Zawsze do celu – VBA2C (Rzeszów)

Historia Basi to opowieść o niezwykłej wytrwałości i determinacji w dążeniu do celu. To historia, która uczy, że jeśli mocno się czegoś pragnie, warto szukać wsparcia, nie zrażając się niepowodzeniami i trudnościami – nawet jeśli jest ich całe mnóstwo. Zapraszam do lektury z chusteczką w dłoni – wzruszenie gwarantowane:)

Moja historia zaczyna się w 2008 roku. W 41 tygodniu pierwszej ciąży, zaczyna się powolna akcja porodowa. O godzinie 9.15 zostaje (bez mojej zgody) przebity pęcherz plodowy, odpływaja zielone wody… porod nadal nie postępował i o godz.12.15 przyszła na świat moja córka przez cc. Po operacji położna przytuliła malutką do mojego policzka, patrzyłam chwilę jak jest badana a nastepnie została zabrana na oddział noworodków. Oliwkę dostałam dopiero następnego dnia.

W 2013 roku kolejna ciąża. Moja pani doktor od początku namawiała na kolejne cięcie. Jedyny argument: szkoda się męczyć bo po cc i tak mam małe szanse aby urodzić. Nie mając wiedzy na ten temat, zgodziłam się. Myślałam, że tak bedzie lepiej, bezpieczniej. Jednocześnie było mi przykro, że już nigdy się nie dowiem jak to jest urodzić naturalnie. Ostatnia wizyta u lekarza prowadzącego w 39tc – dostalam skierowanie do szpitala i wskazówkę, aby na ip powiedzieć, że boli mnie w miejscu blizny. W rzeczywistości nic mnie nie bolało i dziś żałuję, że poszłam na to cc zupełnie na „zimno”. Przeżyłam koszmar, bałam się, denerwowalam… Wszystko działo się za szybko… przygotowanie, sala operacyjna, znieczulenie. Niestety, mimo kilku wkłuć w kręgosłup wszystko czułam – w ostateczności dostałam znieczulenie ogólne. Obudziłam się i nie wierzyłam, że jestem już po… Na sali pooperacyjnej czekał na mnie mąż z moim malutkim synkiem. Następnego dnia samodzielnie zajmowalam się dzieckiem. Wszystko dobrze znioslam, ale wystąpiło u mnie okropne powikłanie po znieczuleniu- popunkcyjne bóle glowy.

O tym, że jestem w ciąży po raz trzeci zorientowałam się bardzo wcześnie. Niestety, na początku lekarz podejrzewał ciążę pozamaciczną. To był dla mnie ogromny stres. Jak się okazało ciąża była prawidłowa, lecz bardzo wczesna (nie widoczna na usg). Zmienilam lekarza i już na pierwszej wizycie zapytałam czy będę musiała urodzić przez cięcie cesarskie? W odpowiedzi usłyszałam, że poród naturalny po dwóch przebytych cieciach jest bardziej ryzykowny, musi być monitorowany, ale jeśli wszystko jest dobrze, można próbować. Uznałam, że to całkiem normalne. Można rodzić po 2cc -świetnie, super. Zaczęłam szukać więcej informacji i trafiłam na stronę naturalniepocesarce. Czytałam, wszystkie historie udanych vbac-ów, nawiązałam kontakt z kobietami, którym udało się urodzić po 2cc. Decyzja byla trudna, ale od poczatku nastawiłam się, że podejmę próbę.

Ciąża przebiegała książkowo. Lekarz ,,zaakceptował,, moją decyzję, a ja byłam spokojna. Z mężem ustaliłam, że podczas podczas porodu towarzyszyć mi będzie doula – Ania. Od pierwszego spotkania była moim ogromnym wsparciem. Czułam, że mogę na nią liczyć. Dwa miesiące przed terminem porodu mój lekarz prowadzący przestał przyjmować w przychodni do której chodzilam. Nie miałam z nim kontaktu. Udałam się na wizytę do przypadkwego lekarza z wolnym terminem. Z gabinetu wyszlam z łzami w oczach. Od młodej pani doktor, usłyszałam jaka ja to jestem nieodpowiedzialna… że pęknie mi macica, a jak urodze do brzucha, to nikt nie uratuje ani mnie ani mojego dziecka. Czułam się okropnie, chciałam się poddać… Całe szczęście miałam wsparcie męża, Ani oraz Madzi z naturalniepocesarce, która zawsze służyła dobrą radą .

Postanowilam skontaktować się jeszcze z innymi lekarzami i wszędzie słyszałam to samo: za duże ryzyko, nie wiemy jak zachowa się macica, nikt się tego porodu nie podejmie, 2cc jest wskazaniem do 3cc itp. Byłam już w 37/38tc a nawet nie miałam pomysłu gdzie rodzić, aby nie walczyć z calym personelem medycznym. Ania i Madzia doradziły mi kontakt z ordynatorem jednego z rzeszowskich szpitali, gdzie były już próby porodów po 2cc. Nie umawiałam się na spotkanie, spontanicznie pojechałam do szpitala i zapukalam do gabinetu ordynatora. Byłam zdenerwowana, obawiałam się tej rozmowy z powodu wczesniejszych doświadczeń. Tym razem moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebne. Doktor Ostrowski bardzo poparł moją decyzję, a nawet się z niej ucieszył. Poznał moja historię położnicza i powiedział, że jak najbardziej mogę próbować rodzić „dołem”. Poświęcił mi sporo czasu, zalecił wykonywanie ktg po 39tc i wytłumaczył jak bedziemy postępować. Na koniec dodał, że z moim dobrym podejściem, nastawieniem to musi się udać. Miałam w sobie tyle wiary! Bylam szczęśliwa:-)

Tydzień przed terminem zrobiłam zapis ktg i poszlam skonsultować go z lekarzami. Zobaczyli w karcie ciąży, że jestem po 2cc i się zaczelo… Powiedzieli, że stan po cieciach jest wskazaniem do 3cc i mam przyjąć się do szpitala. W tym momencie do gabinetu wszedł dr Ostrowski – do swoich kolegów powiedział: „Tej Pani nikt nie „potnie”, bo bardzo zależy jej na porodzie sn”. Podkreślił, że to dobra decyja a nie jakas fanaberia:). Zapis ktg uznał za wzorowy. Razem z młodszym lekarzem zrobili mi usg blizny na macicy. Wyglądała na mocną i grubą co też mnie ucieszyło – 3,4mm. Ordynator kazał wracać do domku, bo nie ma sensu mnie stresować pobytem w szpitalu. Po 40tc zalecił wykonywanie ktg co dwa dni i jesli zapis będzie prawidłowy, a akcja wczesniej się nie rozpocznie do szpitala powinnam się zgłosić 7dni po przewidywalnym terminie. Znów byłam pełna optymizmu.

W dniu terminu z OM, 11.02 pojechałam wykonać ktg po czym udałam się skonsultować zapis. Nie bylo milo… Postraszyli i uznali moje zachowanie za nieodpowiedzialne. Powiedzieli, ok, nikt na siłę Pani nie wykona cc, ale mam byc w szpitalu pod stałą opieką. Najgorsze byłlo to, że ordynator miał w tym czasie urlop i nie miałam sie kogo doradzić. Nie chciałam bez konkretnego powodu leżeć w szpitalu, zostawiając w domu dzieci. Po rozmowie z mężem, Anią oraz dziewczynami z grupy wsparcia postanowiłam stosować się do zaleceń dr Ostrowskiego i spokojnie czekać w domu. Robiłam ktg i wszystko bylo dobrze.

7 dni po terminie a u mnie nic się nie działo… byłam przerażona pobytem w szpitalu. Był piatek, ordynator z urlopu miał wrócić w poniedziałek. Jakoś jemu najbardziej ufalam i to jego chcialam zapytać co dalej? Postanowiłam, że pójdę na prywatną wizytę do lekarza, aby sprawdzić dokładnie czy wszystko dobrze z moim dzidziusiem. Całe szczęście, ktg, przepływy, łożysko – wszystko prawidłowo. Szyjka zgładzona, rozwarcie na 1 palec i główka nisko. W sobotę rano odszedł czop śluzowy, nic wiecej się nie dzialo i resztę weekendu spokojnie spędziłam w domu:-)

22.02.2016r.

Pojechałam do szpitala na ktg. Zapis był trochę zwężony… Decyzja ordynatora – spokojnie poczekać do wieczora i przyjąć się do szpitala. Wyjaśnił, że to dla naszego bezpieczeństwa. Zastosowalam się do jego zaleceń. Zostałam przyjęta na porodowkę. Wykonano badania, ktg, usg itp. Rozwarcie na 1palec, główka nisko i cisza…

23.02.2016r.

Rano na obchodzie lekarze zaproponowali mi cewnik foleya. Zgodziłam się. Od godz.9 chodziłam już z balonikiem. Miałam nadzieje, że wszystko się rozkręci. Cały czas spacerowałam, chodziłam dużo po schodach „w dół”. Starałam się zrelaksować pod prysznicem, słuchałam ulubionej muzyki. Odczuwałam jedynie pojedyncze, nieregularne skurcze i lekkie rozpieranie. Tej nocy nie mogłam długo zasnąć… bylo mi smutno, tęskniłam…

24.02.2016r.

4.30 rano – obudziłam się „mokra”. Wstalam, poszłam do toalety – wtedy chlusnęły wody płodowe i wypadł cewnik foleya. Poszłam do położnej, zrobiła mi ktg a skurcze pisały się słabiutko. Ja czułam tylko napinanie się brzucha. Lekarz (tem sam, który mierzył mi wczesniej bliznę) po badaniu powiedział, że połowa porodu za mną. Rozwarcie na trzy palce, a główka bardzo nisko. Z usg wychodziło, że synek będzie ważył 3700g. Z racji gbs+ dostałam antybiotyk i zostałam przygotowana do porodu. Zadzwoniłam do męża, opowiedziałam jak się sprawy mają , a następnie po Anię.

Później była zmiana położnych… a szkoda. Zostałam przywitana słowami: kto to widzial rodzić po dwóch cieciach? Wody odeszly, skurczy nie ma, proszę sie tak nie upierać przy tym porodzie naturalnym! Nie ma też co liczyć na aktywny poród! Jak to poprowadzic?Musimy monitirowac ktg! – tak się zaczęła nasza współpraca.

Czas na obchód lekarzy. Ordynator po tym jak mnie zbadał, zalecił misodel na „rozkręcenie” akcji. Pozostali, młodzi lekarze patrzyli na mnie jak na „przybysza z innej planety”. Szeptali sobie coś miedzy soba… Zrobilo mi sie przykro i byłam po prostu smutna. Dr Ostrowski, Ferenc i jeszcze jeden, którego nazwiska nie pamiętam dodali mi otuchy słowami, że wszystko bardzo ładnie postepuje, nie mam się czym martwić tylko się uśmiechać . Chciałam sie odciąć od klimatu szpitala. Złapałam telefon, sluchawki i zanim zdążyłam założyc je na uszy, położna krzyczy: „Proszę odłożyć telefon do torby, nie bedzie potrzebny. Wie Pani jakie to szkodliwe? Nie może Pani myśleć tylko o sobie!” Pozostawiłam to bez komentarza. Włączyłam radio w telefonie, poszłam na spacer – po korytarzu i usłyszałam motywujace słowa piosenki NPWM „Zawsze do celu”:

To jest ten dzień

To jest ta chwila

Głęboki wdech

To niepowodzenie już przemija

Odparty lęk

Przecież potrafisz wygrywać

Dawaj do przodu

Wyciągnij dłonie i to zdobywaj

Nieprawdą jest to, że mówili nie dasz rady

Nieprawdą jest to, że nie możesz zostać wygranym

Nieprawdą jest mówienie: marzeń nie osiągniemy

Bo to jest w twojej głowie

To od Ciebie zależy

Potrafisz wierzyć?

Potrafię!

Więc dalej walczę

A założenie ze każdy powinien mieć szansę

A Gdy upadniesz pamiętaj – razem wstaniemy

Jeśli nie tym razem to pofarci się następnym

Nie pierwszy raz mówię, że wiara daje wsparcie

A wygranym jest już ten, który staje na starcie

Nie ważne czy pokażesz zapis wyników

Ważne ile potu wylałeś tu na treningu

Do celu masz niewiele tak

A gdy upadniesz

Pomogę ci wstać

Po prostu walcz

Nie poddawaj się

To może być twój szczęśliwy dzień (…)

Pomyślałam, że to jest MÓJ SZCZĘŚLIWY DZIEŃ i daje z siebie wszystko. Byłam zrelaksowana i poczułam się jeszcze lepiej bo pojawiła się Ania. Czas miło upłynął nam na rozmowach, chodzeniu po schodach i korytarzu. Nie musialam leżeć pod ktg, polozna co 15 minut  słuchała tętna dziecka. Cieszyłam się, bo skurcze były coraz mocniejsze. Na poczatku nie robiły wrazenia, a później musiałam już opierać się o barierki. Ania masowala mi plecy oraz przypominała o rozluźnieniu i oddychaniu. Między skurczami chciało mi się śmiać bez powodu:-) Chichotalam sobie:). Proponowano mi znieczulenie (kilka razy nawet) – nie potrzebowalam go.

Skurcze się nasilały a ja poczułam zmeczenie. Położna zaproponowała piłkę. Usiadłam z głową opartą na łóżku, odpoczełam i przysypiałam. Ania na skurczach nadal masowala mi plecy co łagodzilo ból, który był już naprawdę powalający. Położna powiedziała, że mogę iść pod prysznic, a za pół godziny zostane zbadana. Godz.12.30 -myślałam, że braknie mi sił, aby dojść pod ten prysznic i modliłam się, aby zdążyć przed skurczem. Bylam bardzo zmęczona, Ania polewala mnie wodą a ja wydawałam z siebie różne dźwięki. Nie krzyczałam, starałam sie rozluźnić ciało ,,pojękujac jak przy dobrym seksie „.  W głowie wiedziałam, że ten ból nie zrobi mi krzywdy, on zbliża mnie do mojego dziecka i nie mogę przed nim uciekać. Woda troszkę przynosiła ulgę, ale już pod koniec zaczęłam mówić o znieczuleniu.

Z pomocą Ani wyszłam z pod prysznica,poczulam. Kolejny mocny przyplyw… Uklękłam w łazience opierajac ręce na krześle. Chciałam tam zostać, w takiej właśnie pozycji, tak podpowiadalo mi moje ciało. Niestety musiałam w jakiś sposób dojść na sale porodowa.Tam czekała pani doktor, która miała mnie zbadać. Płakać mi się chciało na myśl, że muszę położyć sie na łóżku. Po badaniu, lekarka kiwnęła twierdzaco głową w stronę położnej i usłyszałam, że jest pełne rozwarcie!

Położna dokładnie opowiedziała co mnie czeka i jak mam się zachować. Parłam kiedy czulam potrzebę. Nie było łatwo, ale wkładałam w to wszystkie swoje siły. Czułam jak dziecko schodzi w dół. Położna chroniła krocze a ja nie mogłam wyprzeć główki bo byłam coraz bardziej zmęczona. Zgodziłam się na nacięcie krocza i po kolejnym skurczu zobaczyłam główkę synka między nogami! Uczucie cudowne, niedoopisania! Urodziłam go, z rączką przy buzi godz.13.10, 3350g mojego szczęścia! BYLAM NAJSZCZESLIWSZA! Później jeszcze łożysko, które po raz pierwszy widziałam Ogarnela mnie euforia!

Ordynator przyszedł osobiscie mi pogratulować:-) Chwalił, ze pieknie rodziłam . Ania zadzwoniła do mojego męża z radosną nowiną . Szyta byłam w znieczuleniu ogólnym. Zbadana została też blizna i wyłyżeczkowana jama macicy. Obudziłam się i BYŁAM Z SIEBIE DUMNA . Czułam sie doskonale przytulajc do piersi swojego synka. TO BYL MÓJ SZCZESLIWY DZIEŃ.

IMG_20160323_205319

DZIĘKUJĘ za pomoc w  osiągnięciu mojego celu. Dziękuję Ani, która była przy mnie, Madzi za każde dobre słowo, rady i oczywiście dziewczynom z grupy wsparcia.

Mam poczucie wygranej (Mysłowice)

Moc i piękno rodzenia, niesamowitość kobiecej natury, ogromna samoświadomość, pełna decyzyjność i podmiotowość. Usznowana świętość aktu narodzin. Wsparcie. Poród przez duże P. Oto opowieść Agaty o narodzinach jej córeczki Jagienki:

Poród może być wydarzeniem budującym, motywującym, transformującym. Może dawać siłę, wiarę, być pięknem. Może, ale nie musi. Wiele w tym równaniu zależy od nas, od naszej wiedzy, świadomości – zarówno świadomości realiów jak i świadomości własnych potrzeb, ciała. Mój pierwszy poród był równaniem pełnym strachu, przedmiotowości, nie przemyślenia realiów szpitalnych itd. Niby dużo czytałam, niby wiedziałam, ale tak naprawdę to było wielkie nic.

Prawie dwa lata macierzyństwa, w tym 9 miesiecy macierzyństwa w ciąży, wiele mnie nauczyły, zmieniły mnie, stworzyły nową kobietę. Nie bez znaczenia dla kolejnego porodu było też to, że zostałam doulą. Po cc postanowiłam rodzić naturalnie. Po trudnej ciąży pełnej różnych mniej lub bardziej uporczywych dolegliwości przyszedł ostatni miesiąc oczekiwania i mój plan rodzenia trzeba było trochę zmodyfikować. Wybrałam szpital w Zabrzu, a tam panowała kwarantanna ze względu na przypadki świńskiej grypy. Szpital odpadł. Zaczęlismy poszukiwania, trochę się miotałam przestałam czuć się pewnie. W końcu w Zabrzu była „moja lekarka“. I chyba tylko to, bo reszta mi trochę zgrzytała. Obgadywaliśmy sprawę z mężem, z moja mamą, z doulą – i to właśnie ona – Karolina wpadła na pomysł szpitala, w którym sama się urodziła. Mysłowice – szybki telefon do koleżanki, która przy szpitalu prowadzi szkołę rodzenia, potem wizyta kwalifikacyjna, na której totalnie zaufałam ordynatorowi. Bardzo rozsądny, spokojny człowiek – i z poczuciem humoru. W Mysłowicach jest tak jak powinno być, cudowna położna – Kasia Jamrozik, absolutnie respektowanie planu porodu i idei porodu rodzącej. Jest cicho, spokojnie, przytulnie, domowo. IDEALNIE.

Przejdźmy jednak do sedna. Przejdźmy do dnia, w którym Jagna się z nami przywitała.
Byłam już mocno zmęczona ciążą, doskwierały mi hormony i huśtawka nastrojów. Kiedy w poniedziałek siódmego marca na porannym badaniu Kasia powiedziała, że wszystko pozamykane, mała wysoko i że nie ma szans, byłam podłamana. To był 40 +2 tydzień ciąży. Pozostał mi tydzień do regulaminowej hospitalizacji. Po drodze do domu totalnie podłamana wypłakałam się w słuchawkę mojej douli i postanowiliśmy z mężem, że jedziemy na szoping. Coś mnie pobolewało, nawet mocno – bo prowadziłam auto i przez chwile rozważałam czy nie zamienić się z mężem. W domu czekała mama, akurat uśpiła starszego synka więc zalegliśmy z nim 😉 ale ja już nie zasnęłam. Zaczęły się intensywne bóle – pomyślałam, że może warto by pomierzyć, ale były co półotrej minuty więc uznałam, że to na pewno nie poród, bo za szybko. W między czasie zadzwoniłam do mojej douli i do położnej. Kazała czekać 2 godziny i zobaczyć czy się rozkręci. Rozkręciło się! Podróż do szpitala to była niezła przygoda…

A na miejscu – ktg – i badanie – 6 cm rozwarcia – rodzimy! Jakoś naturalnie, intuicyjnie weszłam w rytm skurczy – w przerwach wyciszałam się, wyłączałam myślenie, wpadałam w rodzaj transu, a w czasie skurczy potrzebowałam bliskości. Zresztą potrzebowałam jej non stop – nie chciałabym zostać nawet na sekundę sama, wtulałam się w męża z całych sił, był moją skałą…Karolina na zmianę z Bogdanem robili mi kontr ucisk, i tulili mnie, głaskali. W tle leciała moja ukochana Florence i to pamiętam dobrze. Że jak docierały do mnie dźwięki to cieszyłam się, że to akurat ona śpiewa i woła moja małą dziewczynkę na świat.

Skakałam na piłce, potem siedziałam trochę na toalecie, znów piłka – niestety mała nie schodziła, dlatego ciągle odraczaliśmy decyzję z wejściem do wanny. Marzył mi sie poród do wody. Położna Kasia zaproponowała pozycję na boku z nogą do góry – żeby zmotywować Jagnę do zejścia w kanał. W tej pozycji uzyskaliśmy pełne rozwarcie, a trochę wcześniej zaczęły odchodzić mi wody. W tej pozycji parło mi się ciężko, ale wiedziałam, że to ułatwi córce zejście niżej. Zmianę na pozycję kolankowo-łokciową potraktowałam jak zbawienie.

Gdzieś w połowie zrzuciłam z siebie ciuchy, chciałam być jak najbardziej tylko ja, bez zbędnych dodatków. Naprawdę czułam moc, czułam, że jestem w stanie urodzić tą małą istotkę, dawałam z siebie wszystko, ale z minuty na minutę, ze skurczu na skurcz czułam jak coraz bardziej oddalam się od tego początkowego rytmu i rytuału. Czułam, że coś dzieje się nie tak. Dokładnie po godzinie i 20 minutach skurczy partych zaczęliśmy rozmawiać o cesarce. Jagienka nadal tkwiła w tym samym miejscu. Mimo tej całej mojej gimnastyki i siły jaką wkładałam w parcie. Choć nie starałam sie przeć jakoś wymuszenie, raczej słuchałam ciała i robiłam tak jak ono mi kazało.
W momencie, w którym poczułam, że tracę nad tym wszystkim kontrolę zaczęłam sie też bać o małą, że nie wchodzi, że już długo…

Podjęłam decyzję o cięciu i jej nie żałuję. Jagna była tak zaklinowana,że podczas cc lekarze nie potrafili jej wyszarpać, nie urodziłabym jej, albo byłby to poród z dużymi przygodami.
Całokształt porodu był jednak taki jak chciałam, MÓJ. Lekarz nie wtrącał sie i nie było go w ogóle na porodówce, położna dbała o mnie, podpowiadała pozycje, które w danej sytuacji miały pomóc, badała, co jakis czas sprawdzała tętno dziecka. Ale nie było żadnej medykalizacji, nie byłam podpięta pod ktg, nie przyjęłam żadnych leków. Moim lekiem była obecnośc Douli Karoliny i mojego ukochanego męża.

Z tego wszystkiego najmniej budującym i trudnym momentem był czas oczekiwania na cięcie, kiedy wiedziałam, że skurcze nie przybliżają mnie już do niczego. Nadal bardzo bolało, a ja musiałam poprostu czekać. Na salę, na lekarzy. No i znieczulenie. Kiedy siedziałam na stole operacyjnym, z narzuconą na ciało zieloną szpitalną koszulką, targana skurczami, wtedu czułam sie naprawdę bezradna. Ale trafiła mi sie cudowna pielęgniarka, która trzymała mnie za ręce, patrzyła mi w oczy i mówiła do mnie. Dałam radę.

Potem ważny był tylko moment kiedy ta mała dziewczynka tuliła sie do mojego policzka i mój spokój, bo wiedziałam, że zaraz wyląduje w ciepłych i czułych ramionach swojego taty. Mieliśmy też rodzinną salę w szpitalu więc mąż został ze mną na całą nockę. No i zaraz kiedy mnie pozszywali zawieźli na salę i już miałam kruszynę przy piersi. Wszystko to na czym mi zależało zostało zrealizowane. Mała miała od razu po porodzie kontakt skóra do skóry i w pierwszej godzinie po porodzie już się karmiła.

Do wieczora była też z nami nasza doula. To niesamowite wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że przestraszonego nieco męża ogarnie, że będzie też ze mną, pomoże przystawić dziecko do piersi. Sama jestem doulą, która nie rozpoczęła jeszcze swojej pracy, ale przekonałam się na własnej skórze jak niesamowicie istotny to element tej całej porodowej układanki. Szczególnie dla kogoś jak ja, kto jest człowiekiem bardzo standnym i ta wioska od pierwszych chwil była mi potrzebna.

7 marca o 19.20 na świat przyszła Jagna Krystyna, ważyła 4050 kg i mierzyła 59 cm.
Jest z nami już trzy tygodnie. Wywróciła mój świat do góry nogami tak samo jak zrobił to jej brat. Droga, jaka przyszła na świat nie jest taka sama, choć to też było cięcie. Jednak ja – dzięki swojemu dążeniu do vbacu, samoświadomości, dzięki temu, że czułam skurcze, że walczyłam jak lew o poród naturalny, że byłam na planecie poród przez tyle godzin, że poddałam się temu rytmowi, że odnalazłam w sobie wilczyce, pierwotna kobietę mam poczucie wygranej. Życze tego każdej kobiecie!

Cudowny vbac w Wałbrzychu :-)

Piękny opis porodu, pełnych przeciwności przygotowań do niego i wiele wartościowych przemyśleń – o determinacji połączonej z akceptacją tego co los może przynieść, o cierpliwości i pozytywnym nastawieniu w końcówce ciążowego oczekiwania, o słuchaniu siebie w porodzie i wyraźnym artykułowaniu swoich potrzeb. No i budująca postawa lekarzy i położnych:) Oto historia Moniki:

Nasza historia zaczyna się w 2011 roku, kiedy to zaszłam w pierwszą ciążę. Cieszyliśmy się z mężem ogromnie. W czasie ciąży leżałam w szpitalu na patologii ciąży 2 razy z powodu zapalenia żył powierzchniowych, 3 raz już w trakcie porodu. A ten zaczął się 26 grudnia. Po 15 zaczęły się sączyć wody płodowe. Na spokojnie poczekałam aż upiecze się druga świąteczna szarlotka – wyjątkowo w tamte święta mi smakowała i po 18 w podnieceniu, że się zaczęło, pojechaliśmy z mężem do szpitala. Rozwarcie było na palec i nic więcej. Akcja nie ruszyła… Oksytocyna w kroplówce, leżenie pod ktg, bóle krzyżowe, zzo o 4 nad ranem – tak w skrócie wyglądał ten poród. Chwilę później zaczęły się skoki i spadki tętna synka. Ok 6 z min łaskawie przyszedł lekarz, w czasie badania wypłynęła smółka. Decyzja – trzeba ciąć. O 6:26 synek przyszedł na świat, dostał 8pkt w skali Apgar za napięcie mięśni, które w ciągu 5 min się nie poprawiło oraz za odruchy. Dochodziłam do siebie bardzo długo zarówno fizycznie jak i psychicznie. Drążyłam temat dlaczego tak się stało, co poszło nie tak… W czasie poszukiwań trafiłam na facebooku na grupę Poród Domowy oraz Naturalnie po cesarce. Grupy okazały się dla mnie ogromnym źródłem wiedzy i nadziei. Już wtedy wiedziałam ze drugie dziecko urodzę w domu oraz jakie są konsekwencje długoterminowe dla dzieci, które przyszły na świat przez cc. Czas mijał…

W drugą ciążę zaszłam w 2015 roku. Od początku byłam nastawiona na poród naturalny, oczywiście w domu. Znalazłam nawet położną, która zgodziła się do nas przyjechać z Wrocławia. Jednak na początku grudnia, gdy do niej zadzwoniłam oświadczyła, ze jednak nie przyjedzie. Załamałam się, bo został mi tylko szpital, do którego miałam wręcz wstręt, a wspomnienia z pierwszego porodu były dla mnie traumatyczne. Wymyśliłam ze jak nie dom to, chociaż położną do porodu w szpitalu – taka wynajęta. Poszłam więc do szpitala na dzień otwarty. Poznałam jedną położną, która wydała mi się ok. W czasie rozmowy okazało się, że po nowym roku będą roszady na oddziałach i ona jeszcze nie wie gdzie będzie pracować. Termin porodu miałam na 8.01.2016. Wróciłam do domu. Kolejne załamanie, złość i wielki żal. Nie rozumiałam dlaczego wszystko idzie nie tak… Przelałam morze łez. Zanim pogodziłam się z tym, że mój wymarzony poród nie odbędzie się wg mojego planu minęło trochę czasu. Zajęłam się przygotowaniami do świąt, szykowaniem miejsca dla drugiego synka. Zaraz po nowym roku skontaktowałam się z położną. Niestety została przeniesiona na patologię ciąży. Znów płakałam. Wtedy już poczułam, że nie daję rady, że świat jest przeciwko mnie. Zobaczyłam też, jak bardzo bałam się, że scenariusz z pierwszego porodu się powtórzy. Postanowiłam popracować nad lękiem przed kolejnym cięciem. Było to trudne, ale jak się okazało było warto i na taki poród się otworzyć. Pomogło. Pewnego wieczora poczułam zgodę na to, że los ma dla mnie niespodziankę. Wciąż nie chciałam cc, wciąż bardzo zależało mi na porodzie niezmedykalizowanym, ale już nie bałam się cc tak bardzo i dzięki temu byłam spokojniejsza.

Od 37 tygodnia przychodziły do mnie skurcze przepowiadające. Szyjka powolutku zaczęła się rozwierać od środka. Pamiętam, że jak na wizycie dr zrobił mi usg dopochwowe i zobaczyłam ten śliczny lejek z szyjki, łzy poleciały mi po policzkach. Coś się działo, powoli moje ciało zaczynało przygotowywać się do porodu. Z tygodnia na tydzień przepowiadacze były coraz silniejsze, a ja dzięki temu stopniowemu nasilaniu nauczyłam się je przyjmować z radością. W 38tc zmieniłam moje myślenie z „kiedy to się wreszcie zacznie” na „rodzę, powoli zaczynam rodzić, więc urodzę”. Cieszyłam się już wtedy z każdego skurczu, każdego bardzo wyczekiwałam, każdy dawał mi kolejną porcję nadziei. Jeśli dobrze pamiętam, ok tydzień przed terminem zaczął odchodzić czop śluzowy. Powoli, po kawałeczku, a szyjka była już dość krótka.

W między czasie byłam w szpitalu na izbie przyjęć na ktg. Po nowym roku jeszcze 2 razy. Wycieczki te pozwoliły mi się otworzyć na szpital, poczuć się tam bezpieczniej niż wcześniej. 5 stycznia pojechałam do mojego lekarza prowadzącego na wizytę kontrolną. Ktg było w porządku, ze mną również było wszystko ok, poza ogromną ilością wody w ciele, ale taka moja uroda ciążowa, do czasu usg… okazało się, że mam bardzo mało wód (AFI 1,5). Rozmowa z lekarzem o zagrożeniu dla dziecka, o prawdopodobnej cesarce sprawiły, że nie potrafiłam powstrzymać łez. Po raz kolejny mój świat i wizja porodu się zawaliły. Późnym popołudniem stawiłam się na izbie przyjęć. Przy badaniu wg lekarza było rozwarcie na 1cm, a na usg okazało się, że jednak wód jest więcej – AFI 7. Następnego dnia rano – w święto Trzech Króli – kolejne badanie – rozwarcie na palec. Zapis ktg był prawidłowy. Cieszyłam się, bo był postęp, sytuacja nie zagrażała synkowi, ale było mi bardzo ciężko w szpitalnej atmosferze wczuć się w skurcze, które pojawiały się coraz częściej, lecz uciekały. Mąż przywiózł mi nawet piłkę, kręciłam na niej biodrami, odpoczywałam. W czwartek na obchodzie zapytałam, czy skoro sytuacja jest ok, to czy mogę iść do domu. Usłyszałam, że mnie nie wypuszczą, ale zawsze mogę się sama wypisać. Poszłam znów na badanie. Rozwarcie było wciąż na 2 cm, szyjka nie była do końca zgładzona, mały wciąż ciut za wysoko. Na cewnik Foleya było już za późno, oksytocyny nie chciałam, więc pozostawało czekać. Masowałam brodawki, starałam się odprężyć. Wieczorem podjęłam decyzje ze skoro z dzieckiem jest ok to jadę do domu wykorzystywać męża. Już miałam plan, że po porannym obchodzie się wypiszę. Byłam zmęczona próbami – co udało mi się cos rozkręcić, to jak tylko zaprzestawałam stymulacji wszystko ustawało.


W nocy miedzy 1 a 2 obudziły mnie skurcze. Nie za mocne, ale jednak również krzyżowe. Dałam radę podrzemać między nimi do 3:30. Wstałam, bo chciało mi się siku i poczułam wilczy głód. Zjadłam, chciałam położyć się spać… Ale poszłam na spacer. Założyłam słuchawki, wzięłam wodę ze sobą i wyruszyłam. Chodziłam w kółko przed blokiem porodowym słuchając energetycznej muzyki. Tak rozchodziłam skurcze, że od 4:20 były regularne co 4min i trwały po ok 40s. Od ok 5 były już co 3 min, na skurczu musiałam już przystawać i masować sobie plecy. Wstały położne.
  Jedna z nich, która wieczorem przytaknęła mi, że w domu pójdzie dużo szybciej niż na oddziale, zdziwiona zapytała czy mam skurcze. Nie dało się tego ukryć.

 
Niestety w miarę jak budziło się oddziałowe życie, tak akcja się rozjeżdżała – cisza zniknęła, ludzie chodzili – już nie byłam sama na korytarzu. Zwlekałam ile się dało, żeby cos jeszcze ruszyć z nadzieja, że się nie cofnie. Mimo wszystko w między czasie dałam mężowi znać, że tego dnia do pracy raczej już nie pojedzie i żeby przyjechał do mnie. Zgłosiłam nowej zmianie, że mam skurcze. Ustaliliśmy ze po 8 mam dać znać co i jak. No to dałam. Lekarz mnie zbadał przed obchodem – było już 5cm!!!! Jedyne co byłam w stanie powiedzieć to „cholera 5cm”. Popłakałam się ze szczęścia. Zapadła decyzja, że idziemy na porodówkę. W duchu śmiałam się, że przecież postanowiłam rano zwolnic lóżko na patologii.

Na porodówce znajomy dr, który dzień wcześniej wybronił mnie przed zbyt wczesnym wyjściem na porodówkę, zaskoczony pyta jak sytuacja. Odpowiedziałam jemu, że przecież wczoraj wieczorem postanowiłam zwolnić to łóżko. Zaśmiał się i życzył powodzenia. Przyszła położną, cudowna kobieta. Lewatywa, prysznic… W miedzy czasie z wrażenia skurcze zmalały. Ale pocieszyła mnie spokojnie, że na pewno się rozkręca. Zapis ktg… A w krzyżach dramat… Poprosiłam o gaz. Niestety na krzyże nie wiele pomagał. Później okazało się, że chyba się nim przewentylowałam i stąd nieefektywność skurczy. Badanie – wciąż 5cm rozwarcia, ale szyjka niemal zgładzona. Pomiędzy ktg a badaniem siedziałam na piłce, byłam pod prysznicem. Po badaniu propozycja małej oksy. Odmówiłam i poprosiłam o godzinę, żebym mogła pochodzić. W pozycji pionowej krzyże wytrącały mnie z równowagi. Przez nie pomimo dużych starań nie potrafiłam na tyle rozluźnić brzucha, aby skurcze macicy były efektywne. Gdzieś w tym czasie położna zaproponowała zzo, nie chciałam – bałam się, powtórki z pierwszego porodu. Położna przyznała mi, że dość często znieczulenie wstrzymuje akcję porodową. Był to też moment, w którym bardzo wystraszyłam się, że nawet bez zzo powtarza się scenariusz z pierwszego porodu. Rozryczałam się mężowi. Spisał się świetnie w tej sytuacji i postawił mnie do pionu wspierając i pokazując różnice pomiędzy tamtym a tym porodem. Na zalecenie położnej robił, co mógł abym wydzieliła jak najwięcej swojej oksytocyny. Przypomniał sobie również, jak przed porodem opowiadałam jemu, że głodna kobieta nie ma siły rodzić, że do tego wysiłku potrzebna jest energia, więc wmusił wręcz we mnie banana. Podjadałąm go ukradkiem, ponieważ ze względu na ewentualne cięcie położna zabroniła mi jeść. Skurcze były trochę silniejsze, ale jednocześnie coraz trudniejsze do zniesienia. Nagle mnie oświeciło – tens! Poprosiłam i dostałam. Bolało jeszcze, ale tak około połowę mniej. Po tej godzinie było 6cm. Była już 14. Lekarz z położną zaczęli się obawiać ze po niecałych 4h porodu był tylko 1cm postępu. Przyszedł lekarz jeszcze raz mnie zbadać. Powiedział, że nie chcą przedłużać porodu, bo to po cc, że boją się o bliznę, żeby mały się nie wymęczył, żeby cała macica miała silę na parcie. Zaproponował przebicie pęcherza i po godzinie kontrole – jak słabo to kosy w malutkich dawkach, jak nie pójdzie to cc o 18. Z wrażenia powiedziałam, że jak przebijemy pęcherz to już nie będzie odwrotu, uśmiechnął się i odpowiedział, ze mam 6cm i już nie ma odwrotu. Problem był w tym, ze mały nie schodził za bardzo w kanał rodny i nie przypierał odpowiednio mocno główką, choć na szczęście wstawiał się dobrze. Ani piłka, ani chodzenie czy prysznic nie były na tyle skuteczne by nasilić skurcze. Do tego kwestia tych krzyży. Skurcz szedł najpierw w plecy, później dół brzucha (tutaj łapałam gaz) i dopiero szło na pozostałą część macicy. Puszczało analogicznie. Jak później zaobserwował mąż, jak brałam gaz to skurcz do macicy nie dochodził. Wiec musiałam zmodyfikować wdychanie gazu. To był tez wspólny szczegół z pierwszym porodem wiec mnie martwił. Najgorsze po przebiciu pęcherza było to, że nie mogłam wstać z lóżka, bo pępowina mogłaby wypaść itp. A tak bardzo chciałam jeszcze pochodzić, żeby mieć pewność iż idziemy dalej z rozwarciem. W przebiciu pęcherza zaskoczyło mnie to, że nie czułam momentu przebijania, jedynie ciepłe wody wypływające. Skurcze się nasiliły aż doszło do partych. Wg mojej pamięci tak właśnie było. Ale okazało się, że moja pamięć nie podążała za rzeczywistością na tym etapie. Otóż po przebiciu pęcherza, jak odpłynęły wody położyłam się na lewym boku, miałam jeden mocny skurcz i ZASNĘŁAM. Przez pół godziny nie było ani jednego skurczu. Obudziłam się i po chwili skurcze wróciły.

Wróciły ze zdwojoną mocą. Na szczęście były tylko 3 i przyszły parte. Z jednej strony ogromna ulga, bo przy pierwszym partym przestałam czuć bóle krzyżowe, z drugiej niepokój przed nieznanym. Wraz z partymi przyszła moc mojego głosu, takich dźwięków nigdy nie wydawałam. Nie był to krzyk, ale dość głośne niskie stękanie. Jak mnie usłyszała położną to uradowana przyszła, sprawdziła rozwarcie – 10 cm. Płakałam ze szczęścia. Powiedziała też, że mam jeszcze nie przeć żeby mi szyjka nie popękała, bo minimalnie jeszcze nie była do końca zgładzona. Wiec dmuchałam świeczki, co okazało się nie lada wyzwaniem. Jeszcze 2 parte skurcze, w czasie, których doświadczyłam najpiękniejszego uczucia w moim życiu – dokładnie czułam, w którym miejscu jest synek, jak się przesuwał w kanale rodnym i przeszliśmy do parcia. Położna robiła wszystko, co mogła, żeby zgodnie z moją prośbą, ochronić moje krocze. Gdybym posłuchała jej w 100% to byłoby całe. Ja jednak nie dałam rady na ostatnim skurczu i poparłam za mocno, to było po prostu silniejsze ode mnie. Synek był już z nami! W efekcie miałam 3 szwy na pęknięciach pierwszego stopnia. Parłam na leżąco, na plecach. Nie jest to dobra pozycja do rodzenia… Ale na tamten czas, w tamtym momencie, dla mnie pierworódki jeśli chodzi o poród naturalny, ważniejsze było to, żeby w ogóle urodzić.

Dostałam troszkę oksy na urodzenie łożyska. Położna powiedziała mi po chwili, że trochę krwawię z pęknięć i dobrze by było łożysko szybko urodzić żeby przejść do zszywania. Małego zaraz po wytarciu dostałam na klatkę piersiową. Przytulaliśmy się chwilę, patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Dobre 20 min zajęło mi uwierzenie w to, że dałam radę, że urodziłam synka. Płakałam ze szczęścia z wielkim uśmiechem na twarzy. Dziękowałam położnej za pomoc. Wynosiłam męża pod niebiosa, bo na prawdę był cudowny w tym jakże trudnym wydarzeniu! Gdy zostaliśmy przewiezieni na oddział położniczy, wstałam i poszłam do toalety. Zjadłam całego Nussbaisera i nie mogłam wyjść z zachwytu, że „chwilę” po porodzie mogę wstać. Poszłam pod prysznic… cieszyłam się z tego ogromnie. Wciąż powtarzałam mężowi jakie to cudowne uczucie móc zająć się sobą zamiast leżeć ze znieczulonymi nogami. Nie ma porównania do stanu po cięciu.

Tak oto 08.01.2016r. o godzinie 15:31, dokładnie w dniu wyznaczonego terminu przyszedł na świat Tymoteusz, ważył 3170gr i mierzył 51cm.

Dziękuje jeszcze raz wszystkim dziewczynom z grupy Naturalnie po Cesarce za wsparcie, było ono dla mnie bardzo ważne! W chwilach kryzysów dodawało mi nadziei.

Jestem bardzo mile zaskoczona pozytywnym podejściem personelu, uszanowaniem mojego zapisu w planie porodu o tym, ze zależało mi, aby porodu nie popędzać i by przebiegał naturalnie. Wszelkie propozycje były na prawdę propozycjami, miałam chwilę żeby się zastanowić, uszanowano bez problemu np. to że chciałam pochodzić. Z ingerencji medycznych to dostałam na początku zastrzyk na rozwieranie szyjki i przebicie pęcherza. W czasie tego porodu czułam się jak rodząca, która jest po prostu człowiekiem w cudownym procesie. Doświadczyłam cudu narodzin, tak pięknego, który przemienił mnie z kobietki w dojrzałą kobietę. Dziś po dwóch i pół miesiąca widzę jak wiele się we mnie zmieniło. Jednak wciąż przede wszystkim jestem szczęśliwą żoną i mamą dwóch chłopców, która wciąż marzy o córeczce urodzonej w domu. 😉

Próba porodu pośladkowego po 2cc (Wrocław – Warszawa)

Znam nie mało świadomych i pełnych determinacji kobiet. Ale mądrość i samozaparcie Kasi wprawiły mnie w szczery podziw. Oto co znaczy zrobić ABSOLUTNIE WSZYSTKO, żeby dać sobie i swojemu dziecku szanse na naturalny poród. Ta historia pokazuje też, że „zrobienie wszystkiego, co możliwe” nie musi oznaczać fanatyzmu czy narażenia siebie lub dzieciątka na niebezpieczeństwo. Mam cichą nadzieję, że Kasia będzie inspiracją i przykładem dla niejednej z Was.

To co przed…

Historia moich porodów zaczyna sie 5 lat temu, kiedy to byłam w ciąży z moją pierworodną, Wiktorią. Całe życie słyszałam, że nie mam wyjścia i musze rodzić przez cc z powodu mojej krótkowzroczności (-11). Przepłakałam cała ciąże, ale wszyscy dookoła mnie mówili, że nie ma wyjścia. Do szpitala trafiłam w 32 tygodniu ciąży, przerażona i zaskoczona. Na dwa tygodnie udało się wstrzymać porod i w 34tc z 6 cm rozwarcia, z okropnymi bólami krzyżowymi pojechałam na cc. Wiktorię zabrano do inkubatora a ja zobaczyłam ją dopiero po 26h….. 26 dłuugich godzinach, które przepłakałam błagając, by ktoś zawiózł mnie do dziecka.

Kiedy rok po porodzie zmieniłam okulistkę okazało się, że moje oczy są w dobrym stanie i mogę rodzić naturalnie. Nie mogłam w to uwierzyć, byłam przeszczęsliwa…i kiedy 2,5 roku po pierwszym cięciu zaszłam w kolejną ciążę wiedziałam czego chce z całego serca….naturalnego porodu. Zaczęłam szukać informacji….poród bez parcia, poród w pozycji wertykalnej –  wiedziałam, że może to pomóc odciążyć wzrok. Zapragnęłam czegoś więcej….poczułam ze poród domowy to moje marzenie…bez lęku, krzyku, strachu…ze spokojem, w swoim domu, z dzieckiem przy mnie od początku. Znalazłam położną, dla której mój stan po cięciu nie był problemem – wspaniałą, mądrą i doświadczoną kobietę. W 14 tc zadzwoniłam i ustaliłysmy, że spotkamy sie dopiero pod koniec ciąży… Wszystko było idealnie… Ja wczytywałam się w mądrą vbac’ową i “pro-domową” literaturę, chodziłam na jogę, czekałam na wymarzony poród. Ale życie pisze różne scenariusze….

W 19tc jak grom z jasnego nieba diagnoza – potworniak kości krzyżowo-guzicznej u dziecka. 3 miesiące spędzone w szpitalu i walka o maleństwo….wiedziałam, że niestety nie mam szans na poród naturalny –  guz był coraz wiekszy i nie urodziłabym drogami natury. Rozumiałam to… wiedziałam, że nie ma wyjścia… Moja córka, Lea, zaczęła rodzić się w najgorszym momencie – podczas sobotniego dyżuru. Jadąc na sale operacyjną okazało się, że jest juz 5 cm rozwarcie. Byłam przerażona, to był 30tc, a Lea potrzebowała operacji, której nie chciał się podjąć żaden dyżurny lekarz. Płakałam, a położne krzyczały i wyśmiewały… Anestezjolog wbijał się w kręgosłup 7 razy zanim udało się mnie znieczulić. Moja córeczka urodziła się i po kilku godzinach walki zmarła… A mi wycięto “na wszelki wypadek” zdrowy jajnik. Po cięciu czułam, że nie tylko straciłam córkę, ale zostałam też bezsensownie okaleczona. Po porodzie kolejna trauma – podejście personelu do mnie, brak wsparcia…. ten czas wspominam okropnie…

Wreszcie po 8 miesiacach zaszłam w kolejna ciąże.

To co w trakcie…

Byłam przeszczęśliwa i czułam, wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Na początku przekonałam mojego sceptycznego ginekologa do wspierania mnie w dążeniu do vba2c 🙂 Do 34 tc czułam, że MAM TĘ MOC!! I na pewno mi sie uda. Czułam, że ktoś ( Lea? ) nade mną czuwa i wszystko uklada się po mojej myśli. Pod koniec pierwszego trymestru zadzwoniłam do położnej i okazało się, że jeśli blizna będzie gruba, dziecko nie za duże i spełnie jeszcze kilka innych warunków rodzimy w domu 🙂 Mój partner był też podekscytowany tym faktem. Przygotowania do porodu domowego szły pełną parą.

W 34 tc dzidzia wciąż była głową w górę więc zajęłam się namową niesfornego brzdąca do obrotu. Codziennie ćwiczenia, masaże [w tym technika Bowena, przyp. red.], wizualizacje, rozmowy z dzieckiem, pływanie, przypalanie małego palca moksą, okładanie się lodem i świecenie światłem….próbowałam wszystkiego…bez skutku… Około 36tc znalazłam opcje obrotu zewnętrznego w Pyskowicach. Cudownym zbiegiem okoliczności udało się skontaktować z ordynatorem i pojechaliśmy. Sam obrót wspominam dobrze. Nic nie bolało….ale niestety też sie nie udało…. Mała zazwyczaj wypychająca głowę przez żebra jakby specjalnie ją schowała i nie dało się jej obócić. A kiedy nawet udało sie prawie…. wróciła do swojej ulubionej pozycji.

Czas uciekał a ja coraz bardziej była przerażona. Zaczęłam przygotowywać się na opcję cięcia. Obdzwoniłam wszystkie okoliczne szpitale … i nigdzie nie można było mieć dziecka obok siebie po cięciu i w nocy….znalazłam w końcu szpital oddalony o 60km, który spełniał te wymogi ale…. w razie czego nie było opcji vbac ( ciagle miałam nadzieję, że malutka obróci się na pierwszych skurczach).

Wiedziałam, czego nie chcę – porodu na zimno. Wiedziałam że będę czekać do rozpoczęcia się akcji. Ale wciąż to cięcie nie dawało mi spokoju. Jak to –  zdrowa ja, zdrowe dziecko i mamy się dać pociąć TYLKO dlatego, że mała jest obrócona pupka? Zaczęłam szukać informacji o porodzie pośladkowym i coraz bardziej utwierdzałam sie w przekonaniu, że dam radę:) Pozostało znalezienie lekarza. Co było najtrudniejszą częścią tego planu. I znów niesamowite wydarzenie. Napisała do mnie pewna osoba, żebym zapytała w św. Zofii. Był wtorek, dzień po terminie wg OM, wiedziałam że wtedy dr Puzyna ma dyżur w przychodni… Zadzwoniłam i usłyszałam, że dobrze, ale jeszcze tego dnia do 19.00 mam się stawić w przychodni na kwalifikacji. Szybko spakowaliśmy walizki, zabraliśmy z przedszkola starszą córkę i ruszyliśmy do Warszawy. 18.50 byliśmy na miejscu…i zostałam zakwalifikowana 🙂 Do pośladkowego porodu po 2cc. Pozostało czekać na rozpoczęcie akcji.

Poród…

W czwartek skurcze były już intensywne i częste, pojechaliśmy więc do szpitala….Na IP wiedzieli już kim jestem i zadzwoniono po ordynatora. Szybkie badanie i usg, i pojechaliśmy na górę. Tam czekał już ordynator osobiście i, choć nie robi już tego na codzień, powiedział, że sam przyjmie mój poród. Czułam się bezpiecznie z takim lekarzem… Bezpiecznie na tyle, że nie dojdzie do bezsensownego cięcia bez wskazań. Sala porodowa była niesamowita… czułam się jak w spa… Personel miły, uśmiechnięty…. Było to odwrotnością moich doświadczeń. O wszystkim mnie informowano… na wszystko pytano o zgodę. Położna była ze mną tyle ile trzeba…ani za długo, ani za krótko. Ale mimo wszystko czułam, że się zablokowałam….skurcze przestały być tak mocne i częste…rozwarcie nie postępowało. Zaczęłam podkrwawiać. Po 6h okazało się, że CRP wzrosło do 60 i wtedy moje marzenie się zakończyło… pojechałam na cc…. ale pozwolono tatusiowi byc przy mnie w czasie operacji. Malutka po wyjęciu i zważeniu była przy mnie. Przytulaliśmy się w trójkę podczas szycia….

12721649_10201377467674858_56238344_n

Po wszystkim zostałam z nią cała noc na sali pooperacyjnej. Była przy mojej piersi. Mimo że moje marzenie się nie spełniło, miałam dobry poród.

Mam nadzieje ze vba3c się uda 🙂

Mój piękny udany VBAC (Zielona Góra)

VBAC w Zielonej Górze też możliwy:) Dziś wzruszająca historia Marty:

We wrześniu 2013 roku przez cc przyszedł na świat nasz długo wyczekiwany synek. Staraliśmy się o dzidziusia dwa lata i w końcu się udało. Mały był ułożony pośladkowo, więc  o porodzie siłami natury nie było mowy. Mój lekarz prowadzący nawet nie wspomniał o próbie obrotu wewnątrzmacicznego. Po prostu – cięcie i już, cesarka i po sprawie…  Jestem  dość drobną osobą – 155 cm wzrostu i 46 kg, więc moja pani doktor chyba nie wierzyła, że jestem zdolna urodzić naturalnie. W tamtym czasie byłam tak zestresowaną przyszłą mamą, tak długo czekaliśmy na dzidziusia, że nawet nie pytałam, czy są jakieś metody aby pomóc dziecku obrócić się główką w dół. Lekarka nastraszyła mnie, że nie możemy czekać aż akcja porodowa się sama rozpocznie, nie możemy czekać do terminu porodu, tylko musimy wykonać cięcie po skończonym 39 tygodniu ciąży, ponieważ… tu cytat: „nie możemy pozwolić, by pierwsze urodziły się nóżki – to za duże ryzyko”. Do tego od 16 tygodnia ciąży miałam skurcze przepowiadające, które nie były bolesne, ale w mojej głowie oznaczały najgorsze – przedwczesny poród. Oczywiście uwierzyłam mojej lekarce i zgodziłam się na planowane CC. Podczas operacji atmosfera w szpitalu była bardzo pozytywna i optymistyczna – lekarze mili, opieka położnych super, znieczulenie zniosłam bardzo dobrze i cały zabieg również. 20 minut po wszystkim dostałam dzieciątko do piersi, z karmieniem nie było problemów. Wstałam 12 h po CC (bolało jak cholera), w pełni doszłam do siebie tydzień później. Synek okazał się być dzieckiem raczej płaczliwym, niespokojnym, miał problemy z zaśnięciem i strasznie ulewał. Nie uznawał żadnych smoczków, tylko pierś go uspokajała.

Po odstawieniu od piersi, miesiączka powróciła po 3 miesiącach. Poszłam więc na wizytę do ginekologa, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Moja pani doktor stwierdziła, że wszystko jest w porządku, ale to cykl bezowulacyjny. I tak w cyklu „bezowulacyjnym” zaszłam w drugą ciążę. Dokładnie, gdy straszy synek miał 1,5 roku.  To było wielkie zaskoczenie. Mąż – wniebowzięty, ja – przerażona, ale w głębi duszy szczęśliwa, że tym razem bez problemów, bez faszerowania się hormonami udało się zajść w ciążę. Dodam, że przez ten czas z blizną nie miałam żadnych problemów, żadnych dolegliwości. Od razu powiedziałam lekarce, że chce urodzić SN. Ona się zgodziła, jeśli będą spełnione pewne warunki: odpowiednia grubość blizny, odpowiednie ułożenie dziecka, poród rozpocznie się sam i będzie postępował prawidłowo, zapisy ktg będą dobre. Pełna nadziei trwałam w swoim przekonaniu całą ciążę. Do 30 tygodnia córeczka również była ułożona pośladkowo, co trochę mnie martwiło, ale w końcu się obróciła!:) Moja blizna nie była specjalnie gruba, ale była na całej długości jednolita, pod koniec ciąży miała około 2 mm. Pani doktor przykazała, że jeśli tylko się coś zacznie, mam szybko jechać na izbę przyjęć, bo stan po CC to zagrożenie dla zdrowia i życia mojego i dziecka i blizna może się szybko rozejść, więc muszę być pod stałą opieką medyczną, jeśli chcę spróbować rodzić siłami natury. Przykazała również, że jeśli się nic nie rozpocznie do terminu porodu, to idę pod nóż.

Jakieś dwa tygodnie przed terminem porodu zdecydowałam się na opiekę prywatnej położnej – to był strzał w 10. Czułam się bezpiecznie i czułam, że mój VBAC może się udać. Sądzę, że w pojedynkę nie miałabym szans – w szpitalu nastraszyliby mnie i pocięli. Położna poradziła, by pić liście malin i przytulać się do męża. Zastosowałam się do rad i 16 stycznia 2016r. zaczął mi odchodzić czop śluzowy. Trochę mnie jednak martwił fakt, że oprócz śluzu pojawia się żywa krew. Miałam w głowie najgorsze – pęka mi macica lub odkleja się łożysko. Na szczęście moja położna uspokajała mnie, że tak reaguje szyjka przed porodem,  że mam odsunąć od siebie czarne myśli, że wszystko jest ok, na co wskazują dobre zapisy ktg.

19 stycznia około 22 usypiałam starszego synka i poczułam pierwsze bolesne skurcze. Zaczęłam liczyć czas. Pojawiały się co 15 minut, potem co 12, co 10 i znów co 15. Doszły do tego bóle krzyżowe. Ból szczególnie się nie nasilał, ale skurcze były dość regularne. Tak trwaliśmy z mężem licząc czas miedzy skurczami do północy. Potem zadecydowaliśmy o telefonie do naszej położnej. Poradziła, żebym wzięła ciepłą kąpiel i dała jej znać, czy skurcze się nasiliły czy odpuściły. O 2 w nocy wzięłam ciepłą kąpiel i skurcze jakby osłabły na sile, ale pojawiały się częściej. No i znów krew, co spędzało mi sen z powiek. Spać nie mogłam, między skurczami starałam się odpoczywać, ale pozycja leżąca podczas skurczu była dla mnie bardzo niekomfortowa, bolało okropnie. Więc chodziłam po domu i podczas skurczu opierałam się o stół. O 3 w nocy przyjechała położna by mnie zbadać, ponieważ ja panikowałam widząc krew. Moja szyjka była miękka, skrócona ale rozwarcia zero. Położna poradziła bym wzięła Nospe i trochę się zdrzemnęła, a następnego dnia o 12 przyjechała na ktg.  Ja oczywiście nie potrafiłam się nawet na 10 minut zdrzemnąć. Byłam podekscytowana i trochę przerażona, czy wszystko jest ok.

Następnego dnia o 12 pojechaliśmy z mężem na ktg. Zapis prawidłowy, skurcze co 12 minut dochodzące do 100. I co najważniejsze – szyjki brak i rozwarcie na 1cm! Położna stwierdziła, że wieczorem urodzę. Nie wierzyłam! Kazała wziąć ciepłą kąpiel i przyjechać do szpitala o 15. Powiedziała, że będzie tam na nas czekać. Tak zrobiliśmy. W szpitalu ktg ok, skurcze dalej co 15 minut, rozwarcie na 2 cm!  Badanie usg stwierdzające grubość blizny ok, więc rodzimy! Podłączono mnie pod kroplówkę z Paracetamolem i Nospą. O 16.30 rozwarcie na 4 cm.:) skurcze coraz bardziej bolesne, co 7 minut. Idziemy pod prysznic. Pod prysznicem skurcze naprawdę bolesne – krzyżowe. Podczas skurczu nie chcę, by mnie masowano lub polewano prysznicem. Ale między skurczami – ulgę przynosi ciepła woda.

O 17.30 trochę  mnie naszło marudzenie, że chyba nie urodzę, że pewnie zaraz mnie potną, bo coś będzie nie tak. Położna się śmieje, że chyba mam kryzys 7 cm, bada mnie, a tam 7 cm!!  Jeaaaa! Jestem trochę zmęczona nieprzespaną poprzednią nocką, ale mile zaskoczona, że tak wszystko szybko idzie. Próbuję skakać na piłce, ale raczej mi to ulgi nie przynosi, więc tylko siedzę i leciutko krążę biodrami. Ze stresu trzęsą mi się nogi, ból podczas skurczu robi się naprawdę uciążliwy. Ogarnia mnie jakiś dziwny strach. Chcę, żeby mąż trzymał mnie za rękę, a położna była ciągle obok i informowała, czy wszystko jest dobrze. Położna decyduje, że idziemy na łóżko porodowe, że mnie podepnie pod ktg, ale nie będę leżeć, tylko klęczeć opierając się o oparcie łóżka. W takiej pozycji już zostają prawie do końca. Przy każdym skurczu ściskam męża za kciuk tak, że robi się siny. Na porodówce optymistycznie – radio gra, znajoma położna przyszła zobaczyć jak nam idzie, potem następna. Nagle w mojej sali zrobił się tłum, wspierają mnie i rozmawiają „na luzie”. Ja już coraz słabsza, opadam z sił, ale pozytywnie nastawiona, wierzę, że się uda.  Nagle widzę, ze położna chce przebić pęcherz płodowy. Boję się, ale wszyscy na sali uspokajają, że to nie boli. Poczułam lekkie ukłucie i spływające po nodze wody. Było ich naprawdę mało.

Nagle słyszę, że mamy rozwarcie na 8 cm, potem 9 i 10!!! Eureka! Nie dociera do mnie, że to już. Ale nagle lekkie zamieszanie na porodówce. Położna zdecydowała się podać niewielką ilość oksytocyny. Ja przerażona – jak to? Przecież po CC nie można. Na pewno mi macica pęknie w miejscu blizny – czarne myśli kołaczą mi się w głowie. Mąż i położna mnie uspokajają – „będzie dobrze, zobaczysz, że szybciej urodzisz, bo skurcze ci trochę ustały”. Młoda lekarka nie jest zachwycona decyzją położnej, ale nie protestuje. Podłączają mi oksytocynę. Skurcze zrobiły się mega bolesne. Pierwszy raz mam naprawdę dość i pytam – „kiedy to się skończy?”.

Nagle każą mi się położyć na plecach. Przychodzi położna, która ma odebrać poród. Każą mi przeć. Ja w szoku – „to już???”. Drę się w niebogłosy, choć obiecałam sobie, że nie będę krzyczeć. Ten krzyk jest dziwny, niesamowity, ponieważ nie jest spowodowany bólem, a jakąś taką niespożytą energią pochodzącą z wnętrza. Trzy skurcze parte i o 19.20 córeczka jest na świecie. Nie wierzę!! Dziękuję Bogu i personelowi. Łzy napływają mi do oczu. Położyli mi Kruszynkę na piersi. Mąż przecina pępowinę. Szybko ją jednak zabierają, bo jest mocno zaśluzowana.  Po jakimś czasie położna przynosi mi córcię i przystawia do piersi. Mała ssie i zasypia.

20 stycznia 2016r. przyszła na świat moja córeczka urodzona siłami natury – 3115g, 54cm.

KOCHAM moje OBA porody (Niemcy)

Czasem czytając historie porodowe dziejące się w innych krajach (tak, tak, wiem, że za granicą też bywa różnie i nie zawsze różowo, ale…) mam wrażenie, że polskiemu położnictwu bliżej obecnie do chirurgii niż do prawdziwej, nastawionej na wspieranie natury sztuki położniczej. I za każdym razem mam nadzieję, że to się zmieni… na lepsze. Wiem, że już się w niektórych miejscach zmieniło i dziękuję przy tej okazji wszystkim tym lekarzom i położnym, którzy/które wspierają kobiety w rodzeniu drogami/siłami natury po cięciu cesarskim, nawet więcej niż jednym. Oby było Was coraz więcej! W wielu miejscach naszego kraju dużo jest jednak wciąż do zrobienia, a motorem pozytywnych zmian jesteście WY, kochane Kobiety! Dzisiejsza historia, której autorka prosiła mnie o anonimowość, daje nadzieję i pokazuje, że do VBAC można podchodzić inaczej – bez wpędzania w lęk, bez zastraszania, tak … normalniej. Może świadomość tego Was podbuduje i upewni w decyzji o rodzeniu sn po cc.

W sierpniu 2013 przez cc urodziła się moja pierwsza córka. Ponad 4kg, 56cm. Poród zaczął się od wymiotów o 1 w nocy i lekkich skurczy. Po 7h nieregularnych skurczy i wymiotowania miałam dalej 1 cm z którym przyjeli mnie na oddział (córka urodziła się 14 dni po terminie). O 8 rano tachykardia – tętno 180-200 i decyzja o cięciu. Po rozcięciu okazało się, że zielone wody i początki zatrucia wewnątrzmacicznego.
Cesarka była ok. Mąż w 30 minut dojechał do szpitala, od razu na porodówke i już wspólnie jechaliśmy na salę. „Rodziliśmy” razem. On mnie uspokajał, mówił do mnie, a obok mnie cieli. Dziecko dostałam od razu po wyjęciu i szybkiej ocenie stanu zdrowia. Leżała mi na klatce piersiowej i spała, a ja płakałam ze szczęścia. U nas w szpitalu (Niemcy) nawet na sekundę nie zabrali mi dziecka, ani męża. Wstać musiałam około 2 godziny później na siku… Tuż po cesarce dali mi też porządny obiad. Blizna wyglądała super, ale po czasie pojawił się bliznowiec (u mnie norma). Bolała mnie dwa lata i 12 dni ( aż do drugiego porodu).
Całą drugą ciążę bolała mnie blizna, bo był pod nią taki jakby guzek. Raz mocniej, raz słabiej. Podczas porodu bolała okropnie. W poniedziałek o 20 zaczęły się skurcze, o 1 w nocy były tak silne, że pojechaliśmy do szpitala. Rano mnie z niego wypuścili, bo „w domu będzie pani lepiej”. W środę rano byłam wykończona, dalej w domu (w międzyczasie jeszcze raz w szpitalu i tekst starej położnej, że nie rodzę). Pojechaliśmy do szpitala, wytłumaczyłam, że od 2 nocy nie śpię i już nie mam siły. Rozwarcie po 40 h skurczy 1,5 cm.
Położna wyjaśniła mi jakie ryzyko niesie ze sobą znieczulenie i oxy (ewentualnie zatrzymanie porodu i cc) i pozwoliła mi decydować. Od razu kazałam wołać lekarza. Po zzo poszłam spać (na lewym boku, bo na prawym od razu spadało dziecku tętno). Dostałam oxy z dyfozora (maleńka dawka 2ml/h). Skurcze stały się słabsze, ale regularniejsze i 2 godziny później obudziło mnie odejście wód i niesamowity ból blizny. Położna zbadała i mówi, że to nie bliznę mi rozrywa tylko to parte. 8 skurczy później byłam mamą po raz drugi. Kazali mi wstać na skurczu kucać, a pomiędzy wstawać. Było ciężko, mąż podnosił. Udało się!!!
Ten poród uleczył moją duszę i ciało. Guzek pod blizną się wchłonął, o dziwo nawet bliznowiec się pomniejszył, blizna już kompletnie nie boli (kto wie może zrosty porozrywało, nie wiem). Teraz patrzę na cesarkę jako bogate doświadczenie życiowe i KOCHAM moje OBA porody. Dziękuję wam za pomoc. Cicha anonimowa podczytywaczka.
P.S. Dodam jeszcze, że druga córka urodzona 7 dni po terminie, bez kontroli blizny i straszenia mnie. Byłam zwykłą pacjentka. Przykre, że kobiety w Polsce muszą walczyć. Ja musiałam pokonać tylko strach przed cc i przed sn jednocześnie. Każdy lekarz i każda położna traktowali sn jako oczywistość.

W jakiejś innej czasoprzestrzeni (Warszawa)

Od strachu przed porodem naturalnym do cudownego VBACu. Z wsparciem zarówno podczas ciąży, ze strony lekarza, jak i podczas porodu, ze strony położnej. W bezpiecznym otoczeniu, z opieką pełną delikatności, szacunku i podmiotowości – tak to MOŻLIWE także w polskim szpitalu. Oto historia Oli:

baby_foot_black_and_white

Zdecydowałam się opisać mój poród bo czuję ogromną wdzięczność dla tych wszystkich dziewczyn, których historie porodu można przeczytać na tej stronie. Wdzięczność za to, że chciały walczyć o poród VBAC, za ich odwagę. Czytałam te historie całymi wieczorami, kiedy mąż i synek spali i ryczałam. Ja wiem, tak jak na pewno wiele z Was, ile łez można wylać po nieudanym porodzie. I dlatego te historie są potrzebne, bo dają innym siłę i nadzieję, że może się udać, że może być pięknie. Dziś, ponad 5 miesięcy po drugim porodzie, zdecydowałam się opisać krótko historię moich porodów.

Podczas mojej pierwszej ciąży w 2012r. pojawiła się arytmia, która bardzo nasilała się w czasie wysiłku. Nikt nie chciał ryzykować porodu sn, zarówno kardiolog jak i lekarka prowadząca ciążę wskazywali na cesarkę. A ja panicznie bałam się porodu naturalnego i chętnie przystałam na to rozwiązanie. Oglądałam setki filmików z porodów. Te twarze wykrzywione bólem, te krzyki, byłam tym przerażona. Bardzo chciałam, aby była przeprowadzona w szpitalu św. Zofii w Warszawie, ale ponieważ w czasie ciąży leżałam 2 tygodnie na oddziale patologii ciąży w MSWiA, tam skierowano mnie na cięcie. W styczniu 2013, kilka dni przed planowym terminem porodu, stawiliśmy się z mężem w szpitalu. Trochę czekaliśmy, po wypełnieniu wszystkich potrzebnych papierków – przebranie w szpitalną kusą piżamę, wenflon. Wszystko zimne, nieprzytulne, metalowe, sterylne, obce twarze, zapach płynu do podłóg, jakiś uśmiech przechodzącej położnej. „Proszę wyjąć ubranka dla dziecka i pieluchy” – Jezu to naprawdę zaraz się stanie…Znieczulenie. Wszystko szybko, jak w jakimś śnie… I tak w pewien zimny, styczniowy dzień przyszedł na świat mój pierwszy syn. Nigdy później nie przeszło mi przez gardło że go „urodziłam”. Uważałam, że nie było w tym mojego udziału. Mojego syna po prostu ze mnie wyjęli, dla mnie nie miało to nic wspólnego z porodem. Nie zmienia to faktu, że chwila w której go ujrzałam była jedną z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Czas na chwilę stanął w miejscu. Wspomnienie tego porodu jest dla mnie trudne, bo było to zarówno chwila niewyobrażalnego szczęścia a jednocześnie wyraźne uczucie, że coś jest nie tak, że nie tak to powinno wyglądać.

Po porodzie –standardowo – nie pozwolono mi wziąć dziecka do siebie, ani na sali operacyjnej (co jestem w stanie zrozumieć), ani na pooperacyjnej, tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Męża wyproszono po pół godzinie. Leżałam więc sama 8 godzin, osamotniona, obok dziewczyny, która po ciężkim porodzie zakończonym cc spała, obok synka, który leżał 2 metry ode mnie w tym szpitalnym wózeczku dla noworodków i płakał. A ja razem z nim. Z bólu, z bezsilności, z emocji. Nie mogłam go dotknąć, przytulić. 9 miesięcy wyobrażałam sobie ten moment a teraz leżałam jak kłoda, obolała, niezdolna do ruchu. Po jakimś czasie poprosiłam, żeby ktoś zajrzał do niego, dlaczego tak płacze, otrzymałam odpowiedź, że dzieci po cc tak mają. Kiedy znowu ktoś zajrzał zapytałam, czy może jest głodny, zamiast przystawić mi go do piersi – zabrano i nakarmiono sztucznym mlekiem. Wszystko nie tak. Teraz kiedy mam już więcej doświadczenia, wiem że wiele zależało ode mnie, być może mogłam głośniej upominać się o swoje, poprosić o przystawienie, ale wtedy uważałam że przecież położne wiedzą lepiej…widocznie nie wolno mi karmić skoro nikt nie pozwala…Wieczorem „przeszłam” na normalną salę poporodową. Bardzo chciałam karmić naturalnie, ale pokarmu na początku było mało (teraz wiem że to normalne). Synek zwracał sztuczne mleko, wciąż miał mierzony poziom cukru i kazano mi go przystawiać. Każda położna miała „swoje” metody. Żadnej w ciągu 7 dni spędzonych w szpitalu nie udało się przystawić synka do piersi poza jedną położną, która była wielkim wsparciem (chyba Kasia) ale wiadomo że miała na dyżurze wiele pacjentek, nie mogła zajmować się tylko mną. „Przystawiamy, przystawiamy! Jak to pani robi? Źle!!!” Poranione brodawki, ból, łzy, płacz głodnego synka, nerwy, nawał, gorączka. Ryczę na samo wspomnienie tych dni. Po wyjściu ze szpitala pomogła mi pani mgr Joanna Piątkowska – konsultant laktacyjny – mój Anioł. Tylko i wyłącznie dzięki Niej odzyskałam wiarę w to, że mogę karmić, że uda nam się. Że nie jestem złą matką, tylko ten poród był trudny i dla dziecka i dla mnie. I że to nie moja wina. Mogłabym długo pisać jak bardzo mi pomogła. Nie było łatwo przestawić synka z butelki na pierś (po 2 tygodniach), ale udało się. Karmiłam synka z powodzeniem rok.

Wspomnienie tego porodu długo wywoływało u mnie łzy. Na początku nie wiedziałam dlaczego tak mi to dolega, przecież wszystko było ok. „Ciesz się że urodziłaś zdrowe dziecko, tylko to jest ważne” – mówili wszyscy wokół, kiedy próbowałam opowiadać o tym co czuję. Ale zaczęłam drążyć temat. Im więcej książek i artykułów w Internecie czytałam tym bardziej uświadamiałam sobie dlaczego tak jest i że nie jestem jedyna. Moje podejście do porodu naturalnego zaczęło się zmieniać.

W październiku 2014 roku okazało się że jestem w ciąży, termin porodu wyznaczony był na lipiec 2015. Ciąża mijała bezproblemowo, poza kiepskim samopoczuciem w I trymestrze. Ciążę prowadziła ta sama pani doktor, bardzo opiekuńcza i ciepła, wspierała mnie w moich nieśmiałych planach porodu sn ale cały czas wskazywała też, żeby nie układać sobie w głowie scenariusza, po prostu pozytywnie się nastawić. Na szczęście prawie nikt mnie do porodu naturalnego nie zniechęcał, a jeżeli już, wynikało to tylko z troski. Ja sama starałam się myśleć tylko pozytywnie, a na kilka tygodni przed porodem przestałam już wertować książki i Internet, zdałam się na intuicję. Kilka tygodni przed terminem podpisałam umowę z położną ze szpitala Św. Zofii (co z perspektywy czasu uważam za świetną decyzję, nie żałuję ani jednej wydanej złotówki) i czekałam…

Tydzień przed terminem o 4 nad ranem obudziłam się z niejasnym poczuciem że coś się dzieje, chociaż nic konkretnego nie czułam. Nic się nie działo, ale nie mogłam już zasnąć. Po godzinie zaczęły się pierwsze, baaardzo nieśmiałe skurcze, ale dość szybko przybierały na sile. Po telefonie do położnej, na 8 stawiłam się do szpitala przekonana że mam chyba już tzw. kryzys 7 cm i zapewne niedługo urodzę, po czym okazało się że jest 1 cm rozwarcia… Musiałam przeorganizować sobie w głowie skalę bólu. Siedziałam i czekałam na wolną salę, bo właśnie trwało sprzątanie i słuchałam krzyków kobiet z sąsiednich sal. Siedziałam przerażona, patrzyłam na salową i w głowie kołatało mi się „mam nadzieję że nie będę musiała tak krzyczeć”. Po KTG, które pokazywało regularne skurcze, na ile pozwalał mi ból chodziłam, kucałam, skakałam na piłce. Czas wlókł się w nieskończoność. Niestety do 12 nie było dużego postępu. Przed 13 rozwarcie było nadal małe, położna zaproponowała znieczulenie. Bałam się znieczulenia, byłam przekonana że po przebytej cesarce jest to niemożliwe, naczytałam się też o zatrzymaniu akcji porodowej i późniejszych porodach zabiegowych po znieczuleniu, ale położna wszystko mi spokojnie wyjaśniła. Znieczulenie miało pomóc szyjce na szybsze rozwieranie. I powiem szczerze – to znieczulenie uratowało mnie psychicznie i fizycznie, byłam już trochę zmęczona, głodna, niewyspana. Ból nie pozwalał mi się skupić, racjonalnie pomyśleć, odetchnąć, zaczynałam już wątpić we własne siły i w to że w ogóle urodzę.

Ulga sprawiła że odpoczęłam, znowu nabrałam sił i chęci, odzyskałam świetny humor. Po znieczuleniu położna przebiła pęcherz płodowy – odpłynęły czyste wody (nie miałam pojęcia że może ich być tak dużo). Mąż przyjechał ok. 14 i razem spędziliśmy fajny czas. Często lubię wracać do tych chwil, byliśmy razem, wiedziałam że poród trwa w najlepsze, szyjka rozwiera się – co regularnie sprawdzała położna a ja czułam skurcze, ale nie czułam bólu. Skakałam na piłce, zmieniałam pozycje, co na pewno miało bardzo pozytywny wpływ na postęp porodu. Ok. godziny 16 znieczulenie przestało działać, poprosiłam o kolejną dawkę. Badanie pokazywało 5-6 cm rozwarcia, pani anestezjolog dostrzyknęła koleją dawkę ale okazało się, że znieczuliła się tylko lewa strona, i tylko na chwilę. Podczas skurczu ciężko było mi już wytrzymać na łóżku na leżąco. Pani anestezjolog pobyła jeszcze ze mną, ale ponieważ ponowne zakładanie cewnika nie było bezpieczne zgodziłam się, że już nie znieczulamy.

Trochę jeszcze poleżałam na łóżku, położna znowu mnie zbadała i poprosiła abym jeszcze chwilkę przeszła się po Sali, usiadła na toalecie i pewnie będzie już 10 cm. Pamiętam jak przez mgłę, że między skurczami siedząc w łazience widziałam jak położna z mężem przygotowują pieluszki do okrycia maluszka i pomyślałam: nie ma mowy, ja nigdy nie urodzę, to jest ponad moje siły. Coś krzyczałam że chcę cesarkę, że nie rodzę, że nigdy więcej! Później było mi wstyd…Coś dziwnego działo się też z czasem, umknęły mi gdzieś całe godziny, wydawało mi się że coś trwało chwilę, mąż później mówił mi że godzinę. Podczas porodu przebywa się chyba w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Po jakimś czasie położna zbadała mnie szybko w łazience i stwierdziła że jest pełne rozwarcie. Najpierw przez jakiś czas próbowałam przeć przy drabinkach, wstając między skurczami a kucając w czasie skurczu, ale to nie była „moja” pozycja. Zachęcana przez położną trochę krzyczałam, ale to mi nie pomagało, nakręcałam się negatywnie słysząc własny krzyk. Potem przeszłyśmy na stołek porodowy, mąż siedział za mną i w tej pozycji było mi o wiele wygodniej. Po 1 godzinie parcia o 20 urodził się Staś – 58 cm / 3960 g / 10 pkt. Nie pamiętam ale chyba nie płakał, wzięłam go na ręce, położyliśmy się. Lekarz był w ostatnich momentach porodu, do końca życia nie zapomnę jak powiedział: „Gratuluję Pani pięknego syna” a Położna: ”Dała Pani dziecku to, co najlepsze”. Te momenty były tak piękne, byłam z siebie tak dumna i szczęśliwa że wszystko się udało, że już po wszystkim!

Położna z przecięciem pępowiny poczekała aż przestanie tętnić. Konieczne było niewielkie szycie i sprawdzenie stany blizny po cc przez lekarza ale potem już zostaliśmy we trójkę z mężem i to były magiczne 2 godziny. Pamiętając złe wspomnienia z początków karmienia z pierwszym synkiem trochę się bałam jak to będzie tym razem a Staś popatrzył spokojnie, przyssał się do piersi i zasnął. Po 2 godzinach przyszedł lekarz, aby zbadać Stasia a ja trochę się umyłam się i przeszliśmy na salę poporodową. Mąż pojechał do domu a ja zachwycona wpatrywałam się w Stasia i myślałam jak bardzo się cieszę, że tak się wszystko ułożyło.

Dziś minęło już pół roku od tych chwil, a ja nadal chętnie wracam myślami do sali agrestowej w św. Zofii. Nadal też zaglądam na tą stronę i myślę, że miałam wiele szczęścia. Podczas drugiej ciąży nikt nie próbował mnie namawiać na drugą cc, Pani Dr prowadząca ciążę, jak również położna wspierały mnie w tych nieśmiałych marzeniach. Podczas porodu od początku do końca byłam traktowana z szacunkiem i delikatnością, nikt nie kazał mi się kłaść, KTG było wykonywane na stojąco. Mam wrażenie że Szpital św. Zofii to jakaś oaza pośród innych szpitali w Polsce. Nie wiem jak to możliwe, że jest jedno takie miejsce i co można zrobić żeby położne i lekarze w innych szpitalach trochę zmienili swoje podejście.

Mój udany Vbac (Poznań, Św. Rodzina :)

„Raz cięcie, zawsze cięcie” –  zasada sformułowana 100 lat temu przez Edwina Cragina bywa wciąż stosowana w praktyce niektórych lekarzy, mimo, iż dawno już straciła na aktualności. Na szczęście bohaterka dzisiejszej historii, Julianna, w porę spotkała innego lekarza, o bardziej zgodnych z aktualną wiedzą medyczną poglądach. Dzięki temu mogła doświadczyć niezwykłego, choć niełatwego czasu rodzenia.

W 2009 w grudniu urodziłam synka przez cięcie cesarskie. Dlaczego ?

Był 17 grudzień, na ten dzień miałam termin, nic sie nie działo, a ja z dnia na dzień puchłam coraz bardziej, przed ciążą ważyłam 49 kg, dzień przed porodem 89kg…. Białkomocz, wysokie ciśnienie, również miałam 1 cm rozwarcia… Moja lekarka dała mi skierowanie do szpitala. Pojechałam, dali mnie na oddział, ponieważ, to było moje pierwsze dziecko, będziemy czekać, aż coś się samo zacznie… i tak czekałam, całe święta w szpitalu, a ja puchłam z dnia na dzień coraz bardziej… aż w końcu nadszedł 28 grudzień- w nocy jak już któryś raz poszłam do łazienki (biegałam co 15 minut) odszedł mi cały czop, wody zaczęły się sączyć… poszłam do położnych i opowiadam im całą sytuację, nadal kazały czekać… 29 grudnia, rano wzięli mnie na badania, lekarz kazał mi iść na porodówkę bo miałam aż 4 cm rozwarcia!! Bardzo się cieszyłam, że to już!. Jestem na porodówce 8 rano… około 10 podali mi oksytocynę i leżałam- to był mój błąd… o 14 zaczęły się skurcze, rozwarcie szło szybko! Myślałam, że zaraz zobaczę mojego synka. Nagle na ktg zaczęło tętno spadać, przyszła lekarka i w szybkim tempie znalazłam się na sali operacyjnej, znieczulenie ogólne… nie widziałam synka, obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej… dopiero popołudniu następnego dnia dostałam synka. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

2015 rok marzec, zrobiłam test ciążowy wyszły dwie kreski, po 4 tygodniach pobiegłam do lekarza, zrobił wszystkie badania + BETE, stwierdził, że nic nie widzi na USG, że to może być ciąża pozamaciczna, znów mam czekać i iść za dwa tygodnie do lekarza, poszłam, zobaczyłam na USG moją drugą miłość :). Miesiąc później, poszłam na badania kontrolne, wszystko dobrze, dziecko rozwija się prawidłowo, zadałam pytanie mojemu lekarzowi, jak mogę teraz rodzić? Czy naturalnie, czy przez cięcie cesarskie… stwierdził, że jak już raz było cięcie to również drugi raz będzie… no trudno…

W około 25 tygodniu ciąży zmieniłam lekarza… ponieważ poprzedni lekarz nie dawał mi skierowań na podstawowe badania, chociaż go o to prosiłam – za każdym razem słyszałam, że to nie potrzebne, a dla mnie było to bardzo ważne, bo tak jak wspominałam, miałam w poprzedniej ciąży białkomocz. Na szczęście w drugiej ciąży nie puchłam, wyniki miałam dobre. Po zmianie lekarza byłam bardzo zadowolona z mojej obecnej lekarki, która 20 lat pracuje w szpitalu. Nic nie miała przeciwko, abym rodziła naturalnie. Dziecko do końca ciąży rozwijało się bardzo dobrze. W końcu zbliżał się termin porodu 1 grudnia – nadal nic się nie działo.  Rozwarcie 1,5 cm miałam od 37 tygodnia ciąży.

2 grudnia pojechałam na ktg do lekarza… ktg nie wyszło zbyt zadowalające… dlatego dostałam skierowanie do szpitala, w którym pracuje moja lekarka. W szpitalu byłam około 17, przyjęli mnie, robili badania i w trakcie badań odszedł w całości czop. Już wtedy wiedziałam, że urodzę w ciągu 24h. Wzięli mnie na oddział. O 19 poczułam pierwszy mocny skurcz! Wzięłam prysznic. Skurcze były, ale nie takie jak powinny. Nadeszła noc, skurcze co pół godziny.  O 2 w nocy przyszła położna zrobić mi ktg. Na ktg cały czas tętno było bardzo wysokie. Położna kazała mi iść na porodówkę przez to wysokie tętno. Zbliżała się 3 w nocy, skurcze się nasiliły i były coraz częstsze… rozwarcie 2 cm…. a ja leże na porodówce. Na szczęście położne były miłe, można było sobie z nimi porozmawiać, pożartować. Około 5 rano poszłam pod prysznic, skurcze były co 5 minut… O 6 rano podłączyli mnie pod oksytocynę, ja w tym czasie zadzwoniłam po narzeczonego, który przyjechał bardzo szybko 🙂 Miałam na sali piłkę, z której z chęcią skorzystałam – przez dobre 3 h skakałam na niej. Skurcze były tak silne, że chyba cała porodówka mnie słyszała, a ja błagałam ich o cięcie cesarskie. Myślałam, że nie wytrzymam z bólu, a nie mogłam dostać żadnego znieczulenia… rozwarcie w 3h zrobiło się 8 cm, położna i narzeczony uświadomili mnie, że zaraz urodzę naturalnie! Że jeszcze chwile muszę wytrzymać! Za chwile były bóle parte i tak o 9.31 urodziłam śliczną córeczkę 🙂 Tata przeciął pępowinę, a po chwili miałam już dziecko na brzuchu. 10/10 punktów, zdrowa, silna dziewczyna 🙂

Teraz nie mogę się doczekać 3 dziecka 🙂

Przekraczając granice niemożliwego… HBA2C po przejściach i VBACowe pośladki

Historia, która może wprawić w zachwyt lub oburzenie, ale z pewnością historia, wobec której nie można przejść obojętnie. Zdecydowałam się nią z Wami podzielić nie po to by zachęcać do porodu domowego w warunkach podwyższonego ryzyka położniczego czy też propagować poród bez asysty medycznej, ale by kolejny raz pokazać Wam jak wiele rzeczy jest możliwych i jak wiele (choć nie wszystko i o tym też warto pamiętać) zależy od Was:)

Słuchaj rozmowy Ewy Niteckiej z Anną Powideł na antenie radia Wnet

keep-calm-and-vba2c-on

Na granicy zgody na cięcie – VBA2C (Toruń)

Dziś  historia o wielkiej determinacji, walce i samozaparciu, które zaowocowały porodem sn po 2 cc. To też historia, pokazująca, że determinacja, nawet największa, nie jest równa niezdrowemu fanatyzmowi. To historia mądrej kobiety, która umiała wspaniale walczyć i która potrafiła także odpuścić. Jej autorką i bohaterką jest Joanna:

Dwa pierwsze cięcia miałam z powodu niewspółmierności. Skurcze regularne, częste, silne a dziecko nie schodziło w kanał rodny. Tylko, że rodziłam w pozycji leżącej i nikt z personelu nie wpadł na pomysł, żeby zaproponować mi wstanie, poruszanie się a ja wtedy nie byłam świadoma jak to jest ważne.

Przy trzecim porodzie zaparłam się, bogatsza w wiedzę, postanowiłam, że będę walczyła o sn. Zdecydowanie odwagi dodał mi fakt, iż trzeci poród przebiegał trochę inaczej. Bardzo konsekwentnie, stopniowo rozwijał się, postępował. Nie było kroków raz w przód, raz w tył. Czułam, że cały czas idziemy do przodu.

Na porodówce, podczas prowadzenia wywiadu, kiedy przyznałam się do dwóch cięć, położna zatrzymała się w pisaniu, złożyła papiery i powiedziała, że trzeba było tak od razu mówić, jedziemy na cięcie. Powiedziałam, że się nie zgadzam. Położna zaskoczona moją odmową odparła, że nie mogę się nie zgodzić, że takie są procedury. Mimo to, nadal trwałam przy swoim. Mój mąż przyglądał się tej wymianie zdań i próbie sił bez słowa. Jakby zaskoczony moją determinacją. Czułam ten poród inaczej i tak długo jak to możliwe, chciałam próbować sama. Chwila konsternacji, telefon do lekarza, namawianie się, lekarska pogadanka o ryzyku i konsekwencjach mojej decyzji i widząc, że nie ustępuję, podają mi do podpisania oświadczenie, iż odmawiam cc na własne ryzyko.

Poród nie postępuje nazbyt satysfakcjonująco. Jedno badanie, za chwilę drugie, specjalnie nic się nie dzieje. Zostaje badanie ostatniej szansy – jeśli nic się nie zmieni, jazda na blok. I nie zapomnę tego zdziwienia i roześmiania się z niedowierzania lekarki, która stwierdziła, że dziecko już się rodzi. A potem moje niedowierzanie, kiedy niespodziewanie, myśląc, że właśnie minął kolejny skurcz i będzie chwila odpoczynku, widzę moje dziecko w rękach położnej. Mimo wielkiej determinacji i wiary, że może się udać, nie docierało do mnie, co właśnie się stało.

Od momentu przyjazdu do szpitala do porodu minęło 6 godzin.
Chcąc skrócić ból porodowy, byłam właściwie na granicy zgody na cięcie. Wiedziałam, że jeśli lekarka użyje jeszcze jednego, jakiegokolwiek argumentu przeciwko mojej decyzji, to się z nią zgodzę. Wymieniałyśmy te zdania, ja mówię NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ale już czuję, że zaraz po jej TAK ja też powiem TAK, ale już więcej się nie odezwała.

Miałam dobry personel, jak decyzja zapadła, to mnie wspierał, pomagał i do tematu cc już nie wracał. Myślę, że lekarka, młoda kobieta, była w sumie dość odważna. Ani razu nie dała mi odczuć, że podjęłam niewłaściwą decyzję, nie komentowała, nie namawiała do zmiany. Już więcej do tematu nie wracała.

Myślę, że ważne jest przygotować do walki o sn osobę towarzyszącą przy porodzie. Która może mówić w naszym imieniu, kiedy nam już braknie sił, która weźmie na siebie całe niezadowolenie i ewentualne spieranie się z personelem, który będzie działał wbrew naszym prawom. Która będzie umiała trzeźwo ocenić sytuację i dodać odwagi w momentach naszego zwątpienia, rezygnacji, poddawania się, chęci ucieczki od bólu, ale też która będzie potrafiła odpowiedzialnie powiedzieć: „Stop, dalsza próba sn jest niebezpieczna, jedziemy na blok.”

Rodziłam w Toruniu. Pozbawiona najmniejszej wiedzy i świadomości ryzyka, jakie niesie za sobą taki poród. Bez wiedzy, którą mają lekarze i która sprawia, że takie przypadki rozpatrują jako najwyższe ryzyko zagrażające życiu. Uzbrojona jedynie w wiarę, że potrafię, że natura wie co robi, że nieco jej pomagając, jestem w stanie urodzić.

Urodziłam.
Rok i cztery miesiące po ostatniej, drugiej cesarce.
Dziecko większe, cięższe niż dzieci z cesarki. 62 cm i 5 kg.

Czwarte dziecko powtórzyło historię dwóch pierwszych. Znowu nie schodziło w kanał. Zablokowało się na prawym talerzu miednicy. Cesarka, podczas której doszło do poprzecznego miejscowego pęknięcia macicy.
Lekarz powiedział, że przy ewentualnym kolejnym porodzie mam nie czekać na skurcze, tylko umawiać się tydzień przed terminem na operację.

Przy ewentualnym kolejnym porodzie… jeszcze nie wiem co zrobię 🙂

Asia