Marysia swoją drugą córeczkę Laurę urodziła w Tygodniu Godnego Porodu. I jak sama mówi – to był godny poród. Nie zabrakło w nim wsparcia. Nie zabrakło też świadomości i psychicznego przygotowania Mamy oraz determinacji, by nie poddać się, gdy pojawiały się trudności i zakręty.
W pierwszej ciąży zamarzył mi się poród domowy. Niestety nie znalazłam na Podkarpaciu położnej, która przyjęłaby poród w domu. Pogodziłam się więc z faktem, że Róża przyjdzie na świat w szpitalu. Nie spodziewałam się jednak, że poród odbędzie się przez cesarskie cięcie, w dodatku na zimno. 5 dni po przewidywanym terminie porodu lekarka wysłała mnie na obserwację do szpitala. Już pierwszej nocy, zaraz po odejściu czopa śluzowego dostałam gorączki, a u córki pojawiła się tachykardia. Lekarz zarządził cięcie. Nie udzielono mi informacji o tym, co się dzieje ze mną i z maleństwem, dlatego napisałam, że lekarz “zarządził” cięcie, a nie zalecił je. Lekarze obecni na sali byli bardzo opryskliwi i nie dostałam od nich żadnego wsparcia psychicznego, wręcz odwrotnie, potraktowano mnie przedmiotowo. Zapłakana i roztrzęsiona zostałam przewieziona na salę operacyjną. Tak pojawiła się na tym świecie Różyczka.
Długo dochodziłam do siebie po porodzie. Ciało pomału się regenerowało, ale na myśl o okolicznościach w jakich przywitałam na świecie córkę, łzy przez wiele miesięcy napływały mi do oczu. Od pierwszej nocy po porodzie śledziłam historie opublikowane na tym portalu. Czerpałam z nich siłę i wiarę w swoje ciało oraz w to, że kolejne dziecko urodzę naturalnie i będę w stanie odpowiednio się nim zaopiekować od pierwszych chwil.
Drugie dzieciątko poczęło się dokładnie półtora roku po cc. Od początku wiedziałam, że zrobię, co w mojej mocy, aby zawalczyć o poród siłami natury. Na pierwszej wizycie lekarz oświadczył mi, że skoro jestem po cc, to umówimy się na termin kolejnego cc. Poinformowałam go, że zamierzam rodzić naturalnie, co wyraźnie go zaskoczyło, jednak nie odradzał próby porodu sn. Skontaktowałam się z doulą Madzią Hul, wybrałam szpital, w którym będę rodzić i zaglądałam regularnie na grupę wsparcia naturalniepocesarce na FB. Bycie w tej grupie, czytanie pozytywnych historii i zdobywanie wiedzy o vbac napełniło mnie ogromną siłą i sprawiło, że wyzbyłam się lęku przed próbą vbac. Ciąża przebiegała prawidłowo, zależało mi, żeby dzieciątko nie było bardzo duże (wiadomo, że w takim wypadku lekarze odradzają próbę porodu sn), dlatego praktycznie wyeliminowałam z diety cukry proste, nie suplementowałam się też żadnymi, poza kwasem foliowym, witaminami.
Na kilka tygodni przed miesiącem porodowym pojawiły się skurcze przepowiadające, do środkowego dnia terminu szyjka pozostawała jednak długa i zamknięta. Od 38. tygodnia piłam herbatę z liści malin i olej z wiesiołka, i czekałam na rozpoczęcie porodu. Przewidywany termin porodu przypadał na 7 marca, 8. byłam u lekarza, który ocenił, że nie widać, aby poród miał się wkrótce rozpocząć. 2 dni później zaczął odchodzić czop śluzowy i pojawiły się skurcze. Początkowo rzadkie i bezbolesne. Wieczorem już silne, ale nie częstsze niż co 5 min. Na wszelki wypadek wieczorem zadzwoniłam po mamę męża, aby przyjechała do starszej córki, miałam nadzieję, że w nocy poród wejdzie w aktywną fazę i pojadę do szpitala. Do godz. 2 w nocy nic nie przyspieszało, więc poszłam spać. Rano znów skurcze zaczęły się rozkręcać. Były bardzo silne, nie mogłam na skurczu zrobić kroku i zaczęłam podpierać ściany w domu. Bardzo cieszył mnie ten ból, bo wiedziałam, że przybliża mnie do poznania drugiej córeczki. Niestety po jakimś czasie doszły bóle krzyżowe, które bardzo dawały mi się we znaki i tylko leżenie w wodzie pomagało mi je znieść. Pod wieczór Róża pojechała z babcią na wieś, a ja zostałam z mężem w domu. Martwiło mnie, że skurcze są już tak mocno odczuwalne, a wcale się nie zagęszczają, ciągle co ok. 5 min. Zadzwoniłam do douli po wsparcie, Madzia podpowiedziała jak pomóc maleństwu wejść w kanał rodny i doradziła, aby zrobić ktg.
Pojechaliśmy z mężem do Szpitala Miejskiego w Rzeszowie, gdzie zamierzałam rodzić, jednak odmówili mi tam badania. Dyżurna lekarka poleciła mnie przyjąć, dopiero wówczas mogłaby mnie zbadać. Znów telefon do Madzi, która sugerowała mi, żeby jechać do prywatnego szpitala Pro Familia. Na izbie przyjęć położna podpięła mnie pod KTG, serduszko dziecka biło prawidłowo, skurcze co 9 minut. Następnie przyszedł zbadać mnie lekarz. I tu zaczął się dla mnie horror. Najpierw zbadał mi szyjkę i stwierdził, że wszystko zamknięte, a szyjka ma jeszcze 2,3 cm. Potem zrobił USG. Pierwsze, co zmierzył, to blizna, ocenił ją na 1,4 mm. Poinformował mnie, że bezpieczne minimum to 2,5 mm. Badając mnie dalej opowiadał, co się stanie ze mną i dzieckiem, gdy pęknie blizna. Jego słowa nie do końca do mnie docierały, z emocji zaczęło mi się kręcić w głowie. Stwierdził, że z dzieciątkiem OK, a poziom wód w normie. Namawiał mnie, żebym została w szpitalu, chciał wziąć mnie od razu na stół operacyjny. Czułam, jak osuwa mi się grunt pod nogami, jednak wiedziałam, że nie dam sobie i dziecku tak łatwo zafundować porodu operacyjnego.
Znów Madzia i znajoma położna na telefonie, nie namawiały mnie do niczego, dodały jedynie otuchy. Ustaliłam z mężem, że skoro z dzieciątkiem wszystko OK, jedziemy do domu. Było już bardzo późno, więc wzięłam relaksującą kąpiel i położyłam się. Mąż czuwał przy mnie całą noc, a ja zasypiałam i budziłam się na każdym skurczu. Mąż patrzył na zegarek i informował mnie, ile upłynęło minut. Skurcze były do zniesienia, za to bóle krzyżowe ciężko było wytrzymać. Czopek rozkurczowy, który doradziła położna, wcale nie pomógł. Dotrwałam tak do rana, o 8 wstałam, a mąż się położył. Po wieczornym badaniu byłam zdruzgotana psychicznie. Męczyłam się tyle czasu i żadnego rozwarcia, nie mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam wątpić we własne siły i biłam się z myślami. Czy nie za bardzo narażam życie dziecka? Czy jest sens tak się upierać przy vbac? Stres potęgował napięcie, co nasilało bóle pleców. Czułam się strasznie zagubiona.
W południe zadzwoniłam do znajomej położnej, która pracuje w Miejskim i opisałam jej sytuację. Okazało się, że akurat ma dyżur. Zaproponowała, że zrobi mi KTG i poprosi lekarkę, żeby mnie zbadała. Po południu obudziłam męża i o 16 wyruszyliśmy do szpitala. Plan był taki: najpierw najeść się w Pizza Hut, potem do szpitala, już z nastawieniem, że zostaję na oddziale. W trakcie jazdy samochodem skurcze zrobiły się znów nieco częstsze i bardziej bolesne. Napełniliśmy brzuchy sałatkami i dotarliśmy wreszcie do szpitala. KTG prawidłowe, skurcze co 5 min. Na badaniu lekarskim okazało się, że jest 4 cm rozwarcia. Przeszczęśliwa faktem takiego postępu przyjęłam się do szpitala. Lekarka zrobiła USG i zmierzyła mi bliznę na 5mm!! Okazała mi bardzo dużo wsparcia, uspokajała, że jestem pod dobrą opieką i że sala operacyjna jest za drzwiami, i że w razie konieczności z pewnością zdążą mi zrobić cc. Przed snem miałam 2 razy zrobione KTG, o 23 lekarka zbadała mnie, rozwarcie bez zmian, dostałam paracetamol i hydroksyzynę, i poszłam spać.
Spałam jak niemowlę, ale już po 2 godzinach obudził mnie bardzo silny ból i potrzeba wypróżnienia ☺ Wydawało mi się nierealne, abym tak szybko doszła do 5 palców rozwarcia, więc myślałam, że muszę się załatwić. Gdy zauważyłam, że krwawię, ogarnęło mnie przerażenie. Pomyślałam, że to blizna się rozchodzi i że czeka mnie cc. Przerażona zadzwoniłam do męża, powiedziałam mu, żeby przyjeżdżał, bo chyba będę miała cc i się rozłączyłam. Nieźle biedaka nastraszyłam, ale sama byłam wówczas przerażona. Obudziłam położne, jedna do mnie wstała. KTG w porządku, skurcze co 3 minuty i prawie pełne rozwarcie. Przeleżałam pod KTG chyba godzinę, rozwarcie miało się zwiększyć jeszcze o rąbek. Potem na łóżko porodowe, wreszcie przyjechał mąż, położna wytłumaczyła jak oddychać na skurczach no i maleńka zaczęła schodzić w dół. Nie zgodziłam się na przebicie pęcherza, po chwili trysnęły wody. Parłam początkowo na boku, a później w pozycji półleżącej, z nogami przy tułowiu. Faza parcia trwała 25 min, po bólach partych był to już relaks, sił do rodzenia mi nie brakowało, bo przed snem najadłam się potajemnie upieczonymi w domu batonami musli ☺. Położna nacięła mi krocze i po chwili maleńka była już na moim brzuchu. Radość niesamowita, a u męża łzy szczęścia. Córcia ważyła 2880g i dostała 10 pkt w skali Apgar.
Miałam bardzo długi poród, po drodze wiele chwil zwątpienia. Na szczęście cały czas miałam wsparcie w mężu, douli i położnych, i wszystko skończyło się wspaniale. Teraz bez obaw myślę o kolejnym porodzie, a o przyjściu na świat Laury mówię z zadowoleniem, że był to godny poród.


Zanim jednak decyzja zapadła ostatecznie czekała mnie konsultacja z lekarzem z oddziału ginekologiczno-położniczego . Po ok. 10-15 minutach przychodzi do mnie Pani dr Tamara Wilk, która postanawia wykonać USG. Wody w normie, łożysko dojrzałe, z dzidziusiem wszystko w jak najlepszym porządku i badanie blizny: 3,5mm. „Pani wie z jakim ryzykiem wiąże się poród naturalny po cesarce? Wie jak powinien wyglądać? Wie Pani, że znieczulenie jest możliwe tylko w formie gazu oraz wody i nic poza tym? I Wie Pani, że połowa sukcesu za Panią ponieważ akcja pięknie się rozpoczęła i równie pięknie postępuje naprzód? Ja widzę tu duże szanse na poród siłami natury. Dziś ja jestem na dyżurze nocnym, jeżeli Pani zechce, podejmę się opieki nad Panią i takim rodzajem porodu„. Miałam ochotę krzyczeć z radości a samą panią doktor zacałować 

