Archives
Polskie bliźniaki urodzone VBAC we Francji
O ciąży bliźniaczej JEDNOKOSMÓWKOWEJ po przebytym cięciu cesarskim zakończonej porodem DROGAMI NATURY i o opiece okołoporodowej we Francji opowiada Karolina:
„Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę, wiara czyni cuda!” Vbacowy cud narodzin w Wielkopolsce.
Dzisiejsza opowieść wywołała we mnie prawdziwy koktajl emocji. Od tych trudnych (smutku, złości, frustracji), jakich doświadczałam czytając o warunkach i podejściu personelu szpitala, do tych ogromnie pozytywnych – radości, wzruszenia, zachwytu nad cudem natury jakim są narodziny i podziwu dla siły i mądrości Kobiety, która tą historią postanowiła się podzielić. Oto opowieść o porodach Małgosi:
Moja historia rozpoczyna się w momencie, w którym usłyszałam od czterech różnych lekarzy, że będę miała wielkie trudności z zajściem w ciążę. Jak się niewiele później okazało, wcale nie było to takie trudne 😉 Niecały rok po ślubie urodziłam przez cc naszą pierwszą córeczkę – Martynkę. Podobno moja budowa ciała miała uniemożliwić mi poród naturalny dziecka ponad 4200-gramowego, dlatego przyniesiono mi do podpisania papierek ze zgodą na cesarkę. Nikt z dyżurujących lekarzy, czy położnych nie pofatygował się do mnie, by ze mną na ten temat porozmawiać. A ja, jako, że była to moja pierwsza ciąża i byłam bardzo nieświadoma, naiwna i ślepo-wierząca w nieomylność i rację lekarzy, podpisałam zgodę, o nic nie pytając.
W międzyczasie pojawił się mój lekarz prowadzący. Zdziwił się, kiedy usłyszał o planowanym zabiegu. Porozmawiał ze mną na temat operacji i czym ona będzie dla dzidziusia. Niestety wtedy nie pomyślałam, że jeszcze mogę wyrazić sprzeciw wobec cesarki, wystarczy, że o tym powiem ordynatorowi szpitala. To był mój błąd. Mój strach i brak asertywności zasądziły o takim a nie innym rozwiązaniu ciąży.
Martynka urodziła się przez cesarskie cięcie na początku kwietnia 2014 roku, o 11.42, mając 3420 gram(a nie planowane 4200 i więcej), 54 centymetry długości oraz 9 punktów w skali Apgar (za kolor skóry). W drugiej dobie po porodzie przegoniono mnie z jednej sali na drugą, każąc przenosić wszystkie swoje rzeczy i dziecko. Oczywiście bez przemyślenia chwyciłam cały ciężki bagaż w jedną rękę, drugą pchałam dziecko i udałam się tam, gdzie mi zalecono. Zaraz po tej jakże przyjemnej, dla dopiero co operowanej kobiety, dawce aerobiku, dostałam krwotoku i trafiłam kolejny raz na stół operacyjny. Od tamtego momentu wszystko zaczęło się powoli uspokajać i goić. Najdłużej zdrowiała moja dusza. Poczucie winy (przecież mogłam się odezwać) i niespełnienia towarzyszyły mi przez bardzo długi czas. Chyba już na zawsze gdzieś tam pozostaną. Przepracowane, czy nie, ale są częścią mnie, częścią jednej z najpiękniejszych chwil mojego życia – pojawienia się upragnionego dziecka.
Gdy dowiedziałam się o drugiej ciąży, pierwsze co pomyślałam, to: „Nigdy więcej cesarki bez podstaw!”. Lekarz prowadzący stwierdził, że jeśli nie będzie żadnych przeciwskazań ze strony dzidziusia i mojej, to mam zielone światło na poród sn. Słowa te sprawiły, że do połowy ciąży byłam spokojna, nie myślałam też zbyt wiele o zbliżającym się terminie rozwiązania. Sytuacja zaczęła się zmieniać w okolicy 6 miesiąca. Wtedy otrzymałam wiele wsparcia od moich bliskich. Szczególnie od mamy i siostry. Zadręczałam je pytaniami o poród i nieświadomie wymagałam na nich ciągłe potwierdzanie, że na pewno mi się uda, że dam radę. Mój mąż też nie miał ze mną łatwego życia. Pod koniec szóstego miesiąca zaczęłam co drugi dzień płakać, bo nie wiedziałam, czy podejmując decyzję o porodzie siłami natury, postępuję właściwie. Znajome, które były po dwóch lub trzech cięciach, na wieść o moim pomyśle rodzenia naturalnie, mówiły: teraz tak twierdzisz, tak chyba miała każda z nas, ale jak usłyszysz o rozchodzącej się bliźnie, czy pękającej macicy, to szybko zmienisz zdanie! Ich słowa spowodowały, że zaczęłam szukać coraz więcej informacji na temat vbaców.
Niestety większość artykułów, do których dotarłam, raczej mnie przerażała, a nie uspokajała. W siódmym miesiącu ciąży wpadałam już w panikę. Na dodatek teściowie nie byli zachwyceni moim pomysłem, bo po co ryzykować. Mąż, chociaż starał się mnie wspierać, to czasem pytał, dlaczego uparłam się rodzić naturalnie. Miałam totalny chaos w głowie i w sercu. Moja mama zaprzęgła chyba wszystkie swoje znajome do modlitwy za mnie, za dzidzię i za nasz poród. To mnie bardzo uspokoiło. W końcu dotarłam na stronę Naturalnie po cesarce, a niewiele później zapisałam się do grupy wsparcia. To było to, czego szukałam. Tyle historii. Tyle emocji. Tyle udanych i zakończonych cc vbac-ów. Tyle wsparcia. Zaczęłam wierzyć, że się uda. Że nawet jeśli nie urodzę siłami natury, to zrobię wszystko, żeby nie mieć cc na zimno. Tak też zrobiłam.
U nas w mieście każda ciężarna musi ok. miesiąca przed porodem udać się do szpitala na tzw. badania jednodniowe. Na początku kwietnia trafiłam zatem na oddział położniczy. Panie na izbie przyjęć, słysząc moją deklarację o naturalnym porodzie, stwierdziły z przekąsem: „chyba nie u nas w szpitalu”. Niezbyt podbudowana takim komentarzem czekałam, co powie na temat mojego pomysłu zgromadzenie lekarzy. Na badaniu przez ordynatora (nasz szpital jest dość mały i prawie zawsze te badania są przeprowadzane przez ordynatora w asyście wszystkich lekarzy i dyżurujących położnych – czasem jest ponad 10 osób w sali badań), gdy już chciano ustalić mi termin cc, powiedziałam głośno, że chcę rodzić naturalnie. Niektórzy spojrzeli na mnie jak na niespełna rozumu. Pan ordynator stwierdził, że jeśli podpiszę oświadczenie, że nie zgadzam się na sugerowane przez nich cesarskie cięcie oraz jeśli nie wystąpią żadne przeciwskazania, to mogę rodzić. Kazano mi stawić się na oddziale na kilka dni przed terminem rozwiązania. Oczywiście do domu wracałam jak na skrzydłach, bo usłyszałam upragnione „TAK” dla porodu naturalnego.
Na kilka dni przed rozwiązaniem stawiłam się w szpitalu. Robiono mi podstawowe badania, w tym ktg. Niestety codziennie miałam któryś zapis powtarzany, ponieważ niepokojąco się zawężał. Bywało, że trzy razy dziennie po dwie godziny leżałam podpięta pod to ustrojstwo. W sumie 6h. Obłęd. W dodatku nikt mi nic nie mówił. Mój lekarz prowadzący od jakiegoś czasu nie pracuje w tym szpitalu, więc nie miał się kto o mnie troszczyć. Jest to dosyć smutne w dzisiejszych czasach. Każdy lekarz troszczy się o swojego pacjenta. Ciągle słyszałam komentarze o podejmowanym przeze mnie ryzyku, które miały chyba mną wstrząsnąć i wpłynąć na zmianę decyzji. Wszyscy wkoło uważali, że byłoby bezpieczniej dla mnie i dziecka, gdybym zgodziła się na cięcie. Czułam wielką presję. Czułam, że wszyscy woleliby zrobić mi cięcie i mieć mój poród z głowy.
W międzyczasie okazało się, że szpital nie posiada drukowanych oświadczeń o chęci porodu sn po cc, więc cały tekst został mi podyktowany słowo po słowie. Pani doktor nie omieszkała zawrzeć w nim stwierdzenia o możliwości urodzenia martwego dziecka przez podjętą przeze mnie decyzję. Tego właśnie trzeba ciężarnej oczekującej porodu. Niech wie, że działa na własne ryzyko i tylko sobie będzie winna, jeśli coś pójdzie nie tak. Nic, tylko rodzić! 😀 Przerażona wróciłam do sali, ale nie dałam się tak łatwo zastraszyć. Pomodliłam się i przyszedł spokój (Czułam się jak desperatka, więc na czas przedporodowy obrałam sobie za patronów Maryję, św. Gerarda i św. Ritę od spraw beznadziejnych – z takim wsparciem da się rodzić :D) Wiem, że personel nie robił tego złośliwie. W pewnym momencie jednak nie wytrzymałam, nerwy puściły i musiałam sobie popłakać. Do teraz się śmieję, że to była najbardziej spektakularna załamka, jaką widział ten szpital i moi bliscy. Poszłam do toalety, żeby sobie kulturalnie pochlipać mężowi w słuchawkę i tym samym nie denerwować niepotrzebnie dziewczyn na sali. Pech chciał, że mąż akurat był zajęty pracą na ogrodzie, więc włączył rozmowę na głośnik. Tym sposobem wszyscy wkoło niego, czyli moja córeczka, moi rodzice i moja siostrzenica słyszeli mój szloch. Dodam jeszcze, że uchodzę za osobę bardzo zrównoważoną, więc gdy usłyszeli mnie w tym stanie, wpadli w panikę. Za 15 minut moja mama przybiegła na oddział w nerwach wołając i pytając dziewczyn, gdzie jestem, bo wie, że płaczę. Cały zastęp ciężarnych super dziewczyn zaczęło mnie szukać. Jak już zostałam odnaleziona, zapewniłam je, że nic takiego się ze mną nie dzieje, po prostu mam kryzys. Żeby nie robić sobie więcej wstydu, wyszłam z rodzicami na korytarz. Nie mogłam się uspokoić. Łzy ciągle kapały i kapały i nie chciały przestać. Jakby tego było mało, okazało się, że w tym dniu odwiedziła szpital grupa ze szkoły rodzenia, na którą uczęszczałam! Oczywiście wychodząc z oddziału minęły mnie wszystkie znajome dziewczyny… Nie mogło być chyba gorzej, a jednak.
Poszłam z mężem na rozmowę z lekarką mającą tego dnia dyżur. Poradziła mi to moja wspaniała położna, myśląc, że to mnie uspokoi i ukoi skołatane nerwy. Jeśli ktoś spodziewa się rozmowy twarzą w twarz w zacisznych, budzących spokój i zaufanie warunkach, niestety musi zmienić szpital. Zostaliśmy przyjęci na korytarzu! Zero prywatności. Podobno wszystkie rozmowy tak tam wyglądają. Wszystkie odbywają się na korytarzu! Jakby tego było mało, zostaliśmy niezwykle niemiło potraktowani, a ja szczególnie. Cytuję: ”czy myślę, że jak mi łezki pociekną, to wszyscy zaczną wokół mnie biegać na paluszkach?”. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Może pani doktor miała zły humor i kiepski dzień. Może zostałam źle zrozumiana. Nie mam pojęcia. Do teraz się zastanawiam, kto znający emocje ciężarnych przed porodem, jest w stanie wpędzić je w jeszcze większą histerię, zamiast uspokoić i pocieszyć. Chciałam tylko usłyszeć, że wszystko z dzidzią jest ok i że jestem w dobrych rękach. Nic ponadto. Niestety nie było mi to dane. Koniec końców zmusiłam się do zebrania w kupę, by na wieczornym obchodzie zdziwić się niemiłosiernie odmianą w zachowaniu dyżurującej pani doktor. Była bardzo miła, rozumiejąca i po prostu sympatyczna. Można? Można. Ale po co.
Kolejne dni mijały, kolejne ktg, kolejne powtórki ktg i tak do nocy z wtorku na środę. O 1 w nocy w dzień terminu wyznaczonego przeze mnie, tj. 4.05.2016 obudziły mnie skurcze. Próbowałam zasnąć dalej, ale niestety skurcze na to nie pozwalały, były bolesne, pojawiały się co 3-4 minuty, więc wstałam i zaczęłam spacerować po sali. Koło 5 podłączono mnie pod ktg. Wtedy pomyślałam sobie, że chyba nie ma nic gorszego od rodzenia na leżąco 🙂 Mimo bólu i dyskomfortu nie opuszczał mnie dobry nastrój. Napisałam mężowi, że prawdopodobnie coś się zaczęło. Byłam tak przejęta, że nie mogłam nic jeść. Wciągnęłam suchą kromkę chleba. Po tym odżywczym śniadaniu poszłam pod gorący prysznic. Skurcze się nasilały, były już co 2-3 minuty. O 9.30 zastępca ordynatora zalecił podłączenie mnie pod ktg na sali porodowej. Ze stresu skurcze zaczęły słabnąć, ale po godzinie znowu się rozkręciły. Dyżurująca pani doktor (żeby życie miało dla mnie smaczek była to ta sama pani doktor, która dyktowała mi oświadczenie i jednocześnie ta sama, z którą wcześniej miałam nieprzyjemną rozmowę) powiedziała mojej położnej, żeby dała mi gaz. Powdychałam go sobie troszkę i skurcze stały się bardziej znośne, szyjka ślicznie się zgładziła, za to częstotliwość skurczów znowu opadła. Zagryzłam zęby i próbowałam jak najdłużej wytrwać bez wspomagaczy. Leżąc na tym nieszczęsnym łóżku błagałam o pozwolenie na chodzenie, skakanie, cokolwiek, byle ruszyć się z miejsca i nie czuć, jakbym zaraz miała tam umrzeć. Niestety ze względu na stan po cięciu, przedpotopowe ktg i ogólną politykę szpitala, nie pozwolono mi wstać.
O 10.30 miałam 4 cm rozwarcia. Moje ciało rodziło swoim rytmem. Ok.12.00 przy badaniu nastąpiła chwila grozy, ponieważ spadło małej tętno. Porzucałam się trochę na łóżku z jednej strony na drugą i wszystko wróciło do normy. O 14.00, gdy koleżanka rodząca na łóżku obok miała 9 cm, ja miałam zaledwie 6 cm. Mój duch troszkę osłabł, gdy usłyszał, jaka różnica nas dzieli i ile mi jeszcze zostało do końca po 11 godzinach męczarni. W dodatku znowu na badaniu spadło małej tętno. Czułam, że cesarka jest coraz bliżej. O dziwo wewnątrz byłam spokojna i myślałam sobie, że co ma być, to będzie. Zdrowie dziecka i moje jest na pierwszym miejscu. Na szczęście, po kolejnych ruchach z jednej na drugą stronę łóżka, tętno powróciło do normy. W międzyczasie wezwano anestezjologa z drugiego szpitala (u nas na porodówce nie ma na stałe anestezjologa, dlatego nie mamy również dostępu do znieczulenia zewnątrzoponowego), żeby był na miejscu w razie konieczności cięcia. Od godziny 15.00 w ogóle nic nie pamiętam, oprócz budzenia się na skurcze. O 15.40 pojawiły się parte i tu dopiero zaczęła się zabawa. Parłam mając jedną nogę na pani doktor, a drugą na położnej. Moja położna przytrzymywała mi głowę i mówiła, kiedy brać wdechy, a mąż krzyczał do ucha motywujące teksty. Pierwsze parcia były nieefektywne, gdyż całą parę wypuszczałam płucami, a nie dołem. W końcu, po 25 minutach totalnej wariacji, o 16.04 przyszła na świat moja maleńka Wiktoria, moje Zwycięstwo. 25 miesięcy po 1 cc, po 15 godzinach skurczy, mając 3440 gram, 53 centymetrów i 9 punktów w skali Apgar. Mała wyglądała jak ufoludek ze względu na maziste zielone wody, ale dla mnie i tak była najpiękniejsza na świecie . Gdy zaczęto wyjmować pępowinę usłyszałam: „o matko! Pani doktor! Niech pani spojrzy! Węzeł!”, by za chwilę znowu usłyszeć: „Matko kochana! Matko kochana! Jeszcze jeden! Naprawdę jest jeszcze jeden!”.
Rodząc Wiktorię, dowiedziałam się, że cuda się zdarzają. Że taki cud zdarzył się i mnie. „Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę! Wiara czyni cuda!” – to był hymn mojej ciąży, który sprawdził się w 100%. Moja córeczka urodziła się całkiem zdrowa w naturalny sposób, mając zawiązane na pępowinie dwa węzły prawdziwe. Do teraz przechodzą mnie ciarki, gdy pomyślę, co się mogło stać. Że mogła urodzić się w silnym niedotlenieniu. Że mogłam ją stracić, gdy jeszcze rozwijała się w brzuszku. Po porodzie mój mąż powiedział na głos z dumą, że urodziłam na przekór wszystkiemu i wszystkim. To zdanie pięknie podsumowało mój pobyt i czekanie w szpitalu na poród.
Nie wiem, czy kiedykolwiek byłyście w takiej sytuacji, w której wiedziałyście, że umysł trzeba wyciszyć, żeby dał pracować ciału. Są w naszym życiu takie momenty, kiedy musimy zdać się na instynkt, na wrodzoną mądrość natury. Dla mnie tą chwilą był poród. Była we mnie modlitwa, wiara i przepiękna jedność ciała i ducha, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wiem, że byłabym spokojna, nawet wtedy, gdy potrzebne byłoby zrobienie cięcia. Zrozumiałam, że poród naprawdę w dużej mierze znajduje się w naszej głowie. Oczywiście nie wszystko zależy od nas, czy od naszego nastawienia, ale jednak ma ono niebagatelny wpływ na przebieg narodzin. Takie godzenie się z tym, co ma nadejść, uzdrowiło mój umysł i ociepliło myśli o poprzedniej cesarce. Każdej z Was, dziewczyny życzę nie tylko tego, żeby vbac się udał. Życzę Wam tego, co będzie najlepsze dla Was i Waszych maleństw. Życzę Wam ogromu wsparcia od bliskich, mądrego personelu i spokoju ducha. By cud narodzin mógł się stać. W ten lub inny sposób. Amen.
VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)
Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.
„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.
To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.
Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.
Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.
Wczytywałam się w historie udanych vbac, rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.
Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca. Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.
Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo 🙂. Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.
Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.
Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną. Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.
Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.
Historia z Trzema Archaniołami w tle (Warszawa)
Znów historia cc z braku postępu porodu. I znów UDANY VBAC!!! Wbrew wróżeniu lekarza, ale za to ze wspaniałym wsparciem bliskich:) Oto opowieść Dobromiły:
31.05.2015 miałam cc z powodu braku postępu porodu… Sączące wody, oxy 24h. Młoda zdrowa 3240g, ale ja dochodziłam do siebie 2mce… Nie rozumiałam jak można chcieć cc z własnego wyboru. Bardzo żałowałam, że nie udało się urodzić SN… Gdy po 7mcach znów zaszłam w ciążę byłam załamana, że znów czeka mnie CC… Ale dowiedziałam się, że jest coś takiego jak VBAC a potem trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia
. Gdyby nie to pewnie bym miała CC na zimno przed terminem jak sugerował ginekolog…
Ale do rzeczy
Termin miałam na 22.09. W 35tc byłam na USG i pani doktor stwierdziła, że dzidzia już tak nisko ma główkę, że na pewno urodzę wcześniej. Wtedy ważyła ok 2860g czyli nie tak mało. Pani doktor kazała się oszczędzać, ale jak to zrobić mając 15miesięczną niechodzącą córeczkę w domu, więc się raczej nie oszczędzałam 😛 W piątek 23.09. pojechaliśmy na ktg na Żelazną gdzie mnie zbadał pan doktor wzdłuż i w szerz i stwierdził że młoda duża waży ok 4060g i że nie wróży mi porodu sn…
Poryczałam się i załamałam… Pojechałam do rodziców, a rodzice bardzo proVBACowi, bo doskonale wiedzieli co to jest CC, a mama po CC urodziła i mnie, i młodszą siostrę naturalnie
Zaczęli mnie pocieszać, wspierać i mówić, że dam radę. Pocieszona i z nową nadzieją postanowiłam poczekać w domu na akcje, mimo, że lekarz sugerował hospitalizacje (na Żelaznej nie było miejsc więc gdzieś indziej).
Powoli zaczęłam się martwić bo 26.09… 27.09.. i nic… Mama poleciła mi ten nieszczęsny olejek rycynowy… Jednak i aptekarka, i znajomi, i ta grupa troszkę podcięła moje chęci do spożycia „koktajlu”. W końcu w środę rano poczułam taki inny ból właśnie jak na miesiączkę w dole brzucha i takie w dole pleców… Zaczęłam się ekscytować czy to już, ale nie ściągałam męża z pracy, bo skurcze były rzadkie
. Udało mi się nawet zdrzemnąć w ciągu dnia
. Wieczorem o g.19 jak mąż wrócił z pracy włączyliśmy aplikacje „Pora na bobasa”, żeby policzyć skurcze, bo były już naprawdę częste (choć słabe). Okazało się, że co 2 min po 20 sekund
. Napisałam do na grupę, potem załatwiłam opiekę dla córeczki, wykąpaliśmy młodą i mnie, dopakowaliśmy torbę i o g.23 wyruszyliśmy z Otwocka do Warszawy
. W drodze zadzwoniłam do mojej mamy i moja siostra stwierdziła, że chyba mi skurcze odpuściły bo były co 5 minut. Mama powiedziała żebyśmy w takim razie zajechali do nich na herbatkę na Tarchomin aby akcja się rozkręciła „bo jak teraz pojedziesz to Cię tam pokroją”
. Wpadliśmy na herbatkę a tam mama dała mi taki obrazek z Aniołem Stróżem i intencją:) Mama napisała do jednego zakonu z prośbą o modlitwę nowenny do Trzech Archaniołów, których święto przypada 29.09. Nowenna trwała od 20 do 28 września i właśnie w środę przyszedł pocztą ten obrazek z zapewnieniem, że modlitwa w intencji szczęśliwego rozwiązania mojej ciąży została odmówiona
. Od razu uwierzyłam, że to naprawdę może się stać, że wszyscy się modlą, abym urodziła Klarunię naturalnie i aby wszystko poszło dobrze! 
Ok 1:30 pojechaliśmy na Żelazną (naszukaliśmy się miejsca trochę:P). Od razu nas przyjęto, zaspana Pani doktor zbadała mnie, sprawdziła te wyniki poprzedniego lekarza i potem zrobiła szybkie USG. Powiedziała, że wychodzi jej mniejsza dzidzia niż temu lekarzowi 23.09. ale że główka jest tak nisko że nie da się zmierzyć… Troszkę mnie przestraszyła ale na pytanie „Jak pani chce rodzić” odpowiedziałam twardo „Naturalnie!”. Wszystkie tam panie patrzyły na mnie wielkimi oczami i taka dumna byłam, że robię „wrażenie”:P Przyszła przecudowna pani położna Aneta (nazwisko chyba na G ale nie pamiętam) i zaprowadziła nas do sali orzeszkowej
. Tam się przebrałam i czekaliśmy na położną i jej „rozkazy”
. Podłączyła mi płyny, KTG, a potem zwymiotowałam (organizm się przygotowywał
). Kazała niestety leżeć i to było dla mnie najgorsze bo skurcze, które nadeszły były tak bolesne i długie, że w życiu takich nie miałam… Zaczęłam wyć jak wilk do księżyca…
Mężuś cały czas był przy mnie i mnie wspierał mimo, że był po dniu w ciężkiej pracy fizycznej 12h i był strasznie zmęczony. Po 3h już zaczęłam błagać o jakieś znieczulenie, ale niestety „nie ma”… Doszło do tego, że zaczęłam mieć myśli czy CC nie było lepszym rozwiązaniem ale tego nie powiedziałam ani razu… Gdy zmieniałam pozycje albo skakałam na piłce było jako tako… najgorzej było na leżąco… W końcu aż piszczałam i czułam, że mi struny głosowe siadają 😛 Ból był PRZEOGROMNY!!! Przynieśli kroplówę oxy i zaczęłam się buntować, że nie chcę i nie… Ale pani położna przekonała mnie że trzeba… Szczerze? Wcale nie widziałam różnicy w bólu:P Gdy były przerwy w skurczach to kładłam głowę i spałam – mężuś to samo
. W końcu ok 6 rano zaczęły się parte… I szczerze? Były o wiele mniej bolesne niż te wcześniejsze! Owszem parcie wymaga wysiłku ale przynajmniej czujesz, że działasz ;D O g.7 rano przyszła nowa położna normalnie jak Anioł była tak dla mnie miła, mówiła po imieniu „Dobrusia” i powiedziała, że „Pani zaraz urodzi”
.
Normalnie nie mogłam uwierzyć, że tak szybko (choć wcześniej mi się dłużyło :P). Przyszły też jakieś młode położne pomóc, obok trzymał mnie mój mąż, motywował i pomagał dociskać moją głowę do klatki piersiowej, inne położne pomagały dociskać nogi do brzucha
Słyszałam miliard miłych słów i tak niesamowicie motywujących. W końcu widziałam, że nowa położna pani „Anioł” coś tam szuka i doskonale rozumiałam czego… Aby mnie naciąć… Ale wiedząc, że córeczka nie jest mała stwierdziłam, że tak trzeba… Niestety bolało przy nacinaniu poczułam taki piekący ból ale wolę to niż CC
. I zaraz wyszła śliczna główeńka mojej Klaruni
. Jeszcze jeden skurcz i cała Klara była na rękach pani położnej a następnie wylądowała mi na piersiach <3 . Troszkę zrobili panikę bo zielone wody, ale młoda zrobiła po prostu kupkę z wrażenia i już było OK
.
Trzymałam moją córeczkę w ramionach i patrzyliśmy na nią z mężem tak szczęśliwi jak nigdy
. A tekst mojego męża na końcu sprawił, że miałam ochotę go wycałować. Powiedział: „Widzisz? Urodziliśmy Klarę RAZEM”!!! 
K.O.N.I.E.C. <3
Podsumowanie:
Klara Gabriela Pływaczewska
urodzona SN 29.09 (Śwęto Trzech Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała) o g.7:15
Waga:3720g, Wzrost:56cm, 10 punktów apgar 
P.S.Porównując poród CC do porodu SN są plusy i minusy ale fakt, że mogę chodzić bez zginana, że mogę się wyprostować, normalnie funkcjonować powoduje, że poród SN WYGRYWA PO CAŁOŚCI!
Także NIGDY WIĘCEJ CC!!! VBAC RZĄDZI!!!
Mój szkocki vbac (Szkocja)
A tak wygląda VBAC w Szkocji – opowieść Kasi:
Zbieram się żeby w końcu opisać jak to było z nami.
Na początek jednak trochę historii. Pierwszy synek przyszedł na świat w lipcu 2014 roku w Polsce. Ta ciąża była wyjątkowo trudna. Po czterech wcześniejszych stratach całe 9 miesięcy były pełne strachu: o zdrowie maluszka i szczęśliwe zakończenie ciąży.
Od początku chciałam mimo wszystko rodzić sn – cesarka to była opcja, której nie brałam pod uwagę nawet w myślach, mimo tego, że mój lekarz przez moment proponował to jako bezpieczniejsze rozwiązanie.
Ale w końcu zdecydowaliśmy, że próbuję rodzić sn.
Mimo moich najlepszych starań poród zakończył się jednak cieciem po 12 godzinach przy 10 cm rozwarcia kiedy okazało się że główka jest zbyt wysoko I ciągle się cofa…
Świadomość tego, że byłam tak blisko … A jednak tak daleko i że sie nie udało przez wiele miesięcy potegowała uczucie żalu, pretensji do losu, że jako kobieta zawiodłam, moje ciało nie dało rady. Do tego doszła długa rekonwalescencja, blizna długo dawała mi się we znaki. Zaczęłam szukać pocieszenia w tej sytuacji. Wtedy też przypadkiem odkryłam grupę Naturalnie po cesarce i zaczęłam śledzić historie VBAC. Od tej chwili wstapiła we mnie nadzieja, że kolejna ciąża nie musi skończyć się cesarką.
W listopadzie 2015 roku okazało się że spodziewamy się kolejnego dzieciątka. Byliśmy przeszczęśliwi. Tym razem moją ciąża była prowadzona w Szkocji. Po wielu za i przeciw uznałam, że moja próba VBAC znajdzie tutaj dużo większe wsparcie i przychylność szpitala i personelu.
I nie myliłam się od początku położna wspiera mój wybór. Tym razem ciąża przebiegała spokojnie i bez wiekszych problemów. Blizny nikt mi nie mierzył. Nie jest to uznawane tutaj w Szkocji jako wyznacznik powodzenia vbac. Przez jakiś czas była we mnie obawa,że to może jednak źle …że może podejmuję zbyt duże ryzyko ? I strach,że może jednak się blizna rozejść. Na szczęście mój lekarz z Polski wspierał mój vbac I dodawał otuchy. Mąż też od początku wierzył, że dam radę.
Do porodu jakoś specjalnie się nie przygotowywałam. Tym razem miałam w sobie ten spokój, że wszystko potoczy się tak jak powinno. Ale z drugiej strony byłam pogodzona z możliwością cesarki gdyby zaszła taka konieczność. Poród zaczął się 13 lipca 2016 roku 4 dni przed terminem w nocy… cały dzień spedziłam na relaksie nad morzem. Byłam bardzo spokojna. I wyluzowana.
Cieszyłam się, że wszystko zaczęło się samoistnie gdyż w szpitalu w którym miałam rodzić po cc nie indukują porodu przy pomocy oxy. Kiedy skurcze były co 5 minut obudziłam męża i pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu położna po badaniu stwierdziła 3 cm ! Hura! A więc rodzimy.
Mogłam wziąść prysznic i poskakać na piłce. Kiedy skurcze, zaczęły robić się nieznośne zdecydowałam się na gaz. Niestety od tego już momentu musiałam być unieruchomiona na łóżku i podpięta pod ktg. Na szczęście po gazie czułam się dobrze i mimo silnych skurczów pomógł mi się on wyluzować na tyle, że ból był do wytrzymania.
Po czterech godzinach kolejne badanie I tu ku mojemu zdziwieniu już 7 cm…Propozycja wzięcia znieczulenia…Ale grzecznie odmawiam… czuję w sobie tą siłę i moc, że dam radę. Nie chce żadnych zbędnych ingerencji.
Po godzinie przychodzi nowa zmiana położnych. Mi trafia się młodziutka położna – nie cały rok po skończeniu szkoły. Na kolejnych skurczach mówię jej, że czuję już parte, na co ona, że to nie możliwe, że to za wcześnie, że pewnie dziecko leży w takiej pozycji, że uciska. Po kolejnych skurczach odchodzą wody. Naciskam Nicol, żeby jednak mnie zbadała ( tak to badają co 4 godziny). Ku jej zaskoczeniu okazuje się, że jest już 10 cm. Od tego momentu wszystko toczy się w ekspresowym tempie. Moment wyparcia główki wspominam jako najtrudniejszy. W tym porodzie same skurcze były dla mnie nie najgorsze.
14 lipca 2016 roku o godz 9:10 po 6 godzinach akcji rodzi się nasz drugi synek. Dwa lata bez dwóch tygodni po cc. Od razu ląduje na moim brzuchu co jest cudownym doznaniem, którego brakło mi przy pierwszym synku, który szybko został zabrany na noworodki po otrzymaniu tylko calusa. Za to drugim skarbem mogliśmy się cieszyć nie przerwanie non stop. Mimo komplikacji pęknięcia krocza 3 stopnia i krwotoku bardzo szybko dochodzę do siebie.
24 godziny po porodzie jesteśmy już w domku. Podsumowując mój vbac mogę tylko powiedzieć, że nie miałam specjalnych oczekiwań, obaw przed tym czy się uda czy nie. Po prostu uwierzyłam, że jest we mnie ta siła. W odróżnieniu od pierwszego porodu był we mnie wewnętrzny spokój i opanowanie wiara, że jest to możliwe myślę, że to pozwoliło mi przeżyć ten piękny pórod w pełni tak jak zawsze o tym marzyłam.
Urodziłam zanim dotarło do mnie, że to już się dzieje (Katowice)
Często potrzeba wiele własnej determinacj by urodzić naturalnie po cesarce. Zwłaszcza po cesarce wykonanej z powodu „braku postępu porodu”. A jest to możliwe! Historia Asi jest tego przykładem:
To nie będzie próba porodu siłami natury, tylko tak urodzę (Poznań)
Ciąża niepodobna do żadnej z poprzednich zwieńczona cudnym VBACiem:) Oto historia Cherry:
To była moja trzecia, dość nieoczekiwana ciąża… Nieoczekiwana, bo moje starsze pociechy są z in vitro, a tu nagle niespodzianka – ciąża naturalna i do tego z zaskoczenia.
Ale najpierw trochę historii – numer 1 – ciąża książkowa, zero mdłości, cudowne samopoczucie, do 27tc kiedy rozpoczął się przedwczesny poród. Szpital, patologia ciąży, kroplówki i ogromny strach, że nie doczekam się swojego upragnionego dzidziusia. Ale na szczęście, leki zadziałały, założono mi pesar i dotrwałam do końca 36 tc. Później poszło szybko. Odeszły wody, masa bólu z krzyża, zero kontroli nad oddechem, ale udało się! Urodziłam zdrowego chłopca siłami natury bez nacięcia, z minimalnym pęknięciem. Bez oksytocyny, bez procedur medycznych w trakcie (były za to po). Było cudownie. Byłam jak na haju. Najszczęśliwsza na świecie.
Dwa lata później – powtórka. Ciąża tym razem bez komplikacji. Trochę mdłości w pierwszym trymestrze. Tyle. W 32tc złe wieści – położenie miednicowe.
Nie mogłam tego przeżyć… Próbowałam wszystkiego – miejscowych znachorów, medycyny chińskiej, akupunktury, ćwiczeń, poszłam do chiropraktyka, żeby ustawił mi miednicę… Chiropraktyk pomógł – przestały boleć plecy – ale mały jak był głową w górę, tak pozostał.
36tc1 znów odeszły wody i pojechaliśmy do szpitala. Płakałam, żałowałam, ale bałam się porodu pośladkowego i komplikacji. Mały urodził się przez CC. Zdrowy.
Za to ja czułam się jakbym miała umrzeć. Samopoczucie po cesarce było straszne. Nie miałam sił. Bolał brzuch. Gdzie było to wspaniałe uczucie, które znałam z pierwszego porodu?
Pogodziłam się z CC. Stwierdziłam, że nie będę żałować i rozpamiętywać. Ale pozostał niedosyt, zwłaszcza po takim pięknym pierwszym porodzie.
No i niespodzianka, ciąża nr 3, dziewuszka. Ciąża jak z horroru – wymioty do 6 miesiąca i znów w 9-tym… Bóle pleców… Spuchnięte nogi…
Zmęczenie, które nie idzie w parze z dwoma urwisami w domu.
Wiedziałam jedno – o CC nie ma mowy i dzięki opatrzności – mała była obrócona główkowo.
Byłam przekonana, że znów urodzę 4 tygodnie przed terminem. Ale minął tydzień 37, 38, 39. I nic.
Minął tydzień 40 i nadal nic. No może poza skierowaniem do szpitala na wywołanie. I znowu stres – nie zacznie się. Skończy się cesarką.
Byłam zła, zmęczona, niepocieszona.
W końcu, 4 dni po terminie obudziło mnie o 04:00 pyknięcie. Wody. Zeszłam cichcem na dół w celu oceny sytuacji. Skurcze co 5 minut. I decyzja czy jedziemy do naszego lokalnego właśnie remontowanego szpitala czy Poznań – Raszei. Pada na Poznań. Do chłopców przyjechała babcia, cała spanikowana.
Ja, ciążowo-porodowa weteranka, jestem dziwnie spokojna.
Jedziemy. Skurcze zanikają i są co 20 minut. Zaczynam się martwić, że to fałszywy alarm.
Dojeżdżamy. Izba przyjęć i jest potwierdzenie, pękły błony, jest rozwarcie na 2cm. Rodzimy.
Spotykam położną – Kasię – przemiłą osobę. Wszyscy wspierają mnie w mojej decyzji porodu siłami natury, mimo że po cesarce.
Podkreślam na każdym kroku – żadnych cesarek ani nacięć krocza. Nie ma mowy. Nikt nie namawia, wszyscy wręcz pochwalają decyzję porodu siłami natury.
Lekarz pyta czy podejmuję próbę SN – oznajmiam zdecydowanie, że .
Zaczynają się bóle krzyżowe, ale Kasia czuwa, przypomina o oddechu. Trochę nad tym panuję. Mąż trzyma mnie za rękę i po prostu jest.
Po godzinie są 4cm i czuję, że tylko wanna może mnie uratować. Pod koniec kąpieli zaczynam tracić kontrolę i czuję, że mnie popiera. Zaczynam myśleć, że nie dam rady, ale wtedy wiem że to już pewnie 7cm i zaraz urodzę. Kasia wyciąga mnie z wanny i jest 8cm tylko po pół godzinie. Zwisam na drabince i czuję już parte kiedy Kasia zakłada mi TENSa. Zaraz więc go ściągamy. Boję się, że nie dojdę na fotel i urodzę przy drabince.
W końcu skurcz mija, siadam na fotel i prę. Mówię, że chcę dotknąć główki i jestem w szoku, bo urodziła się już cała. Prę znowu i rodzi się mała. 4004g, 10/10. Wielkoludka. Chłopaki byli mali 2800 i 3100. Nie nacięli, nie pękłam. Jestem w szoku, że to już.
I najszczęśliwsza na świecie. Znowu!
W tym miejscu, chcę podziękować całemu personelowi szpitala im. F. Raszei za wsparcie. Nikt nawet się nie zająknął o ponownym CC. Wszyscy mnie wspierali.
A położna Kasia jest właściwą osobą na właściwym miejscu i nigdy nie zapomnę tego cudownego porodu.
Z pozdrowieniami
Cherry
Bajka o cesarzu Nikodemie i VBAC-owej księżniczce Łucji (Krapkowice)
Dziś zapraszam Was do lektury porodowej bajki, która zdarzyła się naprawdę. Jej autorką i główną bohaterką jest Magdalena:
Mówi się, że życie to nie bajka. Dobrze jednak, że wiele naszych historii kończy się happy endem.
Moja historia rozpoczyna się nie dawno, dawno temu, ale w 2012 roku, nie za siedmioma górami, za siedmioma lasami, ale w małej miejscowości o nazwie Kędzierzyn-Koźle. Pojawi się w niej także Wrocław, a finał rozegra się w KRAPKOWICACH.
10 sierpnia 2012 roku, w dniu urodzin mojego męża, wykonałam pierwszy w moim życiu test ciążowy. Ku naszej nieopisanej radości wyszedł pozytywny. Nie przeczuwając, że coś może pójść nie tak, nie biorąc pod uwagę żadnego czarnego scenariusza, zaczęliśmy przygotowania do zbliżającego się porodu. Z domu wyniosłam przekonanie, że ciąża to nie choroba, a poród w sumie nie swędzi, ale można to przeżyć. Lekarza prowadzącego wybrałam we Wrocławiu, bo miałam po drodze, idąc na uczelnię. Podobało mi się też to, że ośrodek wyglądał super nowocześnie (samo odkażająca się deska klozetowa, karta ciąży w formie regularnie aktualizowanego wydruku, pani doktor, która cytologię ciężarnych wykonywała patyczkiem, a nie szczoteczką, aby nie drażnić niepotrzebnie wrażliwej szyjki, jednorazowe plastikowe wzierniki, delikatne i dokładne badania itp.). Porodu we Wrocławiu jednak nie planowałam. Około 30 tygodnia ciąży zmieniłam lekarza prowadzącego na takiego, który pracuje w szpitalu, w którym chciałam rodzić. Koleżanka całą sobą zachwalała Krapkowice, więc nie namyślając się długo, zapisałam się na wizytę. I tu sielanka się skończyła. USG – mina lekarza nie dająca żadnych złudzeń – ułożenie pośladkowe. Czułam głowę synka pod żebrami po prawej stronie cały czas. Ani przez myśl mi nie przeszło stresowanie się tym faktem. Założyłam, że będę rodziła naturalnie i koniec kropka. Słowo cesarka przewijało się jedynie na stronach internetowych, gdy czytałam sobie różne różności na temat porodu. Gdybym ćwiczyła, żeby pomóc synkowi odwrócić się, gdybym szukała lekarza, który pomógłby mi urodzić pośladki, gdyby… Płakałam na myśl o operacji niemal do dnia porodu.
Nadszedł dzień planowanego cięcia cesarskiego. Nie miałam żadnej wiedzy na temat cesarki na zimno. Zaufałam lekarzowi, bo to dobry fachowiec. O 9:00 stawiłam się na oddziale. Położna zbadała mnie na tyle brutalnie, że miałam ochotę odgryźć jej rękę. Czy miała być to dla mnie kara, że przychodzę sobie na planowaną cesareczkę? Nie chciało mi się wtedy tłumaczyć, że ja nie z tych, co to chcą się ciąć na życzenie. Myślałam jedynie o moim synku. KTG przestraszyło położne, bo synek się nie ruszał. Mnie ani na chwilę nie opuszczało przeczucie, że z synkiem wszystko dobrze i po prostu sobie śpi. Położna, która właśnie została przyjęta do pracy, założyła mi wenflon (auuuuu!!!) i cewnik (jeszcze większe auuuuuu!!!). Z obolałą ręką i szczypiącą cewką moczową czekałam na planowany zabieg (operacja jak nic!). Atmosfera była miła. Bardzo mi ulżyło po strzale w kręgosłup (znieczulenie wykonane fachowo i naprawdę bezboleśnie) – w końcu zapomniałam, że mam ten wstrętny cewnik. Ruszałam sobie stopami, sprawdzając, kiedy traci się czucie. Personel się przestraszył, że mam jakieś zaburzenia. Ech, nerwowi wszyscy. Nagle usłyszałam słowo nóż. I wtedy dopiero oblał mnie zimny pot. Chciałam uciec jak najdalej i jak najszybciej. Takiego strachu dawno nie czułam – a jeśli to będzie bolało? Na szczęście nic nie poczułam – znieczulenie działało jak należy. Następne było przewalanie brzucha – bo: „Przecież pani musi jakoś urodzić.” Nie czułam, że rodzę. 11 kwietnia 2013 roku o godzinie 13:12 wyciągnięto ze mnie moje maleństwo, które niczego się nie spodziewało. Do tej pory bardzo dziwnie się czuję, gdy mówię, że urodziłam synka. Położna przystawiła mi go do ust, żebym go mogła chociaż pocałować. Tego ciepłego, mokrego ciałka na moich ustach nie zapomnę do końca życia. Chociaż taka rekompensata za to, że nie leżał na moim brzuchu w kontakcie skóra do skóry. Łatali, łatali, a w międzyczasie słyszałam tylko okrzyki: „57 cm, 3200 g, 10 punktów” i już wiedziałam, że moje maleństwo jest całe i zdrowe. Tylko to się liczyło. Po przewiezieniu na salę położnic, przystawiono mi synka do piersi. I tak karmimy się już prawie 40 miesięcy. Nie miałam ani depresji, ani nawet baby blues. Nie miałam sobie za złe, że dałam się pociąć dla mojego synka. Nie rozpamiętywałam cięcia, ale wiedziałam, że za drugim razem będzie inaczej, będzie po mojemu.
Minęły trzy lata. Postanowiliśmy z mężem (no dobrze, przekonałam męża), że postaramy się o drugie dzieciątko. Przecież lepiej dla synka, jeśli nie będzie jedynakiem. Jakoś we wrześniu (przy 3-latku dokładne zapisywanie i analizowanie co, kiedy i dlaczego, raczej nie wchodzi w grę) wykonałam ponownie test ciążowy. Radość ogromna – znowu zdany pozytywnie. Jako że nie mogłam się doczekać, aby ujrzeć bijące serduszko, umówiłam się na wizytę do lekarza w okolicach 6 tygodnia. A tu niespodzianka – worek owodniowy niby jest, ale jakiś taki niekształtny. Zarodka brak. Dostałam receptę na sztuczny progesteron i kolejna wizyta za dwa tygodnie. Mieliśmy wrócić z radosną nowiną do synka i teściów, a tu takie średnie wieści. Czułam się tak jakbym była trochę w ciąży. Całe szczęście po dwóch tygodniach worek przybrał kształt jak należy, a serduszko biło jak dzwon. Odetchnęliśmy z ulgą. Ciąża, podobnie jak poprzednia, przebiegała książkowo. Czułam się doskonale. Wyniki laboratoryjne miałam tak dobre, iż lekarz nie dowierzał, że to na pewno moje. Pracowałam do 36 tygodnia ciąży. Tym razem wzięłam od razu byka za rogi i już zawczasu kręciłam biodrami oraz wykonywałam wszystkie ćwiczenia skłaniające dziecko do przyjęcia położenia główkowego. Udało się, mimo iż lekarz stukał się w czółko, gdy mu o tym mówiłam (lekarze wierzą w to, co przebadane i udokumentowane). Nie przejmowałam się tym, tylko robiłam swoje. Już na pierwszej wizycie powiedziałam, że będę rodziła naturalnie. Lekarz stwierdził, że jeśli nie będzie przeciwwskazań, to będę mogła podjąć próbę porodu siłami natury. Bardzo irytujące jest to, że to ktoś ma nam pozwolić lub nie próbować urodzić. Jakie próbować?! Ja nie urodzę?! To się przekonacie, że dam radę. Blizna na finiszu niby 2 mm, ale jednak 1,4 mm, nie, w sumie 3 mm – grunt, że jest ciągła. Jak tu nie oszaleć? Dzieciątko ma masę? No właściwie to nie wiem, bo lekarz mówi tylko, że nie za duże. W dniu porodu z USG wychodzi 3450 g. Pan doktor zarządził, że akcja ma ruszyć sama. On leków naskurczowych nie poda, ponieważ blizna może nie wytrzymać. Daje mi 8 dni po terminie i mam się zgłosić do szpitala.
Robię wszystko: piję liście malin, łykam kapsułki wiesiołka, dużo chodzę, wieszam firanki, sprzątam jak oszalała, męczę męża do upadłego, czytam pozytywną literaturę porodową, stosuję akupresurę i co? I cisza. Jakieś lekkie skurczyki pojawiały się na chwilę, by zniknąć na kolejne kilka godzin. Traciłam powoli nadzieję, że cokolwiek samo się zacznie. Postanowiłam więc odpuścić i się porządnie zrelaksować. Pię dni po terminie wzięłam pod pachę męża oraz synka i poszliśmy na duże zakupy. Pochodziłam po sklepach trzy godziny. Przy kasie stwierdziłam, że teraz mogę rodzić, ponieważ mam już na pewno wszystko. Następnego dnia położyliśmy się z synkiem spać o 13:00, ponieważ kontynuowaliśmy lenistwo przed zbliżającą się godziną zero. O 14:30 obudził mnie ból jak na miesiączkę. Trzy skurcze w odstępach kilkunastu minut. Ogarnęłam się troszkę i nagle poczułam jak ciepły płyn spływa mi po nogach. Płacz, śmiech przez łzy, radość, euforia, szok, lekki stres, trzęsące się nogi – to wszystko dopadło mnie na raz. Nie wiedziałam, czy już jechać, czy może jednak zrobić lewatywę w domu, a czy nogi dobrze wydepilowane, czy wszystko spakowane, czy synek poradzi sobie beze mnie w nocy sam z babcią, czy nadejdą prawdziwe skurcze, jak to w ogóle będzie??? Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Synek poganiał mnie, żebym przypadkiem nie urodziła siostrzyczki w domu. Ostatecznie przywołałam się do pionu, wzięłam szybki prysznic, przejrzałam spakowane rzeczy, wycałowałam synka na do widzenia i ruszyliśmy.
W samochodzie sprawdzałam za pomocą aplikacji częstotliwość skurczy. Były co 8-10 minut. W szpitalu weekendowy popołudniowy spokój. Przyjęto mnie na ginekologii, uzupełniono papierologię, zbadano mnie (0,5 cm rozwarcia, szyjka nie w osi, twarda), zrobiono KTG i USG, założono mi ten nieszczęsny wenflon (mimo mojego buntu, tego dnia byłam spokojna i poprosiłam tylko o chwilkę na znieczulenie miejsca wkłucia – wysmarowałam się kremikiem z lignokainą) i przeprowadzono na porodówkę. Tam nastąpiła zmiana warty (ucieszyłam się, bo nowy personel okazał się milszy). Podpisałam też zgodę na lewatywę jako metodę indukcji porodu i zgodę na nacięcie krocza (o oxy i zzo mogłam zapomnieć, ponieważ w tym małym szpitalu nie mają zbyt często do czynienia z vbac i troszkę się boją, że coś może pójść nie tak). Ucieszyłam się, że tak naprawdę, to czeka mnie całkowicie naturalny poród. W sali zgaszono nam światło, położne przychodziły co jakiś czas sprawdzać puls dzidziusia i od czasu do czasu fundowano mi masaż szyjki (położna robiła to na skurczu, natomiast pani doktor – kiedy popadnie bardzo, bardzo niedelikatnie). Wody nadal się sączyły, skurcze nadchodziły prosto z kręgosłupa co 2 minuty albo i częściej. Czułam jakby mnie na kole łamano. W pewnej chwili zdecydowano, że podadzą mi domięśniowo coś na rozwieranie szyjki. W sumie to nikt nie pytał mnie o zgodę, ale ja wnikliwie o wszystko dopytywałam. Położna przyniosła mi dmuchaną piłkę, co okazało się wybawieniem dla moich lędźwi. Przypomniałam sobie rady koleżanki, żeby na skurczach skakać na piłce, a między skurczami kręcić biodrami. Kręcenie było bardzo relaksujące, o ile w 30 sekund można się zrelaksować, natomiast na skurczach wcale nie uśmiechało mi się skakanie.
Z czasem już nic nie dawało ulgi w bólu: ani stanie, ani chodzenie, ani leżenie. Przygotowałam się na długie godziny męki, a tu nagle położna każe mi powiedzieć, kiedy będę czuła parcie główki. Troszkę mnie to rozbawiło, bo naprawdę nie liczyłam się z tym, że za chwilę wejdziemy w drugą fazę porodu. W międzyczasie miałam zrobioną lewatywę i rzeczywiście, od tego momentu czas stanął dla mnie w miejscu. Niby nadal wszystko kontrolowałam, ale zupełnie inaczej, jakbym wyszła z siebie i stanęła obok. Położna założyła swój fartuch rodem z rzeźni i przygotowała niezbędne akcesoria. Ja poczułam bóle parte (nie można ich pomylić z rozwierającymi, o co też się bałam). Kazano mi się położyć na lewym boku i przeć. Coś mocno zapiekło – to główka przechodziła przez szyjkę. Później jednak miałam odwrócić się na plecy. Skurcze parte miałam króciutkie i nieefektywne. Wrzeszczałam jak opętana. Drapałam siebie i męża, gryzłam się po rękach. Nagle spojrzałam w dół – zobaczyłam czubek główki – nadal wydawało mi się, że to niemożliwe, że to jeszcze długo potrwa, bo przecież druga faza może trwać i trwać. Położna wzięła do ręki nożyce. Wrzasnęłam: „Błagam, nie!” Pani doktor stwierdziła, że możemy poczekać i zobaczymy jak będzie, ale mogę popękać i coś tam, coś tam. Główka to wychodziła, to się chowała. W końcu skapitulowałam. Samo nacięcie nie bolało, bo było robione na skurczu, ale szycie… Znieczulenie nie złapało tak jak trzeba, więc dobrych kilka szwów miałam zakładane na żywca – oj, krzyczałam wtedy okrutnie.
Po nacięciu moja kochana córeczka wyskoczyła jak z procy 12 czerwca 2016 roku o godzinie 00:45. Od razu znalazła się na moim brzuchu. Jej mokre i ciepłe ciałko przylegało do mojego ciała. Gdy pępowina przestała tętnić, dumny tatuś ją przeciął. Tuż po tym, mała znalazła się przy piersi i zaczęła ssać. Przez kolejną godzinę trwałyśmy w nieprzerwanym kontakcie skóra do skóry – nawet podczas szycia oraz oceny malutkiej przez neonatologa (dyszka Apgar). Dopiero po tym czasie położna szybciutko zważyła (3526 g), zmierzyła (56 cm) i ubrała małą. Córeczka mogła spokojnie wrócić do mnie. Po ponad dwóch godzinach przeszliśmy na salę położnic. W przeciwieństwie do nocy po cc, tym razem nie musiałam oddawać dziecka położnym. Nie spałam. Adrenalina nadal działała. Towarzyszyła mi radość i euforia. Czułam bezgraniczną miłość do mojego męża, moich dzieci, wdzięczność dla personelu i tysiąc innych pozytywnych uczuć.
Pragnę przeżyć to jeszcze raz. Nie pamiętam już bólu przewidzianego przez naturę (I i II faza porodu), a jedynie szycie na żywca po sn, czy pierwsze wstawanie po cc. Na szczęście w miarę upływu czasu nawet te przykre wspomnienia blakną i zacierają się, a w sercu rodzi się pragnienie posiadania coraz większej, kochającej się, wspaniałej rodziny.
Szczególne podziękowania kieruję dla całej grupy NATURALNIE PO CESARCE. To wspaniałe być dopingowaną podczas porodu przez kobiety z różnych zakątków, nie tylko Polski. Dziewczyny, jesteście wielkie!
Magia działa (Dania)
To był trudny poród. Tak, w pełni naturalny poród, u świetnie przygotowanej mamy, przy wspaniałym wsparciu też bywa czasami długi i trudny. Bywa, na przykład z powodu niezbyt optymalnego ułożenia i wstawiania się dziecka. Taki był właśnie poród Gosi. Ale UDAŁO SIĘ! A w pamięci młodej mamy pozostaje nie tyle ból, co przede wszystkim poczucie siły i spokoju.
Na początku chciałabym zaznaczyć, że nie jest to opis dla osób o słabych nerwach. W moim porodzie najbardziej zaskoczyło mnie to, że nie miał nic wspólnego z tym co wyczytałam w pięknych książkach Iny i Irenki [Iny May Gaskin i Ireny Chołuj – przyp.red.]. Do tej pory pamiętam niemal zwierzęce wyostrzenie zmysłów i strach. Strach przed nieznanym, że to nie tak przecież opisywały!
Poniższą historię spisałam 8 dni po porodzie, po 8 dniach w szpitalu, gdzie czas się dla mnie zatrzymał. Teraz, po 3 tygodniach, napisałabym pewnie zupełnie co innego. Za rok opis wyglądałby jeszcze inaczej. Czy w książkach, które przeczytałam jest kłamstwo? Nie sądzę. Z perspektywy czasu ból jest mniejszy, mistyczne doznania większe, strach się gdzieś ulatnia… w każdym razie u mnie tak jest.
8 dni po porodzie nadal o nim myślę. Ciepło i miło, chociaż poród do takich nie należał. Jeśli mogłabym do czegoś go porównać to do ciężkiej harówy fizycznej w wielkich bólach i mękach. Nadal nie przejdą mi przez gardło ”przypływy”- dla mnie to były skurcze, a słowo ”fuck” padało średnio 20 razy na skurcz. Niemniej był to dobry poród, nawet bardzo.
Od początku ciąży wiedziałam, że chciałabym urodzić w domu. Przebyte cięcie w 2013 trochę utrudniało mi zadanie, do tego jeszcze kilka innych przeciwskazań. Pomału godziłam się z tym, że jestem bez szans w starciu z tym marzeniem, ale postanowiłam wysłać niezobowiązującego maila, bez nadmiernych szczegółów do wszystkich niezależnych położnych w okolicy. Odpowiedziały trzy, wybrałam jedną i od jej wejścia do mojego domu wiedziałam, że chcę z nią rodzić. Trzeba ją jeszcze było przekonać do mojego ”przypadku”. Mimo wielu moich obciążeń zgodziła się! To było jak cud!
Od początku dopuszczałam możliwość transferu do szpitala, na ten wypadek przygotowałam plan porodu, ba! Nawet plan cesarki. Krista miała być strażnikiem mojego planu na tę ewentualność (ach ten jej wzrok Bazyliszka).
Bardzo mocno starałam się przygotować swoje ciało do porodu- joga, próba autohipnozy, sesje akupunktury, rebozoo i kilka innych rzeczy. Moim głównym problemem jest relaks, ciało mam w stanie napięcia praktycznie większość czasu. Wiedziałyśmy obie od początku, że to może być problem, chociaż położna mówiła, że wierzy, że znajdę swój własny sposób jeśli wszystkie znane jej zawiodą, skoro zaszłam już tak daleko. Trochę niedowierzałam, ale postanowiłam się tym w ogóle nie przejmować. Będzie co będzie!
Spotkałyśmy się dokładnie w dzień ukończenia 40 tygodnia. Wbiła mi igły w plecy, wysmarowała olejem śmierdzącym indyjską knajpą, wymasowała stopy, użyła rebozoo, dłoni i przyjęła całą moją złość na Świat (dlaczego jeszcze nie rodzę, chlip chlip). Na pocieszenie powiedziała, że wciąż mam wcięcie w talii, a to się nieczęsto zdarza (jakby cokolwiek związanego z wyglądem mogło poprawić humor ciężniczce dyszącej jak słoń!). Pożegnałyśmy się i … nic. Jeszcze zdążyłyśmy ustalić nastepne spotkanie na za tydzień.
W weekend wybraliśmy się na Garden Party. Wzbudzałam spore zaineteresowanie swoim wielkim brzuchem i planami porodowymi, także spędziłam przemiłe kilka godzin w upale, w fajnym towarzystwie przy dobrym jedzeniu.
Już wieczorem czułam, że się zaczyna, ale nie chciałam się jeszcze podniecać- już było kilka takich fałszywych alarmów. Wykończona i wykochana poszłam spać. Od 12 co jakiś czas budził mnie bardzo bolesny skurcz, o 4 już nie mogłam udawać, że to nic. Wstałam, poskakałam na piłce, zaczełam liczyć. Regularność się zwiększała, obudziłam M. Zadzwonił do położnej, pogadali, później pogadałam chwilę ja. Kazała dalej się bujać i zadzwonić jak będą już bardzo częste. Tak sobie na tej piłce skakałam do 7, w końcu nie mogłam już wytrzymać i poprosiłam, żeby przyjechała. Przyjechała o 8, a moje skurcze zaczęły się wyciszać! Dramat, chciałam się spalić ze wstydu. A przecież przed chwilą tak bolało, nigdy wcześniej tak nie było! Uspokoiła mnie, że to pewnie przez wychodzące słońce, że tak się zdarza, że wrócą regularne skurcze w końcu na pewno. Przez cały dzień miałam ”te cholery” co 7-10 minut- bardzo bolesne, ale jednak rzadkie. Obydwoje działaliśmy jak lunatycy, po prawie nieprzespanej nocy, zmęczeni, ja do tego zmęczona bólem. Wiekszość czasu leżeliśmy z naszym 2,5 latkiem, oglądaliśmy bajki, jedliśmy i czasem drzemaliśmy. Wszystko to było przerywane moimi jękami co te 10 minut. Przyszła jeszcze opiekunka do synka, wybawiła go, wymęczyła, tak że padł o 20. Kazałam M ją odwieźć do domu, sama weszłam pod prysznic, bo czułam już od jakichś dwóch godzin, że się wszystko rozkręca.
Byłam już porządnie umęczona i miałam nadzieję na szybkie rozwiązanie (o ja naiwna!). Skurcze zrobiły się już zupełnie regularne- najpierw co 5 minut, później co 3 minuty. Ta intensywność mnie dobijała. Mój M musiał byś przy każdym skurczu- praktycznie cały poród na nim przewisiałam. O 2 wezwaliśmy położną, miałam szczerą nadzieję, że niedługo moje ”piekło” się skończy. Tyle się naoglądałam filmików, kiedy kobiety tak pięknie potrafią przyjąć ból porodowy, niestety ja nie należę do tych kobiet (jeszcze?), dla mnie to była zwykła tortura i rzeźnia. Przyjechała Krista, posłuchała serduszka i ku mojej rozpaczy wyjęła druty i zaczęła dziergać… To nie wróżyło rychłego końca, myślałam, że się załamię! Powiedziała mi – urodzisz, bo musisz urodzić i nie masz wyjścia. Więc dalej albo skakałam na piłce, albo wisiałam na M, jęczałam, bluźniłam, krzyczałam. Nie byłam w stanie ustać w miejscu nawet sekundy- podczas wiszenia właściwie tuptaliśmy z nogi na nogę cały czas.
W końcu dobiła jakaś 6 rano, już prawie mdlałam, byłam wkurzona i powiedziałam, że zaraz kończę to rodzenie i sobie idę (tak, tak, obrażałam się średnio co chwilę). Krista zdecydowała się zbadać rozwarcie- było 8 cm! Ale co z tego, skoro buzia dziecka była w złą stronę, do tego głowa zaklinowana w miednicy. Katastrofa. Dla mnie, dla wiedźmy nie. Kazała leżeć na lewym boku, machała moimi nogami, a ja prawie mdlałam z bólu, wrzeszczałam, naprawdę myślałam, że umrę, chyba nawet pragnęłam umrzeć. Zaczęłam krwawić. Po wytrząsaniu bioder rebozoo to już zaczęłam krwawić bardzo. Mały nadal się nie wstawił dobrze, chociaż coś drgnęło. Ale ta krew- Krista powiedziała, że gdyby to nie był hbac to by została, a tak szpital. Błagałam o karetkę (żeby szybko i żeby mnie nieśli), powiedziała, że nie ma szans, jedziemy autem, będą mnie lepiej traktować, bo o własnych siłach- wtedy będę mieć większą szansę urodzić jak chcę. Zadzwoniła jeszcze do szpitala, powiedziała że mam ogromny lęk szpitalny (w Danii są bardzo wrażliwi na samopoczucie psychiczne…), więc o dziwo ucieszyli się, że przyjadę z własną położną!
Pojechaliśmy te 20 km, w aucie skurcze stały się nieco mniej bolesne, czułam się zupełnie surrealistycznie. Nie pamiętam już jak doszłam (!) na porodówkę, Krista zniknęła na chwilę, przyszły inne położne pogratulować mi dobrnięcia do 9 cm (jeszcze przed wyruszeniem do szpitala powiększyło się rozwarcie), stałam tam jak odurzona i zastanawiałam się co się w ogóle dzieje. Zaprowadziły mnie do sali, którą nazwały ”antystresową”, przyszła moja szpitalna położna, za chwilę pojawiła się Krista. I stał się kolejny cud- nie wiem jak ta wiedźma to załatwiła, ale mogła dalej prowadzić mój poród, nikt inny mnie nie dotykał, nie proponowali żadnych wenflonów, ktg na stałe ani nic takiego… Zmieniliśmy po prostu miejsce porodu, dostaliśmy jeszcze jedną położną do pomocy i dalej wszystko było jak w domu- CUD.
Byłam już naprawdę wyczerpana, położna nr 2 poiła mnie co chwilę, dawała mi cukrowe cukierki (pycha), co jakiś czas badała serduszko. My z M dalej tańczyliśmy, prysznicowaliśmy mnie, kilka razy musiałam układać się na lewym boku na manewry wstawiennicze. Myślałam, że oszaleje, krzyczałam, błagałam o cesarkę, o narkotyki, alkohol, leki, epidural, dolargan, cokolwiek. Dostałam gaz, niestety nie działa na mnie jakoś szczególnie przeciwbólowo. Kolejny zawód!
I jest 10 cm! Niestety najpierw jest worek owodniowy… Kurwa. Nie wierzę w swojego pecha, chce mi się płakać, naprawdę mam już dość, błagam Kristę, żeby przebiła ten cholerny worek i żebym urodziła wreszcie. Zgadza się, widzi moją determinację. Przebija worek przed 13, jest 10 cm i … nie umiem przeć. Nie wiem czy to przez przebicie worka, ale skurcze wcale nie robią się jak na parcie, nadal są wprost z macicy. Frustracja sięga zenitu, zaczynam tracić wiarę w to, że kiedykolwiek moje piekło się skończy. Że urodzę. Że mogę.
Położne próbują mi tłumaczyć, pokazują jak oddychać, proponują zmiany pozycji, ale ja czuję, że już nic nie mogę, nie umiem, nie mam siły. Za to zaczynam żartować, grozić im śmiercią jak ”to” się skończy, żarciki sie sypią i w końcu jestem gotowa. Zaczynam czuć o co chodzi w partych, przeklęta macica przestaje boleć, czuję siłę! W między czasie weszliśmy razem z M na łóżko porodowe- dalej na nim wiszę, on już ledwo żyje, ale przez ten poród przejdziemy razem.
Rodzę!!!
o 15.58 rodzę mojego drugiego syna- Ignasia 55cm, 3950g. (2 miuty przed zmianą warty)
Czuję ocean wdzięczności i miłości. 20 miut po wszystki zarzekam się, że już nigdy więcej! Krista uśmiecha się pobłażliwie. Następnego dnia zmieniam zdanie 😉
Po trzech tygodniach nadal wracam do tego przeżycia, codziennie. Było strasznie? Było! Ale wciąż czuję moc, czuję, że przeszłam jakąś granicę. Cały poród odbył się tak jak zaplanowałam i bardzo chciałam- bez interwencji (poza przebiciem pęcherza przed partymi, co było dla mnie dopuszczalne), znieczulenia, przy bardzo czynnym udziale partnera i zaufanej położnej. Wiem, że gdyby nie oni to bym nie dała rady- stali na straży moich pragnień, chociaż ja błagałam o zmianę, o pomoc, przyspieszenie i cesarkę. Mojemu partnerowi na pewno trudno było patrzeć, ale wytrzymał i jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Ja też wytrzymałam i czuję, że wyszłam z tego doświadczenia silniejsza, o wiele silniejsza i spokojniejsza. W moich wspomnieniach poród ten zaczyna się jawić jako coś pięknego, wzmacniającego i wcale nie aż tak strasznego. Magia działa. Zaczynam myśleć o następnym 🙂








