Archives

Tak rodzić to ja mogę codziennie! (Warszawa)

Dziś bez słów wstępu – szczęśliwa historia VBACu Ewy:

Odkąd w moim życiu zaczęły pojawiać się tematy związane z ciążą i macierzyństwem, marzyłam o dwóch rzeczach: porodzie naturalnym i karmieniu piersią. Od zawsze  uwielbiałam oglądać wszelkie dokumenty związane z porodami, roniąc łzy jak bóbr po każdym szczęśliwym rozwiązaniu i marząc, że kiedyś i mi będzie dane przeżyć cud narodzin własnego dziecka.

W trzecim trymestrze pierwszej ciąży USG pokazało, że córka jest ułożono miednicowo. Było jeszcze sporo czasu do końca ciąży więc nie traciłam nadziei, że zdąży się jeszcze obrócić. Szukałam sposobów, jak „pomóc” dziecku zmienić pozycję, ale niestety nic nie przynosiło efektu, więc widmo cesarki zaczynało nabierać kształtów. Wszyscy się cieszyli (czyt. mąż i rodzina), że będzie tak „lekko i bez komplikacji”, tylko nie ja. Skoro już mam mieć cesarkę, niech tylko nie będzie „na zimno” – myślałam. I przynajmniej to się spełniło, bo 3 tygodnie przed terminem odeszły mi wody, więc zaczęło się samo. Cesarka jak cesarka, wiadomo – raz dwa i po wszystkim. Na szczęście od razu po położono mi małą na chwilę na piersiach, a zaraz po przewiezieniu na salę pooperacyjną położna przystawiła mi córkę do piersi, więc z karmieniem nie było najmniejszego problemu.

Ból po cięciu był okropny, do tej pory ciarki mnie przechodzą jak sobie przypomnę pierwsze tygodnie po. Dlatego z niechęcią myślałam o kolejnym porodzie, bo jeszcze wtedy byłam przekonana, że jedna cesarka oznacza przymus kolejnej…

I wtedy usłyszałam o VBAC 🙂

W kolejną ciążę zaszłam rok i osiem miesięcy po cięciu. Od początku zaczęłam czytać o możliwościach VBAC, trafiłam też oczywiście na naturalniepocesarce.pl (oj, ile łez wzruszenia wylałam, wiem tylko ja :)), pytałam swojego lekarza co o tym myśli i na szczęście, przynajmniej z jego strony otrzymałam wsparcie i zielone światło, bo mąż miał nadzieję na kolejne cięcie…

Sama ciąża przechodziła dużo lepiej niż pierwsza, w której miałam niewydolność szyjkową, założony pessar, i praktycznie nieustannie twardy brzuch. Teraz też musiałam się oszczędzać, ale obyło się bez krążka i silnych leków. I, co najważniejsze, synek był ułożony główkowo!

Byłam pewna, że poród znowu będzie przed czasem, bo szyjka od połowy ciąży była krótka, ale kolejne tygodnie mijały i nic się nie działo. Chodziłam na KTG i kolejnym lekarzom musiałam tłumaczyć, że chcę rodzić naturalnie. Oczywiście, w razie gdyby działo się coś niedobrego, nie upierałabym się przy SN, ale póki co wszystko szło zgodnie z planem. Koło 12.00 w dokładnie wyznaczonym terminie porodu zaczęłam mieć delikatne skurcze, najpierw co 10-12 minut, później coraz częściej. Po 15.00 przyjechała niania do starszej córki, a my pojechaliśmy do szpitala, bo skurcze były co 7 minut, choć nadal bardzo znośne. Na IP lekarka powiedziała że mam tylko 1 cm rozwarcia, i nie wyglądam jakbym miała rodzić (bo ciągle miałam dobry humor :)). Poza tym skurcze nie pisały za bardzo na KTG, więc przed 17.00 odesłano nas do domu, lekarka poleciła wziąć nospę i gorącą kąpiel i przyjechać za 2-3 godziny jeśli akcja się rozwinie. Wróciliśmy do domu, po drodze kupując kubełek lodów. Wzięłam nospę, lody i wlazłam do wanny, i tak sobie leżałam, jadłam lody, a skurcze robiły się coraz gorsze. Mimo bólu cieszyłam się, bo wiedziałam, że każdy skurcz przybliża mnie do rozwiązania, starałam się być rozluźniona, nie blokować się. Przed 19.00 pojechaliśmy znów do szpitala, przez chwilę nawet zwątpiłam w swoje siły, zaczęłam myśleć o cesarce, bo bałam się że przyjadę, a lekarz powie znowu że rozwarcie niewiele postąpiło, a ból był już naprawdę ciężki do zniesienia. Na IP była ta sama doktor, która wcześniej mnie badała, zdziwiła się że tak szybko wróciłam, a jeszcze bardziej, gdy okazało się że już mam 9 cm rozwarcia i zaraz urodzę 🙂 Szybko zawieziono mnie na porodówkę, i po 21.00 (11 listopada :)) synek już był z nami – jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu, totalne spełnienie marzeń. Był piękny i było pięknie, tuliliśmy się potem przez dwie godziny, od razu załapał też pierś. Było dokładnie tak, jak sobie tę chwilę wyobrażałam.

Lekarka, która szyła mnie po (delikatnie mnie nacięto) zauważyła bliznę po cesarce i zdziwiła się nieco, że rodziłam sama. Mówię, że zawsze marzyłam o SN, a ona na to: „To jednak są jeszcze mądre kobiety…” To chyba podsumowuje w jakiej mniejszości jesteśmy, decydując się na VBAC.

Mimo że mąż całą ciążę miał nadzieję na cesarkę, w końcówce bardzo mnie wspierał, zaakceptował moją decyzję, w końcu to ja miałam się „męczyć”. A gdy już było po wszystkim tak go duma z żony rozpierała, że hej! Wszystkim rozpowiadał jaka byłam twarda, dzielna, i jak szybko sobie poradziłam 🙂

Tak rodzić to ja mogę codziennie! No, może co drugi dzień 🙂 szybko doszłam do siebie, czułam się sto razy lepiej niż po cesarce. Mogłam się od razu sama zająć synkiem, a po powrocie do domu również starszą córką.

Mam nadzieję, że moja historia też pomoże komuś zdecydować się na VBAC, tak jak ja kiedyś inspirowałam się opowieściami innych, którym się udało. Grunt to pozytywne nastawienie!

Moje 43 godziny szczęścia (Warszawa)

Dziś o trudzie i o cudzie rodzenia, o zmienności porodowych wspomnień i o wzorcowym wsparciu męża oraz położnych i lekarzy. A wszystko to w historii Dominiki:

Minęło dwa miesiące od mojego udanego VBAC. Wszystko w mojej głowie wygląda teraz inaczej niż tuż po porodzie, wspomnienia z każdym tygodniem stają się piękniejsze. To właśnie teraz pojawiają się największe momenty zadowolenia i radości z udanego porodu sn.

Po pierwszej ciąży miałam dużo wniosków odnośnie podejścia do lekarzy, szpitali i wszelkich procedur. Nasz pierwszy maluszek rósł powoli, było zagrożenie hipotrofią. Zagrożenie. Wtedy było to dla mnie straszne, dziś wiem, że poddałam się całej medycznej machinie. Straszenie przez lekarzy bez jednoznacznych wskazań, końcówka ciąży spędzona w szpitalu, dużo stresu i mało sprzyjające okoliczności. Mimo wszystko poród rozpoczął się na szczęście sam, po nocy znośnych skurczów rano rozwarcie na 4 cm, lekarze się cieszyli, ze im statystyki zawyżę. Ja też się cieszyłam, wszyscy mówili, że będzie szybki poród, małe dziecko, rozwarcie postępuje. Trafiam na porodówkę, kilka godzin później rozwarcie na 7 cm. I zostaje podłączona pod KTG, okazuje się, że coś nie tak z tętnem maluszka, od KTG już mnie nie odpinają, skurcze na leżąco są straszne. Nie bardzo rozumiem co się dzieje z tym KTG, położna wchodzi tylko na chwilę co jakiś czas i sprawdza zapis. Po czym nagle zbiegają się lekarze, robią tak szybkie badanie, że nie zdążyłam go poczuć i decyzja o cc. Słyszę tylko „musimy Panią szybko znieczulić” i jadę na wózku na salę operacyjną. Nie bardzo ogarniam co się dzieje, mąż dopytuje ale jest zamieszanie i nic nie wiadomo. Później na karcie widzę wpis „zagrażająca zamartwica płodu”. I tak się zakończył mój „szybki, podnoszący statystyki poród”…

Dziecko dostałam od razu na sali pooperacyjnej, wcześniej mąż był z maluszkiem. Czułam się dziwnie, patrzyłam na to maleństwo, które łapczywie jadło mleczko i miałam w głowie myśl „ale jak to i tak już po wszystkim? Już mam dziecko? Jak to się stało, dopiero był w brzuchu a teraz leży tu przytulony, ja go nie urodziłam przecież”. I pierwszy szok. Gdzie ta radość, gdzie fala miłości, gdzie spełnienie? Brakowało czegoś. Kochałam tego szkraba szalenie, ale czułam w środku ogarniający mnie żal, poczucie straty poprzez niedoświadczenie cudu narodzin w pełni. Od początku bardzo nastawiałam się na poród sn, cięcie było dla mnie dużym szokiem. Dużo czytałam, edukowałam się, ale nic o cięciu, bo nie brałam tego zupełnie pod uwagę. Trafiłam kiedyś na artykuł o mamach w depresji po cc i pamiętam, jakie było moje zdziwienie – ale jak to, czym się tu smucić, ważne, że się ostatecznie wszystko powiodło, dziecko zdrowe, mama też. Jaka depresja z tego? No nie rozumiałam dopóki nie doświadczyłam na własnej skórze.

Dlatego w drugiej ciąży, już ze znacznie większą pokorą, zaczęłam przygotowania do VBAC. Dużo pracowałam w swojej głowie nad tym, aby zaakceptować możliwość wystąpienia 2 cc. Naczytałam się książek, artykułów, trafiłam do grupy wsparcia na fb, inspirowałam się historiami innych kobiet i przede wszystkim, byłam szalenie zmotywowana, żeby urodzić naturalnie. Wspaniałym wsparciem była oczywiście grupa wsparcia Naturalnie po cesarce.

13.09.2015 rozpoczął się mój drugi poród, wspomagany on-line doświadczeniem dziewczyn z grupy. Tym razem maluszek zaskoczył nas 2 tyg przed terminem, w niedzielę o 23.30 odeszły mi wody. Po kilku minutach pojawiły się pierwsze skurcze. Wybrany szpital 100 km od domu, dzwonię więc do położnej, pytam czy już jechać. Umawiamy się w szpitalu. Po drodze skurcze dość mocne, co 3-4 minuty, trwają 60 sek, myślę więc: dobrze się zapowiada.

Trafiłam na porodówkę, rozwarcie na 1 cm, szyjka długa, jakież było moje zaskoczenie, że po takich dość bolesnych skurczach takie małe rozwarcie, no ale myślę sobie ważne, że skurcze wogóle są. Niestety długo się nimi nie cieszyłam, bo szpitalna atmosfera wszystko zatrzymała. Skurcze bolesne, ale zaczęły pojawiać się już tylko co 10-15 minut. Po 4 godzinach rozwarcie się nie zmieniło, szyjka nadal długa. Skurcze nieefektywne. Położna sugerowała oksytocynę. No ale ja mocno nastawiona na poród naturalny, w obawie przed lawiną konsekwencji po oxy, nie zgadzam się. Jeszcze nie teraz. Na szczęście od lekarzy i położnej dostaje ogrom wsparcia w mojej decyzji. Lekarz dyżurny powiedział, że pomimo odejścia wód, przy stałym monitorowaniu dziecka i mnie, możemy czekać nawet 72 godziny. Więc cieszyłam się bardzo, że przynajmniej nie muszę toczyć batalii o swoje prawa. To wsparcie znaczyło dla mnie bardzo dużo.

Czekamy więc na porodówce aż akcja sama się wznowi. Mijają kolejne godziny, skurcze są cały czas ale w odstępach 15-20-30 minut. Są męczące, ciężko spać. W międzyczasie masaż sutków (bardzo pomagał), prysznic, piłka, bocianie kroki, kucanie – cały czas duża aktywność. Efektów poza zmęczeniem brak. Tak nam minął poniedziałek i noc z pon na wt – po dwóch nieprzespanych nocach byłam już mocno zmęczona, położna obawiała się, że jak dalej będziemy czekać, to nie dam rady urodzić, nawet jak się samo rozkręci, bo zabraknie mi sił. Wtorek rano – decydujemy się na podanie oksytocyny.

Po długim okresie czekania miałam spokojną głowę, że zrobiłam co mogłam aby akcja się rozwinęła sama. Po podaniu oksy po godz 9 skurcze rozszalały się na dobre. Ale dalej rozwarcie postępowało w żółwim tempie. Mijały godziny bardzo bolesnych skurczów a rozwarcie ledwo 4 cm. Masaż szyjki, dochodzimy do 5 cm. Tu już wyłam z bólu mimo, iż przy pierwszym porodzie przy 7 cm nie miałam takich trudności. Potem pamiętam coraz mniej. Bolało naprawdę mocno. Położna i mąż wspierali mnie w cudowny sposób. Położna masowała w trakcie skurczów, robiła cuda z miednicą, aby dziecko się dobrze wstawiło. Tu ciekawa rzecz, w pierwszym porodzie położna coś wspominała, ze dziecko się krzywo wstawiało i to też była przeszkoda w porodzie sn, tym razem było podobnie ale tym razem była też inna położna, nie wiem jak, ale cofnęła dziecko ręką i pomogła mu dobrze wstawić się w kanał, więc jak się chce to jednak nie jest przeszkoda.

W trakcie porodu miałam kilka krytycznych momentów, chciałam uciekać z porodówki, tuż przed parciem błagałam już o znieczulenie, byłam pewna, ze nie wytrzymam żadnego kolejnego skurczu, Byłam totalnie zaskoczona natężeniem bólu. Nieocenione wsparcie dostałam od męża, wiedział jak bardzo zależy mi na porodzie siłami natury i pomimo najróżniejszych rzeczy, które mówiłam w trakcie i pomimo strasznego bólu, który przeżywałam, zachował zimną krew i aktywnie towarzyszył mi w porodzie, dodając sił i jednoznacznie wskazując, że muszę wytrzymać i już, że nie będzie żadnego znieczulenia. Nieznosiłam go w tamtym momencie, teraz jestem wdzięczna za tą postawę bo wiem, że gdybym dostała to znieczulenie, ryzyko zakończenia porodu przez cc znacznie by wzrosło. Ostatecznie złość, że mąż decyduje za mnie, a to przecież mnie boli a nie jego, dodała mi też sił.

Pozycje do rodzenia przetestowałam chyba wszystkie. Na sam moment parcia zdecydowałam się na stołek, było najwygodniej. Mąż mój siadł za mną na drugim stołku, przyjął taką samą pozycję, objął mnie mocno i przeżywał każdy skurcz razem ze mną, krzyczał chyba nawet głośniej ode mnie. Ale ile mi to sił dodało to tylko ja wiem, ściskałam mocno jego ręce a jego ciało było najwygodniejszym oparciem. Najwyraźniej pamiętam moment, kiedy główka weszła do kanału rodnego – to była specyficzna chwila, gdy myślałam, że mnie rozerwie od środka i jednocześnie byłam przeszczęśliwa, bo wtedy miałam już pewność, że urodzę to dziecko, pamiętam, swój uśmiech przez łzy i przypływ mocy. Okazało się, że do tego momentu wątpiłam, nie miałam 100% pewności, że się uda, z lekkim niedowierzaniem patrzyłam jak położna rozkłada wszystkie narzędzia, jak przygotowuje się na przyjęcie dziecka. Ale stąd już nie było odwrotu, musiało się udać!

To był trudny i przełomowy moment mojego porodu. Było już przed 17, nie miałam sił a przede mną najbardziej wysiłkowy moment parcia. Tu mój mąż znów spisał się na medal, pomagał przy każdym skurczu, wspierał słowami, bliskością i krzyczeniem razem ze mną. W pewnym momencie położna powiedziała, że głowę już widać, że mogę jej dotknąć. Boże co ja przeżyłam czując, że mój syn jest już tak blisko! Jeszcze kilkanaście ciężkich minut i jest! Godz. 17.16, 10 pkt, 2985 g, 53 cm szczęścia.  Nikoś cały siny ląduje na moim brzuchu. A je ledwo mam siłę na niego patrzeć, wycieńczona opadam w ramiona męża i zamykam oczy, przeszczęśliwa, że to już koniec, że maluszek jest już nami cały i zdrowy. Nie płakał. Patrzył pięknie dużymi oczkami, był bardzo spokojny, widać było, że również doświadczył ogromnego wysiłku. Czekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić, po czym mąż dostąpił zaszczytu jej przecięcia. Tuliliśmy się później wszyscy prawie 2 godziny.

Nikodem

Co było świetne to, że po tym czasie wstałam, wzięłam prysznic, co prawda bolało cholernie ale mogłam funkcjonować. W odróżnieniu do cc, gdzie byłam przykuta do łóżka na kilka godzin. Zdecydowana różnica była również w relacji z maluszkiem. Tym razem czułam zupełnie inny rodzaj więzi, czułam, że trud porodu dał nam inny start, spokojniejszy, wypełniony radością ze spotkania po długiej, męczącej drodze. To bezcenne uczucie.

W trakcie parcia doszło do małego pęknięcia krocza, jeszcze podczas szycia rozmawiałam z położną i mówiłam, że gdybym wiedziała co mnie czeka, to wolałabym cc, pamiętam jak zachwiała się moja wizja dużej rodziny, ja już nie chciałam więcej rodzić. Wtedy nie poczułam ogromnego zachwytu z vbac, nie było dumy, że się udało. Czułam się szczęśliwa i spełniona, i pierwszy raz w życiu doświadczyłam co to znaczy mieć równowagę wewnętrzną. Czułam się pełna, czułam, że ten poród dopełnił moje bycie kobietą, ale w taki totalnie naturalny sposób, w moim życiu wydarzyło się coś, co jest w pełni normalne, coś co dzieje się od zarania dziejów, coś co jest oczywistym elementem bycia kobietą, matką. Nie urosło to w moim doświadczeniu do rangi czegoś wielkiego, co dodaje sił i wiary, co pozwala góry przenosić. Czułam, że wszystko jest po prostu tak jak powinno, jak matka natura chciała. Ciężko to w słowa ubrać ale to było ciepłe uczucie pełni w środku. Wtedy na łóżku miałam pomieszanie tej pełni ze wspomnieniem największego w życiu bólu. Taka dziwna mieszanka, która tworzyła jedno zdanie opisujące poród: największy trud i szczęście mojego życia.

Dobrze, że te ciężkie chwile tak szybko odchodzą w niepamięć, zostawiając miejsce na szczęście i radość. Do napisania tej relacji siadałam już kilka razy, za każdym razem dopisując kawałek historii. Co ciekawe, z każdym tygodniem moje wspomnienia się zmieniają, dziś, dwa miesiące po porodzie ból zatarł się już w pamięci, wiem też, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie, nienależnie od tego co nas czeka na sali porodowej:). Dzisiaj jestem przeogromnie wdzięczna wszystkiemu co nam sprzyjało 15.09.2015 r. Bardzo się cieszę, że mogłam doświadczyć trudu i cudu narodzin. Z perspektywy czasu doświadczenie to dodało mi sił bo wiem, że determinacja i skupienie przyniosły nam wspaniały rezultat. Dzisiaj jestem przeszczęśliwa, że dałam radę, że urodziłam własne dziecko tak jak o tym marzyłam. Dodatkowo, moja relacja z mężem weszła na zupełnie inny poziom intymności, ogrom wsparcia jakie od niego dostałam plus przeżycie razem tak trudnych i jednocześnie wspaniałych chwil, scementowało nasz związek i wniosło go na zupełnie nowy poziom. Nie było nam to dane przy pierwszym porodzie.

Dziękuję bardzo mojemu mężowi, całemu personelowi, wszystkim kobietkom z grupy Naturalnie po cesarce i wszystkiemu co nam sprzyjało! Marzyłam o chwili aby móc podzielić się udanym VBAC i dziś dzielę się swoją radością.

Mój niespodziewany VBAC (Warszawa)

Kiedy pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskiem po wielu godzinach intensywnej akcji, nierzadko już w II okresie porodu, będąca w kolejnej ciąży mama może mieć trudności z podjęciem decyzji o próbie VBAC. Pojawiają się wątpliwości – czy znów kilku- lub kilkunastogodzinny wysiłek nie pójdzie na marne? Nie pójdzie – i to w żadnej wersji, bowiem nawet w przypadku konieczności powtórnego cięcia, rozpoczęcie i czas trwania akcji porodowej są korzystne dla rodzącego się Maleństwa (więcej na ten temat tu). A szanse na VBAC wcale nie są małe:) Dziś historia Olgi:

18 listopada 2015

Jakiś czas temu zastanawiałam się jak rodzić. Bałam się powtórki z pierwszego porodu, który zakończył się cięciem w II fazie porodu z powodu spadku tętna dziecka.

Mój syn zdecydował za nas. Dziś przyszedł na świat o 5:25 -18 miesięcy po cięciu.

To, że chciałam podjąć chociaż próbę SN wiedziałam już od jakiegoś czasu. Umówione cc na zimno miałam odwołać w przyszłym tygodniu. Aż tu wczoraj zaraz po meczu (chyba z wrażenia ze wygraliśmy bez lewego 😉 ) pojawiły się skurcze. Lekko przerażona bo to 38 tc organizuje opiekę dla starszaka, biorę męża pod pache i jedziemy 😉 Na miejscu młoda pani doktor podnosi na duchu, że szybko wszystko idzie i mobilizuje do próby SN, bo ja zaczynam się trochę łamać ( no byłam odważna do momentu aż uswiadomiono mi ze może być za późno na zzo… 😉 ).

Trafiamy na porodowke o 2:30 z 5 cm rozwarcia, bolesnymi skurczami, które momentami odbierały oddech i mocnym postanowieniem, że walczymy do końca 😉 Od poczatku prosiłam o anastezjologa i znieczulenie… Przy pierwszym porodzie nie bylo mi dane bo było za poźno, wiec tym razem postanowiłam, że nie dam się spławić ;P. Nie wiem jak to się stało, ale anastezjolog pojawił się kiedy miałam pełne rozwarcie i zaczynały się skurcze parte. Wyproszono męża i jednak sprobowano mnie znieczulić (bez sensu, bo nie dość, że się nacierpialam przy wkłuwaniu przy skurczach – a wiadomo nie wolno się ruszać… tylko weź się człowieku nie ruszaj przy skurczu partym ;), to to znieczulenie i tak nie działało). Weszliśmy w ostatnią fazę porodu z położna i mężem chwile po 4 rano. Szczerze to gdyby nie mój mąż który motywowal, krzyczał i trzymał za głowę i nogi to nie wiem czy bym dała radę. I takim oto sposobem wyskoczył po 5 rano nasz drugi syn ;). 

Ja zostałam okrzyknieta bohaterem, bo ponoć spotkać na Inflanckiej panią, która chce walczyć o vbac jest trudno… Mało tego, chwilę po naszym vbac na IP trafiła dziewczyna również po cc, a pani doktor, która mnie przyjmowała, tak jej nagadała że mają tu taką wariatkę jak ja, co chciała spróbować i się udał, że dziewczyna też podjęła próbę;) Dzięki dziewczyny za ta grupę [Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia]! Gdyby nie wy pewnie z automatu bym się zgodziła na cc. A tak czuję się … BRAWO JA! Jestem z siebie dumna. I bardzo dziękuję mężowi oraz zespołowi z Inflanckiej za wiarę i dodawanie wsparcia!

Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że będzie tak pięknie (Kraków)

Co zrobić gdy lekarz twierdzi, że nie ma szans na poród drogami natury po cięciu cesarskim? Dobrze skonsultować tę opinię z innym lekarzem, najlepiej o sprawdzonej opinii lekarza przyjaznego VBAC. Bowiem nawet najlepszy specjalista może się mylić albo może okazać się przeciwnikiem porodów siłami natury po cięciu cesarskim. To że ktoś mówi, że się nie da, nie zawsze oznacza, że naprawdę się nie da. I historia Pauliny jest na to pięknym dowodem:

Pierwszy syn przyszedł na świat 12 sierpnia 2013 roku. Cała ciąża bez powikłań, bezproblemowa, jedynie męczyły mnie na początku mdłości i wymioty. Termin porodu z USG przypadał na 30 lipca. Nawet nie rozważałam, że rozwiązanie nastąpi przez cesarskie cięcie.

W związku z tym, że byłam po terminie, 9 sierpnia (piątek) skierowano mnie na oddział (dziś nie zgodziłabym się na to). Jeszcze w piątek po południu podpięto mnie pod oksytocynę, ale żadnej reakcji nie było, więc przeleżałam cały weekend, a w weekend jak to w weekend, jeden lekarz, który tylko o samopoczucie pyta. W nocy ok. 1:00, z niedzieli na poniedziałek, poczułam pierwszy skurcz, wtedy nie uświadomiłam sobie, że to dziwne uczucie, które na moment sprawiło, że nie mogłam zmienić pozycji, to skurcz. Do rana jednak nic się nie działo. Po obchodzie zostałam zbadana, okazało się, że mam rozwarcie na 2 palce i lekarz powiedział, że jak skurcze się pojawią, to ok 12.00 trafię na porodówkę i tak też się stało.

Do południa spacerowałam z mężem po szpitalnych schodach. Na porodówce cały personel wydał mi się naprawdę miły, położna bardzo fajna babka. Od południa skurcze zaczęły mi się nasilać, 2 godziny przeleżałam w wannie (super sprawa ;)), z tego, co pamiętam, rozwarcie się powiększyło, ale położna nie wyraziła go w cm. Ok. godziny 17:00 skurcze były już tak silne i częste, że ledwie co mogłam złapać trochę wytchnienia. Położna miała mnie właśnie podpinać pod KTG, ale przyszła z lekarzem, który stwierdził, że dziecko w ogóle nie schodzi, masa dziecka (3.900 kg) w stosunku do mojej budowy ciała i miednicy jest zbyt duża i proponuje cesarkę. Na słowa mojego męża, że żona chciała rodzić naturalnie odpowiedział, że „może pani jeszcze się męczyć ze 3 godziny, a i tak będziemy musieli zrobić cesarkę, bo dziecko jest duże”. Pamiętam tylko, że miałam tak silne bóle, że podjęcie racjonalnej decyzji nie było chyba możliwe, powiedziałam jedynie do męża, że „ja nie wiem, co robić i ty decyduj”. Mąż rozmawiał jeszcze z lekarzem i stwierdził, za jego sugestią, nie mogąc pewnie też patrzeć jak cierpię, że tak chyba będzie lepiej.

O 17:40 Grześ był już z nami (56 cm, 3.710 kg). Położna, jak tylko go ubrali, na krótką chwilę, gdy mnie już przewozili na salę pooperacyjną, położyła mi synka na piersiach, nigdy nie zapomnę jego pięknego spojrzenia, rozpłakałam się. Mimo tego jakoś czułam, że te łzy wzruszenia to nie jest do końca „to”. Czułam, że straciłam coś bardzo cennego… że dosłownie i w przenośni okaleczono mnie, że zamiast stać się jeszcze silniejszą, czuję się totalnie bezsilna, że podważono moją kobiecość… Zawsze w swoim życiu starałam się robić wszystko jak najlepiej potrafię, nie szłam nigdy na łatwiznę, uważałam się za osobę silną, która jest w stanie pokonać wiele, a tu nagle zakończyłam swoją ciąże drogą na skróty…

To była moja pierwsza ciąża, może strach o zdrowie i życie dziecka spowodował, że ostatecznie trzęsącą się z bólu ręką podpisałam ten cholerny papier – zgodę na cesarkę. Bardzo żałuję tego, że wtedy nie miałam odwagi, by powiedzieć „poczekajmy te 3 godziny”. Ta propozycja cesarki została podjęta zbyt pochopnie, ze mną nic się złego nie działo, z dzieckiem też, nie było mowy o zagrożeniu życia czy zdrowia. Nie mam poczucia, że ta cesarka była koniecznością, tylko zastosowano ją profilaktycznie. Myślę, że wtedy łatwiej byłoby mi pogodzić się z tym faktem. Żałuję też, że nie poszłam do szkoły rodzenia, że niedostatecznie zapoznałam się ze wszystkimi aspektami ciąży i porodu, może wtedy byłabym bardziej asertywna…

Przerażające jest to, że słowa lekarza, położnej mają tak duży wpływ na nastawienie rodzącej, jak jednym zdaniem mogą podciąć skrzydła… Żałuję, że nie miałam „swojej” położnej, która by znała moje podejście i zawalczyłaby ze mną o poród naturalny. Tym bardziej, że drugi poród utwierdził mnie w przekonaniu, że wówczas mogłam dać radę (niestety nigdy już się tego nie dowiem). Póki co nie pogodziłam się z tym, że miałam cesarkę i nie wiem czy kiedykolwiek to nastąpi. Miało przecież być tak pięknie, radośnie, a ja po porodzie leżę sama na tym łóżku bez czucia w nogach i bez mojego synka, który w pierwszych minutach życia nie doznał matczynego ciepła. Leżał gdzieś samotnie, nakarmiony sztucznym mlekiem… Gdy ktoś pyta „czy rodziłaś przez cesarskie cięcie?” zawsze w duchu sobie myślę, że ja nie urodziłam go, bo on został po prostu wyciągnięty z brzucha. Nadal jest we mnie jakiś żal, ale czas powoli robi swoje i dziś już te emocje są zupełnie inne, tym bardziej, że jestem bogatsza o nowe, jakże piękne i cudowne, doświadczenie porodu naturalnego 😉 Ale może od początku 😉

Grześ miał nieco ponad rok, gdy okazało się, że jestem znów w ciąży. Od razu po pierwszym porodzie wiedziałam, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie. Jednak okazało się, że nie będzie to takie proste… Termin drugiego porodu przypadł na 26 maja 2015 roku, tak więc różnica między porodami wyniosła ok. 21,5 miesiąca. Z drugą ciążą poszłam do tego samego lekarza, co w poprzedniej. Od razu stwierdził, że szykujemy się na cesarkę, bo nie minęły 2 lata. Na moje słowa, że „przeraża mnie ta cesarka” odparł, że „żaden lekarz nie podejmie się opieki nade mną, jak się na nią nie zgodzę”. Uważam go za świetnego specjalistę, prowadził wiele powikłanych ciąż, ma duże doświadczenie itp., ale po tych słowach stracił wiele w moich oczach, a przede wszystkim, gdy tylko dowiedziałam się, że istnieje VBAC (dzięki właśnie tej stronie), stracił moje zaufanie… a bez tego dalsza współpraca nie miała sensu.

Całą drogę powrotną płakałam, przecież miałam zajść w ciążę jak miną te cholerne 2 lata, żebym mogła rodzić naturalnie, a tu wszystko legło w gruzach… Wtedy też po raz pierwszy porozmawiałam szczerze ze swoim mężem, co tak naprawdę czuję, z płaczem powiedziałam mu, że nigdy się nie pogodzę, że miałam cesarkę. Zaczęliśmy szukać informacji czy możliwe są porody naturalne po cesarce po tak krótkiej przerwie. Na moje szczęście okazało się, że jest szansa i to bardzo duża!

Za pośrednictwem tej strony dotarłam do pani dr Bogutyn – wspaniałej, ciepłej lekarki. Gdy opowiedziałam jej o moich zamiarach odpowiedziała mi mniej więcej tak: „Nie mogę pani obiecać, że urodzi pani naturalnie, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pani urodziła naturalnie”. Te słowa dodały mi skrzydeł, po tej wizycie wyszłam przeszczęśliwa. Od tego momentu powiedziałam sobie, że ja się tak łatwo nie dam pokroić, będę walczyć! Postanowiliśmy z mężem, że tym razem będziemy mieć „prywatną” położną. Zdecydowaliśmy się na Anię Jastrzębską (zarówno ona jak i pani ginekolog pracują w Rydygierze, tam też rodziłam).

Ciąża przebiegała prawidłowo, z niecierpliwością czekałam na termin porodu, ale tak samo jak w pierwszej ciąży synek się nie śpieszył. W niedzielę 31 maja idę na spotkanie z położną, wszystko ok, ale porodu nie widać… Umawiamy się 4 czerwca w Boże Ciało, także z lekarką. Obawiam się tego spotkania, bo to już będzie 9 dni po terminie i nie wiem, co mogę usłyszeć, czy dadzą mi jeszcze czas? Zaczynam się denerwować, atmosfera w domu jest napięta. W sobotę ok. godziny 22:00 karmię Grzesia piersią (tak, tak… do dziś karmię ich obydwóch, ale to temat na inne forum ;)) i czuję lekki skurcz, który totalnie lekceważę, myślę tylko czy dam radę w taki upał iść na procesję 😉 A tu po 3:00 w nocy budzi mnie mocny skurcz, ale zupełnie inny niż przy Grzesiu (wtedy nie wiedziałam, że to był już skurcz party). Myślę sobie – coś się zaczyna – ale przecież zanim się zacznie na dobre, to spokojnie do rana dośpię, zjem śniadanie, wykąpie się, a do szpitala pojadę jak najpóźniej się tylko da. Za 10 min. jednak kolejny skurcz, nie mogę leżeć, budzę męża, który od razu chce dzwonić do położnej, ale za moją namową czekamy do 4:00. Nie chcę panikować, przecież mam w głowie jak było z Grzesiem, ja tak szybko nie urodzę. Jednak szybko zmieniam zdanie 😉 Umawiam się z położną, że jak tylko będę chciała jechać do szpitala, to ona jest w pogotowiu. W międzyczasie budzi się Grześ. Kładę się z nim, by mu dać pierś, ale nie nacieszył się nią długo, nie byłam w stanie już wyleżeć. Na szczęście jakoś grzecznie zasnął i obyło się bez płaczu. Tak schodzi do ok. 5:00. Dzwonimy do mojej mamy i znajomych, by przyjechali do Grzesia (mama ma 2 godziny drogi, a ja czuję, że nie wytrzymam w domu do 7:00, chcę jechać do szpitala). Znajomi po pół godziny już są u nas, ja w tym czasie ledwie się ubrałam i uczesałam. Zanim doszłam do samochodu, to przy skurczu, na chodniku na czworakach sobie „odpoczywałam”, czułam, że to jest najlepsza pozycja, jaką mogę przyjąć 😉 A w duchu się śmiałam do siebie, że ten, kto by mnie wtedy zobaczył, to niezły miałby ubaw 😉

Przed 6:00 docieramy przed szpital, kierujemy się do jedynego wg. męża (który ponoć miał mieć wszystko wcześniej „obczajone”) otwartego wejścia. A tu oczywiście zamknięte – nie muszę mówić, że mężowi się oberwało 😉 Na szczęcie portier nas pokierował do windy, która (jak mogło być inaczej) nie działała… Widząc jednak jak przy niej klęczę otworzył nam bramkę i podjazdem dla karetek mąż mnie podwiózł wreszcie do właściwych drzwi, po schodach bym nie doszła 😉 Tam odebrały mnie dwie miłe panie pielęgniarki i na łóżku zawiozły mnie na dyżurkę, ja oczywiście jechałam w pozycji na czworakach, było wesoło 😉 Zbadała mnie pani dr będąca na dyżurze. Okazało się, że mam pełne rozwarcie! Byłam przeszczęśliwa 😉 Na moje słowa, że jestem po pierwszej cesarce, ale chcę rodzić naturalnie zobaczyłam w jej oczach przerażenie. Nakrzyczała na mnie, dlaczego tak późno przyjechałam 🙂 Szybko jednak ją uspokoiłam, gdy powiedziałam, że czekam na swoją położną i lekarkę (w Rydygierze za pośrednictwem szpitala można opłacić jako tzw. „dodatkową opiekę medyczną” położną i lekarza – my z tej opcji skorzystaliśmy i osobiście uważam, że warto).
Nareszcie moja położna dotarła i od razu wzięła mnie do łazienki, kazała się wysikać, przebrać, bo rodzimy 😉 Jak to „już”? Nie będzie skakania na piłce, leżenia w wannie? Ba, nawet lewatywy nie było czasu zrobić 😉 Podczas sikania odeszły mi wody. Przeszłam na salę porodową, lekarka czekała już na mnie. Położna podpięła mnie pod KTG. Myślałam, że będzie mi to przeszkadzało, ale tak naprawdę to nic mi nie przeszkadzało. Nie zwracałam uwagi, że za firanką kręcą się inni lekarze, a obok na drugiej sali jakaś inna kobieta rodzi. (Nie, przepraszam, trochę irytowała mnie lekarka, która przyszła wypełnić ze mną ankietę na temat przebytych chorób i szczepień, podpisywałam też papierek, że na własne ryzyko podejmuję się porodu naturalnego, w sumie to nie wiem, czemu nie mogłam zrobić tego wcześniej.) Po instrukcji położnej zrozumiałam, co trzeba robić, jak jest skurcz, to trzeba przeć, a nie wstrzymywać 😉 Acha, to tak się rodzi 😉 Nie wiedziałam, że parcie uśmierza ból 😉

Położna i pani doktor wykazały się niezwykłą delikatnością i bił od nich jakiś spokój. Czułam się bardzo bezpieczna, nawet przez sekundę nie pomyślałam o cesarce. Prawie cały poród spędziłam na kolanach opierając się o podnóżek łóżka. Parłam sobie w ciszy, krzyk nie był mi w ogóle potrzebny. Dopiero pod koniec za sugestią pań usiadłam na łóżku, zresztą sama czułam potrzebę zmiany pozycji (zadziwiło mnie ich niesamowite wyczucie). Obie panie zgodnie stwierdziły, że trzeba naciąć, nie chciałam być nacinania, ale im całkowicie ufałam i wiedziałam, że bez powodu tego nie proponują. Jeszcze dwa parcia i synek (3540g, 55cm) już był na moim brzuchu tj. o 7:45.

Boże, udało się, zrobiłam to, urodziłam! 😉 Mąż przecina pępowinę, rodzę łożysko pani doktor zabiera się za szycie. A ja leżę sobie z malutkim skarbem i wcale nie płaczę ze szczęścia, tylko czuję niesamowity spokój, trudny do opisania, a w sercu ogromną radość. Dałam radę, przyszedłeś Adasiu na świat w tak piękne święto, w Boże Ciało, nie mogłeś wybrać lepszego terminu! Zabierają mi go na chwilkę, bada go pediatra i wraca do mnie, ssie pięknie pierś i spokojnie zasypia. Jego cieplutkie ciałko na moim brzuchu – jedno z najprzyjemniejszych uczuć, cudowny, błogi stan. Położna przynosi mi herbatę – jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała mi herbata z worka (piję tylko liściastą), aż poprosiłam o drugą 😉 a męża wysłałam po kanapki do domu, byłam mega głodna 😉 Po dość krótkim czasie przenieśli mnie na oddział. Musiałam dość szybko zwolnić miejsce, bo kolejne panie czekały na salę 😉

Po południu męża wysyłam do domu, bo starszy braciszek czeka, a my z synkiem zostajemy sami. Śpi to maleństwo obok mnie a ja płaczę ze szczęścia – synek, daliśmy oboje radę… Poród to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie dane mi było przeżyć. Trudno mi opisać słowami, co wtedy czułam, ale na pewno niewyobrażalne szczęście i spełnienie. Poród to cud. Dziękuję Ci, Boże, że mogłam tego cudu doświadczyć.
Zdaję sobie sprawę, jaka jest różnica między porodem naturalnym a drogami natury, ale mimo tego nacięcia dla mnie to był i będzie poród naturalny. Nie spodziewałam się, że będzie on miał tak szybki przebieg. Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobraziłam sobie, że będzie tak pięknie. Poród niesamowicie mnie umocnił, przywrócił wiarę we własne możliwości, dowartościował jako kobietę. Kiedy wspominam te magiczne chwile zawsze przychodzi mi jedna myśl – chcę przeżyć to jeszcze raz… 😉

Korzystając z okazji chciałabym bardzo podziękować autorce tego bloga za kawał dobrej roboty, jaką wykonuje, za wsparcie i słowa otuchy. Dziękuję również mojej położnej i pani ginekolog, że mocno wierzą w siłę kobiecej natury i dają szansę takim przypadkom, jak mój 😉

A na koniec słowa wdzięczności kieruję do mojego męża – dziękuję mu za optymistyczne nastawienie, wiarę we mnie, nieocenione wsparcie – za to, że po prostu był.

Jestem z siebie taka dumna! (Warszawa)

Historia  Eweliny kończy się happy endem, choć postawa i zachowanie personelu medycznego budzi co najmniej mieszane uczucia. Ale chyba ważniejsza w tej opowieści jest kobieca siła i duma spełnionej mamy:)

Moja pierwsza ciąża była zaskoczeniem. Trafiło się i musiałam się jakoś przyzwyczaić do tej myśli. Przez pierwsze trzy miesiące byłam nastawiona na cc. Moja mama miała trzy cesarki i ta droga wydawala mi się łatwiejsza. Długo też zakładałam, że nie będę karmić piersą. Szczęście, że ciąża przebiegała prawidłowo. Musiałam leczyć co prawda niedoczynność tarczycy i cukrzycę ciążową, ale poza tym czułam się naprawdę dobrze. Termin porodu miałam na 20.10.13r. i z dnia na dzień coraz bardziej cieszyłam się, że tak los pokierował moim życiem. Z czasem poród siłami natury i karmienie piersią stały się dla mnie naturalną opcją.

Biorąc pod uwagę ciąże w najbliższej rodzinie spodziewałam się porodu grubo po terminie. A tu 11.10 od 18 zaczęły się skurcze. O godzinie 22 zdecydowaliśmy się jechać do szpitala, godzinę później byliśmy na IP, a tam przetrzymali mnie do 3 rano każąc chodzić po korytarzu, żeby sprawdzić czy akcja się rozwija. Potem trafiliśmy na jednoosobową salę, kiedy położyłam się na łóżku zasnęłam ze zmęczenia, bo była to już moja druga nieprzespana noc. O 9 upuszczono mi wody i zrobiono masaż szyjki, żeby przyspieszyć poród. Położna stwierdziła, że do 14 na pewno urodzę. Bólu nie czułam, ćmiło mnie tylko lekko w części lędźwiowej kręgosłupa, więc byłam bardzo pozytywnie nastawiona. O 13 miałam 5 cm rozwarcia i skurcze zaczęły troszkę boleć. Ze strachu poprosiłam o zzo, podali od razu. Po godzinie akcja całkiem się zatrzymała. Lekarze zdecydowali, że poczekają chwilę, aż znieczulenie przestanie działać i jeśli wtedy akcja nie wróci podadzą oksytocynę. Nie wróciła.

Po 15 dostałam kroplówkę i tętno synka momentalnie zaczęło spadać. Decyzja o cc. Rozbeczałam się. W pierwszym momencie nie chciałam podpisać zgody, ale lekarka ostro uswiadomiła mnie co będzie jeśli się nie zgodzę. Podpisałam, przebrałam się w krótką koszulkę, dostałam buzi od męża i zabrali mnie na operacyjną.

Płakałam cały czas. Stukali mnie zimnym stępelkiem by sprawdzić czucie, maska na twarz i płynę. Wokół kręcą się lampy, potem się rozmywają i słyszę „chce pani dziecko”. Jestem ledwo przytomna, przstawiają mi Felcia do twarzy, nie mam nawet siły go pocałować, stykamy się tylko policzkami. Maska na twarz, znów płynę wśród lamp. Zdejmują maskę, czuję jak przekładają moje bezwładne ciało na drugie łóżko.

Cała się trzęsę, znów łzy w oczach, jadę gdzieś, małego nie ma. Kątem oka widzę męża z białym zawiniątkiem na rękach na korytarzu. Wstawiają łóżko ze mną na pooperacyjną, zasypiam. Chwilę później budzi mnie mąż, głaszcząć mnie po twarzy. Feliks leży pod jakimiś lampami metr ode mnie. Zdążyłam zamienić z mężem kilka znań i położne wyprosiły go z sali, ma przyjechać następnego dnia. Jest już ciemno, a położna mnie budzi i pyta czy chcę nakarmić synka. Próbujemy przystawić go do piersi, ślicznie zasysa i ćlumka sobie, pierwszy raz go dotykam. Po nakarmieniu położna odkłada go pod lampy. O drugiej w nocy budzą mnie, pionizują i każą iść się umyć. Musiałam przejść przez cały korytarz do łazienki w koszuli która sięgała mi do połowy pupy, nikt mi nie pomógł się umyć.

Na następny dzień zaczęły się problemy z karmieniem, sutki popękane, a mały źle chwytał pierś i płakał z głodu. Proszę położną laktacyjną o pomoc, myślałam, że nie mam mleka i dlatego Feliks tak płacze przy przystawieniu do piersi. Położna złapała moją pierś, powiedziała, że siary jest dużo i poszła sobie. Mały darł się jak szalony w nocy, kolejną to samo. Spadł z wagi ponad 10%, kazali dokarmić mm. I w ten sposób mały całkiem zrezygnował z piersi, wybrał butlę. Mimo tego, że mleka miałam rzekę. Do końca stycznia odciągałam pokarm i mu podawałałam. Potem się poddałam. Czułam się z tym wszystkim fatalnie. Czułam się złą matką. Wyrzucałam sobie, że przecież sama tego chciałam – i cesarki, i karmienia butelką.

Kiedy mały skończył pół roku podjęliśmy decyzję o kolejnym dziecku. Konsultowałam się z wieloma lakarzami. Postanowiłam zajść w ciążę około roku po cc. Na początku sierpnia wyliczyłam, że owulację będę mieć tydzień przed urodzinami małego i na wtedy zaplanowałam starania. Umówiłam się na początek września do ginekologa-endokrynologa, żeby upewnić się czy wszystko ok. Jednak złożyło sie inaczej i 24 sierpnia na teście zobaczyłam cieniutką, ledwo widoczna kreseczkę. Od razu pobiegłam na betę i kolejne badanie hormonów tarczycy. Jest ciąża, ale tarczyca poza normą. Wizyta, zmiana dawki leku i termin porodu na 5 maja.

W ciąży znów przypałętała mi się cukrzyca ciążowa. Poza tym wszystko ok. Aż do 30 tc kiedy rano zaczęłam mieć silne skurcze. Prysznic, nospa i magnez. Coraz częstsze i mocniejsze. Jedziemy do najbliższego szpitala. Tutaj szczerze odradzam szpital w Wołominie. Po zbadaniu szyjki odmówiono mi ktg, a lakarka nazwała mnie panikującą małolatą. Nie wiem czy to była odwaga czy głupota, że przy skurczach co 3 minuty wszłam ze szpitala i w godzinach porannych czyli największych korków pojechałam do Warszawy, do tego samego szpitala gdzie rodziłam wcześniej. Okazło się, że jednak rodzę. Przyjęli mnie na blok porodowy, podali tokolizę i zastrzyki na rozwój płuc. Zrobili usg, 30tc, a mała waży 2200! Jeśli zatrzymamy skurcze to przy właściwej dacie szykuje się cc. Byłam tam ponad tydzień i poznałam chyba wszystkie położne. Miłe i pomocne kobiety, tylko jedna strasznie złośliwa. Mimo pozwolenia lekarzy nie dawałą mi iść do toalety tylko podawała basen. Więcej musiałam się nagimnastykować i ponapinać mięśni sama go sobie podkładając niż gdybym po prostu poszła do łazienki. I to wszystko przy zapalonym świetle i w trzyosobowej sali. Na szczęście poród szybko się wyciszył i po przeniesieniu na patologię mogłam wracać do domu, do synka. Zdecydowałam, że mimo wcześniejszych doświadczeń znów będę tam rodzić.

21.04 czyli równe 38 tygodni ciąży na wizycie gin zrobiła mi delikatny masaż szyjki, wieczorem odeszło mi sporo krwawego czopa. W środę pojechałam na ktg i lekarz dyżurujący po zapoznaniu się z moim wywiadem położniczym skierował mnie na usg na cito. Wyszło, że blizna ma 2,5mm, a mała waży 3824g. Uznał, że lepiej nie ryzykować i umówił mnie na cc. Ze względu na brak terminów dopiero na 8 maja. Ale kazał codziennie zgłaszać się do siebie, bo może coś się zwolni i mnie przyjmą.

Wieczorem jak zawsze złapały mnie skurcze. Przyzwyczajona nawet za bardzo ich nie liczyłam i normalnie położyłam się spać. O 6 obudził mnie silny skurcz, zaczęłam odmierzać czas. Były co 7 minut. Myślę, no to norma, przejdą jak zawsze. Poszłam pod prysznic, a skurcze się nasiliły i zrobiły trochę bolesne. Wzięłam nospę i magnez, ale nie przechodziło. Nadal bez przekonania kazałam męzowi pakować się do auta. Zawieźliśmy małego do mojej mamy i przez całą drogę byliśmy przekonani, że nas zawrócą z IP.
Na izbie byliśmy przed 9 i rzeczywiście po badaniu szyjki położna stwierdziła, że rozwarcie na dwa palce jest, ale to na pewno jeszcze nie dziś, bo szyjka jeszcze nie do końca zgładzona. Mówię, że skurcze są, więc podłączyła mnie pod ktg. Okazało się, że rodzę tylko znów za wcześnie przyjechałam. Po pół godziny pod ktg przyszedł wujek męża (pracuje w tym szpitalu) i powiedział lekarce o wczorajszym wyniku usg, ja jakoś kompletnie o tym zapomniałam. Przy okazji okazało się, że jedno planowane ciecie jest odwołane i możliwe było, że wskoczę na to miejsce. Wtedy już sama nie wiedziałam czy tak bardzo zależy mi na sn. Łatwej będzie położyć sie na stół skoro jest taka opcja. Złapałam jeszcze na korytarzu lekarza, który dzień wcześniej kierował mnie na cięcie. Poprosiłam, by zadzwonił na porodowy i upomniał się o to moje cc, skoro mają wolną salę.
Kazałam pójść mężowi po rzeczy do samochodu i przebrałam się w koszulę. Jako, że nie wiedzieliśmy jaka będzie w końcu decyzja odnośnie rodzaju porodu mąż został w swoich ubraniach. Na porodowym dostaliśmy swoją salę i czekaliśmy na koniec obchodu. Po usg dwójce lekarzy wyszło, że mała waży około 3600, więc spokojnie mogę próbować sn. Ale nie pytali mnie tylko poinformowali o tym i o tym, że mam 50% szans na powodzenie. Tak więc mąż poszedł po szpitalne ciuszki dla tatusiów.
I tak sobie zaczęliśmy rodzić.

Skurcze bolały z kręgosłupa, ale był to ból tylko troszkę silniejszy niż okresowy. Żałuję, że nie trafiłam na „Naturalnie po cesarce” wcześniej, wtedy ten poród byłby na pewno lepszy. Podobno ze względu na cukrzycę ciążową i spadek tętna przy poprzednim porodzie musiałam być przez cały poród podłączona pod ktg. I tak sobie leżałam i gadałam z mężem. co jakiś czas przychodziła położna i badała, dwa razy pozwolili mi wyjść pod prysznic. I tak do 13 kiedy po raz kolejny okazało się, że nic a nic się nie rusza, cały czas 5 cm rozwarcia. Poprosiłam o piłkę, licząc, że ruch spowoduje, że akcja jakoś się wreszcie konkretnie zacznie. Bałam się, że znów skończy się na cc, poprzednio też przeiceż doszło tylko do 5 cm. Przed 15 na badaniu znów okazało się, że niewiele się ruszyło, ledwo szyjka troszkę krótsza się zrobiła. Rozryczałam się już z tego wszystkiego. Położna zaproponowała masaż szyjki, zgodziłam się. Jak tylko zaczęła masować, mówi, że wody mi się sączą i czy upuścić ich więcej. Nie wiem czemu znów się zgodziłam.
Zaczęło boleć, skurcze po kolejnych dwóch godzinach zrobiły się tak bolesne, że miałam łzy w oczach ze strachu przed każdym kolejnym. Michałowi trułam, że trzeba było walczyć o cc. Kazałam mu zawołać lekarza, przyszedł i prosiłam o ZZO. Ale po badaniu okazało się, że nadal mam te 5cm! Więc jest za wcześnie. A ja znowu w bek, bo co znów po tylu godzinach mnie potną? Lekarz stwierdził, że teraz to tylko gaz rozweselający mogą mi podać. Próbowałam tym oddychać, ale nie dawałam rady kompletnie się na tym skoncentrować. Z bólu zaczęło mnie wykręcać po całym łóżku, pasy od ktg zaczęły mi się zsuwać. Położna która przyszła kazała Michałowi ręcznie przy każdym moim skurczu łapać tętno dziecka.
O 18.50 po raz kolejny posłałam męża po lekarza. Już całkiem styrana przez te skurcze mówię, że albo dają mi zzo albo chcę cesarkę. Zbadał mnie i hura! 6 cm! Niby tylko cm więcej ale można podać znieczulenie. O 19 była zmiana położnych. Pamiętacie jak leżałam z tym przedwczesnym porodem i oceniłam wszystkie położne bardzo pozytywnie i stwierdziłam, że była tylko jedna wredna, ale za to tej wredoty miała za cały oddział? No to już wiecie kto stanął w drzwiach po zmianie. Anestezjolog przyszedł po kolejnych 20 minutach. Byłam już taka wkurzona na wszystko, a ten mnie opieprza, że nie wypada tak się rzucać podczas skurczy! Serio?! A ja kompletnie nie dawałam już rady, reakcje mojego ciała były całkiem poza mną. A tu trzeba być przez chwilę w bezruchu. Więc znieczulenie dostałam dopiero o 19:30, odwróciłam się na plecy i miałam tak leżeć do czasu aż znieczulenie zacznie działać, czyli 15 minut.
Położna mnie bada i mówi 8 cm! Od razu skurcze jakieś przyjemniejsze się zrobiły i leżenie na wznak nie było takie złe. Po chwili czuję zsuwającą się główkę i drę się do położnej, że mała schodzi niżej. Ta, że niemożliwe jeszcze i żebym się nie darła tak, bo przestraszę inne rodzące. A ja krzyczę, że wiem co czuję, zresztą koleżanki opisywały, że parte to uczucie jakby się kupę chciało i ja właśnie to czuję. (No musiałam jej to jakoś wytłumaczyć, bo wrażenie miałam jakby mała miała zaraz wypaść). Położna razem z asystentką anestazjologa znów mi trują, żebym nie krzyczała. Ale to nie był krzyk bólu tylko strachu. Wołałam położną by podeszła mi miedzy nogi. Główka znów się zsunęła i jednocześnie trysnęły mi wody. Prawie wycelowałam w tą durną położną. Wreszcie skumała, że nie panikuję tylko mała jest już bardzo nisko. Zerknęła, kazała szybko wołać neonatologów i sama zaczęła się pospiesznie ubierać w kitel. Nagle zrobiło się dużo ludzi wokół, dwóch ginekologów, dwie położne, dwóch studentów i dwójka neonatologów. Ktoś przemontowuje łóżko tak żeby były te podpórki na nogi. Każą przeć. Jedno parcie – główka. Dopingują, że pięknie prę i żeby tak dalej, każą oddychać. Nie słucham ich w ogóle. Drugie parcie cała Bianiutka. O 19:36 po 6 minutach II okresu porodu. Końcówka poszła naprawdę ekspresowo i prócz nacięcia nic nie bolała mimo tego, że znieczulenie nie zdążyło do końca zadziałać. To był po prostu wysiłek jakbym biegła na Mont Everest. Jak tylko położyli mi malutką na piersi, asystentka anestazjolga przeprosiła mnie i powiedziała, że musiały być ostre, bo bały się, że będę źle oddychać i zrobię krzywdę dziecku. Pochwaliła mnie, że po tym co odwalałam to II faza była super i oby więcej takich końcówek. Gdybym się tak nie cieszyła to bym ją chyba udusiła. Szkoda gadać.
Mąż cały czas był przy mnie, czas tak szybko leciał, że cały dzień razem ze mną nic nie jadł. Pozwalał mi nawet gryźć siebie w palce. Po wszystkim przeciął pępowinę i tulał i cmokał na zmianę mnie i małą. Dobrze było mieć go obok, choć właściwie był tylko tłem do całego wydarzenia.

Okazało się, że Bianka ważyła 3890 i mierzyła 59 cm. Wielka babka. A ja półtora roku i jedenaście dni po cc urodziłam ją siłami natury. Nadal nie mogę wyjść z podziwu dla samej siebie.

Teraz mogę wysłać to co przygotowałam wcześniej, z dopiskiem, że już ponad pół roku karmimy się piersią bez dokarmiania mm ( no prócz jednego dnia gdy mała miała silną żółtaczkę).

Dziewczyny powodzenia dla Was! Da się nawet krótko po cc urodzić blisko 4kg dziecko, da się! I nawet jak macie wątpliwości to różne scenariusze mogą się wydarzyć. Tak naprawdę to nie ja zdecydowałam o rodzaju porodu. Do ostatniej chwili liczyłam gdzieś tam w środku na drugie cc. Ale jednak wyszło inaczej i jestem z siebie taka dumna!

„Skąd się u Pani wzieła taka mądrość?” (Warszawa)

15 dni po terminie, mimo okresowej tachykardii w zapisie KTG, z pomocą cewnika Foleya i 2 dawek oksytocyny, mimo odejścia zielonych wód płodowych podczas akcji porodowej – szczęśliwy VBAC – z wiarą, że się uda, z dużą świadomością po stronie rodziców, ze spokojnym wsparciem personelu, bez popędzania i straszenia. Oto inspirująca historia porodu Anny:

Moją historia rozpoczyna się w czerwcu 2013 roku, kiedy to na świat przyszedł mój syn Szymon. Od początku było wiadomo, że będzie on dużym chłopcem – wyprzedzał wszystkie terminy i wymiary o 2-3 tygodnie. Byłam przygotowana na wcześniejszy poród, ale niestety nic na niego nie zapowiadało.. Gdy minął 7 dzień od terminu postanowiono zostawić mnie już do końca na oddziale patologii ciąży. Przyjęto mnie w piątek, bezczynnie i bezowocnie przeleżałam weekend. W poniedziałek wykonano powtórnie wszystkie badania i podjęto wstepną decyzję – „Syn jest za duży, by urodziła go Pani sama”. Dodatkowo było już 10 dni po terminie, no więc trzeba ciąć. Wtedy stchórzyłam i zgodziłam się na cc. Teraz poczekałabym chociaż do pierwszych oznak porodu. I tak po 11 dniach od terminu na zimno przyszedł na świat Szymon – 4804g/63cm szczęścia. Dostał 9/10 w skali Apgar – przez cc nie mógł się rozprężyć i miał kłopoty z oddychaniem. Zabrano go na OIOM noworodkowy gdzie saturacja wykazywała ok. 60%. Ja mogłam zobaczyć syna dopiero po 24h gdy było już lepiej. Wtedy też mogłam go pierwszy raz nakarmić (wcześniej bez mojej zgody karmiony był mm). Już wtedy wiedziałam, że będę robić wszystko, by drugie dziecko przyszło na świat siłami natury i nie powtórzyła się ta sytuacja. Mimo, że nastepnego dnia po cc czułam się już całkiem nieźle, nie chciałam przeżywać tego drugi raz.

Gdy w styczniu tego roku dowiedzieliśmy się z mężem, że po raz drugi zostaniemy rodzicami, bardzo się ucieszyliśmy 🙂 Moja ciąża przebiegała bardzo podobnie do pierwszej – przynajmniej na początku. Tym razem byłam od początku nastawiona na poród siłami natury. Wszystko szło zgodnie z planem. Malutka od początku rosła książkowo a terminy porodu z OM i USG różniły się zaledwie o 4 dni, więc żadna różnica 🙂 Wiedziałam, że w związku z tym żadne cc nie wchodzi w grę. Mimo to kazano mi zgłosić się na kwalifikację do porodu siłami natury do ordynatora szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Pan doktor był jak najbardziej za moją próbą vbac – „Córka nie jest duża, jeżeli Pani chce proszę próbować – cesarkę zawsze zdąrzymy zrobić”. Te słowa bardzo podniosły mnie na duchu 🙂 Około 36tc podczas rutynowego badania USG okazało się, że Młoda ma za mały brzuszek w stosunku do reszty ciała – podejrzewano hipotrofię i kazano powtórzyć badanie za tydzień. Na szczęście po tygodniu wszystko się unormowało i nie groziło nam cc.

I tak rosłyśmy sobie kolejne tygodnie (znaczy córka rosła, bo ja nie przytyłam w ciąży ani kilograma :P) aż przyszedł termin porodu. Do tego czasu chodziłam na badania KTG, które wskazywały, że wszystko jest w porzadku. Gdy minął tydzień od terminu OM po raz pierwszy kazano mi się zgłosić na oddział patologii ciąży.. O nie, nie.. nie położyłam się, po co? Skoro wszystko jest OK, mogę równie dobrze przyjeżdżać na KTG z domu i czekać na rozwój akcji a nie leżeć bezczynnie na oddziale. Tak też było, KTG co dwa dni. Wyniki zaczynały być coraz gorsze, prawie za każdym razem na badaniu Młoda szalała – tętno wskazywało 160-180 ud/min. Postanowiono, że tym razem bezpieczniej będzie jeżeli już się położę na oddział i będę pod stałym „monitoringiem”. Była niedziela – 12 dni po terminie OM (8 z USG). Ja oczywiście dalej nie chciałam nawet słyszeć o cc. Na patologii znów KTG i znów tachykardia – decyzja: jedziemy na porodówkę poobserwować. Spędziłam noc na sali porodowej podpięta pod KTG – przerwy na siusiu, co ok. 3godziny. Dalej tachykardia. „Może Pani iść na górę po najpotrzebniejsze rzeczy, do rana tu zostajemy”.

Cały czas pisałam z Mężem i relacjonowałam mu co się dzieje, by w razie czego mógł przyjechać. Martwiły mnie te wyniki KTG, jednak co jakiś czas Młoda uspokajała się i zapis był prawidłowy – byłam więc pewna, że po prostu przeżywa ze mną nową sytuację, w której się znalazłyśmy. W poniedziałek rano zapadła decyzja, że wynik obserwacji jest na tyle dobry, że mogę wracać na patologię na obchód. Tu pojawiła się jedyna położna, która była na tyle „miła” i chciała mi ulżyć w cierpieniach proponując cc – „oo duże ryzyko, nic się nie dzieje, ja bym poprosiła na Pani miejscu o cięcie..” Tak, tak.. nie po to walczymy tyle czasu, by się teraz tak po prostu poddać. Na szczęście to była jedyna osoba, która chciała zrujnować moje plany o udanym vbacu.

Na obchodzie na patologii pojawił się mój ukochany ordynator, który kwalifikował mnie do porodu SN. Wyniki morfologii się polepszyły (całe dwie ciąze miałam anemię), więc jeżeli nadal chcę próbować rodzić sama, to powoli spróbujemy się przygotować. Mamy jeszcze chwilę czasu do soboty (wtedy mijały 2 tyg. od terminu USG – taki trochę deadline, ale ordynator nie użył słowa „cesarka”). Przygotujmy szyjkę cewnikiem.

I tak o 14 założono mi cewnik Foleya (zero rozwarcia, szyjka twarda, długa na 2,5cm). Niezbyt przyjemne doświadczenie rurki między nogami, ale czego się nie robi dla dziecka 🙂 Pojawiły się skurcze – dość bolesne, ale do wytrzymania i nieregularne – no ale zawsze to coś. Odszedł czop. Na KTG dalej co jakiś czas tachykardia, ale już z przewagą dobrego zapisu. Noc przespałam. Rano o 9 następnego dnia (wtorek – 6.10) zdjęto cewnik. Szyjka dalej długa, ale już mięciutka i rozwarcie na (naciągane) 2 palce – więc cewnik spełnił swą funkcję – przygotował szyjkę na indukcję oksytocyną.

Zadzwoniłam po Męża – „Przyjeżdzaj na porodówkę, będziemy indukować”. O 14 zeszłam na dół na porodówkę, gdzie miła Pani położna przywitała mnie słowami: „Oo Pani z 10.10, córka na pewno czeka do Pani urodzin i chce Pani zrobić prezent :)”. Dostałam salę i czekałam na Męża. Ten po drodze zabrał wszystkie moje i córy rzeczy z patologii – „Już tam Pani nie wróci – wymęczymy Was do końca ;)”.

O 16 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. Miałam być podłączona na 6 godzin na razie i zobaczymy co dalej. Mój organizm od początku pięknie reagował, nawet na najmniejszą dawkę – pojawiły się skurcze, jeszcze nie jakieś super bolesne, ale rozwarcie nie specjalnie rosło. Cały czas był ze mną Mąż, cały czas słuchaliśmy muzyki i na skurczach śpiewaliśmy – było wesoło i na luzie. Swoją drogą szanty i piosenki dziecięce są bardzo fajne do śpiewania zamiast krzyczenia na skurczach 😉 Bardzo też pomagało skakanie na piłce na skurczach – które już były coraz bardziej bolesne. O 23 odłączono oksytocynę – skurcze dalej były, więc super – coś tam się jednak dzieje. Rozwarcie – ledwie na 3 palce i to tak na ścisk. Decyzja: odpoczywamy i zobaczymy co będzie rano. W nocy dalej skurcze, ale mniej regularne i trochę cichły. Udało mi się przespać i zregenerować siły. Mąż spał na podłodze – on się bardziej nie wyspał niż ja. Rano skurcze już nieznaczne. Przyniesiono śniadanie, ale nie pozwolono mi go jeść do obchodu. O ósmej obchód. „Co robimy?” – „Dajemy drugą dawkę oxy, przebijamy pęcherz (po 6h), ja biorę Panią, trochę ją zmęczę, poćwiczymy i niech rodzi” – powiedziała z uśmiechem położna. „No dobra do północy Pani urodzi :)”. Gdy wyszli położna ze mną została, kazała się umyć, zjeść śniadanko i jak będę gotowa to dać znać to zaczniemy działać.

O 9 podłączyła mi drugą dawkę oksytocyny. Od początku skurcze były bardziej bolesne niż wcześniej (to dobry znak – pomyślałam), nawet piłka przestała dawać ulgę. Ale jeszcze szło wytrzymać. Na KTG zapis w miarę prawidłowy i regularne skurcze 🙂 Uda się! O 11 przyszła położna, sprawdzić co tam u nas słychać z rozwarciem. Położyłam się na łóżku i trach! – „to chyba wody?” – „no chyba tak, zielone ale to nic, kobiety, które rodzą w 38tc też nieraz takie mają – jest OK :)” Rozwarcie: takie słuszne 4 cm. Więc coś się dzieje 🙂 Jeszcze wytrzymałam z pół godziny skurczy i poprosiłam Męża, by zamówił mi znieczulenie. Przyszła Pani anestezjolog, zrobiła obszerny wywiad (wyśpiewałam Pani odpowiedzi na pytania do piosenki „Mam tę moc” :P) i podała znieczulenie (brr okropność ale za to jaka ulga). Poleżałam sobie troszkę i odpoczełam – nic mnie nie bolało a rozwarcie rosło 🙂 Przyszła Pani położna – „Jak będzie Pani czuła parcie, proszę wołać”. OK.

Nie minęło 5 minut jak krzyczałam do Męża, by wołał Panią Wiolę. „To co, rodzimy? Lekarz powiedział, że do której Pani urodzi? Do północy? To działamy”. Kazała podnieść nogę do góry i spróbować przeć. Taaa gdybym jeszcze wiedziała jak 😛 „To ma być parcie, chyba na prawdę chcesz urodzić o północy” – powiedziała mi z uśmiechem 🙂 Wytłumaczyła mi jak prawidłowo to robić. Mąż cały czas głaskał mnie po głowie i wspierał. „Już chwilkę, widzę już głowę 🙂 zaraz będzie po wszystkim”. Krzyczałam głośno – to było silniejsze ode mnie i jednocześnie bardzo mi pomagało. „Nie dam rady! Nie prawda! Dam radę!!!” 20 minut skurczy partych i Olga wylądowała na moich piersiach 🙂 Okazało się, że była dwukrotnie owinięta pępowiną wokół szyi – stąd tachykardia. Cały ból odszedł, pojawiły się łzy radości – u mnie i u Męża. UDAŁO SIĘ! Druga najszczęśliwsza chwila w moim życiu (po narodzinach syna). Tuliliśmy się we trójkę 🙂 Pani doktor, która była przy porodzie, w tym czasie podała mi małą dawkę oksytocyny bym urodziła łożysko, ale Pani Wiola w tym czasie zgrabnie je wyciagnęła, ku jej zdziwieniu 😛 Po zszyciu mnie (delikatnie pękła mi warga – położna pięknie ochroniła mi krocze – „nie lubię szyć, to nie nacinam :)”) wszyscy wyszli i zostawili nas samych na dobre dwie godzinki 🙂

an

Przystawiłam córę do piersi – no pięknie się przyssała 🙂 Cudowne uczucie 🙂 Zostałam przez córę ochrzczona na dzień dobry – i siusiu i smółka wylądowała na moim brzuchu, ale i tak było mi nieziemsko 🙂 Po dwóch godzinach przyszła Pani Wiola – podmyła Olgę, zważyła i pomierzyła. Nie taka malutka – 3695g, 56 cm. 9 (a ostatecznie 10) punktów w skali Apgar (za siną skórę na początku).

olga

Dostaliśmy jeszcze chwilę, by się ogarnąć po wszystkim, po czym pojechaliśmy na oddział położniczy 🙂 Na odchodne otrzymałam gratulacje od położnych, które były ze mną przez te dni, a od Pani Wioli pytanie: „Skąd się u Pani wzięła taka mądrość, większość kobiet już dawno wybrałaby cc?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć, dla mnie to było tak oczywiste, że urodzę Olgę naturalnie, że nie dopuszczałam w ogóle innej opcji. „Gratuluję Pani Aniu, mądra z Pani kobieta”. Poczułam się bardzo dumna z siebie i Męża. Gdyby nie on byłoby mi na pewno trudniej znieść poród.

Na mój udany vbac złożyło się kilka czynników: po pierwsze wiara w to, że się uda – nie można się poddać i zwątpić; po drugie: wsparcie ukochanej osoby i po trzecie: przychylny personel. W moim przypadku te czynniki okazały się najważniejsze, jednak jak wiadomo każdy poród jest inny, czasami wystarczy po prostu szczęście.

Olga urodziła się 7.10 o g. 13:43 po 15 dniach od terminu OM. Nie doczekała do mamusinych urodzin 10.10, ale i tak jest najcudowniejszym prezentem jaki mogłam dostać od losu. Warto było na nią tyle czekać 🙂

olg2

Adaś – Lipcowa Niespodzianka (Łódź)

Radość i poczucie spełnienia, które przeważają każdy ból i trud. Oto co kobiecie daje szczęśliwy poród (VBAC w szczególności). Zapraszam do lektury historii Igi:

 

20 lipca 2015 roku przyszedł na świat Adaś – nasza lipcowa niespodzianka. Miał się urodzić pod koniec sierpnia, 5 tygodni później. W ciąży nic nie wskazywało na to, że synek zawita do nas w środku wakacji, wręcz byłam zaskoczona miękkością swojego brzucha, który w poprzedniej ciąży przez cały czas był twardy jak kamień – i ponieważ pierwszy synek urodził się 3 tygodnie wcześniej, zakładałam, że ten na pewno posiedzi dłużej w moim brzuchu.

No właśnie – środek wakacji. Piękne lato. Już kilka miesięcy wcześniej planowaliśmy, że skorzystamy z jego uroków w początkach lipca i jako harcerska rodzina z krwi i kości pojedziemy na obóz. Niedługo przed wyjazdem wizyta kontrolna, USG i zielone światło – lekarz nie widział przeciwwskazań do wyjazdu. W tamtym czasie mój miękki brzuch trochę zaczął mi twardnieć co jakiś czas, ale lekarz zalecił magnez, a ja też tym się mocno nie przejęłam – no przecież macica musi ćwiczyć.

Ne wiem czemu, ale pierwszym i najważniejszym krokiem przed wyjazdem nie było spakowane całej naszej trójki (to w drugiej kolejności), ale naszykowanie wyprawki dla najmłodszego. To był mój warunek numer jeden – nie jedziemy, póki wszystko nie będzie gotowe. I tak wyprałam wszystkie ciuszki, trochę dokupiłam, umyłam wózek, fotelik… Na „po powrocie” zostało parę drobiazgów.

Pojechaliśmy. Las, jezioro, brak prądu i bieżącej wody, namioty… Raj! Raj dla mnie, dla męża i dla dwulatka. Byłam bardzo szczęśliwa, że się udało i że będzie nam dane spędzić choć ułamek lata w takich okolicznościach. Tylko twardnienia brzucha coraz częstsze i silniejsze – aż czułam, ze powinnam przystopować i siedzieć. Faszerowałam się więc magnezem i kiedy mogłam to siadałam – ale kto ma dwulatka w domu wie, jak często można sobie na to pozwolić 😉

Drugiego dnia pobytu poszliśmy wieczorem nad jezioro. Dzień był upalny, wieczór ciepły, więc taka wieczorna kąpiel w sam raz, rozkosz… W drodze powrotnej dopadły mnie jakieś bolesne kopniaki w dole brzucha – no aż się musiałam zginać pół (swoją drogą – jakie kopniaki w dole?! – całą niemal ciążę drżałam o ułożenie malucha, bo poprzedni ułożył się pośladkowo, czym zmusił mnie do cc, no ale tym razem USG w 30 tygodniu pokazało jednoznacznie, że głowa w dole…). Doszliśmy jakoś do obozu, zdejmuję z siebie mokry kostium, a tam plama czerwonej krwi…! Serce zabiło, ubrałam się, idę do męża i mówię, ze jedziemy do szpitala. On nie mniej przerażony ode mnie zapakował tylko starszego, chwycił jakiś chleb i pojechaliśmy. Całe szczęście przed wyjazdem na obóz sprawdziłam szpitale w okolicy – promieniu 40km same z I stopniem referencyjności, więc jak bym miała rodzić wcześniaka, to lepiej w Poznaniu. No ale założyłam, że nie rodzę, więc pojechaliśmy do małego szpitala w okolicy. Spędziłam tam dwa tygodnie podpięta cały czas do pompy z lekami, które miały zatrzymać skurcze (bo moje twardnienia okazały się być skurczami o wartościach dochodzących momentami do 99 – więcej tamtejsze KTG nie pokazywało). I to była taka ironia losu – leżałam na sali z dziewczynami po terminie, które modliły się o skurcze – a ja się modliłam, żeby ich nie było.

USG przy przyjęciu pokazało, że mały się obrócił jednak pupą w dół i to mnie zdołowało chyba najbardziej w tej sytuacji, bo rozwiewało moje marzenia o sn… Robiłam sobie jednak nadzieje, bo miałam wrażenie, ze czuję nogi ciągle w innych miejscach – i faktycznie – USG przy wypisie znowu pokazało głowę w dole Ale ponieważ jeszcze na tym etapie takie akrobacje miały miejsce u mnie w brzuchu, postanowiłam nie przyzwyczajać się do tej myśli i uznałam, że najistotniejsze jest i tak to, jak część ciała będzie w dole w momencie porodu, nie teraz.

Kiedy wychodziłam ze szpitala, leki już nie pomagały. Ale wyszłam, bo szpital nie mógł dłużej mnie trzymać ze względu na swój stopień referencyjności. Powinni mnie przewieźć do szpitala z wyższym stopniem, ale my woleliśmy wrócić już do Łodzi, tym bardziej, że kolejnego dnia miałam wizytę kwalifikacyjną w szpitalu, w którym chciałam rodzić. To była niedziela. W czasie drogi moje twardnienia były podejrzanie regularne i częste, ale cały czas niebolesne. Mężowi nic nie mówiłam, a sama ukradkiem starałam się wyszperać, co internet mówi o czyms takim 😉 Towarzyszyły mi skrajne odczucia – byłam pewna że dotrwam do wizyty kwalifikacyjnej, ale nie wiedziałam, jak długo potem – czy to będzie tydzień, czy dwa, czy jednak przenoszę.

Dojechaliśmy późnym wieczorem. W domu twardnienia cały czas silne, częste i dość regularne, ale nadal niebolesne. Stwierdziłam, że nie będę już patrzeć na zegarek – idę spać, porodu nie prześpię. Byle do rana i do wizyty.

5 rano. Z radością spostrzegłam, że jest już widno, a ja nadal nie urodziłam 🙂 Poszłam do toalety, twardnienia jak były, tak były nadal. Ale ok – mam je od dwóch tygodni i nic, także luz. Wróciłam do łóżka i w łóżku – PYK – pękł pęcherz i poczułam ciepłe wypływające wody, a wraz z nimi już bolesne skurcze, których regularności nawet nie chciało mi się liczyć. 5 godzin do wizyty. Dokładnie jak ze starszym, który wywinął mi ten sam numer i pozbył się basenu kilka godzin za wcześnie.

Dokładnie jak ze starszym lub zupełnie inaczej – wtedy pojechaliśmy do szpitala wiedząc, ze zaraz trafię na stół. Trafiliśmy w takie miejsce, w którym cesarskie cięcie było dalekie od porodu po ludzku. Wiktor po operacji trafił na 12h na salę noworodków i był karmiony butelką. Ja 12h spędziłam na sali pooperacyjnej. Mąż nie miał wstępu ani do mnie, ani do dziecka. Takie procedury.

Tym razem wybraliśmy inny szpital. Zebraliśmy się dosyć szybko, bo jednak wcześniak, a ja miałam w głowie poprzedni poród i to, że po odejściu wód na izbie przyjęć były już 4cm. Przyjechaliśmy około 6:30. Jechałam z uśmiechem na twarzy, bo czułam, że mały jest nadal głową w dół i że mam szansę na swój vbac, o którym tak marzę… Na izbie 2cm rozwarcia, co mnie trochę rozczarowało – jakoś liczyłam na więcej 😉 i lekarz, który spojrzał na mnie i z krytyczną miną powiedział – pani jest po cięciu i chce rodzić wcześniaka siłami natury?! Później dowiedział się, że byłam w szpitalu, gdzie mały dostał sterydy na rozwój płuc i zrobił mi USG, na którym z pomiarów wyszła mu waga 3100g. Pytał się czy na pewno się nie pomyliłam z datą ostatniej miesiączki i chyba uznał, że tak właśnie jest, mimo że powiedziałam mu, że znam dokładną datę owulacji 😉 W każdym razie po tym wszystkim zapadła decyzja – na porodówkę!

Porodówka była świeżo wyremontowana – oddana do użytku w marcu tego roku. Ale nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Trafiliśmy do takiej przejściowej sali, gdzie kręciło się mnóstwo osób, cały czas ktoś był. Zaznać intymności pomagała nam malutka łazienka. Sprzętów niewiele – tylko piłka i worek i w sumie mało przestrzeni do używania tego. No i ci ludzie, wszędzie ludzie. Do tego położna badająca mnie na skurczu tak boleśnie, że krzyczałam. A ona stwierdziła, że bez przesady, że przecież tam dziecko ma się zmieścić!

Było chwilę przed 7 i zaraz nadeszła nowa zmiana, a wraz z nią jakby nowy etap tego porodu. Jakoś odnaleźliśmy się w tej porodówkowej przestrzeni, a nowa położna była ciepła i sympatyczna. Dużo czasu spędzaliśmy w łazience, a poza nią zwisałam na wszystkich możliwych meblach i trochę skakałam na piłce. Tylko z ludźmi sobie nie poradziłam, ale oni jakoś z każdym centymetrem rozwarcia coraz mniej mi przeszkadzali 😉 Przed porodem czytałam o tym, jak przeżywać skurcze, żeby z każdym się otwierać i nie myśleć o nim jako o udręce tylko drodze do nowego życia. Piękne, ale gdzie tam… 😉 Naprawdę bardzo się starałam, ale i tak ból był nie do zniesienia. Im dalej w las, tym częściej miałam myśli – Boże, ja chce cc, ale niech to się już skończy! Nie wiem która była godzina, kiedy miałam kolejne badanie, ale było wtedy już 7cm. Z jednej strony byłam szczęśliwa, ze tak ładnie poszło do przodu, a z drugiej strony miałam w głowie słynny kryzys siódmego centymetra. Położyli mnie pod KTG, o zgrozo… Nic im z tego KTG nie wyszło, skurcze się nie pisały, a ja tak próbując leżeć poczułam, że dopadły mnie skurcze parte… wow, to już! Nie wiem czemu położna nie chciała mnie posadzić, ale zrozumiałam, że wolała jeszcze tą fazę przedłużyć. Ale po chwili podwyższyła mi oparcie w łóżku i wylądowałam w pozycji kucająco-siedzącej, zapierając się nogami o takie wałeczki – i ta pozycja była genialna. Położna pozwoliła mi dotknąć nadchodzącej główki. Była jak bałtycka meduza, miałam wrażenie, że jest miękka 😉 Mąż siedział obok, a ja przy skurczu wyszarpywałam mu włosy Darłam się potwornie, mąż później stwierdził, że jak tur (skąd on wie jak tur się drze?!), bo położna ukierunkowała mój wrzask w dół, kazała wydawać niskie dźwięki, więc robiłam co mogłam 😉

Nie wiem ile było partych, ale z książeczki dowiedziałam się, że trwało to 20 minut. Na jednym partym wyskoczyła główka i dopiero wtedy wiedziałam, że się udało, że już nie będzie odwrotu, że spełniłam swoje największe marzenie. Na kolejnym partym wyszło całe ciałko, które takie ciepłe i aksamitne wylądowało u mnie na brzuchu. Była 10:10. 2 lata, 4 miesiące i 8 dni po cc urodziłam drogami i siłami natury, bez znieczulenia, bez nacięcia. Jedyne co mi przechodziło wtedy przez myśl, to że to niemożliwe i powtarzałam to w kółko. Poczekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić i mąż ją przeciął. Później na chwile mnie uśpili, żeby sprawdzić stan blizny po cc. Tuliliśmy się przez kolejne 2 godziny.

iga

Adasia „wycenili” na 36/37 tydzień, dostał 9 punktów, choć początkowo powiedzieli nam, że 10. Ważył 2600g, mierzył 50cm. Nie był traktowany jako wcześniak.

20150722_183524

Poród naturalny był dla mnie drogą przez mękę, walką z niewyobrażalnym bólem, nieporównywalnym z niczym innym. I… nie oddałabym tego za nic. To było spełnienie mojej kobiecości, największego mojego zadania, leżącego u samych podstaw natury. Wspaniałe metafizyczne przeżycie, rytuał przejścia, danie nowego życia nowemu człowiekowi.

20150731_054317

O tym, że szczegóły mają znaczenie (Warszawa)

O tym, jak ważną postacią w opiece okołoporodowej jest położna i o tym, że od rodzenia można się uzależnić:) Oto historia Anny:

Ta historia nie będzie opowiadała o złych lekarzach, o niemiłych położnych. Nie będzie wyciskała łez. To historia dwóch różnych, choć momentami jakże podobnych, porodów. Cudów życia.

Wiadomość o ciąży zaskoczyła mnie. Choć nie powinna. Wszak seks bez zabezpiecznia, wcześniej czy później musiał się tak skończyć. I tak właśnie, po 11 latach znajomości zmuszono nas do wzięcia ślubu. Chrzestny mojego ówczesnego narzeczonego uznał, że w prezencie ślubnym da nam… Położną. Oszalał.. Po co mi położna? Poradzę sobie sama. Tak wtedy myślałam. Kilka miesięcy później okazało się, że był to najlepszy prezent ślubny, jaki można było sobie wymarzyć…

Z Moją Położną poznałyśmy się w szkole rodzenia, póżniej na wywiadzie przedporodowym. Założyła dokumentację medyczną, podpisała umowę. Wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na poród.

Dzień przed terminem poszłam na KTG. Odczekałam 2 godziny w kolejce. Następnie pół godziny leżenia. Badanie. Wszystko w normie. Szyjka długa, zamknięta, twarda. „Jeszcze z tydzień Pani w tej ciąży pochodzi” – usłyszałam od lekarza. No żesz… Zrezygnowana i zmęczona zadzwoniłam do mamy się pożalić. Byłam zła! Jakto jeszcze tydzień? Nie mogę spać i wyglądam jak baleron (przytyłam ponad 20 kg przy wadze 50 kg i wzroście 150 cm).. Mam dość! Sfrustrowana popłakałam sobie w domu, po czym uznałam – nie chcesz się rodzić, to nie! Moja Położna w tym dniu również zadzwoniła zapytać co słychać. Umówiłyśmy się na KTG. Zarwałam noc zajmując się jakimiś bzdetami, poszłam spać grubo po 2.

O 6 obudził mnie straszny ból brzucha. To chyba jakiś żart.. Skurcze regularne, co 5 minut. Przecież miały być najpierw co 15!! Postępowałam wg wytycznych Mojej Położnej, które pamiętałam ze szkoły rodzenia. Zjadłam śniadanie, wzięłam Nospę, poszłam do wanny. Zero ulgi. Skurcze co 3 minuty. O 7:30 zadzwoniłam do Mojej Położnej. Dowiedziałam się, że w szpitalu, w którym miałam rodzić nie ma miejsca. Moja Położna kazała jechać do innego, w którym będzie na mnie czekać. Zwlekłam męża z łóżka i pojechaliśmy. Godziny szczytu, a ja rodząca, ze skurczami co 2-3 minuty przez całą Warszawę, prawie 50 km do szpitala na poród. Mimo to, dobry humor mnie nie opuszczał. Po 9 byliśmy na miesjcu.

W szpitalu na badanko, przy okazji przebicie pęcherza. Zielone wody. Ups! Ale najważniejsze, że rodzimy. Wypada wysłać smsa do moich studentów, że dodatkowego terminu kolokwium nie będzie, zapraszam na sesję poprawkową. Poczłapaliśmy sobie na salę porodową, przebrałam się. Pokręciłam na piłce. Skurcze przybierały na sile. Bolało okropnie. Zawsze źle znosiłam bóle miesiączkowe, ale ten ból to było jakieś nieporozumienie. Już wiem, czemu dziewczyny błagają o cesarkę. Ale ja nie… Ja będę twarda. Poradzę sobie! Zwymiotowałam śniadanie – i po co było jeść? Między skurczami próbowałam chociaż na chwilę zasnąć, byłam strasznie śpiąca. Nic z tego… Cierpiałam w ciszy… Nagle usłyszałam, że dziewczyna w sali obok strasznie krzyczy. Przy następnym skurczu postanowiłam krzyknąć, może wtedy będzie mniej bolało? Niestety, krzyk też nie pomagał.. Co chwile chodziłam do łazienki, czasami na kolanach taszcząc za sobą kroplówkę, którą dostałam z okazji lekkiego odwodnienia. Moja Położna od czasu do czasu sprawdzałą tętno Maluszka. Nie było zbyt dobre. Badanie KTG. Ból niesamowity, a ja musze leżeć. Mój mąż zgłodniał i zaczął zajadać kanapkę, od czasu do czasu próbował podnieść mnie na duchu trzymając za rękę. Ale to nic nie dawało, ból wciaż był nie do zniesienia. Jego niemożność pomocy wywoływała we mnie złość. W miedzy czasie badanie, rozwarcie na 2 cm. KTG co chwilę grało muzyczkę informując, że tętno dziecka jest nieprawidłowe. W skurczu 60-70, po za skurczami 170-200. Moja Położna z wrodzonym i profesjonalnym spokojem dała mi do zrozumienia, że mamy problem. Zawołała lekarza. Wszystko spokojnie i z uśmiechem. Przyszła Pani doktor. Krótka wymiana zdań. Decyzja o CC. „Aniu, Twojemu dziecku coś nie pasuje. Możemy jeszcze poczekać, ale poród idzie wolno i prawdopodobnie za kilka godzin i tak będzie trzeba ciąć. Szkoda Twojego cierpienia i zdrowia Maluszka. Czy zgadzasz się na Cięcie Cesarskie?” W tej chwili było mi wszystko jedno. Byłam otępiała z bólu i marzyłam tylko o tym, żeby to wszystko się już skończyło. Mając łzy w oczach, składałam podpisy pod wszystkimi zgodami. Cieżko to nazwać podpisami. Z bólu ledwo trzymałam długopis i stawiałam jakieś ślaczki w miejscu wskazywanym przez Moją Położną. Ona wciaż uśmiechnięta, profesjonalna, spokojna.. Przewiozłą mnie na salę operacyjną, pomogła się rozebrać. Dostałam znieczulenie w kręgosłup. Pamiętam, że trzymała mi wtedy głowę, żebym się nie ruszała, gdy lekarz będzie wbijał igłę. Jej dotyk był magiczny. Koił i uspokajał. Po chwili ból zniknął. Nie można było tak od razu? – pomyślałam. Lekarz, który mnie kroił, bardzo się śpieszył na operację – nie miał butów, był w samych skarpetkach… Mój dobry humor powrócił.

Synka wyjęli mi z brzucha 5 minut później. Był cały, zdrowy, różowiutki. Moja Położna, która przez cały czas była ze mną, przystawiła mi go na chwilę do twarzy. Gdy mnie szyli, mogłam dać mu buziaka, pogłaskać. Potem zniknął, a ja zostałam przewieziona na salę pooperacyjną. „Byłaś bardzo dzielna, dałaś z siebie wszystko. Jeszcze dasz radę urodzić Siłami Natury” – powiedziała mi wtedy Moja Położna. I chyba to sprawiło, że mój świat nie zawalił się od razu. Mój pierwszy poród, licząc od odejścia wód, trwał 4 godziny..

Po cesarce, jak to po cesarce… U każdego lekarza wstyd, że CC. „Zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna” – mam nadzieję, że nie taki powód wpisują kobietom, które mają cesarki na życzenie… W domu płacz. Poczucie niespełnienia. Mąż starał się wspierać, ale nie rozumiał. Miałam wrażenie, że nikt nie zrozumie, i nikomu nie mówiłam o tym, że jest mi tak cholernie źle.

Jakiś czas później kilka moich znajomych rodziło przez CC. Każda próbowała rodzić Siłami Natury, ale żadnej z nich się nie udało. Jedna 40 godzin, druga 27, trzecia „miała dużo szczęścia”, wyciągneli jej córkę „w ostatniej chwili”. Mojej kuzynce powiedzieli, że gdyby przyszła na KTG dzień później, to nie byłoby kogo wyciągać. Powoli zaczynałam się cieszyć, że rodziłam tylko 4 godziny, a mój Syn jest cały i zdrowy. Zaczęłam doceniać to, w jak dobrych rękach się znalazłam – w rękach Mojej Położnej. Gdyby nie Ona, mój poród mógł być ogromną traumą…

Niecałe 3 lata później (w końcu!!), udało mi się namówić męża na drugie dziecko. Chciałam dziewczynkę, Basieńkę. Będzie parka i koniec z dziećmi. Mąż jednak twiedził, że będzie syn. W końcu wie, co robił… (I się nie mylił). Jedno było pewne: Rodzę z Moją Położną. Wymyśliłam sobie, że zadzwonię do Niej w połowie ciąży, w 20 tygodniu. Odliczałam dni.. Nie mogłam się doczekać. A jeśli na połowę lipca planuje urlop? A jeśli ma już jakiś poród w tym czasie? A jeśli mnie nie pamięta i się nie zgodzi? Nie wytrzymałam. Zadzwoniłam kilka dni przed planowaną datą, która zakreśliłam na czerwono w kalendarzu. „Cześć Ania! Co tam słychać?” usłyszałam głos Mojej Położnej w telefonie. Czyli jednak pamięta… „Wyślij mi smsem termin porodu i jesteśmy w kontakcie”. Od tej pory, było mi już wszystko jedno. Wiedziałam, że jestem w dobrych rękach. Że co by się nie działo, z Moją Położną wszystko będzie dobrze. Byłam pewna, że ja i moje dziecko jesteśmy bezpieczni i żadna krzywda nam się nie stanie.

Znajomi dopytywali o plany porodowe. „Kiedy Cie kroją?” – słyszałam często. Gdy mówiłam, że będę próbować rodzić Siłami Natury, pukali się w głowę. „Jesteś wariatka”. „A po co Ci to? Chcesz się znów męczyć?” – mówili z czułością. Odpowiadałam uśmiechem. Nie wiedziałam co mam odpowiadać. Żaden argument: najlepsze dla dziecka, najlepsze dla mnie, nie był wtedy najważniejszy. Ja po prostu czułam, że muszę to zrobić, muszę spróbować. Czułam wewnętrzną potrzebę przeżycia tego, co jak mi podpowiadała intuicja, będzie niezwykłe.

Ostatnie kilka tygodni ciąży było dla mnie męczarnią. Miałam straszne bóle brzucha. Kilka fałszywych alarmów. Mąż drżał ze strachu przed wcześniakiem. U lekarza słyszałam tylko „nic się nie dzieje, szyjka długa, do samej kości”. Nie mogłam doczekać się porodu, gdyż upały w lipcu były nie do zniesienia, i w ostatnie 3 tygodnie przytyłam 5 kg. Znów czułam się jak baleron, mimo tego, że do niedawna, z lekką nadwagą, chodziłam jeszcze na lekcje tańca towarzyskiego. (Tak, w ciaży można tańczyć! :))

Znów dzień przed terminem poszłam na badanie. Tyle, że tym razem nie na KTG, a do mojej Mojej Położnej. Wzięłam ze sobą torbę do porodu. Miałam przeczucie, że to będzie dzisiaj. Dzień idealny. Wtorek, 10 rano. Syn w przedszkolu. Dzisiaj rodzę, na weekend jestem w domu. Niestety. Główka sterczy nad spojeniem łonowym. Wszystko wysoko. Nie ma szans na rodzenie. Widzimy się w poniedziałek w szpitalu na KTG i zobaczymy co dalej.. Znając moje szczęście urodzę w piątek w nocy. Gdy nie będzie z kim zostawić dziecka. Pojadę w środku nocy. Sama. Taksówką. I cały weekend przeleżę w szpitalu – mówiłam. Obudziłam się w sobotę rano, we własnym łóżku. Wypoczęta. Bez żadnej oznaki zbliżającego się porodu.

Upał znów straszliwy, chociaż zbierało się na deszcz. Nalaliśmy wody do basenu na ogródku, żeby się nieco schłodzić i nie zwariować. Woda była zimna, ale moim chłopakom to nie przeszkadzało. Mi trochę, ale w końcu się przemogłam i również weszłam się schłodzić. Było przyjemnie, rodzinnie. Zrobiłam obiad. Zjedliśmy w dobrych nastrojach. I wtedy coś poczułam. Coś zaczęło ze mnie wychodzić. Podczas wizyty w łazience okazało się, że wypadł mi czop. No super! Napisałam smsa do Mojej Położnej. „No to czekamy na skurcze” – odpisała. Skurcze jak na zawołanie pojawiły się za chwile. Nieregularne, co 8-10 minut. Nospa nie pomagała. Poszłam do wanny, ogoliłam nogi, umyłam włosy. Miałam skurcze co 5 minut, gdy suszyłam i układałam włosy. W końcu rodzę – muszę ładnie wyglądać! Napisałam znów do Mojej Położnej: skurcze co 5 minut, trwają ok 60 sekund. „Chcesz już jechać do szpitala?” – zapytała, gdy zadzwoniła. Muszę jeszcze zrobić dziecku budyń i ściągnąć pranie, bo zbiera się na deszcz. „Ok. Zadzwoń jak będziesz gotowa”. Mój mąż pojechał po swoją siostrę, która na szczęście właśnie kończyła pracę i mogła zająć się Bratankiem. A ja zostałam w domu z synem. Ściągnęłam pranie, poskładałam i poukładałam na półkach. No i robiłam ten budyń, co chwila kucając z bólu. Mój syn nie wiedział co się dzieje. Ale ja z uśmiechem na ustach mówiłam: Arturek się rodzi kochanie, a to trochę boli. „To super mamo, ale rób już ten budyń” – odpowiadał. Gdy budyń był gotowy poszłam dorzucić do torby ostatnie ważne rzeczy. Mój Mąż chodził jak nakręcony i mnie popędzał. Był strasznie zdenerwowany. A mnie się nigdzie nie śpieszyło.. Zadzwoniłam do Mojej Położnej. Umówiłyśmy się za godzinę w Izbie Przyjęć. Byliśmy na czas.

Rutynowa procedura. Badanie: szyjka pół centymetra, rozwarcie prawie na 2 palce, a główka Maluszka dość wysoko. I po co było się tak śpieszyć? W każdym razie – rodzimy. Papierologia i do sali porodowej. Mąż oczywiście nie uwzględnił mojej prośby o to, że chcę rodzić sama i razem ze mną poszedł na salę porodową. Na szczęście, po godzinie, udało mi się go wygodnić na położenie dziecka do spania i zjedzenie kolacji, więc miałam prawie dwie godziny tylko dla siebie. I dla mojego porodu. Podczas badania przebicie pęcherza. Wody czyste. Ufff… Moja Położna zaproponowała wannę, bosko. Cieplutka woda, pełne zanurzenie. Skurcze bolały. Tak jak 3,5 roku temu bolały bardzo. Błagałam o znieczulenie. „Musimy poczekać, aż główka Dziecka będzie niżej” – poinformowała mnie Moja Położna. Czekałyśmy więc umilając sobie czas międzyskurczową rozmową. Co kilka minut pojawiał się ból. Oddychałam, płakałam, rzygałam, nie mogłam znaleść wygodnej pozycji.. I mimo wczesnej (21? 22?) godziny byłam strasznie śpiąca. A podobno każdy poród jest inny..

Przy kolejnym badaniu okazało się, że jestem gotowa na znieczulenie. Dwie przemiłe Panie zaaplikowały ZZO. Moja Położna znów trzymała mnie za głowę. Gdy igła została wbita nadszedł skurcz, a ja nie mogłam nawet drgnąć. Moja Położna wciaż mnie trzymała pomagając przetrwać ból. Jej dotyk znów dawał ogromną ulgę i ukojenie. Po chwili leżałam już i czekałam, aż przestanie boleć. Przestało. W końcu. I wtedy pojawił się mój mąż. Miałam dobry humor. Oboje patrzyliśmy na KTG i przerywaliśmy rozmowy gdy widać było, że nadchodzi skurcz i należy ładnie oddychać. Wydawało mi się, że minęła dosłownie chwila, gdy znów zaczęłam czuć ból między nogami. Poinformowałam o tym Moją Położną. „Nawet nie wiesz jak się cieszę” – odpowiedziała. Mniej więcej w tym momencie całość porodu zaczęła mi się rozmywać. Jednak ani przez chwilę nie wątpliłam w to, że wszystko będzie dobrze. Byłam spokojna o siebie i o swoje dziecko. Ona była obok, wiec nic złego nie mogło nam się stać.

Nagle tętno Arturka spada do 60. Moja Położna mówi coś o „Gaussie”, woła lekarkę. Po chwili pojawia się pani doktor – piękna kobieta. Wtedy wydawało mi się, że jest Aniołem. Miła, czuła, delikatna.. Anioł, na pewno Anioł. Dostaję tlen i mam mocno oddychać. Zmieniam pozycję na pionową, oddycham. Czyjaś ręka masuje mój brzuch. I po chwili wszystko jest dobrze. Tętno Arturka wraca do normy, a ja dostaję pozwolenie na wyjście do łazienki. Po drodze przychodzi pierwszy skurcz party. Nie wiem co się dzieje. Kucam i krzyczę. Moja Położna też nie wie co się dzieje, ale gdy mówię, że to skurcz, uśmiecha się szeroko i pomaga mi wstać. „Idz, sikaj. Dziecko Ci nie wypadnie” – żartuje zamykając drzwi łazienki.

Wracam na łóżko. Ponownie zostaję opleciona pasami od KTG. Leżę na lewym boku z prawą nogą uniesioną do góry. Moja Położna wizualizuje mi naturę parcia. Jest 23:40. „Masz 15 minut żeby urodzić” – mówi Moja Położna. 21 – chcę urodzić w niedzielę – opowiadam. „Będzie niedziela. Przyj!” Wyobrażam sobie tłok powietrza i kieruję go w dół. Prę na każde zawołanie. Noga zaczyna boleć. Pieprzone biodro, wypadało by w końcu iść z nim do lekarza – myślę. Jest mi niewygodnie. Moja Położna sugeruje zmianę pozycji, pyta mnie o zdanie. Nie umiem odpowiedzieć jej w jakiej pozycji byłoby mi wygodniej. Dostaję więc pozwolenie na położenie nogi i prę na lewym boku. Między skurczami jest czas na odpoczynek. Na polecenie Anioła wciągam mocno powietrze „prosto do brzuszka”. Oddycham. Skurcz za skurczem. Prę z całych sił. Mimo tego, że na kolejne parcie nie mam już siły – prę, bo Moja Położna mówi, że mam przeć. Słucham się Jej, bo wiem, że ma rację. Z moim ust mimowolnie wylatuje krzyk (gardło bolało mnie póżniej przez dwa dni), ale czuję, że parcie daje efekty. Po każdym parciu dostaję pochwalę od Mojej Położnej i od Anioła. Jestem z siebie zadowolona. „Widać główkę! Ma dużo włosów!” – słyszę słowa Mojej Położnej. Przy kolejnym skurczu główka Arturka jest już na zewnątrz. Czuję to. Jest bosko. Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Jeszcze jeden skurcz i dostaję mojego Maluszka na brzuch. Zalewa mnie fala endorfin, hormonów, szczęścia i miłości….

A w głowie jedna myśl:

Jeszcze jedno, jeszcze Basia.. A może więcej?

Uzależniłam się… Uzależniłam się od rodzenia.

ania artur ania i artur