„Najwspanialszy poród jaki mogłam sobie wyobrazić” (Warszawa)

Córeczka Danusi niedawno przyszła na świat, przynosząc swojej mamie nie tylko radość ze swojego przybycia, ale również z tego w jaki sposób się urodziła. Zapraszam do przeczytania relacji z tych pełnych emocji chwil.

Mój pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskim – po terminie, po 2 nieudanych indukcjach, po kilkunastu godzinach niekończących się skurczy, po 2 godzinach skurczy partych. Po porodzie byłam szczęśliwa, że nasz ukochany Synek urodził się cały i zdrowy. Ale blizna na brzuszku bolała mnie również w sercu. Miałam przecież urodzić naturalnie…

Gdy dowiedziałam się, że spodziewamy się kolejnego Dziecka, pragnienie porodu siłami natury było już całkiem inne. Nie musiałam urodzić naturalnie. Po poprzednich doświadczeniach wiedziałam, że poród może się różnie zakończyć i mimo wielkiego pragnienia, aby urodzić siłami natury, liczyłam się z tym, że może być inaczej. Poród siłami natury zaczęłam traktować jako wielki przywilej, który jeżeli mnie spotka, będzie dla mnie najpiękniejszym Darem.

Wiedziałam, że nie mam wpływu  na wszystko. A w przypadku porodu miałam wrażenie, że tak niewiele ode mnie zależy. Postanowiłam jednak zrobić co w mojej mocy, aby do porodu dobrze się przygotować.  Wszystko powierzyłam Bogu, Maryi, św. Gerardowi i św. Ignacemu (Patronom matek w stanie błogosławionym). Wybrałam lekarza (ze szpitala, w którym planowałam rodzić), który od początku był pozytywnie nastawiony na poród siłami natury po przebytym cięciu cesarskim (VBAC). Przez całą ciążę wspierał mnie w tej decyzji. Przeczytałam od deski do deski książkę I. Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”. Niektóre rozdziały po kilkanaście razy. Całą ciążę starałam się być maksymalnie aktywna. Dbać o siebie fizycznie i psychicznie. Wcielałam w życie radę Męża, że 90% sukcesu leży w głowie. Psychika jest bardzo ważna. Nastawiałam się więc pozytywnie do porodu. Przeczytałam mnóstwo artykułów dotyczących VBAC i szczęśliwych historii (dziękuję za tę stronę J). Pod koniec ciąży wybraliśmy położną, która również była pozytywnie nastawiona do naszego pomysłu porodu siłami natury. Bliznę po cięciu zbadałam u dwóch świetnych specjalistów od USG – i upewniłam się, że mam zielone światło. Z jakichś statystyk szczególnie zapamiętałam, że przyjazd do szpitala przy rozwarciu około 4-5 cm daje większe szanse na udany poród siłami natury. Czyli nie ma co się spieszyć do szpitala. Spokój i opanowanie. Wiedziałam, że nie chcę żadnej oksytocyny, przebijania pęcherza, czy innych interwencji, które mogłyby zaburzyć naturalny rytm porodu. Pozostało więc czekanie, spokój i wiara w to, że się uda. Na resztę nie miałam wpływu.

2 dni przed terminem nic nie zwiastowało, aby  Córeczka chciała w najbliższym czasie opuścić ciepłe lokum. Jedyna oznaka syndromu wicia gniazda objawiła się tym, że wieczorem odczułam przeogromną potrzebę zakupu karuzelki do łóżeczka. Miałam już jedną po Synku, ale po prostu musiałam kupić nową. Przegrzebałam Internet i zakupiłam przepiękną karuzelę. W nocy obudziły mnie skurcze. Niezbyt bolesne, ale  regularne co 10 minut i uniemożliwiające sen. Pokrzątałam się po domu, nastawiłam zmywarkę, zjadłam jakieś śniadanie i próbowałam podsypiać między skurczami. Gdy słońce już pięknie świeciło na błękitnym niebie, zadzwoniłam do położnej, bo skurcze się nasilały, były już co 5 minut. Położna poradziła, żeby wziąć letnią kąpiel – jak skurcze miną, to znaczy, że jeszcze nie rodzę. A jak nie miną – to należy jechać do szpitala. Ustaliłyśmy więc, że odprowadzimy z Mężem Synka do przedszkola, zrobimy zakupy na pobliskim bazarku (to był poniedziałek – lodówka świeciła pustkami po weekendzie), wrócę do domu, wezmę kąpiel i zadzwonimy do położnej z „relacją skurczową”. Tak też zrobiliśmy. Droga do przedszkola, mimo, że niedaleka, trwała trochę, z przerwami co 5 minut na skurcz. Na bazarku zrobiliśmy zakupy z przerwą co 4-5 minut na skurcz. Jakaś pani chciała wzywać karetkę. Ale dzielnie czekałam, żeby nie jechać do szpitala za wcześnie. Akcja porodowa musiała być rozkręcona, żeby na Izbie Przyjęć skurcze nie minęły. Wróciłam do domu, weszłam do wanny i nie miałam już wątpliwości, że najwyższa pora wybrać się do szpitala.

Telefon do położnej i decyzja – jedziemy. Do szpitala dojechaliśmy około 10. Na Izbie Przyjęć nie czekaliśmy, bo czułam już główkę nisko. Rozwarcie – 6 cm.  Poród postępował. Gdy dotarliśmy na salę porodową wiedzieliśmy, że chwila narodzin się zbliża. Były momenty, że sił już brakowało, że traciłam wiarę w swoje możliwości, ale pragnienie porodu siłami natury było większe. Ani przez chwilę nie pomyślałam o cesarce, czy znieczuleniu. Nie myślałam o żadnych pęknięciach macicy, czy rozchodzących się bliznach. Po prostu robiłam to, co czułam i co podpowiadała nasza wspaniała Położna. W pewnym momencie wyszła na korytarz i powiedziała do lekarza – „na następnym skurczu dziecko już będzie”. To zdanie dodało mi nadprzyrodzonej siły. Skurcz – i Maleńka pojawiła się na świecie. Od przyjazdu do szpitala minęły 2 godziny. Dla tej chwili warto było przeżyć cały trud porodu. Nic już nie bolało, nic nie miało znaczenia – byliśmy tylko my – Ja, Mąż i nasza ukochana Córeczka. Zabiegi po porodzie kompletnie nie miały znaczenia. Jakby mnie nie dotyczyły. Na mojej piersi leżał nasz Skarb. I to ja Ją urodziłam. Moje wielkie pragnienie przytulenia wilgotnego, ciepłego, nowonarodzonego Dzieciątka (to czego nie mogłam doświadczyć w poprzednim porodzie) dało mi niesamowite uczucie radości. A szczęście po prostu rozlało się po mnie całej. Nie mogłam wyobrazić sobie piękniejszego porodu. Bogu niech będą dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>