Tag Archive | wspomaganie oksytocyną

Indukowany VBA2C 14 dni po terminie, wąska miednica, -8 dioptrii w obu oczach, syn 4 kg/58 cm (Warszawa)

Ten poród do łatwych nie należał. Wymagał determinacji i siły zarówno w przygotowaniu do porodu jak i podczas samego aktu rodzenia. Kto dałby radę jeśli nie Kobieta? Siła jest Kobietą. A tej Kobiecie dziś na imię Monika. Oto historia jej VBA2C.

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Historia mojego porodu vbac2cc

Pierwszy poród w czerwcu 2010, cesarskie cięcie ze względu na dużą wadę wzroku i nagłe skoki ciśnienia. Moja wiedza na temat porodu naturalnego przy takich wskazaniach praktycznie żadna.

Druga ciąża, ogromne pragnienie porodu siłami natury, wiedza na temat vbac1cc większa, okazuje się, że wada wzroku nie musi być przeszkodą. Termin porodu 13 sierpnia 2013. Wynajmuję położną, planuję rodzić w Centrum Medycznym Żelazna. Myślę sobie, że tym razem musi się udać, bardzo żałuję, że nie szukałam więcej informacji w 2010. Teraz mocno pragnę porodu sn.

Mija termin porodu, zaczynam jeździć na IP do Centrum Medycznego Żelazna, to co mnie tam spotyka jest zbyt bolesne by o tym pamiętać. Ogromna niechęć lekarzy by przychylnie spojrzeć na mój vbac1cc. Nikt poza położną i mężem nie wspiera mojej decyzji. Dziecko, wagowo rokuje niezbyt dobrze (około 4500 na koniec lipca). Podpisuję odmowy hospitalizacji jedną za drugą. W końcu 13 dni po terminie porodu zgadzam się na przyjęcie mnie na oddział patologii ciąży. Ciągle czekamy, rozmawiam z lekarzem –  nie straszy, rozmawia, to bardzo ważne. Dwa razy zbiera się konsylium, przekonują, że powinnam mieć cesarskie cięcie. W końcu doszliśmy do ugody, dają mi jeszcze 2 dni, jeśli 15 dni po terminie dziecko nie zacznie się rodzić samo, będzie cięcie cesarskie. O indukcji nie ma mowy.

15 dni po terminie trafiam na stół operacyjny, cięcie cesarskie, dziecko 5130 i 60cm. Do dziś czasem żałuję, że pierwszy i drugi poród zakończyły się operacyjnie.

Trzecia ciąża, tak naprawdę przygotowanie do tej ciąży zaczęło się dużo wcześniej. Chciałam pokonać wszystkie przeszkody, które mogłyby zablokować mój poród vbac2cc. Plan działania był następujący:

– zadbam o rozwój fizyczny

– zadbam o rozwój duchowy

– poszukam Położnej, która zechce ze mną rodzić

– skonsultuję się z dr Puzyną

– będę się starała jak najpóźniej trafić na oddział patologii ciąży

– zastosuję wszystkie możliwe sposoby naturalnego wywoływania porodu (oczywiście nic nie dały 😉 )

26 lutego urodził się mój 3 syn, Maciek, vbac2cc.

Do końca nie wierzyłam, że tym razem urodzę siłami natury, czasem wpadłam w euforię, że jasne, uda się, a czasem wcale w to nie wierzyłam.

Od listopada konsultowałam się z dr Puzyna, robiłam usg u dr Makowskiego, i wciąż nie wierzyłam, ze mogę rodzić naturalnie. Największą obawą była waga dziecka, jako, że mój drugi synek ważył 5130. Obawa, że będzie zbyt duży i dr Puzyna nie zgodzi się na psn. Mimo zapewnień dr Puzyny, dr Makowskiego i Położnej, ja ciągle nie wierzyłam, że moje dziecko będzie ważyło mniej niż 4 kg.

Nadchodził czas terminu porodu, 12 luty, a u mnie nic, zero akcji, samopoczucie wyśmienite, nie mam wrażenia końcówki ciąży. Scenariusz jak w każdej ciąży, do końca jestem bardzo aktywna i nie czuję potrzeby rodzenia.

Minął 12, 13, 14 luty, a u mnie nadal nic się nie dzieje. Sytuacja niezbyt mnie zaskakująca, ponieważ przy drugim synu było identycznie. Teraz, naiwnie myślałam, że może coś ruszy wcześniej.

18 lutego spotkałam się po raz ostatni z dr Puzyna, umówiliśmy się, że przyjadę 23 lutego i będę przyjęta na oddział patologii ciąży. Wtedy też zaczniemy indukcję. Miała być ona powolna i niezbyt inwazyjna. Na początek 23 lutego miałam mieć wprowadzony na 24 godziny cewnik Foleya.

Stawiłam się na oddziale patologii, liczyłam na to, że zakładaniem cewnika zajmie się dr Puzyna, jednak trafiłam na innego lekarza, który za wszelką cenę, staram się teraz myśleć, że może z troski, chciał mi wykonać cesarskie cięcie. Najpierw mnie przekonywał, że powinnam się zgodzić na operację, a potem zaczął mi wykonywać badanie usg, z pomiarem dziecka, badanie grubości blizny, następnie zaczął wspominać o mojej wadzie wzroku. Niestety, albo raczej dla mnie stety, wszystkie parametry wyszły w normie: dziecko 3800/3900, blizna 3,9mm, a na wadę wzorku miałam podpisać oświadczenia, że jestem świadoma ewentualnych komplikacji. Po tych wszystkich badaniach i rozmowach doktor dyżurujący założył mi cewnik.

Chodziłam z cewnikiem 24 godziny, niestety nie rozpoczął on u mnie akcji porodowej, nie wypadł samoistnie, tylko musiał zostać wyjęty. Dalszą indukcją zajmował się już doktor Puzyna. Po wyjęciu cewnika miałam rozwarcie na 5 cm, dr przekazał mi, że to wystarczy, aby móc przebić pęcherz. Ale to miało nastąpić dopiero w niedzielę. W sobotę miałam zalecenie wyspać się, wypocząć i zrelaksować.

Niedziela, około godziny 9 przebicie pęcherza, wody się sączą, nie są czyste, ale nadal mam pozwolenie na poród siłami natury. Dzwonię do Położnej, ma zaraz przyjechać. Nie przyjeżdża, oddzwania, że ktoś zajął mi salę porodową i muszę czekać na oddziale.

Podłączają mnie do ktg, zapis marny, dziecko się prawie nie rusza. Tłumaczę, że muszę coś zjeść, w końcu po 30 minutach słabego zapisu, dostaję banana, dziecko rusza i zapis jest w porządku.

Czekam, wody się wylewają, sytuacja mało komfortowa, mam jakieś skurcze, ale słabe, akcja prawie się nie rozkręca, trochę chodzę, trochę przykucam, masuję brodawki, skurcze są, ale bardzo słabe.

Około 11 przychodzi mój mąż i położna. Jedziemy na dół, na salę porodową-orzechową. Położna mnie bada, przychodzi lekarz dyżurującą, konsultują się, u mnie zielone wody, ale pozwalają rodzić naturalnie. Dostaję piłkę i nakaz masażu brodawek. Mąż jest ze mną, rozmawiamy, śmiejemy się. Skurcze się piszą, nawet niektóre bardzo silne, ale w badaniu wychodzi, ze szyjka skrócona tylko o 0,5 cm. Czas płynie, na naszą niekorzyść.

Około 14, gdy wykonałam milion skoków na piłce, położna mówi, ze za 30 minut włączymy oksytocynę, ponieważ nic się nie zmienia. Albo ruszy po oksytocynie, albo będę miała cesarskie cięcie.

14:30 po podłączeniu oksytocyny zaczyna się poród. Na pewno nie jest to poród o jakim się marzy, ale jest to poród naturalny

Położna, bardzo rzeczowa i pomocna proponuje mi wejście do wanny. Ufam Jej i podczas całego porodu godzę się na wszystko, co mi proponuje.

Do 16 jeszcze jakoś się trzymam, skurcze są mocne, ale do wytrzymania, boli niesamowicie, ale daję radę. Do 15:30 mam 4 cm, do 16:30 7 cm. . Skurcze są tak silne, że wydaje się, że jeszcze jednego nie da się wytrzymać. To jest potężny ból. Ale to ma sens, prowadzi do wyjścia mojego dziecka na świat siłami natury.

Położna mnie wspiera, mówi, ze pięknie rodzę, ze szybko rodzę. Ze teraz to juz nie ma odwrotu i urodzę naturalnie. W chwilach kryzysu przypomina, że mogę mieć cięcie cesarskie, te słowa podziały na mnie bardzo dobrze, dały mi siłę do dalszego rodzenia.

Ja już mam dość, jestem bardzo wymęczona skurczami. A tu jeszcze 3 cm. Ale budzi się we mnie wojowniczka, myślę, muszę, dam radę, pokażę niedowiarkom, ze umiem urodzić sn.

Obok siedzi mój mąż, modli się i prosi znajomych o modlitwę, nie jest w stanie mi pomóc, każdy dotyk mnie drażni, światło mi przeszkadza, w końcu i Położna mnie drażni. Rozumiem, że musi mnie badać, zmieniać pozycję, żeby dziecko trafiło do kanału rodnego, staram się, ale chcę pozostać sama ze swoim bólem. Z trudem przychodzi mi wewnętrzna zgoda na poprawianie pelot, na badanie wewnętrzne. Maria robi co należy, zbytnio nie komentuje, gdy mówię: zostaw, odejdź. Ona trwa i mówi: wiesz, że muszę.

To co się działo między 7, a 10 cm, to Droga Krzyżowa. Mój krzyk, moje cierpienie i moja modlitwa, żeby Pan Jezus zabrał ode mnie ten ból. I nagle, kiedy myślę, że już nie wytrzymam, że zaraz z tego bólu umrę, mam długa przerwę między skurczami, jakby dwa skurcze mniej. Czułam się takim słaba, ze juz nie wytrzymuje, że mam taki kryzys. Ale nagle wchodzi Położna i mnie bada. Oznajmia: masz 10 cm, wychodzisz z wanny.

Nie dam rady wyjść, nie mam siły, wyjście z wanny jest dla mnie niemożliwe. I znowu z pomocą przychodzi Mąż i Położna. Udaje mi się wydostać z wanny. Proszę oboje, żeby mi pomogli, głos mi się już łamie. Pierwsze skurcze parte mam przy wannie. Nie są tak straszne jak skurcze porodowe w wannie. Przechodzimy na fotel porodowy, kucam, na polecenie Położnej. Podczas skurczy partych czuje się wojownikiem, odczuwam też, że coś mi w dole przeszkadza, to napierająca główka dziecka. Przeszkadza mi na tyle, że chce ją szybko wypchnąć, czuje mocnym dyskomfort. Prę, tak jak chce moje ciało. Co jakiś czas Położna każe mi przeć o raz więcej niż parłam. Mija 30 minut i Maciuś jest na świecie. Wielka radość i wielkie zdumienie, że się udało i że to już, że tak szybko.

Wszyscy mi gratulują, a ja jestem tak zmęczona i oszołomiona, ze niewiele do mnie dociera.

4kg/58 cm vbac2cc, wąska miednica, -8 w obu oczach, 2 cc bez jakiejkolwiek akcji porodowej.

Ginekolog-położnik z ponad 30letnim doświadczeniem w rozmowie o VBAC

Przy współpracy z Dorotą z Moja Planeta TV, udało się nagrać wywiad z jednym ze wspierających porody naturalne po cięciu cesarskim ginekologów-położników dr n. med. Bogdanem Ostrowskim. W rozmowie poruszone zostały m.in. kwestie:

  • korzyści z VBAC oraz korzyści z cięcia cesarskiego wykonywanego po rozpoczęciu akcji porodowej,
  • ryzyka związanego z VBAC oraz ryzyka związanego z powtórnymi cięciami cesarskimi,
  • roli lekarza prowadzącego w przygotowaniu kobiety do VBAC,
  • braku cierpliwości we współczesnym położnictwie.

Warto obejrzeć i podzielić się ze znajomymi!

Zachęcam też do zapoznania się również z innymi wywiadami na kanale Moja Planeta TV oraz do polubienia funpagu Mojej Planety TV na facebooku https://web.facebook.com/mojaplanetatv/?fref=ts . Wspierajmy wartościowe przedsięwzięcia!

Rodząc i kochając jestem prawdziwą matką (w pewnym zakątku Polski)

Historia dwóch porodów zakończonych cięciem cesarskim, ale porodów diametralnie różnych. Pierwszy poród – w pełnym zaufaniu do systemu, szpitala, wiedzy i dobrej woli osób tam pracujących – niestety, wydaje się, że poród przez ten system nieuszanowany i spatologizowany. Drugi poród – cudownie świadomy, ze wsparciem, w pełni podmiotowości i decyzyjności. Oto historia Hani:

effort

Hej, mam na imię Hania, chciałam się z Wami podzielić swoją opowieścią o podejściu do VBAC-u. Może od początku…

W swoją pierwszą ciążę zaszłam będąc studentką czwartego roku medycyny. Ciąża przebiegała prawidłowo. Ja pomimo ciągłej ochoty spania, musiałam ostro zakuwać ponieważ jak każdy student medycyny wie, że czwarty rok upływa pod znakiem farmakologii. Tak więc krótki sen, kawa i nauka od 6 rano. Potem kolokwia, szybki obiad, drzemka i kawa, i znów nauka… Moja ciąża nie była odpoczynkiem…

Ale wróćmy do tematu :) Ciąża oprócz niewielkich dolegliwości przebiegała książkowo, aż do 30 Hbd kiedy to w nocy obudziłam się i nie potrafiłam zasnąć z powodu świadu stóp i nóg, które drapałam do krwi. No, więc szybko – badania wizyta u ginekologa, potem pobyt na Oddziale i diagnoza – cholestaza. Brałam leki które niezbyt pomagały, a ja miałąm wrażenie, że tak na prawde to stres nasilał mi świąd…

W 39 Hbd zdałam ustnie egzamin z farmakologii (do dziś pamiętam, że otrzymałam 28 pytań;) i za 3 dni miałam pojawić się w szpitalu w związku z tym, że była to ciąża podwyższonego ryzyka i chcieli mi robić codziennie KTG.

Ślepo wierzyłam, że wszyscy na pewno będą chcieli mi pomóc w SN i nie zrobią mi krzywdy. Wierzyłam w medycynę. Dzisiaj nieco inaczej patrzę na ten temat 😉

Więc dzień po terminie po dwoch dniach zastrzyków tzw. prowokacji przekazano mnie na porodówke z rozwarciem na opuszkę palca, bez akcji skurczowej. Podłączono do OXY. Pojawiły się skurcze, miałam skakać na piłce i chodzić. Wszystko to robiłam, towarzyszył mi mąż, ale rozwarcie postapiło do połtorej palca i koniec. Dowiedzialam sie, że „ordynator nie pozwolił mi wrócić na oddział i że musze dzisiaj urodzić” – dosłownie tak usłyszałam. Wierzyłam w jego dobre intencje. A teraz po prostu wiem że był to czwartek i na piątek mieli juz dużo zaplanowanych innych rzeczy i nie chciał żeby coś się wydarzyło w weeekend na dyżurze, więc tak zdecydował… Ja z całych sił chciałam urodzić SN. Kilkukrotnie mi proponowano cesarke od rana. Ja twardo, że nie i nie… Bóle miałam coraz wieksze, ale rozwarcie stało w miejscu. Zdecydowano, żeby wody puścić. Ja się zgodziłam, nie majac pojecia z czym to sie wiąrze. (Wstyd sie przyznać, że jako studentka medycyny wtedy tak mało wiedziałam, ale ginekologia na studiach jest dopiero na 5 roku). Wody upuszczono -pamiętam tylko straszny ból, ale bóli porodowych jak nie bylo tak nie było. Rozwarcie dalej to samo, wiec o 17:30 zdecydowano o cc. Piszę zdecydowano, ponieważ ja sama nie byłam w stanie podjąć decyzji – byłam tak zmęczona, że niewiele do mnie docierało. Od wieczora dnia poprzedniego nic nie pozwolono mi jeść i pić. Czułam się jak w transie. To Mąż zadecydował.

O 18 nasza córka Zosia była już na świecie. Niestety nie dostałam jej do rąk ani do przytulenia ponieważ spadło mi bardzo ciśnienie tak, że w niektórych momentach „odlatywałam”. Potem już tylko pamietam radość, że córka jest zdrowa oraz straszny ból pooperacyjny na który dostałam tylko pyralginę… aż w to nie potrafię uwierzyć, że to przeżylam… Córkę widziałam dosłownie przez chwilę. I to kolejny cios w serce. Ból. Gdybym urodziła sn miałabym ją tylko dla siebie. A tak – Polska rzeczywistośc, czyli jedna położna na cały oddział położniczy, zero przycisków, żeby ją przywołać, ja na sali poopercyjnej SAMA, i lecą łzy, i chlipie, i wołam, a nikt nie słyszy. Mąż nie mógł zostać – takie mają przepisy. W końcu przychodzi położna z kroplówką – mówi „żeby się nie mazać”, same złote myśli pt: „że trzeba być twardym dla dziecka”, a ja mówię: ale dajcie mi te dziecko tutaj!!! a ona że: zawolam dziewczyny z noworodkow żeby przywiozły. Że tutaj mają takie procedury, i że jak nie przywożą, to dziecko jest zmęczone i śpi. Oczywiscie nie przywiozły… Dostałam ją po 12 godzinach rozłąki o 6:00 rano do pierwszego karmienia i już jej nie oddałam!

Potem dowiedziałam się co to jest zespół popunkcyjny i chodzilam przez kolejne dwa tygodnie po ścianach. Swojej córki, aż trudno mi to powiedzieć, przez długi czas nie potrafiłam pokochać. Wszystko to co się wydarzyło było dla mnie jak straszny sen. Wpadłam w depresję, a każdy dzień rozpamiętywałam co zrobiłam źle, co mogłam zrobić inaczej, i jakby to sie wtedy skończyło. Niestety w trzy tygodnie po rozwiązaniu musiałam zdać kolejny egzamin i spaść na ziemię, więc to dodatkowo mnie „dobiło….”.

Potem studia i wychowywanie córki trzeba było jakoś pogodzić. Bardzo chciałam karmić piersią. Było to dla mnie bardzo ważne. Jestem perfekcjonistką i jak już poród „zawaliłam” to bardzo chciałam przynajmniej tej kwestii nie spieprzyć. Niestety gdy córka miała 2,5 miesiaca ja już musiałąm iść na praktyki, potem rozpoczęły sie studia i moja laktacja coraz to bardziej się zmniejszała. Byłam młoda, miałam niewielką wiedzę na temat porodu i laktacji. Moja mama urodziłą trójkę dzieci bez większych komplikacji (dostała jedynie kroplówkę z OXY do 2 porodów), ale z kolei bardzo krótko karmiła nas piersią. Jak wiadomo wiedza o laktacji i karmieniu piersią w tamtych czasach nie była zbytnio rozpowszechniona.

To kwestia priorytetów życiowych. To emocjonalne sidła. Do dziś, wielokrotnie wracają do mnie te wspomnienia i ten ogromny ŻAL. Ten ból jest jak bumerang.

Narodziny Łucji:

W kolejną ciążę zaszłam w lutym 2015 roku. Bardzo się cieszyłam bo czekałam na nią. Bardzo! Od początku byłam przekonana, że będzie to syn. A tu niespodzianka: znowu dziewczynka 😉 Starsza córka trochę się obraziła bo bardzo chciała „braciska;)”.

Do pracy przestałam chodzić dopiero od poczatku czerwca. Całą ciążę spędziłam bardzo aktywnie. Uprawiając własną grządkę z warzywami przy domu (dla rozrywki:) dodatkowo, zajmując się starszą córką. Od początku czułam to: to bedzie mój VBAC.

Cała ciąża przebiegała książkowo. Zero powikłań. Okresowo tylko infekcje grzybicze pochwy, ale nie kończyło się nigdy na jakiś wyszukanych lekach. Termin z miesiączki 28 październik, ale ja mam dłuższe cykle, więc teoretycznie na 2.11.2015r. W sobotę przed porodem zaliczyłam bardzo intesywne sprzątanie garażu i piwnicy z mężem. W niedziele z kolei wykopki reszty plonów i palenie ogniska :). Dodatkowo od poniedziałku rozpoczęłam picie liści malin, a od dwóch tyg, zażywalam olej z wiesiolka. Każdy dzień raczyłam się waszymi VBAC-owymi historiami. Nie czułam strachu, wyczekiwałam tego bólu narodzin.

Miałam od 36 tyg. bardzo częste i dosyć bolesne skurcze przepowiadające. Jednej nocy myślałam, że już urodzę ponieważ moje skurcze przepowiadające były bardzo regularne. Ale kolejnego dnia na wizycie lekarz mi powiedział, że następnym razem mam wziąć no-spę i do lóżka. Szkoda. Do tematu wracajac. W poniedzialek, oprócz zakwasów, nic mi nie dolegało. Wtorek, też tylko bolesne napinania, ale nieregularne. W środę, w dniu terminu, o 4 rano obudził mnie silny skurcz taki że wyskoczyłam z łóżka, ale dalej nic, potem bolesne napinania. Postanowiłam wybrać się z córka do sąsiadki na kawę. Od rana znowu piłam liście malin. Gdy worciłyśmy karmiłam trochę córkę zupą bo marudziła, i nachyliłam się nad nią do małego stoliczka, i nagle czuje „PYK”i jak mała w brzuchu rozpycha się niemozliwie, ale myślę sobie „nieee, to nie mógł mi pęcherz płodowy pęknać”. Idę do ubikacji i… konsternacja, bo na wkładce mała kropka myślę, że to siku. Idę robić obiad, bo jest 15 mąż wraca z pracy.

Informuję meżą po jego powrocie, że chyba coś nie zaczyna, ale że nie jestem pewna i zaczynam próbować kucać i stawać. I jakaś niewielka ilosc wypływa, i nie wiem co robic. Telefon do znajomej położnej. Przyjeżdża za chwilę bo była w pobliżu. Kładę się i chlust. Teraz mam pewnośc ze wody odchodzą 😉 Bada mnie i mówi, że rozwarcie na opuszek palca, i że słabo to wygląda, bo szyjka całkowicie od kości krzyżowej, choć trochę zgładzona i głowka przyparta do wchodu.

Nie załamuje się i oznajmiam jej, że damy rade. Z powodu tego, że jestem GBS + jadę do szpitala. Skurczy jak nie było, tak nie ma. Tam decyzja żeby podłączyć kroplówkę. Ja się nie zgadzam. W USG wszystko okej. Myślę sobie tak – do rana na pewno wszystko ładnie się przygotuje. O 21 zaczynam podkrwawiać i ból miesiączkowy. Położne mówią: dobrze, damy pani dwie nospy, to szyjka sie rozluźni. W końcu się zgadzam. Do 1 w nocy chodzę, stymuluję brodawki a w międzyczasie modlę się na różańcu. Mowię: Matko Boska pozwól mi urodzić naturalnie! Ale nadal nic skurczy nie ma… Rano wstaję i też nic, ale się nie załamuje. Myślę: pomaluję się i ubiorę ładną koszulę, bo to mój dzień, to dziś na świat przyjdzie Łucja.

Ubrana i umalowana idę na…lewatywę;) Po niej kroplówka i rozpoczynają się piękne skurcze! Tylko co z tego jak trwają maks, 30 sek….są regularne co 5 min, ale krótkie… Wszyscy uspokajają, że jeszcze się rozkręci, że będzie dobrze, więc ja pozytywnie nastawiona cały czas chodzę z kroplówką a wody mi sie sączą. Cały czas się staram – idę pod prysznic, skaczę na piłce, modlę sie, stymuluje sutki, kucam podczas skurczów, ale to nic. Kroplowka dobiega końca, a u mnie skurcze coraz rzadsze i słabsze. Ok 15 lekarz zarządził kolejny lek rozkurczowy poniewaz rozwarcie tylko na 1,5 palca, a szyjka nadal od kości krzyżowej. Po kąpieli skurcze całkowicie znikaja. Przychodzi mąż. Ja płaczę. Ból w sercu. Nie udało się teraz moje ciało juz całkiem zawaliło. Koniec, to kolejna cesarka. Ale jeszcze nadzieja: dają mi relanium i mówią: prześpij się i jeszcze jedna kroplówka. Wiec tak robię. Spać co prawda nie potrafię, ale relaksuje się. Coraz bardziej martwi mnie, że każdy ruch Łucji zaczyna mi sprawiać ból.Brzuszek już bardzo mały mam i wody już tak się nie sączą. W końcu o 21 podłączają kolejną OXY i…..bum bummmm bummmm  – tetno 85/min. Dostaję tlen i na lewy bok, kroplówkę skręcają i tętno wraca. Ale za chwile kolejna próba i tętno 75/min, a potem już niezła tachykardia po skręceniu kroplówki. Bradykardie nie związane były ze skurczami, ponieważ, ich już niestety w ogóle nie było. CRP zaczyna powoli narastać i moja leukocytoza też. Ja jestem coraz bardziej zmęczona. Martwię sie o córke. „Coś” nie daje mi spokoju. Cała ta sytuacja i ten ból, ona taka niespokojna w tym brzuchu… jakby chciała już wyjść. Lekarz proponuje cesarkę, bo obok dziewczyna ubłagała go przy 9 cm na cc. Albo czekać do rana. Wspólnie decydujemy z mężem, że idę na cc po 32 godzinach od odejscia wód plodowych. (Potem w badaniach wyszło, że córka miała już CRP 45 udało się bez antybiotyku, na szczęście).

Baliśmy sie o nią. Na cc słyszę: „Hanka, dobrą decyzję podjęłaś, błony płodowe zielenieją i sie rwą, pęcherz płodowy pękł wysoko”. Córka rodzi sie zdrowa. Dostaję ją żeby pocalować. Jest całkiem inna niż pierwsza córka. Ma jasne włoski, jest cudna. Od razu ją kocham. Jest Moja. Jest Nasza. Wyczekana. Wymodlona.

Po cięciu: błagam żeby mi ją przywieźli do karmienia. Ale mówią, że nie, bo nie ma potrzeby. Całe szczęście tak się rozkrzyczała, że w półtorej godziny po cc mam już ją na sobie całkiem nagą na klatce i karmię ją piersią po raz pierwszy z usmiechem na twarzy. Co 30 min przychodzi położna żeby ją zabrać, a ja do 3 rano proszę,  żeby mi jej nie brała. Jest super. Całkiem inaczej niż po pierwszym cc. Mam koleżankę na sali. Położne są bardzo miłe i uprzejme. I mam swoja Luśkę ze sobą to najważniesze!

Na ranną zmianę przychodzą nowe położne. Niestety. I słyszę, że nie pomoże mi wstać bo jej kregosłup pęknie. No wiecie co! Żeby ręki komuś nie podać, to jest skandal, ale nic zaciskam zęby i od 6 sama już zajmuję sie małą. Nie oddaję jej, mam ją wyłącznie dla siebie, nie chcę żeby mi ją zabrali. Karmię ją na okragło. Wiem jak ważne to jest po cc, żeby prawidłowo od początku karmić, żeby była fajna laktacja. Niestety na wieczor obezwładniające bóle popunkcyjne głowy. Historia lubi sie powtarzać tylko teraz już śmiesznie nie jest, bo wstając prawie mdleję z bólu glowy i tracę sluch. Życie boli. Do tego dusza wyje. Baby blues: i znowu nie urodziłam i płaczę po nocach i łkam w ciszy. Dziewczyna obok kompletnie mnie nie rozumi. Mówi jeśli kolejna ciąża i dziecko to tylko cesraka! A ja mówię, że jej zazdroszcze, że miala te 9 cm, że chcialabym też tak przeżyc poród. Ona puka się po czole i mówi „cesarka – to jest coś!”.

Przychodzi Anioł – położna. Pyta się, o co chodzi. Mówię jej swoja historię. Ona mnie wspiera. Sama przeszła dwie cesarski. Z podobnych powodów. Wspiera mnie. Pozwala sie wypłakać. Oczyszcza moją duszę. Kocham ją za to – Sylwia bardzo Ci dziękuję! To ty przekonałaś mnie, że karmiąc naturalnie mogę nadrobić ten brak. Ty mi też uświadomiłaś. że rodząc i kochając jestem prawdziwą matką.

Zafiksowałam się i karmię, karmię nadal 15 miesieczną Łucyjkę, która dała mi nieźle popalić (od 5 tyg. zaczęły sie kolki, chlustajace wymioty, ulewania, i brak przyrostu masy ciala, ale przekonałam się, że samozaparcie i dążenie do celu jest baaardzo ważne!). Nie miała w ustach butelki, ani innego mleka. Dziewczyny nie dajcie się! Karmienie również jest baaaardzo ważne!

Teraz marzę o VBA2C i tandemowym karmieniu dzieciaków;) Ale wiem, że jeżeli będzie ten VBA2C to na pewno skorzystam z usługi prywatnej położnej lub douli. Czuję, że przy VBAC-u zabrakło mi tego wsparcia. Więc, dziewczyny jeśli się wahacie polecam wam, warto wydać te pieniądze!

Wielu udanych VBAC’ów wam życzę. Jako zagożała fanka tematyki okołoporodowej, perinatologii, neonatologii i hobby’stycznie laktacji, śledzę na bierząco wasze historie i jesteście moją inspiracją! Pamiętajcie nie ważne jak wyjdzie i tak jesteście super!

Moim zdaniem zawsze warto próbować.

Hania

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Mój piękny udany VBAC (Zielona Góra)

VBAC w Zielonej Górze też możliwy:) Dziś wzruszająca historia Marty:

We wrześniu 2013 roku przez cc przyszedł na świat nasz długo wyczekiwany synek. Staraliśmy się o dzidziusia dwa lata i w końcu się udało. Mały był ułożony pośladkowo, więc  o porodzie siłami natury nie było mowy. Mój lekarz prowadzący nawet nie wspomniał o próbie obrotu wewnątrzmacicznego. Po prostu – cięcie i już, cesarka i po sprawie…  Jestem  dość drobną osobą – 155 cm wzrostu i 46 kg, więc moja pani doktor chyba nie wierzyła, że jestem zdolna urodzić naturalnie. W tamtym czasie byłam tak zestresowaną przyszłą mamą, tak długo czekaliśmy na dzidziusia, że nawet nie pytałam, czy są jakieś metody aby pomóc dziecku obrócić się główką w dół. Lekarka nastraszyła mnie, że nie możemy czekać aż akcja porodowa się sama rozpocznie, nie możemy czekać do terminu porodu, tylko musimy wykonać cięcie po skończonym 39 tygodniu ciąży, ponieważ… tu cytat: „nie możemy pozwolić, by pierwsze urodziły się nóżki – to za duże ryzyko”. Do tego od 16 tygodnia ciąży miałam skurcze przepowiadające, które nie były bolesne, ale w mojej głowie oznaczały najgorsze – przedwczesny poród. Oczywiście uwierzyłam mojej lekarce i zgodziłam się na planowane CC. Podczas operacji atmosfera w szpitalu była bardzo pozytywna i optymistyczna – lekarze mili, opieka położnych super, znieczulenie zniosłam bardzo dobrze i cały zabieg również. 20 minut po wszystkim dostałam dzieciątko do piersi, z karmieniem nie było problemów. Wstałam 12 h po CC (bolało jak cholera), w pełni doszłam do siebie tydzień później. Synek okazał się być dzieckiem raczej płaczliwym, niespokojnym, miał problemy z zaśnięciem i strasznie ulewał. Nie uznawał żadnych smoczków, tylko pierś go uspokajała.

Po odstawieniu od piersi, miesiączka powróciła po 3 miesiącach. Poszłam więc na wizytę do ginekologa, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Moja pani doktor stwierdziła, że wszystko jest w porządku, ale to cykl bezowulacyjny. I tak w cyklu „bezowulacyjnym” zaszłam w drugą ciążę. Dokładnie, gdy straszy synek miał 1,5 roku.  To było wielkie zaskoczenie. Mąż – wniebowzięty, ja – przerażona, ale w głębi duszy szczęśliwa, że tym razem bez problemów, bez faszerowania się hormonami udało się zajść w ciążę. Dodam, że przez ten czas z blizną nie miałam żadnych problemów, żadnych dolegliwości. Od razu powiedziałam lekarce, że chce urodzić SN. Ona się zgodziła, jeśli będą spełnione pewne warunki: odpowiednia grubość blizny, odpowiednie ułożenie dziecka, poród rozpocznie się sam i będzie postępował prawidłowo, zapisy ktg będą dobre. Pełna nadziei trwałam w swoim przekonaniu całą ciążę. Do 30 tygodnia córeczka również była ułożona pośladkowo, co trochę mnie martwiło, ale w końcu się obróciła!:) Moja blizna nie była specjalnie gruba, ale była na całej długości jednolita, pod koniec ciąży miała około 2 mm. Pani doktor przykazała, że jeśli tylko się coś zacznie, mam szybko jechać na izbę przyjęć, bo stan po CC to zagrożenie dla zdrowia i życia mojego i dziecka i blizna może się szybko rozejść, więc muszę być pod stałą opieką medyczną, jeśli chcę spróbować rodzić siłami natury. Przykazała również, że jeśli się nic nie rozpocznie do terminu porodu, to idę pod nóż.

Jakieś dwa tygodnie przed terminem porodu zdecydowałam się na opiekę prywatnej położnej – to był strzał w 10. Czułam się bezpiecznie i czułam, że mój VBAC może się udać. Sądzę, że w pojedynkę nie miałabym szans – w szpitalu nastraszyliby mnie i pocięli. Położna poradziła, by pić liście malin i przytulać się do męża. Zastosowałam się do rad i 16 stycznia 2016r. zaczął mi odchodzić czop śluzowy. Trochę mnie jednak martwił fakt, że oprócz śluzu pojawia się żywa krew. Miałam w głowie najgorsze – pęka mi macica lub odkleja się łożysko. Na szczęście moja położna uspokajała mnie, że tak reaguje szyjka przed porodem,  że mam odsunąć od siebie czarne myśli, że wszystko jest ok, na co wskazują dobre zapisy ktg.

19 stycznia około 22 usypiałam starszego synka i poczułam pierwsze bolesne skurcze. Zaczęłam liczyć czas. Pojawiały się co 15 minut, potem co 12, co 10 i znów co 15. Doszły do tego bóle krzyżowe. Ból szczególnie się nie nasilał, ale skurcze były dość regularne. Tak trwaliśmy z mężem licząc czas miedzy skurczami do północy. Potem zadecydowaliśmy o telefonie do naszej położnej. Poradziła, żebym wzięła ciepłą kąpiel i dała jej znać, czy skurcze się nasiliły czy odpuściły. O 2 w nocy wzięłam ciepłą kąpiel i skurcze jakby osłabły na sile, ale pojawiały się częściej. No i znów krew, co spędzało mi sen z powiek. Spać nie mogłam, między skurczami starałam się odpoczywać, ale pozycja leżąca podczas skurczu była dla mnie bardzo niekomfortowa, bolało okropnie. Więc chodziłam po domu i podczas skurczu opierałam się o stół. O 3 w nocy przyjechała położna by mnie zbadać, ponieważ ja panikowałam widząc krew. Moja szyjka była miękka, skrócona ale rozwarcia zero. Położna poradziła bym wzięła Nospe i trochę się zdrzemnęła, a następnego dnia o 12 przyjechała na ktg.  Ja oczywiście nie potrafiłam się nawet na 10 minut zdrzemnąć. Byłam podekscytowana i trochę przerażona, czy wszystko jest ok.

Następnego dnia o 12 pojechaliśmy z mężem na ktg. Zapis prawidłowy, skurcze co 12 minut dochodzące do 100. I co najważniejsze – szyjki brak i rozwarcie na 1cm! Położna stwierdziła, że wieczorem urodzę. Nie wierzyłam! Kazała wziąć ciepłą kąpiel i przyjechać do szpitala o 15. Powiedziała, że będzie tam na nas czekać. Tak zrobiliśmy. W szpitalu ktg ok, skurcze dalej co 15 minut, rozwarcie na 2 cm!  Badanie usg stwierdzające grubość blizny ok, więc rodzimy! Podłączono mnie pod kroplówkę z Paracetamolem i Nospą. O 16.30 rozwarcie na 4 cm.:) skurcze coraz bardziej bolesne, co 7 minut. Idziemy pod prysznic. Pod prysznicem skurcze naprawdę bolesne – krzyżowe. Podczas skurczu nie chcę, by mnie masowano lub polewano prysznicem. Ale między skurczami – ulgę przynosi ciepła woda.

O 17.30 trochę  mnie naszło marudzenie, że chyba nie urodzę, że pewnie zaraz mnie potną, bo coś będzie nie tak. Położna się śmieje, że chyba mam kryzys 7 cm, bada mnie, a tam 7 cm!!  Jeaaaa! Jestem trochę zmęczona nieprzespaną poprzednią nocką, ale mile zaskoczona, że tak wszystko szybko idzie. Próbuję skakać na piłce, ale raczej mi to ulgi nie przynosi, więc tylko siedzę i leciutko krążę biodrami. Ze stresu trzęsą mi się nogi, ból podczas skurczu robi się naprawdę uciążliwy. Ogarnia mnie jakiś dziwny strach. Chcę, żeby mąż trzymał mnie za rękę, a położna była ciągle obok i informowała, czy wszystko jest dobrze. Położna decyduje, że idziemy na łóżko porodowe, że mnie podepnie pod ktg, ale nie będę leżeć, tylko klęczeć opierając się o oparcie łóżka. W takiej pozycji już zostają prawie do końca. Przy każdym skurczu ściskam męża za kciuk tak, że robi się siny. Na porodówce optymistycznie – radio gra, znajoma położna przyszła zobaczyć jak nam idzie, potem następna. Nagle w mojej sali zrobił się tłum, wspierają mnie i rozmawiają „na luzie”. Ja już coraz słabsza, opadam z sił, ale pozytywnie nastawiona, wierzę, że się uda.  Nagle widzę, ze położna chce przebić pęcherz płodowy. Boję się, ale wszyscy na sali uspokajają, że to nie boli. Poczułam lekkie ukłucie i spływające po nodze wody. Było ich naprawdę mało.

Nagle słyszę, że mamy rozwarcie na 8 cm, potem 9 i 10!!! Eureka! Nie dociera do mnie, że to już. Ale nagle lekkie zamieszanie na porodówce. Położna zdecydowała się podać niewielką ilość oksytocyny. Ja przerażona – jak to? Przecież po CC nie można. Na pewno mi macica pęknie w miejscu blizny – czarne myśli kołaczą mi się w głowie. Mąż i położna mnie uspokajają – „będzie dobrze, zobaczysz, że szybciej urodzisz, bo skurcze ci trochę ustały”. Młoda lekarka nie jest zachwycona decyzją położnej, ale nie protestuje. Podłączają mi oksytocynę. Skurcze zrobiły się mega bolesne. Pierwszy raz mam naprawdę dość i pytam – „kiedy to się skończy?”.

Nagle każą mi się położyć na plecach. Przychodzi położna, która ma odebrać poród. Każą mi przeć. Ja w szoku – „to już???”. Drę się w niebogłosy, choć obiecałam sobie, że nie będę krzyczeć. Ten krzyk jest dziwny, niesamowity, ponieważ nie jest spowodowany bólem, a jakąś taką niespożytą energią pochodzącą z wnętrza. Trzy skurcze parte i o 19.20 córeczka jest na świecie. Nie wierzę!! Dziękuję Bogu i personelowi. Łzy napływają mi do oczu. Położyli mi Kruszynkę na piersi. Mąż przecina pępowinę. Szybko ją jednak zabierają, bo jest mocno zaśluzowana.  Po jakimś czasie położna przynosi mi córcię i przystawia do piersi. Mała ssie i zasypia.

20 stycznia 2016r. przyszła na świat moja córeczka urodzona siłami natury – 3115g, 54cm.

KOCHAM moje OBA porody (Niemcy)

Czasem czytając historie porodowe dziejące się w innych krajach (tak, tak, wiem, że za granicą też bywa różnie i nie zawsze różowo, ale…) mam wrażenie, że polskiemu położnictwu bliżej obecnie do chirurgii niż do prawdziwej, nastawionej na wspieranie natury sztuki położniczej. I za każdym razem mam nadzieję, że to się zmieni… na lepsze. Wiem, że już się w niektórych miejscach zmieniło i dziękuję przy tej okazji wszystkim tym lekarzom i położnym, którzy/które wspierają kobiety w rodzeniu drogami/siłami natury po cięciu cesarskim, nawet więcej niż jednym. Oby było Was coraz więcej! W wielu miejscach naszego kraju dużo jest jednak wciąż do zrobienia, a motorem pozytywnych zmian jesteście WY, kochane Kobiety! Dzisiejsza historia, której autorka prosiła mnie o anonimowość, daje nadzieję i pokazuje, że do VBAC można podchodzić inaczej – bez wpędzania w lęk, bez zastraszania, tak … normalniej. Może świadomość tego Was podbuduje i upewni w decyzji o rodzeniu sn po cc.

W sierpniu 2013 przez cc urodziła się moja pierwsza córka. Ponad 4kg, 56cm. Poród zaczął się od wymiotów o 1 w nocy i lekkich skurczy. Po 7h nieregularnych skurczy i wymiotowania miałam dalej 1 cm z którym przyjeli mnie na oddział (córka urodziła się 14 dni po terminie). O 8 rano tachykardia – tętno 180-200 i decyzja o cięciu. Po rozcięciu okazało się, że zielone wody i początki zatrucia wewnątrzmacicznego.
Cesarka była ok. Mąż w 30 minut dojechał do szpitala, od razu na porodówke i już wspólnie jechaliśmy na salę. „Rodziliśmy” razem. On mnie uspokajał, mówił do mnie, a obok mnie cieli. Dziecko dostałam od razu po wyjęciu i szybkiej ocenie stanu zdrowia. Leżała mi na klatce piersiowej i spała, a ja płakałam ze szczęścia. U nas w szpitalu (Niemcy) nawet na sekundę nie zabrali mi dziecka, ani męża. Wstać musiałam około 2 godziny później na siku… Tuż po cesarce dali mi też porządny obiad. Blizna wyglądała super, ale po czasie pojawił się bliznowiec (u mnie norma). Bolała mnie dwa lata i 12 dni ( aż do drugiego porodu).
Całą drugą ciążę bolała mnie blizna, bo był pod nią taki jakby guzek. Raz mocniej, raz słabiej. Podczas porodu bolała okropnie. W poniedziałek o 20 zaczęły się skurcze, o 1 w nocy były tak silne, że pojechaliśmy do szpitala. Rano mnie z niego wypuścili, bo „w domu będzie pani lepiej”. W środę rano byłam wykończona, dalej w domu (w międzyczasie jeszcze raz w szpitalu i tekst starej położnej, że nie rodzę). Pojechaliśmy do szpitala, wytłumaczyłam, że od 2 nocy nie śpię i już nie mam siły. Rozwarcie po 40 h skurczy 1,5 cm.
Położna wyjaśniła mi jakie ryzyko niesie ze sobą znieczulenie i oxy (ewentualnie zatrzymanie porodu i cc) i pozwoliła mi decydować. Od razu kazałam wołać lekarza. Po zzo poszłam spać (na lewym boku, bo na prawym od razu spadało dziecku tętno). Dostałam oxy z dyfozora (maleńka dawka 2ml/h). Skurcze stały się słabsze, ale regularniejsze i 2 godziny później obudziło mnie odejście wód i niesamowity ból blizny. Położna zbadała i mówi, że to nie bliznę mi rozrywa tylko to parte. 8 skurczy później byłam mamą po raz drugi. Kazali mi wstać na skurczu kucać, a pomiędzy wstawać. Było ciężko, mąż podnosił. Udało się!!!
Ten poród uleczył moją duszę i ciało. Guzek pod blizną się wchłonął, o dziwo nawet bliznowiec się pomniejszył, blizna już kompletnie nie boli (kto wie może zrosty porozrywało, nie wiem). Teraz patrzę na cesarkę jako bogate doświadczenie życiowe i KOCHAM moje OBA porody. Dziękuję wam za pomoc. Cicha anonimowa podczytywaczka.
P.S. Dodam jeszcze, że druga córka urodzona 7 dni po terminie, bez kontroli blizny i straszenia mnie. Byłam zwykłą pacjentka. Przykre, że kobiety w Polsce muszą walczyć. Ja musiałam pokonać tylko strach przed cc i przed sn jednocześnie. Każdy lekarz i każda położna traktowali sn jako oczywistość.

Mój udany Vbac (Poznań, Św. Rodzina :)

„Raz cięcie, zawsze cięcie” –  zasada sformułowana 100 lat temu przez Edwina Cragina bywa wciąż stosowana w praktyce niektórych lekarzy, mimo, iż dawno już straciła na aktualności. Na szczęście bohaterka dzisiejszej historii, Julianna, w porę spotkała innego lekarza, o bardziej zgodnych z aktualną wiedzą medyczną poglądach. Dzięki temu mogła doświadczyć niezwykłego, choć niełatwego czasu rodzenia.

W 2009 w grudniu urodziłam synka przez cięcie cesarskie. Dlaczego ?

Był 17 grudzień, na ten dzień miałam termin, nic sie nie działo, a ja z dnia na dzień puchłam coraz bardziej, przed ciążą ważyłam 49 kg, dzień przed porodem 89kg…. Białkomocz, wysokie ciśnienie, również miałam 1 cm rozwarcia… Moja lekarka dała mi skierowanie do szpitala. Pojechałam, dali mnie na oddział, ponieważ, to było moje pierwsze dziecko, będziemy czekać, aż coś się samo zacznie… i tak czekałam, całe święta w szpitalu, a ja puchłam z dnia na dzień coraz bardziej… aż w końcu nadszedł 28 grudzień- w nocy jak już któryś raz poszłam do łazienki (biegałam co 15 minut) odszedł mi cały czop, wody zaczęły się sączyć… poszłam do położnych i opowiadam im całą sytuację, nadal kazały czekać… 29 grudnia, rano wzięli mnie na badania, lekarz kazał mi iść na porodówkę bo miałam aż 4 cm rozwarcia!! Bardzo się cieszyłam, że to już!. Jestem na porodówce 8 rano… około 10 podali mi oksytocynę i leżałam- to był mój błąd… o 14 zaczęły się skurcze, rozwarcie szło szybko! Myślałam, że zaraz zobaczę mojego synka. Nagle na ktg zaczęło tętno spadać, przyszła lekarka i w szybkim tempie znalazłam się na sali operacyjnej, znieczulenie ogólne… nie widziałam synka, obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej… dopiero popołudniu następnego dnia dostałam synka. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

2015 rok marzec, zrobiłam test ciążowy wyszły dwie kreski, po 4 tygodniach pobiegłam do lekarza, zrobił wszystkie badania + BETE, stwierdził, że nic nie widzi na USG, że to może być ciąża pozamaciczna, znów mam czekać i iść za dwa tygodnie do lekarza, poszłam, zobaczyłam na USG moją drugą miłość :). Miesiąc później, poszłam na badania kontrolne, wszystko dobrze, dziecko rozwija się prawidłowo, zadałam pytanie mojemu lekarzowi, jak mogę teraz rodzić? Czy naturalnie, czy przez cięcie cesarskie… stwierdził, że jak już raz było cięcie to również drugi raz będzie… no trudno…

W około 25 tygodniu ciąży zmieniłam lekarza… ponieważ poprzedni lekarz nie dawał mi skierowań na podstawowe badania, chociaż go o to prosiłam – za każdym razem słyszałam, że to nie potrzebne, a dla mnie było to bardzo ważne, bo tak jak wspominałam, miałam w poprzedniej ciąży białkomocz. Na szczęście w drugiej ciąży nie puchłam, wyniki miałam dobre. Po zmianie lekarza byłam bardzo zadowolona z mojej obecnej lekarki, która 20 lat pracuje w szpitalu. Nic nie miała przeciwko, abym rodziła naturalnie. Dziecko do końca ciąży rozwijało się bardzo dobrze. W końcu zbliżał się termin porodu 1 grudnia – nadal nic się nie działo.  Rozwarcie 1,5 cm miałam od 37 tygodnia ciąży.

2 grudnia pojechałam na ktg do lekarza… ktg nie wyszło zbyt zadowalające… dlatego dostałam skierowanie do szpitala, w którym pracuje moja lekarka. W szpitalu byłam około 17, przyjęli mnie, robili badania i w trakcie badań odszedł w całości czop. Już wtedy wiedziałam, że urodzę w ciągu 24h. Wzięli mnie na oddział. O 19 poczułam pierwszy mocny skurcz! Wzięłam prysznic. Skurcze były, ale nie takie jak powinny. Nadeszła noc, skurcze co pół godziny.  O 2 w nocy przyszła położna zrobić mi ktg. Na ktg cały czas tętno było bardzo wysokie. Położna kazała mi iść na porodówkę przez to wysokie tętno. Zbliżała się 3 w nocy, skurcze się nasiliły i były coraz częstsze… rozwarcie 2 cm…. a ja leże na porodówce. Na szczęście położne były miłe, można było sobie z nimi porozmawiać, pożartować. Około 5 rano poszłam pod prysznic, skurcze były co 5 minut… O 6 rano podłączyli mnie pod oksytocynę, ja w tym czasie zadzwoniłam po narzeczonego, który przyjechał bardzo szybko :) Miałam na sali piłkę, z której z chęcią skorzystałam – przez dobre 3 h skakałam na niej. Skurcze były tak silne, że chyba cała porodówka mnie słyszała, a ja błagałam ich o cięcie cesarskie. Myślałam, że nie wytrzymam z bólu, a nie mogłam dostać żadnego znieczulenia… rozwarcie w 3h zrobiło się 8 cm, położna i narzeczony uświadomili mnie, że zaraz urodzę naturalnie! Że jeszcze chwile muszę wytrzymać! Za chwile były bóle parte i tak o 9.31 urodziłam śliczną córeczkę :) Tata przeciął pępowinę, a po chwili miałam już dziecko na brzuchu. 10/10 punktów, zdrowa, silna dziewczyna :)

Teraz nie mogę się doczekać 3 dziecka :)

Moje 43 godziny szczęścia (Warszawa)

Dziś o trudzie i o cudzie rodzenia, o zmienności porodowych wspomnień i o wzorcowym wsparciu męża oraz położnych i lekarzy. A wszystko to w historii Dominiki:

Minęło dwa miesiące od mojego udanego VBAC. Wszystko w mojej głowie wygląda teraz inaczej niż tuż po porodzie, wspomnienia z każdym tygodniem stają się piękniejsze. To właśnie teraz pojawiają się największe momenty zadowolenia i radości z udanego porodu sn.

Po pierwszej ciąży miałam dużo wniosków odnośnie podejścia do lekarzy, szpitali i wszelkich procedur. Nasz pierwszy maluszek rósł powoli, było zagrożenie hipotrofią. Zagrożenie. Wtedy było to dla mnie straszne, dziś wiem, że poddałam się całej medycznej machinie. Straszenie przez lekarzy bez jednoznacznych wskazań, końcówka ciąży spędzona w szpitalu, dużo stresu i mało sprzyjające okoliczności. Mimo wszystko poród rozpoczął się na szczęście sam, po nocy znośnych skurczów rano rozwarcie na 4 cm, lekarze się cieszyli, ze im statystyki zawyżę. Ja też się cieszyłam, wszyscy mówili, że będzie szybki poród, małe dziecko, rozwarcie postępuje. Trafiam na porodówkę, kilka godzin później rozwarcie na 7 cm. I zostaje podłączona pod KTG, okazuje się, że coś nie tak z tętnem maluszka, od KTG już mnie nie odpinają, skurcze na leżąco są straszne. Nie bardzo rozumiem co się dzieje z tym KTG, położna wchodzi tylko na chwilę co jakiś czas i sprawdza zapis. Po czym nagle zbiegają się lekarze, robią tak szybkie badanie, że nie zdążyłam go poczuć i decyzja o cc. Słyszę tylko „musimy Panią szybko znieczulić” i jadę na wózku na salę operacyjną. Nie bardzo ogarniam co się dzieje, mąż dopytuje ale jest zamieszanie i nic nie wiadomo. Później na karcie widzę wpis „zagrażająca zamartwica płodu”. I tak się zakończył mój „szybki, podnoszący statystyki poród”…

Dziecko dostałam od razu na sali pooperacyjnej, wcześniej mąż był z maluszkiem. Czułam się dziwnie, patrzyłam na to maleństwo, które łapczywie jadło mleczko i miałam w głowie myśl „ale jak to i tak już po wszystkim? Już mam dziecko? Jak to się stało, dopiero był w brzuchu a teraz leży tu przytulony, ja go nie urodziłam przecież”. I pierwszy szok. Gdzie ta radość, gdzie fala miłości, gdzie spełnienie? Brakowało czegoś. Kochałam tego szkraba szalenie, ale czułam w środku ogarniający mnie żal, poczucie straty poprzez niedoświadczenie cudu narodzin w pełni. Od początku bardzo nastawiałam się na poród sn, cięcie było dla mnie dużym szokiem. Dużo czytałam, edukowałam się, ale nic o cięciu, bo nie brałam tego zupełnie pod uwagę. Trafiłam kiedyś na artykuł o mamach w depresji po cc i pamiętam, jakie było moje zdziwienie – ale jak to, czym się tu smucić, ważne, że się ostatecznie wszystko powiodło, dziecko zdrowe, mama też. Jaka depresja z tego? No nie rozumiałam dopóki nie doświadczyłam na własnej skórze.

Dlatego w drugiej ciąży, już ze znacznie większą pokorą, zaczęłam przygotowania do VBAC. Dużo pracowałam w swojej głowie nad tym, aby zaakceptować możliwość wystąpienia 2 cc. Naczytałam się książek, artykułów, trafiłam do grupy wsparcia na fb, inspirowałam się historiami innych kobiet i przede wszystkim, byłam szalenie zmotywowana, żeby urodzić naturalnie. Wspaniałym wsparciem była oczywiście grupa wsparcia Naturalnie po cesarce.

13.09.2015 rozpoczął się mój drugi poród, wspomagany on-line doświadczeniem dziewczyn z grupy. Tym razem maluszek zaskoczył nas 2 tyg przed terminem, w niedzielę o 23.30 odeszły mi wody. Po kilku minutach pojawiły się pierwsze skurcze. Wybrany szpital 100 km od domu, dzwonię więc do położnej, pytam czy już jechać. Umawiamy się w szpitalu. Po drodze skurcze dość mocne, co 3-4 minuty, trwają 60 sek, myślę więc: dobrze się zapowiada.

Trafiłam na porodówkę, rozwarcie na 1 cm, szyjka długa, jakież było moje zaskoczenie, że po takich dość bolesnych skurczach takie małe rozwarcie, no ale myślę sobie ważne, że skurcze wogóle są. Niestety długo się nimi nie cieszyłam, bo szpitalna atmosfera wszystko zatrzymała. Skurcze bolesne, ale zaczęły pojawiać się już tylko co 10-15 minut. Po 4 godzinach rozwarcie się nie zmieniło, szyjka nadal długa. Skurcze nieefektywne. Położna sugerowała oksytocynę. No ale ja mocno nastawiona na poród naturalny, w obawie przed lawiną konsekwencji po oxy, nie zgadzam się. Jeszcze nie teraz. Na szczęście od lekarzy i położnej dostaje ogrom wsparcia w mojej decyzji. Lekarz dyżurny powiedział, że pomimo odejścia wód, przy stałym monitorowaniu dziecka i mnie, możemy czekać nawet 72 godziny. Więc cieszyłam się bardzo, że przynajmniej nie muszę toczyć batalii o swoje prawa. To wsparcie znaczyło dla mnie bardzo dużo.

Czekamy więc na porodówce aż akcja sama się wznowi. Mijają kolejne godziny, skurcze są cały czas ale w odstępach 15-20-30 minut. Są męczące, ciężko spać. W międzyczasie masaż sutków (bardzo pomagał), prysznic, piłka, bocianie kroki, kucanie – cały czas duża aktywność. Efektów poza zmęczeniem brak. Tak nam minął poniedziałek i noc z pon na wt – po dwóch nieprzespanych nocach byłam już mocno zmęczona, położna obawiała się, że jak dalej będziemy czekać, to nie dam rady urodzić, nawet jak się samo rozkręci, bo zabraknie mi sił. Wtorek rano – decydujemy się na podanie oksytocyny.

Po długim okresie czekania miałam spokojną głowę, że zrobiłam co mogłam aby akcja się rozwinęła sama. Po podaniu oksy po godz 9 skurcze rozszalały się na dobre. Ale dalej rozwarcie postępowało w żółwim tempie. Mijały godziny bardzo bolesnych skurczów a rozwarcie ledwo 4 cm. Masaż szyjki, dochodzimy do 5 cm. Tu już wyłam z bólu mimo, iż przy pierwszym porodzie przy 7 cm nie miałam takich trudności. Potem pamiętam coraz mniej. Bolało naprawdę mocno. Położna i mąż wspierali mnie w cudowny sposób. Położna masowała w trakcie skurczów, robiła cuda z miednicą, aby dziecko się dobrze wstawiło. Tu ciekawa rzecz, w pierwszym porodzie położna coś wspominała, ze dziecko się krzywo wstawiało i to też była przeszkoda w porodzie sn, tym razem było podobnie ale tym razem była też inna położna, nie wiem jak, ale cofnęła dziecko ręką i pomogła mu dobrze wstawić się w kanał, więc jak się chce to jednak nie jest przeszkoda.

W trakcie porodu miałam kilka krytycznych momentów, chciałam uciekać z porodówki, tuż przed parciem błagałam już o znieczulenie, byłam pewna, ze nie wytrzymam żadnego kolejnego skurczu, Byłam totalnie zaskoczona natężeniem bólu. Nieocenione wsparcie dostałam od męża, wiedział jak bardzo zależy mi na porodzie siłami natury i pomimo najróżniejszych rzeczy, które mówiłam w trakcie i pomimo strasznego bólu, który przeżywałam, zachował zimną krew i aktywnie towarzyszył mi w porodzie, dodając sił i jednoznacznie wskazując, że muszę wytrzymać i już, że nie będzie żadnego znieczulenia. Nieznosiłam go w tamtym momencie, teraz jestem wdzięczna za tą postawę bo wiem, że gdybym dostała to znieczulenie, ryzyko zakończenia porodu przez cc znacznie by wzrosło. Ostatecznie złość, że mąż decyduje za mnie, a to przecież mnie boli a nie jego, dodała mi też sił.

Pozycje do rodzenia przetestowałam chyba wszystkie. Na sam moment parcia zdecydowałam się na stołek, było najwygodniej. Mąż mój siadł za mną na drugim stołku, przyjął taką samą pozycję, objął mnie mocno i przeżywał każdy skurcz razem ze mną, krzyczał chyba nawet głośniej ode mnie. Ale ile mi to sił dodało to tylko ja wiem, ściskałam mocno jego ręce a jego ciało było najwygodniejszym oparciem. Najwyraźniej pamiętam moment, kiedy główka weszła do kanału rodnego – to była specyficzna chwila, gdy myślałam, że mnie rozerwie od środka i jednocześnie byłam przeszczęśliwa, bo wtedy miałam już pewność, że urodzę to dziecko, pamiętam, swój uśmiech przez łzy i przypływ mocy. Okazało się, że do tego momentu wątpiłam, nie miałam 100% pewności, że się uda, z lekkim niedowierzaniem patrzyłam jak położna rozkłada wszystkie narzędzia, jak przygotowuje się na przyjęcie dziecka. Ale stąd już nie było odwrotu, musiało się udać!

To był trudny i przełomowy moment mojego porodu. Było już przed 17, nie miałam sił a przede mną najbardziej wysiłkowy moment parcia. Tu mój mąż znów spisał się na medal, pomagał przy każdym skurczu, wspierał słowami, bliskością i krzyczeniem razem ze mną. W pewnym momencie położna powiedziała, że głowę już widać, że mogę jej dotknąć. Boże co ja przeżyłam czując, że mój syn jest już tak blisko! Jeszcze kilkanaście ciężkich minut i jest! Godz. 17.16, 10 pkt, 2985 g, 53 cm szczęścia.  Nikoś cały siny ląduje na moim brzuchu. A je ledwo mam siłę na niego patrzeć, wycieńczona opadam w ramiona męża i zamykam oczy, przeszczęśliwa, że to już koniec, że maluszek jest już nami cały i zdrowy. Nie płakał. Patrzył pięknie dużymi oczkami, był bardzo spokojny, widać było, że również doświadczył ogromnego wysiłku. Czekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić, po czym mąż dostąpił zaszczytu jej przecięcia. Tuliliśmy się później wszyscy prawie 2 godziny.

Nikodem

Co było świetne to, że po tym czasie wstałam, wzięłam prysznic, co prawda bolało cholernie ale mogłam funkcjonować. W odróżnieniu do cc, gdzie byłam przykuta do łóżka na kilka godzin. Zdecydowana różnica była również w relacji z maluszkiem. Tym razem czułam zupełnie inny rodzaj więzi, czułam, że trud porodu dał nam inny start, spokojniejszy, wypełniony radością ze spotkania po długiej, męczącej drodze. To bezcenne uczucie.

W trakcie parcia doszło do małego pęknięcia krocza, jeszcze podczas szycia rozmawiałam z położną i mówiłam, że gdybym wiedziała co mnie czeka, to wolałabym cc, pamiętam jak zachwiała się moja wizja dużej rodziny, ja już nie chciałam więcej rodzić. Wtedy nie poczułam ogromnego zachwytu z vbac, nie było dumy, że się udało. Czułam się szczęśliwa i spełniona, i pierwszy raz w życiu doświadczyłam co to znaczy mieć równowagę wewnętrzną. Czułam się pełna, czułam, że ten poród dopełnił moje bycie kobietą, ale w taki totalnie naturalny sposób, w moim życiu wydarzyło się coś, co jest w pełni normalne, coś co dzieje się od zarania dziejów, coś co jest oczywistym elementem bycia kobietą, matką. Nie urosło to w moim doświadczeniu do rangi czegoś wielkiego, co dodaje sił i wiary, co pozwala góry przenosić. Czułam, że wszystko jest po prostu tak jak powinno, jak matka natura chciała. Ciężko to w słowa ubrać ale to było ciepłe uczucie pełni w środku. Wtedy na łóżku miałam pomieszanie tej pełni ze wspomnieniem największego w życiu bólu. Taka dziwna mieszanka, która tworzyła jedno zdanie opisujące poród: największy trud i szczęście mojego życia.

Dobrze, że te ciężkie chwile tak szybko odchodzą w niepamięć, zostawiając miejsce na szczęście i radość. Do napisania tej relacji siadałam już kilka razy, za każdym razem dopisując kawałek historii. Co ciekawe, z każdym tygodniem moje wspomnienia się zmieniają, dziś, dwa miesiące po porodzie ból zatarł się już w pamięci, wiem też, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie, nienależnie od tego co nas czeka na sali porodowej:). Dzisiaj jestem przeogromnie wdzięczna wszystkiemu co nam sprzyjało 15.09.2015 r. Bardzo się cieszę, że mogłam doświadczyć trudu i cudu narodzin. Z perspektywy czasu doświadczenie to dodało mi sił bo wiem, że determinacja i skupienie przyniosły nam wspaniały rezultat. Dzisiaj jestem przeszczęśliwa, że dałam radę, że urodziłam własne dziecko tak jak o tym marzyłam. Dodatkowo, moja relacja z mężem weszła na zupełnie inny poziom intymności, ogrom wsparcia jakie od niego dostałam plus przeżycie razem tak trudnych i jednocześnie wspaniałych chwil, scementowało nasz związek i wniosło go na zupełnie nowy poziom. Nie było nam to dane przy pierwszym porodzie.

Dziękuję bardzo mojemu mężowi, całemu personelowi, wszystkim kobietkom z grupy Naturalnie po cesarce i wszystkiemu co nam sprzyjało! Marzyłam o chwili aby móc podzielić się udanym VBAC i dziś dzielę się swoją radością.

VBAC, czyli rodzić po mojemu (Oława)

„Czuję, że to był MÓJ poród.” Te słowa wypowiedziane przez świeżo upieczoną mamę to kwintesencja odpowiedniej opieki nad rodzącą kobietą. I drugoplanową sprawą jest to czy plan porodu trzbaby_foot_black_and_whiteeba było zmodyfikować czy nie, czy poród był z interwencjami czy zupełnie bez. Sednem jest szacunek, podmiotowość i decyzyjność kobiety oraz jej przyjazna relacja z położną / lekarzem oparta na zaufaniu i porozumieniu. Zapraszam do lektury historii Magdy. Znów będą potrzebne chusteczki! Łzy wzruszenia gwarantowane, a pełen humoru styl autorki zapewne niejednego do łez rozśmieszy.

Moją córkę urodziłam 1 maja 2014 roku. Rano podczas podrywania się z łóżka odpłynęły mi wody. Zaaferowana, szczęśliwa pojechałam po 2 godzinach urodzić dziecko do szpitala. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że brak akcji skurczowej po odpłynięciu wód jest takim problemem. Dostałam na dzień dobry kroplówkę z oksytocyną (mimo zaznaczenia w planie porodu, że nie chcę), a na słowa protestu położna zasugerowała, że mogę iść dyskutować z panią doktor. Ale że ona nie radzi. Później dowiedziałam się, że trafiłam na tę jedną lekarkę ze wszystkich, która lubuje się w cięciach i ogólnie jest wyjątkowo niedelikatna. Sama nie rodziła.
Podpięto mnie pod wyjątkowo długie KTG. Skurcze zaczęły mnie zginać wpół, a na wykresie było całkiem płasko. Podczas badania lekarka zrobiła niespodziewany i nieproszony masaż szyjki macicy, po czym zaproponowała znieczulenie. Ze znieczuleniem coś zaczęło się dziać z tętnem, ale chyba moim. Zbiegli się doktorzy i orzekli koniec rodzenia. Na salę operacyjną.
A potem to wiadomo, jak to jest. Noc pod morfiną (córka noc na mm mimo braku mojej zgody). Ciężkie pionizowanie. Ból i płacz, że nie jestem w stanie szybko poderwać się do płaczącego dziecka. 7 miesięcy codziennych skrytych łez i… druga kreska na teście ciążowym. I start mojej opowieści VBAC.

——————————————————-

Na początek należy ustalić kilka faktów.
Na przykład to, że rozróżniam poród siłami natury od porodu drogami natury. Pierwszy w pełni naturalny, samoistny, fizjologiczny, taki jak został zaplanowany w toku ewolucji.
Drugi wspomagany jakimiś medycznymi sztuczkami. Czyli gdzie siły natury nie mogą, poślą doktora. A to znieczulenie, a to oksytocyna, a to nacięcie czy inne kleszcze. Każda, najmniejsza interwencja.

Jasne, że mój buntowniczy umysł pragnął urodzić siłami natury. W karcie wypisu mam jak byk: poród fizjologiczny. A jednak nie do końca tak było.
Ale po kolei.

Ten dzień
Córka urodziła się 280. dnia ciąży. Iście książkowo. Teraz Leon nie mógł mieć tak dokładnie wyznaczonego dnia, bo się wszystko ongiś poprzesuwało i namieszało. Pi x oko 2 tygodnie później niż podaje kalendarz.
— To pani Magdo, ja wracam z urlopu i mam dyżur dziewiętnastego sierpnia. To wtedy mogłaby pani urodzić.
— O to bardzo chętnie, tak się umówmy.
Sobie zażartowałyśmy z panią doktor w okolicach kwietnia. Potem ten dzień wpisała w kartę ciąży jako oficjalny termin porodu. Potem zapewniłam swoją położną, że to będzie wtedy. Potem, 3 tygodnie przed terminem, na ostatniej wizycie było już tak:
— To co pani Magdo, może faktycznie zaczekacie na mnie, aż z urlopu wrócę? — zagadnęła w trakcie badania ręcznego pani doktor.
— No jasss…
— Ooooo nie zaczekacie. Szyjka w osi.

No i czekałam, czekałam. I cisza. Nadszedł osiemnasty, dzień, w którym rodzić wyjątkowo nie chciałam. Ale coś czułam.

Oznaki porodu
Z córką kompletnie nic się wcześniej nie zapowiadało. Po prostu chlusnęły rano wody, a potem finał jaki był, to wiadomo.
Teraz było trochę inaczej. Jak pisałam a propos karmienia piersią w ciąży, od 37. tygodnia podczas karmienia Natalki odczuwałam spinanie się brzucha. Na jakieś 6 dni przed porodem zaczęłam odczuwać pewną bolesność przy tym spinaniu. Delikatnie, nienahalnie. 2 dni przed porodem bolesność lekko wzmogła i pojawiała się także wtedy, kiedy nie karmiłam. Ewidentnie się zbliżało.
Dzień przed porodem dopadły mnie jakieś wewnętrzne nerwy. Że już by się mogło zacząć. Ale właściwie to jeszcze nie (bo nie chcę osiemnastego). Ale tak, żeby zdążyć na dyżur pani doktor. Ale właściwie to ile on trwa i jak się wstrzelić? Takie rozterki.
Bolało mocniej, czasami musiałam przystanąć, czasami się oprzeć. Cieszyłam się. I wkurzałam, bo znowu ciągnęło po krzyżu, a pamiętałam, że w krzyżu boli bardzo. Ale bardziej cieszyłam się. Byłam gotowa. Chciałam pociągnąć mocniej, rozhulać sytuację. Długi spacer po markecie. Szarpane sprzątanie to tu to tam (bez efektów). Dużo karmienia Natalki. Coraz więcej wewnętrznych nerwów. Ale nic więcej.
Wieczorem orzekliśmy z Tomkiem, że brzuch mi opadł. Z uwagi na upał łaziłam po domu w samym staniku i podziwiałam nowy kształt brzucha. Ostatnią przepowiednią było odejście czopu. Albo jego części, cholera wie, ile tego powinno być.

Początek
Wieczorem we wtorek oddelegowałam Tomka na trening, a sama (z przedporodowymi nerwami) zajęłam się Natką. Kąpiel, chlapanie, witaminy, ząbki, piżamka i lulu. Podczas karmienia wróciły skurcze, które mi od wielu godzin towarzyszyły i znikały. Znów wstąpiła we mnie nadzieja.
Natka usnęła, a ja zaczęłam liczyć częstotliwość. 8 minut. Przyjemny ból. 6 minut.
Tomek wrócił po 22.00. Ja sobie skakałam na piłce i liczyłam. Zrobiło się gęsto — skurcze zaczęły pojawiać się co 4 minuty.
Czas na nospę, orzekłam sama w sobie. Nie jestem zwolenniczką nospy, zwłaszcza w ciąży. Ale wiem, że pozwala odróżnić skurcze przepowiadające od porodowych. Po dwóch tabletkach przepowiadające znikają, porodowe trwają. Z relacji innych dziewczyn rodzących VBAC wiedziałam, że warto mimo wszystko manewr z nospą zastosować, bo rozkręcać się to może długo, wiele godzin, a nawet dni. I lepiej się wtedy wyspać, a nie chodzić nakręconym, że to już, to już.
Jak za odjęciem ręki moje skurcze ustały. No nie! Tyle liczenia, tyle nadziei…
Wróciły po 12 minutach. I znów zaczęły się zagęszczać. Jeeeeaaa!
Wzięłam kąpiel (w zamierzeniu odświeżającą, ale w domyśle mającą dać tę samą odpowiedź co nospa). Nic się nie zmieniło. Skurcze co 5–6 minut.
O 1.00 zadzwoniłam do położnej. Jak ja nie cierpię dzwonić w środku nocy do kogokolwiek. Po informacji, że jestem po nospie i kąpieli, a skurcze są — padła decyzja, że spotykamy się na porodówce za niedługo.

Do szpitala
Spakowaliśmy ostatnie rzeczy (czekoladę do ciućkania, sztuk 4!), wzięliśmy Natalkę (obudziła się) i do samochodu. Dojechaliśmy do rodziców Tomka, gdzie czekało na Natkę posłanie na podłodze (ach, ja też sypiałam u moich dziadków na podłodze! Jak ja to uwielbiałam!). Wesoło postanowiłam, że jeszcze ją uśpię, żeby wszystkim było łatwiej. Skurcze przybierały na sile (podczas karmienia). Natka wcale nie chciała zasnąć. Zadzwoniła położna, że no gdzie my jesteśmy. Dostaliśmy zapewnienie, że mama Tomka z Magdą sobie poradzą i ruszyliśmy do Oławy. Jakieś pół godziny drogi. Ja podsypiałam, budząc się na skurcze co 5 minut.
Dotarliśmy. Wejście przez SOR. Pani z SOR-u zadzwoniła na porodówkę, potem pokazała drogę i tyle.
Na Izbie Przyjęć papierologia. Skurcze delikatniejsze, ale na kilku musiałam wstać z krzesełka. Jeszcze więcej papierków. I jeszcze inne papierki. Albo jeszcze takie.
Koszula porodowa szpitalna. Oooo. Nie wiedziałam. Taka oczywiście za krótka.
Badanie.
Chwila niepewności. Narobiły spustoszenia te skurcze czy nie?
— 4 centymetry.
— O. To tyle, na ilu się ostatnim razem skończyło.
Też dobrze.

Porodówka
Przeszliśmy na porodówkę i już byłam pod opieką mojej położnej. Pani Ani. Godzina 4.00. Powoli świta.
Na początek znowu badanie.
— Naciągane 6 centymetrów.
Wow! 40 metrów przeszłam, a tu taki postęp. No i bariera psychologiczna pokonana. Bo szyjka moja potrafi. I to sama z siebie. Ha!
KTG. Piszą się skurcze, te, co ja je czuję. A nie że ja czuję i zgina mnie wpół, a na wykresie płasko i chyba sobie pani żartuje.
— Pani Madziu, muszę pobrać krew do badań. To od razu wenflon założę, gdyby był potrzebny.
— Nieeee.
— Nie? To będę kłuła drugi raz?
— Igły mi niestraszne. A pewnie nie będzie potrzeba.
— Dobrze. Nie zakładamy.
Wow, ktoś mnie słucha. Plan porodu wprawdzie napisany, ale nikt o niego nie prosił. A o wenflonie było w nim.
W między czasie podpisuję zgodę na poród fizjologiczny. Tak. Zgodę. Bom jest „stan po cięciu”. Mam wybór. Wiem, że muszę uważać na słowa, bo nikt mi cięcia w dowolnej chwili nie może odmówić. Słyszę od dyżurującej pani doktor, że to chwalebne. Ta moja próba VBAC.
Podpisuję niezgody.
Nie zgadzam się na kroplówkę naskurczową.
Nie zgadzam się na nacięcie krocza.
Nie zgadzam się na łyżeczkowanie macicy (gdyby łożysko całe nie wyszło).
Bez sensu. Wszystko jednym podpisem. Bez opcji „chyba że będzie konieczne”. A jak będzie? W planie porodu przy każdej niezgodzie mam zapisane „o ile nie będzie konieczne”. Także w przypadku cięcia!
Koniec KTG. Wolność na 2 godziny.
Lewatywa. Na moją prośbę.
Zaczynamy z Tomkiem wydreptywać ścieżkę na korytarzu. Na skurczach przystajemy, ja się opieram o ścianę, Tomek masuje ten krzyż nieszczęsny. Jakie to przyjemne. Jego dotyk. Ból krzyżowy od razu mija, zostaje skurcz na brzuchu. I tak te dwie godziny do następnego KTG.
Nic nowego. Skurcze, tętno, ruchy Leonka.
Zwalnia się sala przedporodowa. Dostajemy ją na wyłączność. Łóżko, krzesło, stolik. Pani Ania przynosi piłkę, materac. Na piłce już jest źle. Już się naskakałam w ostatnich dniach, dziękuję. Materac to nowość, to pozycja kolankowa (łokcie na łóżku). Może być, ale bez szału.
Pani Ania proponuje worek sako i mówi, że się odprężę, a może i zdrzemnę chwilę celem nabrania sił. Oooo chętnie. Siadam, zapadam się. Bardzo wygodnie, bardzo przyjemnie.
Zaczynam się relaksować. A ze mną moja macica. To niesamowite. Ja stwierdzam, że chcę spać, a ona mi to umożliwia i robi dłuższe pauzy między skurczami. Dla mnie bomba. Dla postępu porodu nie bardzo.
Dochodzi 8.00. Słyszę na korytarzu moją panią doktor. Zagląda do nas i jak zawsze mnie wita:
— A ja myślałam o pani wczoraj.
Idę na badanie. Jakie delikatne. Pani doktor pokazuje osiągnięte rozczapirzenie palców, oblicza szybko, że to 7 centymetrów. A ja już beczę. Ze szczęścia. Że idzie. Że postępuje. Że samo! Że jestem w dobrych rękach!
Chodzimy z Tomkiem korytarzem. Panowie monterzy wymieniają drzwi. Dostałam jakiś szlafrok, żeby im nie świecić tyłkiem. Chodzimy, stoimy. Ja przedmuchuję skurcze, Tomek masuje krzyż. Jest pięknie.
Mruczę na skurczach. Otwarcie krtani pomaga otworzyć się na dole. Im głośniej mruczę, tym pani Ania jest bardziej zadowolona.
— Pani Madziu, co ja słyszę! Pięknie, ale mi się podoba!
Przypominam sobie słowa położnej z jakiegoś reportażu: „Skurcze są dla dziecka. Przerwy w skurczach są dla mamy”. Pomaga.
Idę pod prysznic. Gorąca woda jest cudowna. Polewam brzuch, polewam plecy. Potem olewam brzuch i już tylko leję na plecy. Ogromna ulga. Wracamy na korytarz.
10.45. 8 centymetrów. Przy badaniu pęka pęcherz owodniowy i odpływają czyste wody. Nie mogę chodzić dalej, bo główka nie przypiera do ujścia szyjki, nie korkuje wylotu i jest ryzyko wypadnięcia pępowiny. Pada propozycja zaczekania na zejście główki na worku sako. Lubię worki sako, natychmiast się zgadzam.
Siedzę i czuję, jak skurcze zlewają się w jedno. Jak ból przeszywa mnie całą. Ohooo. Zaczyna się jazda bez trzymanki, chociaż jeszcze tego nie wiem. Pani Ania z panią doktor proponują gaz rozweselający na poprawę nastroju. Zgadzam się. Ma mnie rozluźnić — całą. Pierwsze kilka wdechów i nic. Drugie podejście — zaczęłam mówić, wydychając z płuc ten gaz i usłyszałam swój głos, nieco obniżony (odwrotnie niż z helem), co doprowadziło mnie do ataku śmiechu i łez. Niestety stan ten się już nie powtórzył, a szkoda.
Siedzę więc na worku, leją się ze mnie wody, skurcze sieją się gęsto a intensywnie. Zerkam na zegar. Dziwne, minęła godzina, a zegar prawie nie drgnął. Jak w operze.
Od tej pory przestaję się kontrolować. Jest mi wszystko jedno. Moim marzeniem jest jeszcze na trochę zasnąć. Ponownie udaje mi się sprawić, że skurcze są rzadziej, a ja między nimi odpływam. Podoba mi się to. Pani doktor i pani Ani się to nie podoba. To znaczy cieszą się, że sobie tak radzę, że podążam za potrzebami, że potrafię się w tym wszystkim zrelaksować. Ale jednak tempo porodu siada.
Zgadzam się na założenie czopków rozluźniających szyjkę. Ach, już tak niewiele zostało. Badanie, KTG. Nie cierpię KTG, a przy takiej intensywności doznań — nie cierpię po tysiąckroć. Mało co już ogarniam. Zdaje się, że używam brzydkich wyrazów. Że mówię, że nie dam rady.
— Ale chyba nie powie pani, że robimy cięcie? — z niepokojem pyta pani doktor.
— A w życiu! — zakamarkiem trzeźwego umysłu odpowiadam.
Ostatkiem siły woli wlokę się pod prysznic. Przy którymś skurczu głośniej krzyczę, zlatuje się pani doktor z panią Anią.
— Nie, nie, nic się nie zmieniło. Tylko bardziej bolało — od razu mówię, bo wiem, że czekają na początek skurczów partych, przy którym (początku) najczęściej jest zmiana okrzyków.
Wracam na swoją salę porodową. Opieram się o łóżko, kiwam biodrami. Wstawiam Leona w kanał czyli. Im głośniej krzyczę „AAAAA!”, tym pani Ania bardziej zadowolona. Ja krzyczę, a ona mówi, jak świetnie mi idzie. Budujące, motywujące, wspierające (dobrze, że jeszcze to ogarniam).
Proponują mi panie pozycję kolankowo-łokciową na materacu. Mowy nie ma! No to na łóżko? Nie wiem, jak to się stało, ale się zgodziłam. Ba, chyba nawet chciałam.
13.00. Prawie 10 centymetrów. Słyszę, że tempo siada, że moc skurczów siada. Panie zastanawiają się, co dalej. Proszą mnie o zgodę na kroplówkę ze sztuczną oksytocyną. Bo to jest moment, że jest konieczna. Boję się, cholernie się tej oksytocyny boję, ale się zgadzam. Czyli jednak wenflon.
Zaraz jest już pełne rozwarcie. Ja leżę i nie chcę słyszeć o zmianie pozycji. Mowy nie ma. W dupie mam pozycje wertykalne. A w planie porodu oczywiście prośba o pozwolenie i zadbanie o możliwość rodzenia w pionie. Dobrze, że nikt tego nie czytał.
Zgadzam się na obracanie się na lewy bok, żeby się główka dobrze zaczęła wstawiać w kanał, bo Leon odkręcony był w inną niż powinien stronę. Tomek masuje mi plecy (skóra mi z nich już schodzi, parafina nie pomaga). Pani doktor jedną ręką trzyma detektor tętna płodu na moim brzuchu, drugą ręką trzyma moją rękę. Mam nadzieję, że nie wyszła z tej historii tak podrapana jak Tomek.
— Czy te całe skurcze parte też tak dają po krzyżu? — pytam panią doktor.
— Niestety tak.
— No kurwa, a chciałam mieć tyle dzieci.
Mina pani doktor bezcenna.
13.15. Prę. Na polecenie, pod komendę. A nie w zgodzie ze swoją intuicją. Bo bym chyba nie zaczęła nawet rodzić.Zaczynam kumać korelację parcia z oddechami. Czuję w sobie głowę Leona. Pytam Tomka, czy to widział.
Myślałam, że to będzie trwało ustawowe 2 godziny. Ale gdy zaczynam kumać, że robi się wokół mnie łzawo, że pani doktor łyka łzy, że Tomek nie może nic powiedzieć, dociera do mnie, że zaraz powitamy na świecie naszego syna.
Prę dalej. Nie wychodzi. Moje przygotowane od wielu tygodni na tę chwilę krocze okazuje się za jakieś (za wysokie?) no i nie ma bata, wyjść nie chce.
— Proszę ciąć! — wołam, bo już naprawdę chcę przytulać synka, a nie cackać się z moimi planami porodowymi.
— No nie, nie. Nie mamy zgody.
— To się teraz zgadzam!
— Ale podpisze nam to pani? Żeby nie było, że po sądach będziemy potem biegać.
— To chyba beze mnie. Podpiszę!
I nadszedł ostatni skurcz. Wydałam ostatni, najdonioślejszy okrzyk. Pobłądziłam po urodzeniu się główki. I dostałam Leona na piersi. Szarego. Krzyczącego.
13.30.
16,5 godziny od momentu, gdy kładłam Natalkę spać i rozpoczęły się skurcze.
Tomek od razu dostaje nożyczki do przecięcia pępowiny, bo jest tak krótka, że napina się cała na ciele Leona i miażdży mu genitalia. A chyba nie muszę dodawać, że w planie porodu jak byk stała prośba o późne odpępnienie?
Leon leży na mnie. Wokół pełno ludzi. Jest pan doktor. Bada Leona na mnie. 10 punktów. Nie pozwalam jeszcze go ważyć i mierzyć. Rodzę sobie łożysko, całe i zdrowe. Nie brzydzę się jego widoku. Pani doktor mnie szyje. Mnie już kołacze nowa myśl.
— Czy przy EWENTUALNYM następnym porodzie to nacięcie ma znaczenie?
Pani doktor tylko się uśmiecha i zapewnia, że nie.
Oddaję Leonka na badania, chcę jak najszybciej znaleźć się w spokojnym miejscu, a tu taki harmider. Przechodzę na czworakach na łóżko szpitalne. Kręci mi się w głowie. Szumi mi w uszach. 2 godziny później mam ciśnienie krwi 70/58. Przejeżdżamy na salę poporodową (to ta sama, która była przedporodową). Dostaję Leonka. Dostaję krupnik. Po dwóch godzinach jedziemy na oddział położniczo-neonatologiczny.

Zakończyłam swój VBAC. 15 miesięcy i 19 dni po cięciu cesarskim.

Czuję, że to był mój poród. Mimo interwencji medycznych. Mam poczucie, że tym razem były uzasadnione. Że to rzeczywiście ja się na nie zgodziłam. Że nikt nie dysponował sobie mną. Że zostały uszanowane moje preferencje — mimo że musiały ulec w akcji modyfikacjom.

Dobrze napisała mi dziewczyna z grupy wsparcia: przy VBAC nie ma mowy o zawalaniu porodu. Po prostu się udał.

Dziewczynom, przed którymi podjęcie próby porodu naturalnego po cięciu, mówię: nie próbujcie. Rodźcie!

Historia Magdy dostępna jest także na jej blogu, do odwiedzenia którego serdecznie Was zachęcam: http://logomatka.blogspot.com/

leo01

Historia lubi się powtarzać….? (Francja)

Półtorej doby po pęknięciu pęcherza płodowego, po długim oczekiwaniu, po chwilach zwątpienia i z fantastycznym wsparciem położnej oraz męża.  Dziś szczęśliwa polska opowieść Kasi  we francuskich realiach.

 

26 miesięcy temu zaczeło się tak samo… 3 tygodnie przed wyznaczona datą porodu  straciłam wody i pojechałam na porodowkę. 26 miesięcy temu Eryk urodził sie przez cesarskie cięcie…
Tym razem, po wielu miesiącach psychicznych przygotowań do naturalnego porodu, książek i artykułów przeczytanych na temat VBACu mialo byc inaczej! A jednak zaczeło się tak samo i nie tak jak się mialo zacząć… Miało się zaczać skurczami, które jak najdłużej miałam „przeżyć w domu’’, żeby w ostatniej chwili pojechać do szpitala i tam już – za późno na znieczulenie – urodzić moją oczekiwaną Lenkę. A jednak historia lubi sie powtarzać…
O 3 nad ranem ze łzami w oczach budzę męża informując go, że znowu straciłam wody i nie mam skurczy. Prawdopodnie będę miała kolejną cesarkę. Byłam załamana. Wsiedliśmy do samochodu, zostawiając Eryczka z dziadkiem, który przyjechał na ten okres z Polski. W szpitalu standardowe badania, po których okazało się, że rozwarcie jest na pół palca. W moich dokumentach było napisane wielkimi czerwonymi literami: po cesarskim cięciu, chęć na VBAC. Położna mnie pociesza i mówi, że wczoraj rano przyjeła dwie panie w identycznej sytuacji jak moja i jedna urodziła „normalnie’’. Położyli mnie do pokoju i kazali czekać na skurcze… To były najgorsze chwile – czekanie na skurcze,  które się nie pojawiają. Po 24 godzinach ciągle nic… Wypadałoby, żeby poród sie zaczął, bo bez wód teoretycznie protokoły ze szpitala nie pozwalaja przetrzymywać dłużej niż 24 godziny. Ale ja byłam zdeterminowana a lekarze i polożne pozytywnie nastawieni. Po 28 godzinach od straty wod, w środe rano po obchodzie decyzja była podjęta. Psychicznie byłam nastawiona na cesarkę. W południe przyszła położna i zaprosiła mnie na salę porodową I powiedziala, że będę rodzić VBAC! Byłam tak zaskoczona, zmęczona po tylu godzinach czekania, że psychicznie nie wytrzymałam. Rozpłakałam sie i chciałam, żeby mnie już pocieli, bo ja nie wytrzymam jeszcze paru godzin porodu i bólu podczas skurczy. Polożna, Valérie (zapamietam tę kobietę do końca mojego życia!) wytlumaczyła mi, że 10 lat temu miała identyczną sytuację i udało się. Żebym spróbowała. Że zostawi mnie na 15 minut, żebym przemyslała czy chce rodzić VBAC, bo jeśli nie będę pozytywnie nastawiona to nie ma sensu i rzeczywiście najlepiej wtedy ciąć. Wyszła z porodówki i zostawiła mnie z mężem, który powiedział, że jeśli nie spróbuje teraz, to do końca życia będe mu marudzić… rozwarcie ciągle miałam na pół palca.
Po powrocie położnej, na nowo zmotywowana powiedziałam, że chcę próbować. Dostałam minimalną dawkę hormonów na wywołanie porodu dla kobiet po wczesniejszym cięciu, znieczulenie zewnątrzoponowe i viola  – zaczęło się. Co godzinę Valerié przychodziła, żeby sprawdzić jak poród postępuje. Znieczulenie od czasu do czasu przesawało dzialać i krzyczałam, żeby anestezjolog na nowo uruchamiał moją pompkę, która wstrzykiwałam sobie znieczulenie… ale bolało…. Valérie zmieniała mi pozycję, bo mała była ułożona plecami do moich pleców, więc dużo czasu spędziłam na czworaka, aby mała się obróciła.. przez 5 godzin doszlam do 5cm, wiec „standardowo’’ jak powinno być. Jedyna rzecz,  która mnie martwiła to to, że Valérie kończy zmianę o 19:00 i następna położna może będzie mniej przyjazna. Valérie na nowo zmieniła mi pozycję, tym razem na boku. O 18:00 wraca, bada mnie i zaczyna przygotowywać narzędzia do porodu. Z meżem nie rozumiemy, co się dzieje, a ona że za chwile bede przeć!!! Przez godzinę z 5 cm zrobiło sie 10cm.
Udało sie! Po 30 minutach, bez nacięcia, miałam Lenkę na rękach – zadowolone maleństwo, które patrzyło na mnie wielkimi oczami, possało cyca przez 3 minuty i usneło sobie spokojnie na mnie… Tego dnia nie zapomnę do końca życia, jak również mojej polożnej Valérie.