Archives

Poród „zaplanowany” (Łódź)

Dziś mam dla Was dwie pouczające, motywujące i do tego napisane lekkim piórem z dozą humoru historie. Dwa porody Iwony – rozpoczynający się naturalny poród zakończony niespodziewanym cięciem cesarskim i planowane cięcie cesarskie, które zmieniło się w szczęśliwy VBAC!

Do ich przeczytania zapraszam na stronę Iwony:

Płaczę już tylko ze szczęscia (Kraków)

Czasem mamy, które mają za sobą przebyte cięcie cesarskie bardzo łatwo i szybko „skazywane” są na kolejne cięcie. Zawsze warto jednak weryfikować taką diagnozę u innego, najlepiej bardziej doświadczonego i przyjaznego VBAC lekarza. Bo opinie wśród lekarzy na temat tej samej osoby i tego samego przypadku medycznego bywają nad wyraz rozbieżne. Oto historia Marzeny:

Zacznę od początku, kiedy to 19 miesięcy temu miałam cc z przyczyn do tej pory nikomu niewyjaśnionych. To, co teraz napiszę może stać się niewiarygodne , ale tak tak było. W pierwszej ciąży było wszystko w porządku do 7 miesiąca – dobre wyniki, tyle, że przybierałam na wadze. Pracowałam do końca 5 miesiąca. Pod koniec 7 miesiąca ważyłam +19 kg więcej, a w 8 miesiącu dodatkowo 20 kg przytyłam w niecały miesiąc – to nie była wina objadania się. Do szpitala trafiłam w 32 tyg z bólem kolki nerkowej ( myślałam, że oszaleje, ból był nie do wytrzymania). Dodatkowo z dnia na dzień było co raz gorzej: nadciśnienie (co nigdy nie miałam problemów z ciśnieniem) w granicach 170/110, tętno około 110-120, przybieranie na wadzę w ciągu jednego dnia +3 kg (dlatego, że nie oddawałam moczu, a kazali pić duuuuużo wody, bo były upały i mimo cewnikowania nic), przewlekle choruje na niedoczynność tarczycy, kłopoty z oddychaniem – spanie w pozycji siedzącej i podłączenie do tlenu oraz woda w płucach i ogromne obrzęki – yglądałam jak balon. Lekarze załamywali ręce, nie wiedzieli co ze mną zrobić. Dostałam sterydoterapię i podjęli decyzję o cc w trybie natychmiastowym w 35 tyg+1. Dziecko urodziło się zdrowe, (cała byłam opuchnięta a małowodzie miałam w brzuchu-było to dodatkowe zagrożenie), waga dziecka 2500, 49 cm , i 10 pkt Apgar.  Po porodzie byłam jeszcze długoo w szpitalu, miałam robione wszystkie badania przesiewowe, wymazy , badania na gruźlicę itd, utrzymywała mi sie gorączka 38,5 st, leżałam sama na sali. Było źle, prawie popadłam w depresję, dziecko leżało w inkubatorze i wzięłam je dopiero na swoje ręce po 14 dniach ;-(. Straciłam pokarm po tygodniu.  Dużo stresów i nerwów mnie to wszystko kosztowało.

Minął pewien czas i okazuje się, że ponownie jestem w ciąży. Rodzina i znajomi załamywali ręce, bali się , że tym razem mogę po prostu nie przeżyć. Ddodam, że w rodzinie mojej ani mojego męża nikt nie miał takich problemów, sam ordynator szpitala mówił , że w porę mnie z tego wyciągnęli i że jestem pierwszym takim ,,przypadkiem” (robiłam później badania pod kątem immunologicznym, ale nic nie wykazały).

Druga ciąża przebiegała prawidłowo, książkowo można powiedzieć – na wadzę +16 kg , wyniki super.  Ze względu na to, że był nie daleki odstęp czasowy między porodami nastawiałam się na cc, choć w głębi serca chciałam poczuć jak to jest urodzić naturalnie –   nigdy nie dałoby mi to spokoju, gdybym się nie przekonała sama. Lekarz prowadzący, lekarz u którego byłam prywatnie, lekarz od usg – każdy z osobna mówił, że będzie cc, „proszę się nastawić na cc, Pani Marzeno”. Tak też zrobiłam – przygotowałam się na cc. Myślę sobie: decyzja zapadła. 18 lutego miałam iść na konsultację do Ordynatora szpitala w celu ustalenia terminu cc. Zostałam dokładnie przebadana, szerokość blizny 2,1 cm uznana za poprawną i …. dostałam kwalifikację do porodu sn. Myślałam, że to jakiś żart, od razu zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że lekarz nie wie co mówi, miałam zmienić szpital, w którym chciałam rodzić , byłam rozstrzęsiona, ogarnął mnie strach. Wtedy też dołączyłam do WAS kochane – do mojej grupy wsparcia po cc 🙂 [facebookowa Grupa Wsparcia NATURALNIE PO CESARCE – przyp.red.]. Zaczęłam dużo czytać czy da się urodzić sn, aż w końcu bardzo się nakręciłam i podjęłam decyzję, że się nie poddam.

Termin porodu miałam na 8 marca 2015 r. Nic się nie działo , czekałam cierpliwie, aż zacznie się akcja.  6 marca odpadł mi czop śluzowy w całości, później miałam śluzową wydzielinę podbarwioną krwią i tak było codziennie. Minął termin i 13 marca poszłam na wizytę do lekarza który dał mi skierowanie do szpitala i następnego dnia miałam mieć wywoływanie okstytocyną. W poprzednich dniach nie wychodziły skurcze ani nic na ktg. Cały czas wierzyłam tylko w to , że musi się udać. W głowie miałam moją małą 19 miesięczną córeczkę i jak najszybciej chciałam wrócić do domu. 13.03 zrobiono mi usg z którego wynikało, że dzidzia będzie ważyła mniej więcej 3800 g. Lekarz mówił, że mam być wypoczęta i rano po mnie przyjdą. Nie przespałam praktycznie całej nocy, walczyłam z myślami, ale ani na chwilę nie przestałam WIERZYĆ w to, że może coś pójść nie tak. Myślałam, że muszę zrobić wszystko ,żeby nie mieć cc , po którym wcześniej tak długo dochodziłam do siebie.

14 marca 2015 r. o godz. 7 przyszła położna prosić mnie na salę porodową. 7:30 dostałam pół dawki oksytocyny, ból w podbrzuszu zaczął się nasilać i zaczynałam czuć skurcze. bBrałam prysznic, chodziłam po schodach od góry do dołu. Ból był co raz większy. Podjęłam decyzję, że urodzę bez znieczulenia, ale nastąpił kryzysowy moment i na 6 cm rozwarciu poprosiłam o znieczulenie. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał mnie niesamowicie, a położna na której dyżur trafiłam to CUD a nie kobieta- towarzyszyła mi od godziny 7 rano do 19 , później była zmiana dyżuru. Był moment, że już miałam błagać, żeby zrobili mi cc, myśłałam, że nie dam rady, że jak to jest, że niektóre rodzą dzieci w 2 godziny, a u mnie tyle już schodzi, ale wytrwałam do końca. O godzinie 20:30 przyszedł na świat mój SYNEK i wcale nie taki mały 4130 g (czyli usg się dużo pomyliło ) i 58 cm i dostał 10/10 pkt APGAR.  Płakałam ze szczęścia i teraz pisząc ta historię też płaczę , a płaczę już tylko ze szczęscia …..

1799916_861285387246090_4469828117183569287_o

Podsumowując, jak widzicie ciąża ciąży nie równa. Po porodzie wyszłam 17 marca do domu i w tym momencie czuje się najszczęsliwszą kobietą na świecie. Udoowodniłam sobie i wszystkim dookoła, że można urodzić po cc, tylko trzeba być pozytywnie nastawionym, chcieć tego i wierzyć w to, że się uda … Dziękuję mojemu najwspanialszemu mężowi, że był ze mną do końca, wszystko dokładnie widział i trzymał mi wysoko nogi jak było trzeba 😉 bo sił już nie miałam.  Moment kiedy Maluszek się pojawił na moim brzuchu – nie do opisania! O wszelkich bólach już dawno zapomniałam!

BŁAGAM WAS NIE PODDAWAJCIE SIĘ !!!!!!!!!!!!!!!
I wklejajcie historię swoich porodów – to bardzo motywuje inne osoby i podnosi na duchu – tak było w moim przypadku.

Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. (Warszawa)

Choć każdy poród jest odrębną historią i nie można do końca przewidzieć jaki będzie miał przebieg, statystycznie kobiety po jednym udanym porodzie naturalnym po cc mają zwiększone szanse na kolejny VBAC. Półtora roku temu na portalu pojawiła się historia szczęśliwych naturalnych narodzin córeczki Danusi. Kilka dni temu na świat przyszedł trzeci, a drugi urodzony siłami natury, potomek Danusi. Oto opowieść o tym porodzie:

Pierwsze dziecko urodziłam przez CC. Poród indukowany po terminie, po kilkunastu godzinach, przy pełnym rozwarciu przez prawie 2 godziny,  zdecydowano o CC z powodu „braku postępu porodu” .

Drugi poród przeżyłam dużo bardziej świadomie nastawiając się na poród siłami natury po CC. Przeżyłam wspaniały, energetyczny poród, który dał mi wielką moc. Mimo nacięcia i ogólnego zmęczenia fizycznego wspominam to wydarzenie w kategoriach nadprzyrodzonych.

Przygotowując się do trzeciego porodu myśli kierowałam w stronę kolejnego VBAC. Czasami nawet zarzucałam sobie, że za bardzo się nastawiam i co to będzie, gdyby się nie udało. Nachodziły mnie sprzeczne myśli. Mimo udanego VBAC, który miałam za sobą, musiałam po raz kolejny przejść myślami drogę, co robić. Wspierała mnie siła płynąca z modlitwy. Wątpliwości nie miałam, że poród, który zacznie się spontanicznie ma duże szanse na pozytywne zakończenie siłami natury. Jednak mojemu synkowi się nie spieszyło. Może nie tyle się nie spieszyło, co wiedział, że na wszystko jest czas.

Miałam wyznaczony termin porodu z USG. Termin ten nie był zgodny z moim terminem, który wyznaczyłam na podstawie obserwacji cyklu. Mimo, że różnica nie była wielka – 3 dni, ale w przypadku porodu po cięciu cesarskim procedury szpitalne są nieubłagane. Termin – dzień święty i koniec. Trzymałam się jednak „mojego” terminu. Miałam wspaniałego lekarza, który tak jak poprzednio był pewien, że urodzę sn. Również moja położna wspierała mnie w oczekiwaniu. W dniu „mojego”  terminu zgłosiłam się na Izbę Przyjęć.  Młoda lekarka, która mnie zbadała od razu uznała, że należy mnie położyć do szpitala, bo jest już po terminie, a ciąża po cesarce, więc nie można przedłużać. Pechowo się złożyło, że w tym samym czasie córka przechodziła infekcję rotawirusową. Nie wyobrażałam sobie leżenia w szpitalu i indukowania porodu, podczas gdy moje dziecko wymiotuje w domu. Odmówiłam hospitalizacji. Telefonicznie skonsultowałam się z moim lekarzem i położną, którzy mnie upewnili w mojej decyzji. Kolejnego dnia rotawirus dopadł mojego męża. Następnego ja czułam się fatalnie. Jadąc na Izbę Przyjęć na kontrolne KTG byłam w kiepskiej formie. Było to już 4 dni po terminie z USG i 1 dzień po moim terminie. Całe szczęście doświadczona lekarka , która mnie badała uznała, że nie widzi powodów do hospitalizacji i żebym za 2 dni znów stawiła się na kontrolne KTG.

Wieczorem usypiając najstarszego syna poczułam lekkie skurcze. Były w miarę regularne, ale niezbyt bolesne. Około godziny 22 skurcze nadal były regularne co 10 minut, ale ciągle niezbyt uciążliwe. Gdyby to było pierwsze dziecko pojechałabym na Izbę Przyjęć. A przy trzecim dziecku nauczona doświadczeniem zdecydowałam, że idziemy spać. Porodu na pewno się nie prześpi, a trzeba zebrać siły. Nie wiadomo kiedy się zacznie. Wykąpałam się, umyłam włosy i położyliśmy się z mężem spać. Około godziny 1:30 skurcze wypędziły mnie z łóżka. Zdecydowałam trochę je rozchodzić. W sumie już wiedziałam, że to już zaczyna się poród.  O godzinie 2 zaczęły się już dość mocne skurcze co 3-5 minut, których już nie mogłam ignorować.  Zadzwoniłam do położnej. Akurat miała dyżur w szpitalu, więc  powiedziała, że jak uznam, że chcę przyjechać, żeby dać jej znać. Rozłączyłam się, ale po 5 minutach zadzwoniłam, że chyba przyjedziemy. Skurcze już wymagały ode mnie pozycji kolankowej, więc chyba lepiej się zbierać. Zadzwoniłam po dziadków, żeby przyjechali do starszaków. O 2:30 wyjechaliśmy do szpitala. Skurcze były co 3-4 minuty. Mylące było to, ze nie trwały minuty. Były zdecydowanie krótsze. Mocne, ale krótkie. W szpitalu byliśmy o godz. 3. Nasza wspaniała położna już na nas czekała. Zbadała mnie – 4 cm rozwarcia. OK – pomyślałam, nie jest źle. Bałam się, że przez te krótkie skurcze rozwarcie słabo postępuje. Ale 4 cm na wstępie to nie jest źle. Potem miałam jeszcze podpisać jakieś dokumenty.  W międzyczasie zmieniałam pozycję na klęk podparty ku ogólnemu zaciekawieniu gawiedzi zebranej w Izbie Przyjęć. Jak tylko minął skurcz szybko stawałam, żeby jak najszybciej skończyć formalności. Po takim zachowaniu lekarka od razu przyspieszyła proces rejestracji – „wieloródka z 5 cm na porodówkę”.  W ekspresowym tempie doszłam do sali porodowej,  gdzie okazało się, że jest już pełne rozwarcie.  Faza parcia 15 minut i Synek był na świecie. Pęcherz płodowy pękł gdy już wyłaniała się główka. Nawet chciałam, żeby położna go przebiła wcześniej, żeby było ciut lżej, ale ona ze spokojem kazała czekać, aż sam pęknie. I bardzo dobrze, bo okazało się, że synek był dwukrotnie owinięty pępowiną. Wcześniejsze przebicie pęcherza mogłoby być dla niego niebezpieczne.

Od wejścia do szpitala minęło niecałe 50 minut. Poród bez nacięcia, żadnych ingerencji medycznych (nawet wenflon założony miałam już w fazie parcia, bo nie zdążyli wcześniej), z zaskoczeniem, że tak szybko, z euforią, że moje dziecko już jest przy mnie i wdzięcznością do Boga, Maryi, Świętych,  których wcześniej prosiłam o wsparcie, męża, wspaniałej położnej i całego świata, że mogłam po raz kolejny doświadczyć cudu narodzin. Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. Wszystko przebiegło wspaniale, sprawnie. Nawet nocna godzina okazała się zbawienna, bo do szpitala jechaliśmy pół godziny, a w dzień są takie korki, że jechalibyśmy z pewnością ponad godzinę. Wolę nie myśleć co by wtedy było.

Moje wnioski: warto marzyć o pięknym porodzie, warto te marzenia wspierać modlitwą, warto mieć zaufaną, mądrą położną, która jest niezwykle ważnym wsparciem, warto mieć wsparcie w najbliższych,  warto mieć lekarza, który wspiera pomysł VBAC, warto prowadzić obserwacje cyklu, żeby termin porodu był możliwie najbardziej wiarygodny.

Nie warto zgadzać się na indukcję, nie warto przyspieszać akcji porodowej, nie warto spieszyć się na porodówkę przy pierwszych skurczach, nie warto dać się położyć do szpitala, tylko dlatego, że minął termin. Jeżeli wszystko z dzieckiem jest dobrze, lepiej zaufać naturze i cierpliwie czekać na samoistne rozpoczęcie porodu.

Blisko od początku (Opole)

Nie idzie mi dziś pisanie wstępów. Ale być może tej  pięknej opowieści wstęp nie jest wcale potrzebny:) Zapraszam do przeczytania historii porodu Ani:

Bardzo chciałam urodzić J. naturalnie. Bardzo. Miałam świadomość dobra jakie daje to naturalne przejście przez kanał rodny dziecku już w czasie pierwszego porodu. Wtedy się nie udało. Walczyłyśmy z Córką niemal 20 h., najpierw o wywołanie skurczów bez oksytocyny, potem z bólami spowodowanymi oksytocyną, następnie nieumiejętne parcie, zablokowanie Córki i diagnoza – ułożenie wierzchołkowe, albo na CC albo będzie kiepsko. Zgodziliśmy się i po dwóch godzinach bólu partego przewieziono mnie na salę operacyjną i wyciągnięto zmęczoną, piękną Córkę.

Była słaba, mocno walczyłyśmy o karmienie. Wszystko się udało, trochę czasu zajęło mi przyznanie, że tak miało być, że może Córka tak to wybrała, trochę czasu zajęło mi odpuszczenie i przyjęcie tego porodu takim jakim był.

W czasie drugiej ciąży karmiłam Córkę jeszcze cztery pierwsze miesiące (a w sumie 1,5 roku), potem ją odstawiłam i mocno przygotowywałam się do narodzin Syna. Mocno tj. przeprowadziliśmy się z rodziną w tym czasie na drugi koniec Polski, zmieniliśmy otoczenie, przeprowadziliśmy generalny remont mieszkania, zapisaliśmy Córkę do żłobka i jeszcze parę innych „generalek”, i życie pełną parą.

Szybko odnaleźliśmy jedną z najlepszych położnych w Polsce – Ewę Janiuk, jako że mamy teraz blisko do Opola, została moją położną i jeździliśmy do niej na parę spotkań. To był dobry czas i dobre rozmowy. Marzyliśmy o porodzie domowym. Odradziła, każde kolejne z radością przyjmie w domu, ale po CC polecała szpital. Byłam też na paru zajęciach ruchowych u Gabrysi Eliasz-Łukasiewicz oraz na indywidualnym spotkaniu mającym na celu sprawdzenie stanu blizny. Było sprawdzenie, była ważna rozmowa. To też dobrze przygotowało mnie na drugi poród.

Zaczęło się 9 października rano. Męża nie było, wyjechał na ostatnią (sic!) delegację aż do Poznania, żeby potem być blisko domu, żeby być już w zasięgu godzinki ode mnie. Było 2 tygodnie przed terminem i miałam nagranych dwóch nowych znajomych na taką ewentualność. Bóle zaczęły się przy śniadaniu z Córką. „Mamę bardzo boli brzuszek, jedz kochanie” i przystanek co chwilę. Nie wiedziałam, że to już, chociaż czułam… W czasie pierwszego porodu najpierw odeszły mi wody, tutaj było sucho, więc nie miałam tej pewności. Ubierając Córkę do żłobka mówiłam „Być może mama pojedzie dziś po twojego brata, a ciebie odbierze ciocia, dobrze?”. W żłobku pytają czy wszystko ze mną dobrze bo dziwnie wyglądam. Odpowiadam, że mam skurcze, ale to chyba tylko te przepowiadające. Wsiadam do auta i ryczę mężowi do słuchawki, że miałam dziś jechać do Opola zobaczyć szpital, że nie wiem czy dojadę, że nie wiem czy to TO. Mąż krzyczy żebym zadzwoniła do znajomego o to żeby mnie zawiózł i że on już wsiada do auta i do mnie jedzie.

Zadzwoniłam do umówionego kolegi i mówię, że nie wiem czy to TO, ale jest źle i czy mnie zawiezie i czy możemy NIC NIE MÓWIĆ. Czeka nas godzina jazdy samochodem. Znajomy się zgadza i zadaje tylko jedno pytanie – czy na pewno chcę jechać do Opola, a nie rodzić tu na miejscu w szpitalu. Opole. Ok., jedziemy, ja z tyłu mocno skupiona na bólu, bardzo mocno skupiona. Jedziemy w całkowitym milczeniu i na koniec znajomy pyta jeszcze tylko czy znam adres szpitala. Mówię, że Reymonta 9, ale nie wiem gdzie to jest. Nie patrzyłam jak jedzie. Rodziłam. Ból był całą mną. Kiedy po godzinie trafiliśmy na izbę przyjęć znajomy wyjął tylko torbę do porodu (drugą zabrał ze sobą i przez dzień po porodzie miałam na sobie pokrwawioną koszulę nocną) i pielęgniarka pożegnała go słowami „Mąż dalej nie idzie” (komuna jakaś?!). Izba przyjęć była najgorsza. Kiedy wysiadłam z auta ból był tak mocny że co chwila klękałam. Babeczka krzyczała na mnie, że przecież „tu wszyscy mają skurcze, proszę dać się szybko zbadać”. 5 cm, jedziemy na porodówkę. „Chcę iść” mówię, na co pielęgniarka odpowiada, że nie ma czasu i jedziemy wózkiem. Otwierają się drzwi na porodówkę i antypatyczna pielęgniarka krzyczy: „5 cm, po cesarce” i odchodzi. Personel porodówki patrzy na mnie, a ja wtedy mówię „URODZĘ NATURALNIE”, na co położne, że dobrze, że chcę próbować, że mi pomogą, na co ja im na tym wózku mówię „JA URODZĘ NATURALNIE”,  a one „to nam się podoba, jesteśmy z panią”. Trafiam do zielonej sali. Moją położną (tak to się chyba przydziela) zostaje młoda pani Karolina. Jest idealna – szanuje skurcze, mało mówi, szybko wyczuwa moje całkowite skupienie i wychodzi. Jest tylko jak być musi, robi podstawowe badania (w tym pobiera mi krew bo nie mam ze sobą dowodu i nie mogą potwierdzić grupy krwi!), przynosi mi mały materac pod nogi i mogę cały czas klęczeć. Po CC muszę mieć podłączone ciągle KTG i nie mogą mi podać oksytocyny, tyle mi mówią. KTG idzie przeżyć, oksytocynę wyrzuciłabym przez okno gdyby chociaż zaproponowali. Modlę się, a właściwie przyzywam Boga na pomoc, za wiele w tym modlitwy nie było, ale chyba takie oddanie. Bardzo się boję, wciąż cała jestem bólem, jest ogromny. Zastanawiam się jak kobiety są sobie w stanie mierzyć odstępy między skurczami!? Nagle chlusta ze mnie woda, to też niesamowicie boli, krzyczę. Przychodzi pani Karolina i chce mnie zbadać, siadam na łóżko i już nie schodzę. Jest 10 cm i zaczynam przeć. Pozwala mi też klęczeć. Klęczę, prę i krzyczę i nic. Pani Karolina jest cierpliwa. Ale prę i prę i wychodzi wszystko tylko nie Syn. Na salę wchodzi inna położna i klepie mnie po ramieniu mówiąc „brawo, dobrze ci idzie, pozdrowienia od Ewy Janiuk”. Prę dalej i nic. Wtedy do sali wchodzi położna o imieniu Gizela i władczym tonem mówi do mnie, że koniec tego, siadamy na łóżku, bo dziecku spada tętno i jeśli jej nie posłucham to jedziemy na salę operacyjną. Przysięgam jej słuchać. „Przestań krzyczeć, zamknij oczy, zaciśnij usta i przyj kiedy ci powiem a nie kiedy czujesz, już nie ma czasu”. Tak zrobiłam. Jedno parcie – jest główka (ja szczęśliwa myślę, że to koniec, bo zawsze na filmach jak mówią że jest główka to już jest radość i dziecko), ale trzeba przeć jeszcze raz, jak będzie dobrze, będzie dziecko. Prę i jest kochane dziecko, kochany umiłowany J., piękny, wymęczony, oszołomiony leży na mnie. Jestem w takiej euforii że zaczynam gadać, wszystko wszystkim, dziękuję każdej osobie i płaczę. J. leży na mnie i tulimy się pierwszy raz, poznając się i jakoś tak bez intymności ale w całkowitym szczęściu. Jeszcze tylko łożysko. „Czuje pani skurcze?”. Nic. Przystawiamy J. do piersi, sam nie przypełzł jak to opisują, myślę, że był zmęczony, że wystarczyło mu leżenie na mnie. Leżał i było dobrze, ale przystawiliśmy go, trochę possał, jeszcze delikatnie, pięknie. „Czuje pani teraz skurcze?”, nic. Czekali 45 min i zdecydowali o łyżeczkowaniu. „Musimy zabrać pani dziecko, trzeba całkowicie znieczulić”. W tym momencie na salę wszedł mąż i przejął Syna. Idealnie. Przyszedł kiedy byłam już gotowa, kiedy był naprawdę potrzebny – zająć się dzieckiem, kiedy ja nie mogłam. Całą drogę skurczy przeszłam całkiem sama. Czułam, że tylko skupienie na bólu, milczenie i pokora mi pomogą. Chciałam być sama. Mąż by mi tylko komplikował, dogadzał, a ja potrzebowałam tylko ciszy. W czasie skurczy partych pani Karolina lekko mnie nacięła, zszyli to na znieczuleniu. Łożysko „wyciągnęła” położna Gizela, ponoć nieźle się namęczyła. Obudziłam się jeszcze z resztkami znieczulenia i dzwoniłam do wszystkich mówiąc o swoim szczęściu i wyznając wszystkim miłość, szczególnie Ewie Janiuk. Mąż kangurował Syna kiedy miałam zabieg, dali mu salę i zero przeszkód. Blisko od początku. To było dla nas takie ważne, bo wiedzieliśmy, że dla Syna jest wręcz NIEZBĘDNE żeby dobrze zacząć. Gratulowali mi, a ja gratulowałam sobie. To był piękny poród, dał mi dużo siły i wiary w siebie. Całość trwała 4,5h. J. przyszedł na świat o 12:04 i od razu był przy mnie słuchając mojego serca. Namiastka kontinuum?

Cieszę się, że mogłam to przeżyć (Ostrów Wlkp.)

Historie takie jak ta napawają optymizmem, że także w polskich szpitalach można urodzić „po ludzku”, „po swojemu”, ze wsparciem zarówno męża jak i douli, w pełni naturalnie po wcześniejszym cięciu cesarskim. Oto opowieść Justyny:

W niedzielę 25. stycznia byłam umówiona ze swoim lekarzem w szpitalu na ktg. Pojechaliśmy ok. godz. 19. Zapisały się jakieś delikatne (60), w miarę regularne (10min) skurcze. Lekarz mnie potem zbadał, powiedział, że szyjka miękka i na opuszek palca, i że pewnie w 2-3 dni urodzę. Sprawdził jeszcze bliznę i wciąż było ok. Strasznie ucieszona wyszłam z izby przyjęć, opowiedziałam wszystko mężowi i córce (na każde ktg jeździli ze mną) i wróciliśmy do domu.

Było już dość późno, zjedliśmy jeszcze kolację, później wykąpałam i położyłam córkę spać. I jakoś mnie naszło, żeby dokończyć szykować muzykę na poród. Jak usiadłam przy komputerze, to miałam wrażenie, że nasiliły mi się skurcze, zrobiły się bardziej bolesne. Nie wiedziałam jednak, czy przypadkiem sobie tego nie wmawiam. Na wszelki wypadek napisałam do douli i zgrywałam tę muzykę. Siedziałam nad tym do 1.30 w nocy, ale spokojna poszłam spać.

W nocy kilka razy obudził mnie skurcz, ale spałam prawie do 9. Poszłyśmy z córką robić śniadanie i zauważyłam, że skurcze są dużo mocniejsze i częstsze. Zaczęłam je zapisywać i zdziwiłam się, bo były regularnie co 7,5min. Po śniadaniu wzięłam prysznic i nic się nie zmieniło. Dałam znać mężowi i douli, żeby się szykowali, bo to może być TEN dzień. Zadzwoniłam też do zaprzyjaźnionej położnej i do teściowej, która na czas porodu miała zostać z córką. Odpuściłam sobie w ten dzień spacer z dzieckiem, bo jakoś czułam, że mogłabym nie podołać. Ok. 13 córka miała drzemkę i chciałam iść spać razem z nią, ale nie potrafiłam już wyleżeć. Dałam znać mężowi, żeby wrócił do domu jak tylko zrobi co najpilniejsze w pracy. Wrócił jakoś po 15, zjedliśmy obiad, zadzwoniliśmy do teściowej, żeby ok. 17 do nas przyjechała.

Jak przyjechała, to poszłam się wykąpać, wtedy skurcze miałam już co 5min. Napisałam do douli, że jadę do szpitala i dam znać co i jak, ale żeby była gotowa. Po drodze skurcze się trochę wyciszyły, ale były dość bolesne, bo w pozycji siedzącej było mi dość ciężko je znosić. W szpitalu byliśmy ok. 19, na ktg zapisywały się delikatne skurcze (30), a odczuwałam je bardziej, niż te w niedziele, które wg ktg były 2 razy silniejsze. Jak lekarz (akurat mój miał dyżur) zobaczył zapis, to się śmiał, że chyba coś wymyślam z tymi skurczami. Ale poszedł mnie zbadać i rozwarcie było na 3-4cm. Zapytał, czy zostaję, zgodziłam się oczywiście. Zapytał jeszcze czy na pewno nie chcę cc. Poszłam na IP wypełnić te wszystkie dokumenty, potem się przebrałam i poszłam na sale, tam znowu podpięli mi ktg, ale już ciężko było mi wysiedzieć. Po jakiś 40min przyszła położna, przyniosła piłkę i powiedziała, że mogę wziąć prysznic, tam skurcze się nasiliły i kazałam mężowi szybko dzwonić po doulę (miała ok. 100km do mnie). Skurcze miałam wtedy co 4min, położna się dziwiła, że jeszcze nie jestem na porodówce, ale niby mój lekarz kazał mnie na sale położyć.

Ok. 22 przyjechała doula, położna sprawdziła mi rozwarcie i było 6cm i ok. 23 byłam już na porodówce, tam znów miałam podpięte ktg, ale już mogłam się ruszać. Światło miałam cały czas przyciemnione, w tle leciała muzyka, którą wieczór wcześniej zgrywałam. Ale muszę przyznać, że prawie jej nie słyszałam. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy i chyba odpłynęłam, choć doula mówiła, że jeszcze nie, bo odpowiadam na pytania. O 24 weszłam do wanny, nikt już nie mierzył skurczy, bo były dość silne i częste. Mąż polewał mi plecy wodą, a doula robiła zimne okłady i pilnowała, żebym nie napinała się na dole, tylko kazała mi ściskać swoje ręce. Chwile po 1 wyszłam z wanny, rozwarcie miałam wtedy na 8-9cm. Do 2 robiłam jakieś wymachy rękami z mężem, wisiałam na drabinkach, w sumie nie wiele z tego czasu pamiętam.

Wiem, że o 2 odeszły mi wody i zaczęły się parte. Początkowo rodziłam na stołku, później wisiałam na mężu (dosłownie, bo odrywałam nogi od podłogi) i rodziłam na stojąco, doula podpierała mnie od tyłu. Chyba jeszcze raz na chwilę weszłam na stołek. W między czasie dotykałam główki mojej, rodzącej się, córeczki. Jak główka była już połowicznie urodzona, to weszłam na łóżko i tam na siedząco urodziła się moja druga dzidzia i mogłyśmy się przez 2h kangurować.

Obyło się bez żadnych wspomagaczy i środków uśmierzających ból. Niestety trochę popękałam, ale to wszystko jest nie ważne. Cieszę się, że dałam radę, że mogłam to przeżyć (wcześniejsza cesarka na zimno), bo to chyba doświadczenie, które najwięcej wniosło w moje życie. Do dziś na wspomnienie o porodzie chce mi się płakać, spełniło się moje marzenie, o które tak długo walczyłam. Dałam radę, mimo tego, że większość (początkowo nawet mąż) była przeciwna porodowi sn, traktowali to jako jakąś moją fanaberię. Zdałam się na intuicję i teraz jeszcze bardziej w nią wierzę, czuję, że jestem silniejsza oraz moja relacja z mężem jest mocniejsza, pełniejsza i że po porodzie kochamy się jeszcze mocniej.

Właściwie urodziłam córkę sama, położnej prawie przy mnie nie było, siedziała w pokoju obok i zaglądała tylko co jakiś czas, nie instruowała mnie. Każdej z Was życzę takich warunków i możliwości urodzenia po swojemu.

Jeszcze chciałam Wam napisać, że jeśli któraś z Was zastanawia się nad doulą, to z mojego doświadczenia powiem Wam, że naprawdę warto. Przy mnie był mąż, który był mega wsparciem i nie wyobrażam sobie, żeby mogło go nie być, ale doula była wsparciem innego rodzaju. To ona pilnowała, żebym nie spinała się na dole, podawała wodę, robiła okłady, wiedziała gdzie nacisnąć, żeby mniej bolało, itp.

Wiem, że mogę wszystko! (Kielce)

Wbrew namowom lekarzy na cc, mimo tzw. obciążonej przeszłości położniczej (poronienia, leczenie), trudnej ciąży i tego, że poród rozpoczął się przedwcześnie, determinacja i zaufanie Anity do własnej intuicji doprowadziły ją do szczęśliwego porodu siłami natury. Oto historia narodzin malutkiej Basi:

Pierwszą córkę urodziłam w 2007 roku. Ciąża była książkowa, pracowałam do 8 mc, chodziłam z mężem na szkołę rodzenia. Dzień przed porodem moja lekarka skierowała mnie do szpitala ponieważ miałam prawie 3cm rozwarcia ale bez bóli, więc wypuścili mnie do domu. W domu ok. 2 w nocy ( to była sobota wielkanocna) dostałam pierwszych skurczy. W ciągu kolejnych 30 minut skurcze były coraz częstsze i regularne. Kiedy dotarliśmy do szpitala okazało się, że rozwarcie jest już na 5 cm a ja mam regularne skurcze co 5 minut. Od razu skierowali nas do sali do porodów rodzinnych (ominęła mnie więc przyjemność lewatywy). Zanim mój mąż sie przebrał, ja już miałam pełne rozwarcie. Co dziwne, nie odeszły mi wody….Teraz mogę podejrzewać że poród był przedwczesny (do tej pory nie wiem który to był tydzień ciąży bo miałam bardzo nieregularne cykle od 30 do nawet 50 dni  i ciężko mi było ustalić, bo nie spodziewałam się, że tak szybko zajdę w ciążę). Skurcze były coraz częstsze, położna mówiła, że jeszcze pół godziny i będzie po wszystkim. Zaczęłam przeć. Nagle zaczął pikać aparat do KTG, położna podeszła, kazała mi się przekręcić i tętno wróciło do normy. Potem z kolejnym skurczem to samo. Położne zadzwoniły po lekarza, powiedział że główka jest nisko, zaczął mi strasznie gmerać ,co w połączeniu ze skurczami było straszne. Tętno raz malało raz rosło. Ja oddychałam jak na szkole rodzenia, chciałam dotlenić dziecko. W efekcie zaczęła mi drętwieć twarz i ręce więc podali mi tlen. Próbowałam przeć, ale tętno nadal spadało. Lekarz podjął błyskawicznie decyzję o CC. Ja nie wiedziałam co się dzieje, byłam półprzytomna, dokumenty podpisywałam w jakimś amoku. Potem było łóżko na które mnie przeprowadzili (sale były połączone) a raczej przeciągnęli bo nie mogłam iść (ja to pamiętam fragmentami). Pamiętam tylko szczypiacy żółty płyn, anestezjologa który zapytał jakie robimy znieczulenie i tekst gina: ogólne, bo nie ma czasu. Potem maska na twarz i odpłynęłam. Ala urodziła się z wagą 3050 gram, 53 cm o 4:50 i dostała 9pkt (jeden odjęty za zabarwienie skóry).

Wybudzili mnie zaraz po CC, pamietam już jak jechałam korytarzem i pytałam męża co nam się urodziło (nie chcieliśmy znać wcześniej płci). Potem długie dochodzenie do siebie, koszmarne ciągnięcie do dołu. No i straszna trauma, bo to nie tak miało być. Fakt, że dziecko przynieśli mi zaraz na salę i cały czas miałam ją przy sobie na łóżku. Na szczęście nie miałam tak jak dziewczyny po ZZO, że nie mogą się ruszać. Ja po południu już wstałam z łóżka. Ale było ciężko. Nie mogłam przeżyć, że mąż widział Alę pierwszy, że nie miałam jej na brzuchu…Po porodzie okazało się że córka ma obustronne krwiaki na główce w związku z trudnym porodem, na szczęście zostały ściągnięte i nie było problemu.

Rozumiałam że lekarze ratowali moje dziecko przed niedotlenieniem, w karcie było wpisane : konflikt pępowinowy i zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu. Byłam im wdzięczna, ale i tak miałam żal do losu, że tak wyszło i zazdrościłam koleżankom po SN…

Nie miałam jako takiej traumy po porodzie, większa była dla mnie trauma po samym CC. Dopytywałam się lekarzy czy kolejne dziecko mogę rodzić SN, ale dla nich to jeszcze wtedy była utopia na zasadzie „zobaczymy”. Kiedy chciałam założyć na parę lat spiralę domaciczną dowiedziałam się, że nie jest to możliwe ze względu na patologicznie krótką szyjkę. Ginka nie wiedziała czy ja już taką miałam przed porodem czy to dlatego że CC było robione przy pełnym rozwarciu i blizna nie pozwoliła jej wrócić do stanu pierwotnego. Sama blizna na brzuchu  zagoiła się dobrze:)

Minęły 4 lata, zdecydowaliśmy się na 2 dziecko, dosyć szybko zaszłam w ciążę, ale poroniłam. W ciągu kolejnego 2,5 roku poroniłam jeszcze 3 razy. Miałam 2 zabiegi łyżeczkowania, 2 razy poroniłam samoistnie. Nie będę opisywała ze szczegółami swojej walki, bo to nie temat przewodni opowieści:) Napisze tylko tyle, że moje leczenie trwało rok, wydaliśmy masę pieniędzy na badania, leki i szczepionki ale udało się w lutym 2014. Ciążę miałam cieżką, z reklamówką leków, plamiłam do 11tc (krwiak podkosmówkowy), głównie leżącą (w 17tc miałam założony pessar na szyjkę przy długości ok. 25 mm). Potem ta długość była coraz krótsza, w 22 tc doszło rozwarcie na palec.

Od początku wiedziałam że chcę urodzić SN. Pytałam mojej ginki i tak naprawdę ona była przeciwna, ale stwierdziła, że wszystko zależy od samego porodu. W szpitalu w którym lądowałam dużo razy mówili mi to samo. Miałam nadzieję, że uda mi się dotrwać do 37tc, bo mój mąż pracuje za granicą, akurat mieli mi zdejmować pessar i chcieliśmy mieć poród rodzinny. Niestety pod koniec  34tc w niedzielę odszedł mi czop śluzowy, zaczęły męczyć mnie lekkie skurcze. We wtorek (35tc) poszłam do ginki na wizytę a Ona stwierdziła że pessar trzyma, ale AFI jej sie nie podoba – wyliczyła że wynosi 7 a niby parę dni wcześniej było 11. Powiedziałam jej o skurczach ale na KTG się nie pisały. Zapytała się czy chcę jechać do szpitala – ja już byłam spakowana, więc jak najbardziej. W szpitalu zbadali mi wody – okazało się, że to fałszywy alarm, wody nie wyciekały, a AFI w porządku. Na USG wychodziło że mała waży 2650 i lekarz powiedział że jest o nią spokojny. Ale….na fotelu po badaniu dostałam skurczy i to takich co 5 minut. Zaczęli w mnie ładować magnez i nospę, ale to mało pomagało. W końcu po całej dobie skurczy co 3 minutowych i interwencji mojej ginki dostałam fenoterol. Wstrzymał mi skurcze, ja leżałam z nogami do góry, wstawałam tylko do łazienki. Ale zanim go dostałam wymacali mnie na fotelu, badało mnie 3 ginekologów chociaż nie chciałam. Wytrzymałam więc tylko 2 dni. Efekt był taki, że za którąś wizytą w łazience kapnęłam sie że coś jest nie tak – sikało ze mnie jak z kranu. Zbadałam PH paskami i już wiedziałam, że to wody. Jeszcze z kroplówką wzięli mnie na fotel a ja sikałam wodami. Po badaniu przez pessar wyszło mi 7 cm rozwarcia. No i szybka akcja, z tymi sikającymi wodami zabrali mnie na porodówkę. Zdążyłam tylko zadzwonić do mamy, że odeszły mi wody i rodzę. Na porodówce nie pozwolili mi już nic robić, raz tylko puścili mnie do łazienki na chwilę, zdążyłam zadzwonić do męża i już położna stukała w drzwi czy wszystko OK. A ja już miałam skurcze pomimo niedawnego feneterolu. Na porodówce dałam im mega zagwozdkę, bo chcieli mnie wziąc na CC a ja powiedziałam, że nie chcę. Gin z paniką w oczach wydzwaniał do mojej ginki jakie były ustalenia. Co parę minut podchodził do mnie i pytał czy zdaję sobie sprawę z konsekwencji: pęknięcia blizny, krwotoku, straszył, że nie urodze bo mam wąskie biodra, za mały brzuch, jestem po poronieniach, więc na bank coś będzie nie tak z łożyskiem itd itp. Kazał mi napisać całe wypracowanie i podpisać (ja już miałam skurcze). Więc zdjęli mi krążek a tam 10cm rozwarcia. Dalej namawiali mnie na CC….A ja po prostu wiedziałam że muszę urodzić SN – to mi dawało powera. Na szczęście miałam super położną, po prostu rewelacja…Za każdym razem jak miałam skurcz wsadzała mi palce (bolało mega) i wody nadal ciekły…Było ich baaardzo dużo. Nie pozwolili mi już wstać, musiałam wysikać się na basen bo bali się, że urodze na podlogę. Robiłam na łóżku takie wygibasy że głowę miałam między nogami a rękami obejmowałam stopy (przed porodem dużo ćwiczyłam). Za chwilę już wiedziałam że musze przeć, za 3 skurczem urodziłam.

Położna bardzo mi pomagała, w końcowej fazie porodu były 3 położne koło mnie:) Basiula urodziła się  z wagą 2700, 51cm i dostała 10 pkt. Rodziła się z rączką przy buzi, więc przy drugim skurczu mnie nacięli w bok. Teraz dowiedziałam sie, że do tego była okręcona wokół szyjki pępowiną. Ale non stop monitorowali jej tętno bo ja miałam hopla na tym punkcie po historii z moją Alą. Jak położyli mi Basię na brzuchu to nie mogłam uwierzyć że to już, że się udało…Płakałam jak bóbr jak usłyszałam jej płacz i wiedziałam, że będzie dobrze. Poprosiłam tylko neonatolog żebym mogła ją nakarmić.Powiedziała że jak będzie OK to ją przyniosą. I przynieśli a mała od razu sie dossała, moja kochana. Dostała 10pkt. Zabrali ją na niecałą dobę do inkubatorka żeby ją ocieplić ale w nocy dostałam ją do karmienia. Widziałam ją w inkubatorku i płakałam – taka biedna, chudziutka w pieluszce….Ale to minęło, teraz jest cudowna, robi śmieszne minki i kocham ten mój cud!!!! Mój poród od odejścia wód trwał 1:55 🙂

Piękne było to, że już jak mnie szyli podeszła do mnie położna inna niż ta „moja” i powiedziała: „Pani Anito jestem z pani bardzo bardzo dumna, że nie dała się pani namówić na CC, bo ja sama miałam podobną do pani historię”. Jestem tak szczęśliwa, że nawet mam gdzieś to nacięcie które tam jest. Po 4 dniach nacięcie przestało boleć, bardzo ładnie wszystko sie zrosło i nie narzekam. Po porodzie byłam tak naładowana energią, że poszłam do koleżanek na patologię pochwalić sie, że już urodziłam. Od razu się umyłam. przebrałam 🙂 Strasznie współczułam dziewczynom po CC, wracały do mnie wszystkie wspomnienia i do tej pory nie rozumiem jak można chcieć CC.

Jest cudownie, do tej pory pamiętam to jej ciepłe ciałko na brzuchu, ten cudowny widok i wiem, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Jeśli kiedykolwiek podjęłabym się walki o kolejne dzieciątko to bez konkretnych wskazań do CC nigdy się na nie nie zgodzę. Teraz wiem że mogę wszystko:)

Przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa (Warszawa)

Dziś Boże Narodzenie – dzień w sam raz na tak niesamowitą opowieść:  21 miesięcy po po cc, po terminie, 5 kilogramów, bez nacięcia krocza, VBAC! Oto historia Moniki i jej małego-wielkiego synka Leosia:

Oto moja przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa. Zacznę od początku. Moja córeczka (znaczy pierwsze dziecko) urodziła się przez cc w marcu 2013 co daje 21 miesięcy odstępu między porodami. Cięcie było wykonane z powodu zagrażającej zamartwicy wewnątrzmacicznej 3 dni przed terminem porodu, bez zadnej czynnosci skurczowej, nic.. po prostu pierwsze ktg wyszlo zle i tej samej nocy zdecydowali o cc. Jak pewnie wiele z Was bardzo długo dochodziłam do siebie po tamtym doświadczeniu, bo bardzo chciałam rodzić naturalnie i naprawdę przypłaciłam to cc długotrwałym uszczerbkiem psychoemocjonalnym  Ale to nie moment by wchodzić w szczegóły, zwłaszcza, że z tym porodem mam cudowne poczucie odzyskania mojej siły jako kobiety, JEST MOC.

No więc tak: w badaniu usg, zrobionym przez moją ginekolog prowadzącą, dr Kajdy, blizna miała 2,6 mm, waga dziecka 4100, trochę dużo, ale brak niewspółmierności więc dała mi zielone światło do porodu naturalnego. Dała mi też takie ciche przyzwolenie na kilkudniowe przekroczenie terminu porodu, więc na początku był luz, byłam spokojna. Do szpitala trafiłam w poniedziałek wieczorem 17 grudnia, kiedy dokładnie upływał koniec 41 tc. Przez cały poprzedni tydzień stawiałam się na IP na ktg i badanie, po którym podpisywałam odmowę hospitalizacji… Trafiali mi się wszyscy chyba przyjmujący na IP lekarze z całym arsenałem straszydeł, ale starałam się sobie tłumaczyć, że taka jest ich rola, że muszą poinformować o mozliwych zagrozeniach, etc.. wszystkie badania wychodziły dobrze (ktg, ilosc wód, przepływy, etc) więc byłam w miarę spokojna, ale mimo determinacji i wiary, że wszystko jest ok, to po piątym podpisaniu odmowy w sobotę i setnym telefonie od rodziców z pytaniem kiedy wreszcie zamierzam się dać położyć nerwy mi puściły i zdecydowałam, że jeśli przez weekend nic się nie zacznie i dobiję w poniedziałek do 41 tyg to zgodzę się zostać w szpitalu. Poza tym od dwóch tygodni miałam infekcję i chore zatoki (do tej pory nie moge ich wyleczyć) i ogólnie czułam się słabo, więc ten cały stres i zmęczenie wzięły górę i pojechałam w poniedziałek na IP z torbą, ale dopiero po południu, żeby ugrać jeszcze trochę czasu  Na miejscu okazało się, że na patologii nie ma wolnych łóżek, o czym z uśmiechem poinformowała mnie położna w rejestracji pamiętając mnie chyba z poprzedniego tygodnia hehe.. ale po tych kilku godzinach spędzonych na czekaniu na wizyte okazało się, że zwolniło się jedno miejsce i ku uciesze lekarzy skapitulowałam.

Był juz wieczór wiec na oddziale tego dnia nie działo się już nic. Dostałam antybiotyk na chore zatoki i uznałam ze wykorzystam ten zawalony nos, żeby ugrac moze jeszcze trochę czasu (jeden dzien, dwa?) bez indukcji, tłumacząc, że warto by było byc w formie do porodu. Podczas rannego badania we wtorek po raz kolejny usłyszałam, że szyjka niegotowa, zmiękła, ale ciągle długa i że ok, dziś proponują tylko test oxy, żeby sprawdzić wydolność łożyska i jak maluch reaguje na skurcze. Próbowałam jeszcze odwlec ten test do środy (oxy jawiło mi się jako największe zagrożenie mojego naturalnego porodu), ale lekarz był bardzo przekonujący w tłumaczeniu, że to bardzo mało prawdopodobne, zeby zaczęła się akcja porodowa po takiej dwugodzinnej i małej dawce, no i się zgodziłam. Leżałam przypięta do ktg i kroplówki od 11 rano i pojawiały się jakieś mini skurczyki, ale nic szczególnego, od tego prawie 3 godzinnego leżenia bardziej dokuczał mi pęcherz moczowy szczerze mówiąc.. dobra nasza, myślę sobie, na dziś juz mi dadzą spokój, odpocznę, pośpię, może podleczę ta infekcję, żeby móc jakoś oddychać podczas porodu, serio to było moje największe zmartwienie, jak będę oddychac podczas skurczów przy takim konkretnym nieżycie nosa.. Podnoszę się z łóżka żeby wreszcie udać się do łazienki i coś mi się polało  po nodze.. po tym teście zaczęły odchodzić wody, powolutku, ciurkając sobie, czyściutkie.. mieszanka radości i niepokoju, cos się dzieje, ale co teraz? Szybko na moje wahania odpowiedziała położna przypinając mnie znowu do ktg, no bo odchodzą wody więc trzeba monitorować malucha.. ktg ok, zaczęły pisać się jeszcze nieregularne, ale już mocniejsze skurcze, godzina 15, bez jedzenia od sniadania, bo ominął mnie obiad jako że leżałam przypięta do testu oxy dostałam informację, że zaczyna się poród i że nie mogę już nic jeść.. jak to???? to jak ja mam mieć siłę? że ryzyko zadławienia i że jesli zamierzam jeść to ona jest zmuszona poinformować lekarza.. jak tylko wyszła zjadłam wszystko co miałam w szafce nawet niespecjalnie się chowając. Uznałam, że większym ryzykiem byłoby iść do porodu bez jedzenia i bez siły.. chyba miałam już w sobie większą pewność i zahartowanie po podpisywaniu przez tydzien cyrografu na IP hahaha.. wtedy chyba jeszcze caly czas nie mogłam uwierzyć, że się zaczyna, że to ja właśnie czekam na zwolnienie się sali porodowej, że skurcze coraz mocniejsze.. przypomniałam sobie, że muszę załozyć ponczochy uciskowe (mam niewydolność żylną i w ciąży chodziłam w takich specjalnych rajstopach antyżylakowych, a do porodu miałam takie grube uciskowe pończochy), więc zaczełam się z nimi męczyć pomiędzy skurczami, żeby dobrze je założyć.. kilka minut później byłam już na porodówce.

Pół godziny chodziłam po korytarzu, czekając na zmycie i wyschnięcie podłogi w sali…Po wejściu do środka wypróbowywałam znajdujące się tam sprzęty, ale skurcze były na tyle silne, że musiałam pochylać się i opierać mocno o łóżko albo szafkę.. na piłce było fajnie tylko pomiędzy skurczami.. były dosyć częste takie co 2 minuty trwające kilkadziesiąt sekund.. po godzinie mniej wiecej dojechała moja położna, mogło być koło 18? 19? w tym czasie jakby wszystko zaczęło się zatrzymywać.. skurcze rzadsze, nie wzbierające na sile.. zbadała mnie i powiedziała, że rozwarcie ciągle małe, szyjka nadal długa i że ona proponuje oksytocynę, bo nie urodzimy do następnego dnia, a wody juz odeszły więc nie mam za dużo czasu, bo może sie to zrobić niebezpieczne dla malego i w koncu skonczyć cc.. dała mi 10 minut do podjęcia decyzji.. bałam się tej oxy niemiłosiernie, ale jesli miała byc jedynym sposobem na poród drogami natury, to miałam zamiar się zgodzić.. jak wrociła to nie byłam w stanie powiedziec co zdecydowałam, powiedziałam chyba ze nie wiem.. widziała chyba jak bardzo chcę to oxy ominąć i zaproponowała masaż brodawek a potem wannę na godzinę.. no i słuchajcie w tej wannie to się skurcze rozhulały same tak, że już zupełnie nie wiedziałam co się dzieje, wpadłam w rodzaj transu: skurcz i totalna koncentracja zeby go przezyc, a potem wręcz rodzaj omdlenia w tej ciepłej wodzie pomiędzy skurczami.. pamietam tylko że dostałam jeszcze kroplówke nawadniającą jak byłam w tej wannie.. potem kolejne godziny uplywały sama nie wiem jak i kiedy.. 21, 22.. idące mega szybko rozwarcie na 9 cm.. ogromny ból, ale nie wiem jakoś w tym wszystkim wcale nie myslalam o znieczuleniu, może dlatego ze chyba nie myślałam w ogóle? byłam w innym stanie swiadomosći. Potem zmiany pozycji proponowane przez położną.. koło 23 zaczęła się faza parcia i nagle zostałam poproszona o przejście na stół bo już rodzimy.. nie mogłam w to uwierzyć, serio.. zresztą wszystko działo sie jak w półśnie, transie jakimś.. Pamiętam jeszcze jak dotykałam główki i w końcu o 12.35 w nocy urodziłam całego Leosia  Od razu wylądował na moim brzuchu, dopiero po kilku minutach przecięto pępowinę, światło było przygaszone, wszystko tak jak chciałam.  Potem jeszcze rodzenie łożyska i szycie w sumie podobno niedużych obrażeń, zwłaszcza jak na takiego wielkoluda  Właśnie, potem ważenie 5028g.  Zbiegło się kilka osób, żeby go zobaczyć haha.. Leoś cichutki, spokojniutki, w ogóle nie płakał i w zasadzie taki własnie jest, przynajmniej na razie.  Po porodzie straciłam zupełnie głos na kilka dni (mega wokalizacja w moim przypadku, ale ratowała mnie w tych skurczach), dalej jestem chora, ciągle bardzo osłabiona bo straciłam dużo krwi podobno, ale nie zamieniłabym tego doświadczenia na nic w swiecie.  Odzyskałam moc! Mam nadzieję, że moja historia będzie pokrzepiająca i podnosząca na duchu dla tych z Was, które jeszcze się wahają.

Marzenia się spełniają (Rzeszów)

Dziś historia szczególnie mi bliska. To była ogromna radość i zaszczyt móc towarzyszyć Oli w drodze do narodzin Nikodemka. Oto jej wspomnienia:

Nazywam się Ola. Zacznę od tego że ogromnie się cieszę, że urodziłam naturalnie po cesarce 🙂 Poród siłami natury był moim wielkim marzeniem, które pomogło mi spełnić nie małe grono osób. Dziękuję Wam!

Moja historia zaczyna się od mojego pierwszego porodu zakończonego cesarką w lutym 2012 roku. Do porodu byłam nastawiona bardzo pozytywnie, zamierzałam urodzić w szpitalu przy którym uczęszczałam do szkoły rodzenia. Położne na zajęciach często powtarzały żeby zaufać personelowi szpitala, że położne zawsze służą pomocą. Tak więc się nastawiłam – zaczne rodzić, sympatyczne położne poinstruują co i jak – jak bardzo się zawiodłam… Mój pierwszy synek się nie śpieszył, tak więc 7 dni po terminie porodu z OM stawiłam się do szpitala – ktg w porządku, rozwarcia zero, żadnych oznak zbliżajacego się porodu. Postanowiłam przyjąć się na oddział położniczo-gin – w szpitalu czułam się bezpieczniej. Po 4 dniach pobytu o 23:00 zaczęło się „coś dziać”, nieregularne skurcze, rozwarcie żadne… Było już 10 dni po terminie, więc lekarz zaproponował mi indukcje oksytocyną. Na swoje nieszczęście zgodziłam się… Byłam pełna optymizmu, szłam na porodówkę jak na spotkanie z wielką przygodą. Niestety przygoda okazała się dla mnie koszmarnym szokiem – rodziłam 9 godzin z czego 8 leżałam nonstop podłączona pod ktg, rozwarcie postępowało powoli, ostatnich 6 godzin praktycznie nie pamietam gdyż ból mnie totalnie paraliżował, nie wiedziałam jak mam sobie z nim poradzić, czułam się strasznie samotna, położne jakby nie zwracały na mnie uwagi, a mój mąż patrzył na mnie bezradnie. Po 7 godzinach poprosiłam o zzo, okropny ból odszedł, rozwarcie było już na 8 cm. Jednak zaczęło gwałtownie spadać tętno dziecka i pojechałam szybko na sale operacyjną na cesarskie cięcie. Lekarz wyjął mi synka, pokazał go, następnie pielęgniarka przyłożyła mi buzie synka do policzka i zaraz go zabrała – tu przeżyłam kolejny szok, bo przecież miałam mieć przystawionego synka do piersi już na sali operacyjnej; okazało się że już od jakiegoś czasu ten szpital tego nie praktykuje… Następnym szokiem było dla mnie to, że z braku miejsc przywieziono mnie na inny oddział, tak więc nie widziałam synka 10 godzin, karmiłam go dopiero następnego dnia. Okropnym zaskoczeniem również było dla mnie to, że nie czułam żadnej radości z narodzin synka, czułam że go nie kocham, oskarżam go o coś. Patrzyłam na niego i czułam pustkę w sercu. Psychicznie i fizycznie czułam się koszmarnie. Rana bardzo mnie bolała mimo leków przeciwbólowych, przez 2 tygodnie nie mogłam sie całkiem wyprostować, jeszcze przez pół roku blizna mi dokuczała. Szczęście w nieszczęściu rana po cc pięknie się zagoiła, nie mam żadnych zrostów, ani powikłań. Te wszystkie przeżycia z mojego porodu, długo rodząca się miłość do synka, oskarżanie siebie, że jestem złą matką spowodowały u mnie deprsję poporodową, która całe szczęście przeszła dzięki gorącym modlitwom i psychoterapii.

Po 23 miesiącach od cc dowiedziałam się że jestem w ciąży. To był początek Nowego Roku 2014 a ja czułam podskórnie że ten rok będzie wyjątkowy. Zaczęłam szukać informacji o porodach naturalnych po cesarskim cięciu, tak trafiłam na ten portal:). Zaczytywałam się w szczęśliwych historiach o VBAC i marzyłam o takim porodzie. Biorąc pod uwagę to, co przeżyłam na porodówce, widziałam że musze mieć mocne oparcie w kimś kto pomoże mi przejść przez poród, kto przede wszystkim da mi wsparcie psychiczne i pomoże uśmierzyć ból oraz empatycznie i profesjonalnie poprowadzi mój poród – potrzebowałam douli i położnej przyjaznej VBAC. Najpierw znalazłam doulę – Magde 🙂 do któtrej od początku poczułam wielką sympatię, tym bardziej że przeżyła swój vbac –wiedziałam że to doula w sam raz dla mnie! 🙂 Umówiłam się też z położną – panią Renią – z którą wraz z mężem umówiłam się na spotkanie w szpitalu, w którym zamierzałam rodzić. P. Renia pokazała nam trakt porodowy, oddział patologii ciąży i oddział położniczy. To zwiedzanie bardzo mnie oswoiło z tymi miejscami, wiedziałam, że będąc drugi raz w tych miejscach nie będę się czuła obco.

Drugą ciążę przeszłam równie bezproblemowo jak pierwszą. Jednak mój spokój zakłóciła informacja że w 34 t.c. ciąży synek jest ułożony pośladkowo, dodatkowo waży dużo – koło 97 centyla. Lekarz prowadzący stwierdził że dziecko w 9tym m-cu może mieć już 4 kg. . Zaproponował termin cc. Wyszłam z gabinetu praktycznie bez słowa. Byłam przybita tymi informacjami, czułam że moje marzenie o VBAC oddala się… „Poskarżyłam się” mojej Magdzie, a ta bardzo skutecznie podniosła mnie skutecznie na duchu, zapodała linki do stron z ćwiczeniami, które pomaogają maluszkom się prawidłowo ułożyć do porodu, jak również poczytałam sobie historie o porodach Dużych dzieci. Gorąco też się modliłam, aby synek się odwrócił główką do wyjścia.

Pod koniec 36 t.c. na byłam na ostatniej wizycie u mojego lekarza prowadzącego. Wstrzymałam oddech gdy lekarz przyłożył mi głowice USG do brzucha. Popatrzyłam na monitor i zalałam się łzami, bo oto mój synek pięknie „wisiał” główką do dołu!  USG wyliczyło wagę dziecka na ponad 3600g. Lekarz był już na 100% pewny że dziecko będzie ważyło 4 kg na dzień terminu porodu z OM. Na informację. że i tak będę próbowac rodzic siłami natury, mój lekarz uśmiechnał się blado i życzył powodzenia 😉 Zalecił mi, abym przyszła 5 dni po terminie na ktg i usg na izbę przyjeć.

W dniu terminu porodu tj 21.09 już wiedziałam, że moje dzieci nie śpiesza się na świat 😉

W końcu 5 dni po terminie, w piątek rano koło godziny 5tej obudził mnie lekki skurcz. Inny niż te dotychczas, które czułam od 22tygodnia ciąży. Wzięłam telefon i zaczęłam liczyć skurcze. Były co 6,7 minut, a następnie regularnie co 4,5 minut. Obok mnie spał mój mąż i synek, który pewnie niedawno przywędrował do naszego łóżka. Nie chciałam ich na razie budzić.  Poszłam pod prysznic sprawdzić czy to nie fałszywy alarm (w wodzie nieporodowe skurcze ustają). Skurcze tylko lekko się wyciszyły. „Chyba rodzę!!” – ucieszyłam się. Obudziłam szybko męża i synka. Dałam znać Magdzie. Byłam cały czas z nią w kontakcie. Mąż zadzwonił do położnej że „coś się zaczyna dziać”. Moje skurcze zaczęły być coraz silniejsze, musiałam opierać się mocno o krzesło, oddychałam głęboko. Między skurczami zjadłam szybko porządne śniadanie (o nie, już nie będę nigdy rodzić będąc głodna!), zabraliśmy z mężem torby do szpitala i pojechaliśmy odwieść synka do dziadków. W czasie jazdy autem skurcze zaczęły słabnąć, a gdy weszłam do szpitala całkowicie ustały. Zdenerwowałam się, bo teraz już wiedziałam, że to były skurcze przepowiadające. Nie było sensu iść na izbę przyjęć, skoro dobrze się czułam. Postanowiłam rozruszać te skurcze – zeszłam 2 razy po schodach z 10piętrowego wieżowca. Skurcze powróciły, jeszcze mocniejsze, ale dalej nieregularne. Po niemałej szarpaninie która rozgrywała się we mnie postanowiłam przyjąć się na oddział do szpitala, w którym chciałam rodzić. Na ktg tętno synka pisało się idealnie, widać było 2-3 skurcze. Przy badaniu lekarskim rozwarcie było na opuszek palca – nawet ten centymetr bardzo mnie cieszył. Poczułam się bardzo silna. Jednak potrafie! Moje ciało przygotowuję się do porodu, to się dzieje, jak widać odbywało się to bardzo powoli, ale jednak to fakt! Usg wskazywało że moja blizna po cc ma grubość 3,4 mm Same dobre wiadomości!! Natomiast waga synka była szacowana na 4100-4400g. Troche mnie to niepokoiło, bo przecież wiele mam zostaje skierowanych na cesarkę właśnie ze względu na makrosomie płodu, dodatkowo miałam przekonanie że duże dzieci przecież ciężej się rodzi. Z niepokojem czekałam na wizytę ordynatora, bo niestety większość lekarzy skierowuję mamy po cc od razu na kolejną cesarkę lub straszy przesadzonymi  konsekwencjami naturalnego porodu po cesarce. Bardzo chciałam tego uniknąć. Na obchodzie oddziału pan ordynator, na informację ode mnie że jestem po cesarce, 5 dni po terminie i bardzo chciałabym urodzić dołem, dobrotliwie się uśmiechnął i powiedział :” W takim razie czekamy na porodowe skurcze”. Strasznie się ucieszyłam! Nie musiałam nic tłumaczyć i walczyć o naturalny poród. Ordynator wręcz mnie zachęcał do próby takiego porodu, pocieszył mnie że w razie gdyby coś się działo (rozchodzenie się blizny czy pękanie macicy) to przecież jestem w szpitalu, można zrobić szybko cesarskie cięcie, poza tym przecież moja blizna jest silna i gruba a to że dziecko jest duże to nie ma większego znaczenia. Po tych słowach poczułam się bardzo bezpiecznie i komfortowo, wiedziałam że jestem pod fachową opieką, a mój strach przed porodem praktycznie zniknął. Wieczorem skurcze wróciły, były nieregularne i dość mocne. W nocy ból budził mnie co parę godzin. Nad ranem znów była powtórka z piątku. Na badaniu ginekologicznym miałam już rozwarcie na palec. Zaczęłam się niecierpliwić. Skontaktowałam się z Magdą aby dała mi jakieś wskazówki co mogę sama zrobić w warunkach szpitalnych, aby te moje skurcze przeszły na regularne. Tak więc praktycznie cały dzień dużo spacerowałam, schodziłam szybko ze schodów i przede wszystkim dużo afirmowałam na temat swojego porodu i modliłam się. Wieczorem znów skurcze wróciły, były już dość mocne. Zaczęłam mieć wątpliwość czy chcę urodzić siłami natury, ale moja kochana doula, bardzo mnie pocieszała że moje ciało jest stworzone do rodzenia, że dam radę. W nocy skurcze budziły mnie co pół godziny, prawie w ogóle nie spałam.

W niedzielę rano obudziło mnie piękne słońce i bardzo mocny skurcz 😉 Zaczęłam je liczyć – znów nieregularne. Czekałam z niecierpliwością na obchód lekarzy. Na wizycie „poskarżyłam się” panu ordynatorowi że już prawie 3cią noc nie śpie, skurcze mocne, nieregularne i że mam już dość… Pan ordynator powiedział z uśmiecham: „to na okscytocyne panią”. Troche się przestraszyłam bo ciągle pamiętałam jakie bolesne skurcze wywołała u mnie oksytocyna przy pierwszym porodzie, ale zaraz się uspokoiłam bo przecież miałam mocną grupę wsparcia: świetną położną, zaufaną doulę i doświadczonego męża. Na badaniu ginekologicznym miałam już 4 cm rozwarcia! Mało się nie popłakałam ze szczęścia 😉 Czułam że fruwam na jakichś hormonach, jakbym przygotowywała się do jakiejś niesamowitej wielkiej przygody. Zadzwoniłam do męża i douli, mąż zadzwonił do naszej położnej, napisałam smsa mojej najbliższej rodzinie i znajomych: „RODZE ”. Czułam wokół siebie moc – moc mojej kobiecości, moc rozpoczynającego się porodu, moc modlitwy moich bliskich. Zaczęłam pakować swoje rzeczy i uświadomiłam sobie że nie jadłam śniadania. Wiedziałam że nie mogę już jeść, ale skąd miałabym wziąć siły na rodzenie dziecka? I to bardzo dużego dziecka 😉 Na szczęście koleżanka z sali poratowała mnie swoją kanapką z szynką, którą wręcz połknęłam chowając się w łazience przed położnymi. Zawołano mnie na sale porodową. Położna podała mi antybiotyk (miałam dodatni GBS). Zrobiła hegar, ogoliła – nie protestowałam bo przecież musiałam liczyć się  z tym że poród może zakończyć się cesarskim cięciem. Położna myślała że będę rodzić z nią ale poinformowałam ją że rodzę z panią Renią i czekam na nią. Czekając chodziłam po korytarzu na trakcie porodowym żeby „rozhulać skurcze” i zaczęłam liczyć odstęp czasowy miedzy nimi – były idealnie regularne co 5  minut. Zauważyłam że odchodzi mi też czop śluzowy. Znów miałam łzy w oczach i dziękowałam Bogu w duchu, bo już widziałam że moje ciało rodzi mojego synka! Samo! Oksytocyna w niczym nie będzie mi potrzebna. Zjawił się mój mąż i Magda, niedługo po nich przyszła moja kochana położna. Uściskała mnie i pobiegła przygotowywać sale porodową dla mnie. Parę minut po godzinie 10tej weszłam na jednoosobową sale porodową z mężem. Przy porodzie mogłam mieć tylko jedną osobę towarzyszącą więc Magda miała się wymieniać z moich mężem, gdybym jej potrzebowała. „A więc zaczynamy” – powiedziałam i położyłam się na łóżku porodowym. Pani Renia wszystko mi tłumaczyła, że musi mnie teraz trochę potrzymać na ktg, a potem mnie puści na piłki i będę mogła robić co chce. Położyłam się na łóżku porodowym, mój mąż stanął po mojej prawej stronie, moja położna poprawiła mi ustawienie łóżka tak żeby było mi wygodnie i podpięła ktg. Skurcze odpowiedni się pisały, tętno dziecka było w porządku. Przyszedł lekarz i wraz z moją położną stwierdzili, że nie będzie potrzebna już oksytocyna bo poród pięknie postępuje. Tymczasem skurcze zaczęły robić się coraz mocniejsze. Przy szczycie skurczu trzymałam mocno mojego męża za rękę i starałam się głęboko oddychać. Miedzy skurczami uśmiechałam się, byłam szczęśliwa że ten poród jest tak pięknie inny niż ten pierwszy. Wiedziałam i czułam że mam prawdziwe (dosłownie!) oparcie w mężu. Czas jakby dla mnie nie istniał. Liczył się tylko fakt, że rodzę mojego synka. Po jakimś czasie przyszedł lekarz, zbadał mnie i ze zdziwioną miną coś powiedział, nie usłyszałam, mąż też nie. Lekarz odszedł szybko do mojej położnej, która wypełniała moje porodowe dokumenty w innym pomieszczeniu. Powiedziałam do męża „Idź zapytaj na ile jest rozwarcie”. Mąż poszedł i zaraz przyszedł z wspaniałą wiadomością: „Rozwarcie na dłoń!”. Ucieszyłam się strasznie, już pełne rozwarcie! I to tak szybko, w godzine! Byłam pod wielkim wrażeniem mocy mojego ciała. Byłam przygotowana na wielką walkę z bólem, w której miała mi pomagać Magda, a ja nie odczułam nawet słynnego kryzysu 7go centymetra. Pani Renia zaraz przybiegła, zaczęła szybko ubierać się w fartuch, biegać po sali, coś przygotowywać. To mnie jeszcze bardziej podekscytowało – czułam że coraz bardziej odpływam na jakichś szalonych pozytywnych hormonach. Moja położna była pozytywnie zdziwiona i zażartowała że pokrzyżowałam jej plany bo ona chciała mnie już odpiąć od ktg i dać na jakąś piłkę a ja już do parcia!   Pani Renia poinformowała mnie, że teraz jest decydujący moment – wstawianie główki dziecka w kanał rodny. „Będziemy rodzić trochę inaczej żeby nie obciążać blizny” – powiedziała i ustawiła mnie tak że siedziałam/leżałam na prawym boku. Skurcze zaczęły być coraz silniejsze i długie. Przy szczycie skurczu wiedziona jakimś naturalnym instynktem przeciągle krzyknęłam. Do dziś tego nie zapomnę  – nie był to krzyk bólu czy przerażenie, to był krzyk wojowniczki. Bardzo pomagał mi znieść ten ból. Nastąpiła długa przerwa, w czasie której patrzyłam mężowi głęboko w oczy i odpoczywałam. Moja położna powiedziała, żeby jak tylko poczuję parcie dać jej znać. Po chwili je poczułam. W pierwszych chwilach byłam trochę zdezorientowana i zaczęłam nieefektywnie przeć i poczułam lekką panikę, ale pani Renia natychmiast delikatnie i stanowczo mnie poinstruowała jak prawidłowo przeć. Motywowała mnie też słowami: „Ola dasz radę!”, „Bardzo dobrze!”, „Pięknie!”. Równocześnie cały czas monitorowała tętno dziecka i chroniła moje krocze. Nagle moja położna krzyknęła „Widzę już włosy!”. To mnie bardzo zmotywowało. Mąż „luknął” na te „włosy” i uśmiechnął się. „Ola jeszcze trochę i synek będzie z Tobą”! – powiedziała pani Renia. Zebrałam się w sobie i wypchałam główkę. Jeszcze raz i synek był już cały na świecie o 11:50. Miałam wrażenie że śnie i byłam przeszcześliwa, położna położyła mi synka na piersiach. Był taki ciepły, pachniał oszałamiająco i widziałam że urodziłam niezłego klocuszka. Pani Renia mi pogratulowała i jeszcze raz stwierdziła że jest pod wrażeniem mojego porodu. Mąż był oczywiście ze mnie bardzo dumny. Był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

Mój synek Nikodem ważył 4220 g i mierzył 56 cm. Dostał 10 punktów Apgar. Mój poród vbac trwał 3 godziny, w tym dwie godziny na sali porodowej, jednak miałam wrażenie że urodziłam w 15 minut.  To zapewne zasługa endorfin które niosły mnie przez cały poród. Prawdę mówiąc niewiele pamiętam z mojego porodu, wydawało mi się że jestem poza czasem i przestrzenią; teraz gdy sobie przypominam to uczucie mimowolnie się uśmiecham – tak bardzo miły był to stan. Ten poród bardzo mnie dowartościował jako kobietę i matkę.

 P1030576 â-- kopia

Szczęśliwa opowieść Agnieszki (Limanowa)

Takie historie motywują do dalszej pracy nad rozwijaniem portalu:) Oto opowieść Agnieszki, mamy 1.5 rocznej Zosi urodzonej przez cc i niespełna miesięcznego VBACowego Tomka:

Witam,
i ja chcę podzielić się moją historią.
24 lutego 2013 nad ranem zaczęły się delikatne, ale regularne (co 6-5 min) skurcze i odchodzenie czopa śluzowego. Obudziłam męża i pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu skurcze ustąpiły, KTG też nic nie pokazało. Położono mnie na patologię ciąży. O 1 w nocy znowu skurcze co 7 min, leżałam i liczyłam je do 3, poszłam do pielęgniarki i mówię jak się sprawy mają. No to z powrotem na porodówkę. Telefon do męża, że się zaczyna. Mąż pojawił się błyskawicznie (do dzisiaj nie wiem jak on to zrobił). KTG pokazało niewielkie skurcze, poszłam pod prysznic, i chodziłam, chodziłam. chodziłam… Ok 8 obchód, ordynator podjął za mnie decyzję o podaniu mi znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie byłam przekonana, ale nim się obejrzałam zespół anestezjologów pojawił się przy mnie i tak zostałam uziemiona na dalszą część porodu. Byłam tak przejęta sytuacją, że nie umiałam zawalczyć o swoje. Godziny mijały, a moje rozwarcie i postęp porodu praktycznie się nie ruszył. Ok 16 decyzja o podaniu oksydocyny, no i wtedy zaczęło się naprawdę, ból niesamowity, szybko rozwarcie na 10 cm… Bóle parte ponad godzinę, ale zaraz po skurczu córka znowu wracała wysoko i tak zabawa w kotka i myszkę trwała i trwała, wydawało mi się, że to się nigdy nie skończy. Pomimo znieczulenia czułam potworny ból. jak się później okazało prawdopodobnie źle podano mi znieczulenie. Dyżur miał mój lekarz prowadzący ciążę i to on podjął decyzję o cesarskim cięciu. I tak o 20:45 25 lutego 2013 usłyszeliśmy pierwszy krzyk naszej córeczki Zosi.
Po 9 miesiącach znowu byłam w ciąży. Cieszyliśmy się jak szaleni, chociaż ciągle nasuwało mi się pytanie, jaki teraz będzie poród. Wszyscy w koło (z wyjątkiem męża) mówili, że cc, ale ja uparcie nie brałam sobie tego do serca, nie chciałam w to wierzyć, nie chciałam ponownego cięcia. Już na jednej z pierwszych wizyt zapytałam lekarza czy mogę rodzić naturalnie po 18 miesiącach od cc. Nie widział przeciwwskazań:) Chociaż pozwolił mi zadecydować, mogłam wybrać cc. Nad ranem 25 sierpnia poczułam, że odchodzą mi wody. Nie robiłam paniki, postanowiłam, że jeszcze nie jedziemy do szpitala. Zaczęły się mocne skurcze i wtedy spakowaliśmy córkę do samochodu, zawieźli do moich rodziców, sami zaś pojechaliśmy na spotkanie z synem. KTG pokazało mocne ale nie regularne skurcze. Piłka, prysznic, spacerowanie. Już na początku wypełniając plan porodu nie zgodziłam się na znieczulenie. Rozwarcie postępowało, ale zdecydowano by podać mi oksydocynę, aby wyregulować akcję skurczową. No i tym razem po oksydocynie wszystko przyspieszyło. Kiedy akcja skurczowa się unormowała, odłączono mnie od kroplówki i znowu poszłam pod prysznic, nie miałam sił już spod prysznica wyjść. Skurcze co 3 min, spadały na mnie z ogromną siłą. W momencie zrobiło się rozwarcie na 10 cm, położna w biegu przygotowywała zestaw narzędzi i miejsce dla noworodka. Parłam 45 minut, ból był niesamowity, ale po 12 h od odejścia wód na mój brzuch trafił śliczny płaczący mały człowiek, nasz syn Tomek.  Było to dokładnie 18 miesięcy po pierwszym porodzie-co do dnia.
Decyzja o porodzie naturalnym była dyktowana przez serce, rozum czasami podpowiadał cc, że niby bezpieczniej będzie. Trafiłam na tę stronę, przeczytałam ją od a do z. Drukowałam publikacje naukowe i czytałam, czytałam… to najlepsza decyzja jaką podjęłam! Dzięki Wam uwierzyłam naprawdę, że się uda! Dziękuje Wam, że jesteście!

Spełnione marzenie (Warszawa)

Nawet ciąża przebiegająca z trudnościami (m.in. z cukrzycą ciężarnych) nie musi stanowić przeszkody w naturalnym porodzie siłami natury po cięciu cesarskim. Oto ujmujaca i motywująca historia Anny, która niedawno szczęśliwie urodziła córeczkę Julkę.

Moja historia zaczęła sie w 2009 r.  kiedy to ostatecznie urodziłam przez cc mojego syna Kacpra. W karcie wypisu „zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu, wysokie proste ustawienie główki i kolizja pępowinowa”, które ponoć skutecznie uniemożliwiły mojemu synkowi wydostanie sie na świat drogami natury. Po cesarce szybko dochodziłam do siebie, jedyną traumę przeżyłam przy nieudanych próbach karmienia i szybko przestawiłam synka na butlę. Trzeba tutaj jasno powiedzieć, że byłam kompletnie nieprzygotowana do porodu, nie miałam żadnej świadomości tego jak może wyglądać poród, dlaczego jest taki ważny, że moze być piękny i może być początkiem cudownej więzi miedzy matka a dzieckiem.
Przyjechaliśmy do szpitala o 23 ze skurczami bardzo krótkimi i intensywnymi, do godz. 8 nie odpłynęły mi wody a rozwarcie postąpiło z 2 na 4 cm. Położna zdecydowała o przebiciu pęcherza owodniowego a ja sie zgodziłam, w końcu to ona wiedziała co robi. Potem weszłam do wanny, skurcze zaczęły odchodzić, po wyjściu dopadły ze zdwojoną siła. Wtedy wzięłam znieczulenie. Po półgodzinie rozwarcie osiągnęło 10 cm. Ale parcia nie czułam, nie mogłam współpracować z polożną, ona oceniła ze dziecko źle sie wstawia, tętno zaczęło spadać, zdecydowano o cesarskim cięciu. Ja w tym momencie nie wiedziałam co sie ze mną dzieje, byłam półprzytomna. Partner towarzyszył mi na sali operacyjnej, popłakałam sie jak wyjęli Kacperka z mojego brzucha, byłam szczęśliwa, że wszystko dobrze sie skończyło. Potem zaczęły sie problemy z karmieniem, po 7 dobach walki w szpitalu bez wsparcia i pomocy przestawiłam Kacpra na butelkę i pokarm mieszany. Po 3 tygodniach już tylko mm podawałam. Przez długi czas nie odczuwałam traumy związanej z porodem, nie miałam wyrzutów sumienia z powodu nieurodzenia sn, nie widziałam problemu z karmieniem sztucznym mlekiem. Dopiero od jakiegoś czasu moze 1-2 lat zaczęłam nabierać szeroko pojętej świadomości pewnych decyzji, wyborów i zdarzeń związanych z moim porodem. Kiedy zaszłam w druga ciąże świadomość zaczęła gwałtownie domagać sie rewizji wcześniejszych poglądów. A co, jesli nie wziełabym znieczulenia, nie pozwoliła przebić pęcherza, itp? Może wszystko potoczyłaby sie inaczej, piękniej? Tego nie dowiem sie już nigdy, nie mniej postanowiłam, że tym razem chce urodzić naturalnie, bez niepotrzebnych ingerencji medycznych.
Po drodze ciąża mnie nie rozpieszczała, 4 miesiące wymiotów i wręcz leżenia w łóżku, potem cukrzycą ciężarnych, niedoczynnością tarczycy i lekarze życzliwie mówiący ze owszem mogę spróbować urodzić sn, ale niekoniecznie musi sie to udać. Co chwila popadałam w zwątpienie, potem na nowo umacnialam sie w swoich decyzjach i pragnieniach, że chcę urodzić naturalnie. Pomagała mi w tym moja doula Helena, z która dzieliłam się swoimi wątpliwościami. Rozpatrywałyśmy rownież kwestie mojego porodu z Heleną, problemem było to, że ja mieszkam w Warszawie a Helena w Bytomiu. Ale jak sie okazało, dałyśmy radę. Od 34 tygodnia, w związku z cukrzyca ciężarnych, monitorować musiałam dobrostan płodu, czyli co tydzień jeździłam na ktg, usg do punktu konsultacyjnego do szpitala świętej Zofii na żelaznej. Po drodze przyplątała sie mi infekcja zatok, która powodowała złe zapisy ktg u małej. W końcu antybiotyk i jakoś dotrwałam do 40 tygodnia. Na ostatniej wizycie w punkcie lekarz konsultujacy poinformował mnie,  że mam sie zgłosić na patologię ciąży celem indukowania porodu ze względu na to, że mam cukrzyce i takie sa wytyczne. Badania Julci były bez zarzutu, nie za duża, dobre ktg i usg, świetne przepływy. Ale wytyczne mówiły: patologia.
Nie zgłosiłam sie w dniu terminu 16 czerwca. Byłam u swojej lekarki prowadzącej z która ustalilam, że spokojnie mogę jeszcze poczekać. Nie chciałam absolutnie wywoływania porodu. Lekarka uspokoiła mnie na tyle, że o 1 szej w nocy już 17 czerwca odpłynęły mi wody i zaczęły sie skurcze. Helena była u nas od tygodnia oczekując na narodziny Julci. Obudziłam ją i powiedziałam, że już wody mi odpływają, ale na razie jeszcze nie jedziemy do szpitala, położyłam sie jeszcze spać, ok. 5 obudziłam Partnera, że jedziemy do szpitala. Zjadłam śniadanie, przyjechali rodzice żeby zając się Kacprem i ok. 6.30 byliśmy w szpitalu. Zostałam bardzo szybko przyjęta na blok porodowy, do sali pomarańczowej. Od razu trafiła mi sie bardzo miła młoda położna pani Magda. Czułam się naprawdę zaopiekowana przez Helenę i panią Magdę. Nikt nie wspomniał nawet o jakiejś cesarce, przyspieszaniu porodu itp.  Czułam sie bezpiecznie, skurcze ciagle były znośne ale w godzinę dały dodatkowy cm rozwarcia. Potem nagle wszystko potoczyło sie bardzo szybko, skurcze przybierały na sile, niektóre bolały bardzo, ale była przy mnie Helena, masowała, dotykała, była, wspierała słowem i dotykiem, to pomagało i to bardzo znieść ten ból. W dość szybkim czasie okazało sie ze rozwarcie to już ok. 7 cm. Zaczęłam prosić o znieczulenie wiedząc, że nikt mi go nie da, bo go nie chce tak naprawdę i Helena wiedziała, że takie jest moje życzenie. Za chwile weszłam w II fazę porodu, zaczęło sie parcie. Chyba parcie bolało bardziej niż wcześniejsze skurcze. Myślałam, że bede przeć bez końca – okazało sie, że trwało to 35 minut. W międzyczasie słyszałam, że główka ciagle sie cofa, wiec kiedy w końcu już się nie cofnęła i kiedy mogłam jej dotknąć, tak jak sobie wymarzylam, poczułam, że muszę się zebrać w sobie to szybciej Juleczka będzie ze mną, i szybciej sie skończy poród. Muszę tutaj zaznaczyć, że dopadało mnie zwątpienie, brak sił, brak motywacji, nawet dotknięcie główki dziecka nie dało mi powera. Natomiast taka wewnętrzna myśl, że to już zaraz koniec i po wszystkim dała mi motywacje. Bez znieczulenia czułam każdy party skurcz, słuchałam położnej i współpracowałam z nią. A kiedy główka już wyszła, i za chwile cała Julcia była już ze mną nie mogłam uwierzyć, że tego dokonałam, że urodziłam siłami natury swoje dziecko, swoją córeczkę. Położono mi ja na piersi, pozwolono przytulać i cieszyć sie jej obecnością. Kacpra zabrano mi w zasadzie na jakieś 24 h. Julcia od razu była przy mnie. Za chwile przyjechał tatuś 🙂 zmęczenie, ból, wszystko odeszło od razu po porodzie.  Czułam sie cudownie spełniona, dumna z siebie i z Julki.
Poród nie trwał długo, Julka przyszła na świat o 11.25. Potem zaczęła sie walka o karmienie, wiedziałam że chcę karmić piersią i że chce otrzymać wszelka możliwa pomoc w tej kwestii w szpitalu. Dodam jeszcze, że napełnila mnie duma, że po porodzie będę na oddziale kierowanym przez położne, czyli oddziale gdzie leżą kobiety po porodach fizjologicznych, bez komplikacji, naturalnych. Aż nie mogłam uwierzyć, że to ja też do nich należę. Położne na oddziale były wspierające, wszystkie pokazywały, dostawiały do piersi, wspierały. Miałam dwa nocne kryzysy, poranione brodawki, problem z dostawieniem Julki. Dzięki tej cudownej opiece przetrwalam. Julka ma 2 tygodnie. Byłyśmy już 2 razy na konsultacji laktacyjnej w związku z bólem piersi i brodawek, ale karmimy sie dzielnie, Julka swietnie przybiera na wadze. Jest spokojna, lubi sie tulić, kangurować zarówno u mamy jak i u taty. Jest małym przytulaskiem. Czasem tylko strasznie mi żal, że Kacprowi, mojemu 5 Latkowi nie dałam tego samego – spokojnego pięknego porodu, karmienia piersią, ciągłej obecności mamy. Wyrósł na fajnego, samodzielnego i mądrego chłopca, i tylko ja wiem jak bardzo mi żal, bo zdaje sobie sprawę już teraz co mu odebrałam.
Poród po cc jest możliwy. Może być pięknym doświadczeniem z odpowiednim wsparciem i motywacją. Cieszę sie, że była z nami Helena, dała mi to czego potrzebowałam. Jeszcze pare lat temu stwierdziłabym, że doula to fanaberia, niepotrzebna. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Bez względu na przeciwności warto wierzyć, że damy radę, nasze ciało i intuicja sa często najlepszymi doradcami.