Tag Archive | odstęp między porodami

NieUDANY vbac (Warszawa)

Kochani, dzisiaj opowieść Kasi – dla wszystkich mam, których poród potoczył się zgodnie z planem B, C czy też zupełnie poza jakimkolwiek planem, „które przeszły drogę inną niż planowały i pragnęły, ale również WYGRAŁY!”

Pierwszy poród, pierwsze cc z powodu odklejającego się łożyska, znieczulenie ogólne, 3 minuty ratujące nasze życia i na świat przyszedł Franek ( 20 miesięcy temu, sierpień 2015).
Wtedy nie miałam żadnych pretensji, żalu, złości – po prostu uratowali nas i byłam wdzieczna.
W tej ciąży miałam ogromną nadzieję, że się uda, że doświadcze bólu narodzin (tak, bałam się tego bólu i nadal tak bardzo chciałam go doświadczyć). Dużo modlitwy, czytania, przygotowania. Z racji mojego wywiadu (odklejające się łożysko) oraz moich zaburzeń rytmu serca (które się uspokoiły w drugiej części ciąży -ale na czerwono w książeczce zaznaczone były) byłam pod dość ostrym i surowym rygorem mojej pani doktor (pro vbac ale rozsądna – super kobieta).  Dlatego w dniu terminu, zgodnie z wcześniejszą umową, (choć korciło mnie, by zostać w domu chociaż o jeden dzień dłużej) zgłosiłam się na izbę i położono mnie na patologii ciąży. Zjadłam pizzę, którą przyniósł mi mąż ,bo już było dawno po kolacji (długo zwlekałam z wyjazdem, z wiadomych powodów), rozłożyłam się na łóżku i stwierdziłam, że do jutra będę odpoczywać (rano miały się „podejmować „decyzje, co ze mną, zatem wiedziałam, że będzie walka i chciałam nabrać sił – szczególnie, że tak przy okazji powiedziano mi, żebym była na czczo do obchodu…).
Marzyłam, że w końcu się wyśpię a moi chłopcy zrobią sobie męski wieczór w domu i im też będzie fajnie ( i w końcu przestałam przeżywać rozstanie z synkiem… trudne to było ). Koleżanka z łóżka obok zaproponowała ogladanie komedii ” Jak się pozbyć celulitu?” – zgodziłam się, dlaczego nie;) Wtedy weszła pani z ktg, koleżanka musiała coś jeszcze zrobić, więc podpięto mnie. I się pisze to ktg i się pisze i nagle „pyk”! Ja sobie myślę, że tak wysoko to ja jelita nie mam… i cała tonę w wodach… Koleżanka spanikowana biegnie po położną, ja ciagle w szoku, że tyle tego, położna, że więcej będzie, każe siadać na wózek i biegiem na porodówkę. Wody są super,więc się nie martwię -dzwonię do męża żeby zawracał i zostawił syna tam, gdzie był wcześniej i żeby zawiadamiał kogo trzeba (zatem ruszyła lawina telefonów i strumienie modlitwy).
To był dzień terminu, ale wszyscy dosłownie wszyscy) w szpitalu byli pewni, że ja na cięcie przyjechałam. Co chwila musiałam tłumaczyć- że NIE! Bałam się, że w końcu braknie mi sił na to ciągłe tłumaczenie i patrzenie na zdziwione miny i kręcące się głowy. Moja lekarka powiadomiona (ona wiedziała czego chcę i do dnia terminu dawała mi zielone światło), położna była w drodze. Ale na porodówce wszyscy znowu mocno zdziwieni. Czekam. Ok, jest zgoda – jak się samo zacznie – niech będzie ( nie miałam jeszcze skurczy). Gorzej jak nie… (a dowiadywałam się wcześniej czy w mojej sytuacji jakby co pomogą i mieli pomóc… ale życie pisze swój scenariusz…).
Leżę pod ktg (miałam je przez cały poród -musiałam w mojej sytuacji) i jest! Jeden skurcz, za chwilę drugi,trzeci,dziesiąty. ..zaczyna się! Podchodzi do mnie położna (nie moja, tylko taka rozkładowa – moja jeszcze  jedzie). To od niej ciągle słyszałam za plecami: mały odstęp czasu, na pewno słaba blizna – dzięki przygotowaniu się do vbacu, dzięki Wam [chodzi o grupę wsparcia – przyp.red.] wiedziałam, że mam to ignorować i tyle. Ale ona mówiła to do lekarki dyżurującej, ta dzwoniła do ordynatora, ten tylko, że na razie ok, ale nic nie pomagamy, tylko czekamy. A jak coś nie tak – tniemy… Zatem przychodzi ta położna, bada mnie i ku mojemu zdziwieniu mówi: poród, ewidentnie poród. Aż ona się uciszyła! Dziwne;)
No i się zaczęło. Rozwarcie szło pięknie. 20.00 pierwsze skurcze- ok 1.45 – 9 cm (przy pierwszym porodzie nie było żadnego rozwarcia). Ale… Ale niestety mała za wysoko… Położna robi ze mną wszystko, co się da… Zaczynają się parte a córka wciska się jakoś pod kątem, ciągle za wysoko, jej tętno coraz wyższe. Tachykardia. Zbierają się nade mną mąż, lekarka, moja położna i pytają o zgodę na cc. Wtedy wiem już, że nie mam wyjścia i nieodpowiedzialnym jest dalej się upierać. Chcę żeby moja córka była zdrowa, a to jest właśnie zagrożone… Wiele wygranych bitew wcześniej stoczyłam, ale tego już za bitwę nie uznalam – nie miałam przed sobą wrogów tylko tych, którzy patrzyli na mnie z podziwem i miłością, ale i z wielką troską o nasze życia. Podpisałam.
W bolach partych idę na stoł, wkłuwają się (podczas skurczu – najgorszy moment porodu… „nie może się pani teraz w ogóle poruszyć ” – wtedy naprawdę ma się przed oczami życie i śmierć). I za moment ból ustał. Ale moje ciało było już tak zmęczone, że przez całą operację się trzęsłam – nic nie bolało, już się nie bałam o Małą – wszystko z nią było w porządku – a ja nie potrafiłam tego opanować. W końcu na sali poopercyjnej przeszło.
Na początku było mi bardzo przykro. Mąż ciągle powtarzał, że było dobrze, jest dobrze, że wszystko się udało. Ja miałam jednak smutek. Ale! I to „Ale” jest najważniejsze!
Ciągle to do mnie dochodzi, ciągle jeszcze pracuje w głowie, jednak wiem już na pewno – lepiej być nie mogło. Zrobiłam wszystko, co się dało, walczyłam bardzo. Jednak z jakiś powodów,(których teraz może jeszcze nie znam) nie było mi dane zakończyć tak, jak myślałam, że będzie najlepiej. Chcę tylko przez to powiedzieć, że każdy ma swoją historię i ona jest dla mniego najlepsza, nawet jeśli nie wyśniona:) 
W pierwszych chwilach po porodzie nie chciałam tutaj pisać -miałam przecież wcześniej tak wielką nadzieję, że dam nadzieję innym pisząc: Udany Vbac. Ale teraz wiem,że to nie jest żadna porażka i że nie można w ten sposób myśleć, bo nie jest to prawdą a zabiera radość ,wdzięczność, pokój i zachwyt nad cudem nowego życia. Po prostu można się tak nakręcić na swoją (nie mówię że złą), ale swoją wizję, że potem nie udaje się cieszyć z tego, co jest nam dane. I dlatego jednak opisałam, co przeszliśmy. Długo, wiem- przepraszam. Ale poczułam, że muszę. Że ten tekst może dodać otuchy tym, które przeszły drogę inną niż planowały i pragnęły,ale również WYGRAŁY!
Ps. Ja mówię teraz, że miałam dwa porody w jednym i w końcu jestem z tego naprawdę dumna:)
Poznajcie Weronikę- 21.04.2017., 3900, 57cm. Nasza śliczna Królewna
18057843_1634905126523091_2083102276762210621_n

Na granicy zgody na cięcie – VBA2C (Toruń)

Dziś  historia o wielkiej determinacji, walce i samozaparciu, które zaowocowały porodem sn po 2 cc. To też historia, pokazująca, że determinacja, nawet największa, nie jest równa niezdrowemu fanatyzmowi. To historia mądrej kobiety, która umiała wspaniale walczyć i która potrafiła także odpuścić. Jej autorką i bohaterką jest Joanna:

Dwa pierwsze cięcia miałam z powodu niewspółmierności. Skurcze regularne, częste, silne a dziecko nie schodziło w kanał rodny. Tylko, że rodziłam w pozycji leżącej i nikt z personelu nie wpadł na pomysł, żeby zaproponować mi wstanie, poruszanie się a ja wtedy nie byłam świadoma jak to jest ważne.

Przy trzecim porodzie zaparłam się, bogatsza w wiedzę, postanowiłam, że będę walczyła o sn. Zdecydowanie odwagi dodał mi fakt, iż trzeci poród przebiegał trochę inaczej. Bardzo konsekwentnie, stopniowo rozwijał się, postępował. Nie było kroków raz w przód, raz w tył. Czułam, że cały czas idziemy do przodu.

Na porodówce, podczas prowadzenia wywiadu, kiedy przyznałam się do dwóch cięć, położna zatrzymała się w pisaniu, złożyła papiery i powiedziała, że trzeba było tak od razu mówić, jedziemy na cięcie. Powiedziałam, że się nie zgadzam. Położna zaskoczona moją odmową odparła, że nie mogę się nie zgodzić, że takie są procedury. Mimo to, nadal trwałam przy swoim. Mój mąż przyglądał się tej wymianie zdań i próbie sił bez słowa. Jakby zaskoczony moją determinacją. Czułam ten poród inaczej i tak długo jak to możliwe, chciałam próbować sama. Chwila konsternacji, telefon do lekarza, namawianie się, lekarska pogadanka o ryzyku i konsekwencjach mojej decyzji i widząc, że nie ustępuję, podają mi do podpisania oświadczenie, iż odmawiam cc na własne ryzyko.

Poród nie postępuje nazbyt satysfakcjonująco. Jedno badanie, za chwilę drugie, specjalnie nic się nie dzieje. Zostaje badanie ostatniej szansy – jeśli nic się nie zmieni, jazda na blok. I nie zapomnę tego zdziwienia i roześmiania się z niedowierzania lekarki, która stwierdziła, że dziecko już się rodzi. A potem moje niedowierzanie, kiedy niespodziewanie, myśląc, że właśnie minął kolejny skurcz i będzie chwila odpoczynku, widzę moje dziecko w rękach położnej. Mimo wielkiej determinacji i wiary, że może się udać, nie docierało do mnie, co właśnie się stało.

Od momentu przyjazdu do szpitala do porodu minęło 6 godzin.
Chcąc skrócić ból porodowy, byłam właściwie na granicy zgody na cięcie. Wiedziałam, że jeśli lekarka użyje jeszcze jednego, jakiegokolwiek argumentu przeciwko mojej decyzji, to się z nią zgodzę. Wymieniałyśmy te zdania, ja mówię NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ale już czuję, że zaraz po jej TAK ja też powiem TAK, ale już więcej się nie odezwała.

Miałam dobry personel, jak decyzja zapadła, to mnie wspierał, pomagał i do tematu cc już nie wracał. Myślę, że lekarka, młoda kobieta, była w sumie dość odważna. Ani razu nie dała mi odczuć, że podjęłam niewłaściwą decyzję, nie komentowała, nie namawiała do zmiany. Już więcej do tematu nie wracała.

Myślę, że ważne jest przygotować do walki o sn osobę towarzyszącą przy porodzie. Która może mówić w naszym imieniu, kiedy nam już braknie sił, która weźmie na siebie całe niezadowolenie i ewentualne spieranie się z personelem, który będzie działał wbrew naszym prawom. Która będzie umiała trzeźwo ocenić sytuację i dodać odwagi w momentach naszego zwątpienia, rezygnacji, poddawania się, chęci ucieczki od bólu, ale też która będzie potrafiła odpowiedzialnie powiedzieć: „Stop, dalsza próba sn jest niebezpieczna, jedziemy na blok.”

Rodziłam w Toruniu. Pozbawiona najmniejszej wiedzy i świadomości ryzyka, jakie niesie za sobą taki poród. Bez wiedzy, którą mają lekarze i która sprawia, że takie przypadki rozpatrują jako najwyższe ryzyko zagrażające życiu. Uzbrojona jedynie w wiarę, że potrafię, że natura wie co robi, że nieco jej pomagając, jestem w stanie urodzić.

Urodziłam.
Rok i cztery miesiące po ostatniej, drugiej cesarce.
Dziecko większe, cięższe niż dzieci z cesarki. 62 cm i 5 kg.

Czwarte dziecko powtórzyło historię dwóch pierwszych. Znowu nie schodziło w kanał. Zablokowało się na prawym talerzu miednicy. Cesarka, podczas której doszło do poprzecznego miejscowego pęknięcia macicy.
Lekarz powiedział, że przy ewentualnym kolejnym porodzie mam nie czekać na skurcze, tylko umawiać się tydzień przed terminem na operację.

Przy ewentualnym kolejnym porodzie… jeszcze nie wiem co zrobię :-)

Asia

Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że będzie tak pięknie (Kraków)

Co zrobić gdy lekarz twierdzi, że nie ma szans na poród drogami natury po cięciu cesarskim? Dobrze skonsultować tę opinię z innym lekarzem, najlepiej o sprawdzonej opinii lekarza przyjaznego VBAC. Bowiem nawet najlepszy specjalista może się mylić albo może okazać się przeciwnikiem porodów siłami natury po cięciu cesarskim. To że ktoś mówi, że się nie da, nie zawsze oznacza, że naprawdę się nie da. I historia Pauliny jest na to pięknym dowodem:

Pierwszy syn przyszedł na świat 12 sierpnia 2013 roku. Cała ciąża bez powikłań, bezproblemowa, jedynie męczyły mnie na początku mdłości i wymioty. Termin porodu z USG przypadał na 30 lipca. Nawet nie rozważałam, że rozwiązanie nastąpi przez cesarskie cięcie.

W związku z tym, że byłam po terminie, 9 sierpnia (piątek) skierowano mnie na oddział (dziś nie zgodziłabym się na to). Jeszcze w piątek po południu podpięto mnie pod oksytocynę, ale żadnej reakcji nie było, więc przeleżałam cały weekend, a w weekend jak to w weekend, jeden lekarz, który tylko o samopoczucie pyta. W nocy ok. 1:00, z niedzieli na poniedziałek, poczułam pierwszy skurcz, wtedy nie uświadomiłam sobie, że to dziwne uczucie, które na moment sprawiło, że nie mogłam zmienić pozycji, to skurcz. Do rana jednak nic się nie działo. Po obchodzie zostałam zbadana, okazało się, że mam rozwarcie na 2 palce i lekarz powiedział, że jak skurcze się pojawią, to ok 12.00 trafię na porodówkę i tak też się stało.

Do południa spacerowałam z mężem po szpitalnych schodach. Na porodówce cały personel wydał mi się naprawdę miły, położna bardzo fajna babka. Od południa skurcze zaczęły mi się nasilać, 2 godziny przeleżałam w wannie (super sprawa ;)), z tego, co pamiętam, rozwarcie się powiększyło, ale położna nie wyraziła go w cm. Ok. godziny 17:00 skurcze były już tak silne i częste, że ledwie co mogłam złapać trochę wytchnienia. Położna miała mnie właśnie podpinać pod KTG, ale przyszła z lekarzem, który stwierdził, że dziecko w ogóle nie schodzi, masa dziecka (3.900 kg) w stosunku do mojej budowy ciała i miednicy jest zbyt duża i proponuje cesarkę. Na słowa mojego męża, że żona chciała rodzić naturalnie odpowiedział, że „może pani jeszcze się męczyć ze 3 godziny, a i tak będziemy musieli zrobić cesarkę, bo dziecko jest duże”. Pamiętam tylko, że miałam tak silne bóle, że podjęcie racjonalnej decyzji nie było chyba możliwe, powiedziałam jedynie do męża, że „ja nie wiem, co robić i ty decyduj”. Mąż rozmawiał jeszcze z lekarzem i stwierdził, za jego sugestią, nie mogąc pewnie też patrzeć jak cierpię, że tak chyba będzie lepiej.

O 17:40 Grześ był już z nami (56 cm, 3.710 kg). Położna, jak tylko go ubrali, na krótką chwilę, gdy mnie już przewozili na salę pooperacyjną, położyła mi synka na piersiach, nigdy nie zapomnę jego pięknego spojrzenia, rozpłakałam się. Mimo tego jakoś czułam, że te łzy wzruszenia to nie jest do końca „to”. Czułam, że straciłam coś bardzo cennego… że dosłownie i w przenośni okaleczono mnie, że zamiast stać się jeszcze silniejszą, czuję się totalnie bezsilna, że podważono moją kobiecość… Zawsze w swoim życiu starałam się robić wszystko jak najlepiej potrafię, nie szłam nigdy na łatwiznę, uważałam się za osobę silną, która jest w stanie pokonać wiele, a tu nagle zakończyłam swoją ciąże drogą na skróty…

To była moja pierwsza ciąża, może strach o zdrowie i życie dziecka spowodował, że ostatecznie trzęsącą się z bólu ręką podpisałam ten cholerny papier – zgodę na cesarkę. Bardzo żałuję tego, że wtedy nie miałam odwagi, by powiedzieć „poczekajmy te 3 godziny”. Ta propozycja cesarki została podjęta zbyt pochopnie, ze mną nic się złego nie działo, z dzieckiem też, nie było mowy o zagrożeniu życia czy zdrowia. Nie mam poczucia, że ta cesarka była koniecznością, tylko zastosowano ją profilaktycznie. Myślę, że wtedy łatwiej byłoby mi pogodzić się z tym faktem. Żałuję też, że nie poszłam do szkoły rodzenia, że niedostatecznie zapoznałam się ze wszystkimi aspektami ciąży i porodu, może wtedy byłabym bardziej asertywna…

Przerażające jest to, że słowa lekarza, położnej mają tak duży wpływ na nastawienie rodzącej, jak jednym zdaniem mogą podciąć skrzydła… Żałuję, że nie miałam „swojej” położnej, która by znała moje podejście i zawalczyłaby ze mną o poród naturalny. Tym bardziej, że drugi poród utwierdził mnie w przekonaniu, że wówczas mogłam dać radę (niestety nigdy już się tego nie dowiem). Póki co nie pogodziłam się z tym, że miałam cesarkę i nie wiem czy kiedykolwiek to nastąpi. Miało przecież być tak pięknie, radośnie, a ja po porodzie leżę sama na tym łóżku bez czucia w nogach i bez mojego synka, który w pierwszych minutach życia nie doznał matczynego ciepła. Leżał gdzieś samotnie, nakarmiony sztucznym mlekiem… Gdy ktoś pyta „czy rodziłaś przez cesarskie cięcie?” zawsze w duchu sobie myślę, że ja nie urodziłam go, bo on został po prostu wyciągnięty z brzucha. Nadal jest we mnie jakiś żal, ale czas powoli robi swoje i dziś już te emocje są zupełnie inne, tym bardziej, że jestem bogatsza o nowe, jakże piękne i cudowne, doświadczenie porodu naturalnego 😉 Ale może od początku 😉

Grześ miał nieco ponad rok, gdy okazało się, że jestem znów w ciąży. Od razu po pierwszym porodzie wiedziałam, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie. Jednak okazało się, że nie będzie to takie proste… Termin drugiego porodu przypadł na 26 maja 2015 roku, tak więc różnica między porodami wyniosła ok. 21,5 miesiąca. Z drugą ciążą poszłam do tego samego lekarza, co w poprzedniej. Od razu stwierdził, że szykujemy się na cesarkę, bo nie minęły 2 lata. Na moje słowa, że „przeraża mnie ta cesarka” odparł, że „żaden lekarz nie podejmie się opieki nade mną, jak się na nią nie zgodzę”. Uważam go za świetnego specjalistę, prowadził wiele powikłanych ciąż, ma duże doświadczenie itp., ale po tych słowach stracił wiele w moich oczach, a przede wszystkim, gdy tylko dowiedziałam się, że istnieje VBAC (dzięki właśnie tej stronie), stracił moje zaufanie… a bez tego dalsza współpraca nie miała sensu.

Całą drogę powrotną płakałam, przecież miałam zajść w ciążę jak miną te cholerne 2 lata, żebym mogła rodzić naturalnie, a tu wszystko legło w gruzach… Wtedy też po raz pierwszy porozmawiałam szczerze ze swoim mężem, co tak naprawdę czuję, z płaczem powiedziałam mu, że nigdy się nie pogodzę, że miałam cesarkę. Zaczęliśmy szukać informacji czy możliwe są porody naturalne po cesarce po tak krótkiej przerwie. Na moje szczęście okazało się, że jest szansa i to bardzo duża!

Za pośrednictwem tej strony dotarłam do pani dr Bogutyn – wspaniałej, ciepłej lekarki. Gdy opowiedziałam jej o moich zamiarach odpowiedziała mi mniej więcej tak: „Nie mogę pani obiecać, że urodzi pani naturalnie, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pani urodziła naturalnie”. Te słowa dodały mi skrzydeł, po tej wizycie wyszłam przeszczęśliwa. Od tego momentu powiedziałam sobie, że ja się tak łatwo nie dam pokroić, będę walczyć! Postanowiliśmy z mężem, że tym razem będziemy mieć „prywatną” położną. Zdecydowaliśmy się na Anię Jastrzębską (zarówno ona jak i pani ginekolog pracują w Rydygierze, tam też rodziłam).

Ciąża przebiegała prawidłowo, z niecierpliwością czekałam na termin porodu, ale tak samo jak w pierwszej ciąży synek się nie śpieszył. W niedzielę 31 maja idę na spotkanie z położną, wszystko ok, ale porodu nie widać… Umawiamy się 4 czerwca w Boże Ciało, także z lekarką. Obawiam się tego spotkania, bo to już będzie 9 dni po terminie i nie wiem, co mogę usłyszeć, czy dadzą mi jeszcze czas? Zaczynam się denerwować, atmosfera w domu jest napięta. W sobotę ok. godziny 22:00 karmię Grzesia piersią (tak, tak… do dziś karmię ich obydwóch, ale to temat na inne forum ;)) i czuję lekki skurcz, który totalnie lekceważę, myślę tylko czy dam radę w taki upał iść na procesję 😉 A tu po 3:00 w nocy budzi mnie mocny skurcz, ale zupełnie inny niż przy Grzesiu (wtedy nie wiedziałam, że to był już skurcz party). Myślę sobie – coś się zaczyna – ale przecież zanim się zacznie na dobre, to spokojnie do rana dośpię, zjem śniadanie, wykąpie się, a do szpitala pojadę jak najpóźniej się tylko da. Za 10 min. jednak kolejny skurcz, nie mogę leżeć, budzę męża, który od razu chce dzwonić do położnej, ale za moją namową czekamy do 4:00. Nie chcę panikować, przecież mam w głowie jak było z Grzesiem, ja tak szybko nie urodzę. Jednak szybko zmieniam zdanie 😉 Umawiam się z położną, że jak tylko będę chciała jechać do szpitala, to ona jest w pogotowiu. W międzyczasie budzi się Grześ. Kładę się z nim, by mu dać pierś, ale nie nacieszył się nią długo, nie byłam w stanie już wyleżeć. Na szczęście jakoś grzecznie zasnął i obyło się bez płaczu. Tak schodzi do ok. 5:00. Dzwonimy do mojej mamy i znajomych, by przyjechali do Grzesia (mama ma 2 godziny drogi, a ja czuję, że nie wytrzymam w domu do 7:00, chcę jechać do szpitala). Znajomi po pół godziny już są u nas, ja w tym czasie ledwie się ubrałam i uczesałam. Zanim doszłam do samochodu, to przy skurczu, na chodniku na czworakach sobie „odpoczywałam”, czułam, że to jest najlepsza pozycja, jaką mogę przyjąć 😉 A w duchu się śmiałam do siebie, że ten, kto by mnie wtedy zobaczył, to niezły miałby ubaw 😉

Przed 6:00 docieramy przed szpital, kierujemy się do jedynego wg. męża (który ponoć miał mieć wszystko wcześniej „obczajone”) otwartego wejścia. A tu oczywiście zamknięte – nie muszę mówić, że mężowi się oberwało 😉 Na szczęcie portier nas pokierował do windy, która (jak mogło być inaczej) nie działała… Widząc jednak jak przy niej klęczę otworzył nam bramkę i podjazdem dla karetek mąż mnie podwiózł wreszcie do właściwych drzwi, po schodach bym nie doszła 😉 Tam odebrały mnie dwie miłe panie pielęgniarki i na łóżku zawiozły mnie na dyżurkę, ja oczywiście jechałam w pozycji na czworakach, było wesoło 😉 Zbadała mnie pani dr będąca na dyżurze. Okazało się, że mam pełne rozwarcie! Byłam przeszczęśliwa 😉 Na moje słowa, że jestem po pierwszej cesarce, ale chcę rodzić naturalnie zobaczyłam w jej oczach przerażenie. Nakrzyczała na mnie, dlaczego tak późno przyjechałam :) Szybko jednak ją uspokoiłam, gdy powiedziałam, że czekam na swoją położną i lekarkę (w Rydygierze za pośrednictwem szpitala można opłacić jako tzw. „dodatkową opiekę medyczną” położną i lekarza – my z tej opcji skorzystaliśmy i osobiście uważam, że warto).
Nareszcie moja położna dotarła i od razu wzięła mnie do łazienki, kazała się wysikać, przebrać, bo rodzimy 😉 Jak to „już”? Nie będzie skakania na piłce, leżenia w wannie? Ba, nawet lewatywy nie było czasu zrobić 😉 Podczas sikania odeszły mi wody. Przeszłam na salę porodową, lekarka czekała już na mnie. Położna podpięła mnie pod KTG. Myślałam, że będzie mi to przeszkadzało, ale tak naprawdę to nic mi nie przeszkadzało. Nie zwracałam uwagi, że za firanką kręcą się inni lekarze, a obok na drugiej sali jakaś inna kobieta rodzi. (Nie, przepraszam, trochę irytowała mnie lekarka, która przyszła wypełnić ze mną ankietę na temat przebytych chorób i szczepień, podpisywałam też papierek, że na własne ryzyko podejmuję się porodu naturalnego, w sumie to nie wiem, czemu nie mogłam zrobić tego wcześniej.) Po instrukcji położnej zrozumiałam, co trzeba robić, jak jest skurcz, to trzeba przeć, a nie wstrzymywać 😉 Acha, to tak się rodzi 😉 Nie wiedziałam, że parcie uśmierza ból 😉

Położna i pani doktor wykazały się niezwykłą delikatnością i bił od nich jakiś spokój. Czułam się bardzo bezpieczna, nawet przez sekundę nie pomyślałam o cesarce. Prawie cały poród spędziłam na kolanach opierając się o podnóżek łóżka. Parłam sobie w ciszy, krzyk nie był mi w ogóle potrzebny. Dopiero pod koniec za sugestią pań usiadłam na łóżku, zresztą sama czułam potrzebę zmiany pozycji (zadziwiło mnie ich niesamowite wyczucie). Obie panie zgodnie stwierdziły, że trzeba naciąć, nie chciałam być nacinania, ale im całkowicie ufałam i wiedziałam, że bez powodu tego nie proponują. Jeszcze dwa parcia i synek (3540g, 55cm) już był na moim brzuchu tj. o 7:45.

Boże, udało się, zrobiłam to, urodziłam! 😉 Mąż przecina pępowinę, rodzę łożysko pani doktor zabiera się za szycie. A ja leżę sobie z malutkim skarbem i wcale nie płaczę ze szczęścia, tylko czuję niesamowity spokój, trudny do opisania, a w sercu ogromną radość. Dałam radę, przyszedłeś Adasiu na świat w tak piękne święto, w Boże Ciało, nie mogłeś wybrać lepszego terminu! Zabierają mi go na chwilkę, bada go pediatra i wraca do mnie, ssie pięknie pierś i spokojnie zasypia. Jego cieplutkie ciałko na moim brzuchu – jedno z najprzyjemniejszych uczuć, cudowny, błogi stan. Położna przynosi mi herbatę – jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała mi herbata z worka (piję tylko liściastą), aż poprosiłam o drugą 😉 a męża wysłałam po kanapki do domu, byłam mega głodna 😉 Po dość krótkim czasie przenieśli mnie na oddział. Musiałam dość szybko zwolnić miejsce, bo kolejne panie czekały na salę 😉

Po południu męża wysyłam do domu, bo starszy braciszek czeka, a my z synkiem zostajemy sami. Śpi to maleństwo obok mnie a ja płaczę ze szczęścia – synek, daliśmy oboje radę… Poród to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie dane mi było przeżyć. Trudno mi opisać słowami, co wtedy czułam, ale na pewno niewyobrażalne szczęście i spełnienie. Poród to cud. Dziękuję Ci, Boże, że mogłam tego cudu doświadczyć.
Zdaję sobie sprawę, jaka jest różnica między porodem naturalnym a drogami natury, ale mimo tego nacięcia dla mnie to był i będzie poród naturalny. Nie spodziewałam się, że będzie on miał tak szybki przebieg. Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobraziłam sobie, że będzie tak pięknie. Poród niesamowicie mnie umocnił, przywrócił wiarę we własne możliwości, dowartościował jako kobietę. Kiedy wspominam te magiczne chwile zawsze przychodzi mi jedna myśl – chcę przeżyć to jeszcze raz… 😉

Korzystając z okazji chciałabym bardzo podziękować autorce tego bloga za kawał dobrej roboty, jaką wykonuje, za wsparcie i słowa otuchy. Dziękuję również mojej położnej i pani ginekolog, że mocno wierzą w siłę kobiecej natury i dają szansę takim przypadkom, jak mój 😉

A na koniec słowa wdzięczności kieruję do mojego męża – dziękuję mu za optymistyczne nastawienie, wiarę we mnie, nieocenione wsparcie – za to, że po prostu był.

VBAC, czyli rodzić po mojemu (Oława)

„Czuję, że to był MÓJ poród.” Te słowa wypowiedziane przez świeżo upieczoną mamę to kwintesencja odpowiedniej opieki nad rodzącą kobietą. I drugoplanową sprawą jest to czy plan porodu trzbaby_foot_black_and_whiteeba było zmodyfikować czy nie, czy poród był z interwencjami czy zupełnie bez. Sednem jest szacunek, podmiotowość i decyzyjność kobiety oraz jej przyjazna relacja z położną / lekarzem oparta na zaufaniu i porozumieniu. Zapraszam do lektury historii Magdy. Znów będą potrzebne chusteczki! Łzy wzruszenia gwarantowane, a pełen humoru styl autorki zapewne niejednego do łez rozśmieszy.

Moją córkę urodziłam 1 maja 2014 roku. Rano podczas podrywania się z łóżka odpłynęły mi wody. Zaaferowana, szczęśliwa pojechałam po 2 godzinach urodzić dziecko do szpitala. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że brak akcji skurczowej po odpłynięciu wód jest takim problemem. Dostałam na dzień dobry kroplówkę z oksytocyną (mimo zaznaczenia w planie porodu, że nie chcę), a na słowa protestu położna zasugerowała, że mogę iść dyskutować z panią doktor. Ale że ona nie radzi. Później dowiedziałam się, że trafiłam na tę jedną lekarkę ze wszystkich, która lubuje się w cięciach i ogólnie jest wyjątkowo niedelikatna. Sama nie rodziła.
Podpięto mnie pod wyjątkowo długie KTG. Skurcze zaczęły mnie zginać wpół, a na wykresie było całkiem płasko. Podczas badania lekarka zrobiła niespodziewany i nieproszony masaż szyjki macicy, po czym zaproponowała znieczulenie. Ze znieczuleniem coś zaczęło się dziać z tętnem, ale chyba moim. Zbiegli się doktorzy i orzekli koniec rodzenia. Na salę operacyjną.
A potem to wiadomo, jak to jest. Noc pod morfiną (córka noc na mm mimo braku mojej zgody). Ciężkie pionizowanie. Ból i płacz, że nie jestem w stanie szybko poderwać się do płaczącego dziecka. 7 miesięcy codziennych skrytych łez i… druga kreska na teście ciążowym. I start mojej opowieści VBAC.

——————————————————-

Na początek należy ustalić kilka faktów.
Na przykład to, że rozróżniam poród siłami natury od porodu drogami natury. Pierwszy w pełni naturalny, samoistny, fizjologiczny, taki jak został zaplanowany w toku ewolucji.
Drugi wspomagany jakimiś medycznymi sztuczkami. Czyli gdzie siły natury nie mogą, poślą doktora. A to znieczulenie, a to oksytocyna, a to nacięcie czy inne kleszcze. Każda, najmniejsza interwencja.

Jasne, że mój buntowniczy umysł pragnął urodzić siłami natury. W karcie wypisu mam jak byk: poród fizjologiczny. A jednak nie do końca tak było.
Ale po kolei.

Ten dzień
Córka urodziła się 280. dnia ciąży. Iście książkowo. Teraz Leon nie mógł mieć tak dokładnie wyznaczonego dnia, bo się wszystko ongiś poprzesuwało i namieszało. Pi x oko 2 tygodnie później niż podaje kalendarz.
— To pani Magdo, ja wracam z urlopu i mam dyżur dziewiętnastego sierpnia. To wtedy mogłaby pani urodzić.
— O to bardzo chętnie, tak się umówmy.
Sobie zażartowałyśmy z panią doktor w okolicach kwietnia. Potem ten dzień wpisała w kartę ciąży jako oficjalny termin porodu. Potem zapewniłam swoją położną, że to będzie wtedy. Potem, 3 tygodnie przed terminem, na ostatniej wizycie było już tak:
— To co pani Magdo, może faktycznie zaczekacie na mnie, aż z urlopu wrócę? — zagadnęła w trakcie badania ręcznego pani doktor.
— No jasss…
— Ooooo nie zaczekacie. Szyjka w osi.

No i czekałam, czekałam. I cisza. Nadszedł osiemnasty, dzień, w którym rodzić wyjątkowo nie chciałam. Ale coś czułam.

Oznaki porodu
Z córką kompletnie nic się wcześniej nie zapowiadało. Po prostu chlusnęły rano wody, a potem finał jaki był, to wiadomo.
Teraz było trochę inaczej. Jak pisałam a propos karmienia piersią w ciąży, od 37. tygodnia podczas karmienia Natalki odczuwałam spinanie się brzucha. Na jakieś 6 dni przed porodem zaczęłam odczuwać pewną bolesność przy tym spinaniu. Delikatnie, nienahalnie. 2 dni przed porodem bolesność lekko wzmogła i pojawiała się także wtedy, kiedy nie karmiłam. Ewidentnie się zbliżało.
Dzień przed porodem dopadły mnie jakieś wewnętrzne nerwy. Że już by się mogło zacząć. Ale właściwie to jeszcze nie (bo nie chcę osiemnastego). Ale tak, żeby zdążyć na dyżur pani doktor. Ale właściwie to ile on trwa i jak się wstrzelić? Takie rozterki.
Bolało mocniej, czasami musiałam przystanąć, czasami się oprzeć. Cieszyłam się. I wkurzałam, bo znowu ciągnęło po krzyżu, a pamiętałam, że w krzyżu boli bardzo. Ale bardziej cieszyłam się. Byłam gotowa. Chciałam pociągnąć mocniej, rozhulać sytuację. Długi spacer po markecie. Szarpane sprzątanie to tu to tam (bez efektów). Dużo karmienia Natalki. Coraz więcej wewnętrznych nerwów. Ale nic więcej.
Wieczorem orzekliśmy z Tomkiem, że brzuch mi opadł. Z uwagi na upał łaziłam po domu w samym staniku i podziwiałam nowy kształt brzucha. Ostatnią przepowiednią było odejście czopu. Albo jego części, cholera wie, ile tego powinno być.

Początek
Wieczorem we wtorek oddelegowałam Tomka na trening, a sama (z przedporodowymi nerwami) zajęłam się Natką. Kąpiel, chlapanie, witaminy, ząbki, piżamka i lulu. Podczas karmienia wróciły skurcze, które mi od wielu godzin towarzyszyły i znikały. Znów wstąpiła we mnie nadzieja.
Natka usnęła, a ja zaczęłam liczyć częstotliwość. 8 minut. Przyjemny ból. 6 minut.
Tomek wrócił po 22.00. Ja sobie skakałam na piłce i liczyłam. Zrobiło się gęsto — skurcze zaczęły pojawiać się co 4 minuty.
Czas na nospę, orzekłam sama w sobie. Nie jestem zwolenniczką nospy, zwłaszcza w ciąży. Ale wiem, że pozwala odróżnić skurcze przepowiadające od porodowych. Po dwóch tabletkach przepowiadające znikają, porodowe trwają. Z relacji innych dziewczyn rodzących VBAC wiedziałam, że warto mimo wszystko manewr z nospą zastosować, bo rozkręcać się to może długo, wiele godzin, a nawet dni. I lepiej się wtedy wyspać, a nie chodzić nakręconym, że to już, to już.
Jak za odjęciem ręki moje skurcze ustały. No nie! Tyle liczenia, tyle nadziei…
Wróciły po 12 minutach. I znów zaczęły się zagęszczać. Jeeeeaaa!
Wzięłam kąpiel (w zamierzeniu odświeżającą, ale w domyśle mającą dać tę samą odpowiedź co nospa). Nic się nie zmieniło. Skurcze co 5–6 minut.
O 1.00 zadzwoniłam do położnej. Jak ja nie cierpię dzwonić w środku nocy do kogokolwiek. Po informacji, że jestem po nospie i kąpieli, a skurcze są — padła decyzja, że spotykamy się na porodówce za niedługo.

Do szpitala
Spakowaliśmy ostatnie rzeczy (czekoladę do ciućkania, sztuk 4!), wzięliśmy Natalkę (obudziła się) i do samochodu. Dojechaliśmy do rodziców Tomka, gdzie czekało na Natkę posłanie na podłodze (ach, ja też sypiałam u moich dziadków na podłodze! Jak ja to uwielbiałam!). Wesoło postanowiłam, że jeszcze ją uśpię, żeby wszystkim było łatwiej. Skurcze przybierały na sile (podczas karmienia). Natka wcale nie chciała zasnąć. Zadzwoniła położna, że no gdzie my jesteśmy. Dostaliśmy zapewnienie, że mama Tomka z Magdą sobie poradzą i ruszyliśmy do Oławy. Jakieś pół godziny drogi. Ja podsypiałam, budząc się na skurcze co 5 minut.
Dotarliśmy. Wejście przez SOR. Pani z SOR-u zadzwoniła na porodówkę, potem pokazała drogę i tyle.
Na Izbie Przyjęć papierologia. Skurcze delikatniejsze, ale na kilku musiałam wstać z krzesełka. Jeszcze więcej papierków. I jeszcze inne papierki. Albo jeszcze takie.
Koszula porodowa szpitalna. Oooo. Nie wiedziałam. Taka oczywiście za krótka.
Badanie.
Chwila niepewności. Narobiły spustoszenia te skurcze czy nie?
— 4 centymetry.
— O. To tyle, na ilu się ostatnim razem skończyło.
Też dobrze.

Porodówka
Przeszliśmy na porodówkę i już byłam pod opieką mojej położnej. Pani Ani. Godzina 4.00. Powoli świta.
Na początek znowu badanie.
— Naciągane 6 centymetrów.
Wow! 40 metrów przeszłam, a tu taki postęp. No i bariera psychologiczna pokonana. Bo szyjka moja potrafi. I to sama z siebie. Ha!
KTG. Piszą się skurcze, te, co ja je czuję. A nie że ja czuję i zgina mnie wpół, a na wykresie płasko i chyba sobie pani żartuje.
— Pani Madziu, muszę pobrać krew do badań. To od razu wenflon założę, gdyby był potrzebny.
— Nieeee.
— Nie? To będę kłuła drugi raz?
— Igły mi niestraszne. A pewnie nie będzie potrzeba.
— Dobrze. Nie zakładamy.
Wow, ktoś mnie słucha. Plan porodu wprawdzie napisany, ale nikt o niego nie prosił. A o wenflonie było w nim.
W między czasie podpisuję zgodę na poród fizjologiczny. Tak. Zgodę. Bom jest „stan po cięciu”. Mam wybór. Wiem, że muszę uważać na słowa, bo nikt mi cięcia w dowolnej chwili nie może odmówić. Słyszę od dyżurującej pani doktor, że to chwalebne. Ta moja próba VBAC.
Podpisuję niezgody.
Nie zgadzam się na kroplówkę naskurczową.
Nie zgadzam się na nacięcie krocza.
Nie zgadzam się na łyżeczkowanie macicy (gdyby łożysko całe nie wyszło).
Bez sensu. Wszystko jednym podpisem. Bez opcji „chyba że będzie konieczne”. A jak będzie? W planie porodu przy każdej niezgodzie mam zapisane „o ile nie będzie konieczne”. Także w przypadku cięcia!
Koniec KTG. Wolność na 2 godziny.
Lewatywa. Na moją prośbę.
Zaczynamy z Tomkiem wydreptywać ścieżkę na korytarzu. Na skurczach przystajemy, ja się opieram o ścianę, Tomek masuje ten krzyż nieszczęsny. Jakie to przyjemne. Jego dotyk. Ból krzyżowy od razu mija, zostaje skurcz na brzuchu. I tak te dwie godziny do następnego KTG.
Nic nowego. Skurcze, tętno, ruchy Leonka.
Zwalnia się sala przedporodowa. Dostajemy ją na wyłączność. Łóżko, krzesło, stolik. Pani Ania przynosi piłkę, materac. Na piłce już jest źle. Już się naskakałam w ostatnich dniach, dziękuję. Materac to nowość, to pozycja kolankowa (łokcie na łóżku). Może być, ale bez szału.
Pani Ania proponuje worek sako i mówi, że się odprężę, a może i zdrzemnę chwilę celem nabrania sił. Oooo chętnie. Siadam, zapadam się. Bardzo wygodnie, bardzo przyjemnie.
Zaczynam się relaksować. A ze mną moja macica. To niesamowite. Ja stwierdzam, że chcę spać, a ona mi to umożliwia i robi dłuższe pauzy między skurczami. Dla mnie bomba. Dla postępu porodu nie bardzo.
Dochodzi 8.00. Słyszę na korytarzu moją panią doktor. Zagląda do nas i jak zawsze mnie wita:
— A ja myślałam o pani wczoraj.
Idę na badanie. Jakie delikatne. Pani doktor pokazuje osiągnięte rozczapirzenie palców, oblicza szybko, że to 7 centymetrów. A ja już beczę. Ze szczęścia. Że idzie. Że postępuje. Że samo! Że jestem w dobrych rękach!
Chodzimy z Tomkiem korytarzem. Panowie monterzy wymieniają drzwi. Dostałam jakiś szlafrok, żeby im nie świecić tyłkiem. Chodzimy, stoimy. Ja przedmuchuję skurcze, Tomek masuje krzyż. Jest pięknie.
Mruczę na skurczach. Otwarcie krtani pomaga otworzyć się na dole. Im głośniej mruczę, tym pani Ania jest bardziej zadowolona.
— Pani Madziu, co ja słyszę! Pięknie, ale mi się podoba!
Przypominam sobie słowa położnej z jakiegoś reportażu: „Skurcze są dla dziecka. Przerwy w skurczach są dla mamy”. Pomaga.
Idę pod prysznic. Gorąca woda jest cudowna. Polewam brzuch, polewam plecy. Potem olewam brzuch i już tylko leję na plecy. Ogromna ulga. Wracamy na korytarz.
10.45. 8 centymetrów. Przy badaniu pęka pęcherz owodniowy i odpływają czyste wody. Nie mogę chodzić dalej, bo główka nie przypiera do ujścia szyjki, nie korkuje wylotu i jest ryzyko wypadnięcia pępowiny. Pada propozycja zaczekania na zejście główki na worku sako. Lubię worki sako, natychmiast się zgadzam.
Siedzę i czuję, jak skurcze zlewają się w jedno. Jak ból przeszywa mnie całą. Ohooo. Zaczyna się jazda bez trzymanki, chociaż jeszcze tego nie wiem. Pani Ania z panią doktor proponują gaz rozweselający na poprawę nastroju. Zgadzam się. Ma mnie rozluźnić — całą. Pierwsze kilka wdechów i nic. Drugie podejście — zaczęłam mówić, wydychając z płuc ten gaz i usłyszałam swój głos, nieco obniżony (odwrotnie niż z helem), co doprowadziło mnie do ataku śmiechu i łez. Niestety stan ten się już nie powtórzył, a szkoda.
Siedzę więc na worku, leją się ze mnie wody, skurcze sieją się gęsto a intensywnie. Zerkam na zegar. Dziwne, minęła godzina, a zegar prawie nie drgnął. Jak w operze.
Od tej pory przestaję się kontrolować. Jest mi wszystko jedno. Moim marzeniem jest jeszcze na trochę zasnąć. Ponownie udaje mi się sprawić, że skurcze są rzadziej, a ja między nimi odpływam. Podoba mi się to. Pani doktor i pani Ani się to nie podoba. To znaczy cieszą się, że sobie tak radzę, że podążam za potrzebami, że potrafię się w tym wszystkim zrelaksować. Ale jednak tempo porodu siada.
Zgadzam się na założenie czopków rozluźniających szyjkę. Ach, już tak niewiele zostało. Badanie, KTG. Nie cierpię KTG, a przy takiej intensywności doznań — nie cierpię po tysiąckroć. Mało co już ogarniam. Zdaje się, że używam brzydkich wyrazów. Że mówię, że nie dam rady.
— Ale chyba nie powie pani, że robimy cięcie? — z niepokojem pyta pani doktor.
— A w życiu! — zakamarkiem trzeźwego umysłu odpowiadam.
Ostatkiem siły woli wlokę się pod prysznic. Przy którymś skurczu głośniej krzyczę, zlatuje się pani doktor z panią Anią.
— Nie, nie, nic się nie zmieniło. Tylko bardziej bolało — od razu mówię, bo wiem, że czekają na początek skurczów partych, przy którym (początku) najczęściej jest zmiana okrzyków.
Wracam na swoją salę porodową. Opieram się o łóżko, kiwam biodrami. Wstawiam Leona w kanał czyli. Im głośniej krzyczę „AAAAA!”, tym pani Ania bardziej zadowolona. Ja krzyczę, a ona mówi, jak świetnie mi idzie. Budujące, motywujące, wspierające (dobrze, że jeszcze to ogarniam).
Proponują mi panie pozycję kolankowo-łokciową na materacu. Mowy nie ma! No to na łóżko? Nie wiem, jak to się stało, ale się zgodziłam. Ba, chyba nawet chciałam.
13.00. Prawie 10 centymetrów. Słyszę, że tempo siada, że moc skurczów siada. Panie zastanawiają się, co dalej. Proszą mnie o zgodę na kroplówkę ze sztuczną oksytocyną. Bo to jest moment, że jest konieczna. Boję się, cholernie się tej oksytocyny boję, ale się zgadzam. Czyli jednak wenflon.
Zaraz jest już pełne rozwarcie. Ja leżę i nie chcę słyszeć o zmianie pozycji. Mowy nie ma. W dupie mam pozycje wertykalne. A w planie porodu oczywiście prośba o pozwolenie i zadbanie o możliwość rodzenia w pionie. Dobrze, że nikt tego nie czytał.
Zgadzam się na obracanie się na lewy bok, żeby się główka dobrze zaczęła wstawiać w kanał, bo Leon odkręcony był w inną niż powinien stronę. Tomek masuje mi plecy (skóra mi z nich już schodzi, parafina nie pomaga). Pani doktor jedną ręką trzyma detektor tętna płodu na moim brzuchu, drugą ręką trzyma moją rękę. Mam nadzieję, że nie wyszła z tej historii tak podrapana jak Tomek.
— Czy te całe skurcze parte też tak dają po krzyżu? — pytam panią doktor.
— Niestety tak.
— No kurwa, a chciałam mieć tyle dzieci.
Mina pani doktor bezcenna.
13.15. Prę. Na polecenie, pod komendę. A nie w zgodzie ze swoją intuicją. Bo bym chyba nie zaczęła nawet rodzić.Zaczynam kumać korelację parcia z oddechami. Czuję w sobie głowę Leona. Pytam Tomka, czy to widział.
Myślałam, że to będzie trwało ustawowe 2 godziny. Ale gdy zaczynam kumać, że robi się wokół mnie łzawo, że pani doktor łyka łzy, że Tomek nie może nic powiedzieć, dociera do mnie, że zaraz powitamy na świecie naszego syna.
Prę dalej. Nie wychodzi. Moje przygotowane od wielu tygodni na tę chwilę krocze okazuje się za jakieś (za wysokie?) no i nie ma bata, wyjść nie chce.
— Proszę ciąć! — wołam, bo już naprawdę chcę przytulać synka, a nie cackać się z moimi planami porodowymi.
— No nie, nie. Nie mamy zgody.
— To się teraz zgadzam!
— Ale podpisze nam to pani? Żeby nie było, że po sądach będziemy potem biegać.
— To chyba beze mnie. Podpiszę!
I nadszedł ostatni skurcz. Wydałam ostatni, najdonioślejszy okrzyk. Pobłądziłam po urodzeniu się główki. I dostałam Leona na piersi. Szarego. Krzyczącego.
13.30.
16,5 godziny od momentu, gdy kładłam Natalkę spać i rozpoczęły się skurcze.
Tomek od razu dostaje nożyczki do przecięcia pępowiny, bo jest tak krótka, że napina się cała na ciele Leona i miażdży mu genitalia. A chyba nie muszę dodawać, że w planie porodu jak byk stała prośba o późne odpępnienie?
Leon leży na mnie. Wokół pełno ludzi. Jest pan doktor. Bada Leona na mnie. 10 punktów. Nie pozwalam jeszcze go ważyć i mierzyć. Rodzę sobie łożysko, całe i zdrowe. Nie brzydzę się jego widoku. Pani doktor mnie szyje. Mnie już kołacze nowa myśl.
— Czy przy EWENTUALNYM następnym porodzie to nacięcie ma znaczenie?
Pani doktor tylko się uśmiecha i zapewnia, że nie.
Oddaję Leonka na badania, chcę jak najszybciej znaleźć się w spokojnym miejscu, a tu taki harmider. Przechodzę na czworakach na łóżko szpitalne. Kręci mi się w głowie. Szumi mi w uszach. 2 godziny później mam ciśnienie krwi 70/58. Przejeżdżamy na salę poporodową (to ta sama, która była przedporodową). Dostaję Leonka. Dostaję krupnik. Po dwóch godzinach jedziemy na oddział położniczo-neonatologiczny.

Zakończyłam swój VBAC. 15 miesięcy i 19 dni po cięciu cesarskim.

Czuję, że to był mój poród. Mimo interwencji medycznych. Mam poczucie, że tym razem były uzasadnione. Że to rzeczywiście ja się na nie zgodziłam. Że nikt nie dysponował sobie mną. Że zostały uszanowane moje preferencje — mimo że musiały ulec w akcji modyfikacjom.

Dobrze napisała mi dziewczyna z grupy wsparcia: przy VBAC nie ma mowy o zawalaniu porodu. Po prostu się udał.

Dziewczynom, przed którymi podjęcie próby porodu naturalnego po cięciu, mówię: nie próbujcie. Rodźcie!

Historia Magdy dostępna jest także na jej blogu, do odwiedzenia którego serdecznie Was zachęcam: http://logomatka.blogspot.com/

leo01

Nasza piękna historia czyli VBAC dokładnie po 1 roku, 4 miesiącach i 19 dniach po cc (Białystok)

Czasem wszystko zdaje się wskazywać, że szanse na VBAC są nikłe. Czasem prawie nikt nie wierzy, że próba porodu może mieć szczęśliwy naturalny finał. Jeśli jednak przyszła mama zachowa w sobie chęć walki i choćby iskierkę nadziei, wszystko może się zdarzyć. Oto tchnąca zwycięską radością historia Karoliny:

Z początku trochę historii, czyli wspomnienie pierwszego porodu. Było to pod koniec 2013 roku, a dokładnie 19 grudnia. Poród był wywoływany ponieważ synek miał wadę, którą należało natychmiast operować więc lekarze nie chcieli czekać żebym przypadkiem nie urodziła na Święta Bożego Narodzenia bo wtedy personel jest „przebrany”. Tak więc położyli mnie na Oddział Patologii Ciąży w USK w Białymstoku i założyli mi cewnik Foleya. Zadziałał błyskawicznie bo od razu na ktg zaczęłam mieć skurcze i po jakiś 3 godzinach odeszły mi wody. Ponieważ miałam wielowodzie więc lało się jak z kranu. Od razu rozwarcie skoczyło do 3 cm. Na sali porodowej kazali mi bezwzględnie leżeć ( podobno bali się, że pępowina może wyjść pierwsza więc nie chcieli ryzykować). Ja przeszkolona na Szkole Rodzenia byłam gotowa aktywnie skakać na piłce, przyjmować pozycję kolankowo łokciową itp. A tu kazali leżeć. Więc leżałam. Dali mi znieczulenie. Do 10 cm praktycznie nie czułam bólu. Podłączyli mi oksytocynę. Zaczęłam czuć skurcze. Kazali przeć, więc parłam z całych sił. Nic to nie dawało, maluszek nie chciał schodzić w dół. Męczyłam się tak 2,5 h aż w końcu postanowili zrobić mi cesarskie cięcie ze względu na przedłużającą się II fazę porodu. Więc ja skrajnie wyczerpana ( na papierach o zgodę na cc podpisałam się panieńskim nazwiskiem ! ) zgodziłam się bez zastanowienia. Sam zabieg wspominam trochę „filmowo” bo czułam się jak w Greys Anatomy. Jednak kolejne tygodnie po cc to była istna katastrofa…. Bardzo ciężko wracałam do siebie, proste czynności takie jak wstawanie z łóżka sprawiały mi wiele trudności. Przez prawie 3 tygodnie chodzić do synka do szpitala więc to też nie sprzyjało prawidłowej i szybkiej rekonwalescencji.

Wiedziałam, że przy kolejnym maluchu muszę zrobić wszystko żeby udało się urodzić naturalnie bo nie mogłabym przechodzić przez to jeszcze raz. Poza tym marzy mi się duża rodzina tym bardziej chciałam VBAC.

Więc wracając do teraźniejszości..

Termin porodu ustalono na 3 maja 2015. Ciąża minęła właściwie bezproblemowo. Pod sam koniec ciąży było podejrzenie, że pępowina jest owinięta wokół szyi malucha więc musiałam się zgłaszać codziennie na ktg. Wreszcie mój lekarz zadecydował żeby na wszelki wypadek położyć mnie na Oddział Patologii Ciąży (Białystok, ul.Warszawska). Nie protestowałam chociaż słyszałam ze zbyt wczesna hospitalizacja raczej nie pomaga przy VBAC. Ja zdałam się na lekarza. Tak więc 6 maja byłam na patologii. Tam stosowałam wszelkie możliwe sposoby żeby poród sam się rozpoczął. Czyli chodziłam po korytarzu jak bocian, robiłam przysiady, słuchałam relaksacyjnej muzyki, masowałam brodawki i brałam gorący prysznic. Nic to jednak nie pomogło. Mój lekarz zasugerował wywołanie porodu oksytocyną bo dziecię i tak spore (na usg 3750g) i czas leci ( podobno po cc należy wywołać poród nie później niż 7 dni po terminie) więc lepiej może spróbujmy wywołać. Dodatkowo on miał akurat tego dnia dyżur więc jakby odpukać skończyło się cc to on się mną zajmie. Ponownie nie protestowałam. 8 maja o godz. 12.00 posłusznie udałam się na indukcję. Niestety aura wokół mojego porodu była lekko powiedziawszy niesprzyjająca. Wszyscy począwszy od położnych, pielęgniarki, innego doktora i całą resztę ekipy mówili, że nie dam rady, że mam się liczyć z cc, że po co robiłam tak wcześnie drugie dziecko, że po co ja w ogóle próbuje rodzic siłami natury i że to ogromne ryzyko itp.. Więc psychicznie byłam załamana. Dodatkowo przynieśli moje rzeczy z patologii co było znakiem, że zwolnili moje miejsce, więc juz tam nie wrócę na ewentualnie drugie wywołanie. Jeszcze zrobili ze mną wywiad „przed cesarkowy” – jakie miałam wtedy znieczulenie, jak na nie zareagowałam itp..Wszystkie znaki na ziemi ( tylko na ziemi !) mówiły, że cały szpital i personel nastawia się dziś na moje cięcie.  Jedynie gdzieś w sercu miałam tą iskierkę że może mi się uda, może dam radę,…

Więc podłączyli mi oxy. Szyjka zachowana, poród się nie zapowiada. Dali mi dodatkowo czopki, które miały jakoś działać na szyjkę. Zaczęłam więc chodzić, kręcić biodrami itp. Tak jak uczyli w Szkole Rodzenia. Gdy skurcze zaczęły być mocniejsze to wzięłam prysznic, który i tak ostatecznie nie uśmierzył bólu. Podobnie było z skakaniem na piłce. Też nie moja bajka. Najlepsza dla mnie była pozycja kolankowo – łokciowa, którą nieco zmodyfikowałam bo u mnie była to pozycja kolankowo- szyjna bo głowę trzymałam na materacu. Doktor jak mnie zobaczył to tylko z uśmiechem na twarzy powiedział – „skoro tak pani wygodnie”! J Z takiej pozycji przechodziłam do siedzenia okrakiem na piętach i w tym momencie odeszły mi wody ! Później skurcze były już mocniejsze. Odmówiłam znieczulenia żeby czuć ewentualny ból rozchodzącej się blizny na macicy bo podobno nie można tego bólu z niczym pomylić więc dla mojego bezpieczeństwa wolałam to kontrolować. Dostałam jedynie zastrzyk przeciwbólowy. Jak już zaczęłam czuć parcie to podłączyli mnie do ktg żeby zobaczyć co i jak. Wszystko było dobrze, mogłam już przeć. Więc parłam ile mogłam, dr naciął mi krocze bo w mojej sytuacji lepiej żeby 2 faza nie trwała za długo. Zgodziłam się znowu. Po paru minutach miałam już Stefanka na brzuchu !! Najcudowniejszy moment w życiu. Ciągle nie mogę uwierzyć ! I chyba wszyscy dookoła też nie mogli uwierzyć. Jak się później dowiedzieli że Stefek miał 4090 g i 59 cm to padli z wrażenia.

Stefanek 08.05.2015

Wspominam ten dzień z ogromnym uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Myślę, że jest to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Nie pamiętam już bólu, a na pytanie – „jak poród ?” odpowiadam, że było cudownie ! ( miny ludzi są wtedy nie do opisania J) Ten poród mnie uskrzydlił, wyzwolił, umocnił… Myślę, że moje macierzyństwo do pełni potrzebowało właśnie tego doświadczenia porodu naturalnego.

Jestem żywym dowodem że można w takim krótkim odstępie między porodami i po wywołaniu urodzić naturalnie. Życzę wam wiary we własne siły !

PS: Dodam jeszcze że miałam dodatkową motywację do porodu naturalnego ponieważ umówiłam się z mężem, że jeśli uda mi się urodzić naturalnie to nazwę synka tak jak ja chce czyli Stefan a jeśli skończy się cesarką to będzie tak jak chciał mąż czyli Bartłomiej. Z taką motywacją musiałam dać radę. No i takim sposobem mam Stefanka !!

Karolina M. mama Filipka i Stefanka

Płaczę już tylko ze szczęscia (Kraków)

Czasem mamy, które mają za sobą przebyte cięcie cesarskie bardzo łatwo i szybko „skazywane” są na kolejne cięcie. Zawsze warto jednak weryfikować taką diagnozę u innego, najlepiej bardziej doświadczonego i przyjaznego VBAC lekarza. Bo opinie wśród lekarzy na temat tej samej osoby i tego samego przypadku medycznego bywają nad wyraz rozbieżne. Oto historia Marzeny:

Zacznę od początku, kiedy to 19 miesięcy temu miałam cc z przyczyn do tej pory nikomu niewyjaśnionych. To, co teraz napiszę może stać się niewiarygodne , ale tak tak było. W pierwszej ciąży było wszystko w porządku do 7 miesiąca – dobre wyniki, tyle, że przybierałam na wadze. Pracowałam do końca 5 miesiąca. Pod koniec 7 miesiąca ważyłam +19 kg więcej, a w 8 miesiącu dodatkowo 20 kg przytyłam w niecały miesiąc – to nie była wina objadania się. Do szpitala trafiłam w 32 tyg z bólem kolki nerkowej ( myślałam, że oszaleje, ból był nie do wytrzymania). Dodatkowo z dnia na dzień było co raz gorzej: nadciśnienie (co nigdy nie miałam problemów z ciśnieniem) w granicach 170/110, tętno około 110-120, przybieranie na wadzę w ciągu jednego dnia +3 kg (dlatego, że nie oddawałam moczu, a kazali pić duuuuużo wody, bo były upały i mimo cewnikowania nic), przewlekle choruje na niedoczynność tarczycy, kłopoty z oddychaniem – spanie w pozycji siedzącej i podłączenie do tlenu oraz woda w płucach i ogromne obrzęki – yglądałam jak balon. Lekarze załamywali ręce, nie wiedzieli co ze mną zrobić. Dostałam sterydoterapię i podjęli decyzję o cc w trybie natychmiastowym w 35 tyg+1. Dziecko urodziło się zdrowe, (cała byłam opuchnięta a małowodzie miałam w brzuchu-było to dodatkowe zagrożenie), waga dziecka 2500, 49 cm , i 10 pkt Apgar.  Po porodzie byłam jeszcze długoo w szpitalu, miałam robione wszystkie badania przesiewowe, wymazy , badania na gruźlicę itd, utrzymywała mi sie gorączka 38,5 st, leżałam sama na sali. Było źle, prawie popadłam w depresję, dziecko leżało w inkubatorze i wzięłam je dopiero na swoje ręce po 14 dniach ;-(. Straciłam pokarm po tygodniu.  Dużo stresów i nerwów mnie to wszystko kosztowało.

Minął pewien czas i okazuje się, że ponownie jestem w ciąży. Rodzina i znajomi załamywali ręce, bali się , że tym razem mogę po prostu nie przeżyć. Ddodam, że w rodzinie mojej ani mojego męża nikt nie miał takich problemów, sam ordynator szpitala mówił , że w porę mnie z tego wyciągnęli i że jestem pierwszym takim ,,przypadkiem” (robiłam później badania pod kątem immunologicznym, ale nic nie wykazały).

Druga ciąża przebiegała prawidłowo, książkowo można powiedzieć – na wadzę +16 kg , wyniki super.  Ze względu na to, że był nie daleki odstęp czasowy między porodami nastawiałam się na cc, choć w głębi serca chciałam poczuć jak to jest urodzić naturalnie –   nigdy nie dałoby mi to spokoju, gdybym się nie przekonała sama. Lekarz prowadzący, lekarz u którego byłam prywatnie, lekarz od usg – każdy z osobna mówił, że będzie cc, „proszę się nastawić na cc, Pani Marzeno”. Tak też zrobiłam – przygotowałam się na cc. Myślę sobie: decyzja zapadła. 18 lutego miałam iść na konsultację do Ordynatora szpitala w celu ustalenia terminu cc. Zostałam dokładnie przebadana, szerokość blizny 2,1 cm uznana za poprawną i …. dostałam kwalifikację do porodu sn. Myślałam, że to jakiś żart, od razu zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że lekarz nie wie co mówi, miałam zmienić szpital, w którym chciałam rodzić , byłam rozstrzęsiona, ogarnął mnie strach. Wtedy też dołączyłam do WAS kochane – do mojej grupy wsparcia po cc :) [facebookowa Grupa Wsparcia NATURALNIE PO CESARCE – przyp.red.]. Zaczęłam dużo czytać czy da się urodzić sn, aż w końcu bardzo się nakręciłam i podjęłam decyzję, że się nie poddam.

Termin porodu miałam na 8 marca 2015 r. Nic się nie działo , czekałam cierpliwie, aż zacznie się akcja.  6 marca odpadł mi czop śluzowy w całości, później miałam śluzową wydzielinę podbarwioną krwią i tak było codziennie. Minął termin i 13 marca poszłam na wizytę do lekarza który dał mi skierowanie do szpitala i następnego dnia miałam mieć wywoływanie okstytocyną. W poprzednich dniach nie wychodziły skurcze ani nic na ktg. Cały czas wierzyłam tylko w to , że musi się udać. W głowie miałam moją małą 19 miesięczną córeczkę i jak najszybciej chciałam wrócić do domu. 13.03 zrobiono mi usg z którego wynikało, że dzidzia będzie ważyła mniej więcej 3800 g. Lekarz mówił, że mam być wypoczęta i rano po mnie przyjdą. Nie przespałam praktycznie całej nocy, walczyłam z myślami, ale ani na chwilę nie przestałam WIERZYĆ w to, że może coś pójść nie tak. Myślałam, że muszę zrobić wszystko ,żeby nie mieć cc , po którym wcześniej tak długo dochodziłam do siebie.

14 marca 2015 r. o godz. 7 przyszła położna prosić mnie na salę porodową. 7:30 dostałam pół dawki oksytocyny, ból w podbrzuszu zaczął się nasilać i zaczynałam czuć skurcze. bBrałam prysznic, chodziłam po schodach od góry do dołu. Ból był co raz większy. Podjęłam decyzję, że urodzę bez znieczulenia, ale nastąpił kryzysowy moment i na 6 cm rozwarciu poprosiłam o znieczulenie. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał mnie niesamowicie, a położna na której dyżur trafiłam to CUD a nie kobieta- towarzyszyła mi od godziny 7 rano do 19 , później była zmiana dyżuru. Był moment, że już miałam błagać, żeby zrobili mi cc, myśłałam, że nie dam rady, że jak to jest, że niektóre rodzą dzieci w 2 godziny, a u mnie tyle już schodzi, ale wytrwałam do końca. O godzinie 20:30 przyszedł na świat mój SYNEK i wcale nie taki mały 4130 g (czyli usg się dużo pomyliło ) i 58 cm i dostał 10/10 pkt APGAR.  Płakałam ze szczęścia i teraz pisząc ta historię też płaczę , a płaczę już tylko ze szczęscia …..

1799916_861285387246090_4469828117183569287_o

Podsumowując, jak widzicie ciąża ciąży nie równa. Po porodzie wyszłam 17 marca do domu i w tym momencie czuje się najszczęsliwszą kobietą na świecie. Udoowodniłam sobie i wszystkim dookoła, że można urodzić po cc, tylko trzeba być pozytywnie nastawionym, chcieć tego i wierzyć w to, że się uda … Dziękuję mojemu najwspanialszemu mężowi, że był ze mną do końca, wszystko dokładnie widział i trzymał mi wysoko nogi jak było trzeba 😉 bo sił już nie miałam.  Moment kiedy Maluszek się pojawił na moim brzuchu – nie do opisania! O wszelkich bólach już dawno zapomniałam!

BŁAGAM WAS NIE PODDAWAJCIE SIĘ !!!!!!!!!!!!!!!
I wklejajcie historię swoich porodów – to bardzo motywuje inne osoby i podnosi na duchu – tak było w moim przypadku.

Przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa (Warszawa)

Dziś Boże Narodzenie – dzień w sam raz na tak niesamowitą opowieść:  21 miesięcy po po cc, po terminie, 5 kilogramów, bez nacięcia krocza, VBAC! Oto historia Moniki i jej małego-wielkiego synka Leosia:

Oto moja przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa. Zacznę od początku. Moja córeczka (znaczy pierwsze dziecko) urodziła się przez cc w marcu 2013 co daje 21 miesięcy odstępu między porodami. Cięcie było wykonane z powodu zagrażającej zamartwicy wewnątrzmacicznej 3 dni przed terminem porodu, bez zadnej czynnosci skurczowej, nic.. po prostu pierwsze ktg wyszlo zle i tej samej nocy zdecydowali o cc. Jak pewnie wiele z Was bardzo długo dochodziłam do siebie po tamtym doświadczeniu, bo bardzo chciałam rodzić naturalnie i naprawdę przypłaciłam to cc długotrwałym uszczerbkiem psychoemocjonalnym  Ale to nie moment by wchodzić w szczegóły, zwłaszcza, że z tym porodem mam cudowne poczucie odzyskania mojej siły jako kobiety, JEST MOC.

No więc tak: w badaniu usg, zrobionym przez moją ginekolog prowadzącą, dr Kajdy, blizna miała 2,6 mm, waga dziecka 4100, trochę dużo, ale brak niewspółmierności więc dała mi zielone światło do porodu naturalnego. Dała mi też takie ciche przyzwolenie na kilkudniowe przekroczenie terminu porodu, więc na początku był luz, byłam spokojna. Do szpitala trafiłam w poniedziałek wieczorem 17 grudnia, kiedy dokładnie upływał koniec 41 tc. Przez cały poprzedni tydzień stawiałam się na IP na ktg i badanie, po którym podpisywałam odmowę hospitalizacji… Trafiali mi się wszyscy chyba przyjmujący na IP lekarze z całym arsenałem straszydeł, ale starałam się sobie tłumaczyć, że taka jest ich rola, że muszą poinformować o mozliwych zagrozeniach, etc.. wszystkie badania wychodziły dobrze (ktg, ilosc wód, przepływy, etc) więc byłam w miarę spokojna, ale mimo determinacji i wiary, że wszystko jest ok, to po piątym podpisaniu odmowy w sobotę i setnym telefonie od rodziców z pytaniem kiedy wreszcie zamierzam się dać położyć nerwy mi puściły i zdecydowałam, że jeśli przez weekend nic się nie zacznie i dobiję w poniedziałek do 41 tyg to zgodzę się zostać w szpitalu. Poza tym od dwóch tygodni miałam infekcję i chore zatoki (do tej pory nie moge ich wyleczyć) i ogólnie czułam się słabo, więc ten cały stres i zmęczenie wzięły górę i pojechałam w poniedziałek na IP z torbą, ale dopiero po południu, żeby ugrać jeszcze trochę czasu  Na miejscu okazało się, że na patologii nie ma wolnych łóżek, o czym z uśmiechem poinformowała mnie położna w rejestracji pamiętając mnie chyba z poprzedniego tygodnia hehe.. ale po tych kilku godzinach spędzonych na czekaniu na wizyte okazało się, że zwolniło się jedno miejsce i ku uciesze lekarzy skapitulowałam.

Był juz wieczór wiec na oddziale tego dnia nie działo się już nic. Dostałam antybiotyk na chore zatoki i uznałam ze wykorzystam ten zawalony nos, żeby ugrac moze jeszcze trochę czasu (jeden dzien, dwa?) bez indukcji, tłumacząc, że warto by było byc w formie do porodu. Podczas rannego badania we wtorek po raz kolejny usłyszałam, że szyjka niegotowa, zmiękła, ale ciągle długa i że ok, dziś proponują tylko test oxy, żeby sprawdzić wydolność łożyska i jak maluch reaguje na skurcze. Próbowałam jeszcze odwlec ten test do środy (oxy jawiło mi się jako największe zagrożenie mojego naturalnego porodu), ale lekarz był bardzo przekonujący w tłumaczeniu, że to bardzo mało prawdopodobne, zeby zaczęła się akcja porodowa po takiej dwugodzinnej i małej dawce, no i się zgodziłam. Leżałam przypięta do ktg i kroplówki od 11 rano i pojawiały się jakieś mini skurczyki, ale nic szczególnego, od tego prawie 3 godzinnego leżenia bardziej dokuczał mi pęcherz moczowy szczerze mówiąc.. dobra nasza, myślę sobie, na dziś juz mi dadzą spokój, odpocznę, pośpię, może podleczę ta infekcję, żeby móc jakoś oddychać podczas porodu, serio to było moje największe zmartwienie, jak będę oddychac podczas skurczów przy takim konkretnym nieżycie nosa.. Podnoszę się z łóżka żeby wreszcie udać się do łazienki i coś mi się polało  po nodze.. po tym teście zaczęły odchodzić wody, powolutku, ciurkając sobie, czyściutkie.. mieszanka radości i niepokoju, cos się dzieje, ale co teraz? Szybko na moje wahania odpowiedziała położna przypinając mnie znowu do ktg, no bo odchodzą wody więc trzeba monitorować malucha.. ktg ok, zaczęły pisać się jeszcze nieregularne, ale już mocniejsze skurcze, godzina 15, bez jedzenia od sniadania, bo ominął mnie obiad jako że leżałam przypięta do testu oxy dostałam informację, że zaczyna się poród i że nie mogę już nic jeść.. jak to???? to jak ja mam mieć siłę? że ryzyko zadławienia i że jesli zamierzam jeść to ona jest zmuszona poinformować lekarza.. jak tylko wyszła zjadłam wszystko co miałam w szafce nawet niespecjalnie się chowając. Uznałam, że większym ryzykiem byłoby iść do porodu bez jedzenia i bez siły.. chyba miałam już w sobie większą pewność i zahartowanie po podpisywaniu przez tydzien cyrografu na IP hahaha.. wtedy chyba jeszcze caly czas nie mogłam uwierzyć, że się zaczyna, że to ja właśnie czekam na zwolnienie się sali porodowej, że skurcze coraz mocniejsze.. przypomniałam sobie, że muszę załozyć ponczochy uciskowe (mam niewydolność żylną i w ciąży chodziłam w takich specjalnych rajstopach antyżylakowych, a do porodu miałam takie grube uciskowe pończochy), więc zaczełam się z nimi męczyć pomiędzy skurczami, żeby dobrze je założyć.. kilka minut później byłam już na porodówce.

Pół godziny chodziłam po korytarzu, czekając na zmycie i wyschnięcie podłogi w sali…Po wejściu do środka wypróbowywałam znajdujące się tam sprzęty, ale skurcze były na tyle silne, że musiałam pochylać się i opierać mocno o łóżko albo szafkę.. na piłce było fajnie tylko pomiędzy skurczami.. były dosyć częste takie co 2 minuty trwające kilkadziesiąt sekund.. po godzinie mniej wiecej dojechała moja położna, mogło być koło 18? 19? w tym czasie jakby wszystko zaczęło się zatrzymywać.. skurcze rzadsze, nie wzbierające na sile.. zbadała mnie i powiedziała, że rozwarcie ciągle małe, szyjka nadal długa i że ona proponuje oksytocynę, bo nie urodzimy do następnego dnia, a wody juz odeszły więc nie mam za dużo czasu, bo może sie to zrobić niebezpieczne dla malego i w koncu skonczyć cc.. dała mi 10 minut do podjęcia decyzji.. bałam się tej oxy niemiłosiernie, ale jesli miała byc jedynym sposobem na poród drogami natury, to miałam zamiar się zgodzić.. jak wrociła to nie byłam w stanie powiedziec co zdecydowałam, powiedziałam chyba ze nie wiem.. widziała chyba jak bardzo chcę to oxy ominąć i zaproponowała masaż brodawek a potem wannę na godzinę.. no i słuchajcie w tej wannie to się skurcze rozhulały same tak, że już zupełnie nie wiedziałam co się dzieje, wpadłam w rodzaj transu: skurcz i totalna koncentracja zeby go przezyc, a potem wręcz rodzaj omdlenia w tej ciepłej wodzie pomiędzy skurczami.. pamietam tylko że dostałam jeszcze kroplówke nawadniającą jak byłam w tej wannie.. potem kolejne godziny uplywały sama nie wiem jak i kiedy.. 21, 22.. idące mega szybko rozwarcie na 9 cm.. ogromny ból, ale nie wiem jakoś w tym wszystkim wcale nie myslalam o znieczuleniu, może dlatego ze chyba nie myślałam w ogóle? byłam w innym stanie swiadomosći. Potem zmiany pozycji proponowane przez położną.. koło 23 zaczęła się faza parcia i nagle zostałam poproszona o przejście na stół bo już rodzimy.. nie mogłam w to uwierzyć, serio.. zresztą wszystko działo sie jak w półśnie, transie jakimś.. Pamiętam jeszcze jak dotykałam główki i w końcu o 12.35 w nocy urodziłam całego Leosia  Od razu wylądował na moim brzuchu, dopiero po kilku minutach przecięto pępowinę, światło było przygaszone, wszystko tak jak chciałam.  Potem jeszcze rodzenie łożyska i szycie w sumie podobno niedużych obrażeń, zwłaszcza jak na takiego wielkoluda  Właśnie, potem ważenie 5028g.  Zbiegło się kilka osób, żeby go zobaczyć haha.. Leoś cichutki, spokojniutki, w ogóle nie płakał i w zasadzie taki własnie jest, przynajmniej na razie.  Po porodzie straciłam zupełnie głos na kilka dni (mega wokalizacja w moim przypadku, ale ratowała mnie w tych skurczach), dalej jestem chora, ciągle bardzo osłabiona bo straciłam dużo krwi podobno, ale nie zamieniłabym tego doświadczenia na nic w swiecie.  Odzyskałam moc! Mam nadzieję, że moja historia będzie pokrzepiająca i podnosząca na duchu dla tych z Was, które jeszcze się wahają.

Szczęśliwa opowieść Agnieszki (Limanowa)

Takie historie motywują do dalszej pracy nad rozwijaniem portalu:) Oto opowieść Agnieszki, mamy 1.5 rocznej Zosi urodzonej przez cc i niespełna miesięcznego VBACowego Tomka:

Witam,
i ja chcę podzielić się moją historią.
24 lutego 2013 nad ranem zaczęły się delikatne, ale regularne (co 6-5 min) skurcze i odchodzenie czopa śluzowego. Obudziłam męża i pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu skurcze ustąpiły, KTG też nic nie pokazało. Położono mnie na patologię ciąży. O 1 w nocy znowu skurcze co 7 min, leżałam i liczyłam je do 3, poszłam do pielęgniarki i mówię jak się sprawy mają. No to z powrotem na porodówkę. Telefon do męża, że się zaczyna. Mąż pojawił się błyskawicznie (do dzisiaj nie wiem jak on to zrobił). KTG pokazało niewielkie skurcze, poszłam pod prysznic, i chodziłam, chodziłam. chodziłam… Ok 8 obchód, ordynator podjął za mnie decyzję o podaniu mi znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie byłam przekonana, ale nim się obejrzałam zespół anestezjologów pojawił się przy mnie i tak zostałam uziemiona na dalszą część porodu. Byłam tak przejęta sytuacją, że nie umiałam zawalczyć o swoje. Godziny mijały, a moje rozwarcie i postęp porodu praktycznie się nie ruszył. Ok 16 decyzja o podaniu oksydocyny, no i wtedy zaczęło się naprawdę, ból niesamowity, szybko rozwarcie na 10 cm… Bóle parte ponad godzinę, ale zaraz po skurczu córka znowu wracała wysoko i tak zabawa w kotka i myszkę trwała i trwała, wydawało mi się, że to się nigdy nie skończy. Pomimo znieczulenia czułam potworny ból. jak się później okazało prawdopodobnie źle podano mi znieczulenie. Dyżur miał mój lekarz prowadzący ciążę i to on podjął decyzję o cesarskim cięciu. I tak o 20:45 25 lutego 2013 usłyszeliśmy pierwszy krzyk naszej córeczki Zosi.
Po 9 miesiącach znowu byłam w ciąży. Cieszyliśmy się jak szaleni, chociaż ciągle nasuwało mi się pytanie, jaki teraz będzie poród. Wszyscy w koło (z wyjątkiem męża) mówili, że cc, ale ja uparcie nie brałam sobie tego do serca, nie chciałam w to wierzyć, nie chciałam ponownego cięcia. Już na jednej z pierwszych wizyt zapytałam lekarza czy mogę rodzić naturalnie po 18 miesiącach od cc. Nie widział przeciwwskazań:) Chociaż pozwolił mi zadecydować, mogłam wybrać cc. Nad ranem 25 sierpnia poczułam, że odchodzą mi wody. Nie robiłam paniki, postanowiłam, że jeszcze nie jedziemy do szpitala. Zaczęły się mocne skurcze i wtedy spakowaliśmy córkę do samochodu, zawieźli do moich rodziców, sami zaś pojechaliśmy na spotkanie z synem. KTG pokazało mocne ale nie regularne skurcze. Piłka, prysznic, spacerowanie. Już na początku wypełniając plan porodu nie zgodziłam się na znieczulenie. Rozwarcie postępowało, ale zdecydowano by podać mi oksydocynę, aby wyregulować akcję skurczową. No i tym razem po oksydocynie wszystko przyspieszyło. Kiedy akcja skurczowa się unormowała, odłączono mnie od kroplówki i znowu poszłam pod prysznic, nie miałam sił już spod prysznica wyjść. Skurcze co 3 min, spadały na mnie z ogromną siłą. W momencie zrobiło się rozwarcie na 10 cm, położna w biegu przygotowywała zestaw narzędzi i miejsce dla noworodka. Parłam 45 minut, ból był niesamowity, ale po 12 h od odejścia wód na mój brzuch trafił śliczny płaczący mały człowiek, nasz syn Tomek.  Było to dokładnie 18 miesięcy po pierwszym porodzie-co do dnia.
Decyzja o porodzie naturalnym była dyktowana przez serce, rozum czasami podpowiadał cc, że niby bezpieczniej będzie. Trafiłam na tę stronę, przeczytałam ją od a do z. Drukowałam publikacje naukowe i czytałam, czytałam… to najlepsza decyzja jaką podjęłam! Dzięki Wam uwierzyłam naprawdę, że się uda! Dziękuje Wam, że jesteście!

Poród najpiękniejszy czyli do trzech razy sztuka (Warszawa)

Często spotykam się z pytaniami dotyczącymi minimalnego odstępu miedzy cięciem cesarskim, a kolejnym porodem. Opinie lekarzy na ten temat są niespójne, a badania naukowe również wykazują w tym temacie spore rozbieżności. Padają wartości: minimum 18 miesięcy, minimum 24 miesiące. Ale są i  takie publikacje, z których wynika, że krótszy odstęp między porodami nie jest przeszkodą do podjęcia i powodzenia próby porodu po cc (http://naturalniepocesarce.pl/?p=137). Dziś zapraszam do lektury historii Katarzyny, która doświadczyła pięknego naturalnego porodu zaledwie 14 miesięcy po cięciu cesarskim!

Abym mogła w pełni opisać jak cudownym przeżyciem był mój trzeci poród (21 stycznia 2014 roku) muszę się cofnąć do porodu poprzedniego – cesarskiego.

Kiedy w listopadzie 2012 roku zaczęły się skurcze porodowe nikomu nie przyszło nawet przez myśl, że coś może pójść nie tak. Ja – już 10 dni po terminie (jak zwykle zresztą) nie mogłam się doczekać. W domu wszystko było gotowe – ubranka, kołyska, wózek. Skurcze równiusieńkie od samego początku. Spokojnie się wszyscy zebraliśmy, odwieźliśmy córkę do dziadków, pojechaliśmy do szpitala (najwspanialszego szpitala św. Zofii w Warszawie). Izba Przyjęć pełna życzliwych, uśmiechniętych osób. Żadnego stresu, pośpiechu. Później godzinny spacer, znów Izba Przyjęć i wreszcie sala porodowa. Śliczna. Fioletowa. Poznaję położną – bardzo sympatyczna, robi pozytywne wrażenie. W mojej torbie leży szczegółowo rozpisany plan porodu. Cóż może pójść nie tak?
Rutynowe KTG które miało trwać 20 minut jakoś podejrzanie się przedłuża. Skurcze coraz silniejsze, coraz częstsze a ja przy każdym słyszę jak tętno dziecka zwalnia. Bardzo. Za bardzo. Po godzinie spędzonej na sali porodowej skurcze zmieniają się na parte, ja wciąż leżę pod KTG, a wokół mnie coraz więcej lekarzy, położnych i pielęgniarek. W pewnym momencie czuję jak dziecko nie czekając na skurcz zaparło się o moje żebra i z całej siły się pcha. Jakby chciało się wydostać natychmiast, za wszelką cenę. Wtedy słyszę głos lekarza „Robimy cięcie”. 9 minut później Jeremiasz został wyciągnięty z mojego brzucha. 9 minut w ciągu których przewieziono mnie na oddział chirurgiczny, podano znieczulenie, ułożono, pocięto. Lekarze wiedzieli, że walczą o życie dziecka. Okazało się, że synkowi zrobił się zator w pępowinie. Najprawdopodobniej zagięła się (jak szlauch w ogrodzie) i kiedy poszło silniejsze ciśnienie krwi – tak jakby rozsadziło ją od środka i przez to stała się zupełnie niedrożna. Dlatego Jeremiasz próbował uciekać z brzucha. Dusił się. Lekarze uratowali mu życie podejmując dobrą decyzję w dobrym momencie, za co będę im wdzięczna do końca życia.
Osiem miesięcy później dowiaduję się, że jestem w ciąży. Od 18 tygodni. Tak, wiem że to brzmi dziwnie – ale jak widać może się zdarzyć. Oznacza to mniej więcej tyle, że zaszłam w ciążę jakieś 3 miesiące po cesarce, a między dziećmi będzie rok i dwa miesiące różnicy. Wszyscy naokoło kręcą nosem, że za szybko, że blizna po cesarce jest zbyt świeża, że może nie wytrzymać porodu, że powinno być przynajmniej dwa lata odstępu. Pierwszy lekarz powiedział mi „Zdecydowanie cesarka”, drugi – „Nie ma takiego szpitala i takiego lekarza, który by pozwolił Pani rodzić naturalnie”, trzeci – „Nic nie mogę obiecać, ale lepiej nastawić się na cesarkę, żeby nie było potem rozczarowania”. A ja czuję, że powinnam rodzić naturalnie.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, brzuch rósł, dziecko zdrowe, a ja miałam coraz większy mętlik w głowie. Połowa rodziny mówiła „Chyba oszalałaś, że myślisz o cesarce”, druga połowa  „Chyba zwariowałaś, że myślisz o porodzie naturalnym”. Lekarze – „cesarka!”, doule – „naturalnie!”. Jedni doradzali „Lekarze wiedzą co robią”, drudzy „Lekarze to patafiany, wszystko robią żeby im było wygodniej”, inni „nie ryzykuj, masz jeszcze dwójkę dzieci w domu”. Jedni opowiadali mi historie o tym jak kobiety w mojej sytuacji wykrwawiały się na śmierć w mniej niż minutę, z powodu pęknięcia macicy, inni – historie z happy endem. Jedni straszyli, drudzy pukali się w głowę, trzeci pocieszali. Każdy mówił mi co innego, każdy wiedział co powinnam zrobić, a ja byłam coraz bardziej przerażona. Jedynym pocieszycielem był mój wspaniały mąż, który za każdym razem mówił: „Nie bój się. Cokolwiek będzie, ja będę przy tobie i damy radę”. Pierwszy raz w życiu bałam się porodu.

Pod koniec listopada pojawiła się nadzieja. Blizna gruntownie zbadana i obejrzana okazała się gruba i mocna. To mi dawało szansę negocjowania porodu naturalnego. Mój lekarz prowadzący też przestał mówić o cesarce ale… oczywiście musiało być jakieś „ale”. Synek pięknie ułożony główką do dołu najpierw odwrócił się głową do góry, a potem próbując się z powrotem przekręcić – utknął w poprzek. Ułożenie absolutnie wykluczające rodzenie…
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem szczęśliwie udało mu się obrócić, a we mnie wstąpiła nadzieja, optymizm, energia i dużo pozytywnych myśli. Nawet zaczęłam pakować torbę do szpitala.

Dwójkę moich poprzednich dzieci rodziłam w podobnych okolicznościach. Mniej więcej dwa tygodnie po terminie, każde z nich o wadze 3800 i prawie 60 cm. W związku z tym co do jednego wszyscy lekarze byli zgodni:  nie można w moim przypadku czekać tak długo z porodem, aby dziecko nie urosło zbyt duże, tylko w okolicach przewidywanego terminu poród wywołać jeśli chcę próbować rodzić naturalnie.
Zgodnie z zaleceniami w dniu terminu (13 stycznia 2014 roku) zgłosiłam się na Izbę Przyjęć oczywiście w szpitalu św.Zofii. Po czterech godzinach tkwienia w kolejce usłyszałam: „Nie ma miejsca na patologii ciąży. Proszę przyjść jutro”. Następnego dnia usłyszałam to samo. I następnego też… i tak dzień w dzień przez cały tydzień. Cieszyłam się, że wszyscy lekarze spotkani tam zdecydowanie opowiadali się po stronie porodu naturalnego, nie biorąc cesarki pod uwagę, ale czas naglił. Zaczęłam się bać, że tak mnie będą odsyłać i odsyłać, aż w końcu usłyszę „Już za późno – cesarka”.
W końcu 20 stycznia miejsce na patologii się znalazło. Na Izbie Przyjęć powiedziano mi, że mnie przyjmą, a następnego dnia rano będą poród wywoływać. Kiedy jednak wjechałam trzy piętra wyżej dostałam informację, która mnie przeraziła. „Jest Pani tydzień po terminie. Jutro cesarskie cięcie”. Przepłakałam pół nocy, prawie w ogóle nie spałam. Choć powtarzałam sobie, że muszę być spokojna, żeby synek się nie bał, miałam pełne żalu uczucie, że tą decyzją lekarze odbierają mi coś bardzo ważnego.
Rano zostałam poproszona na badanie, podczas którego lekarka spytała mnie „To co, chce Pani nadal rodzić naturalnie? No to przebijamy pęcherz i do dzieła”, a ja się poczułam jakby nagle przyszła wiosna. Nie wiem co się wydarzyło, że lekarze w ciągu nocy zmienili zdanie (swoją drogą byli to ci sami lekarze, którzy wieczorem wyznaczyli mi cesarkę). Podejrzewam, że głównymi argumentami był fakt, że blizna była mocna, a dziecko oszacowano na małe (niecałe 3500). Niemniej taki obrót spraw był dla mnie absolutnie niewiarygodny.

Pół godziny później byłam już na sali porodowej. Tym razem morelowej. Równie ślicznej jak ta rok wcześniej. Wanna, piłka, chusta, drabinki, wygodne łóżko, za oknem fantastyczny widok i piękna, słoneczna pogoda i ja w tym wszystkim uśmiechnięta od ucha do ucha i bardzo szczęśliwa. Niewiele później przyjechał mój mąż. Pamiętam, że na jego pytanie jak się czuję odpowiedziałam, że jestem tak szczęśliwa, że znalazłam się choć na chwilę na sali porodowej, że teraz już mi jest wszystko jedno. A niech mnie nawet na koniec pokroją. Ale trafiłam na porodówkę.

Przez pierwszą godzinę w zasadzie nic się nie działo. Ja dreptałam sobie w kółko, żeby skurcze ruszyły. Było nam z Marcinem bardzo wesoło, żartowaliśmy, rozmawialiśmy.

Około 11 pojawiły się sensowniejsze skurcze i od tego momentu wszystko poszło już szybko. Cała akcja porodowa rozwijała się wręcz podręcznikowo. Skurcze częste, regularne, każdy coraz mocniejszy. Wiedziałam, czułam, że wszystko jest dobrze. Była ze mną fantastyczna położna i mąż, który przy porodach jest jak najlepsza doula. Przy każdym skurczu rozmasowywał mi krzyż, wspierał, podnosił na duchu, pomagał we wszystkim. Każdej rodzącej kobiecie życzę takiego towarzystwa. Poród nie jest doświadczeniem ani łatwym, ani (nie oszukujmy się) niebolesnym. Ale w tym przypadku cały czas panował pełen spokój i atmosfera całkowitego zrozumienia, a to odejmuje połowę bólu z każdego skurczu.
Kiedy skurcze stały się już naprawdę bolesne i zaczynały być trudne do zniesienia, moja położona zarządziła kąpiel w wannie. Mój Boże jaki to cudowny wynalazek podczas porodu! Relaks, ulga, najlepsze znieczulenie (wiem co mówię – pierwsze dziecko rodziłam ze znieczuleniem. Nie polecam). W wodzie akcja porodowa tak przyspieszyła, że szybko zaczęły się skurcze parte. Tak, to już było to. Już niedługo.
Z powodu blizny po cesarce nie mogłam rodzić w wodzie (a szkoda). W krótkiej przerwie między skurczami mąż pomógł mi wyjść z wanny i przejść na fotel. Rodziłam w pozycji zupełnie pionowej, klęcząc i trzymając się oparcia, żeby jak najmniejsze obciążenie szło na bliznę. W dodatku pojawiła się asystentka, która przez cały czas mocno trzymała mi ręką ową bliznę. Nie było łatwo, ale się udało. W najtrudniejszej chwili, kiedy połowa główki mojego synka już wyszła, a ja miałam moment załamania oraz wrażenie, że nie dam rady, położna kazała mi sięgnąć ręką i dotknąć tej małej główki. Ależ to dodaje sił! Dwa skurcze i Jonasz był już na świecie. W niewiele ponad pięć godzin licząc od momentu przebicia pęcherza płodowego.  Natychmiast został mi podany do rąk, a kiedy przytuliłam to małe ciałko – nic innego już się nie liczyło.
Jonasz w ogóle nie płakał (oprócz krzyknięcia przy pierwszym oddechu). Cudowne było to, że natychmiast po „wyjściu z brzucha” podano mi synka i nikt nie zabrał go z moich rąk przez następne cztery godziny (dopiero wtedy przyszła lekarka, żeby go pomierzyć, zważyć i ubrać), a przez cały mój pobyt w szpitalu nikt nie zabrał go ode mnie nawet na minutę. Ja się doskonale czułam i szybko dochodziłam do siebie. Zamiast depresji poporodowej  miałam raczej euforię poporodową. To było naprawdę jedno z najpiękniejszych przeżyć w całym moim życiu.
Urodziłam trójkę dzieci i ten ostatni poród był zdecydowanie najlepszy, najspokojniejszy i najbardziej naturalny. I jak się okazuje nawet rok po cesarce da się pięknie urodzić. Bo poród po którym dziecko nie płacze tylko spokojnie śpi, a matka siedzi uśmiechnięta od ucha do ucha jest pięknym porodem. Życzę tego wszystkim kobietom.

Narodziny Zbyszka (Dania)

Powoli, ale skutecznie do celu. Dziś opowieść o pocesarskim porodzie Joanny:

Moja pierwsza ciąża, zupełnie niespodziewanie – jak to bywa – okazała się bliźniacza, jednokosmówkowa. Cały czas trzymałam kciuki za poród naturalny, ale szczerze mówiąc, liczyłam się z tym, że będzie cesarka. Tak też się stało; ciąża przebiegała prawidłowo (choć dziewczyny malutkie), miałam co dwa tygodnie USG, i w 35 tygodniu okazało się, że Krysia przestała rosnąć. Cesarka bez pytania, ze względu na ryzyko syndromu przetoczenia bliźniak-bliźniak (TTTS).

Przyznam, że przez pierwsze tygodnie życia dziewczyn, czas spędzony na neonatologii i potem z dwukilowymi drobnicami w domu, w ogóle nie myślałam o sobie i o porodzie, cała sytuacja była dość surrealistyczna i działaliśmy na dużym stężeniu adrenaliny. Dokuczało mi tylko to, że tak długo dochodzę do siebie. Nie miałam jednak pretensji do lekarzy, Pana Boga czy samej siebie, raczej byłam (i jestem) bardzo wdzięczna, że dziewczyny urodziły się zupełnie zdrowe i rozwijają się bez problemów.

Druga ciąża to już zupełnie inna historia, tym razem mocno nastawiałam się na poród naturalny. Chociaż przerwę miałam dość krótką – 20 miesięcy pomiędzy porodami – lekarze dawali mi zielone światło, z typowymi zastrzeżeniami: że bez indukcji, poród nie może się przedłużać, akcja powinna sprawnie postępować itd. Czekałam sobie spokojnie na rozwój sytuacji…

Nie wiem dlaczego, byłam przekonana, że urodzę raczej przed terminem, niż po, dlatego od 37 tygodnia już dość nerwowo wyglądałam oznak akcji. A tu nic. Dodatkowo stresował mnie fakt, że jak pisałam, lekarze wspominali, że lepiej nie przekraczać terminu (piszę „lekarze”, bo tu w Danii, gdzie odbyły się oba porody, nie ma lekarza prowadzącego, i na każdej kontroli w szpitalu można trafić na kogo innego. Jest położna prowadząca, ale ja się ze swoją widziałam tylko raz, bo urlopy, przekładane wizyty i zastępstwa). Najbardziej bałam się tego, że przekroczę termin, wezmą mnie po prostu na stół i pokroją, i nawet nie doświadczę naturalnego porodu (już nawet niechby się zakończył cesarką!). Mieć trójkę dzieci i nie próbować rodzić naturalnie to już przesada;)

Termin nadchodził, a ja byłam coraz bardziej zestresowana, te ostatnie tygodnie to psychicznie gorsza męka niż cała ciąża do tamtej pory… Po terminie ciągle nic, położna na kontroli zapisała mnie na wizytę w szpitalu za kolejnych 10 dni. Po drodze jakieś fałszywe alarmy, noce ze skurczami, które przechodziły, ja już zupełnie zmaltretowana psychicznie. Poza tym, nie wierzyłam w termin z USG, który był o tydzień wcześniejszy niż „cyklowy”, ale nikogo nie zdołałam przekonać.

Na kontroli w szpitalu okazało się, że jednak mogą wywołać poród, jeśli będzie choć lekkie rozwarcie i będą mogli przebić błony płodowe. Hurra! Po tych wszystkich skurczach, myślę sobie, cośtam na pewno się zadziało. Ale położna na badaniu mówi mi, że… nie wyczuwa w ogóle ujścia szyjki! („dziwne, pracuję pięć lat i nigdy mi się to nie zdarzyło”). Dostaję dwa dni odroczenia.

Za dwa dni inna położna doprowadza mnie do łez informacją, że jest 1,5 palca rozwarcia i można działać! Odsyła mnie na kilka godzin spaceru, po powrocie zaś oświadcza, że porodówka przepełniona i mam przyjść jutro. Kolejny dzień odroczenia, a już cała rodzina obdzwoniona…

W końcu, 22 października około dziewiątej rano, pewna miła położna przebiła mi błony. Po czym odesłała na porodówkę, gdzie kazano mi pójść na spacer i przyjść o 11. Już byłam tym wszystkim mocno zmaltretowana, męża jeszcze nie było po odwiezieniu starszych dziewczyn, a ja łażę po korytarzach szpitala i woda ze mnie leci… Już tylko chciałam, żeby to się wszystko skończyło. Zdążyłam już zapomnieć, że w efekcie urodzi się dziecko i o to zasadniczo chodzi.

Ale za to skurcze się szybko nasiliły, w końcu przyjechał mąż i poszliśmy na chwilę na słonko, a potem raźno na porodówkę. Po 12 położna, z którą miałam rodzić, zdecydowała o podaniu minimalnej dawki oksytocyny, żeby skurcze były bardziej regularne. Ten efekt nie został osiągnięty (przez cały poród właściwie), za to szybko ból stał się coraz bardziej ogłuszający, a ja podpięta pod KTG i kroplówki nie za bardzo miałam swobodę ruchu – nie musiałam leżeć, ale w plątaninie kabli nie dało się wiele zdziałać. Ponieważ w reakcji na ból moje ciało spinało się, położna zdecydowała, że lepiej dać znieczulenie (oczywiście, nie bez mojej sugestii). O 15 anestezjolog już był wezwany, a zjawił się cztery godziny później… niewiele z tego czasu pamiętam, raczej nie rozmawiałam, odmawiałam współpracy i nie chciałam, żeby mnie ktokolwiek dotykał;) Gdy ok. 20 dostałam znieczulenie, to miałam wrażenie, że zdjęło może 30% bólu, nie więcej – ale przynajmniej mogłam już leżeć i odpocząć trochę. Potem coś dodatkowo wstrzyknęli i mogłam nawet drzemać między skurczami. Położna, która przyszła na nocną zmianę, miała już ze mną o wiele łatwiej:)

Tak płynął czas, akcja postępowała dość wolno, ale stale. Cały czas myślałam, że uznają, że to już za długo i czas robić cesarkę – ale Zbyszka tętno było w porządku, więc rodziłam dalej. Około północy miałam już pełne rozwarcie, ale główka była wysoko. Gdy przyszły skurcze parte, miałam więc nie przeć… zdecydowanie najgorszy czas porodu! Wtedy dostałam gorączki, zaczęłam się trząść i chyba spadło mi ciśnienie… a główka Zbyszka ciągle była wysoko, więc o drugiej dostałam zielone światło do parcia, bo to już dwie godziny pełnego rozwarcia (co to za dziwne zasady? I co zmieniły te dwie godziny?).

Wreszcie, po 40 minutach parcia, o 2.38 urodził się nasz Zbyszek. Zdrowy, duży, wspaniały, i wszystkie bóle od razu minęły, inna jakość niż cesarka. Nie mogłam uwierzyć, że się udało! 15 dni po terminie. Paradoksalnie, chociaż nie miałam za sobą nieudanej próby porodu siłami natury, a cesarskie cięcie robiono mi z niezależnych ode mnie przyczyn, miałam dużą niepewność siebie i swojego ciała przed tym porodem. Tak to widocznie działa…

Brakowało mi jednej położnej czy lekarza, kogoś, kto znałby moją ciążę i rzeczowo wspierał – to duży minus rodzenia w Danii. Myślę, że pod koniec mogłam zawalczyć o wiele rzeczy, dodatkowe badania, cokolwiek – ale w moim stanie ducha szpitalny moloch mnie przygnębiał, chciałam zwiewać do domu, a nie dyskutować z położnymi. Kolejne dziecko to już koniecznie w Polsce! Przede wszystkim jednak cieszę się, że się udało, na pewno było warto. To wspaniałe doświadczenie.