Tag Archive | cesarka

Marzenie, które rodziło się powoli (Ruda Śląska)

Bardzo trudny, wręcz traumatyczny pierwszy poród – zabiegowy poród drogami natury. Następnie cięcie cesarskie – można by rzec „na życzenie”. Nerwica lękowa. Czy w tym scenariuszu może być jeszcze miejsce na szczęśliwy VBAC? Poznajcie historię Zuzanny.

 

DSC_7005

VBACowy Joszko

„ROZPOZNANIE: CIII PIII poród siłami natury 23.05.2018r. Urodzono syna żywego 3640 g, Apgar 10 pkt.
O80.0 – poród samoistny w położeniu podłużnym potylicowym.”Te słowa na moim wypisie ze szpitala czytam tydzień po porodzie. Do oczu napływają mi łzy, czuję ścisk w gardle. Nie mogę uwierzyć, że spełniło się marzenie, które jeszcze rok temu nawet nie istniało, nie miało racji bytu. Dziwne marzenie, które rodziło się powoli, nieśmiało, niepewnie, od niechcenia i bez przekonania. Marzenie o szybkim, bezproblemowym porodzie naturalnym. Zaczęło we mnie kiełkować dopiero po zajściu w trzecią ciążę, 13 miesięcy po cesarskim cięciu…
PORÓD I. Szpital Bonifratrów w Katowicach.17 stycznia 2014 o godz. 12.55  dokładnie 2 tygodnie przed terminem, po ok. 7 godzinach od pierwszych skurczy urodziłam Gniewka Beniamina. Właściwie ostatecznie brutalnie wyciągnięto go ze mnie po kilkunastu nieudanych próbach – drugim rodzajem próżnociągu (vacuum). Wcześniej zastosowano manewr Kristellera, bo dziecko nie chciało się wstawić w kanał przy pełnym rozwarciu, a tętno dramatycznie spadało. Po 25 minutach wyciągnięto w końcu mojego syna, bladego, niepłaczącego. Zastosowano sztuczną wentylację workiem Ambu. W 1 minucie 4 Apg (potem 5-7-8). 56cm, 3440g. Synek miał krwiaka na główce po vacuum, obniżone napięcie mięśniowe, był rehabilitowany, ale, dzięki Bogu, nie ucierpiał poważnie i jest  dziś całkowicie zdrowym chłopcem.
Opis całego porodu tutaj (tylko dla osób o mocnych nerwach ;)) :
images
Ten pierwszy poród był dla mnie traumą. Długo dochodziłam do siebie psychicznie i fizycznie. Z perspektywy wiem, że otarłam się o depresję poporodową. Wiedziałam wówczas, że chcę i będę miała więcej dzieci (od zawsze planowaliśmy minimum trójkę), ale jedyną drogę porodu, jaką dopuszczała moja głowa po tym pierwszym, było cesarskie cięcie. Dodatkowo urazy po vacuum dawały obraz, który mógł sugerować poważne problemy z dnem miednicy. W ciągu roku byłam na konsultacjach u kilku lekarzy. Ostatecznie okazało się, że nie są to tak poważne urazy, jakimi mogły się początkowo wydawać. Nie mniej miałam już oficjalną „wymówkę” dla cesarskiego cięcia: „stan po porodzie urazowym”. Moja ginekolog poszła mi na rękę, bo wiedziała, z jaką traumą wiązał się dla mnie poprzedni poród, nie chciała dokładać mi zmartwień o poród w czasie ciąży. Nie ukrywam, że perspektywę cesarki postrzegałam jako wybawienie i pozwoliła mi ona w miarę spokojnie przebrnąć przez cały okres drugiej ciąży. I stało się.
images
PORÓD II. Szpital Miejski w Rudzie Śląskiej Goduli. 12 sierpnia 2016 o godz. 11.10, w 39 tygodniu ciąży przez elektywne cesarskie cięcie urodziłam Iwa Joachima. 56 cm, 3540 g, 10 Apg.
Jak się okazało, to też nie było dla mnie wymarzone rozwiązanie. Podczas operacji wpadłam w panikę, byłam absolutnie przerażona, a utrata z własnej woli jakiejkolwiek „mocy sprawczej” okazała się dla mnie wiązać z pewnym rodzajem rzeczywistej straty. Po zejściu znieczulenia cierpiałam całą noc mimo środków przeciwbólowych. Ból rany na macicy w połączeniu ze skurczami obkurczającymi był dla mnie nie do zniesienia. Absolutnie nic mi nie pomagało, a ja cicho jęczałam, wiedząc, że nic więcej przeciwbólowego mi nie zechcą podać. Mimo, że fizycznie bardzo się starałam szybko wrócić do formy, a psychicznie czułam się o niebo lepiej niż poprzednio, dobitnie przekonałam się, że operacja to jednak… operacja. Nie działa dobrze ani na ciało, ani na ducha. Opis całego porodu i moich przemyśleń tutaj:
To może wydać się dziwne, ale, mimo wszystko, nie żałuję tego cesarskiego cięcia. Myślę, że miało swój sens. Było po coś. Dało mi zmianę perspektywy, inne spojrzenie na poród. Uświadomiło, że nie ma łatwych rozwiązań.
 images
Gdy niespodziewanie 13 miesięcy po cesarce odkryłam, że jestem w kolejnej ciąży, stopniowo zaczęłam się zastanawiać nad możliwością innego niż operacyjne zakończenia ciąży. Ta myśl powoli kiełkowała we mnie, dojrzewała z każdym kolejnym tygodniem. O grupie wsparcia Naturalnie po Cesarce wiedziałam wcześniej, ale nie od razu się do niej zapisałam. Coś w środku mnie blokowało. Zachęciła mnie koleżanka i ostatecznie się odważyłam. Odważyłam się też zapytać co sądzi o TOLAC moja ginekolog, choć miałam obawy, że będzie niechętna pomysłowi. Myliłam się – po usłyszeniu, jaka jest moja motywacja, nie miała nic przeciwko, o ile „w praniu” nie wyjdą jakieś dodatkowe przeciwskazania. I wtedy jakiś dziwny ciężar ze mnie spadł… A wstąpiła bardzo nieśmiała nadzieja, że mam szansę na lepszy poród, chociaż jeszcze chwilę temu nawet tego nie oczekiwałam, nawet nie chciałam o tym myśleć.
Od początku tej ciąży mówiłam – nic na siłę, nie za wszelką cenę, będzie, co ma być. Nie chciałam czytać książek, nie chciałam medytacji, afirmacji, czegokolwiek. Nie neguję tych praktyk, jestem przekonana, że wielu osobom przyniosły one korzyść. Ja postanowiłam nie myśleć, nie zastanawiać i zdać się na wolę Bożą. Z własnego doświadczenia wiedziałam, że są rzeczy, na które i tak nie mam wpływu, że nie wszystko zależy od psychiki, nastawienia i dobrej woli rodzącej. Pomyślałam, że po prostu chciałabym szybkiego, niepowikłanego, fizjologicznego porodu, który rozpocznie się samoistnie. I szczerze mówiąc, do teraz (a minęły już ponad 3 tygodnie od tego momentu) nie mogę uwierzyć, że to mnie spotkało…
 images
PORÓD III. Jest środa, 23.05.2018. Trudno dokładnie określić wiek mojej ciąży, ale przyjęliśmy, że termin porodu wypada między 26 a 31.05. Po cichu trochę liczę, że skoro do tej pory nic nie ruszyło, to może jeszcze zdążę zaliczyć konsultację anestezjologiczną, którą mam zaplanowaną na piątek, a bez której najprawdopodobniej nie otrzymam znieczulenia ZZO (chciałam je mieć jako opcję „w zanadrzu”). Póki co, na godzinę 11.00 zjawiam się na umówionym KTG w szpitalu w Rudzie Śląskiej, gdzie zamierzam rodzić. Przy okazji moja ginekolog bada mnie, by ostatecznie skwitować sytuację: „Nic nowego! Szyjka długa, rozwarcie może na palec, główka gdzieś tam wysoko, niewstawiona. Oj, jeśli mam być szczera, to nie sądzę, że poród rozpocznie się niebawem samoistnie”. Umawiamy się więc na kolejne KTG w sobotę, a jeśli nic samo nie ruszy, to w poniedziałek lub środę mam się stawić na wywołanie porodu przy użyciu cewnika Foleya. Mimo wszystko nie biorę sobie do serca tych słów. Zdaję sobie sprawę, że to niejednokrotnie toczy się bardzo spontanicznie i równie dobrze poród może się rozpocząć w każdym momencie. Daję sobie więc luz na kolejne dni, z dalszym nastawieniem „będzie co ma być, ale jednak sądzę, że zacznie się samo” ;).
 images
Po wyjściu ze szpitala idę jeszcze z moją mamą do kawiarni nieopodal na ciastko i kawę, a potem jadę do przedszkola po mojego starszaka. Na koniec wstępuję do krawcowej. Dalsze popołudnie upływa mi również w przyjemnej i luźnej atmosferze, bo mąż postanowił wziąć dzieci na spacer. Siadam więc przed komputerem i zjadam w dwie minuty pół paczki Delicji. Brzuch często twardnieje, niemniej od jakichś dwóch miesięcy skurcze Braxtona-Hicksa są stałym elementem rozkładu dnia, więc się nie dziwię. Siedząc w fotelu w pewnym momencie czuję coś, co sprawia, że przemyka mi przez głowę ulotna myśl „może to dziecko się właśnie wstawia”. Do dziś nie wiem, czy tak faktycznie było, czy to tylko przypadkowe odczucie, ale pamiętam, że dokładnie coś takiego w pewnym momencie przyszło mi do głowy.
 images
Po niedługim czasie czuję delikatnie pobolewanie w podbrzuszu, uznaję więc, że pora na lekki odpoczynek i kładę się na łóżku. Niedługo potem czuję ponownie lekki ból, który teraz identyfikuję już jako skurcz. Robię się czujna i spoglądam asekuracyjnie za zegarek. Jest 18:06. Kiedy kilka minut później czuję kolejny skurcz,  dzwonię do męża, informując go, że niewykluczone, iż „coś się szykuje”. Skurcze są nieregularne (podczas pierwszego porodu również były) – z przerwami od 10 do kilku minut – ale robią się coraz mocniejsze. Biorę prysznic – nie mijają. Dzwonię ponownie do męża i mówię, że wolałabym się szykować do szpitala. Mąż standardowo powątpiewa, że rodzę i dopytuje, czy aby na pewno nie za wcześnie ;). Dzwonię też do mamy, żeby została z dzieciakami pod naszą nieobecność. W pół godziny jesteśmy gotowi do wyjazdu. Wychodząc z domu, czuję pierwszy naprawdę mocny skurcz, który moja mama komentuje „Ty chyba naprawdę rodzisz”.
 images
Na Izbie Przyjęć jesteśmy po 19:00. Na szczęście nie ma kolejek. Zaczynam tłumaczyć pani w rejestracji, że mam skurcze, że to mój trzeci poród, że jestem po CC i chcę rodzić naturalnie… I nagle skurcze zaczynają niesamowicie przybierać na sile. Mam wrażenie, że są co minutę i są naprawdę bardzo mocne. Przypomina mi się ten ból, który dosłownie powala na ziemię. Nagle przestaję się przejmować, czy wypada czy nie, zaczynam jęczeć i kładę głowę na blacie przy rejestracji. Pani, widząc, że akcja najwyraźniej posuwa się do przodu, w pośpiechu każe mi podpisywać papiery (po raz pierwszy żałuję, że mam takie długie nazwisko ;)) i dzwoni na porodówkę. Każą mi się przebrać w „kreację porodową”. Jestem cała zlana potem, do przebieralni sunę po ziemi, trzymając się kurczowo ramienia mojego męża. Kiedy tylko skurcz na chwilę odpuszcza, staram się wykorzystać moment i przebieram się w ekspresowym tempie, byle tylko zdążyć przed kolejnym. Robi się nerwowo, bo mąż nie do końca ogarnia zawartość mojej walizki, ale ostatecznie jakoś się nam to udaje. Wychodzę z przebieralni krokiem żywego trupa i zmierzam do windy, nadal głośno jęcząc z bólu. I wtedy przytrafia mi się ciekawy przypadek wspólnoty losu. Mijam faceta, który również zwija się z bólu i jęczy tak samo głośno, jak ja. Echo naszych symultanicznych jęków odbija się od ścian korytarza i myślę sobie, że w sumie jestem w lepszej sytuacji, bo mnie boli z powodu porodu, a jego z powodu choroby lub innego uszczerbku na zdrowiu.
 images
Kolejny, cholernie mocny skurcz, chwyta mnie w momencie, gdy otwierają się przede mną drzwi windy na porodówce. Położna wita mnie więc dokładnie w chwili, gdy z moich ust rozlega się pierwszy, donośny okrzyk bólu. Kładę się spiesznie na łóżku porodowym w celu zbadania. I słyszę coś, co mnie (mówiąc delikatnie) już na starcie nie nastraja pozytywnie: „2 cm rozwarcia. O, długa jeszcze droga przed panią”. Ta informacja niemal mnie dobija i zaczynam się zastanawiać, jakim cudem mam przy tym bólu dotrwać do pełnego rozwarcia, to jakiś kosmos. Nieśmiało zagaduję o znieczulenie –  mówię, że byłam umówiona na konsultację na piątek. „I CO TERAZ???” Szybko się orientuję, że do tematu nie ma raczej sensu wracać –  na znieczulenie w tej sytuacji generalnie nie ma co liczyć.
Leżę cały czas na lewym boku, zaciskam ręce na oparciu albo na ręce mojego męża, któremu w międzyczasie rozrywam szpitalną szatę. I powieki też zaciskam, niemal cały czas. Otwieram je ponownie, gdy mam podpisać papiery z ankiety, na której pytania odpowiadam pomiędzy skurczami. Cztery podpisy. Po raz drugi żałuję podwójnego nazwiska. Wiem, że zadeklarowałam zgodę na nacięcie krocza i na użycie gazu rozweselającego, więcej grzechów nie pamiętam.
Tymczasem skurcze nadal są nie-do-zniesienia, ale nie mija wiele czasu (jakieś 15 minut), a w kolejnym badaniu ginekologicznym położna odkrywa, że jest już 7 cm! Wygląda na to, że sama jest zaskoczona, podobnie jak i reszta personelu. Może jednak dam radę…  Przypominam sobie o słynnym „kryzysie 7 centymetra”. W międzyczasie ktoś pyta o płeć dziecka. „Syn. Trzeci…” – mówię. „Trzeci syn! To co, reflektuje pani jeszcze na dziewczynkę?” – słyszę dowcipny komentarz. „Yyy… teraz nie.” – odpowiadam ledwie zipiąc pomiędzy jednym a drugim skurczem.
 images
Wracając do „reszty personelu” – towarzyszy nam przez większość czasu dwóch lekarzy. Jeden z nich uporczywie wypytuje mnie o powody poprzedniej cesarki. Próbuję wyjaśniać i chyba wyjaśniam za dużo, bo dalsze pytania nie ustają – najwyraźniej są wątpliwości. Odnoszę wrażenie, że większość porodu spędzam na odpowiadaniu na pytania… Mam wrażenie, że obaj lekarze nie są zachwyceni moim VBACkiem – jeden z nich wygląda na wyraźnie niezadowolonego z faktu, że miałam cesarkę i  komentuje to słowami „jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B”. Mój mąż z sali porodowej zdążył jednak  wcześniej zadzwonić do mojej lekarki, która (co słyszę na własne uszy) dzwoni do lekarzy dyżurujących, by ich przekonać, że mają mi pozwolić rodzić naturalnie, przy okazji tłumacząc się z mojej cesarki. Chwilę po jej telefonie położna woła lekarzy – jest 9 cm . Zaraz potem bada mnie lekarz i mówi jedno zdanie, które mnie bardzo uspokaja: „pełne rozwarcie, główka napiera”. Czyli chyba nie będzie powtórki z rozrywki :)
Położna mówi, że mogę sobie „poprzeć” na skurczu. Prawdę mówiąc, wcześniej mi to nie przyszło do głowy, więc wnioskuję, że nie miałam potrzeby parcia jeszcze na tym etapie. Pytam, czy to już „te parte?” I słyszę, że tak. Próbuję więc przeć i odkrywam, o co tutaj chodzi. Odkrywam, bo mimo, że przy pierwszym porodzie też próbowałam przeć, to było to zupełnie nieefektywne (dziecko było zbyt głęboko), nie czułam tego w żaden sposób i ostatecznie z tego powodu skończyło się vacuum. Tym razem czuję inaczej, czuję, że prę i główka napiera, a potem się cofa.
 images
Nadal leżę na lewym boku, tak, jak i przez cały poród. Przyznam szczerze, że kompletnie nie mam siły zmienić pozycji, nie wyobrażam sobie, jak inne kobiety znajdują energię, by jeszcze iść pod prysznic, skakać na piłce, stać… Położna pyta, czy chcę usiąść, a ja odpowiadam… „nie wiem”. I nie robię nic. Próbuję nadal przeć na boku. Prę i prę, mam wrażenie, że trwa to w nieskończoność i nie jestem w stanie dziecka wyprzeć (w rzeczywistości faza II trwała zaledwie 25 minut). Drę się „nie dam rady, on się cofa, nie mogę, auaaaa”.
W pewnym momencie dotykam główki, położna mnie nawet do tego zachęca, a ja cofam wtedy rękę i mówię, że nie chcę (dziwna reakcja). I dalej prę, wszyscy kibicują, mój mąż mówi „dajesz, dajesz” – przypomina mi się, że tak się dopingowało podczas wspinaczki w skałach ;), a ja mam wrażenie, że to jest zupełnie niemożliwe, żeby wyprzeć to dziecko. Kolejne próby parcia to nadludzki wysiłek. Wiem, że dziecko cały czas jest w worku owodniowym, dopiero na sam koniec położna przebija pęcherz, chwilę przed nacięciem. Nacięcie nie boli, zwłaszcza, że chwilę potem słyszę z ust położnej: „już jest, mam go” i czuję, jak wychodzi główka a zaraz potem barki. Jestem w szoku. Powtarzam tylko w całkowitym zdumieniu „O Boże, o Boże…!”, a małe, ciepłe ciałko ląduje na mojej piersi. Wszystko jest inaczej – jest tak, jak być powinno.
DSC_7020
Joszko Samuel (jak się okaże później) waży 3640 g i mierzy 56 cm, a więc wagowo jest największy z braci, choć różnice między nimi są niewielkie. Tymczasem kiedy mi go podają, jestem pewna, że nie może ważyć więcej niż 2,5 kg, podejrzewam go wręcz o hipotrofię, tak maleńki wydaje mi się w porównaniu ze starszakami ;). Na urodzenie łożyska chwilę czekamy – czuję jeszcze jeden skurcz (ale to już pikuś, można powiedzieć) i wychodzi – kompletne. Położna odczekuje, aż pępowina przestanie tętnić i mój mąż po raz pierwszy ma okazję ją przeciąć! To także nowość… Młoda lekarka, która później mnie szyje, najpierw ręcznie sprawdza ciągłość blizny na macicy. Nie jest to najprzyjemniejsze, ale w porównaniu z bólem skurczowym – mała niedogodność. Następne dwie godziny spędzamy wspólnie.

33397486_10208817639356537_3790412194676473856_n

Na koniec kilka słów:
Bardzo dziękuję  za grupę wsparcia Naturalnie po Cesarce. Dużą nadzieję dały Wasze szczęśliwie zakończone historie, a przekonały mnie badania naukowe i wytyczne dostępne w plikach i na stronie Naturalnie po Cesarce. Chapeau bas dla pomysłodawczyń i administratorek <3 Dziękuję.
Dziękuję wszystkim dziewczynom, które deklarowały modlitwę w intencji mojego udanego VBAC, a także mojej ginekolog, która nie tylko nie próbowała mnie przekonywać do zmiany planów, ale wspierała mnie od początku do końca.
Bardzo polecam wizytę u fizjoterapeutki uroginekologicznej wszystkim wieloródkom – zarówno tym po CC jak i po SN. Ja tę ciążę przeszłam zdecydowanie bardziej świadomie niż poprzednią – serdecznie polecam moją fizjoterapeutkę Iwonę Mazur-Ważny (Fizjo Activ w Czeladzi). Bliznę mobilizowałam już 3 tyg po CC – w ciąży ani podczas porodu nie miałam najmniejszych dolegliwości z jej strony mimo, że pierwszy rok towarzyszyła mi przeczulica tej okolicy.

Asertywność i partnerstwo podczas ciąży i na sali porodowej

 

ANALIZA KRAN (1)

Jak być asertywnym i rozmawiać z lekarzami i położnymi z pozycji partnera? jak podejmować własne decyzje, kiedy nie jest się specjalistą? Poniższe proste narzędzie – analiza KRAN – z pewnością będzie pomocne!

Zobaczmy jak to działa.

Wyobraź sobie, że w 38 tygodniu ciąży stoisz przed decyzją czy wyrazić zgodę cięcie cesarskie z powodu miednicowego położenia płodu. Jak rozmawiać z lekarzem?

K – Jakie KORZYŚCI przyniesie mi i mojemu dziecku planowe cięcie cesarskie w 38 tygodniu? Na ile te korzyści są pewne/ prawdopodobne?
R – Jakie krótko i długofalowe RYZYKO dla mnie i dla dziecka wiąże się z decyzją o cięciu cesarskim?
A – Jakie ALTERNATYWNE metody postępowania można byłoby zastosować? I z jakimi korzyścia i ryzykiem się one wiążą?
N – Co może się stać jeśli nie zrobimy na razie NIC? I na ile jest to prawdopodobne?

Czego oczekiwać w odpowiedzi?

Kokretnych, jasnych i zrozumiałych informacji, najlepiej opartych na dowodach naukowych.

Jeśli ktoś odpowiada wymijająco, niezrozumiale lub Cię zbywa, powinna się zapalić w Twojej głowie czerwona lapka ostrzegawacza „Nie można mu do końca ufać!”

Na co jeszcze zwrócić uwagę?

Każda interwencja medyczna wiąże się z jakimś ryzykiem. Odpowiedź ” nie ma żadnego ryzyka” jest fałszywa!

W większości sytuacji istnieją alternatywne sposoby postępowania.

Poród pochwowy po uprzednim cc – wywiad z lekarzem

Poniżej przedstawiam link do wartego uwagi wywiadu nt. VBAC z doświadczonym lekarzem ginekologiem-położnikiem.

– Jaka jest najlepsza metoda indukcji porodu u kobiet, które przebyły cięcie cesarskie?

– Co to jest ciągłe monitorowanie stanu płodu i dlaczego jest zalecane podczas VBAC?

– Czy należy oceniać grubość blizny po cc i na tej podstawie kwalifikować do VBAC?

– Czy rodzaj szycia ma wpływ na ryzyko związane z VBAC?

– Jak nacina się macicę podczas kolejnego cc?

– Czy powinno się stosować żele przeciwzrostowe podczsa cc?

Na te i inne pytania odpowiada  dr hab. n. med. Wiesław Markwitz prof. UM, z Katedry Perinatologii i Ginekologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Znalezione obrazy dla zapytania wiesław markwitz

https://barbaraforczek.wixsite.com/fizjoterapia-forczek/single-post/2018/02/14/Por%C3%B3d-pochwowy-po-uprzednim-cc

 

Warto posłuchać także prelekcji tego lekarza opublikowanej na stronie Medycyna Praktyczna:

https://www.mp.pl/ginekologia/wideo/168452,porod-po-cieciu-cesarskim

Ile razy można bezpiecznie rodzić przez cesarskie cięcie?

Autorka: Magdalena Hul, położna i doula


Ile dzieci można urodzić przez cięcie cesarskie? Czy istnieje jakiś bezpieczny limit kolejnych powtórnych cięć, powyżej którego ciąża jest radykalnie odradzana?

Od różnych lekarzy można w tej kwestii usłyszeć różne informacje: „nie więcej niż 2 cc”, „po 3 cc proszę już nie zachodzić w ciążę”etc.

W dostępnych zaleceniach / rekomendacjach gron ekspertów nie została określona maksymalna bezpieczna liczba kolejnych cięć cesarskich. Każdy przypadek powinien być rozpatrywany i oceniany indywidualnie przez lekarza położnika, który udziela odpowiedniej PORADY medycznej w tym zakresie. Każda para ma też prawo indywidualnie i zgodnie ze swoimi potrzebami oraz światopoglądem podjąć DECYZJĘ co do liczby potomstwa (decyzja ta może, ale nie musi być zgodna z treścią porady lekarza). Ważne jednak by ta decyzja poprzedzona była zapoznaniem się z rzetelną wiedzą dotyczącą rodzajów i statystycznej wielkości ryzyka związanego z ciążą po wielu cięciach cesarskich.

Prawdą jest, że żadna ciąża ani żaden poród nie są całkowicie pozbawione ryzyka. Poważne komplikacje, jak np. pęknięcie macicy, masywny krwotok czy konieczność usunięcia macicy zdarzają się czasem także u pierwiastek (kobiet będących w ciąży i rodzących po raz pierwszy). Nie powinniśmy jednak bagatelizować stopnia w jakim z każdym kolejnym przebytym cięciem cesarskim ryzyko tych i innych komplikacji rośnie. To trochę tak jakby porównać takie sytuacje:

1. Gdy przechodzimy przez jezdnię w miejscu wyznaczonym, na przejściu, na zielonym świetle, zachowując samemu ostrożność – czy może się zdarzyć, że potrąci nas samochód, którym akurat kieruje jakiś naćpany / pijany pirat drogowy? No może, ale ryzyko, że tak się stanie jest małe.

2.Gdy przechodzimy przez dość ruchliwą ulicę w miejscu do tego nieprzeznaczonym, ryzyko, że ktoś nas potrąci jest już trochę większe.

3. Gdy decydujemy się przemknąć przez drogę szybkiego ruchu, w dodatku wieczorem, przy kiepskiej pogodzie, ryzyko, że ktoś nas potrąci jest dużo większe, choć oczywiście niejednej osobie może udać się zdrowo i bezpiecznie przebyć tę drogę na drugą stronę.

Każdy z nas ma prawo wybrać każdą z tych opcji, znając wiążące się z nimi ryzyko. Każdy sam ma prawo wybrać i sam ma prawo ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje.

Podobnie trochę (choć zdaję sobie sprawę z braku pełnej dokładności tego porównania) jest z ciążą i porodem. Fizjologiczna ciąża u ogólnie zdrowej kobiety wiąże się z niewielkim ryzykiem powikłań. W ciąży po cc ryzyko to jest już ciut podwyższone, choć wciąż małe. Z każdym kolejnym cc,  rośnie bardziej. I choć zdarzają się przypadki kobiet mających 6, 7 , 8 i więcej cc, przebywających te porody bez większych komplikacji, to nie można na podstawie tych jednostkowych przypadków BAGATELIZOWAĆ czy pomijać ryzyka jakie wielokrotne cięcia za sobą niosą. To że jedna czy druga kobieta miała kilka cięć i jest w super formie nie oznacza, że poziom ryzyka dla innych kobiet spada.

Ryzyko jakich powikłań rośnie wraz z liczbą cięć cesarskich?

*Uwzględniono większość najpoważniejszych powikłań oprócz pęknięcia macicy, o którym mowa będzie w innym artykule.

1. ŁOŻYSKO PRZODUJĄCE (placenta praevia) – czyli sytuacja, w której łożysko zagnieżdżone jest nad ujściem wewnętrznym szyjki macicy lub w jego bliskim sąsiedztwie (prawidłowo łożysko powinno być usadowione w górnej części trzonu macicy lub jej dnie).

13-placenta_previa_uk

Ryzyko łożyska przodującego w ciąży po:

1 cc = 0,9%

2 cc = 1,7%

3 cc lub więcej = 3%

[Źródło: Marshall NE, Fu R, Guise J-M. Impact of multiple cesarean deliveries on maternal morbidity: a systematic review. Am J Obstet Gynecol 2011]

Z czym wiąże się łożysko przodujące? Z krwawieniami w drugiej połowie ciąży, ryzykiem krwotoku u matki, ryzykiem urodzenia wcześniaka, ryzykiem IUGR i ryzykiem śmierci wewnątrzmacicznej płodu.

2. RYZYKO ŁOŻYSKA PRZYROŚNIĘTEGO / WROŚNIĘTEGO / PRZEROŚNIĘTEGO

W prawidłowej ciąży łożysko (placenta) (organ odpowiadający za odżywienie i dotlenienie płodu oraz eliminację jego produktów przemiany materii) zagnieżdżone jest w błonie śluzowej macicy, a po porodzie dochodzi do jego oddzielenia i wydalenia poza organizm matki.

W sytuacji gdy kosmki trofoblastu (trofoblast to (w uproszczeniu) warstwa komórek jaja płodowego, z której w I trymestrze ciąży rozwija się łożysko) wnikają zbyt głęboko do błony śluzowej macicy mamy do czynienia z łożyskiem przyrośnięty (placenta accreta).

Możliwe jest też wrastanie kosmków łożyska jeszcze głębiej – do mięśnia macicy. Mówimy wówczas o łożysku wrośniętym (placenta increta).

Kiedy łożysko przerasta przez wartstwę mięśnia macicy i kosmki wrastają w sąsiednie narządy (często w pęcherz moczowy), mówimy o łożysku przerośniętym (placenta percreta).

300px-Placenta_accreta

Powyższe patologie implantacji łożyska związane są przede wszystkim ze zwiększonym ryzykiem krwotoków oraz ryzykiem śmierci okołoporodowej matki. 

Według przeglądu badań dokonanego przez Balayla i Bandarenko (2013) placenta accreta związana jest z krwotokami oraz zwiększonym odsetkiem histerektomii (konsekwencje dla matki). Powikłania u noworodka dotyczą: wcześniactwa, niskiej masy urodzeniowej, obniżonej punktacji w skali Apgar w 5 minucie życia. [Źródło: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23241664]

Ryzyko wystąpienia powyższych nieprawidłowości rośnie wraz z ilością przebytych cięć cesarskich. Poniżej dane dla łożyska przyrośniętego.

Ryzyko łożyska przyrośniętego (accreta) u ciężarnych:

bez cc w wywiadzie 0,24%

po 1 cc 0,31%

po 2 cc 0,57%

po 3 cc 2,13%

[Źródło: Silver RM at al., Maternal morbidity associated with multiple repeat cesarean deliveries. Obstet Gynecol. 2006]

Ryzyko patologii implantacji łożyska jest szczególnie duże u kobiet wielokrotnych cięciach cesarskich jeśli koreluje z łożyskiem przodującym.

Wśród kobiet z łożyskiem przodującym, które nie przebyły żadnego cięcia cesarskiego, ryzyko łożyska przyrośniętego wynosi 3-4%. Zaś u kobiet z łożyskiem przodującym, które przebyły 3 lub więcej cc, ryzyko łożyska przyrośniętego wynosi 50-67%.

[Źródło: Marshall NE, Fu R, Guise J-M. Impact of multiple cesarean deliveries on maternal morbidity: a systematic review. Am J Obstet Gynecol 2011]

Jeszcze częstsze i poważniejsze powikłania występują w przypadku łożyska wrośniętego i przerośniętego. Poniżej link do opisu przypadku pacjentki z łożyskiem przerośniętym: https://journals.viamedica.pl/ginekologia_polska/article/view/45639/32433

U opisywanej pacjentki – 38letniej kobiety ciężarnej po 2 cięciach cesarskich, zdiagnozowano jeszcze w ciąży łożysko przerośnięte. Poród odbył się w 38 tygodniu przez elektywne cięcie cesarskie. Niestety nie powiodła się próba postępowania zachowawczego. Doszło do masywnego krwotoku, konieczności usunięcia macicy, uszkodzenia pęcherza moczowego i nagłego zatrzymania krążenia podczas operacji.

Inny przypadek kobiety w ciąży po 2 cc, u której wystąpiło łożysko przerośnięte i doszło do pęknięcia macicy w 18 tygodniu ciąży. Konieczna była histerektomia (usunięcie macicy). Dziecko niestety nie miało szans na przeżycie.

https://journals.viamedica.pl/ginekologia_polska/article/view/46053/32844

3. RYZYKO CIĄŻY W BLIŹNIE PO CIĘCIU CESARSKIM – trudna sytuacja położnicza skutkująca zwykle koniecznością terminacji ciąży, ponieważ jej kontynuacja zagraża życiu matki.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/27824616

https://journals.viamedica.pl/ginekologia_polska/article/view/45666/32460

W literaturze są opisane przypadki kontynuacji ciąży w bliźnie po cc do 3-go trymestru z pozytywnym wynikiem neonatologicznym (noworodki przeżyły), choć autorzy prac opisujących te przypadki podkreślają wysokie ryzyko krwotoku, histerektomii i śmierci matki w takiej sytuacji.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/28954447

4.RYZYKO HISTEREKTOMII (usunięcia macicy)

5. RYZYKO KRWOTOKU (wymagającego transfuzji krwi)

6. RYZYKO OKOŁOOPERACYJNEGO USZKODZENIA PĘCHERZA MOCZOWEGO LUB JELIT

Wzrost ryzyka powyższych komplikacji wraz z liczbą cięć cesarskich obrazuje poniższa rycina.

12bb0898e7fc920ada3fee1d2890f0bc--natural-birth-pregnancy

7. RYZYKO MASYWNYCH ZROSTÓW W JAMIE BRZUSZNEJ

Znalezione obrazy dla zapytania adhesions in abdomen

Z czym wiążą się zrosty w jamie brzusznej?

  • Mogą być przyczyną uciążliwych bólów brzucha, zespołu bólowego miednicy mniejszej, a także bólów kręgosłupa (w szczególności odcinka lędźwiowego).
  • Utrudniają przebieg jakiejkolwiek innej operacji na jamie brzusznej.
  • Mogą prowadzić do niedrożności jelit (co może być stanem ostrym, wymagającym interwencji chirurgicznej).

Jak można zauważyć w powyższych przykładach, większość badań naukowych nad długofalowymi skutkami wielokrotnych cięć cesarskich różnicuje pomiędzy grupami kobiet po 1, 2 oraz 3 i więcej cc. Brakuje natomiast badań obrazujących różnice w częstości występowania poszczególnych powikłań po kolejnych cięciach cesarskich (4, 5, 6, etc.).

Autorzy jednego z nowszych badań w tematyce konsekwencji wielokrotnych cięć cesarskich, obejmującego 2460 pacjentek w jednym z ośrodków w Turcji, wysunęli wniosek, iż 4 i więcej cięć cesarskich stanowią krytyczną granicę powyżej, której ryzyko poważnych komplikacji jest już naprawdę wysokie.

[Źródło: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4450602/]

Historia wielkiej walki i ludzkiego CC (Holandia)

Ta historia nie jest historia VBAC, opowiada jednak historie wielkiej walki. Jak pisze jej autorka i główna bohaterka Ela, „walczylismy wszyscy: ja, moja córka, jej ojciec, nasze położne, szpitalny personel. Walczyliśmy o porod naturalny, potem o życie, a ostatecznie o jak najbardziej „naturalne” cięcie cesarskie. Da sie.” Kochane polskie czytelniczki, chciałabym, żebyście zwróciły uwagę jak wiele czynności można podjąć w razie komplikacji w porodzie ZANIM podejmie się decyzję o cięciu cesarskim. W razie przedłużającego się porodu lub niesatysfakcjonującego zapisu KTG – bezpośrednie monitorowanie czynności serca płodu – pelota na główce płodu (tak, trzeba mieć odpowiedni sprzęt do tego! Ale właśnie takich możliwości powinnyśmy się jako  Kobiety domagać, o to wołać i apelować!) i pobranie krwi z główki płodu celem wykonania badania gazometrycznego, które w przeciwieństwie do KTG daje pewną odpowiedź na to na ile dotlenione jest dzieciątko i czy jest potrzeba natychmiastowego ukończenia porodu czy też nie. Warto też zwrócić uwagę na postępowanie PO cc. Miłej lektury!

Od 4 miałam nieregularne skurcze, słabe ale częste, co 3-7 minut. Od początku trwały ok 1 minuty lub dłużej.
O 8 poinformowałam położne, że coś jest na rzeczy. O 12 wizyta i faktycznie, 3 centymetry! Jaka radość! Kolejna wizyta o 16 i 4 centymetry. Skurcze trochę się nasiliły, ale świetnie sobie radziliśmy. O 18 zmiana położnych, nadal 4 cm. Kolejne badanie po godzinie i werdykt: brak postępu. Położna namawia mnie na przebicie pęcherza, bo jak nie to transfer. No i się zgadzam. Od 19 skurcze nabierają tempa, pojawiają się bóle krzyżowe. Jakbym dostawała kijem basebolowym, bez przerwy. Od 20 skurcze właściwe nie ustawaly, myślę sobie, teraz rodzę na poważnie! D w końcu miał zajęcie – wisiałam na nim na zmianę ze skakaniem na piłce. Coraz trudniej było mi znieść ból, ale wiedziałam, że w takim tempie to już na pewno nie potrwa długo! Po 21 badanie 4 i pół centymetra. To mnie zniszczyło, nie wyobrażałam sobie tego bólu tak długo… straciłam wiarę, poddałam się zupełnie, proszę o epidural. Jedziemy do szpitala, a ja rycze, krzyczę, żal mi samej siebie. Gdzieś w krótkich chwilach świadomości było mi tak strasznie wstyd.
Dojechaliśmy do szpitala, okazuje się ze czeka mnie 30 minut KTG. Błagam o pomoc, już nie chcę, nie mogę. Ale jednak daje radę i przez chwilę nawet wygląda na to, że wychodzimy na prostą. 30 minut trwa już godzinę, coraz więcej ludzi się w okół mnie kręci, pytam czy to już, czy epidural…? Nie. KTG wypadło średnio, musimy założyć elektrode bezpośrednio na główce. Nie wiem, ile to trwało. Patrzę na ekran, skurcz na szczycie, a tętno 50. I spada. Pobierają krew ze skalpu do gazometrii – niedotlenienie. I już jedziemy na salę operacyjną, dali mi coś na zatrzymanie skurczy, ale nie działa, Boże, igła w kręgosłupie i skurcz! Za chwilę nie czuje nic, trzęse się jak galareta, proszę żeby ściągnęli zasłonę, chcę widzieć jak ja wyciągają z brzucha. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ona. Pierwsze co widzę to węzeł prawdziwy na pępowine. Patrzę i nie wierzę. A za chwilę jest już z nami, wrzeszczy, Boże jak bardzo Ci dziękuję.
 
plac010
Bardzo się cieszę że cc tu (Holandia), a nie w Polsce. Po wydobyciu musiał ją obejrzeć pediatra ale później cały czas już była z nami. Byłam ma nogach po 4 godzinach, żadnej głodówki, od razu pozwolili mi się umyć, spacerować. Nikt się nie roztkliwia nad kikutem, każda prośba uszanowana, każde zdanie wysluchane do końca. Poza tym D śpi z nami w sali, za darmo, nikt mi nie mówi o diecie matki karmiącej ani nie zagląda co chwilę w krocze. Położne bardzo skrupulatnie kontrolują każde przestawianie, żebym nie zniszczyła skutków. Ani słowa o dokarmianiu, zachęcają, żeby mała spala na mnie albo na tacie. Szpital marzeń.

Ginekolog-położnik z ponad 30letnim doświadczeniem w rozmowie o VBAC

Przy współpracy z Dorotą z Moja Planeta TV, udało się nagrać wywiad z jednym ze wspierających porody naturalne po cięciu cesarskim ginekologów-położników dr n. med. Bogdanem Ostrowskim. W rozmowie poruszone zostały m.in. kwestie:

  • korzyści z VBAC oraz korzyści z cięcia cesarskiego wykonywanego po rozpoczęciu akcji porodowej,
  • ryzyka związanego z VBAC oraz ryzyka związanego z powtórnymi cięciami cesarskimi,
  • roli lekarza prowadzącego w przygotowaniu kobiety do VBAC,
  • braku cierpliwości we współczesnym położnictwie.

Warto obejrzeć i podzielić się ze znajomymi!

Zachęcam też do zapoznania się również z innymi wywiadami na kanale Moja Planeta TV oraz do polubienia funpagu Mojej Planety TV na facebooku https://web.facebook.com/mojaplanetatv/?fref=ts . Wspierajmy wartościowe przedsięwzięcia!

Rodząc i kochając jestem prawdziwą matką (w pewnym zakątku Polski)

Historia dwóch porodów zakończonych cięciem cesarskim, ale porodów diametralnie różnych. Pierwszy poród – w pełnym zaufaniu do systemu, szpitala, wiedzy i dobrej woli osób tam pracujących – niestety, wydaje się, że poród przez ten system nieuszanowany i spatologizowany. Drugi poród – cudownie świadomy, ze wsparciem, w pełni podmiotowości i decyzyjności. Oto historia Hani:

effort

Hej, mam na imię Hania, chciałam się z Wami podzielić swoją opowieścią o podejściu do VBAC-u. Może od początku…

W swoją pierwszą ciążę zaszłam będąc studentką czwartego roku medycyny. Ciąża przebiegała prawidłowo. Ja pomimo ciągłej ochoty spania, musiałam ostro zakuwać ponieważ jak każdy student medycyny wie, że czwarty rok upływa pod znakiem farmakologii. Tak więc krótki sen, kawa i nauka od 6 rano. Potem kolokwia, szybki obiad, drzemka i kawa, i znów nauka… Moja ciąża nie była odpoczynkiem…

Ale wróćmy do tematu :) Ciąża oprócz niewielkich dolegliwości przebiegała książkowo, aż do 30 Hbd kiedy to w nocy obudziłam się i nie potrafiłam zasnąć z powodu świadu stóp i nóg, które drapałam do krwi. No, więc szybko – badania wizyta u ginekologa, potem pobyt na Oddziale i diagnoza – cholestaza. Brałam leki które niezbyt pomagały, a ja miałąm wrażenie, że tak na prawde to stres nasilał mi świąd…

W 39 Hbd zdałam ustnie egzamin z farmakologii (do dziś pamiętam, że otrzymałam 28 pytań;) i za 3 dni miałam pojawić się w szpitalu w związku z tym, że była to ciąża podwyższonego ryzyka i chcieli mi robić codziennie KTG.

Ślepo wierzyłam, że wszyscy na pewno będą chcieli mi pomóc w SN i nie zrobią mi krzywdy. Wierzyłam w medycynę. Dzisiaj nieco inaczej patrzę na ten temat 😉

Więc dzień po terminie po dwoch dniach zastrzyków tzw. prowokacji przekazano mnie na porodówke z rozwarciem na opuszkę palca, bez akcji skurczowej. Podłączono do OXY. Pojawiły się skurcze, miałam skakać na piłce i chodzić. Wszystko to robiłam, towarzyszył mi mąż, ale rozwarcie postapiło do połtorej palca i koniec. Dowiedzialam sie, że „ordynator nie pozwolił mi wrócić na oddział i że musze dzisiaj urodzić” – dosłownie tak usłyszałam. Wierzyłam w jego dobre intencje. A teraz po prostu wiem że był to czwartek i na piątek mieli juz dużo zaplanowanych innych rzeczy i nie chciał żeby coś się wydarzyło w weeekend na dyżurze, więc tak zdecydował… Ja z całych sił chciałam urodzić SN. Kilkukrotnie mi proponowano cesarke od rana. Ja twardo, że nie i nie… Bóle miałam coraz wieksze, ale rozwarcie stało w miejscu. Zdecydowano, żeby wody puścić. Ja się zgodziłam, nie majac pojecia z czym to sie wiąrze. (Wstyd sie przyznać, że jako studentka medycyny wtedy tak mało wiedziałam, ale ginekologia na studiach jest dopiero na 5 roku). Wody upuszczono -pamiętam tylko straszny ból, ale bóli porodowych jak nie bylo tak nie było. Rozwarcie dalej to samo, wiec o 17:30 zdecydowano o cc. Piszę zdecydowano, ponieważ ja sama nie byłam w stanie podjąć decyzji – byłam tak zmęczona, że niewiele do mnie docierało. Od wieczora dnia poprzedniego nic nie pozwolono mi jeść i pić. Czułam się jak w transie. To Mąż zadecydował.

O 18 nasza córka Zosia była już na świecie. Niestety nie dostałam jej do rąk ani do przytulenia ponieważ spadło mi bardzo ciśnienie tak, że w niektórych momentach „odlatywałam”. Potem już tylko pamietam radość, że córka jest zdrowa oraz straszny ból pooperacyjny na który dostałam tylko pyralginę… aż w to nie potrafię uwierzyć, że to przeżylam… Córkę widziałam dosłownie przez chwilę. I to kolejny cios w serce. Ból. Gdybym urodziła sn miałabym ją tylko dla siebie. A tak – Polska rzeczywistośc, czyli jedna położna na cały oddział położniczy, zero przycisków, żeby ją przywołać, ja na sali poopercyjnej SAMA, i lecą łzy, i chlipie, i wołam, a nikt nie słyszy. Mąż nie mógł zostać – takie mają przepisy. W końcu przychodzi położna z kroplówką – mówi „żeby się nie mazać”, same złote myśli pt: „że trzeba być twardym dla dziecka”, a ja mówię: ale dajcie mi te dziecko tutaj!!! a ona że: zawolam dziewczyny z noworodkow żeby przywiozły. Że tutaj mają takie procedury, i że jak nie przywożą, to dziecko jest zmęczone i śpi. Oczywiscie nie przywiozły… Dostałam ją po 12 godzinach rozłąki o 6:00 rano do pierwszego karmienia i już jej nie oddałam!

Potem dowiedziałam się co to jest zespół popunkcyjny i chodzilam przez kolejne dwa tygodnie po ścianach. Swojej córki, aż trudno mi to powiedzieć, przez długi czas nie potrafiłam pokochać. Wszystko to co się wydarzyło było dla mnie jak straszny sen. Wpadłam w depresję, a każdy dzień rozpamiętywałam co zrobiłam źle, co mogłam zrobić inaczej, i jakby to sie wtedy skończyło. Niestety w trzy tygodnie po rozwiązaniu musiałam zdać kolejny egzamin i spaść na ziemię, więc to dodatkowo mnie „dobiło….”.

Potem studia i wychowywanie córki trzeba było jakoś pogodzić. Bardzo chciałam karmić piersią. Było to dla mnie bardzo ważne. Jestem perfekcjonistką i jak już poród „zawaliłam” to bardzo chciałam przynajmniej tej kwestii nie spieprzyć. Niestety gdy córka miała 2,5 miesiaca ja już musiałąm iść na praktyki, potem rozpoczęły sie studia i moja laktacja coraz to bardziej się zmniejszała. Byłam młoda, miałam niewielką wiedzę na temat porodu i laktacji. Moja mama urodziłą trójkę dzieci bez większych komplikacji (dostała jedynie kroplówkę z OXY do 2 porodów), ale z kolei bardzo krótko karmiła nas piersią. Jak wiadomo wiedza o laktacji i karmieniu piersią w tamtych czasach nie była zbytnio rozpowszechniona.

To kwestia priorytetów życiowych. To emocjonalne sidła. Do dziś, wielokrotnie wracają do mnie te wspomnienia i ten ogromny ŻAL. Ten ból jest jak bumerang.

Narodziny Łucji:

W kolejną ciążę zaszłam w lutym 2015 roku. Bardzo się cieszyłam bo czekałam na nią. Bardzo! Od początku byłam przekonana, że będzie to syn. A tu niespodzianka: znowu dziewczynka 😉 Starsza córka trochę się obraziła bo bardzo chciała „braciska;)”.

Do pracy przestałam chodzić dopiero od poczatku czerwca. Całą ciążę spędziłam bardzo aktywnie. Uprawiając własną grządkę z warzywami przy domu (dla rozrywki:) dodatkowo, zajmując się starszą córką. Od początku czułam to: to bedzie mój VBAC.

Cała ciąża przebiegała książkowo. Zero powikłań. Okresowo tylko infekcje grzybicze pochwy, ale nie kończyło się nigdy na jakiś wyszukanych lekach. Termin z miesiączki 28 październik, ale ja mam dłuższe cykle, więc teoretycznie na 2.11.2015r. W sobotę przed porodem zaliczyłam bardzo intesywne sprzątanie garażu i piwnicy z mężem. W niedziele z kolei wykopki reszty plonów i palenie ogniska :). Dodatkowo od poniedziałku rozpoczęłam picie liści malin, a od dwóch tyg, zażywalam olej z wiesiolka. Każdy dzień raczyłam się waszymi VBAC-owymi historiami. Nie czułam strachu, wyczekiwałam tego bólu narodzin.

Miałam od 36 tyg. bardzo częste i dosyć bolesne skurcze przepowiadające. Jednej nocy myślałam, że już urodzę ponieważ moje skurcze przepowiadające były bardzo regularne. Ale kolejnego dnia na wizycie lekarz mi powiedział, że następnym razem mam wziąć no-spę i do lóżka. Szkoda. Do tematu wracajac. W poniedzialek, oprócz zakwasów, nic mi nie dolegało. Wtorek, też tylko bolesne napinania, ale nieregularne. W środę, w dniu terminu, o 4 rano obudził mnie silny skurcz taki że wyskoczyłam z łóżka, ale dalej nic, potem bolesne napinania. Postanowiłam wybrać się z córka do sąsiadki na kawę. Od rana znowu piłam liście malin. Gdy worciłyśmy karmiłam trochę córkę zupą bo marudziła, i nachyliłam się nad nią do małego stoliczka, i nagle czuje „PYK”i jak mała w brzuchu rozpycha się niemozliwie, ale myślę sobie „nieee, to nie mógł mi pęcherz płodowy pęknać”. Idę do ubikacji i… konsternacja, bo na wkładce mała kropka myślę, że to siku. Idę robić obiad, bo jest 15 mąż wraca z pracy.

Informuję meżą po jego powrocie, że chyba coś nie zaczyna, ale że nie jestem pewna i zaczynam próbować kucać i stawać. I jakaś niewielka ilosc wypływa, i nie wiem co robic. Telefon do znajomej położnej. Przyjeżdża za chwilę bo była w pobliżu. Kładę się i chlust. Teraz mam pewnośc ze wody odchodzą 😉 Bada mnie i mówi, że rozwarcie na opuszek palca, i że słabo to wygląda, bo szyjka całkowicie od kości krzyżowej, choć trochę zgładzona i głowka przyparta do wchodu.

Nie załamuje się i oznajmiam jej, że damy rade. Z powodu tego, że jestem GBS + jadę do szpitala. Skurczy jak nie było, tak nie ma. Tam decyzja żeby podłączyć kroplówkę. Ja się nie zgadzam. W USG wszystko okej. Myślę sobie tak – do rana na pewno wszystko ładnie się przygotuje. O 21 zaczynam podkrwawiać i ból miesiączkowy. Położne mówią: dobrze, damy pani dwie nospy, to szyjka sie rozluźni. W końcu się zgadzam. Do 1 w nocy chodzę, stymuluję brodawki a w międzyczasie modlę się na różańcu. Mowię: Matko Boska pozwól mi urodzić naturalnie! Ale nadal nic skurczy nie ma… Rano wstaję i też nic, ale się nie załamuje. Myślę: pomaluję się i ubiorę ładną koszulę, bo to mój dzień, to dziś na świat przyjdzie Łucja.

Ubrana i umalowana idę na…lewatywę;) Po niej kroplówka i rozpoczynają się piękne skurcze! Tylko co z tego jak trwają maks, 30 sek….są regularne co 5 min, ale krótkie… Wszyscy uspokajają, że jeszcze się rozkręci, że będzie dobrze, więc ja pozytywnie nastawiona cały czas chodzę z kroplówką a wody mi sie sączą. Cały czas się staram – idę pod prysznic, skaczę na piłce, modlę sie, stymuluje sutki, kucam podczas skurczów, ale to nic. Kroplowka dobiega końca, a u mnie skurcze coraz rzadsze i słabsze. Ok 15 lekarz zarządził kolejny lek rozkurczowy poniewaz rozwarcie tylko na 1,5 palca, a szyjka nadal od kości krzyżowej. Po kąpieli skurcze całkowicie znikaja. Przychodzi mąż. Ja płaczę. Ból w sercu. Nie udało się teraz moje ciało juz całkiem zawaliło. Koniec, to kolejna cesarka. Ale jeszcze nadzieja: dają mi relanium i mówią: prześpij się i jeszcze jedna kroplówka. Wiec tak robię. Spać co prawda nie potrafię, ale relaksuje się. Coraz bardziej martwi mnie, że każdy ruch Łucji zaczyna mi sprawiać ból.Brzuszek już bardzo mały mam i wody już tak się nie sączą. W końcu o 21 podłączają kolejną OXY i…..bum bummmm bummmm  – tetno 85/min. Dostaję tlen i na lewy bok, kroplówkę skręcają i tętno wraca. Ale za chwile kolejna próba i tętno 75/min, a potem już niezła tachykardia po skręceniu kroplówki. Bradykardie nie związane były ze skurczami, ponieważ, ich już niestety w ogóle nie było. CRP zaczyna powoli narastać i moja leukocytoza też. Ja jestem coraz bardziej zmęczona. Martwię sie o córke. „Coś” nie daje mi spokoju. Cała ta sytuacja i ten ból, ona taka niespokojna w tym brzuchu… jakby chciała już wyjść. Lekarz proponuje cesarkę, bo obok dziewczyna ubłagała go przy 9 cm na cc. Albo czekać do rana. Wspólnie decydujemy z mężem, że idę na cc po 32 godzinach od odejscia wód plodowych. (Potem w badaniach wyszło, że córka miała już CRP 45 udało się bez antybiotyku, na szczęście).

Baliśmy sie o nią. Na cc słyszę: „Hanka, dobrą decyzję podjęłaś, błony płodowe zielenieją i sie rwą, pęcherz płodowy pękł wysoko”. Córka rodzi sie zdrowa. Dostaję ją żeby pocalować. Jest całkiem inna niż pierwsza córka. Ma jasne włoski, jest cudna. Od razu ją kocham. Jest Moja. Jest Nasza. Wyczekana. Wymodlona.

Po cięciu: błagam żeby mi ją przywieźli do karmienia. Ale mówią, że nie, bo nie ma potrzeby. Całe szczęście tak się rozkrzyczała, że w półtorej godziny po cc mam już ją na sobie całkiem nagą na klatce i karmię ją piersią po raz pierwszy z usmiechem na twarzy. Co 30 min przychodzi położna żeby ją zabrać, a ja do 3 rano proszę,  żeby mi jej nie brała. Jest super. Całkiem inaczej niż po pierwszym cc. Mam koleżankę na sali. Położne są bardzo miłe i uprzejme. I mam swoja Luśkę ze sobą to najważniesze!

Na ranną zmianę przychodzą nowe położne. Niestety. I słyszę, że nie pomoże mi wstać bo jej kregosłup pęknie. No wiecie co! Żeby ręki komuś nie podać, to jest skandal, ale nic zaciskam zęby i od 6 sama już zajmuję sie małą. Nie oddaję jej, mam ją wyłącznie dla siebie, nie chcę żeby mi ją zabrali. Karmię ją na okragło. Wiem jak ważne to jest po cc, żeby prawidłowo od początku karmić, żeby była fajna laktacja. Niestety na wieczor obezwładniające bóle popunkcyjne głowy. Historia lubi sie powtarzać tylko teraz już śmiesznie nie jest, bo wstając prawie mdleję z bólu glowy i tracę sluch. Życie boli. Do tego dusza wyje. Baby blues: i znowu nie urodziłam i płaczę po nocach i łkam w ciszy. Dziewczyna obok kompletnie mnie nie rozumi. Mówi jeśli kolejna ciąża i dziecko to tylko cesraka! A ja mówię, że jej zazdroszcze, że miala te 9 cm, że chcialabym też tak przeżyc poród. Ona puka się po czole i mówi „cesarka – to jest coś!”.

Przychodzi Anioł – położna. Pyta się, o co chodzi. Mówię jej swoja historię. Ona mnie wspiera. Sama przeszła dwie cesarski. Z podobnych powodów. Wspiera mnie. Pozwala sie wypłakać. Oczyszcza moją duszę. Kocham ją za to – Sylwia bardzo Ci dziękuję! To ty przekonałaś mnie, że karmiąc naturalnie mogę nadrobić ten brak. Ty mi też uświadomiłaś. że rodząc i kochając jestem prawdziwą matką.

Zafiksowałam się i karmię, karmię nadal 15 miesieczną Łucyjkę, która dała mi nieźle popalić (od 5 tyg. zaczęły sie kolki, chlustajace wymioty, ulewania, i brak przyrostu masy ciala, ale przekonałam się, że samozaparcie i dążenie do celu jest baaardzo ważne!). Nie miała w ustach butelki, ani innego mleka. Dziewczyny nie dajcie się! Karmienie również jest baaaardzo ważne!

Teraz marzę o VBA2C i tandemowym karmieniu dzieciaków;) Ale wiem, że jeżeli będzie ten VBA2C to na pewno skorzystam z usługi prywatnej położnej lub douli. Czuję, że przy VBAC-u zabrakło mi tego wsparcia. Więc, dziewczyny jeśli się wahacie polecam wam, warto wydać te pieniądze!

Wielu udanych VBAC’ów wam życzę. Jako zagożała fanka tematyki okołoporodowej, perinatologii, neonatologii i hobby’stycznie laktacji, śledzę na bierząco wasze historie i jesteście moją inspiracją! Pamiętajcie nie ważne jak wyjdzie i tak jesteście super!

Moim zdaniem zawsze warto próbować.

Hania

PORÓD PO PRZEBYTYM CIĘCIU CESARSKIM (na podstawie wytycznych RCOG 2015)

AUTORKA: Aleksandra Lewandowskapart_1-2-2
Lekarz rodzinny, nauczyciel naturalnego planowania rodziny, członek Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersią i Grupy Wsparcia Naturalnego Karmienia Piersią i Mlekiem Kobiecym, Dawczyni Krwi i Mleka Kobiecego. Mama wesołego synka i córeczki. Miłośniczka eco-life, slow-life, rodzicielstwa bliskości, wsi, rynków osiedlowych i jarmarków. Pasjonatka rowerów (całorocznie), eksperymentowania z dziećmi, karmienia piersią w różnych kulturach i wnętrzarstwa. Katoliczka.

W nawiązaniu do tematu przewodniego niniejszego portalu internetowego z zaciekawieniem przeczytałam artykuł z najnowszego numeru Medycyny Praktycznej – Ginekologii i Położnictwa o tytule jak wyżej. Zainteresowana byłam nie tylko z racji mojej fascynacji (zresztą na kanwie promowania wszystkiego, co naturalne) i zawodowym głębokim przekonaniem do pierwszeństwa porodów fizjologicznych nad zabiegowymi. Byłam ciekawa treści również ze względów osobistych – wszak sama mam „cesarską” przeszłość, a za kilka dni spodziewałam się porodu kolejnego dziecka (bez planowych wskazań do kolejnego cięcia).

Choć chcę się odnieść jedynie do tego właśnie artykułu, należy podkreślić, że ma on charakter wytycznych ustanowionych przez Royal College of Obstetricians and Gynaecologists z października 2015.

Artykuł rozważa wyniki badań naukowych stanowiących za lub przeciw porodom planowym drogą pochwową (vaginal birth after caesarean – VBAC) oraz elektywnym powtórnym cięciom cesarskim (elective repeat caesarean section – ERCS). Jest to niejako odzew na znaczny odsetek porodów zabiegowych (przykładowo w Walii, Irlandii Północnej i Szkocji w latach 2012-2013 wynosił kolejno 27,5, 29,8 i 27,3%). Tymczasem planowy VBAC stanowi bezpieczny klinicznie wybór dla większości kobiet, które przebyły jedno cięcie cesarskie w dolnym odcinku macicy, co ogranicza koszty finansowe oraz powikłania matczyne związane z wielokrotnym wykonywaniem tych operacji. W Australii zorganizowano specjalistyczne przychodnie położnicze ukierunkowane na opiekę nad kobietami, które przebyły cięcie cesarskie. Z założenia placówki te wspierają pacjentki w świadomym podjęciu decyzji o sposobie rozwiązania ciąży. W efekcie zwiększył się odsetek podjętych prób VBAC.

Planowy VBAC można zaproponować większości ciężarnych, które przebyły jedno cięcie cesarskie w sytuacji: ciąży pojedynczej, położenia podłużnego główkowego dziecka, po ukończeniu 37 tygodnia ciąży.

Przeciwskazaniami do VBAC: uprzednie pęknięcie macicy (zwiększone ryzyko powtórnego pęknięcia >=5%), cesarskie cięcie wykonane metodą klasyczną (zwiększone ryzyko pęknięcia macicy; cięcie w kształcie litery T lub J, niskie poziome nacięcie, znaczne, nieumyślne rozdarcie macicy stanowią wskazanie do zachowania szczególnej ostrożności przy podejmowaniu decyzji), ewentualnie powikłana blizna po uprzednim porodzie zabiegowym, inne bezwzględne przeciwskazania do porodu naturalnego, wcześniejsze operacje w obrębie macicy (ryzyko porównywalne co najmniej jak w przypadku VBAC), łożysko przodujące (ryzyko nieprawidłowego położenia łożyska wzrasta z kolejnymi cięciami cesarskimi).

Kobietom, które przebyły co najmniej 2 cięcia cesarskie można zaproponować poród drogą pochwową po konsultacji starszego położnika. Nie stwierdza się znamiennej różnicy w częstości pęknięcia macicy podczas porodu drogą pochwową po co najmniej 2 poprzedzających cięciach cesarskich.

Wskaźnik powodzenia VBAC po 2 cięciach cesarskich wynosi 71,1% (po jednym 72-75%), częstość pęknięcia macicy 1,36%, ryzyko powikłań jest porównywalne jak w przypadku powtórnego cięcia cesarskiego. U kobiet rodzących drogą pochwową po 2 przebytych cięciach cesarskich w porównaniu z kobietami po jednej takiej operacji większe są: częstość wycięcia macicy (56/10000 vs 10/10000) oraz przetoczeń krwi (1,99% vs 1,21%).

Kobiety planujące co najmniej 3 ciąże, które decydują się na ERCS należy poinformować o zwiększonym ryzyku powikłań operacyjnych (łożysko przodujące, łożysko przyrośnięte, konieczność histerektomii – wycięcia macicy), dlatego powinno się promować VBAC.

Do czynników zwiększających ryzyko pęknięcia macicy zalicza się: krótką przerwę między porodami (<12mcy), ciążę przenoszoną, wiek matki min. 40 lat, otyłość, niższą punktację oceniającą dojrzałość szyjki macicy w skali Bishopa, duże wymiary płodu (makrosomia), zmniejszoną grubość blizny (<2mm) po poprzednim cięciu cesarskim (ocena w USG). Jednakże czynniki te nie stanowią przeciwskazania do VBAC. Planowy VBAC wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pęknięcia macicy wynoszącym 1/200 przypadków (0,5%) w sytuacji samoistnej czynności skurczowej i 0,54-1,40% gdy doszło do indukcji porodu.

Planowy VBAC i ERCS nie różnił się znacząco pod względem częstości przeprowadzonych histerektomii, występowania powikłań zatorowych, dokonywania przetoczenia krwi, występowania zapalenia błony śluzowej macicy. Próba VBAC zakończona niepowodzeniem w porównaniu z porodem drogą pochwową zakończonym sukcesem zwiększa ryzyko pęknięcia macicy (2,3% vs 0,1%), histerektomii (0,5% vs 0,1%), przetoczenia krwi (3,2% vs 1,2%) i zapalenia błony śluzowej macicy (7,7% vs 1,2%). Histerektomia była konieczna w 14-33% przypadków.

Podczas oczekiwania na samoistną inicjację planowego VBAC w 40 tygodniu ciąży odnotowuje się zwiększone ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego o dodatkowe 10/10000 przypadków. Nieznana jest przyczyna tego zjawiska. Zgony okołoporodowe (wewnątrzmaciczne lub noworodka) w sytuacji planowego VBAC wynoszą 4/10000 (0,04%), z czego 1/3 jest spowodowana pęknięciem macicy. ERCS koreluje z ryzykiem zgonu okołoporodowego 1/10000 przypadków. Ryzyko zgonu okołoporodowego dziecka w związku z pęknięciem macicy podczas VBAC  określono na 4,5% lub 2-16% zależnie od badania.

Ryzyko zgonu matki w przypadku VBAC jest równe 4/100000, w ERCS 13/100000. Po ERCS w porównaniu z planowym VBAC występuje zwiększone ryzyko przejściowego tachypnoe (zwiększona częstość oddechów/min) u noworodków (4-5% vs 2-3%) oraz zespołu zaburzeń oddychania (0,5% vs <0,5%).

Powtarzanie ERCS koreluje ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia łożyska przodującego, łożyska przyrośniętego i powikłań operacyjnych (np. histerektomii) podczas następnej ciąży i następnego porodu.

Kobiety po co najmniej jednym porodzie pochwowym są w grupie zwiększonej szansy powodzenia VBAC na poziomie 85-90%. Przebyty poród drogami natury stanowi niezależny czynnik zmniejszający ryzyko pęknięcia macicy.

Indukcja porodu, nieprzebycie w przeszłości porodu drogą pochwową, BMI przekraczające 30, cięcie cesarskie wykonane z powodu zahamowania postępu porodu lub zagrożenia życia dziecka, poprzedni zabieg wykonany ze wskazań nagłych (szczególnie w przypadku indukcji porodu zakończonej niepowodzeniem) są związane ze zwiększonym ryzykiem niepowodzenia VBAC. Stwierdzenie wszystkich czynników ryzyka pozwala oszacować, że VBAC zakończy się powodzeniem w 40% przypadków. Większą szansę powodzenia natomiast dają: wysoki wzrost matki, rasa biała, wiek poniżej 40 lat, BMI mniejszy od 30, ciąża przed 40 tygodniem, urodzeniowa masa ciała <4kg. Szansę tę zwiększają też samoistna inicjacja porodu, potylicowe wstawianie się główki dziecka, wyższa wyjściowa punktacja szyjki macicy w skali Bishopa.

W sytuacji porodu VBAC indukowanego/stymulowanego dochodzi do 2-3 krotnego zwiększania ryzyka pęknięcia macicy i ok. 1,5 krotnego zwiększenia ryzyka cięcia cesarskiego. Poród indukowany mechanicznie (amniotomia-nacięcie błon płodowych, cewnik Foley`a) jest związany z mniejszym ryzykiem rozejścia się blizny niż przy zastosowaniu prostaglandyn.

Planowy VBAC przed terminem porodu ma podobny wskaźnik powodzenia jak planowy VBAC w terminie porodu, ale obarczony jest mniejszym ryzykiem pęknięcia macicy.

Jak to zwykle w medycynie bywa, decyzje co do postępowania klinicznego zawierają w sobie zarówno szansę, jak i ryzyko. Sztuką jest dokonać rozsądnego, „chłodnego” bilansu. W chwili obecnej jestem już niestety po dwóch cięciach cesarskich, jednak artykuł dał mi cień nadziei…

Vba2c nieudany ale szczęśliwe zakończenie (Dania)

Poród to nie tylko sam finał – moment kiedy maleństwo pojawia się na świecie. To droga, proces, kontinuum. Jeśli tylko jest cień możliwości, warto tą drogą pójść – choćby kawałek. Choć bywa nie łatwo. Ale mamy, które podjęły ten trud, nie żałują. Jedną z nich jest Magdalena, która będąc po 2 cięciach cesarskich podarowała sobie i swojej córeczce cenne 21 godzin porodowej przygody.

Zachodząc w trzecią ciążę od początku wiedziałam, że będę próbować sn. Po 2 cc miałam koszmarne komplikacje i bardzo się bałam powtórki z „rozrywki”. Pierwsze dwa cesarskie cięcia miałam w Polsce. Tył razem była to Dania. Na początku lekarze byli sceptyczni. Ale przekonywałam ich, że wiem co robię, że mam sporą wiedzę w temacie, że znam statystyki itp. W miarę upływu ciąży coraz bardziej lekarze byli po mojej stronie. Mieliśmy z duńskimi lekarzami umowę, że jeśli ciąża będzie „wzorowa” to będziemy próbować. Ciąża taka wzorowa nie była, ale z większych problemów była tylko cukrzyca ciążowa, regulowana jedynie dietą.

Termin miałam na 24.04.2016z Na 19.04. była umówiona cesarka „w razie czego” choć wiedziałam ze do tego terminu nie dotrwam. Synów urodziłam przez cc w 36. i 37. tygodniu ciąży. Takze i tym razem spodziewałam się wcześniejszego odejścia wód. I tak się stało.
W nocy 9.04. (z piątku na sobote) o godz 2 zaczęły sie skurcze. Bolesne, najpierw co 15 min, potem co 10. O 5 odeszły mi wody – duża ilośc i pojechaliśmy do szpitala. O godz 7 rano badanie już w szpitalu – i wielkie zdziwienie. Mimo regularnych już skurczów szyjka miała 3 cm, zamknięta. Do rozwarcia jeszcze trochę. Daliśmy sobie czas, skurcze coraz częstsze, co 5 min, całkiem bolesne – byłam pewna ze jesteśmy na dobrej drodze. Po 4 h skurczów co 5 min – badanie kolejne – drgnęła szyjka ale nadal 2 cm. I potem – spacery, schody, cuda wianki. Położne pokazywały jak oddychać, jak sobie pomóc – to było wspaniałe. Wody ciagle odchodzą, miałam wrażenie, że litrami, ale walczymy dalej. Już byłam dość zmęczona. Nie spałam i nie jadłam od wielu godzin. Około godziny 17 pierwsze zwątpienie – czy to się uda. Ale przy pełnym wsparciu personelu walczymy dalej i dajemy sobie czas do godz. 20. Wtedy rozmowa z lekarzami, zapis ktg i badanie. Skurcze nadal co 5 min. Ale potem znów nieregularne bardziej, za to silniejsze, na ktg pisały się jako bardzo mocne. A ja nadal nie śpię od wielu godzin, jestem wymęczona, ale nadal wierzę, że o tej 20 bedzie chociaz jakies rozwarcie, że do rana urodzę. O Godz. 21 juz wiadomo, że szyjka od godz 11 rano nic się nie zmieniła. Przyszedł lekarz ktory niczego nie narzucał, tylko spokojnie mnie poinformował, że ponad 18 h bez wód to juz dosc długo, ze nie zapowiada się, by coś się miało zmienić do tego czasu 24 h bez wód… I wtedy juz zrozumiałam, że nie moge narażać malutkiej – ona także była wymęczona…. Wtedy podjęłam decyzję, że to jest ten moment. Bardzo ważne było dla mnie że niczego mi nie narzucano, spokojne argumenty lekarzy, ale to ja byłam panią tej sytuacji, do samego końca.
Po 21 h skurczów nareszcie koniec… Natychmiast zrobiono mi cesarkę – we wspaniałych warunkach, ze świetnym zespołem. Był to bardzo trudny moment dla wszystkich, miałam mnóstwo zrostów, i podobno niezły „bałagan” po ostatniej cc. Ale wszystko się dobrze skończyło. O 22:20 Nadia juz była na świecie – 37 tc i 5 dni -3040 g i 52 cm, 10 pkt. Ja po 2 h miałam juz wyjety cewnik, po 3 h dostałam jogurt. Po 6 h toaleta. Rano juz normalne śniadanie i normalny obiad. Pierwsza doba – koszmar straszny – mnóstwo powietrza miałam w sobie. Ale po 24 h – znacznie lepiej. Tą cesarkę zniosłam najlepiej. Wyszliśmy po 1,5 doby od cesarki. Jestem przeszczęśliwa, a po 2 synkach mam swojego skarba kolejnego –  córeczkę Nadię. Mimo tych 21 h skurczów… I bólu – nie żałuję, że próbowałam – czuję, że przeżyłam ten poród w pełni. A personel był pod wrażeniem, że tak długo byłam cierpliwa, że tak walczyłam o mój vba2c. Warto było.
image1
image2

To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci to zrobiły (Mikołów – Zabrze)

Dziś historia Kasi ze specjalną dedykacją dla wszystkich wspaniałych kobiet, których pragnieniem było urodzić naturalnie, ale musiały podjąć decyzję o cięciu cesarskim dla dobra swojego dzieciątka.

Poród? Tylko w domu. Całe swoje życie byłam przekonana,że tak urodzę. Ba, nawet wiedziałam w jakiej pozycji i gdzie. Co będzie robił mój maż. Widziałam siebie, czułam ten wysiłek, przeżywałam tą radość głaszcząc się po brzuchu w pierwszej ciąży. Ze wsparciem bliskich mi osób przygotowywałam się do tego wyjątkowego dnia. Wszystko było gotowe, wyprasowane, przygotowane. Torba do szpitala spakowana, bo moja położna powiedziała,że musi być, „na wszelki wypadek”. Ja w mojej głowie nie widziałam takiego wypadku.

Termin mijał, ten pierwszy, drugi. Minął ten i mój. Ze łzami w oczach jechałam do szpitala. Już wiedziałam, że bez pomocy się nie uda, ale pocieszałam się myślą,że kolejne urodzi się już w domu.
Czas w szpitalu się dłużył,ale udało się. Pojawiły się pierwsze niewinne skurcze. W głowie mantruję „Chcę mocniej,chcę bardziej. Z każdym skurczem jestem bliżej Ciebie kochanie ty moje”. Po kilku godzinach skurczy decyzja,że to „koniec”. Przegrałam z samą sobą. Ze łzami w oczach podpisywałam „zgodę do cc”. Wszyscy mówili,że za chwilę będzie Malutka a ja w głowie miałam wyliczankę komplikacji dla mojego dziecka po cc: Astma, Alergia, Zaburzenia SI. Płakałam najpierw ze smutku… Przez łzy patrzyłam na zegar 16, za 2 min usłyszę moją córeczkę. 16.02 płaczę ze szczęścia, bo już jest. Szybki całus, ciepło jej policzka, aksamit skóry pamiętam do dziś. Ją zabierają a ja odpływam.
Pierwsze dni są trudne. Zmagam się z zespołem popunkcyjnym, dochodzą skoki ciśnienia. Ból uniemożliwia mi opiekę nad dzieckiem. Muszę, walczę ze sobą. „Nie urodziłam Cię, ale Cię wykarmię”. Antosia jest małym ssakiem. Dam radę, postaram się na 110%,żeby poprawić jej życie po cc. Muszę. To nie jej wina,że tak się urodziła. To ja i moje ciało nie daliśmy rady.
18.11 Tosia kończy 7 miesięcy a ja przez telefon słyszę „Beta 800″. O matko, będę mamą. Urodzę, zrobię wszystko. Dzwonie do koleżanki położnej i mówię „Jestem w ciąży!!” Ona milczy i po chwili mówi,że nie wierzy. Ustalamy, który lekarz będzie pro VBAC po takim czasie. 8 miesięcy to czas przygotowania znowu do porodu siłami natury tym razem ma się spełnić marzenie o porodzie w wodzie. Ostatni miesiąc to czas intensywnych przygotowań, tym razem coś się dzieje, czuję,że macica pracuje delikatnie. Tym razem nie zawiodę. Przygotowuję się do porodu z doulą i położną.Mam masaże relaksacyjne, akupresure, akupunkture, piję herbatki, łykam kapsułki, wizualizuję,mantruję, oczyszczam umysł i ciało.
Ostatni trudny moment to spakowanie torby. Rzeczy poukładane na łózku, które wystarczy włożyć do torby. I wtedy coś pęką we mnie…Nie.. To nie wody płodowe, to łzy. Wróciły wspomnienia… Wtedy torbę pakowałam na” wszelki wypadek”, dzisiaj, bo muszę iśc do szpitala. Doula cierpliwie słucha moich smutków, które wylewam przez telefon i pociesza… Nie ocenia… Po prostu jest.
Mój czas znowu mija. Czuję,  że coś się dzieje, tym razem się uda… Ostatni tydzień jestem w kontakcie z położną. Pociesza i wspiera. Upały tego lata są potworne, proszę moją córkę,żeby już wyszła. Niestety forma dobrowolna na nią nie działa. 6.45 wkraczam w chłodne mury szpitala. Czas się skończył, ale probujemy jeszcze ją zachęcić. Położna się śmieje,że mała dostała pierwszy balonik. Chodzę i po godzinie od założenia cewnika zaczynają się pierwsze skurcze. Ok, zaczynamy… W głowie wizualizuję córkę, jak ją przytulam, próbuje oddychać. marzę o przyjęciu pozycji, w której będzie mi wygodnie, ale nie mogę, bo wtedy cewnik nie zadziała, więc się ruszam. Położna pyta czy mam skurcze. mówię, że nie, coś tam delikatnie ciągnie. Ona chwilę obserwuje i mówi, że „Tak”. No to skoro ona tak mówi, to pewnie tak jest. Marzę o wannie, ale jeszcze nie teraz, za wcześnie. Kolejne badania wskazują na postęp. Cudownie, uda się, idziemy do przodu. Siedzę na worku sako, Pojawiają się w końcu warunki do porodu. I słyszę tętno mojego dziecka. BumBum, bumBuum, Buuum,Buuuum… O nie tylko nie to – pomyślałam. Wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl „szybko, ratujmy ją”. W sekundę byłam pogodzona z tym, że to koniec. Poczułam, że ona jest najważniejsza i nie chcę jej stracić. Marzeń mogę mieć wiele, ją tylko jedną. To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci zrobiły. Pierwsza córka nauczyła mnie kochać całym sercem, bezwarunkowo. Druga nauczyła mnie,że miłość się mnoży nie dzieli.
Choć nie było łatwo, bolało i przelałam wiele łez to dzisiaj myślę nie o tym co straciłam a o tym co zyskałam. Pamiętam jak obie pachniały, jak na mnie patrzyły, jak delikatnie kwiliły, jak się przytulały… Nie chcę z tych dni pamiętać niczego więcej…
Chcę pamiętać tylko to jak rodziła się miłość do moich córek.