Tag Archive | potylicowe tylne

Poród z delicjami (Kraków)

Pod koniec ciąży cierpliwość przyszłych rodziców testowana jest nie rzadko bardzo mocno. Syn Madzi, Michaś, kazał czekać na siebie aż do 17 dnia po terminie porodu!!! Ale było warto – zaufać i wykazać się cierpliwością:) Oto ich historia porodowa:

8 grudnia 2017 roku urodził się, cudownie i nareszcie, nasz kochany Synek Michałek, który jest naszym trzecim dzieckiem. Chciałabym dziś opowiedzieć Wam o naszym niezwykłym – bo też niezwykle długim – oczekiwaniu, przez które poprowadził nas Pan Bóg i doprowadził nas aż do bardzo szczęśliwego i najlepszego na świecie finału. Być może i ta opowieść wyjdzie też niezwykle długa, ale mam nadzieję że dotrwacie jakoś do końca, tak jak i my dotrwaliśmy :)

Zanim na dobre zaczniemy, jeszcze małe słówko o moich dwóch poprzednich porodach. Naszą pierwszą córkę Hanię urodziłam w 2012 roku przez planowe cięcie cesarskie, do którego wskazaniem był stan zdrowia Haneczki – jeszcze w ciąży wykryto u niej na usg dużą torbiel limfatyczną na klatce piersiowej i było jasne, że „wyjęcie” przez cięcie będzie dla niej najlepszą i najbezpieczniejszą drogą narodzin. Racjonalnie przyjęłam to jako rzeczywiście najlepsze rozwiązanie, chociaż gdzieś w sercu miałam duży żal, że już przy pierwszym dziecku nie będzie mi dane doznać cudu naturalnego porodu. Samo cięcie, w 39. tc, przebiegło dobrze, ale ja po nim dosyć długo i powoli dochodziłam do siebie, a początkowy kontakt z moją córeczką był mocno zaburzony. Powiedziałam sobie wtedy: „Nigdy więcej cięcia” ;), marząc bardzo o tym, żeby następne dziecko móc urodzić już siłami natury – jeśli oczywiście zdrowotnie wszystko będzie z nami OK. No i niecałe 3 lata później, w lipcu 2015 roku, moje marzenie się cudownie spełniło – urodziłam naturalnie naszą drugą córeczkę Blankę. Nerwów mieliśmy przy tym co niemiara, bo Blanka nieźle się zasiedziała i zaczęła się rodzić dopiero 14 dni po terminie, ale szczęśliwie personel w szpitalu (Rydygiera w Krakowie) bardzo nam sprzyjał, pozwolił nam czekać i wszystko zakończyło się bardzo dobrze. Jest to zresztą temat na osobną historię, którą mam nadzieję, że kiedyś jeszcze opiszę… Ale póki co przejdźmy już do aktualnej, tegorocznej opowieści. :)
Na początek, żeby nie pogubić się w całej tej historii, małe wprowadzenie i przedstawienie najważniejszych bohaterów:
Michałek – Wyczekiwany Syn
Madzia – Matka Oczekująca (po jednym porodzie cc i po jednym sn)
Waldi – Ojciec Oczekujący
Hania i Blanka – Siostry Oczekujące
Termin Porodu – cichy sprawca całego zamieszania, wyliczony na 21 listopada, którym pod koniec ciąży wszyscy się zaczynają bardzo interesować
Stan po Cięciu – element w mojej „historii położniczej”, dzięki któremu mam zapewnione „wyjątkowe” traktowanie, zwłaszcza szykując się do porodu siłami natury (sn)
Kłykciny kończyste – coś, co zaobserwowała u mnie gdzieś w połowie ciąży moja dr prowadząca; małe brodawki, które mogą być niestety wskazaniem do cięcia; miałam przez to trochę zamieszania pod koniec ciąży, ale na szczęście udało mi się je przeleczyć (żelem o nazwie Undofen) i dostałam od lekarzy zielone światło na poród sn.
Rydygier – szpital naprzeciwko naszego domu, w którym urodziła się Blanka i w którym teraz też chcieliśmy rodzić
Legendarny Remont – coś, na co już od wielu lat oczekiwali pracownicy i pacjenci oddziału ginekologiczno-położniczego w Rydygierze, a co w końcu zaczęło się realizować dokładnie w połowie listopada, przez co oddział został przeniesiony i drastycznie zmniejszony
Żeromski – szpital w Nowej Hucie, w którym ostatecznie urodził się Michaś
Babcia Ela krakowska – Super Babcia z Krakowa, Mama Waldiego
Babcia Ela zambrowska – Super Babcia z Zambrowa, Mama Madzi
Doktor Dziadek – lekarz z oddziału patologii ciąży w Żeromskim, który podejmował kluczowe decyzje (swą ksywę zawdzięcza białym włosom i równie białej brodzie)
Moje współlokatorki z sali na patologii ciąży:
Martyna – mama również „przeterminowana”, oczekująca na swoje pierwsze dziecko – córeczkę Polę
Ania L. – mama trochę przed terminem, na patologii z powodu nadciśnienia, oczekująca na swoje pierwsze dziecko – córeczkę Rosę Marię
Ania D. – mama „przeterminowana”, oczekująca na swoje trzecie dziecko – synka Piotrusia
Położne porodowe:
Pani Bogusia – położna pierwszego etapu (do 19)
Pani Halina – położna drugiego etapu (od 19 do 20 :))
Uff, no to bohaterów już mamy, czas wreszcie na jakąś akcję :)
Generalnie w tej ciąży miałam wielką nadzieję na to, że zakończy się ona rzeczywiście w tym mniej-więcej wyznaczonym terminie, żebym nie musiała znowu, jak było przy Blanci, przez 2-3 tygodnie chodzić na ktg do szpitala, i żebym nie musiała znowu kłaść się na patologię ciąży. Bardzo marzyłam o tym, żeby akcja rozpoczęła się w domu, i żebym przyjechała (albo przyszła :)) do szpitala już na samą końcówkę porodu. Bardzo chciałam urodzić jeszcze w listopadzie i nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że Michałek mógłby urodzić się w grudniu – no bo w grudniu to jakoś tak bez sensu, za blisko Świąt, i w ogóle (chociaż znowu historia z Blanką, która przesiedziała sobie dwa tygodnie dłużej, niż chciały wszelkie terminy, powinna była przygotować nas na takie lub podobne opóźnienie). Bardzo chciałam urodzić w Rydygierze, którego mamy 5 minut od domu i który bardzo dobrze wspominam z czasu narodzin Blanci – przez całą ciążę nawet nie brałam pod uwagę żadnego innego szpitala. Bardzo chciałam… ale Pan Bóg widać chciał inaczej.
W 39. tygodniu ciąży zgłosiłam się na pierwsze ktg do Rydygiera, mając nadzieję, że pojawię się tam może jeszcze ze 2-3 razy, a potem już będzie poród. Po dwóch tygodniach chodzenia na ktg co 3-4 dni, na wizycie w 41. tygodniu ciąży dostałam „w końcu” skierowanie do szpitala. Powiedziano mi wtedy też, że z racji remontu i bardzo ograniczonej ilości miejsc przyjmują tylko bardzo pilne przypadki lub kobiety z bardzo zaawansowaną akcją porodową i nie mogą zagwarantować, że przyjmą mnie, jeśli przyjdę tak po prostu – do przyjęcia na oddział z powodu bycia „po terminie”. Dowiedziałam się wtedy również, że jeśli by akurat było miejsce i mnie przyjęli, to na pewno nie pozwoliliby mi czekać w szpitalu na rozpoczęcie akcji (jak było przy Blanci), tylko że od razu miałabym indukcję porodu – no bo mało łóżek i trzeba zwolnić miejsce dla innych…
Postanowiliśmy z Waldim, że damy sobie i Michałkowi jeszcze trochę czasu i że poczekamy ze zgłoszeniem się na oddział do końca tygodnia (skierowanie dostałam we wtorek, 28 listopada) – jeśli oczywiście akcja nie zacznie się sama, o czym niezmiennie marzyłam. Każdego dnia budziłam się z nadzieją, że to może już, że to może dziś się stanie… ale nie – Michałek zdecydowanie miał swoje zdanie i swój pomysł. W tym czasie bardzo towarzyszyła mi modlitwa: codziennie sięgałam po uroczy „Modlitewnik dla oczekujących dziecka”, pełen pięknych i podnoszących na duchu modlitw dla matek (i ojców :)); modliłam się do św. Ignacego, o dobry poród; co jakiś czas wracałam również w sercu do modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij”, która jakoś szczególnie dodawała mi otuchy. Modliła się również za nas cała nasza wspólnota, rodzina, przyjaciele…
Ustaliliśmy z Mężem, że jeśli nic się nie zadzieje do piątku, 1 grudnia, to wtedy już zgłaszamy się na oddział. Jako że nie zadziało się nic, mimo naszych usilnych starań („3S”, itp.:)) to w piątek rano wzięliśmy walizeczkę i podreptaliśmy sobie z brzuszkowym Michałkiem do „swoich” w Rydygierze, a tam… „swoi” go nie przyjęli – okazało się, że na oddziale w tym dniu zupełnie nie ma miejsc i raczej nie zanosi się na to, żeby sytuacja miała się przez weekend zmienić. Dla przyzwoitości i spokoju personelu (i mojego!) zrobiono mi jeszcze ktg i usg, na których oczywiście wszystko było dobrze, i zalecono pilne zgłoszenie się do jakiegoś innego szpitala (podobnie zresztą jak dwóm innym brzuszkowym mamom, które również chciały się tego dnia przyjąć). Podreptaliśmy więc sobie z powrotem spacerkiem do domku… i postanowiliśmy zaczekać z przyjęciem jeszcze jeden dzień. 
Oczywiście ten jeden dzień nic nie zmienił w kwestii akcji porodowej, bo Michaś miał swoją własną koncepcję terminu porodu (chociaż było już, według kalendarza, 41+3, i chociaż ciągle jeszcze miałam nadzieję, heh). Dlatego też w sobotę, 2 grudnia, pojechaliśmy już pokornie do Żeromskiego, oddając to całkowicie w ręce Boga, i zdając się na mądrość i rozsądek tamtejszego personelu – był to bowiem dla nas szpital zupełnie nieznany, a wręcz kojarzący się niezbyt przyjaźnie wobec opcji vbac (gdy przed porodem Blanki robiłam rozeznanie w krakowskich szpitalach, to tam otwarcie powiedziano mi, że nie lubią takich przypadków i że od razu by mnie kierowali na cięcie).
Procedura przyjęcia toczyła się oczywiście bardzo powoli, ale jednak, wbrew powyższym obawom, już na samym początku dostałam światełko nadziei co do tego, jak potoczą się nasze dalsze losy w tym szpitalu – badająca mnie pani doktor powiedziała, że póki co wszystko z nami jest ok i że w takim razie możemy spokojnie czekać na rozpoczęcie akcji, bez pośpiechu (poza tym właśnie rozpoczynał się weekend, czyli czas w szpitalu, kiedy bez wyraźnej potrzeby i konieczności nie podejmuje się raczej znaczących decyzji). Uspokojeni tymi słowami, trafiliśmy w końcu na oddział patologii ciąży, nie przypuszczając nawet, że przyjdzie mi spędzić na nim jeszcze prawie cały tydzień… Pobyt na tym oddziale, którego sama nazwa raczej nie kojarzy się zbyt pozytywnie, okazał się dla mnie jednak czasem niezwykle dobrym i błogosławionym. Owszem, był grzyb na ścianach w łazience, była jedna toaleta na korytarzu na kilka sal, była szpitalna dieta-cud z ostatnim posiłkiem o 17 (!), ale za to w naszej 4-osobowej sali trafiła mi się najlepsza ekipa na świecie, z którą przez te kilka dni czułam się raz to jak na młodzieżowych koloniach, raz to jak na rekolekcjach. Mało tego – codziennie ok. 6 rano, podczas porannego ktg, przez ręce sympatycznego Ojca Cystersa przychodził do nas sam Pan Jezus, którego wszystkie przyjmowałyśmy. Parę razy również udało nam się wymknąć (w zależności od zmiany pielęgniarek, i oczywiście za ich zgodą :)) na wieczorne roraty w szpitalnej kaplicy. Z kolei nasze dziewczynki były w tych dniach pod wspaniałą opieką Babci Eli krakowskiej (i oczywiście Tatusia Waldiego) – więc wszystko było dobrze.
Po dość leniwym weekendzie przyszedł czas na decyzje. Na wtorkowym porannym obchodzie (w tym dniu kończył mi się właśnie 42. tydzień ciąży – czyli połowa 10. miesiąca :D) doktor Dziadek zawyrokował, że dajemy Michałkowi czas jeszcze do piątku, czyli do 8 grudnia – jeśli do tej pory chłopak nie zgłosi się sam, to będę mieć już wtedy delikatną indukcję porodu (przez balonik). Zgodziłam się z tym i nawet ucieszyłam, że mam przed sobą jakiś konkret, bo to przedłużające się czekanie wytworzyło we mnie jakieś takie wrażenie, że ta ciąża będzie trwała wiecznie i chyba nigdy się nie skończy… 😉
Dni od wtorku do piątku upłynęły nam w miarę spokojnie i pogodnie, nie licząc tego, że w noc poprzedzającą Mikołajki skład naszej sali zmniejszył się, stety-niestety, o połowę – Martyna i Ania L. poszły rodzić swoje córeczki, które przyszły na świat pod przemiłą datą 6 grudnia. Zostałyśmy wtedy z Anią D. już tylko we dwie, a i cały oddział jakoś tak opustoszał po weekendowym nawale ludzi – śmiałyśmy się momentami z Anią, że trochę to tak głupio, że my już tam tyle siedzimy, i że naprawdę wypadałoby w końcu urodzić… Ale nasi chłopcy zupełnie się tym naszym gadaniem nie przejmowali.
Chociaż… jeden chyba trochę zaczął się przejmować, bo w nocy z czwartku na piątek (7/8 grudnia) zaczęły mi się pojawiać jakieś pierwsze skurcze. Owszem, były raczej rzadkie (co ok. pół godziny) i niezbyt bolesne, ale jednak wyraźnie – były! Jeszcze w czwartek wieczorem napisałam do wszystkich bliskich osób maila z prośbą o modlitwę… której cudowne i potężne skutki miałam odczuć już następnego dnia.
Skurczową noc starałam się jakoś przespać, czując – jeszcze trochę nieśmiało, ale jednak – że na następny dzień będę potrzebować naprawdę dużo siły. No i w końcu nastał piątkowy poranek. Ojciec Cysters, przychodząc tradycyjnie z Panem Jezusem, pobłogosławił nas tego dnia szczególnie i zażartował sobie, że jak się któryś z chłopców dziś urodzi, w to Maryjne święto, to niechybny znak, że go sobie Maryja wybrała i że ma na księdza iść. :) Potem przyszedł na obchód doktor Dziadek, któremu powiedziałam o nocnych skurczach, no ale jako że nic z nich jeszcze nie wynikło, to zaraz po obchodzie miałam stawić się na zapowiedzianą pre-indukcję. Około godziny 10 doktor Dziadek „zainstalował” mi (a zaraz później – Ani D.) balonik, zalecając jednocześnie, żeby teraz starać się jak najwięcej chodzić i spacerować – i generalnie być w pozycji pionowej ruchomej. :) Ruszyłyśmy więc razem z Anią przemierzać kolejne kilometry po szpitalnym korytarzu, starając się jednocześnie czułymi słowami zachęcić naszych upartych chłopców do wyjścia. Ile jednak można tak chodzić? Jakoś po 11 położyłam się, żeby trochę odpocząć, postanawiając jednocześnie, że w kolejną rundkę ruszę dokładnie o 12 i wykorzystam ten „spacer” do odmówienia różańca – dokładnie w Godzinę Łaski, o której wiele osób mi wcześniej przypominało w związku ze świętem Niepokalanego Poczęcia. Zjadłam jogurt, odpoczęłam chwilę i tuż po 12 wyszłam z sali, z różańcem w jednej, a z kubkiem po jogurcie w drugiej ręce. „Traf” chciał, że akurat w tym momencie chwycił mnie mocniejszy skurcz, tak że aż przystanęłam na chwilę przy ścianie – i w takim stanie „przydybał” mnie doktor Dziadek, który niewiadomo skąd znalazł się nagle na korytarzu, ledwie parę kroków ode mnie.
– Co się dzieje? Czy Pani ma skurcze? – zapytał, dość zaaferowany.
– Hm, no tak, ale jeszcze nie bardzo częste, takie co 15-20 minut, i też nie bardzo mocne…
– Ale to w takim razie ruszamy już na porodówkę, musimy mieć Panią bardziej na oku!
– Ale Panie doktorze, czuję że to jeszcze trochę potrwa, to chyba za wcześnie…
– Nie ma mowy, idziemy.  Pani ma stan po cięciu, nie może sobie Pani tak tu sama chodzić, jak Pani ma skurcze. Proszę się spakować.
Zawróciłam do sali, lekko oszołomiona – w moim odczuciu naprawdę nie było jeszcze o co robić hałasu – ale zanim zdążyłam w ogóle zebrać myśli, już przyjechała położna z wózkiem na moje rzeczy, pomogła mi się spakować i, dając mi jeszcze chwilę na szybkie pożegnanie z Anią, przeprowadziła mnie na porodówkę.
Gdy znalazłam się w przeznaczonej dla mnie sali (zresztą, całkiem miłej i przytulnej), poczułam się zupełnie nie na miejscu – przecież to jeszcze może tyle potrwać! Po chwili jednak zobaczyłam na ścianie między oknami prosty, drewniany krzyż i powiedziałam wtedy w duchu, z lekka wyzywającym tonem: „No dobra! Skoro mnie już tu przywiedliście, to teraz poprowadźcie i dokończcie szczęśliwie to, co zaczęliście…” (Godzina Łaski nadal jeszcze trwała).
No i poprowadzili – pięknie, subtelnie, radośnie. W ferworze pakowania zawieruszył mi się gdzieś mój różaniec, więc odmówiłam „na palcach” jeszcze jakieś dwie dziesiątki, słuchając na ktg bicia Michałkowego serduszka. Co jakiś czas przychodziła do mnie położna, Pani Bogusia, z którą nawiązałam fajny i serdeczny kontakt i która nie mogła się nadziwić, że ktoś przychodzi do porodu taki uśmiechnięty i wręcz promieniejący szczęściem. No cóż, jak się naczekało na Ten Dzień  tyle czasu, to trudno się nie cieszyć, kiedy w końcu zaczęło coś się dziać (a było już 42+3)!
Około 15 poszłam jeszcze na usg, na którym było widać, jak Michałkowa główka ładnie wpasowuje się we właściwe miejsce do wyjścia. Okazało się też wtedy, że balonik ładnie spełnił swoją funkcję i, wespół z moimi nieczęstymi skurczami, zrobił mi już „ładne 4 cm” rozwarcia – nie był więc już potrzebny. Dałam wtedy znać Waldiemu, który po pracy odebrał jeszcze Hanię z przedszkola, przekazał pod opiekę Babci Eli zambrowskiej i przyjechał do mnie.
Porodowe popołudnie mijało nam bardzo spokojnie i przyjemnie, czasem wręcz leniwie. Akcja ładnie postępowała, skurcze zrobiły się silniejsze i częstsze. Super też było to, że mogłam normalnie jeść i pić, między skurczami podjadałam więc banany i delicje, żeby mieć wystarczającą ilość energii. :) Nie musiałam też być stale podłączona do ktg! Tylko co jakiś czas położna sprawdzała serduszko takim małym „słuchaczem”.
Niestety ok.18 okazało się, że postęp porodu jest trochę zbyt powolny (od 16 było jakieś 5-6 cm bez większych zmian, skurcze też się dość rozleniwiły) i pani Bogusia zaproponowała, żebym do 19 postarała się być trochę bardziej aktywna i więcej się poruszała, a jeśli o 19 będzie wszystko na podobnym etapie, to wtedy pomyślimy o podaniu „kilku kropel” oksytocyny. Kolejna godzina upłynęła nam więc na gimnastyce i wszelkiego rodzaju wesołych wygibasach, które faktycznie przyniosły pożądany efekt – skurcze nasiliły się, a o 19:15, akurat gdy podpięto mnie na kontrolne ktg, odeszły mi wody. W międzyczasie nastąpiła zmiana położnych i do akcji wkroczyła Pani Halinka – kobieta konkretna, dość postawna i widać, że bardzo doświadczona. Pojawiła się również młoda lekarka, która po szybkiej ocenie sytuacji ponowiła propozycję z oksytocyną – „żeby Pani nie siedziała tu już do późnej nocy” ;). Po lekkim wahaniu zgodziłam się, położna podpięła mi kroplówkę i… poszło! Jak z kopyta – po pół godzinie od tych „kilku kropel”, dokładnie o godzinie 20:00, nasz kochany Michałek był już z nami na świecie 😀 Końcówka tego porodu była dla mnie niesamowita – bolało okropnie, ale przyjmowałam ten ból bardzo świadomie, wręcz „zadaniowo”, i gdy tylko słuchałam i stosowałam się do instrukcji położnej i lekarki, to wszystko szło dobrze. Urodziłam na fotelu porodowym, jedną ręką ściskając z całej siły dłoń mojego kochanego Męża, a jedną nogą zapierając się o żebra niewzruszonej Pani położnej (która sama to zaproponowała :D). Nie mogłam uwierzyć, że to rzeczywiście, nareszcie się stało – i to tak szybko, i to tak dobrze! Gdy dostałam ciepłe, cudowne ciałko naszego synka na mój brzuch i przytuliłam go, popłakałam się niemal ze szczęścia, a moje serce wypełniła bezgraniczna, niewypowiedziana wdzięczność. To już, to naprawdę już – doczekaliśmy się, udało nam się!
Michaś 2
Jak szczęśliwy i cudowny był to poród, uświadomiłam sobie jeszcze chwilę później, gdy już po wszystkim lekarka powiedziała nam, że:
– Michaś był nieźle poowijany pępowiną, a mimo to urodził się bez żadnego niedotlenienia itp.;
– Michaś był ułożony trochę inaczej, niż zazwyczaj rodzą się dzieci – miał tzw. ułożenie potylicowe tylne, czyli rodząc się miał buzię skierowaną nie w dół, ale w górę (jakby patrzył w niebo :)); porody w takim ułożeniu zwykle bywają trudniejsze, a czasem jest to wręcz wskazanie do cięcia;
– Michaś urodził się duży i dorodny – prawie 4 kilo wagi (3990) – a mimo to nie musiałam mieć żadnego nacięcia, ledwie lekkie pęknięcie, po którym już dzisiaj nic nie czuję.
MIchaś
Pomyślałam wtedy: WOW! Było tyle rzeczy, które mogły źle pójść, mogły się nie udać – a mimo to wszystko zakończyło się tak dobrze, tak szczęśliwie! Nie wiem, czy potoczyłoby się to tak samo, gdyby nie potężne wsparcie wszelkich sił niebieskich i ziemskich, które nas w tych doświadczeniach poprowadziły – przede wszystkim ogromna siła modlitwy i Boże prowadzenie, przez całe oczekiwanie, cały nasz Adwent, aż do tego szczęśliwego końca; poza tym wielkie wsparcie wszystkich bliskich ludzi, a przede wszystkim mojego kochanego Męża, z którym razem to wszystko przeżywaliśmy i który podczas naszego „wielkiego finału” stanął na absolutnej wysokości zadania, wspierając mnie cudownie swoją siłą i spokojem; no i wreszcie ogromnie ważna rola szpitalnego personelu, który bardzo mądrze, rozsądnie i profesjonalnie zajął się nami i doprowadził do tego, że nasz Synek urodził się tak szczęśliwie, zdrowo i bezpiecznie – czuliśmy wtedy naprawdę mocno, że jesteśmy w bardzo dobrych rękach.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to, że przetrwaliśmy tak kosmicznie długie oczekiwanie i że doczekaliśmy tak dobrego, wspaniałego finału – to jest po prostu nasz mały-wielki Cud.
 Uff, no i taka to nasza historia 😀 Nasz mały Cud śpi sobie już słodko w kołysce, a ja za każdym razem, gdy na niego spojrzę, mam w sercu jedno dominujące uczucie: ogromną WDZIĘCZNOŚĆ…
Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca tej długaśnej opowieści – sama nie spodziewałam się, że wyjdzie mi ona aż tak dłuuuuga 😉 Mam nadzieję jednak, że będzie ona dla Was też budująca i pokrzepiająca. A w razie wszelkich i jakichkolwiek pytań – dotyczących szpitala, personelu, porodu itp. – bardzo chętnie odpowiem, podpowiem i podzielę się. Niech się dobro mnoży :)
Na koniec jeszcze dziękuję wszystkim wspaniałym kobietom z równie wspaniałej Grupy Wsparcia „Naturalnie po cesarce”, które w decydujących momentach wspierały mnie dobrym słowem, pokrzepieniem lub poradą – nie znamy się osobiście, ale takie wsparcie, jak i cała ta grupa, ma naprawdę wielką moc! Jesteście super babki i życzę Wam, żeby spełniały Wam się wszystkie Wasze porodowe (i nie tylko) marzenia! Niech się dzieją cuda :)

Magia działa (Dania)

To był trudny poród. Tak, w pełni naturalny poród, u świetnie przygotowanej mamy, przy wspaniałym wsparciu też bywa czasami długi i trudny. Bywa, na przykład z powodu niezbyt optymalnego ułożenia i wstawiania się dziecka. Taki był właśnie poród Gosi. Ale UDAŁO SIĘ! A w pamięci młodej mamy pozostaje nie tyle ból, co przede wszystkim poczucie siły i spokoju.

 

Na początku chciałabym zaznaczyć, że nie jest to opis dla osób o słabych nerwach. W moim porodzie najbardziej zaskoczyło mnie to, że nie miał nic wspólnego z tym co wyczytałam w pięknych książkach Iny i Irenki [Iny May Gaskin i Ireny Chołuj – przyp.red.]. Do tej pory pamiętam niemal zwierzęce wyostrzenie zmysłów i strach. Strach przed nieznanym, że to nie tak przecież opisywały!

2dfcfa8b9c3c05d03d68e1064011d53d

Poniższą historię spisałam 8 dni po porodzie, po 8 dniach w szpitalu, gdzie czas się dla mnie zatrzymał. Teraz, po 3 tygodniach, napisałabym pewnie zupełnie co innego. Za rok opis wyglądałby jeszcze inaczej. Czy w książkach, które przeczytałam jest kłamstwo? Nie sądzę. Z perspektywy czasu ból jest mniejszy, mistyczne doznania większe, strach się gdzieś ulatnia… w każdym razie u mnie tak jest.

8 dni po porodzie nadal o nim myślę. Ciepło i miło, chociaż poród do takich nie należał. Jeśli mogłabym do czegoś go porównać to do ciężkiej harówy fizycznej w wielkich bólach i mękach. Nadal nie przejdą mi przez gardło ”przypływy”- dla mnie to były skurcze, a słowo ”fuck” padało średnio 20 razy na skurcz. Niemniej był to dobry poród, nawet bardzo.

Od początku ciąży wiedziałam, że chciałabym urodzić w domu. Przebyte cięcie w 2013 trochę utrudniało mi zadanie, do tego jeszcze kilka innych przeciwskazań. Pomału godziłam się z tym, że jestem bez szans w starciu z tym marzeniem, ale postanowiłam wysłać niezobowiązującego maila, bez nadmiernych szczegółów do wszystkich niezależnych położnych w okolicy. Odpowiedziały trzy, wybrałam jedną i od jej wejścia do mojego domu wiedziałam, że chcę z nią rodzić. Trzeba ją jeszcze było przekonać do mojego ”przypadku”. Mimo wielu moich obciążeń zgodziła się! To było jak cud!

Od początku dopuszczałam możliwość transferu do szpitala, na ten wypadek przygotowałam plan porodu, ba! Nawet plan cesarki. Krista miała być strażnikiem mojego planu na tę ewentualność (ach ten jej wzrok Bazyliszka).

Bardzo mocno starałam się przygotować swoje ciało do porodu- joga, próba autohipnozy, sesje akupunktury, rebozoo i kilka innych rzeczy. Moim głównym problemem jest relaks, ciało mam w stanie napięcia praktycznie większość czasu. Wiedziałyśmy obie od początku, że to może być problem, chociaż położna mówiła, że wierzy, że znajdę swój własny sposób jeśli wszystkie znane jej zawiodą, skoro zaszłam już tak daleko. Trochę niedowierzałam, ale postanowiłam się tym w ogóle nie przejmować. Będzie co będzie!

Spotkałyśmy się dokładnie w dzień ukończenia 40 tygodnia. Wbiła mi igły w plecy, wysmarowała olejem śmierdzącym indyjską knajpą, wymasowała stopy, użyła rebozoo, dłoni i przyjęła całą moją złość na Świat (dlaczego jeszcze nie rodzę, chlip chlip). Na pocieszenie powiedziała, że wciąż mam wcięcie w talii, a to się nieczęsto zdarza (jakby cokolwiek związanego z wyglądem mogło poprawić humor ciężniczce dyszącej jak słoń!). Pożegnałyśmy się i … nic. Jeszcze zdążyłyśmy ustalić nastepne spotkanie na za tydzień.

W weekend wybraliśmy się na Garden Party. Wzbudzałam spore zaineteresowanie swoim wielkim brzuchem i planami porodowymi, także spędziłam przemiłe kilka godzin w upale, w fajnym towarzystwie przy dobrym jedzeniu.

Już wieczorem czułam, że się zaczyna, ale nie chciałam się jeszcze podniecać- już było kilka takich fałszywych alarmów. Wykończona i wykochana poszłam spać. Od 12 co jakiś czas budził mnie bardzo bolesny skurcz, o 4 już nie mogłam udawać, że to nic. Wstałam, poskakałam na piłce, zaczełam liczyć. Regularność się zwiększała, obudziłam M. Zadzwonił do położnej, pogadali, później pogadałam chwilę ja. Kazała dalej się bujać i zadzwonić jak będą już bardzo częste. Tak sobie na tej piłce skakałam do 7, w końcu nie mogłam już wytrzymać i poprosiłam, żeby przyjechała. Przyjechała o 8, a moje skurcze zaczęły się wyciszać! Dramat, chciałam się spalić ze wstydu. A przecież przed chwilą tak bolało, nigdy wcześniej tak nie było! Uspokoiła mnie, że to pewnie przez wychodzące słońce, że tak się zdarza, że wrócą regularne skurcze w końcu na pewno. Przez cały dzień miałam ”te cholery” co 7-10 minut- bardzo bolesne, ale jednak rzadkie. Obydwoje działaliśmy jak lunatycy, po prawie nieprzespanej nocy, zmęczeni, ja do tego zmęczona bólem. Wiekszość czasu leżeliśmy z naszym 2,5 latkiem, oglądaliśmy bajki, jedliśmy i czasem drzemaliśmy. Wszystko to było przerywane moimi jękami co te 10 minut. Przyszła jeszcze opiekunka do synka, wybawiła go, wymęczyła, tak że padł o 20. Kazałam M ją odwieźć do domu, sama weszłam pod prysznic, bo czułam już od jakichś dwóch godzin, że się wszystko rozkręca.

Byłam już porządnie umęczona i miałam nadzieję na szybkie rozwiązanie (o ja naiwna!). Skurcze zrobiły się już zupełnie regularne- najpierw co 5 minut, później co 3 minuty. Ta intensywność mnie dobijała. Mój M musiał byś przy każdym skurczu- praktycznie cały poród na nim przewisiałam. O 2 wezwaliśmy położną, miałam szczerą nadzieję, że niedługo moje ”piekło” się skończy. Tyle się naoglądałam filmików, kiedy kobiety tak pięknie potrafią przyjąć ból porodowy, niestety ja nie należę do tych kobiet (jeszcze?), dla mnie to była zwykła tortura i rzeźnia. Przyjechała Krista, posłuchała serduszka i ku mojej rozpaczy wyjęła druty i zaczęła dziergać… To nie wróżyło rychłego końca, myślałam, że się załamię! Powiedziała mi – urodzisz, bo musisz urodzić i nie masz wyjścia. Więc dalej albo skakałam na piłce, albo wisiałam na M, jęczałam, bluźniłam, krzyczałam. Nie byłam w stanie ustać w miejscu nawet sekundy- podczas wiszenia właściwie tuptaliśmy z nogi na nogę cały czas.

W końcu dobiła jakaś 6 rano, już prawie mdlałam, byłam wkurzona i powiedziałam, że zaraz kończę to rodzenie i sobie idę (tak, tak, obrażałam się średnio co chwilę). Krista zdecydowała się zbadać rozwarcie- było 8 cm! Ale co z tego, skoro buzia dziecka była w złą stronę, do tego głowa zaklinowana w miednicy. Katastrofa. Dla mnie, dla wiedźmy nie. Kazała leżeć na lewym boku, machała moimi nogami, a ja prawie mdlałam z bólu, wrzeszczałam, naprawdę myślałam, że umrę, chyba nawet pragnęłam umrzeć. Zaczęłam krwawić. Po wytrząsaniu bioder rebozoo to już zaczęłam krwawić bardzo. Mały nadal się nie wstawił dobrze, chociaż coś drgnęło. Ale ta krew- Krista powiedziała, że gdyby to nie był hbac to by została, a tak szpital. Błagałam o karetkę (żeby szybko i żeby mnie nieśli), powiedziała, że nie ma szans, jedziemy autem, będą mnie lepiej traktować, bo o własnych siłach- wtedy będę mieć większą szansę urodzić jak chcę. Zadzwoniła jeszcze do szpitala, powiedziała że mam ogromny lęk szpitalny (w Danii są bardzo wrażliwi na samopoczucie psychiczne…), więc o dziwo ucieszyli się, że przyjadę z własną położną!

Pojechaliśmy te 20 km, w aucie skurcze stały się nieco mniej bolesne, czułam się zupełnie surrealistycznie. Nie pamiętam już jak doszłam (!) na porodówkę, Krista zniknęła na chwilę, przyszły inne położne pogratulować mi dobrnięcia do 9 cm (jeszcze przed wyruszeniem do szpitala powiększyło się rozwarcie), stałam tam jak odurzona i zastanawiałam się co się w ogóle dzieje. Zaprowadziły mnie do sali, którą nazwały ”antystresową”, przyszła moja szpitalna położna, za chwilę pojawiła się Krista. I stał się kolejny cud- nie wiem jak ta wiedźma to załatwiła, ale mogła dalej prowadzić mój poród, nikt inny mnie nie dotykał, nie proponowali żadnych wenflonów, ktg na stałe ani nic takiego… Zmieniliśmy po prostu miejsce porodu, dostaliśmy jeszcze jedną położną do pomocy i dalej wszystko było jak w domu- CUD.

Byłam już naprawdę wyczerpana, położna nr 2 poiła mnie co chwilę, dawała mi cukrowe cukierki (pycha), co jakiś czas badała serduszko. My z M dalej tańczyliśmy, prysznicowaliśmy mnie, kilka razy musiałam układać się na lewym boku na manewry wstawiennicze. Myślałam, że oszaleje, krzyczałam, błagałam o cesarkę, o narkotyki, alkohol, leki, epidural, dolargan, cokolwiek. Dostałam gaz, niestety nie działa na mnie jakoś szczególnie przeciwbólowo. Kolejny zawód!

I jest 10 cm! Niestety najpierw jest worek owodniowy… Kurwa. Nie wierzę w swojego pecha, chce mi się płakać, naprawdę mam już dość, błagam Kristę, żeby przebiła ten cholerny worek i żebym urodziła wreszcie. Zgadza się, widzi moją determinację. Przebija worek  przed 13, jest 10 cm i … nie umiem przeć. Nie wiem czy to przez przebicie worka, ale skurcze wcale nie robią się jak na parcie, nadal są wprost z macicy. Frustracja sięga zenitu, zaczynam tracić wiarę w to, że kiedykolwiek moje piekło się skończy. Że urodzę. Że mogę.

Położne próbują mi tłumaczyć, pokazują jak oddychać, proponują zmiany pozycji, ale ja czuję, że już nic nie mogę, nie umiem, nie mam siły. Za to zaczynam żartować, grozić im śmiercią jak ”to” się skończy, żarciki sie sypią i w końcu jestem gotowa. Zaczynam czuć o co chodzi w partych, przeklęta macica przestaje boleć, czuję siłę! W między czasie weszliśmy razem z M na łóżko porodowe- dalej na nim wiszę, on już ledwo żyje, ale przez ten poród przejdziemy razem.

Rodzę!!!

o 15.58 rodzę mojego drugiego syna- Ignasia 55cm, 3950g. (2 miuty przed zmianą warty)

Czuję ocean wdzięczności i miłości. 20 miut po wszystki zarzekam się, że już nigdy więcej! Krista uśmiecha się pobłażliwie. Następnego dnia zmieniam zdanie 😉

Po trzech tygodniach nadal wracam do tego przeżycia, codziennie. Było strasznie? Było! Ale wciąż czuję moc, czuję, że przeszłam jakąś granicę. Cały poród odbył się tak jak zaplanowałam i bardzo chciałam- bez interwencji (poza przebiciem pęcherza przed partymi, co było dla mnie dopuszczalne), znieczulenia, przy bardzo czynnym udziale partnera i zaufanej położnej. Wiem, że gdyby nie oni to bym nie dała rady- stali na straży moich pragnień, chociaż ja błagałam o zmianę, o pomoc, przyspieszenie i cesarkę. Mojemu partnerowi na pewno trudno było patrzeć, ale wytrzymał i jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Ja też wytrzymałam i czuję, że wyszłam z tego doświadczenia silniejsza, o wiele silniejsza i spokojniejsza. W moich wspomnieniach poród ten zaczyna się jawić jako coś pięknego, wzmacniającego i wcale nie aż tak strasznego. Magia działa. Zaczynam myśleć o następnym :)

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Historia lubi się powtarzać….? (Francja)

Półtorej doby po pęknięciu pęcherza płodowego, po długim oczekiwaniu, po chwilach zwątpienia i z fantastycznym wsparciem położnej oraz męża.  Dziś szczęśliwa polska opowieść Kasi  we francuskich realiach.

 

26 miesięcy temu zaczeło się tak samo… 3 tygodnie przed wyznaczona datą porodu  straciłam wody i pojechałam na porodowkę. 26 miesięcy temu Eryk urodził sie przez cesarskie cięcie…
Tym razem, po wielu miesiącach psychicznych przygotowań do naturalnego porodu, książek i artykułów przeczytanych na temat VBACu mialo byc inaczej! A jednak zaczeło się tak samo i nie tak jak się mialo zacząć… Miało się zaczać skurczami, które jak najdłużej miałam „przeżyć w domu’’, żeby w ostatniej chwili pojechać do szpitala i tam już – za późno na znieczulenie – urodzić moją oczekiwaną Lenkę. A jednak historia lubi sie powtarzać…
O 3 nad ranem ze łzami w oczach budzę męża informując go, że znowu straciłam wody i nie mam skurczy. Prawdopodnie będę miała kolejną cesarkę. Byłam załamana. Wsiedliśmy do samochodu, zostawiając Eryczka z dziadkiem, który przyjechał na ten okres z Polski. W szpitalu standardowe badania, po których okazało się, że rozwarcie jest na pół palca. W moich dokumentach było napisane wielkimi czerwonymi literami: po cesarskim cięciu, chęć na VBAC. Położna mnie pociesza i mówi, że wczoraj rano przyjeła dwie panie w identycznej sytuacji jak moja i jedna urodziła „normalnie’’. Położyli mnie do pokoju i kazali czekać na skurcze… To były najgorsze chwile – czekanie na skurcze,  które się nie pojawiają. Po 24 godzinach ciągle nic… Wypadałoby, żeby poród sie zaczął, bo bez wód teoretycznie protokoły ze szpitala nie pozwalaja przetrzymywać dłużej niż 24 godziny. Ale ja byłam zdeterminowana a lekarze i polożne pozytywnie nastawieni. Po 28 godzinach od straty wod, w środe rano po obchodzie decyzja była podjęta. Psychicznie byłam nastawiona na cesarkę. W południe przyszła położna i zaprosiła mnie na salę porodową I powiedziala, że będę rodzić VBAC! Byłam tak zaskoczona, zmęczona po tylu godzinach czekania, że psychicznie nie wytrzymałam. Rozpłakałam sie i chciałam, żeby mnie już pocieli, bo ja nie wytrzymam jeszcze paru godzin porodu i bólu podczas skurczy. Polożna, Valérie (zapamietam tę kobietę do końca mojego życia!) wytlumaczyła mi, że 10 lat temu miała identyczną sytuację i udało się. Żebym spróbowała. Że zostawi mnie na 15 minut, żebym przemyslała czy chce rodzić VBAC, bo jeśli nie będę pozytywnie nastawiona to nie ma sensu i rzeczywiście najlepiej wtedy ciąć. Wyszła z porodówki i zostawiła mnie z mężem, który powiedział, że jeśli nie spróbuje teraz, to do końca życia będe mu marudzić… rozwarcie ciągle miałam na pół palca.
Po powrocie położnej, na nowo zmotywowana powiedziałam, że chcę próbować. Dostałam minimalną dawkę hormonów na wywołanie porodu dla kobiet po wczesniejszym cięciu, znieczulenie zewnątrzoponowe i viola  – zaczęło się. Co godzinę Valerié przychodziła, żeby sprawdzić jak poród postępuje. Znieczulenie od czasu do czasu przesawało dzialać i krzyczałam, żeby anestezjolog na nowo uruchamiał moją pompkę, która wstrzykiwałam sobie znieczulenie… ale bolało…. Valérie zmieniała mi pozycję, bo mała była ułożona plecami do moich pleców, więc dużo czasu spędziłam na czworaka, aby mała się obróciła.. przez 5 godzin doszlam do 5cm, wiec „standardowo’’ jak powinno być. Jedyna rzecz,  która mnie martwiła to to, że Valérie kończy zmianę o 19:00 i następna położna może będzie mniej przyjazna. Valérie na nowo zmieniła mi pozycję, tym razem na boku. O 18:00 wraca, bada mnie i zaczyna przygotowywać narzędzia do porodu. Z meżem nie rozumiemy, co się dzieje, a ona że za chwile bede przeć!!! Przez godzinę z 5 cm zrobiło sie 10cm.
Udało sie! Po 30 minutach, bez nacięcia, miałam Lenkę na rękach – zadowolone maleństwo, które patrzyło na mnie wielkimi oczami, possało cyca przez 3 minuty i usneło sobie spokojnie na mnie… Tego dnia nie zapomnę do końca życia, jak również mojej polożnej Valérie.