłada wszystkie narzędzia, jak przygotowuje się na przyjęcie dziecka. Ale stąd już nie było odwrotu, musiało się udać!

To był trudny i przełomowy moment mojego porodu. Było już przed 17, nie miałam sił a przede mną najbardziej wysiłkowy moment parcia. Tu mój mąż znów spisał się na medal, pomagał przy każdym skurczu, wspierał słowami, bliskością i krzyczeniem razem ze mną. W pewnym momencie położna powiedziała, że głowę już widać, że mogę jej dotknąć. Boże co ja przeżyłam czując, że mój syn jest już tak blisko! Jeszcze kilkanaście ciężkich minut i jest! Godz. 17.16, 10 pkt, 2985 g, 53 cm szczęścia.  Nikoś cały siny ląduje na moim brzuchu. A je ledwo mam siłę na niego patrzeć, wycieńczona opadam w ramiona męża i zamykam oczy, przeszczęśliwa, że to już koniec, że maluszek jest już nami cały i zdrowy. Nie płakał. Patrzył pięknie dużymi oczkami, był bardzo spokojny, widać było, że również doświadczył ogromnego wysiłku. Czekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić, po czym mąż dostąpił zaszczytu jej przecięcia. Tuliliśmy się później wszyscy prawie 2 godziny.

Nikodem

Co było świetne to, że po tym czasie wstałam, wzięłam prysznic, co prawda bolało cholernie ale mogłam funkcjonować. W odróżnieniu do cc, gdzie byłam przykuta do łóżka na kilka godzin. Zdecydowana różnica była również w relacji z maluszkiem. Tym razem czułam zupełnie inny rodzaj więzi, czułam, że trud porodu dał nam inny start, spokojniejszy, wypełniony radością ze spotkania po długiej, męczącej drodze. To bezcenne uczucie.

W trakcie parcia doszło do małego pęknięcia krocza, jeszcze podczas szycia rozmawiałam z położną i mówiłam, że gdybym wiedziała co mnie czeka, to wolałabym cc, pamiętam jak zachwiała się moja wizja dużej rodziny, ja już nie chciałam więcej rodzić. Wtedy nie poczułam ogromnego zachwytu z vbac, nie było dumy, że się udało. Czułam się szczęśliwa i spełniona, i pierwszy raz w życiu doświadczyłam co to znaczy mieć równowagę wewnętrzną. Czułam się pełna, czułam, że ten poród dopełnił moje bycie kobietą, ale w taki totalnie naturalny sposób, w moim życiu wydarzyło się coś, co jest w pełni normalne, coś co dzieje się od zarania dziejów, coś co jest oczywistym elementem bycia kobietą, matką. Nie urosło to w moim doświadczeniu do rangi czegoś wielkiego, co dodaje sił i wiary, co pozwala góry przenosić. Czułam, że wszystko jest po prostu tak jak powinno, jak matka natura chciała. Ciężko to w słowa ubrać ale to było ciepłe uczucie pełni w środku. Wtedy na łóżku miałam pomieszanie tej pełni ze wspomnieniem największego w życiu bólu. Taka dziwna mieszanka, która tworzyła jedno zdanie opisujące poród: największy trud i szczęście mojego życia.

Dobrze, że te ciężkie chwile tak szybko odchodzą w niepamięć, zostawiając miejsce na szczęście i radość. Do napisania tej relacji siadałam już kilka razy, za każdym razem dopisując kawałek historii. Co ciekawe, z każdym tygodniem moje wspomnienia się zmieniają, dziś, dwa miesiące po porodzie ból zatarł się już w pamięci, wiem też, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie, nienależnie od tego co nas czeka na sali porodowej:). Dzisiaj jestem przeogromnie wdzięczna wszystkiemu co nam sprzyjało 15.09.2015 r. Bardzo się cieszę, że mogłam doświadczyć trudu i cudu narodzin. Z perspektywy czasu doświadczenie to dodało mi sił bo wiem, że determinacja i skupienie przyniosły nam wspaniały rezultat. Dzisiaj jestem przeszczęśliwa, że dałam radę, że urodziłam własne dziecko tak jak o tym marzyłam. Dodatkowo, moja relacja z mężem weszła na zupełnie inny poziom intymności, ogrom wsparcia jakie od niego dostałam plus przeżycie razem tak trudnych i jednocześnie wspaniałych chwil, scementowało nasz związek i wniosło go na zupełnie nowy poziom. Nie było nam to dane przy pierwszym porodzie.

Dziękuję bardzo mojemu mężowi, całemu personelowi, wszystkim kobietkom z grupy Naturalnie po cesarce i wszystkiemu co nam sprzyjało! Marzyłam o chwili aby móc podzielić się udanym VBAC i dziś dzielę się swoją radością.

Mój niespodziewany VBAC (Warszawa)

Kiedy pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskiem po wielu godzinach intensywnej akcji, nierzadko już w II okresie porodu, będąca w kolejnej ciąży mama może mieć trudności z podjęciem decyzji o próbie VBAC. Pojawiają się wątpliwości – czy znów kilku- lub kilkunastogodzinny wysiłek nie pójdzie na marne? Nie pójdzie – i to w żadnej wersji, bowiem nawet w przypadku konieczności powtórnego cięcia, rozpoczęcie i czas trwania akcji porodowej są korzystne dla rodzącego się Maleństwa (więcej na ten temat tu). A szanse na VBAC wcale nie są małe:) Dziś historia Olgi:

18 listopada 2015

Jakiś czas temu zastanawiałam się jak rodzić. Bałam się powtórki z pierwszego porodu, który zakończył się cięciem w II fazie porodu z powodu spadku tętna dziecka.

Mój syn zdecydował za nas. Dziś przyszedł na świat o 5:25 -18 miesięcy po cięciu.

To, że chciałam podjąć chociaż próbę SN wiedziałam już od jakiegoś czasu. Umówione cc na zimno miałam odwołać w przyszłym tygodniu. Aż tu wczoraj zaraz po meczu (chyba z wrażenia ze wygraliśmy bez lewego 😉 ) pojawiły się skurcze. Lekko przerażona bo to 38 tc organizuje opiekę dla starszaka, biorę męża pod pache i jedziemy 😉 Na miejscu młoda pani doktor podnosi na duchu, że szybko wszystko idzie i mobilizuje do próby SN, bo ja zaczynam się trochę łamać ( no byłam odważna do momentu aż uswiadomiono mi ze może być za późno na zzo… 😉 ).

Trafiamy na porodowke o 2:30 z 5 cm rozwarcia, bolesnymi skurczami, które momentami odbierały oddech i mocnym postanowieniem, że walczymy do końca 😉 Od poczatku prosiłam o anastezjologa i znieczulenie… Przy pierwszym porodzie nie bylo mi dane bo było za poźno, wiec tym razem postanowiłam, że nie dam się spławić ;P. Nie wiem jak to się stało, ale anastezjolog pojawił się kiedy miałam pełne rozwarcie i zaczynały się skurcze parte. Wyproszono męża i jednak sprobowano mnie znieczulić (bez sensu, bo nie dość, że się nacierpialam przy wkłuwaniu przy skurczach – a wiadomo nie wolno się ruszać… tylko weź się człowieku nie ruszaj przy skurczu partym ;), to to znieczulenie i tak nie działało). Weszliśmy w ostatnią fazę porodu z położna i mężem chwile po 4 rano. Szczerze to gdyby nie mój mąż który motywowal, krzyczał i trzymał za głowę i nogi to nie wiem czy bym dała radę. I takim oto sposobem wyskoczył po 5 rano nasz drugi syn ;). 

Ja zostałam okrzyknieta bohaterem, bo ponoć spotkać na Inflanckiej panią, która chce walczyć o vbac jest trudno… Mało tego, chwilę po naszym vbac na IP trafiła dziewczyna również po cc, a pani doktor, która mnie przyjmowała, tak jej nagadała że mają tu taką wariatkę jak ja, co chciała spróbować i się udał, że dziewczyna też podjęła próbę;) Dzięki dziewczyny za ta grupę [Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia]! Gdyby nie wy pewnie z automatu bym się zgodziła na cc. A tak czuję się … BRAWO JA! Jestem z siebie dumna. I bardzo dziękuję mężowi oraz zespołowi z Inflanckiej za wiarę i dodawanie wsparcia!

Dziś wiem, że podjełam słuszną decyzję (Wielka Brytania)

Przedwczesny poród, doświadczenie śmierci dziecka, elektywne cięcie cesarskie, a potem pełen spełnienia indukowany kilka dni przed terminem VBAC. Dziś opisana ze szczegółami historia porodów Kamili:

Moj pierwszy porod SN 10/05/2010 r. Trafiłam do szpitala z dość mocnymi bólami. Był 30 tc. Kiedy położna na emergency (Izba Przyjeć) wypytywała mnie o szczegóły, ja czułam że dziecko pcha mi się na odbyt. Po zmierzeniu temperatury i ciśnienia dano mi 2 tabletki paracetamolu i poproszono mnie o oddanie moczu, po czym położna dała mi bilecik z numerkiem i miałam czekać w poczekalni z ludźmi (miedzy innymi połamańcami). A ja zwijałam sie z bólu już od 18 h, czyli od kiedy w domu sie zaczęło. Minuty płynęły. Nie mogłam siedzieć, stać. Co szłam, to kucałam na w pół. Ból uniemożliwiał cokolwiek. A ja nadal czekałam. Chodziłam do toalety, bo nie wiedziałam co sie dzieje. I tak też udałam się z koleżanką do ubikacji. Poczułam rozpierający ból. Wtedy moim oczom ukazała sie Carmela – nasza córcia. Tyle, że nie dawała żadnych oznak życia, a wypadając uderzyła czołem. Byłam w szoku. Ula, bo tak miała na imię koleżanka, pobiegła po lekarza. kogokolwiek. Przybiegła lekarka z dwoma podpaskami. Nie docierało do mnie wtedy nic… Szybko kazano mi z tamtąd wyjsć, wzięli mnie na wózek, zaczęli dopiero koło mnie latać. A ja nie wiedziałam co sie dzieje…
Finał był taki, że Carmela nie żyła. Oznajmili, że zmarła już wcześniej, ale czy tak było naprawdę? Czy to nie przez fakt zatuszowania sprawy, że nikt w szpitalu wczesniej mi nie pomógł? Zostałam z lekarzami w pokoju. Po kilku godzinach przyszedł ksiądz, położne przyniosły coś w wiklinowym koszyku otoczonym różowym kocykiem. To była Carmela. Stałam koło męża słuchając modlitwy księdza i czułam uginanie sie nóg pode mną… Spytano mnie czy chce zdjęcia na pamiątkę. Odparłam, że tak, choć tak naprawdę nic do mnie nie docieralo. Po około 2 tygodniach przyjechała położna do domu i wręczyła płytę CD, album ze zdjęciami (długo nie potrafiłam do niego zajrzeć) oraz odbitki stopek i rączek. Nie mogłam dojść do siebie. Wpadłam w anemię i depresje…
W sierpniu zaszłam w ciąże z Kate. Przeszło mi przez głowę by próbować znów rodzić. Nie bałam sie bólu, tylko tego, że znów nikt mi nie pomoże… Nalegałam na cc. Lekarze szli w zaparte, ale w końcu dali się przekonać i ulegli. Wyznaczyli cc na 20/05/2011, 4 dni po terminie. Wiedziałam, że nie urodzę, byłam zablokowana psychicznie. W papierach wpisano prawdziwego powodu cc tylko: paniczny lęk przed bólem. Ale mnie było wszystko jedno. Chciałam tylko, aby wyciągneli już Kate całą i zdrową. Tak też się stało. Tyle, że nie wiedziałam, iż porod przez cc nawet ten planowany może wpłynąć negatywnie na mnie. A tak się stało.
Nie czułam instynktu, jej płacz był mi obojętny, nie zajmowałam się nią tak, jak trzeba… tylko mój mąż. Nie szukałam wsparcia ani pomocy… W głębi duszy zazdrościłam dziewczynom, które urodziły SN. Ale ja czasu już nie mogłam cofnąć. Owszem cofnąć Nie! Ale zapobiec następnemu cc Tak! Zaczęłam drążyć temat, szukałam informacji w internecie i tak wpadłam na Naturalnie po Cesarce.
Po tylu przeczytanych pięknych historiach VBAC nabierałam wiary we własne możliwości … Skoro udało sie komuś to uda się i mnie. Mąż mnie wspierał cały czas, nawet jak w 4 miesiącu miałam momenty załamania. Czasami coś zapiekło w miejscu cięcia  – ja od razu myslalam, że to z powodu blizny. Nic bardziej mylnego. Jedna część mózgu pamietała traumę z przeszłości, stąd te wątpliwości. Na szczęście nie poddałam się. Chciałam się spełnić i dać początek Nowemu Dziecku taki jak czułam, że powinno mieć. I to dzięki mojej motywacji ,wsparciu męża w każdym momencie oraz uczestniczeniu w grupie Naturalnie po Cesarce nie straciłam nadziei.

Termin od poczatku byl ten sam 21 listopad .

W 38 tc po rozmowie z konsultantem (lekarzem) otrzymałam propozycje indukcji (wywołania) porodu. Podchodzilam do tego bardzo sceptycznie. Tym bardziej, że ciąża przebiegała prawidłowo. Dużo naczytałam się negatywów odnośnie wywoływania. Proponowano, abym stawiła się do szpitala 16 listopada. Zapytałam konsultanta dlaczego nie mogę poczekać chociażby do tego 21 listopada. Odparł, że nie, bo teraz to dla mnie najlepszy czas. Nie uwierzyłam mu, dlatego zaczełam dzwonić do szpitala i wypytywać czy aby na pewno powinnam mieć wywoływanie.
Ostateczny termin po uzgodnieniu padł na 18 listopada. Dzwoniłam od rana by spytać, o ktorej mam przyjechać. Kazano mi przyjechać na godzine 14.00. Mąż zawiózł córkę do opiekunki i pojechalismy. Podłączyli mi KTG, zrobiono badania, sprawdzono rozwarcie – było żadne.
O godz 16.00 podano mi żel z prostaglandyn. Wcześniej pytałam lekarza czy jest bezpieczny dla blizny. Stwierdził, że kobiety po cc otrzymują go przy VBAC i nie było problemu. Zaufałam mu… Jak by nie było to lekarz, a ja byłam zdana na niego. Położna, która mnie przyjmowala też potwierdziła  100% bezpieczeństwo dla mojej blizny. Uwierzyłam im.
Około 17.00 odłączono mi KTG, kazano spacerować, iść coś zjeść. Więc zaczęły się spacery po korytarzu. Po jakimś czasie zaczęłam czuć jakby bóle menstruacyjne. Byłam happy, że coś się dzieje:) Na sali, na której byłam oglądaliśmy z mężem filmy, aby czas jakoś zleciał. Kołysałam się na piłce, bo skurcze miałam co 3-4 minuty dość dotkliwe …
o 22.00 mąż musiał jechać po córke do opiekunki, a tym samym ja musiałam zostać sama do rana. W dzisiejszych czasach są telefony, więc powiedziałam mężowi, że będe pisać bądź dzwonić gdyby coś się działo. Po 22.30 przyszła położna spytać czy nie potrzebuje jakiejś tabletki przeciwbólowej bądź na spanie. Byłam zszokowana (Ja tu przyszlam rodzić!). Odmówiłam tabletek.
Pisalismy z mężem caly czas. Wiedziałam, że nie zasnę. Położyłam się na łóżku i po cichu oglądałam filmy, przekrecając się z boku na bok. O 23.30 bóle stały się coraz intensywniejsze, ale wiedziałam, że muszę to jakoś przeczekać. O 00.20 znów dorwałam piłkę i kręciłam się na tych skurczach. Pisalam do męża, że czuję jakbym odlatywała:) A on na to: Nie poddawaj sie! Wiem, że dasz rade ….
Przez chwilę myslałam o tych tabletkach (czy aby nie iść do położnej w łaske żeby jednak coś dała). Ale poczekałam jeszcze trochę… O 01.50 mąż napisał mi, abym poszła do położnej sprawdzić chociaż rozwarcie. Tak też zrobiłam. Przyszła, sprawdziła i oznajmiła, że jest 1cm. Strasznie się zdenerwowałam! Tak boli, a tu tylko 1 cm! Zaczełam wątpić w indukcję, zadając sobie pytanie „co teraz?” Czy aby napewno nie popełniłam błędu stwiając się na wywołanie przed czasem … Odwrotu już nie było.
Po godzinie 2 w nocy napisalam do męża, że już nie wiem co mam ze soba zrobić. Poszłam do położnej i poprosilam o coś przeciwbólowego. Dala mi jakieś 2 tabletki. Wziełam je z nadzieją, że coś pomogą. Czekałam, ale bóle się tylko nasilały. Kolysałam się na piłce, nie patrząc na zegarek, do momentu kiedy poczułam coś mokrego między nogami. Pomyślałam, że to wody. Światła na sali pogaszone, więc nie byłam pewna na 100% co to jest. Podświetliłam telefonem i ujrzałam na piłce krew. To było coś okropnego. Przez głowę przeszła mi tylko córka Abby. Pomyślałam: pewnie blizna! Pobiegłam na korytarz wołając do położnej, że krwawię i niech mi pomoże…
Krew była na podłodze, jak przy miesiączce. Spytała czy wody odeszły i sprawdziła rozwarcie – było 3 cm. (Dodam, że przebicie wód, które było zaplanowane, miało się odbyć przy 2-3 cm.) Położne kazały położyc się na łóżko, zabrały wszystkie moje rzeczy i pojechaliśmy windą na dół, na porodówkę. Mówiły, abym się nie denerwowała. Nie potrafiłam, nie wiedząc co się dzieje w środku i z moim dzieckiem…
Szybko zadzwoniłam do męża informując go o całej sytuacji i prosząc, aby córkę zawiózł do opiekunki i przyjechał do mnie jak szybko tylko się da.
Podlaczyli mi KTG. Tętno było w porządku cały czas, więc położne stwierdziły, że prawdopodobnie to nie blizna.
O 04.20 przyszła położna pytając czy chcę gaz. Odparłam, że tak. Spogladajac na KTG położna powiedziała, że niedługo dziecko będzie na świecie. Wtedy spoglądnęłam na wykres. Faktycznie działo się :).
ktg
Po jakimś czasie znów przyszła położna i kazała mi wziąć tabletkę, w razie gdyby musieli zrobić natychmiast cesarkę. Stwierdziła, że to tylko w razie czego. Woła dmuchać na zimne. Po kilkunastu minutach przyszedł lekarz. Pytał gdzie mnie boli i czy pomiędzy skurczami czuję ból. Odparłam, że boli tylko w czasie  skurczu, pomiędzy nie…
Zaproponował, że chce przebić wody (aby lepiej rozeznać sytuację). W końcu i tak na górze gdy byłam badana było 3cm rozwarcia. Powiedział też, że jeśli przebije wody to musi następować postep w rozwarciu w ciagu 2h od przebicia. Jeśli nie, to czeka mnie cc ze względu na wcześniejsze cięcie. I trzecia odsłona,  gdyby wody nie były czyste, rownież czekałoby mnie cc.
Poczulam strumyk ciepłej wody  – okazało się, że są czyste 🙂
Lekarz przytrzymywał do samego końca, by zeszło jak najwiecej. W końcu oznajmił: „Teraz ma pani juz 4 cm :)” i poszedł. Położna spytała czy nie chce znieczulenia. Odparłam, że nie i wystarczy  mi tylko gaz.
Od tego momentu czekałam na mocne bóle. Cały czas byłam podpięta pod KTG, wstawałam tylko jak chciałam sie załatwić, poza tym leżałam i co skurcz wdychałam gaz, by sobie ulżyć.
Dokładnie o 07.00 rano miałam przeczucie, że to już nie długo. Napisałam do meża: „Przyjezdzaj szybko!!!” Przez ten czas nikt nie sprawdzał ile już mam rozwarcia, ale ja wiedziałam kiedy będzie ten moment 🙂
Nie upłynęło pół godziny, a ja wcisnęłam przycisk. Przybiegła położna pytając co się dzieje. Mówię do niej, że czuję iż dziecko schodzi. Spojrzała i mówi, że nic nie widać. Byłam pewna, że idą już parte …
Zadzwoniłam do męża. Powiedział, że odwiózł córkę i już jedzie, tyle że nawet nie wiedział gdzie mnie przewieźli, a ja nie potrafiłam mu wytłumaczyć gdzie leżę… Siedzący koło mnie lekarz (ten, który przebijał wody) wyszedł po mojego męża, by ten wiedział gdzie ma trafić. Wychodząc powiedział: „Dasz rade! Wierzę w ten poród!” Byłam w szoku. Ale wiedziałam też, że coś w tym jest.
Po chwili mój wszedł do sali, złapałam go za rękę i mówię: „Pomóż mi urodzić!” W drugiej ręce trzymałam gaz. Zadzwoniłam dzwonkiem po polozną. Przyszła młoda kobieta, spojrzała tylko i mówi: „Jak będzie skurcz to przemy.” Uznałam, że wybiorę pozycję leżącą na boku. Jedną nogę trzymał mi mąż, ale tak nie mogłam wyprzeć małej … Polozna zaproponowała, abym położyła się na plecach, podtrzymując dwoma rękami uda. Mówiła, że tak będzie mi lepiej i pomogę małej wyjść.
Skurcze. Co chwilę słyszałam tylko „widać głowkę” i „nie widać”. Miałam zacząć przeć dłużej, aby ją całkiem wydostać. Tak też było. Kiedy główka była już na zewnątrz mąż mi mowił jakie to ciemne włosy ma Abby:) Pomyslałam: „Teraz muszę jej pomóc wyjść całej.” Około 3 długich skurczy pod rząd  i  córcia wyskoczyła 🙂 Ważła 3690 kg. (Dla porównania jej starsza siostra Kate urodziła się z wagą  3540 kg.) W sumie 1 h partych.
kamila
Co do tego krwawienia, jak się okazało, żel zadziałał na mnie bardzo intensywnie, szyjka szybko się rozwiera, porod był zaawansowany i stąd ta krew.
Dzieki temu przeżyciu, wiem, że słusznie zaufałam lekarzom i stawiłam się na wywołanie. Nie wiem co by było, czy poród by się zaczął do terminu. A jeśli nie? Co gdybym w domu zaczęła krwawić -pewnie wpadłabym w gorszą panikę. Tego już się nie dowiem. Ale wiem jedno, dziś czuję się wspaniale! Jestem spełniona. Mam dwie córki i obie tak samo kocham. Karmię piersią, budzę sie w nocy z bananem na twarzy. Cieszę się każdą chwilą.
Myślę, że  najważniejsze jest by nie mieć negatywnych nastawień, bo to w niczym nie pomoże. Po mimo, że nie chciałam wywoływania, dałam szanse i sobie, i lekarzom. Otworzyłam się na wszystko, wierząc w to, że będzie dobrze. I tak też się stało 🙂 Życzę takich przeży każdej z Was 🙂

Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że będzie tak pięknie (Kraków)

Co zrobić gdy lekarz twierdzi, że nie ma szans na poród drogami natury po cięciu cesarskim? Dobrze skonsultować tę opinię z innym lekarzem, najlepiej o sprawdzonej opinii lekarza przyjaznego VBAC. Bowiem nawet najlepszy specjalista może się mylić albo może okazać się przeciwnikiem porodów siłami natury po cięciu cesarskim. To że ktoś mówi, że się nie da, nie zawsze oznacza, że naprawdę się nie da. I historia Pauliny jest na to pięknym dowodem:

Pierwszy syn przyszedł na świat 12 sierpnia 2013 roku. Cała ciąża bez powikłań, bezproblemowa, jedynie męczyły mnie na początku mdłości i wymioty. Termin porodu z USG przypadał na 30 lipca. Nawet nie rozważałam, że rozwiązanie nastąpi przez cesarskie cięcie.

W związku z tym, że byłam po terminie, 9 sierpnia (piątek) skierowano mnie na oddział (dziś nie zgodziłabym się na to). Jeszcze w piątek po południu podpięto mnie pod oksytocynę, ale żadnej reakcji nie było, więc przeleżałam cały weekend, a w weekend jak to w weekend, jeden lekarz, który tylko o samopoczucie pyta. W nocy ok. 1:00, z niedzieli na poniedziałek, poczułam pierwszy skurcz, wtedy nie uświadomiłam sobie, że to dziwne uczucie, które na moment sprawiło, że nie mogłam zmienić pozycji, to skurcz. Do rana jednak nic się nie działo. Po obchodzie zostałam zbadana, okazało się, że mam rozwarcie na 2 palce i lekarz powiedział, że jak skurcze się pojawią, to ok 12.00 trafię na porodówkę i tak też się stało.

Do południa spacerowałam z mężem po szpitalnych schodach. Na porodówce cały personel wydał mi się naprawdę miły, położna bardzo fajna babka. Od południa skurcze zaczęły mi się nasilać, 2 godziny przeleżałam w wannie (super sprawa ;)), z tego, co pamiętam, rozwarcie się powiększyło, ale położna nie wyraziła go w cm. Ok. godziny 17:00 skurcze były już tak silne i częste, że ledwie co mogłam złapać trochę wytchnienia. Położna miała mnie właśnie podpinać pod KTG, ale przyszła z lekarzem, który stwierdził, że dziecko w ogóle nie schodzi, masa dziecka (3.900 kg) w stosunku do mojej budowy ciała i miednicy jest zbyt duża i proponuje cesarkę. Na słowa mojego męża, że żona chciała rodzić naturalnie odpowiedział, że „może pani jeszcze się męczyć ze 3 godziny, a i tak będziemy musieli zrobić cesarkę, bo dziecko jest duże”. Pamiętam tylko, że miałam tak silne bóle, że podjęcie racjonalnej decyzji nie było chyba możliwe, powiedziałam jedynie do męża, że „ja nie wiem, co robić i ty decyduj”. Mąż rozmawiał jeszcze z lekarzem i stwierdził, za jego sugestią, nie mogąc pewnie też patrzeć jak cierpię, że tak chyba będzie lepiej.

O 17:40 Grześ był już z nami (56 cm, 3.710 kg). Położna, jak tylko go ubrali, na krótką chwilę, gdy mnie już przewozili na salę pooperacyjną, położyła mi synka na piersiach, nigdy nie zapomnę jego pięknego spojrzenia, rozpłakałam się. Mimo tego jakoś czułam, że te łzy wzruszenia to nie jest do końca „to”. Czułam, że straciłam coś bardzo cennego… że dosłownie i w przenośni okaleczono mnie, że zamiast stać się jeszcze silniejszą, czuję się totalnie bezsilna, że podważono moją kobiecość… Zawsze w swoim życiu starałam się robić wszystko jak najlepiej potrafię, nie szłam nigdy na łatwiznę, uważałam się za osobę silną, która jest w stanie pokonać wiele, a tu nagle zakończyłam swoją ciąże drogą na skróty…

To była moja pierwsza ciąża, może strach o zdrowie i życie dziecka spowodował, że ostatecznie trzęsącą się z bólu ręką podpisałam ten cholerny papier – zgodę na cesarkę. Bardzo żałuję tego, że wtedy nie miałam odwagi, by powiedzieć „poczekajmy te 3 godziny”. Ta propozycja cesarki została podjęta zbyt pochopnie, ze mną nic się złego nie działo, z dzieckiem też, nie było mowy o zagrożeniu życia czy zdrowia. Nie mam poczucia, że ta cesarka była koniecznością, tylko zastosowano ją profilaktycznie. Myślę, że wtedy łatwiej byłoby mi pogodzić się z tym faktem. Żałuję też, że nie poszłam do szkoły rodzenia, że niedostatecznie zapoznałam się ze wszystkimi aspektami ciąży i porodu, może wtedy byłabym bardziej asertywna…

Przerażające jest to, że słowa lekarza, położnej mają tak duży wpływ na nastawienie rodzącej, jak jednym zdaniem mogą podciąć skrzydła… Żałuję, że nie miałam „swojej” położnej, która by znała moje podejście i zawalczyłaby ze mną o poród naturalny. Tym bardziej, że drugi poród utwierdził mnie w przekonaniu, że wówczas mogłam dać radę (niestety nigdy już się tego nie dowiem). Póki co nie pogodziłam się z tym, że miałam cesarkę i nie wiem czy kiedykolwiek to nastąpi. Miało przecież być tak pięknie, radośnie, a ja po porodzie leżę sama na tym łóżku bez czucia w nogach i bez mojego synka, który w pierwszych minutach życia nie doznał matczynego ciepła. Leżał gdzieś samotnie, nakarmiony sztucznym mlekiem… Gdy ktoś pyta „czy rodziłaś przez cesarskie cięcie?” zawsze w duchu sobie myślę, że ja nie urodziłam go, bo on został po prostu wyciągnięty z brzucha. Nadal jest we mnie jakiś żal, ale czas powoli robi swoje i dziś już te emocje są zupełnie inne, tym bardziej, że jestem bogatsza o nowe, jakże piękne i cudowne, doświadczenie porodu naturalnego 😉 Ale może od początku 😉

Grześ miał nieco ponad rok, gdy okazało się, że jestem znów w ciąży. Od razu po pierwszym porodzie wiedziałam, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie. Jednak okazało się, że nie będzie to takie proste… Termin drugiego porodu przypadł na 26 maja 2015 roku, tak więc różnica między porodami wyniosła ok. 21,5 miesiąca. Z drugą ciążą poszłam do tego samego lekarza, co w poprzedniej. Od razu stwierdził, że szykujemy się na cesarkę, bo nie minęły 2 lata. Na moje słowa, że „przeraża mnie ta cesarka” odparł, że „żaden lekarz nie podejmie się opieki nade mną, jak się na nią nie zgodzę”. Uważam go za świetnego specjalistę, prowadził wiele powikłanych ciąż, ma duże doświadczenie itp., ale po tych słowach stracił wiele w moich oczach, a przede wszystkim, gdy tylko dowiedziałam się, że istnieje VBAC (dzięki właśnie tej stronie), stracił moje zaufanie… a bez tego dalsza współpraca nie miała sensu.

Całą drogę powrotną płakałam, przecież miałam zajść w ciążę jak miną te cholerne 2 lata, żebym mogła rodzić naturalnie, a tu wszystko legło w gruzach… Wtedy też po raz pierwszy porozmawiałam szczerze ze swoim mężem, co tak naprawdę czuję, z płaczem powiedziałam mu, że nigdy się nie pogodzę, że miałam cesarkę. Zaczęliśmy szukać informacji czy możliwe są porody naturalne po cesarce po tak krótkiej przerwie. Na moje szczęście okazało się, że jest szansa i to bardzo duża!

Za pośrednictwem tej strony dotarłam do pani dr Bogutyn – wspaniałej, ciepłej lekarki. Gdy opowiedziałam jej o moich zamiarach odpowiedziała mi mniej więcej tak: „Nie mogę pani obiecać, że urodzi pani naturalnie, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pani urodziła naturalnie”. Te słowa dodały mi skrzydeł, po tej wizycie wyszłam przeszczęśliwa. Od tego momentu powiedziałam sobie, że ja się tak łatwo nie dam pokroić, będę walczyć! Postanowiliśmy z mężem, że tym razem będziemy mieć „prywatną” położną. Zdecydowaliśmy się na Anię Jastrzębską (zarówno ona jak i pani ginekolog pracują w Rydygierze, tam też rodziłam).

Ciąża przebiegała prawidłowo, z niecierpliwością czekałam na termin porodu, ale tak samo jak w pierwszej ciąży synek się nie śpieszył. W niedzielę 31 maja idę na spotkanie z położną, wszystko ok, ale porodu nie widać… Umawiamy się 4 czerwca w Boże Ciało, także z lekarką. Obawiam się tego spotkania, bo to już będzie 9 dni po terminie i nie wiem, co mogę usłyszeć, czy dadzą mi jeszcze czas? Zaczynam się denerwować, atmosfera w domu jest napięta. W sobotę ok. godziny 22:00 karmię Grzesia piersią (tak, tak… do dziś karmię ich obydwóch, ale to temat na inne forum ;)) i czuję lekki skurcz, który totalnie lekceważę, myślę tylko czy dam radę w taki upał iść na procesję 😉 A tu po 3:00 w nocy budzi mnie mocny skurcz, ale zupełnie inny niż przy Grzesiu (wtedy nie wiedziałam, że to był już skurcz party). Myślę sobie – coś się zaczyna – ale przecież zanim się zacznie na dobre, to spokojnie do rana dośpię, zjem śniadanie, wykąpie się, a do szpitala pojadę jak najpóźniej się tylko da. Za 10 min. jednak kolejny skurcz, nie mogę leżeć, budzę męża, który od razu chce dzwonić do położnej, ale za moją namową czekamy do 4:00. Nie chcę panikować, przecież mam w głowie jak było z Grzesiem, ja tak szybko nie urodzę. Jednak szybko zmieniam zdanie 😉 Umawiam się z położną, że jak tylko będę chciała jechać do szpitala, to ona jest w pogotowiu. W międzyczasie budzi się Grześ. Kładę się z nim, by mu dać pierś, ale nie nacieszył się nią długo, nie byłam w stanie już wyleżeć. Na szczęście jakoś grzecznie zasnął i obyło się bez płaczu. Tak schodzi do ok. 5:00. Dzwonimy do mojej mamy i znajomych, by przyjechali do Grzesia (mama ma 2 godziny drogi, a ja czuję, że nie wytrzymam w domu do 7:00, chcę jechać do szpitala). Znajomi po pół godziny już są u nas, ja w tym czasie ledwie się ubrałam i uczesałam. Zanim doszłam do samochodu, to przy skurczu, na chodniku na czworakach sobie „odpoczywałam”, czułam, że to jest najlepsza pozycja, jaką mogę przyjąć 😉 A w duchu się śmiałam do siebie, że ten, kto by mnie wtedy zobaczył, to niezły miałby ubaw 😉

Przed 6:00 docieramy przed szpital, kierujemy się do jedynego wg. męża (który ponoć miał mieć wszystko wcześniej „obczajone”) otwartego wejścia. A tu oczywiście zamknięte – nie muszę mówić, że mężowi się oberwało 😉 Na szczęcie portier nas pokierował do windy, która (jak mogło być inaczej) nie działała… Widząc jednak jak przy niej klęczę otworzył nam bramkę i podjazdem dla karetek mąż mnie podwiózł wreszcie do właściwych drzwi, po schodach bym nie doszła 😉 Tam odebrały mnie dwie miłe panie pielęgniarki i na łóżku zawiozły mnie na dyżurkę, ja oczywiście jechałam w pozycji na czworakach, było wesoło 😉 Zbadała mnie pani dr będąca na dyżurze. Okazało się, że mam pełne rozwarcie! Byłam przeszczęśliwa 😉 Na moje słowa, że jestem po pierwszej cesarce, ale chcę rodzić naturalnie zobaczyłam w jej oczach przerażenie. Nakrzyczała na mnie, dlaczego tak późno przyjechałam 🙂 Szybko jednak ją uspokoiłam, gdy powiedziałam, że czekam na swoją położną i lekarkę (w Rydygierze za pośrednictwem szpitala można opłacić jako tzw. „dodatkową opiekę medyczną” położną i lekarza – my z tej opcji skorzystaliśmy i osobiście uważam, że warto).
Nareszcie moja położna dotarła i od razu wzięła mnie do łazienki, kazała się wysikać, przebrać, bo rodzimy 😉 Jak to „już”? Nie będzie skakania na piłce, leżenia w wannie? Ba, nawet lewatywy nie było czasu zrobić 😉 Podczas sikania odeszły mi wody. Przeszłam na salę porodową, lekarka czekała już na mnie. Położna podpięła mnie pod KTG. Myślałam, że będzie mi to przeszkadzało, ale tak naprawdę to nic mi nie przeszkadzało. Nie zwracałam uwagi, że za firanką kręcą się inni lekarze, a obok na drugiej sali jakaś inna kobieta rodzi. (Nie, przepraszam, trochę irytowała mnie lekarka, która przyszła wypełnić ze mną ankietę na temat przebytych chorób i szczepień, podpisywałam też papierek, że na własne ryzyko podejmuję się porodu naturalnego, w sumie to nie wiem, czemu nie mogłam zrobić tego wcześniej.) Po instrukcji położnej zrozumiałam, co trzeba robić, jak jest skurcz, to trzeba przeć, a nie wstrzymywać 😉 Acha, to tak się rodzi 😉 Nie wiedziałam, że parcie uśmierza ból 😉

Położna i pani doktor wykazały się niezwykłą delikatnością i bił od nich jakiś spokój. Czułam się bardzo bezpieczna, nawet przez sekundę nie pomyślałam o cesarce. Prawie cały poród spędziłam na kolanach opierając się o podnóżek łóżka. Parłam sobie w ciszy, krzyk nie był mi w ogóle potrzebny. Dopiero pod koniec za sugestią pań usiadłam na łóżku, zresztą sama czułam potrzebę zmiany pozycji (zadziwiło mnie ich niesamowite wyczucie). Obie panie zgodnie stwierdziły, że trzeba naciąć, nie chciałam być nacinania, ale im całkowicie ufałam i wiedziałam, że bez powodu tego nie proponują. Jeszcze dwa parcia i synek (3540g, 55cm) już był na moim brzuchu tj. o 7:45.

Boże, udało się, zrobiłam to, urodziłam! 😉 Mąż przecina pępowinę, rodzę łożysko pani doktor zabiera się za szycie. A ja leżę sobie z malutkim skarbem i wcale nie płaczę ze szczęścia, tylko czuję niesamowity spokój, trudny do opisania, a w sercu ogromną radość. Dałam radę, przyszedłeś Adasiu na świat w tak piękne święto, w Boże Ciało, nie mogłeś wybrać lepszego terminu! Zabierają mi go na chwilkę, bada go pediatra i wraca do mnie, ssie pięknie pierś i spokojnie zasypia. Jego cieplutkie ciałko na moim brzuchu – jedno z najprzyjemniejszych uczuć, cudowny, błogi stan. Położna przynosi mi herbatę – jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała mi herbata z worka (piję tylko liściastą), aż poprosiłam o drugą 😉 a męża wysłałam po kanapki do domu, byłam mega głodna 😉 Po dość krótkim czasie przenieśli mnie na oddział. Musiałam dość szybko zwolnić miejsce, bo kolejne panie czekały na salę 😉

Po południu męża wysyłam do domu, bo starszy braciszek czeka, a my z synkiem zostajemy sami. Śpi to maleństwo obok mnie a ja płaczę ze szczęścia – synek, daliśmy oboje radę… Poród to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie dane mi było przeżyć. Trudno mi opisać słowami, co wtedy czułam, ale na pewno niewyobrażalne szczęście i spełnienie. Poród to cud. Dziękuję Ci, Boże, że mogłam tego cudu doświadczyć.
Zdaję sobie sprawę, jaka jest różnica między porodem naturalnym a drogami natury, ale mimo tego nacięcia dla mnie to był i będzie poród naturalny. Nie spodziewałam się, że będzie on miał tak szybki przebieg. Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobraziłam sobie, że będzie tak pięknie. Poród niesamowicie mnie umocnił, przywrócił wiarę we własne możliwości, dowartościował jako kobietę. Kiedy wspominam te magiczne chwile zawsze przychodzi mi jedna myśl – chcę przeżyć to jeszcze raz… 😉

Korzystając z okazji chciałabym bardzo podziękować autorce tego bloga za kawał dobrej roboty, jaką wykonuje, za wsparcie i słowa otuchy. Dziękuję również mojej położnej i pani ginekolog, że mocno wierzą w siłę kobiecej natury i dają szansę takim przypadkom, jak mój 😉

A na koniec słowa wdzięczności kieruję do mojego męża – dziękuję mu za optymistyczne nastawienie, wiarę we mnie, nieocenione wsparcie – za to, że po prostu był.

„Skąd się u Pani wzieła taka mądrość?” (Warszawa)

15 dni po terminie, mimo okresowej tachykardii w zapisie KTG, z pomocą cewnika Foleya i 2 dawek oksytocyny, mimo odejścia zielonych wód płodowych podczas akcji porodowej – szczęśliwy VBAC – z wiarą, że się uda, z dużą świadomością po stronie rodziców, ze spokojnym wsparciem personelu, bez popędzania i straszenia. Oto inspirująca historia porodu Anny:

Moją historia rozpoczyna się w czerwcu 2013 roku, kiedy to na świat przyszedł mój syn Szymon. Od początku było wiadomo, że będzie on dużym chłopcem – wyprzedzał wszystkie terminy i wymiary o 2-3 tygodnie. Byłam przygotowana na wcześniejszy poród, ale niestety nic na niego nie zapowiadało.. Gdy minął 7 dzień od terminu postanowiono zostawić mnie już do końca na oddziale patologii ciąży. Przyjęto mnie w piątek, bezczynnie i bezowocnie przeleżałam weekend. W poniedziałek wykonano powtórnie wszystkie badania i podjęto wstepną decyzję – „Syn jest za duży, by urodziła go Pani sama”. Dodatkowo było już 10 dni po terminie, no więc trzeba ciąć. Wtedy stchórzyłam i zgodziłam się na cc. Teraz poczekałabym chociaż do pierwszych oznak porodu. I tak po 11 dniach od terminu na zimno przyszedł na świat Szymon – 4804g/63cm szczęścia. Dostał 9/10 w skali Apgar – przez cc nie mógł się rozprężyć i miał kłopoty z oddychaniem. Zabrano go na OIOM noworodkowy gdzie saturacja wykazywała ok. 60%. Ja mogłam zobaczyć syna dopiero po 24h gdy było już lepiej. Wtedy też mogłam go pierwszy raz nakarmić (wcześniej bez mojej zgody karmiony był mm). Już wtedy wiedziałam, że będę robić wszystko, by drugie dziecko przyszło na świat siłami natury i nie powtórzyła się ta sytuacja. Mimo, że nastepnego dnia po cc czułam się już całkiem nieźle, nie chciałam przeżywać tego drugi raz.

Gdy w styczniu tego roku dowiedzieliśmy się z mężem, że po raz drugi zostaniemy rodzicami, bardzo się ucieszyliśmy 🙂 Moja ciąża przebiegała bardzo podobnie do pierwszej – przynajmniej na początku. Tym razem byłam od początku nastawiona na poród siłami natury. Wszystko szło zgodnie z planem. Malutka od początku rosła książkowo a terminy porodu z OM i USG różniły się zaledwie o 4 dni, więc żadna różnica 🙂 Wiedziałam, że w związku z tym żadne cc nie wchodzi w grę. Mimo to kazano mi zgłosić się na kwalifikację do porodu siłami natury do ordynatora szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Pan doktor był jak najbardziej za moją próbą vbac – „Córka nie jest duża, jeżeli Pani chce proszę próbować – cesarkę zawsze zdąrzymy zrobić”. Te słowa bardzo podniosły mnie na duchu 🙂 Około 36tc podczas rutynowego badania USG okazało się, że Młoda ma za mały brzuszek w stosunku do reszty ciała – podejrzewano hipotrofię i kazano powtórzyć badanie za tydzień. Na szczęście po tygodniu wszystko się unormowało i nie groziło nam cc.

I tak rosłyśmy sobie kolejne tygodnie (znaczy córka rosła, bo ja nie przytyłam w ciąży ani kilograma :P) aż przyszedł termin porodu. Do tego czasu chodziłam na badania KTG, które wskazywały, że wszystko jest w porzadku. Gdy minął tydzień od terminu OM po raz pierwszy kazano mi się zgłosić na oddział patologii ciąży.. O nie, nie.. nie położyłam się, po co? Skoro wszystko jest OK, mogę równie dobrze przyjeżdżać na KTG z domu i czekać na rozwój akcji a nie leżeć bezczynnie na oddziale. Tak też było, KTG co dwa dni. Wyniki zaczynały być coraz gorsze, prawie za każdym razem na badaniu Młoda szalała – tętno wskazywało 160-180 ud/min. Postanowiono, że tym razem bezpieczniej będzie jeżeli już się położę na oddział i będę pod stałym „monitoringiem”. Była niedziela – 12 dni po terminie OM (8 z USG). Ja oczywiście dalej nie chciałam nawet słyszeć o cc. Na patologii znów KTG i znów tachykardia – decyzja: jedziemy na porodówkę poobserwować. Spędziłam noc na sali porodowej podpięta pod KTG – przerwy na siusiu, co ok. 3godziny. Dalej tachykardia. „Może Pani iść na górę po najpotrzebniejsze rzeczy, do rana tu zostajemy”.

Cały czas pisałam z Mężem i relacjonowałam mu co się dzieje, by w razie czego mógł przyjechać. Martwiły mnie te wyniki KTG, jednak co jakiś czas Młoda uspokajała się i zapis był prawidłowy – byłam więc pewna, że po prostu przeżywa ze mną nową sytuację, w której się znalazłyśmy. W poniedziałek rano zapadła decyzja, że wynik obserwacji jest na tyle dobry, że mogę wracać na patologię na obchód. Tu pojawiła się jedyna położna, która była na tyle „miła” i chciała mi ulżyć w cierpieniach proponując cc – „oo duże ryzyko, nic się nie dzieje, ja bym poprosiła na Pani miejscu o cięcie..” Tak, tak.. nie po to walczymy tyle czasu, by się teraz tak po prostu poddać. Na szczęście to była jedyna osoba, która chciała zrujnować moje plany o udanym vbacu.

Na obchodzie na patologii pojawił się mój ukochany ordynator, który kwalifikował mnie do porodu SN. Wyniki morfologii się polepszyły (całe dwie ciąze miałam anemię), więc jeżeli nadal chcę próbować rodzić sama, to powoli spróbujemy się przygotować. Mamy jeszcze chwilę czasu do soboty (wtedy mijały 2 tyg. od terminu USG – taki trochę deadline, ale ordynator nie użył słowa „cesarka”). Przygotujmy szyjkę cewnikiem.

I tak o 14 założono mi cewnik Foleya (zero rozwarcia, szyjka twarda, długa na 2,5cm). Niezbyt przyjemne doświadczenie rurki między nogami, ale czego się nie robi dla dziecka 🙂 Pojawiły się skurcze – dość bolesne, ale do wytrzymania i nieregularne – no ale zawsze to coś. Odszedł czop. Na KTG dalej co jakiś czas tachykardia, ale już z przewagą dobrego zapisu. Noc przespałam. Rano o 9 następnego dnia (wtorek – 6.10) zdjęto cewnik. Szyjka dalej długa, ale już mięciutka i rozwarcie na (naciągane) 2 palce – więc cewnik spełnił swą funkcję – przygotował szyjkę na indukcję oksytocyną.

Zadzwoniłam po Męża – „Przyjeżdzaj na porodówkę, będziemy indukować”. O 14 zeszłam na dół na porodówkę, gdzie miła Pani położna przywitała mnie słowami: „Oo Pani z 10.10, córka na pewno czeka do Pani urodzin i chce Pani zrobić prezent :)”. Dostałam salę i czekałam na Męża. Ten po drodze zabrał wszystkie moje i córy rzeczy z patologii – „Już tam Pani nie wróci – wymęczymy Was do końca ;)”.

O 16 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. Miałam być podłączona na 6 godzin na razie i zobaczymy co dalej. Mój organizm od początku pięknie reagował, nawet na najmniejszą dawkę – pojawiły się skurcze, jeszcze nie jakieś super bolesne, ale rozwarcie nie specjalnie rosło. Cały czas był ze mną Mąż, cały czas słuchaliśmy muzyki i na skurczach śpiewaliśmy – było wesoło i na luzie. Swoją drogą szanty i piosenki dziecięce są bardzo fajne do śpiewania zamiast krzyczenia na skurczach 😉 Bardzo też pomagało skakanie na piłce na skurczach – które już były coraz bardziej bolesne. O 23 odłączono oksytocynę – skurcze dalej były, więc super – coś tam się jednak dzieje. Rozwarcie – ledwie na 3 palce i to tak na ścisk. Decyzja: odpoczywamy i zobaczymy co będzie rano. W nocy dalej skurcze, ale mniej regularne i trochę cichły. Udało mi się przespać i zregenerować siły. Mąż spał na podłodze – on się bardziej nie wyspał niż ja. Rano skurcze już nieznaczne. Przyniesiono śniadanie, ale nie pozwolono mi go jeść do obchodu. O ósmej obchód. „Co robimy?” – „Dajemy drugą dawkę oxy, przebijamy pęcherz (po 6h), ja biorę Panią, trochę ją zmęczę, poćwiczymy i niech rodzi” – powiedziała z uśmiechem położna. „No dobra do północy Pani urodzi :)”. Gdy wyszli położna ze mną została, kazała się umyć, zjeść śniadanko i jak będę gotowa to dać znać to zaczniemy działać.

O 9 podłączyła mi drugą dawkę oksytocyny. Od początku skurcze były bardziej bolesne niż wcześniej (to dobry znak – pomyślałam), nawet piłka przestała dawać ulgę. Ale jeszcze szło wytrzymać. Na KTG zapis w miarę prawidłowy i regularne skurcze 🙂 Uda się! O 11 przyszła położna, sprawdzić co tam u nas słychać z rozwarciem. Położyłam się na łóżku i trach! – „to chyba wody?” – „no chyba tak, zielone ale to nic, kobiety, które rodzą w 38tc też nieraz takie mają – jest OK :)” Rozwarcie: takie słuszne 4 cm. Więc coś się dzieje 🙂 Jeszcze wytrzymałam z pół godziny skurczy i poprosiłam Męża, by zamówił mi znieczulenie. Przyszła Pani anestezjolog, zrobiła obszerny wywiad (wyśpiewałam Pani odpowiedzi na pytania do piosenki „Mam tę moc” :P) i podała znieczulenie (brr okropność ale za to jaka ulga). Poleżałam sobie troszkę i odpoczełam – nic mnie nie bolało a rozwarcie rosło 🙂 Przyszła Pani położna – „Jak będzie Pani czuła parcie, proszę wołać”. OK.

Nie minęło 5 minut jak krzyczałam do Męża, by wołał Panią Wiolę. „To co, rodzimy? Lekarz powiedział, że do której Pani urodzi? Do północy? To działamy”. Kazała podnieść nogę do góry i spróbować przeć. Taaa gdybym jeszcze wiedziała jak 😛 „To ma być parcie, chyba na prawdę chcesz urodzić o północy” – powiedziała mi z uśmiechem 🙂 Wytłumaczyła mi jak prawidłowo to robić. Mąż cały czas głaskał mnie po głowie i wspierał. „Już chwilkę, widzę już głowę 🙂 zaraz będzie po wszystkim”. Krzyczałam głośno – to było silniejsze ode mnie i jednocześnie bardzo mi pomagało. „Nie dam rady! Nie prawda! Dam radę!!!” 20 minut skurczy partych i Olga wylądowała na moich piersiach 🙂 Okazało się, że była dwukrotnie owinięta pępowiną wokół szyi – stąd tachykardia. Cały ból odszedł, pojawiły się łzy radości – u mnie i u Męża. UDAŁO SIĘ! Druga najszczęśliwsza chwila w moim życiu (po narodzinach syna). Tuliliśmy się we trójkę 🙂 Pani doktor, która była przy porodzie, w tym czasie podała mi małą dawkę oksytocyny bym urodziła łożysko, ale Pani Wiola w tym czasie zgrabnie je wyciagnęła, ku jej zdziwieniu 😛 Po zszyciu mnie (delikatnie pękła mi warga – położna pięknie ochroniła mi krocze – „nie lubię szyć, to nie nacinam :)”) wszyscy wyszli i zostawili nas samych na dobre dwie godzinki 🙂

an

Przystawiłam córę do piersi – no pięknie się przyssała 🙂 Cudowne uczucie 🙂 Zostałam przez córę ochrzczona na dzień dobry – i siusiu i smółka wylądowała na moim brzuchu, ale i tak było mi nieziemsko 🙂 Po dwóch godzinach przyszła Pani Wiola – podmyła Olgę, zważyła i pomierzyła. Nie taka malutka – 3695g, 56 cm. 9 (a ostatecznie 10) punktów w skali Apgar (za siną skórę na początku).

olga

Dostaliśmy jeszcze chwilę, by się ogarnąć po wszystkim, po czym pojechaliśmy na oddział położniczy 🙂 Na odchodne otrzymałam gratulacje od położnych, które były ze mną przez te dni, a od Pani Wioli pytanie: „Skąd się u Pani wzięła taka mądrość, większość kobiet już dawno wybrałaby cc?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć, dla mnie to było tak oczywiste, że urodzę Olgę naturalnie, że nie dopuszczałam w ogóle innej opcji. „Gratuluję Pani Aniu, mądra z Pani kobieta”. Poczułam się bardzo dumna z siebie i Męża. Gdyby nie on byłoby mi na pewno trudniej znieść poród.

Na mój udany vbac złożyło się kilka czynników: po pierwsze wiara w to, że się uda – nie można się poddać i zwątpić; po drugie: wsparcie ukochanej osoby i po trzecie: przychylny personel. W moim przypadku te czynniki okazały się najważniejsze, jednak jak wiadomo każdy poród jest inny, czasami wystarczy po prostu szczęście.

Olga urodziła się 7.10 o g. 13:43 po 15 dniach od terminu OM. Nie doczekała do mamusinych urodzin 10.10, ale i tak jest najcudowniejszym prezentem jaki mogłam dostać od losu. Warto było na nią tyle czekać 🙂

olg2

VBAC, czyli rodzić po mojemu (Oława)

„Czuję, że to był MÓJ poród.” Te słowa wypowiedziane przez świeżo upieczoną mamę to kwintesencja odpowiedniej opieki nad rodzącą kobietą. I drugoplanową sprawą jest to czy plan porodu trzbaby_foot_black_and_whiteeba było zmodyfikować czy nie, czy poród był z interwencjami czy zupełnie bez. Sednem jest szacunek, podmiotowość i decyzyjność kobiety oraz jej przyjazna relacja z położną / lekarzem oparta na zaufaniu i porozumieniu. Zapraszam do lektury historii Magdy. Znów będą potrzebne chusteczki! Łzy wzruszenia gwarantowane, a pełen humoru styl autorki zapewne niejednego do łez rozśmieszy.

Moją córkę urodziłam 1 maja 2014 roku. Rano podczas podrywania się z łóżka odpłynęły mi wody. Zaaferowana, szczęśliwa pojechałam po 2 godzinach urodzić dziecko do szpitala. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że brak akcji skurczowej po odpłynięciu wód jest takim problemem. Dostałam na dzień dobry kroplówkę z oksytocyną (mimo zaznaczenia w planie porodu, że nie chcę), a na słowa protestu położna zasugerowała, że mogę iść dyskutować z panią doktor. Ale że ona nie radzi. Później dowiedziałam się, że trafiłam na tę jedną lekarkę ze wszystkich, która lubuje się w cięciach i ogólnie jest wyjątkowo niedelikatna. Sama nie rodziła.
Podpięto mnie pod wyjątkowo długie KTG. Skurcze zaczęły mnie zginać wpół, a na wykresie było całkiem płasko. Podczas badania lekarka zrobiła niespodziewany i nieproszony masaż szyjki macicy, po czym zaproponowała znieczulenie. Ze znieczuleniem coś zaczęło się dziać z tętnem, ale chyba moim. Zbiegli się doktorzy i orzekli koniec rodzenia. Na salę operacyjną.
A potem to wiadomo, jak to jest. Noc pod morfiną (córka noc na mm mimo braku mojej zgody). Ciężkie pionizowanie. Ból i płacz, że nie jestem w stanie szybko poderwać się do płaczącego dziecka. 7 miesięcy codziennych skrytych łez i… druga kreska na teście ciążowym. I start mojej opowieści VBAC.

——————————————————-

Na początek należy ustalić kilka faktów.
Na przykład to, że rozróżniam poród siłami natury od porodu drogami natury. Pierwszy w pełni naturalny, samoistny, fizjologiczny, taki jak został zaplanowany w toku ewolucji.
Drugi wspomagany jakimiś medycznymi sztuczkami. Czyli gdzie siły natury nie mogą, poślą doktora. A to znieczulenie, a to oksytocyna, a to nacięcie czy inne kleszcze. Każda, najmniejsza interwencja.

Jasne, że mój buntowniczy umysł pragnął urodzić siłami natury. W karcie wypisu mam jak byk: poród fizjologiczny. A jednak nie do końca tak było.
Ale po kolei.

Ten dzień
Córka urodziła się 280. dnia ciąży. Iście książkowo. Teraz Leon nie mógł mieć tak dokładnie wyznaczonego dnia, bo się wszystko ongiś poprzesuwało i namieszało. Pi x oko 2 tygodnie później niż podaje kalendarz.
— To pani Magdo, ja wracam z urlopu i mam dyżur dziewiętnastego sierpnia. To wtedy mogłaby pani urodzić.
— O to bardzo chętnie, tak się umówmy.
Sobie zażartowałyśmy z panią doktor w okolicach kwietnia. Potem ten dzień wpisała w kartę ciąży jako oficjalny termin porodu. Potem zapewniłam swoją położną, że to będzie wtedy. Potem, 3 tygodnie przed terminem, na ostatniej wizycie było już tak:
— To co pani Magdo, może faktycznie zaczekacie na mnie, aż z urlopu wrócę? — zagadnęła w trakcie badania ręcznego pani doktor.
— No jasss…
— Ooooo nie zaczekacie. Szyjka w osi.

No i czekałam, czekałam. I cisza. Nadszedł osiemnasty, dzień, w którym rodzić wyjątkowo nie chciałam. Ale coś czułam.

Oznaki porodu
Z córką kompletnie nic się wcześniej nie zapowiadało. Po prostu chlusnęły rano wody, a potem finał jaki był, to wiadomo.
Teraz było trochę inaczej. Jak pisałam a propos karmienia piersią w ciąży, od 37. tygodnia podczas karmienia Natalki odczuwałam spinanie się brzucha. Na jakieś 6 dni przed porodem zaczęłam odczuwać pewną bolesność przy tym spinaniu. Delikatnie, nienahalnie. 2 dni przed porodem bolesność lekko wzmogła i pojawiała się także wtedy, kiedy nie karmiłam. Ewidentnie się zbliżało.
Dzień przed porodem dopadły mnie jakieś wewnętrzne nerwy. Że już by się mogło zacząć. Ale właściwie to jeszcze nie (bo nie chcę osiemnastego). Ale tak, żeby zdążyć na dyżur pani doktor. Ale właściwie to ile on trwa i jak się wstrzelić? Takie rozterki.
Bolało mocniej, czasami musiałam przystanąć, czasami się oprzeć. Cieszyłam się. I wkurzałam, bo znowu ciągnęło po krzyżu, a pamiętałam, że w krzyżu boli bardzo. Ale bardziej cieszyłam się. Byłam gotowa. Chciałam pociągnąć mocniej, rozhulać sytuację. Długi spacer po markecie. Szarpane sprzątanie to tu to tam (bez efektów). Dużo karmienia Natalki. Coraz więcej wewnętrznych nerwów. Ale nic więcej.
Wieczorem orzekliśmy z Tomkiem, że brzuch mi opadł. Z uwagi na upał łaziłam po domu w samym staniku i podziwiałam nowy kształt brzucha. Ostatnią przepowiednią było odejście czopu. Albo jego części, cholera wie, ile tego powinno być.

Początek
Wieczorem we wtorek oddelegowałam Tomka na trening, a sama (z przedporodowymi nerwami) zajęłam się Natką. Kąpiel, chlapanie, witaminy, ząbki, piżamka i lulu. Podczas karmienia wróciły skurcze, które mi od wielu godzin towarzyszyły i znikały. Znów wstąpiła we mnie nadzieja.
Natka usnęła, a ja zaczęłam liczyć częstotliwość. 8 minut. Przyjemny ból. 6 minut.
Tomek wrócił po 22.00. Ja sobie skakałam na piłce i liczyłam. Zrobiło się gęsto — skurcze zaczęły pojawiać się co 4 minuty.
Czas na nospę, orzekłam sama w sobie. Nie jestem zwolenniczką nospy, zwłaszcza w ciąży. Ale wiem, że pozwala odróżnić skurcze przepowiadające od porodowych. Po dwóch tabletkach przepowiadające znikają, porodowe trwają. Z relacji innych dziewczyn rodzących VBAC wiedziałam, że warto mimo wszystko manewr z nospą zastosować, bo rozkręcać się to może długo, wiele godzin, a nawet dni. I lepiej się wtedy wyspać, a nie chodzić nakręconym, że to już, to już.
Jak za odjęciem ręki moje skurcze ustały. No nie! Tyle liczenia, tyle nadziei…
Wróciły po 12 minutach. I znów zaczęły się zagęszczać. Jeeeeaaa!
Wzięłam kąpiel (w zamierzeniu odświeżającą, ale w domyśle mającą dać tę samą odpowiedź co nospa). Nic się nie zmieniło. Skurcze co 5–6 minut.
O 1.00 zadzwoniłam do położnej. Jak ja nie cierpię dzwonić w środku nocy do kogokolwiek. Po informacji, że jestem po nospie i kąpieli, a skurcze są — padła decyzja, że spotykamy się na porodówce za niedługo.

Do szpitala
Spakowaliśmy ostatnie rzeczy (czekoladę do ciućkania, sztuk 4!), wzięliśmy Natalkę (obudziła się) i do samochodu. Dojechaliśmy do rodziców Tomka, gdzie czekało na Natkę posłanie na podłodze (ach, ja też sypiałam u moich dziadków na podłodze! Jak ja to uwielbiałam!). Wesoło postanowiłam, że jeszcze ją uśpię, żeby wszystkim było łatwiej. Skurcze przybierały na sile (podczas karmienia). Natka wcale nie chciała zasnąć. Zadzwoniła położna, że no gdzie my jesteśmy. Dostaliśmy zapewnienie, że mama Tomka z Magdą sobie poradzą i ruszyliśmy do Oławy. Jakieś pół godziny drogi. Ja podsypiałam, budząc się na skurcze co 5 minut.
Dotarliśmy. Wejście przez SOR. Pani z SOR-u zadzwoniła na porodówkę, potem pokazała drogę i tyle.
Na Izbie Przyjęć papierologia. Skurcze delikatniejsze, ale na kilku musiałam wstać z krzesełka. Jeszcze więcej papierków. I jeszcze inne papierki. Albo jeszcze takie.
Koszula porodowa szpitalna. Oooo. Nie wiedziałam. Taka oczywiście za krótka.
Badanie.
Chwila niepewności. Narobiły spustoszenia te skurcze czy nie?
— 4 centymetry.
— O. To tyle, na ilu się ostatnim razem skończyło.
Też dobrze.

Porodówka
Przeszliśmy na porodówkę i już byłam pod opieką mojej położnej. Pani Ani. Godzina 4.00. Powoli świta.
Na początek znowu badanie.
— Naciągane 6 centymetrów.
Wow! 40 metrów przeszłam, a tu taki postęp. No i bariera psychologiczna pokonana. Bo szyjka moja potrafi. I to sama z siebie. Ha!
KTG. Piszą się skurcze, te, co ja je czuję. A nie że ja czuję i zgina mnie wpół, a na wykresie płasko i chyba sobie pani żartuje.
— Pani Madziu, muszę pobrać krew do badań. To od razu wenflon założę, gdyby był potrzebny.
— Nieeee.
— Nie? To będę kłuła drugi raz?
— Igły mi niestraszne. A pewnie nie będzie potrzeba.
— Dobrze. Nie zakładamy.
Wow, ktoś mnie słucha. Plan porodu wprawdzie napisany, ale nikt o niego nie prosił. A o wenflonie było w nim.
W między czasie podpisuję zgodę na poród fizjologiczny. Tak. Zgodę. Bom jest „stan po cięciu”. Mam wybór. Wiem, że muszę uważać na słowa, bo nikt mi cięcia w dowolnej chwili nie może odmówić. Słyszę od dyżurującej pani doktor, że to chwalebne. Ta moja próba VBAC.
Podpisuję niezgody.
Nie zgadzam się na kroplówkę naskurczową.
Nie zgadzam się na nacięcie krocza.
Nie zgadzam się na łyżeczkowanie macicy (gdyby łożysko całe nie wyszło).
Bez sensu. Wszystko jednym podpisem. Bez opcji „chyba że będzie konieczne”. A jak będzie? W planie porodu przy każdej niezgodzie mam zapisane „o ile nie będzie konieczne”. Także w przypadku cięcia!
Koniec KTG. Wolność na 2 godziny.
Lewatywa. Na moją prośbę.
Zaczynamy z Tomkiem wydreptywać ścieżkę na korytarzu. Na skurczach przystajemy, ja się opieram o ścianę, Tomek masuje ten krzyż nieszczęsny. Jakie to przyjemne. Jego dotyk. Ból krzyżowy od razu mija, zostaje skurcz na brzuchu. I tak te dwie godziny do następnego KTG.
Nic nowego. Skurcze, tętno, ruchy Leonka.
Zwalnia się sala przedporodowa. Dostajemy ją na wyłączność. Łóżko, krzesło, stolik. Pani Ania przynosi piłkę, materac. Na piłce już jest źle. Już się naskakałam w ostatnich dniach, dziękuję. Materac to nowość, to pozycja kolankowa (łokcie na łóżku). Może być, ale bez szału.
Pani Ania proponuje worek sako i mówi, że się odprężę, a może i zdrzemnę chwilę celem nabrania sił. Oooo chętnie. Siadam, zapadam się. Bardzo wygodnie, bardzo przyjemnie.
Zaczynam się relaksować. A ze mną moja macica. To niesamowite. Ja stwierdzam, że chcę spać, a ona mi to umożliwia i robi dłuższe pauzy między skurczami. Dla mnie bomba. Dla postępu porodu nie bardzo.
Dochodzi 8.00. Słyszę na korytarzu moją panią doktor. Zagląda do nas i jak zawsze mnie wita:
— A ja myślałam o pani wczoraj.
Idę na badanie. Jakie delikatne. Pani doktor pokazuje osiągnięte rozczapirzenie palców, oblicza szybko, że to 7 centymetrów. A ja już beczę. Ze szczęścia. Że idzie. Że postępuje. Że samo! Że jestem w dobrych rękach!
Chodzimy z Tomkiem korytarzem. Panowie monterzy wymieniają drzwi. Dostałam jakiś szlafrok, żeby im nie świecić tyłkiem. Chodzimy, stoimy. Ja przedmuchuję skurcze, Tomek masuje krzyż. Jest pięknie.
Mruczę na skurczach. Otwarcie krtani pomaga otworzyć się na dole. Im głośniej mruczę, tym pani Ania jest bardziej zadowolona.
— Pani Madziu, co ja słyszę! Pięknie, ale mi się podoba!
Przypominam sobie słowa położnej z jakiegoś reportażu: „Skurcze są dla dziecka. Przerwy w skurczach są dla mamy”. Pomaga.
Idę pod prysznic. Gorąca woda jest cudowna. Polewam brzuch, polewam plecy. Potem olewam brzuch i już tylko leję na plecy. Ogromna ulga. Wracamy na korytarz.
10.45. 8 centymetrów. Przy badaniu pęka pęcherz owodniowy i odpływają czyste wody. Nie mogę chodzić dalej, bo główka nie przypiera do ujścia szyjki, nie korkuje wylotu i jest ryzyko wypadnięcia pępowiny. Pada propozycja zaczekania na zejście główki na worku sako. Lubię worki sako, natychmiast się zgadzam.
Siedzę i czuję, jak skurcze zlewają się w jedno. Jak ból przeszywa mnie całą. Ohooo. Zaczyna się jazda bez trzymanki, chociaż jeszcze tego nie wiem. Pani Ania z panią doktor proponują gaz rozweselający na poprawę nastroju. Zgadzam się. Ma mnie rozluźnić — całą. Pierwsze kilka wdechów i nic. Drugie podejście — zaczęłam mówić, wydychając z płuc ten gaz i usłyszałam swój głos, nieco obniżony (odwrotnie niż z helem), co doprowadziło mnie do ataku śmiechu i łez. Niestety stan ten się już nie powtórzył, a szkoda.
Siedzę więc na worku, leją się ze mnie wody, skurcze sieją się gęsto a intensywnie. Zerkam na zegar. Dziwne, minęła godzina, a zegar prawie nie drgnął. Jak w operze.
Od tej pory przestaję się kontrolować. Jest mi wszystko jedno. Moim marzeniem jest jeszcze na trochę zasnąć. Ponownie udaje mi się sprawić, że skurcze są rzadziej, a ja między nimi odpływam. Podoba mi się to. Pani doktor i pani Ani się to nie podoba. To znaczy cieszą się, że sobie tak radzę, że podążam za potrzebami, że potrafię się w tym wszystkim zrelaksować. Ale jednak tempo porodu siada.
Zgadzam się na założenie czopków rozluźniających szyjkę. Ach, już tak niewiele zostało. Badanie, KTG. Nie cierpię KTG, a przy takiej intensywności doznań — nie cierpię po tysiąckroć. Mało co już ogarniam. Zdaje się, że używam brzydkich wyrazów. Że mówię, że nie dam rady.
— Ale chyba nie powie pani, że robimy cięcie? — z niepokojem pyta pani doktor.
— A w życiu! — zakamarkiem trzeźwego umysłu odpowiadam.
Ostatkiem siły woli wlokę się pod prysznic. Przy którymś skurczu głośniej krzyczę, zlatuje się pani doktor z panią Anią.
— Nie, nie, nic się nie zmieniło. Tylko bardziej bolało — od razu mówię, bo wiem, że czekają na początek skurczów partych, przy którym (początku) najczęściej jest zmiana okrzyków.
Wracam na swoją salę porodową. Opieram się o łóżko, kiwam biodrami. Wstawiam Leona w kanał czyli. Im głośniej krzyczę „AAAAA!”, tym pani Ania bardziej zadowolona. Ja krzyczę, a ona mówi, jak świetnie mi idzie. Budujące, motywujące, wspierające (dobrze, że jeszcze to ogarniam).
Proponują mi panie pozycję kolankowo-łokciową na materacu. Mowy nie ma! No to na łóżko? Nie wiem, jak to się stało, ale się zgodziłam. Ba, chyba nawet chciałam.
13.00. Prawie 10 centymetrów. Słyszę, że tempo siada, że moc skurczów siada. Panie zastanawiają się, co dalej. Proszą mnie o zgodę na kroplówkę ze sztuczną oksytocyną. Bo to jest moment, że jest konieczna. Boję się, cholernie się tej oksytocyny boję, ale się zgadzam. Czyli jednak wenflon.
Zaraz jest już pełne rozwarcie. Ja leżę i nie chcę słyszeć o zmianie pozycji. Mowy nie ma. W dupie mam pozycje wertykalne. A w planie porodu oczywiście prośba o pozwolenie i zadbanie o możliwość rodzenia w pionie. Dobrze, że nikt tego nie czytał.
Zgadzam się na obracanie się na lewy bok, żeby się główka dobrze zaczęła wstawiać w kanał, bo Leon odkręcony był w inną niż powinien stronę. Tomek masuje mi plecy (skóra mi z nich już schodzi, parafina nie pomaga). Pani doktor jedną ręką trzyma detektor tętna płodu na moim brzuchu, drugą ręką trzyma moją rękę. Mam nadzieję, że nie wyszła z tej historii tak podrapana jak Tomek.
— Czy te całe skurcze parte też tak dają po krzyżu? — pytam panią doktor.
— Niestety tak.
— No kurwa, a chciałam mieć tyle dzieci.
Mina pani doktor bezcenna.
13.15. Prę. Na polecenie, pod komendę. A nie w zgodzie ze swoją intuicją. Bo bym chyba nie zaczęła nawet rodzić.Zaczynam kumać korelację parcia z oddechami. Czuję w sobie głowę Leona. Pytam Tomka, czy to widział.
Myślałam, że to będzie trwało ustawowe 2 godziny. Ale gdy zaczynam kumać, że robi się wokół mnie łzawo, że pani doktor łyka łzy, że Tomek nie może nic powiedzieć, dociera do mnie, że zaraz powitamy na świecie naszego syna.
Prę dalej. Nie wychodzi. Moje przygotowane od wielu tygodni na tę chwilę krocze okazuje się za jakieś (za wysokie?) no i nie ma bata, wyjść nie chce.
— Proszę ciąć! — wołam, bo już naprawdę chcę przytulać synka, a nie cackać się z moimi planami porodowymi.
— No nie, nie. Nie mamy zgody.
— To się teraz zgadzam!
— Ale podpisze nam to pani? Żeby nie było, że po sądach będziemy potem biegać.
— To chyba beze mnie. Podpiszę!
I nadszedł ostatni skurcz. Wydałam ostatni, najdonioślejszy okrzyk. Pobłądziłam po urodzeniu się główki. I dostałam Leona na piersi. Szarego. Krzyczącego.
13.30.
16,5 godziny od momentu, gdy kładłam Natalkę spać i rozpoczęły się skurcze.
Tomek od razu dostaje nożyczki do przecięcia pępowiny, bo jest tak krótka, że napina się cała na ciele Leona i miażdży mu genitalia. A chyba nie muszę dodawać, że w planie porodu jak byk stała prośba o późne odpępnienie?
Leon leży na mnie. Wokół pełno ludzi. Jest pan doktor. Bada Leona na mnie. 10 punktów. Nie pozwalam jeszcze go ważyć i mierzyć. Rodzę sobie łożysko, całe i zdrowe. Nie brzydzę się jego widoku. Pani doktor mnie szyje. Mnie już kołacze nowa myśl.
— Czy przy EWENTUALNYM następnym porodzie to nacięcie ma znaczenie?
Pani doktor tylko się uśmiecha i zapewnia, że nie.
Oddaję Leonka na badania, chcę jak najszybciej znaleźć się w spokojnym miejscu, a tu taki harmider. Przechodzę na czworakach na łóżko szpitalne. Kręci mi się w głowie. Szumi mi w uszach. 2 godziny później mam ciśnienie krwi 70/58. Przejeżdżamy na salę poporodową (to ta sama, która była przedporodową). Dostaję Leonka. Dostaję krupnik. Po dwóch godzinach jedziemy na oddział położniczo-neonatologiczny.

Zakończyłam swój VBAC. 15 miesięcy i 19 dni po cięciu cesarskim.

Czuję, że to był mój poród. Mimo interwencji medycznych. Mam poczucie, że tym razem były uzasadnione. Że to rzeczywiście ja się na nie zgodziłam. Że nikt nie dysponował sobie mną. Że zostały uszanowane moje preferencje — mimo że musiały ulec w akcji modyfikacjom.

Dobrze napisała mi dziewczyna z grupy wsparcia: przy VBAC nie ma mowy o zawalaniu porodu. Po prostu się udał.

Dziewczynom, przed którymi podjęcie próby porodu naturalnego po cięciu, mówię: nie próbujcie. Rodźcie!

Historia Magdy dostępna jest także na jej blogu, do odwiedzenia którego serdecznie Was zachęcam: http://logomatka.blogspot.com/

leo01

Mega uczucie spełnienia (Katowice)

Przygotujcie chusteczki! Bo przy tej historii nie da się nie płakać. Znajdziecie tu mieszankę ekstremalnych uczuć – od bezsilności, żalu i złości po uzdrowienie, spełnienie i radość. Oto opowieść Klaudyny:

Nie wiem czy wczoraj tj. 03.09.2015 r. to była jakaś prorocza noc czy jak? Obudziłam się dokładnie o 02:08 i już do 5 nie mogłam usnąć. Zaglądałam do waszych historii Vbac – bo dzielnie kibicuję na bieżąco :-D. Próbowałam zasnąć a tu przed oczami pojawił mi się obraz moich porodów – nie wiem czy to efekt tego, że wczoraj byłam oglądać „świeżą” dzidzie znajomych czy może to był taki bodziec, aby w końcu opisać swoją historię? Jakoś do tej pory nie mogłam się za to nigdy zabrać,  bo uważam się za nie najlepszego pisarza ;-).

Zacznę od początku: pierwszy poród w 2006 r., ja wtedy lat 20. Naprawdę myślę, że w tym wieku kobiety ( a przynajmniej ja ) nie są emocjonalnie przygotowane do porodu . Ciąża przebiegała ok, aż do 20 tygodnia kiedy to obudziłam się w nocy i myślę „no nie chyba się zesikałam”. Wstałam i poszłam do łazienki, i w momencie kiedy stanęłam na równe nogi: chluppp… i ogromna kałuża krwi ;-(. Mieszkałam wtedy z mężem i moimi rodzicami i jak zobaczyłam co się dzieje – to w krzyk! Mąż zielony ze strachu jak zobaczył co się dzieje i go zamurowało, więc jak zwykle mogłam liczyć tylko na przytomną reakcję mamy. Wezwała pogotowie, które ok godziny 2:00 zabrało mnie do szpitala. Ja zaryczana i nie mogąca złapać tchu przez łzy – w głowie jedna myśl: „to koniec, straciłam dziecko, na 100% tyle krwi musi oznaczać jedno„. Zanim przeszłam przez całą papierologię trwało to trochę, a ja nadal nie mogłam się uspokoić. Po przyjęciu na oddział patologii dostałam jakieś pigułki do połknięcia i obudziłam się dopiero rano. Myślałam sobie, że to tylko jakiś zły sen, ale miejsce w którym się obudziłam nie pozostawiało złudzeń. Dlatego jakież było moje zdziwienie, że jest godzina 7:30 a mnie nie zbadał żaden lekarz – nawet ze mną nie rozmawiał.

I w sumie odtąd zaczyna się moja trauma związana z owym szpitalem ;-(. Otwieram oczy i widzę siostrę oddziałową, która spisuje temperatury. Pytam grzecznie – przestraszona jak nigdy dotąd, już czując się na pozycji  „przepraszam, że się tu znalazłam” – „Przepraszam ja nie będę nawet miała zrobionego USG?” Słyszę odpowiedź, która do tej pory dźwięczy mi w uszach i nie rozumiem jak tacy ludzie mogą pracować jeszcze na takich oddziałach „Dziecko, teraz czy za dwie godziny, przecież to i tak ci nie pomoże.” PŁACZ – nie rozumiem co się dzieje. Na oddział wpada mój brat ( brat nie mąż) z pretensjami, że nikt jeszcze nie raczył mnie zbadać, ale grzecznie go uciszam aby nie miało to wpływu na dalszą opiekę.

Ok godziny 9:00 wizyta i badania: wzywają mnie, więc idę z duszą na ramieniu. Badanie to kolejna trauma: masa studentów, nikt nie pytam mnie o zdanie czy może sobie nie życzę ich obecności. Lekarz bada – pełno krwi. Wyjmuje zakrwawioną rękawiczkę i wymachuje ręką do studentów. Mnie nic nie mówi o niczym nie informuje. Wychodzę i o nic nie pytam – nie wiem, może ze strachu przed odpowiedzią? Później, za parę godzin USG i też nic nie mogę się dowiedzieć oprócz tego, że nie wiedzą co to był za krwotok. Jak nie wiedzą? Pytam jak to możliwe?

W godzinach popołudniowych moja mama nie wytrzymuje, wkłada KASĘ do koperty i idzie do ordynatora – to on mnie badał wcześniej. Zabiera kopertę z pieniędzmi i nagle dostaje olśnienia. Nawet rozrysowuje jej na kartce co i jak ;-(. Jeśli dobrze pamiętam zrobiła się jakaś cysta – torbiel czy coś takiego, ale poza macicą. To pękło, ale nie zagroziło dziecku – nie wiedzą dlaczego, ale najważniejsze, że dziecko całe i zdrowe. Tydzień spędzony w koszmarnym szpitalu w Dąbrowie Górniczej i koszmarny ordynator pan R.! Później do końca strach o utrzymanie ciąży. Na szczęście nic złego się już nie przytrafiło, poza moim stanem psychicznym, który chyba zajadałam kończąc ciąże z ok 25 kg na plusie .

Przychodzi termin porodu – lekarz prowadzący wypisuje skierowanie do szpitala i namawia na szpital w Będzinie lub Sosnowcu. Myślę wtedy: co on jakiś chory? Po co mam jeździć gdzieś po innych miastach, jak u siebie mam blisko. Ponadto znajoma pracuje na oddziale noworodkowym w Dąbrowie, więc ona zadba o dzidzię. To była najgorsza decyzja w moim życiu!!! Do tej pory myślę: dlaczego nie posłuchałam swojego lekarza? Skąd mogłam wiedzieć, że tak to będzie wyglądać? Mogłam wiedzieć już po 1 wizycie w tym szpitalu!

Parę dni po terminie stawiam się w szpitalu – nie wiem co będzie, jak powinno wszystko wyglądać, nic nie robią i też nic się nie dzieje. Nikt też o niczym nie informuje. Po kilku dniach odchodzi czop – ja nawet nie wiem na tamten czas co to takiego i lecę pokazać położnej. Bez wyjaśnień mówi: ok ok idź się położyć, tak ma być. Ja na tamtą chwilę zaś jestem przestraszona myśląc, że to krew i coś jest nie tak. Nadmienię, że mam wadę wzroku – 5,00 – jest zaświadczenie od okulisty, że wszystko ok, ale to nie wystarcza. Kolejni lekarze na wizytach nie chcą podejmować próby wywołania. Mówią niech ordynator decyduje ;-( a ty idź leżeć i proszę za dużo nie chodzić. Robię jak kazali – nie wiem o co chodzi. Ordynator na wizytach oczywiście ponownie wykazał się jakże ludzkim zachowaniem: „ Jezu taka młoda jesteś a tak się spasłaś. Dlaczego tu rodzisz skoro prowadzi cię lekarz w Sosnowca? Trzeba było tam sobie iść rodzić” – Wtedy już czuję się jak wrak człowiek – wrak kobiety – potraktowana jak Śmieć!

Mija 10 dzień po terminie moja mama ponownie nie daje rady i idzie z kolejną kopertą! Następnie lewatywa i oxy. Nie pozwalają mamie do mnie wejść – męża nie ma. EMOCJONALNY IMPOTENT!!! Boi się ewentualnie być przy porodzie, więc spokojnie spędza czas w pracy – do tej pory nie mogę tego pojąć, że chociażby nie czekał za drzwiami lub pod szpitalem. Wiedział, że ja nie chcę, aby był przy porodzie – myślałam wtedy, że właśnie takie będzie moje stanowisko w tej kwestii do końca życia, ale jak później się okazało życie pisze swoje scenariusze.

Kładą mnie na łóżku pod kroplówką, obok za parawanem rodzi dzielnie dziewczyna – ja przerażona. Ordynator w tym czasie na dole w przyszpitalnej przychodni ma dyżur i wychodząc mówi do położnych pokazując na mnie palcem: „Ona na mojej zmianie ma urodzić” Znika. Pojawiają się skurcze, ale wraz z końcem kroplówki wszystko ustaje. Godzina ok 12:45 wraca ordynator ze słowami „A tu dalej nic?” Rozwarcie na 2 cm – brak skurczy – akcja STOP! Wtedy, to też pamiętam dokładnie, bierze do ręki jakiś wielki HAK i mówi: „spokojnie, nic się nie bój”, i przebija mi wody. Właśnie za to mam największe pretensje. Gdyby nie to mogłabym jeszcze poczekać spróbować na następny dzień – cokolwiek. Wody chlusnęły i nie było już odwrotu – a akcji żadnej ;-(. Jest 21 lipiec 2006 r. upał masakryczny, nie mam w nikim wsparcia, nie pozwalają nikomu do mnie wejść. Przed salą KOCHANA mama, ojciec i brat. Z tego upału zakręciło mi się w głowie, nie pozwolili nic się napić – zasłabłam. Biegiem robią CC – idę golusieńka na stół – niczym nie okryli przy otwartych drzwiach – ponownie potraktowana jak śmieć! Usypiają!

Godzina 14:05 przez CC na świat przychodzi Miłosz z wagą 3 750 i 61 cm. Nie pokazali mi go nawet ( teraz nawet łzy cisną mi się do oczu ). Słyszę mamę: nie zamykaj oczu, nie śpij, jestem tu z tobą!

KOCHAM CIĘ MAMO za wszystko co dla mnie zrobiłaś!!!

Jedyne co czuję to przeraźliwy ból!!! Nie mogę jeszcze długo funkcjonować normalnie. Pozostaje wielki żal i pretensje. Na dodatek jestem cięta z góry na dół – blizna od pępka do samego dołu. Mięśnie martwe a brzuch w rozsypce totalnej . Wspomniana wcześniej znajoma przyjeżdża tylko na chwilę zobaczyć moje maleństwo czy wszystko ok. Ja 10 dni po terminie, a ona właśnie zaczyna urlop. Tak więc jedyny powód, dla którego chciałam tam rodzić okazał się złudzeniem ;-(. Mąż przyjeżdża na chwilę dopiero po pracy ok godziny 18:00.

Nie muszę chyba mówić, że związek z kimś takim nie przetrwał próby czasu. Poznaję bliżej obecnego partnera Piotra – właściwie zaczynam do niego czuć coś więcej, bo znam go już od dawna. Po pewnym czasie decydujemy się w 100% świadomie na dziecko – oboje bardzo tego chcemy :-D. Udaje się, jestem w ciąży – będzie CÓRKA!!! Ciąża przebiega bez problemu i zakłóceń ;-). Wybieramy szpital – decyduję się na CSK w Katowicach. Najlepszy wybór jak mogłam podjąć – chociaż przez to, że tak odległy nie odbyło się bez jednego minusa, ale o tym za chwilę .

Oczywiście nastawiona jestem tylko i wyłącznie na poród naturalny i nie dopuszczam innej myśli do siebie. Lekarz mówi OK, nie widzi przeciwwskazań i problemu, więc też nie ma zbędnych dyskusji. Magdalena H., pamiętam jak w jednym poście pisałaś do dziewczyny, że aby wszystko poszło ok należy również brać pod uwagę ewentualne kolejne CC.  Wtedy w razie co, nie ma tak wielkiego rozczarowania. Nie wiem, może to zależy indywidualnie od charakteru, ale mnie by to chyba nie pomogło. Tak jak mówię, innej opcji nie było – tylko SN  

Ponownie po terminie tym razem 10 dni, ale już na spokojnie stawiam się w szpitalu. Tego samego dnia rano odchodzi czop co mnie cieszy – już wiem co to :-D. Badanie na IP – skurczy brak, szyjka przepuszcza 1 palec. Na porodówkę wchodzę ze słowami: „ Nie zgadzam się na kolejne CC – no chyba że w przypadku jakiegoś zagrożenia” . Jest dobrze, jest determinacja – choć tak naprawdę nie wiem czego się spodziewać. W duchu boję się, że tu taka twarda, z wysokim progiem bólu – tak mi się wydaje – a co będzie jak nie dam rady i się poddam? Nie dopuszczam tego do siebie. Patrzą na mnie ze zdziwieniem. Myślą: serio? nie chcesz kolejnego CC? Dziwne zazwyczaj większość chce. Nikt nie dyskutuje, nie namawia na CC – niczym nie straszą. Jestem „obca” nie znam ani żadnego lekarza ani żadnej położnej z tego szpitala ale idziemy na żywioł .

Trafiam akurat na porodówkę, bo nie ma innych miejsc. Śpię na łóżku porodowym w jednej z powiedzmy 3 sal – bez drzwi więc co obok nie widać ale doskonale słychać. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, tylko tyle, że nie mogę się wyspać ani nawet zasnąć bo raz, że nie wygodnie a dwa, że odbywające się porody. W pierwszy dzień badania itd. + USG. Na USG prowadzi mnie ładna, młoda Pani – myślę, że to może jakaś studentka albo asystentka. Nie wiem czemu pomyślałam, że jest za fajna, żeby być lekarzem jak się później okazało :-D. Idę w kapcioszkach na dół po schodach i fruuuu noga mi się omsknęła i zjechałam do połowy na pupie . Czym bardzo przestraszyłam ową Panią doktor. Na drugi dzień mnie doglądała z zainteresowaniem, co było bardzo miłe i zapamiętam do końca życia. Agnieszka Solecka – cudowna kobieta i lekarz. Bardzo mi pomogła przychodziła, pytała co i jak, robiła masaż szyjki, aby pomóc .

Bardzo chciałam, aby mój Piotrek był przy porodzie ze mną – on też nie wyobrażał sobie tego inaczej. Całkowicie miałam do tego odmienny stosunek niż poprzednim razem. Jednak tak wiele zależy od tego jakie relacje łączą cię z partnerem, jakie czujesz wsparcie.

Drugiego dnia po średnio przespanej nocy – budziły mnie kolejne porody  – zrobiono lewatywę i podłączono OXY. Piotrek był ze mną. Spacerował po korytarzu i wspierał. Było cudownie. Pojawiły się skurcze dość odczuwalne i wydawało mi się regularne. Podczas skurczu musiałam przykucać, bo sprawiało mi to ulgę. Podłączona pod KTG – nic nie wykazuje oprócz pojedynczych skurczy a co najdziwniejsze na zapisie były wtedy kiedy ja kompletnie ich nie czułam. Po kolejnym badaniu rozwarcie na 3 cm. Powtórka z rozrywki – koniec kroplówki i po jakimś czasie skurcze ucichły – tak jak przy poprzednim porodzie. W międzyczasie rodzi kobietka która tak przeraźliwie krzyczy i wzywa Boga na pomoc, że aż słychać ją chyba na końcu szpitala. Wcale nie współpracuje z położnymi wręcz ucieka i zaciska nogi. Biedne chciały jej pomóc i szybko skończyć poród a ona sama wszystko przeciągała swoim zachowaniem. Byłam przekonana, że to jej pierwszy poród. Jak się później okazało to był jej 2 poród lecz pierwszy był ze znieczuleniem. Sama opowiadała mi, że teraz jednak widzi różnicę w znieczuleniu i wcale nie chodzi tu o ból. Mówiła, że dziękuje za to że tym razem było bez bo za pierwszym razem po znieczuleniu była otępiała i też nie mogła jakiś czas dojść do siebie. Właściwie to teraz mnie to zastanawia może warto poruszyć kiedyś ten temat Magdaleno czy lepiej Z czy BEZ i Za i Przeciw . To tak na marginesie .

Nie powiem trochę mnie ta STOP Akcja zdołowała. Decyzja co dalej zapadnie jutro a teraz czekamy. Mówię do Piotrka: „słuchaj, jutro nie przyjeżdżaj tak wcześnie, lepiej idź do pracy na spokojnie, bo urlop się przyda jak wrócę do domu, a jak się coś zacznie to dam ci znać. Boję się że będziemy tu jutro chodzić i chodzić i będzie to samo wszystko się zatrzyma .” Kochany jak zawsze posłuchał. „Tylko dzwoń jak coś, zaraz jestem.” „Zaraz” czytaj „w miarę możliwości” bo szpital oddalony o ok 40 km. Czułam jeszcze skurcze, ale skoro KTG nic nie pokazywało, to się nie odzywałam aż ucichły. Tej nocy spałam jak zabita – pierwszy raz odkąd tu jestem myślę. Obudziłam się i słyszę za ścianą dziewczynę. Przyjechała nad ranem bo odeszły jej wody – 37 tydzień. Myślę no pięknie i ona dziś będzie tulić dzidziusia a ja tu leżę i leżę i nic. A ona w dodatku 37 tydz – gdzie tu sprawiedliwość. Za chwilę następna – ale szykują CC. Myślę: kurde następna. I następna. Wychodzą wszystkie z dzieciaczkami a ja dalej NIC.

Piotrek ciągle pisze lub dzwoni – jest biedny w pracy i się martwi . Badanie. P. Agnieszka bada – mówi ooooo 5 cm.  SUPER. Kolejna OXY, ale mówię: spokojnie, nic się nie dzieje, jak coś, dam znać bo znowu wszystko może się zatrzymać. Ok 11:30 spaceruje po korytarzu z kroplówką i nawet dzwonią z pracy, co tam słychać i kiedy się rozpakuje z 2packu? Mówię, że spokojnie, nic się nie dzieje jeszcze. Skurcze takie same jak wczoraj – jak na głodnego oczywiście . Byłam już taka głodna, że nie mogę a tu na salę przynoszą zupkę 😉 Pech chciał, że koło stolika postawili wielki aparat KTG, który zagradzał drogę do zupki Poprosiłam jakoś instynktownie chyba o worek sako i mówię, że wszystko ok, ale czuję że tak w kuckach będzie mi wygodniej . Oczywiście położna dała worek mówiła, że bardzo dobrze itd. Skurcze stawały się mocniejsze – ja głodna – do zupki daleko 😉 I kuźwa nie mam łyżki, więc i tak nie dam rady między skurczami tego chlipnąć, hehe, bo skurcze długie i częste. Ale ja GŁUPIA mówię: spoko, spoko, to na 100% jeszcze nie to, więc nigdzie nie dzwonię :-D, zdążę jeszcze przecież.

Wchodzi położna patrzy na mnie i mówi „O matko, to Panią już tak wzięło? Czemu nic Pani nie mówi? Taka tu cisza!” Myślę dalej, że to pewnie ściema jakaś i się wszystko zatrzyma – BOŻE, nie mogę sobie darować, że Piotrek przez moją głupotę faktycznie nie zdążył dojechać, hehe – śmiech przez łzy, z własnej głupoty. Przychodzi P. Agnieszka i bada – odchodzą wody – zielone. Rozwarcie 7 cm i właśnie w tym momencie mnie olśniło. Wzięłam telefon do ręki i pisałam SMSy – do Piotrka i Mamy: „odeszły mi wody”, „mam 8 cm rozwarcia ”, „9 cm – zaraz urodzę!”, „kochanie mamy piękną córkę”. Wszystko to pamiętam dokładnie, tylko czemu tak późno się obudziłam z tymi telefonami KURDE. Piotrek jak odczytywał ostatniego SMS-a to otwierał właśnie drzwi wejściowe do szpitala  

Po odejściu wód jakoś szybko wszystko się potoczyło. Pamiętam, że słuchałam się położnej i lekarki, a one głaskały mnie po kolanie i chwaliły za oddech i współpracę. Cudowna Pani położna – obserwuje naszą grupę wsparcia, Pani Anna Stachulska – Anioł nie człowiek, wtedy wydała mi się podobna do Pocahontas przez długie włosy . Mówiła do mnie: „Krzyknij sobie” a ja na to, że nie mam takiej potrzeby więc oddychałam grzecznie i parłam w ciszy. Dziewczyny obok z Sali mówiły później, że nie myślały, że poród może tak wyglądać – bez zająknięcia i bez odgłosów – moich w sensie.

Emilka dnia 03.10.2013 r. o godzinie 15:12 waga: 3 350 i 57 cm wyskoczyła jak z procy ze mnie . Trafiła na mnie i dostała buziaka ale musiała szybko uciekać bo była wykończona i cała sina – obwiązana pępowiną. A mną zajmowali się lekarze … Zostałam uśpiona na chwilę raz dwa w celu sprawdzenia blizny i obudziłam się przy ostatnim zaciąganiu szwa. Miałam 2 tylko na szczęście . Trwało to naprawdę szybko od momentu uśpienia, bo jak się obudziłam to właśnie na salę wszedł Piotrek i pomagał mi zejść z łóżka. Jak to mama stwierdziła: „ No tak, chłop to zawsze przyjdzie na gotowe :-D”.

Mega uczucie spełnienia dać radę, a po dzieciach widzę taką różnicę, że Miłosz po CC (nie wiem jaki to ma związek ale) do tej pory w nocy bardzo się wzdryga, tak jakby był wyszarpywany skądś.  Jak był mały to było tak co chwilę i nagminnie. Emilka zaś jest bardziej spokojna podczas snu .

Jeszcze jedno przychodzi mi do głowy. Zawsze czytałam, że bóle parte to odczucie jakby chciało się kupę 😉 Co prawda ja odczułam to chyba inaczej, ale słyszałam, że dziewczyny przy porodzie krzyczą, że chcą kupę właśnie wtedy ;-). Zawsze mówiłam, że to chyba głupie i jak tak nie będę mówić – powiem normalnie, że mam parte lub coś w tym stylu . Ale teraz już wiem, że przy takiej częstotliwości słowo: QPA jest po prostu najkrótsze i najszybsze do wypowiedzenia, hahahahaha.

Dodam jeszcze, że w szpitalu Klinicznym studenci są jak wiadomo normą i przy przyjęciu podpisuje się nawet dokument dotyczący tego. W CSK w Katowicach natomiast każdy student przed wejściem na salę najpierw pytał grzecznie o zgodę, więc bardzo mi się to podobało i należy się za to pochwała  

Dzieciaczki udało mi się wykarmić w miarę możliwości naturalnie Miłosz – 10 miesięcy a Emilka – 6 miesięcy ( ze względu na powrót do pracy).

Poród naturalny jest bez porównania dla mnie lepszy od CC – zaraz wstałam i mogłam robić wszystko Cudowne uczucie

Chcę podziękować całej załodze CSK Ligota – mimo, że już jakiś czas minął, ja zawsze będę was miło i ciepło wspominać! Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak dla nas matek taki Vbac jest ważny emocjonalnie – szczególnie po takiej traumie jak miałam wcześniej Takie szpitale i taka załoga przywracają wiarę w człowieczeństwo i służbę z powołania – KOCHAM WAS :-*

MOJE KOCHANE DZIECIACZKI

 dzieci

VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!

Poród drogami natury po cięciu cesarskim jest możliwy – to fakt medyczny. Jest również w przypadku większości kobiet opcją bezpieczną i korzystną. Jednak w wielu miejscach kobiety muszą staczać walkę o możliwość choćby podjęcia próby porodu naturalnego po cc. W niejednym miejscu nikt nie chce dać takim kobietom szansy. Zuzanna taką szansę otrzymała i … udało się!

vbac clothesGdy zaszłam w pierwszą ciążę, było dla mnie oczywiste, że urodzę siłami natury. Przygotowywałam się do tego przez całe 9 miesięcy i mimo, że ciąża okazała się problematyczna i zagrożona, nikt nie widział przeciwwskazań, by rodzić naturalnie. Termin miałam na 12 grudnia, a 27 listopada poszłam na wizytę lekarską – pech chciał, że mojej lekarce zmarł mąż i nie przyjmowała, więc musiałam na gwałt znaleźć kogoś, kto mnie poprowadzi do rozwiązania, wybrałam lekarza, który robił mi USG. Okazało się, że jest położnikiem i był sympatyczny. Stwierdziliśmy, że na finiszu to już nie takie ważne kto, bo i tak zaraz urodzę 😉 Lekarz zrobił mi USG, zapytał, czy byłam duża, gdy sama się urodziłam i…. od tej pory wszystko potoczyło się nie tak jak sobie wymarzyliśmy… Więcej na blogu Zuzanny:)