Tag Archive | położna

Krąg życia. Poród domowy po cesarskim cięciu (Kraków)

Poród po cięciu cesarskim w warunkach domowych jest rozwiązaniem niezalecanym w aktualnych światowych rekomendacjach dotyczących VBAC (m.in ACOG 2017 i SOGC 2018), ze względu na brak bezpośredniej dostępności sali operacyjnej niezbędnej w przypadku pęknięcia macicy. Jednak na świecie taki poród nie jest mimo wszystko zjawiskiem niespotykanym. Część kobiet decyduje się na HBAC w ucieczce przed szpitalną traumą lub z powodu braku możliwości znalezienia realnego wsparcia dla VBAC w szpitalach w ich regionie (nie rzadko dotyczy to kobiet po kilku cc, z dodatkowymi przeciwwskazaniami do porodu domowego). Badanie w formie wywiadów przeprowadzone przez  Keedle i in. wśród 12 kobiet rodzących po cc w domu w Australii wskazało właśnie na takie motywacje. W Polsce zdarzają się podobne sytuacje, czasem niestety wykraczające znacznie poza granice bezpieczeństwa. Dlatego wniosek autorów powyższego badania z powodzeniem można odnieść również do naszej rzeczywistości: „Procedury dotyczące VBAC i praktyki szpitalne powinny być elastyczne, aby umożliwiać kobietom wynegocjowanie takiej opieki jakiej oczekują.”

Czy poród domowy po cc (HBAC) jest więc opcją, którą powinniśmy wyeliminować z uwagi na bezpieczeństwo?Jako adwokat świadomego wyboru kobiety nie odważyłabym się podpisać pod takim twierdzeniem. W dużej mierze bowiem, ciężarne z cc w wywiadzie, decydując się na HBAC, podejmują racjonalną decyzję opartą o bilans prawdopodobnych zysków i zagrożeń obu opcji porodu (szpitalnego i domowego). Kobiety te znają i uwzględniają ryzyko pęknięcia macicy (oraz jego możliwe konsekwencje) i akceptują jego poziom (ok. 0,5%, a jak wskazują niektóre badania, w porodzie bez interwencji medycznych, nawet mniej – ok. 0,13 – 0,36% [ Źródło: RCOG 2015). Można także znaleźć badania wykazujące, iż poziom bezpieczeństwa porodu domowego (w szczególności stan urodzeniowy noworodków) u niektórych kobiet z cc w wywiadzie jest porównywalny z pierworódkami i kobietami rodzącymi drugie dziecko po przebytym PSN  (https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25180460ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26098383). Szczególnie zdrowe kobiety w zdrowej ciąży mające za sobą niepowikłany VBAC wydają się być dobrymi kandydatkami do HBAC w kolejnej ciąży, z racji tego iż przebyty VBAC zwiększa nawet do ponad 90% szanse na kolejny poród naturalny i jest jednocześnie czynnikiem zmniejszającym ryzyko pęknięcia macicy. W niektórych miejscach za granicą (np. w Danii) właśnie takie „przypadki” mają szanse znaleźć wsparcie położnych w porodzie domowym.

W Polsce jednak poza kwestiami bezpieczeństwa, HBAC pozostaje opcją w większości niedostępną, ze względu na obecne uregulowania prawne, brak rozwiązań systemowych dla porodów domowych oraz nieprzychylność sporej części środowiska medycznego wobec porodów domowych w ogóle (o czym więcej tutaj).

Czy ma się to szanse zmienić? Czy chciałybyście, żeby się zmieniło?

Przeczytajcie historię Magdy, która po cięciu cesarskim w pierwszej ciąży, a następnie porodzie naturalnym w szpitalu (VBAC), zdecydowała się swoją trzecią córeczkę urodzić w domu.


Chyba w całej historii mojego trzeciego porodu najważniejsze dla mnie było to, co stało się dzień przed nim niż w trakcie. Termin porodu miałam wyznaczony na 06.04.2018. na każdym USG, z pomiarów płodu wychodziła dokładnie ta sama data. Pierwsza córa urodziła się kilka dni po terminie, druga – w dniu terminu, więc całą ciążę żyłam w przeświadczeniu, że urodzę przed terminem. Tymczasem dzień terminu nadszedł i nic się nie działo. Minął i dalej nic się nie działo. Tydzień po terminie zaczęłam się bardzo stresować. Ale nie o to, że coś jest nie tak z dzieckiem, tylko, że nie uda mi się urodzić nie tylko w domu, ale w ogóle naturalnie. Na badaniu KTG lekarze chcieli mnie już położyć w szpitalu, bo „przecież po terminie”, więc przestałam chodzić na KTG do szpitala. Wszystkie badania robiłam prywatnie, bo nie chciałam, żeby mnie ktoś straszył czy naciskał, że powinnam być w szpitalu (pomimo nienagannych wyników). 10 dni po terminie, w poniedziałek 16.04. byłam już w fatalnym stanie psychicznym – spięta i zmartwiona, cały czas zastanawiająca się, co będzie, jeśli poród się nie zacznie w ciągu najbliższych dni. Co więcej, moja położna od porodu domowego powiedziała, że będzie mnie miała pod opieką tylko do piątku. Czyli jeśli nie urodzę do piątku, to przyjdzie mi się zgłosić do szpitala, gdzie personel wyleje mi na głowę wiadro pomyj za to, że zgłaszam się tak późno. Tymczasem nadal nic nie zapowiadało, żeby poród miał się zacząć. Skurcze przepowiadające miałam każdego dnia od dwóch tygodni, ale nic z nich nie wynikało. Byłam już tak zestresowana, że nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Wsłuchiwałam się w swoje ciało i co chwilę zadawałam sobie pytanie: „czy to już?”. Coś mnie zabolało – czy to już? Dziecko więcej się rusza – czy to już? Dziecko mniej się rusza – czy to już? Pogoniło mnie do toalety – no to już na pewno musi być już! Dużo spacerowałam, wymyłam okna, wyszorowałam na kolanach cały taras (jeśli zastanawiacie się, gdzie się podziało trzecie „S”, to nic się nie martwcie, też było).

Wiem, możecie powiedzieć: „Ale o co chodzi? Trzeba było się tym tak nie spinać!”. Niestety, świat się dzieli na ludzi, którzy umieją przestać myśleć o rzeczach, na które nie mają wpływu (szczęściarze!) i na tych, którzy będą się zadręczać, aż doprowadzą się na granicę szaleństwa (to ja!).

We wtorek, 17.04. obudziłam się i zanim jeszcze wstałam z łóżka, to się popłakałam, że nadal nic się jeszcze nie zaczęło i na pewno skończy się tym, że pójdę do szpitala, a tam mnie najpierw opierdolą, a potem zastraszą śmiercią dziecka i zrobią cesarkę. I jak sobie tak leżałam i popłakiwałam, to dotarło do mnie, że mam dwie możliwości. Jedną jest dalej międlić to w głowie i co chwilę płakać i doprowadzać się do szaleństwa. A drugą jest… przestać to robić i poczekać do piątku. I pierwszy raz w życiu zdecydowałam, że nie mogę sobie robić takiej krzywdy. Że moim głównym zadaniem jest zatroszczyć się o siebie i w związku z tym muszę przestać. I… przestałam. Spędziłam bardzo miły dzień nie myśląc o tym kompletnie. Zamiast robić wszystko to, co powinno przyspieszyć poród, ja zrobiłam dokładnie na odwrót. Zamiast wysiłku fizycznego – leżenie na kanapie i oglądanie Mad mena. Moim największym wysiłkiem tamtego dnia było pomalowanie sobie paznokci u stóp na czerwono (ej, to BYŁ spory wysiłek i akrobacja dla kobiety w 10-tym miesiącu ciąży). Co więcej, nie musiałam odbierać Starszej z przedszkola, bo mama jednego z jej kolegów (dzięki Madzia!) zaproponowała, że ją zabierze do siebie. A w ciągu dnia zadzwoniła i zaproponowała, że Starsza może zostać na noc i ona ją rano odwiezie z powrotem do przedszkola (dzięki, dzięki, dzięki, Madzia!).

W nocy odeszły mi wody, gdy wstałam zrobić siku. Najpierw poczułam straszną ulgę – wody nie były zielone, nie trzeba jechać do szpitala. Obudziłam Pawła, zaczęliśmy liczyć skurcze. Regularne, co 5 minut, niezbyt bolesne. Zadzwoniliśmy po położną i po moją przyjaciółkę Marysię, która miała się zająć dziewczynami. Wiedziałam, że rodzenie w nieposprzątanym mieszkaniu będzie mi przeszkadzać, więc zajęliśmy się ogarnianiem domu. Sprzątaliśmy porozrzucane rzeczy, ja myłam toaletę, Paweł zamiatał. Było w tym coś radosnego i odświętnego – oto szykujemy nasz dom na pojawienie się Ważnego Gościa. Już wtedy pomyślałam, że to cudowne, że zamiast w panice pakować się i jechać do szpitala, mogę w spokoju zdejmować wyschnięte pranie z suszki.

Koło piątej dotarła Marysia i położna Wiola. Skurcze się wyciszyły, pojawiały się co 10 minut i nie były bolesne. Po 6 obudziła się Młodsza, zjedliśmy razem śniadanie. Marysia nastawia rosół. Powiedziałam Wioli, że czuję, że muszę chodzić i czy mogę iść na spacer. Poszłam pospacerować z Marysią, był piękny, słoneczny poranek. Potem odprowadziłyśmy wspólnie Młodszą do żłobka. Pani opiekunka zapytała: „A to Pani jeszcze nie urodziła?”, a mnie się chciało śmiać, bo przecież ja WŁAŚNIE w tym momencie rodziłam.

Wróciłyśmy do domu, gdzie już czekała przywieziona Starsza. Akcja się nie rozkręcała, Wiola zaproponowała, żebym weszła do wanny. Po pół godziny wyszłam, Wiola powiedziała, że musimy czekać, ona jedzie, a ja dobrze by było, żebym położyła się i przespała. Niedługo po wyjściu położnej, Marysia zabrała Starszą i pojechały do miasta. Prawie natychmiast po ich wyjściu akcja nagle ruszyła, skurcze były co 5 minut i o wiele boleśniejsze niż wcześniej. Zrozumiałam, moje ciało uznało, że nie chce dzieci przy porodzie. Zadzwoniliśmy do Marysi, żeby nie wracała i po położną, żeby wracała. Po powrocie zbadała mnie – 5 cm, sztywna szyjka, jeszcze daleko. Dalej potrzebowałam chodzić. Poszłam na spacer z Pawłem, na każdym skurczu ściskałam go za ramię, później na skurczach klękałam i opierałam się na ławce, a potem szliśmy dalej. Po powrocie skurcze były już mocno bolesne. Pomiędzy skurczami odpoczywałam siedząc na krześle i opierając się na piłce, na skurczu nadal miałam ogromną potrzebę poruszania się. Gdy skurcz się zaczynał, zrywałam się z krzesła, Paweł łapał mnie za ręce i prowadzał mnie po całym mieszkaniu. Opierałam się o niego, zamykałam oczy i starałam się głęboko oddychać. Wiola prosiła, żebym chodziła wysoko podnosząc kolana, żeby Mała lepiej się wstawiała. Kolejne badanie – 7cm, Wiola robi mi masaż szyjki. Bóle zmieniają się – nagle przy każdym skurczu zaczynają mnie boleć biodra. Ból jest straszny, mam wrażenie, że coś mi rozsadza stawy biodrowe od środka. Wiola stara się coś zaradzić, ale to nie jest typowy ból porodowy i nic, co robi, nie przynosi ulgi. Proponuje wejście do wanny. Siedzę w ciepłej wodzie, jest mi niezbyt wygodnie, bo wanna jest mała i dość płytka. Paweł jest cały czas przy mnie, polewa mi brzuch wodą. W wodzie ból nie jest tak dojmujący. Zaczynam na każdym skurczu prosić Małą, żeby się pospieszyła, tłumaczyć, że już nie mam siły. Wychodzę z wanny, straszliwy ból bioder wraca. Wytrzymuję kilka skurczy opierając się o stół w salonie, żadna pozycja nie przynosi ulgi. Jestem strasznie zmęczona, nogi mi drżą, jak po wielokilometrowym biegu. Kładę się na boku na narożniku w salonie. Paweł jest cały czas przy mnie, teraz dołącza do niego Wiola. Bada mnie, jest 10 cm rozwarcia, ale nie pojawiają się skurcze parte. Wiola mówi, że musimy czekać na parte, ja jestem zdezorientowana i straszliwie zmęczona. Nie wiem, co się dzieje, nie rozumiem, jak to możliwe, że jest rozwarcie, a nadal są skurcze z I fazy porodu. Pytam się Wioli, ale nie jestem w stanie zrozumieć jej tłumaczenia. Skurcze razem z bólem bioder tworzą mieszankę, która wyciska ze mnie resztki sił. Wiola zaczyna się mnie pytać czy dam radę i czy chcę jednak jechać do szpitala. Chce mi się śmiać z tej porpozycji, ale nie mam siły tego zrobić. W mojej głowie szybko robię przegląd sytuacji i stwierdzam, że to nic nie da. Ja chcę, by ten straszliwy ból skończył się już, w tej chwili. Co da mi szpital? Nikt mi nie da znieczulenia przy 10 cm rozwarcia. Albo wycisną ze mnie dziecko albo zrobią mi cesarkę. Nie ma już odwrotu, muszę dać radę.

Odpoczynek pomiędzy skurczami, jeszcze jest całkiem spoko.

Kładę się na narożniku w salonie. Próbuję zasypiać między skurczami, ale ból bioder nie ustępuje nawet wtedy i nie pozwala odpocząć. Dostaję dreszczy z zimna (leżę nago, nie pamiętam, kiedy się rozebrałam). Paweł przykrywa mnie kocem, Wiola pomiędzy skurczami poi gorącą, bardzo słodką herbatą. Nagle przychodzi pierwszy skurcz party i jest to wstrząsające doznanie. To jest jakaś potężna siła, kompletnie nie do okiełznania. Krzyczę z całych sił. Po skurczu Wiola mnie chwali, mówi, że pięknie wypycham Małą, słuchamy jej tętna, wszystko jest w porządku. Wiola mówi, że mogę rodzić na leżąco, ale jej się wydaje, że lepiej mi będzie w innej pozycji. Proponuje, żebym klękła przy narożniku. Przeniesienie ciała z pozycji leżącej do klęku wydaje mi się ponad moje siły, całe ciało mi drży, jest mi na zmianę gorąco i zimno. Klękam, Paweł siedzi na narożniku, trzyma mnie za ręce. Nadchodzi kolejny skurcz, krzyczę w poduszki, słyszę swój własny krzyk i nie mogę uwierzyć, że jestem w stanie wydać z siebie takie dźwięki. Wiola klęczy za mną, mówi, że pięknie mi idzie. Czuję, jak po każdym skurczu główka się cofa, mówię Wioli o tym, ona tłumaczy, że tak ma być, dzięki temu wszystko się dzieje delikatnie i nic mi nie pęknie. Kolejny skurcz, wydaje mi się, że nie jestem w stanie wytrzymać ani jednego więcej. Wiola mówi, że widać już główkę, prowadzi moją rękę, czuję pod palcami delikatne włoski usmarowane w jakiejś mazi. Kolejny skurcz, wychodzi główka, Wiola mówi, że jest piękna, że się uśmiecha. Ostatni skurcz, czuję, jak ciałko Małej wysuwa się ze mnie, patrzę w dół, widzę, jak wylewa się ze mnie ogrom krwi. Wiola podaje mi Małą pomiędzy moimi nogami, pyta: „Trzymasz? Trzymasz ją?”. Obejmuję Małą, jest różowiutka i czysta, cała śliska, Paweł i Wiola pomagają mi się odwrócić i usiąść. Siedzę na podłodze w naszym domu, w kałuży krwi, obejmuję naszą piękną, małą córeczkę, śmieję się, Paweł siada obok mnie, płacze. Wiola wychodzi z pokoju.

Za jakiś czas wraca, przecinamy pępowinę. Pytam się Wioli, czy bardzo popękałam, w końcu jest tyle krwi. Wiola mówi, że wcale, a krew to wynik tego, że łożysko już zaczęło się odrywać. Nagle pojawia się straszliwie bolesny skurcz, zaczynam płakać, jak to możliwe, że to nie koniec tego bólu? Wiola mówi, żebym z powrotem klękła, Paweł zabiera Małą. Rodzę łożysko w trzech potwornie bolesnych skurczach. Sadzają mnie na narożniku, dostaję Maleńką owiniętą w pieluchy, próbuję ją przystawić. Wiola zabiera miskę z łożyskiem i idzie je obejrzeć w łazience. Paweł siada obok mnie. Nie wiem, ile czasu tak siedzimy. Wiola poi mnie gorącym rosołem, co chwilę sprawdza, jak obkurcza się macica, nadal mocno krwawię, co widać, że trochę ją niepokoi. Za jakiś czas idę się wykąpać. Wraca Marysia ze swoim mężem, przyprowadzają dziewczynki. Dziewczyny siadają koło mnie, są zachwycone malutkim dzidziusiem. Wszyscy razem siadamy do stołu i jemy rosół na kolację. [tak naprawdę Marysia przyprowadziła dziewczynki raz, a potem wyszła z nimi jeszcze na dwie godziny i dopiero wróciła i zjedliśmy kolację, ale ja zupełnie tego nie pamiętam.]

Pierwsze spotkanie z siostrami.

Refleksje Magdy:

Ten poród nie był dla mnie przeżyciem mistycznym. Większą część porodu czułam się (pomimo nasilającego się bólu) dobrze, bezpiecznie, spokojnie. Wczuwałam się w swoje ciało i wiedziałam, czego potrzebuję, by bolało mniej i poród przebiegał płynnie. Problemy zaczęły się wraz z bólem bioder mniej więcej na 2 godziny przed końcem. Ból był tak wszechogarniający, że straciłam kontakt ze swoim ciałem. Straciłam kompletnie kontrolę, nie byłam w stanie zrobić nic, by ulżyć sobie w cierpieniu, czułam się bezbronna. Na wszystkie próby pomocy ze strony Wioli i jej pytania, czy tak jest mi lepiej, a może jednak jeszcze jakoś inaczej, odpowiadałam nieprzytomnym: „nie wiem, nie wiem”. Także tak, ta część porodu była najboleśniejszym doświadczeniem w moim życiu. Nigdy nie przeżyłam czegoś nawet odrobinę zbliżonego.

Myślę, że pierwsze 24 godziny po porodzie moja głowa najbardziej zajęta była próbą przyswojenia sobie i jakoś poukładania, jak to możliwe, że to tak straszliwie bolało. Ale pomimo tego nie mam złych wspomnień z porodu, nie czuję się źle. Co więcej, gdybym mogła wrócić i zdecydować jeszcze raz, to podjęłabym taką samą decyzję. Dlaczego?

W całym tym doświadczeniu było coś takiego szalenie oczywistego… nie wiem, czy to dobre słowo… może bardziej „naturalnego”? Teraz całą sobą mam poczucie, że dom to jest miejsce, gdzie ludzie nie tylko żyją, ale powinni przychodzić na świat i umierać. To daje jakiś taki spokój i poczucie, że wszystko jest dobrze i tak, jak powinno być. Krąg życia. Dom to jest miejsce, gdzie powinniśmy witać nowe życie.

Niesamowite było dla mnie ile we mnie nagle spokoju, ile cierpliwości zarówno wobec Małej, jak i wobec dziewczyn. Że pomimo niewyspania i zmęczenia czuję się spokojna. Wiem, że robię dobrze, wiem, że wszystko, co trudne, niedługo minie. Co więcej, minie tym szybciej, im więcej ja zachowam spokoju. Nie mogłam się nadziwić, że gdy ja jestem pełna spokoju, to cały nasz dom, cała nasza rodzina jest spokojna. Patrzyłam na spokojne, radosne dziewczynki, które bawiły się razem zgodnie i radośnie, przytulałam się do Pawła, patrzyłam na śpiącą w chuście Małą. Tydzień po porodzie nasza rodzina nadal „unosiła się nad ziemią”. Teraz widzę, jaką matką mogę być, gdy zatroszczę się o… siebie samą. Jaką matką mogłabym być dla Najstarszej, gdyby tylko nikt nie zniszczył naszego powitania i naszych pierwszych wspólnych dni. Z jednej strony czuję straszny smutek, że nie potrafiłam być taka dla żadnej z dziewczyn wtedy, na początku. Z drugiej strony cieszę się, że mogą mieć taką matkę teraz.

To jest to, co zyskałam dzięki porodowi domowemu – początek, którego nikt nam nie zburzył, nie utrudnił. Dzięki temu wiem, jaka mogę być. I nawet, gdy w różnych momentach będzie mi gorzej, to będę miała w pamięci, że potrafię być też świetną matką i że da się do tego wrócić. I one też będą to wiedziały.

Więcej refleksji Magdy, zdjęć, a także historia porodowa widziana oczami jej męża Pawła oraz przyjaciółki Marysi na blogu Magdy: http://www.matkaskaut.pl/porod-domowy-po-cesarskim-cieciu-historia-moja-i-pawla/

Muszę przyznać, że lubię rodzić dzieci (Kraków – Pyskowice)

W naszym kraju jakość opieki położniczej i wsparcia dla porodów po cięciu cesarskim uzależniona jest niestety od miejsca. W szczególności widoczne jest to w przypadku porodu po 2 cc. Ten sam przypadek w niemalże tym samym czasie potrafi być oceniony w skrajnie różny sposób przez lekarza antyVBAC i proVBAC. Dochodzimy niejdnokrotnie do absurdalnej sytuacji, gdzie o to co normalne i naturalne trzeba walczyć  – do sytuacji, w której kobieta pragnąca podjąć próbę porodu naturalnego  musi stawić czoła straszeniu i graniu na emocjach (które są formami psychicznej przemocy!), w której z ust profesjonalistów medycznych, którzy powinni posługiwać się aktualną wiedzą medyczną, otrzymuje informacje sprzeczne z aktualnymi badaniami i rekomendacjami (NIE stan po 2 cc NIE JEST BEZWZGLĘDNYM wskazaniem do cc! Wystarczy spojrzeć w rekomendacje ACOG 2010 i 2017 czy RCOG 2015). Dochodzi w końcu do sytuacji, w której kobieta chcąc uniknąć walki o swój poród i bycia zaszczutą na sali porodowej, zmuszona jest uprawiać tzw. turystykę porodową. I choć w obecnych warunkach zachęcam kobiety do korzystania z takich właśnie rozwiązań, mam nadzieję, że w przyszłości uda się wypracować dobrą zmianę i zdrowe proVBACowe nastawienie na wzór wymienionych w poniższej historii szpitali w większości ośrodków w Polsce. Zapraszam do lektury hisotrii Ani:

keep-calm-and-vba2c-on

Około 32 tc pani ginekolog zaczęła wspominać o kolejnym cesarskim cięciu. Wspomniała, że stan po dwóch cięciach jest bezwzględnym wskazaniem do cięcia i po jednym to można jeszcze próbować rodzić naturalnie, ale po dwóch to wykluczone. Ja wiedziałam, że tak będzie, więc powiedziałam, że nie mam nic przeciwko cięciu, ale na pewno nie zgodzę się na cięcie przed rozpoczęciem akcji skurczowej. Dowiedziałam się, że nikt w Krakowie się nie zgodzi na takie czekanie, że podczas skurczów może pęknąć mi macica, że uszkodzi się pęcherz, że umrze dziecko i że w mojej sytuacji należy zrobić cięcie na 2 tygodnie przed terminem porodu, bo tu chodzi o moje bezpieczeństwo i bezpieczeństwo dziecka. Teoretycznie cel miałyśmy wspólny, bo mi też zależało na naszym bezpieczeństwie, tylko inaczej sobie to wyobrażałam. Na zakończenie usłyszałam, żebym sobie to jeszcze przemyślała dokładnie i że ma nadzieję, że choć trochę mnie nastraszyła skutkami tak nieodpowiedzialnej decyzji. Argument strachu nie przemówił do mnie, natomiast przekonał do zmiany szpitala na bardziej przyjazny.

W Krakowie znałam tylko jeden bardziej przyjazny szpital (akurat remontowany, ale remont miał się teoretycznie skończyć w dniu terminu mojego porodu), więc w 35 tc udałam się do lekarki mającej doświadczenie w porodach po 2 cięciach. Wizyta była bardzo merytoryczna, wywiad optymistyczny, niestety na USG okazało się że macica jest bardzo cienka na granicy z pęcherzem (miejscami do 1.3 mm) i w takiej sytuacji pani doktor nie wyraziła zgody na próbę porodu siłami natury i zgodziła się z moją lekarką, że jeszcze przed rozpoczęciem akcji skurczowej powinnam zgłosić się na cesarskie cięcie do szpitala. Wracałam do domu i powtarzałam jak mantrę „Bądź wola Twoja” i że przecież „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. W końcu nie liczy się grubość blizny a jej elastyczność, a moja blizna powinna być elastyczna, bo zaraz po drugim cięciu chodziłam do fizjoterapeutki, która stwierdziła, że jestem stworzona do rodzenia. Ponadto żadnych dolegliwości ze strony blizny nie miałam, więc zadzwoniłam i umówiłam się jeszcze na wizytę kwalifikacyjną do porodu w Szpitalu Św. Zofii w Warszawie i w Pyskowicach.

W 37 tc znów wypadała wizyta u mojej ginekolog. Kolejny raz ta sama gadka z końcowym jej wnioskiem, że ona nie wie jak ma do mnie dotrzeć i że jak przyjadę do szpitala ze skurczami to od razu będzie cesarskie cięcie, dużo bardziej skomplikowane i ryzykowne niż takie wykonywane bez skurczów. Trzy dni później pojechałam do Warszawy. Tam blizna w pomiarze 4mm, dziecko poniżej 3 kg i brak jakichkolwiek przeciwskazań do podjęcia próby porodu siłami natury. I zupełnie inna rozmowa, że ostatnio mieli nawet poród naturalny po 3 cięciach cesarskich i że nie rozumieją tego strachu przed porodami naturalnymi po cięciach. Dostałam zielone światło na podjęcie próby, także zostało ewentualnie dopracować logistykę i zastanowić się nad turystyką porodową.

Jakby Warszawa okazała się za daleko, to tydzień później pojechałam na wizytę na Śląsk. Wszystko pięknie, tylko znowu blizna wyszła cienka na USG, ale doktor stwierdził, że u pacjentek po cięciach te blizny takie są, i spokojnie możemy spróbować. Jeszcze dał mi telefon do położnej, która najlepiej będzie potrafiła ocenić możliwości i wspomóc poród po 2 cięciach. Zadzwoniłam i umówiłyśmy się na spotkanie na początku kolejnego tygodnia.

Dużo czasu na przygotowania zgodnie z zaleceniami pani Wiesi nie było. Wstępnie umówiłyśmy się zatem 1.06 po południu na badania w szpitalu. Najgorsze, że tuż przed długim weekendem przyplątała się jakaś infekcja, która ograniczyła moją aktywność. Zatkany nos i duszący kaszel nie sprzyjały przygotowaniom do porodu, ale nie przeszkodziły w planowanym wyjeździe na wieś. Trochę odpoczęłam, zregenerowałam siły, spakowałam torbę do szpitala jakby okazało się coś nie tak i 1.06 pojechaliśmy z mężem na badania do Pyskowic. Dotychczas jedynie brzuch mi się obniżył, a w drodze na wszelkich nierównościach zaczęły pojawiać się nieregularne skurcze przypominające bóle miesiączkowe. Dużo ich nie było, szybko się wyciszyły, ale zrobiły swoje, bo pani Wiesia po badaniu stwierdziła, że rozwarcie jest na 3 cm, główka pięknie przyparta i dobrze by było żebym została w szpitalu na obserwacji.

Zostałam. Na ktg zero skurczów, zresztą nawet brzuch się nie spinał. Pani Wiesia kazała dzwonić jak zaczną się regularne bóle. Ustaliliśmy z mężem żeby wracał do dzieci i przyjechał jutro, bo na razie cisza, więc sobie poczytam i pójdę spać. Jak się położyłam to przed północą pyknęły wody (ale niewiele ich wypłynęło) i zaczęły się skurcze co 7-8 min. Zadzwoniłam do pani Wiesi, spakowałam się na porodówkę (tam już 5-6 cm rozwarcia), podłączono mnie pod ktg (co ciekawe na prawym boku ze względu na ułożenie dziecka – aż się zastanawiam czy moje poprzednie cięcia z powodu zagrażającej zamartwicy płodu nie wynikały z mojej niewłaściwej pozycji), przyjechała pani Wiesia. Cudownie mnie wspierała i pomagała dziecku się urodzić. Poród był ekspresowy, i mimo że byłam cały czas podłączona do ktg to przerwy między skurczami dawały mi wytchnienie. Przy parciu marzyłam o pozycji wertykalnej i prysznicu, i choć pani Wiesia próbowała chronić moje krocze to w pewnym momencie jej nie posłuchałam i pękłam (ale nie dużo, nawet nie poczułam tego). Synek wyślizgnął się niewiadomo kiedy – pamiętam, że parłam a chwilę potem był na moim brzuchu. Taki malutki i ciepły (choć największy spośród mych dzieci – 3300 g i 51 cm). Jeszcze przecięłam pępowinę kiedy już przestała tętnić. A potem mieliśmy 2 cudne godzinki przytulania dla siebie, i później prysznic, i jedzenie po wysiłku, i dalsze rozkoszowanie się cudem narodzin.

Cała akcja od rozpoczęcia skurczów trwała około 1,5 h, bardzo szybko, mimo że poprzedni poród skończył się cesarskim cięciem przy 6 cm rozwarcia. Może to też zasługa wiesiołka, może daktyli, może liści z malin, może olejku z migdałów, może spokoju i sporej ilości relaksu pod koniec ciąży. Na pewno jestem wdzięczna pani Wiesi – będąc pod jej opieką czułam się bezpiecznie, ufałam jej wiedzy i doświadczeniu. To był naprawdę dobry i piękny poród, spokojny i bez pośpiechu, taki całkowicie mój. Pozwolił mi też zrozumieć moją mamę, która powtarza że ona woli rodzić dzieci niż chodzić do dentysty. W sumie nie mam nic przeciwko chodzeniu do dentysty, ale poród siłami natury jest niezwykłym doświadczeniem. I mimo bólu czy zmęczenia, muszę przyznać, że lubię rodzić dzieci.

Doping, oparcie i stawianie do pionu (Pyskowice)

Weronikę w drodze do VBAC dzielnie wspierał przede wszystkim mąż i położna. Miała też szczęście (a może przede wszystkim własną inicjatywę) spotykac lekarzy wykazujących rozsądną i opanowaną postawę proVBAC. Chęci do poszukiwania takiego porodowego teamu życzmy każdej VBACowej mamie.

Nadszedł i czas na moją historię, ale zacznę od początku.

26.04.2016 na świat przez cc przychodzą bliźniaczki. Nie mam żalu, bo to było cięcie ratujące życie. Trafiłam w 32 tc na IP po odejściu czopa. Tam na ktg pisały się skurcze, których nie czułam. W badaniu ginekologicznym okazało się, że są 4 cm rozwarcia. Decyzją ordynatora trafiłam na porodówkę i podłączono mi fenoterol, by zahamować akcję. Ostatecznie po 15h powstrzymywania akcji zapadła decyzja o cięciu cesarskim. Pełne rozwarcie. Jedna z blizniaczek położenie pośladkowe, natomiast druga poprzeczne. Jedyne co mnie boli, że mogłam zobaczyć dzieci po pionizacji i to nie tak zaraz.

Sierpień 2017 dwie kreski na teście ciążowym. Termin z om na 21.04.18. Na początku nie myślałam o porodzie, chociaż wiedziałam już, że mogę starać się rodzić naturalnie, aczkolwiek niektóre źródła wskazywały, że 2 lata to tak na granicy i nie wszyscy się zgodzą. Całą ciążę drżałam, by nie było powtórki z rozrywki, chociaż wszyscy mówili mi, że ciąża pojedyncza to nie ciąża bliźniacza i wcale nie muszę urodzić przed czasem. Później obawy jak dać sobie radę z dwójką dwulatek i noworodkiem. W 28 tc pojawiły się częste skurcze. Zaczęłam brać magnez i duphaston. Całe szczęście szyjka długa i zamknięta. Stres całkowicie minął, gdy minął 32 tc. I pojawiło się widmo porodu.

Napisałam na grupie wsparcia i okazało się, że w Sosnowcu z automatu trafiłabym na stół. Krótki wywiad po znajomych i grupie wsparcia i okazuje się, że wszyscy polecają Pyskowice. Mnie osobiście przeraża odległość, ale mąż mówi, że damy radę. Zaczynają się wielkie przygotowania do porodu. Wszystko zgodnie z instrukcjami pani Wiesi Domin. Kwalifikacja do vbac u ordynatora pozytywna. Zielone światło jest i od mojego lekarza prowadzącego. 37+6 wizyta u lekarza prowadzącego. Okazuje się, że ciśnienie 150/90. Skierowanie do szpitala i każe jechać do szpitala o wyższym poziomie referencyjności. Ja już byłam przerażona, bo nie ma z kim zostawić starszaków. Dziadek miał dojechać po weekendzie. Ostatecznie dziewczyny zostały z sąsiadami. Mnie prawie było już wszystko jedno i bliska byłam odpuszeniu vbac, ale mój mąż zachował zimną krew i zadzwonił do pani Wiesi. Ona kazała przyjeżdżać do Pyskowic.

883

W szpitalu doktor stwierdził, że tu powinno być wdrożone leczenie i powinnam zostać w domu, ale przyjął mnie na oddział. Zrobił USG i według szacunków dziecko miało mieć 4 kg, w co nie wierzyłam, bo kilka dni wcześniej na kwalifikacji dziecko miało mieć 3kg, a na wizycie u mojego lekarza tego samego dnia wychodziło 3,5kg. Przez weekend okazało się, że to był widocznie jednorazowy skok ciśnienia. Wypis dostałam w poniedziałek. Nikt nie wierzył, że szybko urodzę, bo nafaszerowali mnie magnezem.

Po powrocie do domu zabawa z blizniaczkami, spacer i plac zabaw. Poszłam spać i około 2 obudzily mnie skurcze. Pod prysznicem nie wyciszyly, więc o 3:30 wyjechaliśmy do Pyskowic. Skurcze co 5-6 minut po 40-50s. Zostaliśmy przyjęci i od razu ktg. Na ktg skurcze nie pisały się, a mnie bolało. Nikt za bardzo nie wierzył, że rodzę. Rozwarcie na 2 luźne palce i zapowiedź, że może się pospieszyliśmy. Później prysznic, lewatywa. Rozwarcie na dwa luzne palce. Później ktg i podczas badania ginekologicznego poszły wody. Dopiero po tym zaczęły pisać się skurcze i w ciągu 30 minut doszło do pełnego rozwarcia. Przejście na fotel i 10 minut partych i córeczka była już z nami.

baby_foot_black_and_white

Nawet nie wiedziałam kiedy urodziłam łożysko. Obeszło się bez nacięcia krocza, założony 1 szew. I wbrew przewidywaniom córeczka urodziła się ważąc 3380g. Cudowne 2h kangurowania i później obecność córeczki na sali ze mną zrekompensowały mi czas po pierwszym porodzie. Po 2 h prysznic i mogłam juz być cały czas na nogach. Cudowne uczucie. I po 2 dniach do domu.

I w sumie na koniec najważniejsze, co zawsze podkreślam, że gdyby nie mąż i położna pani Wiesia vbac by się nie udał. Doping, oparcie i stawianie do pionu. Ze strony położnej komendy i mądre kierowanie porodem. Nie będę ściemniać, że nie bolało. Bolało i momentami mówiłam, że nie dam już rady, ale wtedy wkraczał mąż i stawiał mnie do pionu i pilnował mojego oddychania.

I tak już na koniec. Pani Wiesia powiedziała nam, że skurcze mogły się nie pisać na ktg, bo macica po blizniakach była rozciagnieta. Dopiero, gdy część wód odeszła cokolwiek się pojawiało. Nie zdążyłam nawet prosić o żadne znieczulenie. Korzystałam z prysznica oraz oddychania, a gdzieś w tle leciała muzyka. A z blizną nic się nie stało. W ogóle nie czułam, że ją mam. Później tylko mama (położna) mówiła mi, że jak lekarz przy którym siedzi w poradni K dowiedział się o moim vbac stwierdził, że za to kryminał, ale to starej daty ginekolog.

Pięknie jest rodzić! (Łódź)

Pierwsze dzieciątko Iza urodziła przez cięcie cesarskie „na zimno”. W drugiej ciąży mimo wielu przeciwności – cienkiej blizny w pomiarze USG, żelaznej, nierokującej porodowo szyjki, zamknięcia szpitala, w którym planowała rodzić – nie poddała się i zawalczyła o swój VBAC. Oto historia narodzin jej pięknej córeczki o imieniu Liwia.

Jak wiele z Was marzyłam o tym, żeby to napisac ! Wciąż nie wierze ze to pisze:) UDAŁO SIE !!! 15.05 na świat przyszła moja córeczka… a jeszcze dzień wcześniej szukałam wsparcia na grupie i rad w kontekście wywoływania porodu :) bo nic się nie działo… a teraz mogę przedstawić Wam moją historię – uwaga jest baaardzo długa !

Pierwsze cc 03.2014 w 40+6tc wg usg synek 4,5kg – słyszę: żelazna szyjka, duża główka, nic sie dzieje „ja bym ciął” mówi lekarz. Dodatkowo w TV głośna sprawa sztangisty Bąka, którego bliźniakom za późno zrobili cc i jedno zmarło. Nerwowo. Nieświadoma i trochę zastraszona zgadzam się na cc na zimno. Poród przez cc bardzo szybki – po wszystkim pytam tylko czy zdrowy? Zdrowy. To najważniejsze! Pytam ile waży – prawie 4kg, główka 37cm (!) Mimo to w głowie od razu pojawia sie myśl – „a może dałabym radę?!?!” Nie mam emocji… Nie czuje NIC… Nie jestem wzruszona. Bardziej wzrusza mnie widok męża kangurującego synka, niż sam synek. Mąż się cieszy, ja nie czuje żadnego macierzyńskiego instynktu. Wiem, że to mój synek, chce dla niego dobrze, próbuje wejść w te rolę, ale nie potrafię. Nie umiem! Nie kocham jeszcze… Pustka i żal za czymś czego nie doświadczyłam. Dodatkowo ogromne problemy z karmieniem, infekcja synka, koszmarne kolki, problemy z czuciem głębokim. Wszystko to sprawia, że zdaje sobie sprawę, że ani ja ani on nie byliśmy na to jeszcze gotowi. Z dnia na dzień ktoś go wyrwał z brzucha, nagle, nie uprzedził i nie przygotował nas na to. Płaczę dzień w dzień. Mam bardzo intensywny Baby Blues trwający pare miesięcy [Baby Blues czyli smutek poporodowy będący zjawiskiem dotykającym nawet 80% matek i nie wymaga lecznia, powinien minąć maksymalnie do 2 tygodni po porodzie. Dłuższe występowanie stanu obniżnonego wykracza poza ramy fizjologii – przyp.red.] . Jednym słowem – KOSZMAR tak moge opisać „nasz” pierwszy czas. Trudno nazwać go „macierzyństwem” …

Druga ciąża tp. na 15.05.2018. Już wcześniej natknęłam sie na grupę Wsparcia Naturalnie po Cesarce, ale gdy tylko zobaczyłam dwie kreski zaczęłam ją bacznie obserwować. Czytać i czytać, i czytać. Wiedziałam już, że nie popełnię tego samego błędu. Nie chce pociąć się na zimno. Zbyt wiele nas to kosztowało.

W Łodzi zaczyna działać ProFamilia chcę tam rodzić, moim lekarzem jest jej ordynator, nie widzi przeciwwskazań do próby vbac, bo o to pytam na 1 wizycie. Ciąża mija książkowo, chodzę na basen 2 razy w tygodniu i prawie codziennie na długie spacery. Nie przyjmuję praktycznie żadnych witamin, tylko staram sie dostarczyć wszelkich składników odżywczych dietą (sa teorie, że witaminy „futrują” dzieci, a w poprzedniej ciąży brałam m.in 6tabletek magnezu dziennie). W międzyczasie lekarz mierzy bliznę 0,8mm-2,3mm i ma wątpliwości… Niby mówi, że liczy się jej elastyczność, ale z drugiej strony trochę straszy, że jednak bardzo cienka, że on już widział porody jak do otrzewnej sie dzieci rodziły… ostatecznie daje zielone światło. Boje się bardzo, naprawdę bardzo (!), ale się nie poddaję – często na grupie pytam o bliznę, czytam koleje statystyki i badania. Próbuje przygotwać się najlepiej jak się da. W ciąży tylko raz miałam pożądane przepowiadacze, nic więcej. Żadnych bóli…

Przychodzi 8.05, termin z USG, na badaniu lekarz uświadamia mnie, że moja szyjka wciąż jest żelazna, że to nie wróży dobrze i że… zamykają ProFamilie. Zostaję na lodzie. Pozostawiona sama sobie. Moje poczucie bezpieczeństwa zostaje mocno zaburzone. Dobrze, że mam położną. Decyduje się na Salve. Przez cały tydzień dużo chodzę po ok. 4km, od miesiąca biorę wiesiołek i pije herbatę z liści malin, chodzę na zajęcia z dna miednicy do Fizjoterapeuty uro-ginekologicznego, wdrażam rownież prostaglandyny z nasienia męża :) W zasadzie to można rzec, że nie oszczędzam sie :) ale samopoczucie mi na to pozwala, poza tym, że jestem słoniem i wszystko mam spuchnięte, to czuję się świetnie :)

14.05 dzień przed terminem z OM, rozpiera mnie energia, robię zakupy, obiad, piekę ciasto, piekę tartę na kolacje. Wieczorem spotykamy sie jeszcze z przyjaciółmi. 15.05 mam ktg i badanie w Salve, ordynator bada mnie i mówi, że szyjka a raczej jej ujście może przepuszcza opuszek, ale że zupełnie nie jest gotowa: długa i żelazna. Robi mi niespodziewanie „masaż”. No nie powiem, bolało! Daje mi tydzień maks, jesli ktg bedzie ok. Nie pyta o bliznę. Po wyjściu jadę z teściowa na lunch, czuję co jakiś czas lekkie skurcze, myślę sobie, ale mnie wymasował :) Po lunchu wracam do domu i wskakuje na piłkę kręcić biodrami, skoro coś tam sie dzieje, to może pomogę w ten sposób skrócić się choć troszkę tej szyjce. Gadam przez telefon z mama, z koleżanką i zauważam że są coraz częstsze. O 14.50 zaczynam je liczyć i zauważam, że są co ok. 4minuty i trwają początkowo ok 15-20sekund, bolesne z krzyża. Po 30minutach dzwonię lekko zaniepokojona do położnej, ale ona stwierdza, że to jeszcze nie to, żebym na łożku się położyła i sprawdziła czy w ogóle twardnieje mi brzuch. Nie jestem już w stanie, bo z każdą minutą, każdy skurcz nabiera na sile, zwala mnie z nóg, podczas skurczu nie ma ze mną kontaktu, pomiędzy nimi dzwonię do męża, że to chyba jeszcze nie to, ale ja nie jestem w stanie odebrać synka z przedszkola i żeby on to zrobił i przyjeżdżał już.

Skurcze są dłuższe i juz chyba co 3 albo nawet co 2 minuty! Nie moge wytrzymać, ból jest nie do zniesienia! Myśle sobie „kiedy te kobiety maja czas brać prysznic czy dopakowywać torbę?!?!?!” Ja nie jestem juz w stanie zrobić nic!!!! Dzwonię po teściowa!!!! Krzyczę żeby przyjeżdżali, JA CHCE DO SZPITALA !!!! Mąż i teściowa są jakoś po 16, nie wiem dokładnie, tracę rachubę, synek płacze na mój widok, nie chce puścić. Jedziemy! Jezu, jest godzina szczytu, a my musimy przedostać sie na drugi koniec miasta!!!! Podczas korków krzyczę do męża TRĄB !!!!! Skręca mnie w aucie, nie moge znaleźć sobie miejsca! Każda dziura, każde hamowanie to jakaś masakra !!! Mąż próbuje mi coś opowiadać, on chyba nie zdaje sobie sprawy ze to już, No bo jak to? Tak nagle? Taka żelazna szyjka… nie wiem co mi opowiada, jestem już troche na innym świecie.

Dojeżdżamy! Nie wiem która jest, chyba koło 17? Każdy skurcz zgina mnie w pol! Nie jestem w stanie w ogóle odpocząć pomiędzy skurczami. Sa bardzo często? Co 1-2minuty. Ktg ok, badanie: szyjka zgładzona, cieniutka, 2cm rozwarcia. Że co???? TYLKO 2cm????? To co bedzie pózniej? Proszę o znieczulenie. Chce odpocząć! Moja Położna Anioł pobiera krew i przygotowuje salę na porodówce, przechodzimy. Jezu to ja rodzę? :) Naprawdę? Tak! To był jakiś amok, jak jakiś maraton, z minuty na minutę skurcze nabierały na sile, ból z brzucha zupełnie przyćmiewał BOL Z KRZYŻA !! Ten był okropny! Mam wrażenie, że nikt do końca mi nie wierzy, że tak mnie boli bo przecież tylko 2cm było. To wszystko trwa… Przychodzi anestezjolog, wesoły, fajny ale pierwsze wkucie nie wychodzi, przez cewnik leje sie krew, każą czekać, sam do końca nie wie co sie stało  – Jezu ja juz nie mogę! I ta pozycja po turecku…. Strasznie sie wtedy zdenerwowałam, somatycznie mój organizm odreagowuje lęk w postaci „trzęsienia” sie :) Mają problem by wkuć sie drugi raz, bo skurcz jest za skurczem! Przyznają, że bardzo często je mam, ale nie ma odwrotu. Cały ten czas jedyne co mi pomaga to to, że skupiam się na oddechu! Apartament dla maluszka, apartament dla maluszka powtarzam sobie. Wolniej, wolniej! Godzina 19 – wkuli sie. „Za 15 minut poczuje Pani ulgę! Znieczulenie bedzie trwało ok 1-1,5h” mówią. Taaak czekam na tą ulgę!!!!! Położna mnie bada, jest już 5cm!!! O Boże to dlatego tak bolało, za chwile mówi: nie 7cm juz mamy!!! I wtedy zaczynam czuć ulgę! Błogie NIC w plecach…. Od 7cm działa znieczulenie. Wołają męża, gasimy światło, włączamy muzykę. Odpoczywam. Rozmawiamy sobie. Jezu ja w końcu odpoczywam. Jestem szczęśliwa. Nie moge uwierzyć do końca w to co sie dzieje. Jest cudownie. Nikt nie pyta o bliznę, wszyscy sa bardzo mili. W między czasie przychodzi moja cudowna położna i mnie bada: 8cm, za chwile 9cm… Mówi „Pięknie to postępuje! Jestem pod wrażeniem!”

Ok 20 zaczynam czuć silne parcie w pochwie, za chwile dochodzi parcie w kroczu, zaczynam „czuć” wszystko coraz bardziej. O 20.30 pękają wody, czyściutkie, mamy PEŁNE ROZWARCIE!! Przed każdym skurczem moje ciało trzęsie tak jakby wiedziało co zaraz „nadjedzie” :) Leżę na lewym boku z noga ugiętą w kolanie, przyciągam ją w trkacie skurczu i preeee! Z nagrań hipnozy powtarzam sobie, że muszę otworzyć się na skurcz, że jest mi on potrzebny, nie bać sie go. Oddycham. Położna proponuje zmianę pozycji: to jest coraz silniejsze, jestem w amoku, ale robie co mi każe, przechodzimy w kucka, mąż mnie trzyma pod ramiona i preeeee. Ta pozycja chyba bardzo mi pomaga; a raczej Liwi:) Nic nie widzę – słyszę tylko, że mąż prze ze mną 😀 Był baaardzo dzielny! Tak kilka razy, potem kładziemy sie na fotel, potem znowu schodzimy na podłogę i w kucka. Nie miałam siły, ale ufam położnej, że wie co robi.

Nagle czuje COŚ, położna mówi: NIE PRZYJ!!! Kładziemy sie z powrotem na fotel, czuje coś między nogami, Jezu! Pyta mnie czy chcę dotknąć główki, ale jestem w takim szoku, że to już, sama nie wierze w to co sie dzieje i mówię do męża by on to zrobił. Jeszcze jedno parcie i słyszę ten glos!!! Widzę kontem oka to różowe ciałko, nogi były jeszcze w środku, jeszcze jeden raz i JEST !! Ona cudowna, taka cieplutka, z ciemnymi włoskami! Moja córka! MOJA !!!!! Czuje to od razu! Emocje nie do opisania. Juz nic mnie nie boli. To coś najpiękniejszego czego doświadczyłam. Odczarowałam cały poród ze synkiem. Ból po cc, ten psychiczny a teraz … Jezu, pięknie jest rodzić! Móc od razu zająć się swoim dzieckiem, być wszystkiego świadomym i mieć na wszystko wpływ i przede wszystkim CZUĆ! 😍 Bezcenne.

Iza Melon

Córeczka urodziła sie o 21.17 czyli 6,17h od momentu jak zaczęłam liczyć pierwsze skurcze. Ważyła 2970 wiec kg mniej od swojego brata, ciekawe czy brak sztucznych witamin miał tu swój udział?:) Przypominam, że jeszcze tego samego dnia o 11.30 gdy badał mnie lekarz – stwierdził ze szyjka w ogóle NIE JEST jeszcze gotowa ! Wiec dziewczyny „ TAK” – możliwe ze nie ma żadnych przepowiadających oznak:) Faza parta trwała ok 40 minut i była dla mnie dużo lżejsza nic skurcze. Wiecie dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mogłam miedzy tymi skurczami odpocząć, przygotwać sie na kolejny, a jak córka wstawiała sie w kanał, czyli całe to dochodzenie do 7cm było tak intensywne, bez praktycznie żadnych przerw, że przez chwile myślałam, że naprawdę nie dam rady, po prostu pragnęłam odpocząć. Ostatnie 2 a nawet 3 cm byłam znieczulona, ale rozwarcie i tak pięknie postępowało. To był bardzo potrzebny moment by zebrać siły na pózniej :) i tak tez sie stało:) Potem tylko mieliśmy duży problem z urodzeniem łożyska, nie wiem czemu:( dopiero wtedy dostałam jakaś maleńka dawkę oksytocyny. W końcu po godzinie urodziłam łożysko, ale brakowało im błon wiec musieli mnie wyłyżeczkować na wszelki wypadek, ale mnie już było wszystko jedno:) Miałam ją na sobie i męża obok.

Dziewczyny zaufajcie sobie i swoim ciałom. Przygotowujcie sie, bądźcie świadome. Oddech, ćwiczcie oddech to mi bardzo pomogło, skupiając sie na nim próbowałam odwrócić uwage od bólu:) Akceptujecie strach – ja bałam sie bardzo, straszyli mnie ta blizną całą ciążę, ale nie poddałam sie. Dziękuje WAM za ta grupę! Dziękuje, że trafiłam na cudowna położną Dorotę Hałaczkiewicz, która była po prostu aniołem. Jej spokój, wiara i wsparcie są warte każdej złotówki! Dziękuje mężowi i dziękuje sobie, że nie zwątpiłam :)

Ucieczka spod noża (Rzeszów – Rycerska)

VBAC to bardzo często wypadkowa wielu czynników – warunków fizycznych, determinacji i przygotowania mamy, współpracy rodzącego się maleństwa, wsparcia personelu, a czasem także  trochę uśmiechu losu. Choć może ten uśmiech losu to tak naprawdę wskazówka dla osób sprawujących opiekę nad rodzącymi po cc  i dla samych rodzących – by zbyt szybko nie wydawać wyroków o porodzie, by mieć więcej wiary i więcej cierpliwości…. Sami oceńcie! Zapraszam do lektury historii Aleksandry.

Od dłuższego czasu śledzę Wasza stronę Naturalnie po cesarce i to dzięki Wam zdecydowałam się na poród naturalny po pierwszym cesarkim cięciu. Ale może zacznę od początku…
12 styczeń 2016 – na świat przyszła Nasza córeczka – przez CC z powodu złego ułożenia. Długo dochodziłam do siebie, przy córeczce było mi ciężko cokolwiek zrobić. Na noc oddawałam ją do pielęgniarek, bo nie dość, że rana okropnie bolała, to jeszcze mój kręgosłup odmówił posłuszeństwa po znieczuleniu (nie mogli się wbić i byłam XX razy kłuta). Było ciężko, ale córeczka wynagrodziła wszystko :)
Z mężem bardzo pragnęliśmy od zawsze mieć dużą rodzinę i zaczęliśmy starania o drugie dzieciątko. Udało się szybko, jednak początki były trudne, bo krwawilam. Lekarz (ten sam co przy pierwszym dziecku) uspokajał, że wszystko jest w porządku. I tak mijały miesiące, malutka rosła pięknie w brzuszku, blizna po cc idealna, więc lekarz dał wolną rękę co do porodu i zielone światło na sn. Bez wahania zdecydowałam, że chcę spróbować naturalnie. A więc zostało czekanie na pierwsze skurcze bądź odejście wód. Nastawiłam się bardzo pozytywnie i optymistycznie, że na pewno się uda, że dam radę, że wszystko będzie w porządku :) I zaczęło się…
W poniedziałek (23.04.2018) w nocy dostałam skurczy co 15minut. Rano miałam jechać na ktg i tak też zrobiłam. Skurcze się zapisywały. Udałam się do swojego lekarza – zbadał mnie i mówi, że wszystko wysoko zamknięte i jeszcze czas. Więc wróciłam do domu. Zaczęły się skurcze co 10min, (zaznaczę, że z krzyża), wieczorem odszedł czop i zaczęłam krwawić, skurcze już co 7 min, więc zdecydowałam, że pojadę sprawdzić co się dzieje. Na IP zdecydowali, że mnie zostawia. Lekarz zbadał i dalej to samo, wysoko wszystko i rozwarcie na opuszek. Dali mnie na patologie ciąży. Mąż pojechał po północy po wszystkich formalnościach, a ja sobie siedziałam na łóżku i miałam mega doła, że zostałam tam sama (mam mega uczulenie na szpitale). Płakać mi się chciało, że nie wiadomo ile jeszcze tam będę leżeć skoro na poród się nie zapowiada. Ale długo czekać nie musiałam, bo o 3,40 filmowo odeszły mi wody :)
Lekarz zbadał i stwierdził rozwarcie na 1 palec. Poszłam na porodówkę. Dostałam pokój, zadzwoniłam po męża i akcja powolutku zaczęła się rozkręcać. Skakałam na piłce (w sumie cały poród) a mąż na skurczach masował mi krzyże, bo ból był naprawdę duży w kręgosłupie. Miałam super położną ( Panią Anię S.) i dwie studentki, które były przy mnie cały poród i wspierały jak mogły!!!
Po kilku godzinach kolejne badanie i rozwarcie bardzo kiepsko postępuje. Usłyszałam 2,5 palca. Załamka bo gdzie tu do 5???!!! Ale nie poddawałam się. Skurcze zrobiły się coraz częstsze i silniejsze i gdy były co dwie minuty i trwały dwie minuty było mega ciężko, ale wiedziałam, że muszę być dzielna dla mojej kruszynki malutkiej.
Tak doszłam do 9,5cm rozwarcia. I co??? I akcja porodowa ustała, główka nie wstawiała się w kanał rodny. Skurcze minęły jak ręką odjął. Chwilę czekali i padła decyzja o cc. Strasznie się podłamałam, ale wiedziałam, że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby urodzić naturalnie. Dostałam nawodnienie w kroplówkach, jakieś leki, pobrali krew, a że sala operacyjna była zajęta, to kazali czekać. Po jakichś 40 min przyszła doktorka, podpisałam wszelkie dokumenty i miałam z nią iść. I tak schodząc z łóżka dostałam nagle silny skurcz, więc poprosiłam, żeby doktorka poczekała, bo nie dam rady iść  – tak coś dziwnie mnie napierało. Studentka patrząc na mnie mówi „Pani prze” a ja w szoku …
Nagle naleciało się mnóstwo personelu, szybkie badanie i okazało się, że główka wstawiła się i zaczęłam rodzić!!!!!!!! Na szybko zaczęli się ubierać, przygotowywać i tak po 15 min partych skurczy urodziłam cudowna córeczkę. Piękne uczucie, wspaniałe doświadczenie! Tym bardziej, że uciekłam spod noży !!!! Lekarze gratulowali, położna i studentki od początku wierzyły, że się uda i udało się, a ja sto razy powtarzałam „urodziłam, dałam radę, ja urodziłam”!!! I tak 25.04.2018 o godz. 15.05, po ponad 12 godzinach od odejścia wód urodziła się moja druga córeczka :)
baby_foot_black_and_white
Od kiedy zaczęłam czytać Wasza stronę marzyłam, abym mogła kiedyś podzielić się swoją historią porodu po cc i marzenie się spełniło!!!! Życzę każdej mamusi po cc, aby miała dużo siły i wiary w to, że można, że się uda i wszystko będzie dobrze!!! Jest to piękne uczucie urodzić naturalnie dzidziusia.
Dziękuję szpitalowi na Rycerskiej w Rzeszowie, całemu personelowi, który był ze mną, mojemu lekarzowi, ordynatorowi, za to, że wspiera vbac oraz Wam Naturalnie po Cesarce – za każdą historię i wiarę w to, że można, za uświadomienie Nam kobietom, że po CC nie można się poddawać i poród siłami natury jest realny!!!
Pozdrawiam !!!

Podróż po marzenia (Świdnica – Pyskowice)

Ciąża 5, w wywiadzie 2 x poród drogami natury i 2 x cięcie cesarskie, 17 miesięcy odstępu między porodami, położenie pośladkowe płodu w 39 tygodniu, szacowana masa płodu > 4 kg. Czy można w ogóle myśleć o porodzie naturalnym w takiej sytuacji? Poznajcie historię Ewy.

Jestem mamą 6 wspaniałych dzieci a to była moja 5 ciąża. Dwie pierwsze zakończone porodem naturalnym a dwie kolejne cesarskim cięciem. Dzięki temu, że doświadczyłam podwójnie dwóch rodzajów porodów wiem, że dla mnie najpiękniejszą (choć wcale nie łatwą) drogą przyjścia na świat dziecka jest poród naturalny.

CIĄŻĄ PIERWSZA 2005 r. Gdy byłam w pierwszej ciąży, było dla mnie oczywiste, że urodzę naturalnie tak jak moja mama troje swoich dzieci. Nie mogłam się doczekać dnia porodu, bo końcówka ciąży bardzo mnie wymęczyła. Moja pierwsza córka Oliwia (3820 g, 56 cm) przyszła na świat w sierpniu 2005 r. – poród naturalny 9 dni po terminie. Poród trwał zaledwie 4 godziny, ale był bardzo ciężki. W II okresie porodu ustała czynność skurczowa, a że personelowi się spieszyło to zastosowano chwyt Kristellera, nacięto krocze a łożysko na siłę położna wyciągnęła z brzucha. Zakończyło się to krwotokiem, szyciem i łyżeczkowaniem. Córkę zabrano bo byłam tak słaba (miałam silną anemię), że nie byłam w stanie zajmować się nią sama.

CIĄŻA DRUGA 2008 r. Drugi poród naturalny w grudniu 2008 r. – syn Kordian (3900, 57 cm) 6 dni przed terminem. Również trwał 4 godziny i zakończył się bez nacięcia i żadnych innych komplikacji. Piękny poród, bardzo świadomy a po 2 godzinach mogłam sama wstać, siedzieć, chodzić i zająć się synkiem, który cały czas był przy mnie.

CIĄŻA TRZECIA 2012 r. W 30 tygodniu ciąży zrobił mi się obrzęk w siatkówce oka. Z każdym tygodniem obrzęk się powiększał i utrudniał widzenie. W 39 t.c. podjęto decyzję o cc, ponieważ nie widziałam już nic chorym okiem i było ryzyko, że podczas porodu naturalnego siatkówka może się odkleić. W styczniu 2012 r. przez cesarskie cięcie przyszedł na świat mój drugi syn Kajetan (4180 g, 59 cm). Ból jaki czułam po cesarce jak puściło znieczulenie rekompensowała mi obecność synka po porodzie.

CIĄŻA CZWARTA 2016 r. Ta ciąża od początku była bardzo ciężka bo miałam wszystkie możliwe dolegliwości ciążowe, których nie miałam w żadnej poprzedniej ciąży. Okazało się, że pod sercem noszę nie jedno ale trzy szczęścia! Byliśmy w szoku bo w naszej rodzinie nigdy nie było nawet bliźniaków. Niestety, na kolejnym USG biły tylko 2 serduszka. Po wielu długich tygodniach spędzonych w szpitalu, udało mi się dotrwać z bliźniakami do 35 t.c. W czerwcu 2016 r. przez cesarskie cięcie przyszli na świat Miłosz (2450 g, 50 cm) i Mikołaj (2700 g, 51 cm) – nasze kochane M&M-sy. Chłopcy byli ułożeni główkowo a poród zaczął się regularnymi skurczami co 3 min. Niestety w szpitalu, w którym rodziłam wszystkie ciąże mnogie są rozwiązywane cesarskim cięciem. Gdybym miała wówczas taką wiedzę o sn po cc jaką mam teraz dzięki cudownej Grupie Wsparcia „Naturalnie po cesarce”, to na pewno przynajmniej podjęłabym próbę porodu naturalnego. Wszystkie moje porody naturalne przebiegały dosyć szybko a dzieci były spore. Natomiast bliźniaki z racji tego, że była ich dwójka i poród zaczął się w pierwszym dniu 36 t.c. ważyły dużo mniej. Bardzo ciężko dochodziłam do siebie po tej drugiej cesarce a najtrudniejsze oprócz bólu było to, że maluszki zostały zabrane do inkubatora i zobaczyłam je dopiero po 18 godzinach od urodzenia…

CIĄŻA PIĄTA 2017 r. Czasu nie cofnę, ale cieszę się, że było mi dane doświadczyć po raz trzeci porodu naturalnego, mimo wszystkich przeciwności losu jakie spotkałam na swojej drodze do vba2c. Ale od początku… 8 miesięcy później zaszłam w piątą ciążę. Pierwsza myśl jaka pojawiła się w mojej głowie była przepełniona lękiem: jak przetrwam po raz trzeci ten okropny ból po cesarce? Byłam przekonana, że nie ma innego wyjścia po 2 cesarkach jak tylko kolejne cięcie. Z drugiej strony postanowiłam poszukać w Internecie informacji na ten temat. I tym sposobem znalazłam stronę www.naturalniepocesarce.pl.

Czytałam wszystkie opowieści porodowe z zapartym tchem. To dało mi ogromną nadzieję i wiarę w to, że może być inaczej. Każdego dnia czytałam też relacje z porodu dziewczyn z grupy wsparcia na FB. Zrozumiałam, że chcę zrobić wszystko co w mojej mocy by urodzić naturalnie, ale muszę zaakceptować też drugą opcję na wypadek cesarskiego cięcia. Wierzyłam, że wszystko się uda, bo przecież rodziłam już naturalnie dwa razy i wiem jak taki poród może przebiegać. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego, że moja wyczekiwana córeczka w 30 tygodniu ciąży obróci się główką do góry i wcale nie będzie miała zamiaru zmienić swojego ułożenia do końca ciąży…

Każdego dnia po kilka godzin robiłam ćwiczenia ułatwiające obrócenie się dziecka w brzuchu, chodziłam na czworaka i namawiałam córcię do obrotu. Byłam załamana bo mimo mojego wysiłku cały czas czułam, że główka nadal jest na górze. Każda kolejna wizyta u lekarza również potwierdzała ułożenie miednicowe. Na ostatniej wizycie w 39 tygodniu ciąży, gdy dodatkowo waga na USG wyszła 4 kg, dostałam skierowanie na cesarkę. Do tej pory mój lekarz bardzo wspierał vba2c ale teraz powiedział, że nie widzi innego wyjścia jak tylko cesarskie cięcie. Tak na marginesie to był to mój drugi lekarz bo poprzedni najpierw mówił, że bez problemu mogę rodzić naturalnie (na wizytach prywatnych) a jak przyszłam do Niego raz na NFZ to powiedział, że absolutnie muszę mieć cc po 2cc bo inaczej się nie da…

Była środa a Ja miałam stawić się w szpitalu jak zacznę 40 tydzień ciąży, czyli w poniedziałek 4 grudnia. Pomyślałam, że to koniec i nadszedł czas pogodzenia się z cesarką. Próbowałam znaleźć plusy tej sytuacji a największym z nich była perspektywa zobaczenia wkrótce córeczki. Wcześniej byłam gotowa nawet na poród pośladkowy, ale w sytuacji gdy waga dziecka była taka duża nie chciałam ryzykować. Przepłakałam pół dnia a w nocy nie mogłam zasnąć. Z jednej strony próbowałam się pogodzić z sytuacją a z drugiej szukałam innego rozwiązania. Nadzieja umiera ostatnia!

Następnego dnia napisałam do Oleśnicy do położnej, czy w mojej sytuacji jest jakaś szansa na poród naturalny. Niestety dostałam odpowiedź, że w Oleśnicy nie wykonują obrotów zewnętrznych a w moim przypadku po 2 cc położenie miednicowe jest wskazaniem do cięcia. Od kilku dni byłam też w stałym kontakcie z Monika Ma z Grupy Wsparcia, której córeczka również nie chciała się obrócić główką w dół. Monika próbowała od dwóch tygodni dodzwonić się do szpitala w Pyskowicach, aby dowiedzieć się o możliwości obrotu zewnętrznego, o którym wyczytałyśmy na grupie. Największy problem polegał na tym, że ciężko było złapać dr Langshmana Maleuwe, żeby z Nim porozmawiać. Na szczęście Monice udało się zdobyć numer komórkowy do doktora. Zadzwoniłam do Niego i powiedziałam o mojej sytuacji.

Hillary and Chris Johnsonare expecting their third child!

Doktor to wspaniały człowiek, pełen ciepła, zrozumienia i chęci pomocy. Powiedział mi, że w mojej sytuacji daje tylko 30 % szansy na obrót zewnętrzny mimo, iż jestem wieloródką (szansa u pierworódek to 50%, a u wieloródek nawet 70-80%), ponieważ dziecko jest duże i kończę 39 t.c., a takie obroty najlepiej robić w 37/38 t.c. Ale jeżeli bardzo mi zależy to mogę przyjechać do szpitala w Pyskowicach w poniedziałek 4 grudnia i On we wtorek rano będzie miał dyżur i spróbuje obrócić mi dziecko. Powiedział też, że według Niego najbezpieczniej byłoby wykonać cesarskie cięcie, ale to w razie czego możemy zrobić po próbie obrotu zewnętrznego. Decyzja należała do mnie. Całą noc biłam się z myślami co zrobić. Trzy bardzo kompetentne osoby potwierdziły, że w moim przypadku najlepsza byłaby cesarka a Ja nadal nie byłam sobie w stanie wyobrazić takiej wersji wydarzeń. Co jeszcze mogłam zrobić dla mojej córci by urodzić Ją naturalnie? Ostatnią deską ratunku był obrót zewnętrzny. Po rozmowie z moim kochanym i cierpliwym mężem, który cały czas mnie wspierał, podjęłam decyzję, że jeśli nie zacznę rodzić w weekend, to w poniedziałek rano zamiast do mojego szpitala na cesarkę, pojadę sama ze Świdnicy 200 km pociągiem do Pyskowic. Monika chciała zrobić tak samo, tylko Ona miała do pokonania 530 km ze Szczecina. I tak oto dwie matki, pragnące dać najlepszy start swoim córkom i uchronić się przed kolejnym cięciem, w poniedziałek rano 4. grudnia wyruszyły z dwóch zachodnich krańców Polski na Śląsk.

Blog_Tips-to-travel-during-Pregnancy_4

Podróż pociągiem była ciężka i stresująca – najbardziej dla innych pasażerów 😉 Czekały mnie 2 przesiadki. W pierwszym pociągu usiadłam koło starszego małżeństwa. Zerkali na mój brzuch i na siebie z przerażeniem, po czym mąż złapał za rękę żonę i zabrał Ją na drugi koniec wagonu 😉 W drugim pociągu siedziałam z bardzo miłymi paniami. Pytały gdzie i w jakim celu jadę w tak zaawansowanej ciąży. Pytały czy nie boję się, że urodzę w pociągu. Jedna z nich wysiadała ze mną w Opolu i nawet nie pozwoliła mi dotknąć walizki, tylko niosła ją za mnie 😉 Gdy dojechałam do Pyskowic myślałam, że wszystko potoczy się prosto – wsiądę do taksówki i bezpiecznie pojadę pod sam szpital. Okazało się jednak, że przed dworcem nie ma żywego ducha a sam dworzec jest zamknięty. Włączyłam w telefonie nawigację i musiałam iść na piechotę. W końcu w oddali ujrzałam przystanek autobusowy a na nim stała jakaś kobieta. Powiedziała mi, że zaraz ma być autobus, który jedzie do „centrum” a stamtąd do szpitala jest niedaleko. W autobusie poszłam do kierowcy kupić bilet a On pyta dokąd jadę. Mówię, że do szpitala, a On pyta: „Po co?” Odpowiadam, że jadę urodzić. A On na to: „To Pani jedzie za darmo”. Ludzie w autobusie mówią mi gdzie mam wysiąść. Jakieś małżeństwo proponuje, że mnie zaprowadzi do szpitala, bo idą w tamtym kierunku. Pan bierze moją walizkę a Pani opowiada o swoich porodach. Po 15 min. docieramy pod szpital. Wreszcie czuję się bezpiecznie.

Na izbie przyjęć zostałam przyjęta bardzo serdecznie a personel był zaskoczony dlaczego przyjechałam tyle kilometrów akurat do Pyskowic. Opowiadam o naszej grupie na FB i uprzedzam, że wieczorem przyjedzie jeszcze jedna „szalona mama” ze Szczecina. Proszę o numer telefonu na taksówki, by przekazać go Monice, aby bez problemów dotarła do szpitala. Dostałyśmy wspólny pokój, aby się wzajemnie wspierać. Rano przyszedł do Nas dr Langshman, żeby się przywitać i jeszcze raz porozmawiać o próbie obrotu zewnętrznego. Trochę Nas zmartwił bo powiedział, że nie ma w szpitalu leku, który powoduje zwiotczenie brzucha. Na szczęście na obchodzie okazało się, że jest jedna ostatnia buteleczka, podzielą ją Nam na pół i podadzą w kroplówce. Przed południem doktor przyszedł po Monikę, ale niestety obrót mimo ogromnego wysiłku i chęci nie udał się. Ja poszłam druga.

Miałam nastawienie „co ma być to będzie”. Jeżeli obrót się nie uda to będę wiedziała, że zrobiłam wszystko co mogłam by pomóc mojej córeczce naturalnie przyjść na świat. W gabinecie czekał już na mnie doktor Langshman i ordynator dr Binkiewicz, który monitorował przez USG ułożenie dziecka. Dostałam kroplówkę z lekiem zwiotczającym powłoki brzuszne, a sam obrót trwał kilka sekund. Doktor złapał córcię przez brzuch za główkę i pośladki i lekko Ją popchnął a Ona fiknęła w dół. Byłam w szoku, że to tak szybko i bezboleśnie, aż się popłakałam ze szczęścia (wyściskałam doktora i mówiłam, że jest cudotwórcą!). Tyle tygodni ćwiczeń nic nie dało a tu kilka sekund i już. Nie mogłam w to uwierzyć. Ordynator od razu powiedział, żebym została tu w szpitalu bo jak pojadę do innego to jest ryzyko, że będą chcieli zrobić mi cesarkę. Na Naszej Grupie Wsparcia czytałam również o cudownej położnej Pani Wiesi, która ma ogromne doświadczenie w przyjmowaniu porodów po 2 cc i pracuje właśnie w Pyskowicach. Oczywiście nie było dla mnie wątpliwości, że jestem z najlepszym miejscu jakie mogłabym sobie tylko wymarzyć.

Po obrocie konieczne było badanie KTG. W trakcie badania przyszła do mnie położna złożyć gratulacje, że udał się obrót zewnętrzny. Powiedziała, że kilka dni temu przyjęła właśnie dwa porody kobiet po 2 cc. Zapytam Ją czy jest Panią Wiesią a Ona się uśmiechnęła i powiedziała, że tak. Powiedziałam, że czytałam o Niej na Grupie Wsparcia i że bardzo chcę z Nią rodzić. Oczywiście od razu się zgodziła. Od tej chwili miałam swojego Anioła! W trakcie KTG okazało się, że dostałam regularnych skurczy co 8 min. Miałam rozwarcie na 1,5 cm i udało mi się dojść do 4 cm, po czym akcja się zatrzymała. Położna powiedziała, że w tym momencie należy odpuścić bo z doświadczenia wie, że nic na siłę. Dała mi swój numer telefonu i prosiła, żebym dzwoniła do Niej o każdej porze, gdy tylko zaczną się skurcze co 5 minut. Poinformowała mnie też, że niestety następnego dnia do południa nie będzie Jej w Pyskowicach bo wyjeżdża na konferencję. Do wieczora chodziłam cały czas po schodach (krwawiłam i czułam silny ból podbrzusza, który utrzymał się właściwie do samego porodu). W nocy ze zmęczenia nie mogłam spać, a około 4:00 Monika zaczęła rodzić i zabrali Ją na cesarkę. Zestresowałam się i dostałam skurczy co 3 minuty, ale cały czas próbowałam je zatrzymać, tłumacząc sobie, że nie mogę rodzić, bo przecież nie ma Pani Wiesi. Na szczęście po godzinie akcja się zatrzymała (to prawda, że „poród mamy w głowie”).

Kolejny dzień (środa) chodziłam po schodach, choć nie było łatwo bo miałam już straszne zakwasy. Czekałam do rana do następnego dnia (czwartek – dzień porodu) i już wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma. Miałam swoją kochaną położną (Panią Wiesię) i czułam się bezpiecznie pod Jej skrzydłami. Śmiała się, że jak była na konferencji to zadzwonił do Niej dr Langshman i zapytał gdzie Ona jest. Był bardzo przejęty tym, że jak zacznę rodzić bez Niej to mnie „potną”. Prosił, by w razie czego natychmiast rzuciła wszystko i przyjechała. Wzruszyłam się… Czyż to nie jest lekarz z prawdziwego zdarzenia? Z położną ustaliłyśmy plan – kazała mi chodzić pod prysznic na 30 min co 1,5 godziny. Pod prysznicem skurcze były coraz silniejsze. Koło południa zbadała mnie i miałam 6 cm rozwarcia, ale główka źle wstawiła się w kanał. Miałam położyć się na godzinę na lewym boku (tam gdzie znajdował się grzbiet dziecka) i przy każdym skurczu prawą nogę zgiętą w kolanie unosić mocno do góry. Zaczęły się regularne skurcze co 5 minut. Zauważyłam jednak, że w miedzy czasie gdy szłam do toalety (organizm od rana się oczyszczał) skurcze znacznie się nasilały i były częściej. Po godzinie ustaliłyśmy z położną, że mam iść chodzić po schodach przez 30 min. I tam się zaczęło. Skurcze były co 3…2 … aż w końcu co 1 min. Po badaniu było luźne 7 cm i zapadła decyzja – idziemy na porodówkę.

Poszłyśmy do przytulnego pokoiku, gdzie było przygaszone światło i w tle leciała cicho muzyka. Wiedziałam od Pani Wiesi, że mój poród po 2 cc będzie musiał wyglądać inaczej niż „normalny” poród naturalny. Podłączyła mnie pod KTG i stale miałam monitorowane tętno dziecka. Powiedziała też, że zrobi wszystko co może, by jak najbardziej przyspieszyć poród i nie obciążać macicy skurczami. Dostałam gazik nasiąknięty oksytocyną i polecenie, że mam go cały czas trzymać pod nosem i wdychać, by nie osłabić skurczów. Znów leżałam na lewym boku i przy każdym skurczu musiałam dociągać zgiętą w kolanie prawą nogę do góry, by pomóc córci dobrze wejść w kanał rodny. Cały czas zastanawiałam się kiedy będzie ten kryzys 7. cm ale niczego takiego nie miałam. Ból był coraz mocniejszy. Pamiętam tylko smsy od mojego męża, Moniki i słowa wsparcia od Kasi O. z grupy (dziękuję!). Później już nie byłam w stanie wyciągnąć telefonu spod poduszki. Przy 8 cm położna podjęła decyzję, że przebije pęcherz płodowy ale w tym momencie praktycznie sam pękł. Po chwili było 9 cm i ból nie do opisania (i tu dopadł mnie kryzys ale 9. cm). Pani Wiesia powiedziała, że muszę przejść do sali obok i wejść na krzesło porodowe (tam czekał już lekarz i dwie młode położne do pomocy). Jakoś dałam radę i wtedy zaczął się nieziemski ból przy każdym skurczu, a dodatkowo położna kazała mi unosić nogi i opierać na drążek, który był zamontowany nade mną. To już było za dużo, ale resztką sił wykonywałam każde polecenie Pani Wiesi, bo ufałam Jej bezgranicznie. Czekałam tylko kiedy będzie te magiczne 10 cm. KTG pokazywało, że z córcią jest wszystko ok.

Nagle dostałam skurczy partych. Krzyczałam, że muszę przeć, ale Pani Wiesia krzyczała jeszcze głośniej, że teraz jeszcze nie mogę. Wiedziałam, że muszę posłuchać bo popękam ale powstrzymanie się przed parciem było bardzo trudne. Nagle usłyszałam, że teraz mogę już przeć. Wreszcie się doczekałam! Przy skurczu lekarz dociskał mi bliznę dłonią, żeby nie pękła (polecenie Pani Wiesi!). Parłam raz na skurczu ale czułam, że coś jest nie tak. Główka wyszła do połowy i się cofnęła. Pani Wiesia szybko zaleciła podłączenie oksytocyny a Ja usłyszałam, że tętno mojej córeczki zwolniło (spadło do 80). Zaczęła się szybka akcja. Pani Wiesia kazała mi się obrócić na lewy bok. Prawą nogę wyprostowaną do góry zaprzeć na drążku wysoko a lewą zgiętą w kolanie położne odciągnęły z całych sił w lewą stronę. Myślałam, że zaraz zrobię szpagat. Ale skurcz nie nadchodził. I wtedy padła decyzja od położnej, że mam przeć bez skurczu z całych sił. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko by ratować moje dziecko! Zaczęłam przeć z jakąś nieziemską siłą, która nie wiem skąd naglę się we mnie wzięła i za jednym razem wyparłam całą moją kochaną córeczkę 4280 g na świat.

Pani Wiesia położyła mi Ją na brzuchu i szybko zaczęła odwijać pępowinę z nóżki, brzuszka, rączki i z szyi, którą miała owiniętą podwójnie!!! Nagle zrobiło się zamieszanie. Pojawiło się mnóstwo ludzi i zabrali malutką do pomieszczenia obok. Zostałam sama na fotelu porodowym i czułam się jakby świat się zatrzymał – wyrwano mi z brzucha cząstkę mnie i nastała cisza i pustka, której nigdy nie zapomnę… Czekałam na dźwięk płaczu mojej córeczki ale niczego nie było słychać… Podeszła do mnie młoda położna i zapytałam co z moim dzieckiem a Ona powiedziała, że nie wie, ale wszystko będzie dobrze. Przez szybkę widziałam personel otaczający małe ciałko mojej córeńki i nagle usłyszałam tak wyczekiwany i wytęskniony cichutki Jej płacz. Popłakałam się. Nigdy nie zapomnę tej chwili, która dla mnie trwała wieczność! Pani Wiesia wróciła i powiedziała, że Malutka Anastazja dostała tylko 1 punkt Apgar w pierwszej minucie (w piątej – decydującej minucie- miała już 8 punktów a w 10. – 9 punktów) ale już jest z Nią dobrze. Napędziła Nam stracha ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pielęgniarka pokazała mi Ją na chwilkę, ucałowałam Ją i zanieśli Ją do inkubatora na noc. Pani Wiesia delikatnie wyjęła łożysko i powiedziała, że mam tylko mikrootarcia, więc mogę przejść na łóżko poporodowe. Byłam zdziwiona, że to już po wszystkim i że nie będzie żadnego szycia. Po dwóch godzinach zjadłam kanapki z kolacji i poszłam się wykąpać. Pani Wiesia poszła ze mną do Anastazji a potem zaprowadziła mnie do sali, w której czekała już na mnie Monika z Apolonią.

I tak oto 7 grudnia 2017 r. w szpitalu w Pyskowicach o godzinie 18:33 po dwóch cc, siłami natury urodziłam córeczkę Anastazję 4280 g i 60 cm SZCZĘŚCIA! Gdybym mogła zmienić coś w moim porodzie to zmieniłabym jedynie to, aby mój kochany mąż mógł być ze mną. Bardzo brakowało mi Jego obecności! Ale jestem wdzięczna, że na mojej drodze spotkałam cudownych ludzi i tą wspaniała Grupę Wsparcia. DZIĘKUJĘ!!!

Długo oczekiwana Walentynka (Niemcy)

43,5 h po odplynieciu wod plodowych – tyle kazala na siebie czekac córeczka Anity, urodzona VBAC w Walentynki tego roku.

Zacznę od tego, iż pierwsza ciąża zakończyła się cc ze względu na wysokie ciśnienie 160/100. Moja waga w 37 tygodniu ciąży – 30 kg na plusie. Nabierałam wody 1 kg na dobę. Podawaną miałam oxytocynę 3 razy pod rząd przez 3 dni. Za 3cim razem tętno małego na ktg poszybowało ze 150 na 60 i nadal spadało. Położyli mnie na stół w szybkim tempie i mój synek pojawił się na świecie  po 10 minutach. Z wagą 2630 i 51 cm.

Druga ciąża od początku zupełnie inna . Zero komplikacji, energii za 10ciu.

12 stego lutego o godzinie 4 rano zaczęły odchodzić mi wody. O godzinie 18 pojechaliśmy z mężem do szpitala. Mieszkam w DE okolice Hannover. Zatrzymali mnie w szpitalu. Decyzja o indukcji naturalnie (preparat homeopatyczny, chodzenie), bo na ktg skurcze się pisały.

13 lutego o 7 rano żel (żel z prostagladynami – przyp.red.). O godzinie 10 kontrola: bóle są mega, ale szyjka zamknięta i twarda. O 14 kolejna dawka żelu. Szyjka nadal zamknięta na kontroli o 21, ale skurcze dają się we znaki. O 7 rano w Walentynki 3 dawka żelu – skurcze bolą już bardzo, aż krzyczę. O 13 masaż szyjki, bo nadal zamknięta. O 14 otwarta ale 2 cm  O 17 – 5 cm.  Poprosilam o PDA  i dostałam oxytocynę. I tutaj zaczynają się schody.

Mała traci tętno. Robią od 18 do 21.30 am badanie krwi wloaniczkowej z glowki plodu ( 6 razy), aby sprawdzać czy mała jest dotleniona i wyłączają o 20 PDA. I kolejny masaż szyjki bo rozwarcie 8 cm.

O 22 jest prawie 10 cm. Półtorej godziny skurcze parte. Z 20 razy parłam, nie miałam już siły.

14 luty 2018, godzina 23.36: VBAC!!! Kilka szwów mamy ale udało się .

FB_IMG_1522340672708

P.S. Nikt nie namawiał na cc, dokumenty podpisane, żeby w razie czego nie robić tego na ostatnią chwilę. Cudowna położna Pani Wiesława cały czas mnie wspierała – cudowna kobieta. Taka nasza historia .

VBA3C – 4200 g szczęscia do kochania (Warszawa)

Kilka lat temu historie VBA3C znajdowałam niemal tylko na zagranicznych forach i grupach wsparcia. Dziś na porody naturalne po 3 cc zaczynają otwierać się polskie szpitale [Inny przykład polskiego VBA3C ]. Prawdą jest, że poród sn po 3 cc wiąże się z podwyższonym ryzykiem, jednakże kolejne cięcie cesarskie również niesie ze sobą nie małe zagrożenia, a dając porodowi VBA3C możliwość niezakłóconego ingerencjami naturalnego przebiegu zwiększamy szansę na jego bezpieczne zakończenie. Oto historia Ewy:

 

Myślałam żeby wszystko ze szczególikami opisać, ale wyszedłby rozdział książki, wiec wypunktuję najważniejsze rzeczy.

1) Moje stany błogosławione
● 2010 12tc strata
● 11.2011 41tc
cc – źle poprowadzony poród
● 07.2013 41tc
cc – na zimno za namową gin
● 11.2015 42tc
cc – proba vba2c, 7 dni na pato w oczekiwaniu i 2x próba wywołania masażem szyjki
● 09.2017 41tc vba3c

PRAGNIENIE serca dokonało się.

2) Przygotowania
● intensywne śledzenie grupy wsparcia Naturalnie po Cesarce
● czytanie różnych książek
● szkola rodzenia u Ekielskich :)
● warsztaty porodowe
● rekolekcje „Poród może być piękny” 2 razy
● Msze święte
● rozpoczęcie prowadzenia róż różańcowych
● modlitwa
3 Nowenny Pompejańskie = 3 trymestry
● poszukiwania kobiet w Pl
z udanym vba3c/hba3c
● i wreszcie szukanie Bożej Położnej – robota niczym orka na ugorze

3) Cuda / przepowiednie
● styczeń
Mój syn mówi „mamo, chcę brata”.
Robię test – jestem brzemienna :)
● luty
Pierwsza nowenna – wymodliłam położną do domu
● 20.09
W skrzynce znajduje list – ktoś obcy zamówił za mnie Msze św. wieczyste
● 21.09
– 9 rano, zaczyna odchodzić czop
– 9:30 pierwsze skurcze nieregularne o różnej długości
● 22.09 moj tp z om
Skurcze non stop nieregularne.
● 23.09
Czytam w Piśmie Św. Księgę Koheleta – wiem, że coś się wydarzy po przerwaniu srebrnego sznura, ale nie wiem co.

Zdjęcie użytkownika Ewa Las.
● 24.09
Skurcze non stop nieregularne.
● 25.09
Skurcze nieregularne. Z wyjątkiem 13:00-16:00 skurcze co 2 min po 40s.
– 17 badanie
☆ 1,5 cm rozwarcia
☆ szyjka miekka
☆ glowka w osi
URODZĘ !

4) Porod vba3c
■ 25.09 22:00
Regularne skurcze co ok 2-3 min ale dluuugie
■ 26.09
– 7:00 3cm
– 12:00 modlitwa i jest 5cm
ale worek idzie pierwszy i spycha glowke
– 14:30 ruszamy podbić szpital na Żelaznej
– 16:00 IP, gin bada 3cm :)
Usg, ktg
– 16:15 bada położna 4cm
Tel z IP na blok porodowy:
– Mamy panią po 3cc do próby PSN.
– …cisza…
– Nie, nie żartuje.

Czekamy na salę.
– 17:00 Maria Romanowska rozpoczyna z nami 5cm
– 18:00 6cm
Wpada Łucja Talma się przywitać – bardzo to miłe.
– 19:00 zmiana położnej na Dorotę Bednarczyk
19:30 7cm i uwielbiam położną
Gdzie ten kryzyc 7c ???
Na skurczach dziekuję w myślach Jezusowi, że ten trud porodu bierze na swe barki, a mnie mało co boli.
– 21:00 odchodzą wody
Położna każe położyć się na 40 min na lewym boku, żeby główka się zrotowała i wstawiła w kanał.
No i zaczyna sie jazda bez trzymanki…
– 21:30 parte

■■■21:58 FINAŁ■■■
Poznajemy płeć dziecka –
Michałek jest na brzuchu!
Błogoslawie Mu i wielbie Boga za ten PIERWSZY CUD
Mam wrażenie, że niektórzy patrzą na mnie jak na wariatkę :)

5) Podsumowanie
– 5 dni niereg skurczy
– regularne skurcze dokładnie 23h i 58 min do FINAŁU
– niemal na każdym podnosiłam się do pionu
– bardzo pomogła mi piłka
– a w szpitalu worek z ciepłymi pestkami wiśni
– śpiew porodowy cudowny (dziekuje Ewa Nitecka)
– miedzy 5cm a 6cm minelo 6h (w tym czasie tez ze 2h miałam przerwę od częstych skurczy, powiedzmy 4 na 1 godz.)
– gdybym była w szpitalu to by mnie w czasie 6 dni skurczowych 100 x pokroili
– w calym porodzie wiele śmiechowych scen, których nie sposob opisać
– drażniła mnie woda i dotyk
– pomogło bardzo kp mojego 2l dziecia
– nie piłam liści malin , nie stosowałam wiesiołka, nie jadłam fig itd…

Ogromne Bóg zapłać za wsparcie modlitewne.
Michał już zdrowy. CUD DRUGI [Synek Ewy po porodzie trafił w ciężkim stanie na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. Jego stan nie miał związku z przebiegiem porodu. Obecnie chłopczyk jest zdrowy i rozwija się prawidłowo. [ przyp red] 

Szukajcie swojej drogi.
Nie pokładajcie nadziei w drugim człowieku.
Proście Boga o pomoc – ja tak zrobiłam.

Boże Tobie dziękuje :)

Historia o autobusie, który przyjechał dokładnie wtedy kiedy powinien (Wrocław)

Ile z Was zna to uczucie pod koniec ciąży „mam już dość, chyba nigdy nie urodzę”? Może niektóre z Was czytające teraz ten tekst mają właśnie takie uczucie… Może i w środku w Was i wokół rośnie presja, że „powinnyście już urodzić”… Może całą ciążę planowałyście VBAC, a teraz nachodzą Was myśli by się poddać i zgłosić się na planowe cięcie… Jeśli odnajdujecie siebie w którymś z tych zdań, to wiedzcie, że nie jesteście same. I że Wasz poród to wciąż może być VBAC / VBA2C / VBA3C :) Tak jak było to w przypadku Małgosi:

Dzień przed tym zanim wydarzyła się ta historia Małgosia napisała w grupie wsparcia post takiej treści:

„#vba2c #41tc #chybaczassiepoddać

Znacie to uczucie, że czekacie juz 15 min na autobus i macie szczera chęć zrezygnować, ale ciągle pozostaje ten lęk, że własnie wtedy gdy odejdę, autobus przyjedzie i bede żałować? Mniej więcej tak się czuję teraz… Od tygodnia mieszkamy na 30 metrach kwadratowych z druga rodzina, która życzliwie nas przyjęła żebyśmy mieli pół godz do szpitala w Oleśnicy. Jest tak bardzo trudno a porodu ani widu ani słychu… Mam ochote wrócic do dziury, w której mieszkamy i w której z radością kroją pierworódki w 40tc, a co dopiero po 2 cc. Zaczęłam myśleć, że akcja nigdy się nie zacznie. Przede mną wizja Świąt w szpitalu. Aha, wspominałam, że mój mąż zaczyna nową pracę 18 grudnia? Chce mi się tylko ryczeć i ryczeć …”

Dzień później pojawiła się poniższa historia:)

1 cc- Wrocław, 2011 rok. Zaczęło sie od sączących sie wód kilka dni po terminie. Patologia, próba oksytocynowa, na drugi dzień zielone wody, druga próba. Ja od dwóch dni bez jedzenia plus totalny brak wsparcia personelu. Po godzinie partych Franuś wciąż nie schodził do kanału rodnego, słowa lekarza „Może sobie pani próbować, ale ja nie widzę szans.” Cc.

2 cc- Trzebnica, 2014 rok. Piec dni przed tp o 3 nad ranem odchodzą wody. Rusza powoli akcja, około 8 jesteśmy w szpitalu. Nie wychodzę poza Izbę Przyjęć. A tam traktują mnie okropnie, męża nie chcą wpuścić. Lekarz decyduje o cc choć nie ma do tego przesłanek (nie spada tętno, nie ma bólu blizny ani krwawienia) i mimo że akcja postępuje szybko, dochodzę do pełnego rozwarcia i partych. Na korytarzu lekarz wrzeszczy na męża, że chyba nie chce żebym umarła. Poddajemy się presji. Cc.

Vba2c – Wrocław, Kamieńskiego.
12.12. 2017 rok. Na 11:30 pojechaliśmy do szpitala, w którym planowaliśmy rodzić (Oleśnica), gdzie- nie wchodząc w szczegóły – nie poczuliśmy się mile widziani. Do badania nie doszło. Mój mąż – w gorącej wodzie kąpany – zrobił awanturę i wyszliśmy w bardzo nieprzyjemnej atmosferze. Całą drogę płakałam, że teraz już nie mam gdzie rodzić i że po moim vbacu. Z tego stresu zaczęły mi się skurcze – co kilkanaście minut, ale zdecydowanie boleśniejsze niż przepowiadające. To było około 14-15.
Wróciliśmy do naszych znajomych, a tam natchnęło przyjaciółkę, że zna kogoś od kogo może wziąć namiar na fajną położną. Nie było wyjścia. Ja płakałam, a przyjaciółka i mąż załatwiali. Położna odebrała, powiedziała, ze zdarzyły się już dwa takie porody na Kamieńskiego i że jest gotowa podjąć się próby, ale nic nie obiecuje. Miała porozmawiać wieczorem z ordynatorem i przygotować mi pole. Ale nie zdążyła, bo skurcze wciąż się nasilały i około 17 zadzwoniłam już ja, że skurcze są co 6-14 min. Położna kazała mi się nie spieszyć do szpitala, wziąć długi prysznic (może się akcja jeszcze wyciszy) i przyjechać jak będzie regularnie co 5 min. Ale ja wiedziałam, że się nie wyciszy, a poza tym byłam zdeterminowana urodzić przed północą, żeby Wojtuś nie został ofiarą stanu wojennego . Natomiast ten prysznic bardzo mi pomógł.
Pierwszy etap porodu to było szaleństwo – możecie sobie wyobrazić na tych 30 metrach kwadratowych troje dorosłych i troje małych chłopców, wszędzie porozrzucane zabawki i ogólny zamęt, a w tym wszystkim ja próbująca ogarnąć rzeczywistość między skurczami, a na skurczach krzycząca „Piłka! Kto znowu zabrał piłkę?!” – bo skakanie na piłce bardzo mi pomagało. I dzieci chcące żywo w tym wszystkim uczestniczyć, badające mój brzuch w skurczu itp 😉
No więc pod prysznicem się bardzo wyciszyłam, pogadałam z Panem Bogiem, Maryją i innymi swiętymi. A potem z Wojtusiem – że wszystko będzie dobrze, że świat jest dobry i pozwalam mu wyjść (przez ostatni rok przerabiałam na terapii psychiczne podłoże moich porodów). I wreszcie zaczełam mówic sama sobie, że wszystko się uda, że moje ciało wie co robi, że potrafię urodzić, itp (polecam program „Cud narodzin”!!!). Po prysznicu skurcze się nasiliły, wkrótce zrobiły się co 5 min, więc zebraliśmy się, pożegnaliśmy się z dziećmi i w drogę.
Całą drogę (około 30 min) słuchałam nagrania autohipnozy, które bardzo mi pomagało. Natomiast, gdy dojechaliśmy pod szpital byłam już w takim stanie, że ledwo doszłam do szpitala – co 10 kroków musiałam kucać na skurczach, które mimo „błękitnego obłoku znieczulenia”, były bardzo bolesne. Potem niestety czekała mnie jeszcze izba przyjęć, formalności, itp,  choć widząc mój stan i tak starali się chyba przyspieszyć procedury. Ale doszło do takiego absurdu, że najpierw zbadała mnie położna na fotelu i na kozetce (ledwo, ale dałam jeszcze radę), a za chwilę lekarz przyszedł robić te same badania. Na fotelu jeszcze dałam radę, ale usg na plecach było powyżej moich możliwości. Kuliłam sie z bólu uniemożliwiając badanie i w końcu powiedziałam stanowcze „nie” i zeszłam z kozetki. Ale ta sytuacja jakoś bardzo mnie złamała – nie mogłam sie uspokoić, nie mogłam oddychać głęboko, wpadłam w panikę. Wtedy zawieźli mnie już szybko na porodówkę, gdzie czekał na nas anioł nie człowiek!
Pani polozna trochę mnie uspokoiła, zbadała i powiedziała „Popatrz mi w oczy! URODZISZ to dziecko naturalnie, rozumiesz?”  I w zasadzie reszta potoczyła się już bardzo szybko, choć ja do końca nie mogłam się już uspokoić, powtarzałam ze nie dam rady i chciałam umrzeć. Nie zdawałam sobie sprawy, że akcja tak szybko postępuje. W pewnym momencie poczułam główkę napierającą na krocze, straszne pieczenie, a za chwilę o 21:15 dzidziuś wyskoczył .
Długo to do mnie nie docierało. Byłam wykończona i chciałam się schować do jakiejś nory i lizać rany. A tu jeszcze łożysko do urodzenia, krocze do zszycia, drgawki, zimno, itp. Strasznie mnie też bolała kość ogonowa. Natomiast spełniły się wszystkie moje marzenia: od razu dzidziuś skóra do skóry, pępowina spokojnie przestała tętnić, tatuś przecinał pępowinę.
po porodzie
Dopiero na sali poporodowej ogarnęła mnie wielka radość a przede wszystkim wdzięczność do całego świata, do Boga, Maryi, wszystkich tych ludzi, którzy nas wspierali – a było ich naprawdę wielu! 
Bardzo dziękuję też Dziewczynom z Grupy Wsparcia, bo ta grupa była dla mnie pierwszą iskierką nadziei. Zanim do niej trafiłam byłam przekonana, że jestem już skazana na cesarki, a okazało się, że to nieprawda  Spełniło się moje marzenie, jestem szczęśliwa!
Chwała Bogu, który poprowadził wszystko lepiej niż mogłam sobie wyobrazić!
wojtus

Nic bym nie zmieniła w moim porodzie, no może upewniłabym się, że kamera jest włączona;) (Wielka Brytania)

Porody domowe po cięciu cesarskim (HBAC) są w Polsce tematem trudnym. Z wielu powodów, o których między innymi tutaj. Mam jednak szczerą nadzieję, że dobrniemy kiedyś do takich realiów jakie opisuje bohaterka dzisiejszej historii, Julia, która doświadczyła szczęśliwego HBACu po bardzo trudnym pierwszym porodzie i po stracie maleństwa w kolejnej ciąży.

Pierwszy poród w lipcu 2014. Kupiliśmy voucher na usg bo nie miałam żadnych objawów ciąży (w Anglii nie robią usg do 12 tygodnia). Nie byłam również pewna, kiedy zaszliśmy w ciąże, wiec ciekawość wygrała. Okazało się, że byłam w 7 tygodniu i nosiłam bliźniaki! Szok. Niestety na usg w 12 tygodniu zobaczyliśmy tylko jedno dziecko, drugie zniknęło. Dalej ciąża przebiegała bezproblemowo. Dzidzia długo dała na siebie czekać. 41+5 zgodziłam się na masaż szyjki. Następnego dnia od 4.30 zaczęły się skurcze, od razu co 3 minuty. O 10 byliśmy w szpitalu, 2cm rozwarcia. Poszliśmy na długi spacer (nie mogliśmy wrócić do domu bo trwało Tour the France i Londyn był nie przejezdny). Było piękne lato i wspaniała pogoda. O 16 z powrotem w szpitalu, 3cm…przyjęli nas na oddział nadzorowany tylko przez położne ale zostałam poinformowana, że o północy skończę 42tyg i muszą mnie przenieść do szpitala. Skurcze cały czas co 3 min, takie że nie mogę mówić. No i tak się skończyło. Dostałam znieczulenie, przebili wody. O 6 rano epidural, oksytocyna. Rozwarcie na 5cm. Dostałam wysokiej gorączki. Cały czas byłam przypięta do Ktg. Mała zaczęła się denerwować. Dozowałam sama znieczulenie i cały czas byłam w bólu bo chciałam czuć kiedy przeć. O 14 przyszedł lekarz i powiedział, ze to już za długo trwa. Zgodziłam się. Po 36h przyszła na świat Mia, 4kg i 56cm, cala zdrowa. Niestety ze względu na moja gorączkę musieli jej podać antybiotyk. W szpitalu zostałam 5 dni – ten czas wspominam najgorzej. Istna męka. Potem problem z karmieniem. Mała przez 5 tygodni nie odzyskała wagi urodzeniowej. Wyłam z bólu przy dostawianiu. Przez 2 miesiące odciągałam mleko co 2h. Kiedy skończyła 3 miesiące zaczęła jeść normalnie z piersi i już nigdy nie użyłam laktatora – samoodstawila się w 27 miesiącu, kiedy byłam w 5 miesiącu ciąży).

Ciągle myślałam o tym co źle zrobiłam, dlaczego się lepiej nie przygotowałam. Nikt z mojej rodziny nigdy nie miał cesarki. Ja takie szerokie biodra, nie pomyślała bym, że mi się to przytrafi. Byłam całkowicie rozbita. Jak Mia skończyła rok zdecydowaliśmy, że pora na następne dziecko. Wyliczyłam kiedy ‚to’ zrobić aby urodziła się również w lipcu 2 lata po cesarce. Trafiliśmy bez problemów, idealnie. Niestety na usg w 12 tygodniu okazało się, że nie ma akcji serca. Mały (jestem pewna, że to był chłopak) odszedł koło 9 tygodnia. Czekałam tydzień na poronienie. I znowu o 4.30 zaczęły się skurcze. Urodziłam.

Od razu zaczęliśmy się starać o kolejne dziecko. Zajęło nam to 4 miesiące i się udało. Po poronieniu ciąża to już nie to samo. Ciągły stres, przy każdej wizycie w łazience bicie serca. Na usg w 12 tygodniu myślałam, ze umrę, ale okazało się, że wszystko było w porządku. Tym razem przygotowałam się należycie. Hypnobirthing, daktyle, maliny, wiesiołek no i to co standardowo czyli zdrowa dieta, soki warzywne i różne naturalne suplementy i witaminy. Studiowałam aromaterapie, homeopatie i stosowałam się do zaleceń spinning babies. Byłam gotowa na długa walkę i przygotowałam się na wypadek, gdyby dzidzia miała się znowu urodzić długo po terminie lub gdyby była w złej pozycji. Zdecydowałam, że poród domowy będzie najlepszym wyborem. Nie chciałam być w szpitalu – za dużo wspomnień, które mogłyby zatrzymać akcje. Załatwiłam basen, tens machine i piłkę. Skontaktowałam się z położnymi od porodów domowych i bez problemu przyjęły mnie pod skrzydła. Miałam dwa USG w 12 i 20 tyg. Nie widziałam ginekologa, nikt mi nic nie mierzył ani nie dotykał. Położne nie widziały żadnego problemu (przyjmują kilka HBAC’òw w tygodniu). Miałam prowadząca położna, która najpierw co 3 potem co 2 tygodnie przychodziła do mnie do domu. Ciąża przebiegła bezproblemowo.

23 luty – równo 40 tydzień Mama, która przyleciała z Pl tydzień wcześniej, wzięła Mie na długi spacer. Ja poczułam, że muszę ogarnąć mieszkanie. Umyłam podłogi, cała łazienkę, nawet ściany. Zrobiłam 3 prania i tak mi zleciał cały dzień. Pod wieczór zaczęły mnie boleć plecy. Przeczytałam Mii książkę i poczułam pierwsze nieprzyjemne uczucie w dole brzucha. Ok 8 kiedy mała już spała a napięcia powracały postanowiłam się wykapać aby sprawdzić czy akcja się zatrzyma. Nic to nie dało, wiec położyłam się myśląc, że to jeszcze nie to. Poleżałam 20 min, następnie skakałam na piłce. Było mi niewygodnie. Zaczęłam mierzyć – skurcze były co 4 min. Potem poszłam oddychać na balkon i w kuchni. Słuchałam Hypnobirthing. Podłączyliśmy Tens – duża ulga. Klęczałam na podłodze, wieszałam się na pralce, wystawiałam głowę na dwór, aby lepiej oddychać. Mój partner zaczął pompować basen i wszystko przygotowywać.

Zaczęły odchodzić wody. Mama poszła spać do małej. O 23.30 zadzwoniłam do położnej. Powiedziała aby jeszcze poczekać i zadzwonić jak skurcze będą częstsze. 24 luty O 0.30 zadzwoniłam ponownie bo w zasadzie od godziny czułam, że chce przeć ale myślałam sobie, że to jest niemożliwe, nie mogłam uwierzyć, że tak szybko mogło by się wszystko wydarzyć. Położna powiedziała, że już jedzie. Ja w tym czasie byłam już w basenie.

IMG_8046

Przyjechała, zmierzyła ciśnienie, serce dzidzi. Musiałam się położyć na sprawdzenie rozwarcia – jak można rodzić na leżąco?!!! Położna była powolna, wkurzała mnie. Skurcze przychodziły jeden za drugim, a ona się pyta czy mogę nasikać na paseczek?! Odmówiłam. W końcu sprawdziła rozwarcie i tak jak myślałam 10cm. Szybko wskoczyłam do basenu i zajęłam się parciem. Zawołaliśmy moja mamę. Nie krzyczałam, byłam bardzo spokojna i skupiona. Po ok 20 min urodziła się Nina. Miałam ja urodzić samym oddechem ale chęć parcia była poza mną. Myślę, że jeżeli zaufałabym instynktowi to urodziłabym godzinę wcześniej, ale po tak traumatycznym poprzednim porodzie naprawdę się nie spodziewałam. Nie było kryzysu 7 cm ani przerwy pomiędzy skurczami a partymi. Nie mogłam w to uwierzyć. Położna powstrzymała mnie jak wychodziła głowa, bo byłam gotowa ja wystrzelić. Piekło i myślałam, że rozerwie mi łechtaczkę. Złapałam Ninę pod woda i wyciągnęłam na siebie. Leżałyśmy tak 40min.

Przyjechała druga położna. Potem tata kangurował a ja próbowałam urodzić łożysko. Niestety nie chciało się odkleić. Po 2 godzinach czekania zdecydowałam, że chce zastrzyk bo inaczej musiałabym jechać do szpitala. No i zadziałał. Po 5 min z mała na piersi, na kanapie wypchnęłam łożysko. W końcu położne mogły pojechać do domu. Mała ważyła 3800 g, głowa 34cm i 54cm długości. Bolało, ale nie popękałam. Byłam mega głodna i od razu opróżniłam pół lodówki. Otworzyliśmy szampana i ok 5 poszliśmy spać, tzn. ja poszłam, bo właśnie obudziła się Mia, wiec tatuś musiał się nią zająć. Nawet nie płakałam jak się urodziła, byłam w takim szoku. Nie miałam ‘baby blues’ ani problemu z karmieniem. Wiem, że zrobiłam wszystko, aby ta kruszynka miała jak najlepszy start. Jestem bardzo szczęśliwa. Aż głupio się czuje, że było tak łatwo.

Myślę, że udany HBAC zawdzięczam dobremu ułożeniu dziecka (może dzięki ćwiczeniom) oraz mojej wiedzy, która dała mi spokój i wiarę w to, że moje dziecko nie będzie za duże, aby ze mnie wyjść, i że jestem w stanie je urodzić. Nic bym nie zmieniła w moim porodzie, no może upewniłabym się, że kamera jest włączona;). W domu czułam się bezpiecznie, byłam wśród bliskich, nie martwiłam się o Mie, wiedziałam że smacznie śpi za ścianą. Szpital jest niedaleko a położne naprawdę wiedzą, co robią. Ani ja ani one nie ryzykowałyby, gdyby pojawiły się jakiekolwiek komplikacje. Pomogła również ogólna postawa – nikt się specjalnie nie dziwił, że chce rodzić w domu. Większość moich znajomych urodziło w domu lub rodziło, ale zostało przewiezionych do szpitala w trakcie porodu z różnych powodów. Dziewczyny, wierzcie w siebie, jesteście do tego stworzone. Zawsze warto spróbować. Życzę wam powodzenia.