Archives

W jakiejś innej czasoprzestrzeni (Warszawa)

Od strachu przed porodem naturalnym do cudownego VBACu. Z wsparciem zarówno podczas ciąży, ze strony lekarza, jak i podczas porodu, ze strony położnej. W bezpiecznym otoczeniu, z opieką pełną delikatności, szacunku i podmiotowości – tak to MOŻLIWE także w polskim szpitalu. Oto historia Oli:

baby_foot_black_and_white

Zdecydowałam się opisać mój poród bo czuję ogromną wdzięczność dla tych wszystkich dziewczyn, których historie porodu można przeczytać na tej stronie. Wdzięczność za to, że chciały walczyć o poród VBAC, za ich odwagę. Czytałam te historie całymi wieczorami, kiedy mąż i synek spali i ryczałam. Ja wiem, tak jak na pewno wiele z Was, ile łez można wylać po nieudanym porodzie. I dlatego te historie są potrzebne, bo dają innym siłę i nadzieję, że może się udać, że może być pięknie. Dziś, ponad 5 miesięcy po drugim porodzie, zdecydowałam się opisać krótko historię moich porodów.

Podczas mojej pierwszej ciąży w 2012r. pojawiła się arytmia, która bardzo nasilała się w czasie wysiłku. Nikt nie chciał ryzykować porodu sn, zarówno kardiolog jak i lekarka prowadząca ciążę wskazywali na cesarkę. A ja panicznie bałam się porodu naturalnego i chętnie przystałam na to rozwiązanie. Oglądałam setki filmików z porodów. Te twarze wykrzywione bólem, te krzyki, byłam tym przerażona. Bardzo chciałam, aby była przeprowadzona w szpitalu św. Zofii w Warszawie, ale ponieważ w czasie ciąży leżałam 2 tygodnie na oddziale patologii ciąży w MSWiA, tam skierowano mnie na cięcie. W styczniu 2013, kilka dni przed planowym terminem porodu, stawiliśmy się z mężem w szpitalu. Trochę czekaliśmy, po wypełnieniu wszystkich potrzebnych papierków – przebranie w szpitalną kusą piżamę, wenflon. Wszystko zimne, nieprzytulne, metalowe, sterylne, obce twarze, zapach płynu do podłóg, jakiś uśmiech przechodzącej położnej. „Proszę wyjąć ubranka dla dziecka i pieluchy” – Jezu to naprawdę zaraz się stanie…Znieczulenie. Wszystko szybko, jak w jakimś śnie… I tak w pewien zimny, styczniowy dzień przyszedł na świat mój pierwszy syn. Nigdy później nie przeszło mi przez gardło że go „urodziłam”. Uważałam, że nie było w tym mojego udziału. Mojego syna po prostu ze mnie wyjęli, dla mnie nie miało to nic wspólnego z porodem. Nie zmienia to faktu, że chwila w której go ujrzałam była jedną z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Czas na chwilę stanął w miejscu. Wspomnienie tego porodu jest dla mnie trudne, bo było to zarówno chwila niewyobrażalnego szczęścia a jednocześnie wyraźne uczucie, że coś jest nie tak, że nie tak to powinno wyglądać.

Po porodzie –standardowo – nie pozwolono mi wziąć dziecka do siebie, ani na sali operacyjnej (co jestem w stanie zrozumieć), ani na pooperacyjnej, tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Męża wyproszono po pół godzinie. Leżałam więc sama 8 godzin, osamotniona, obok dziewczyny, która po ciężkim porodzie zakończonym cc spała, obok synka, który leżał 2 metry ode mnie w tym szpitalnym wózeczku dla noworodków i płakał. A ja razem z nim. Z bólu, z bezsilności, z emocji. Nie mogłam go dotknąć, przytulić. 9 miesięcy wyobrażałam sobie ten moment a teraz leżałam jak kłoda, obolała, niezdolna do ruchu. Po jakimś czasie poprosiłam, żeby ktoś zajrzał do niego, dlaczego tak płacze, otrzymałam odpowiedź, że dzieci po cc tak mają. Kiedy znowu ktoś zajrzał zapytałam, czy może jest głodny, zamiast przystawić mi go do piersi – zabrano i nakarmiono sztucznym mlekiem. Wszystko nie tak. Teraz kiedy mam już więcej doświadczenia, wiem że wiele zależało ode mnie, być może mogłam głośniej upominać się o swoje, poprosić o przystawienie, ale wtedy uważałam że przecież położne wiedzą lepiej…widocznie nie wolno mi karmić skoro nikt nie pozwala…Wieczorem „przeszłam” na normalną salę poporodową. Bardzo chciałam karmić naturalnie, ale pokarmu na początku było mało (teraz wiem że to normalne). Synek zwracał sztuczne mleko, wciąż miał mierzony poziom cukru i kazano mi go przystawiać. Każda położna miała „swoje” metody. Żadnej w ciągu 7 dni spędzonych w szpitalu nie udało się przystawić synka do piersi poza jedną położną, która była wielkim wsparciem (chyba Kasia) ale wiadomo że miała na dyżurze wiele pacjentek, nie mogła zajmować się tylko mną. „Przystawiamy, przystawiamy! Jak to pani robi? Źle!!!” Poranione brodawki, ból, łzy, płacz głodnego synka, nerwy, nawał, gorączka. Ryczę na samo wspomnienie tych dni. Po wyjściu ze szpitala pomogła mi pani mgr Joanna Piątkowska – konsultant laktacyjny – mój Anioł. Tylko i wyłącznie dzięki Niej odzyskałam wiarę w to, że mogę karmić, że uda nam się. Że nie jestem złą matką, tylko ten poród był trudny i dla dziecka i dla mnie. I że to nie moja wina. Mogłabym długo pisać jak bardzo mi pomogła. Nie było łatwo przestawić synka z butelki na pierś (po 2 tygodniach), ale udało się. Karmiłam synka z powodzeniem rok.

Wspomnienie tego porodu długo wywoływało u mnie łzy. Na początku nie wiedziałam dlaczego tak mi to dolega, przecież wszystko było ok. „Ciesz się że urodziłaś zdrowe dziecko, tylko to jest ważne” – mówili wszyscy wokół, kiedy próbowałam opowiadać o tym co czuję. Ale zaczęłam drążyć temat. Im więcej książek i artykułów w Internecie czytałam tym bardziej uświadamiałam sobie dlaczego tak jest i że nie jestem jedyna. Moje podejście do porodu naturalnego zaczęło się zmieniać.

W październiku 2014 roku okazało się że jestem w ciąży, termin porodu wyznaczony był na lipiec 2015. Ciąża mijała bezproblemowo, poza kiepskim samopoczuciem w I trymestrze. Ciążę prowadziła ta sama pani doktor, bardzo opiekuńcza i ciepła, wspierała mnie w moich nieśmiałych planach porodu sn ale cały czas wskazywała też, żeby nie układać sobie w głowie scenariusza, po prostu pozytywnie się nastawić. Na szczęście prawie nikt mnie do porodu naturalnego nie zniechęcał, a jeżeli już, wynikało to tylko z troski. Ja sama starałam się myśleć tylko pozytywnie, a na kilka tygodni przed porodem przestałam już wertować książki i Internet, zdałam się na intuicję. Kilka tygodni przed terminem podpisałam umowę z położną ze szpitala Św. Zofii (co z perspektywy czasu uważam za świetną decyzję, nie żałuję ani jednej wydanej złotówki) i czekałam…

Tydzień przed terminem o 4 nad ranem obudziłam się z niejasnym poczuciem że coś się dzieje, chociaż nic konkretnego nie czułam. Nic się nie działo, ale nie mogłam już zasnąć. Po godzinie zaczęły się pierwsze, baaardzo nieśmiałe skurcze, ale dość szybko przybierały na sile. Po telefonie do położnej, na 8 stawiłam się do szpitala przekonana że mam chyba już tzw. kryzys 7 cm i zapewne niedługo urodzę, po czym okazało się że jest 1 cm rozwarcia… Musiałam przeorganizować sobie w głowie skalę bólu. Siedziałam i czekałam na wolną salę, bo właśnie trwało sprzątanie i słuchałam krzyków kobiet z sąsiednich sal. Siedziałam przerażona, patrzyłam na salową i w głowie kołatało mi się „mam nadzieję że nie będę musiała tak krzyczeć”. Po KTG, które pokazywało regularne skurcze, na ile pozwalał mi ból chodziłam, kucałam, skakałam na piłce. Czas wlókł się w nieskończoność. Niestety do 12 nie było dużego postępu. Przed 13 rozwarcie było nadal małe, położna zaproponowała znieczulenie. Bałam się znieczulenia, byłam przekonana że po przebytej cesarce jest to niemożliwe, naczytałam się też o zatrzymaniu akcji porodowej i późniejszych porodach zabiegowych po znieczuleniu, ale położna wszystko mi spokojnie wyjaśniła. Znieczulenie miało pomóc szyjce na szybsze rozwieranie. I powiem szczerze – to znieczulenie uratowało mnie psychicznie i fizycznie, byłam już trochę zmęczona, głodna, niewyspana. Ból nie pozwalał mi się skupić, racjonalnie pomyśleć, odetchnąć, zaczynałam już wątpić we własne siły i w to że w ogóle urodzę.

Ulga sprawiła że odpoczęłam, znowu nabrałam sił i chęci, odzyskałam świetny humor. Po znieczuleniu położna przebiła pęcherz płodowy – odpłynęły czyste wody (nie miałam pojęcia że może ich być tak dużo). Mąż przyjechał ok. 14 i razem spędziliśmy fajny czas. Często lubię wracać do tych chwil, byliśmy razem, wiedziałam że poród trwa w najlepsze, szyjka rozwiera się – co regularnie sprawdzała położna a ja czułam skurcze, ale nie czułam bólu. Skakałam na piłce, zmieniałam pozycje, co na pewno miało bardzo pozytywny wpływ na postęp porodu. Ok. godziny 16 znieczulenie przestało działać, poprosiłam o kolejną dawkę. Badanie pokazywało 5-6 cm rozwarcia, pani anestezjolog dostrzyknęła koleją dawkę ale okazało się, że znieczuliła się tylko lewa strona, i tylko na chwilę. Podczas skurczu ciężko było mi już wytrzymać na łóżku na leżąco. Pani anestezjolog pobyła jeszcze ze mną, ale ponieważ ponowne zakładanie cewnika nie było bezpieczne zgodziłam się, że już nie znieczulamy.

Trochę jeszcze poleżałam na łóżku, położna znowu mnie zbadała i poprosiła abym jeszcze chwilkę przeszła się po Sali, usiadła na toalecie i pewnie będzie już 10 cm. Pamiętam jak przez mgłę, że między skurczami siedząc w łazience widziałam jak położna z mężem przygotowują pieluszki do okrycia maluszka i pomyślałam: nie ma mowy, ja nigdy nie urodzę, to jest ponad moje siły. Coś krzyczałam że chcę cesarkę, że nie rodzę, że nigdy więcej! Później było mi wstyd…Coś dziwnego działo się też z czasem, umknęły mi gdzieś całe godziny, wydawało mi się że coś trwało chwilę, mąż później mówił mi że godzinę. Podczas porodu przebywa się chyba w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Po jakimś czasie położna zbadała mnie szybko w łazience i stwierdziła że jest pełne rozwarcie. Najpierw przez jakiś czas próbowałam przeć przy drabinkach, wstając między skurczami a kucając w czasie skurczu, ale to nie była „moja” pozycja. Zachęcana przez położną trochę krzyczałam, ale to mi nie pomagało, nakręcałam się negatywnie słysząc własny krzyk. Potem przeszłyśmy na stołek porodowy, mąż siedział za mną i w tej pozycji było mi o wiele wygodniej. Po 1 godzinie parcia o 20 urodził się Staś – 58 cm / 3960 g / 10 pkt. Nie pamiętam ale chyba nie płakał, wzięłam go na ręce, położyliśmy się. Lekarz był w ostatnich momentach porodu, do końca życia nie zapomnę jak powiedział: „Gratuluję Pani pięknego syna” a Położna: ”Dała Pani dziecku to, co najlepsze”. Te momenty były tak piękne, byłam z siebie tak dumna i szczęśliwa że wszystko się udało, że już po wszystkim!

Położna z przecięciem pępowiny poczekała aż przestanie tętnić. Konieczne było niewielkie szycie i sprawdzenie stany blizny po cc przez lekarza ale potem już zostaliśmy we trójkę z mężem i to były magiczne 2 godziny. Pamiętając złe wspomnienia z początków karmienia z pierwszym synkiem trochę się bałam jak to będzie tym razem a Staś popatrzył spokojnie, przyssał się do piersi i zasnął. Po 2 godzinach przyszedł lekarz, aby zbadać Stasia a ja trochę się umyłam się i przeszliśmy na salę poporodową. Mąż pojechał do domu a ja zachwycona wpatrywałam się w Stasia i myślałam jak bardzo się cieszę, że tak się wszystko ułożyło.

Dziś minęło już pół roku od tych chwil, a ja nadal chętnie wracam myślami do sali agrestowej w św. Zofii. Nadal też zaglądam na tą stronę i myślę, że miałam wiele szczęścia. Podczas drugiej ciąży nikt nie próbował mnie namawiać na drugą cc, Pani Dr prowadząca ciążę, jak również położna wspierały mnie w tych nieśmiałych marzeniach. Podczas porodu od początku do końca byłam traktowana z szacunkiem i delikatnością, nikt nie kazał mi się kłaść, KTG było wykonywane na stojąco. Mam wrażenie że Szpital św. Zofii to jakaś oaza pośród innych szpitali w Polsce. Nie wiem jak to możliwe, że jest jedno takie miejsce i co można zrobić żeby położne i lekarze w innych szpitalach trochę zmienili swoje podejście.

Mój udany Vbac (Poznań, Św. Rodzina :)

„Raz cięcie, zawsze cięcie” –  zasada sformułowana 100 lat temu przez Edwina Cragina bywa wciąż stosowana w praktyce niektórych lekarzy, mimo, iż dawno już straciła na aktualności. Na szczęście bohaterka dzisiejszej historii, Julianna, w porę spotkała innego lekarza, o bardziej zgodnych z aktualną wiedzą medyczną poglądach. Dzięki temu mogła doświadczyć niezwykłego, choć niełatwego czasu rodzenia.

W 2009 w grudniu urodziłam synka przez cięcie cesarskie. Dlaczego ?

Był 17 grudzień, na ten dzień miałam termin, nic sie nie działo, a ja z dnia na dzień puchłam coraz bardziej, przed ciążą ważyłam 49 kg, dzień przed porodem 89kg…. Białkomocz, wysokie ciśnienie, również miałam 1 cm rozwarcia… Moja lekarka dała mi skierowanie do szpitala. Pojechałam, dali mnie na oddział, ponieważ, to było moje pierwsze dziecko, będziemy czekać, aż coś się samo zacznie… i tak czekałam, całe święta w szpitalu, a ja puchłam z dnia na dzień coraz bardziej… aż w końcu nadszedł 28 grudzień- w nocy jak już któryś raz poszłam do łazienki (biegałam co 15 minut) odszedł mi cały czop, wody zaczęły się sączyć… poszłam do położnych i opowiadam im całą sytuację, nadal kazały czekać… 29 grudnia, rano wzięli mnie na badania, lekarz kazał mi iść na porodówkę bo miałam aż 4 cm rozwarcia!! Bardzo się cieszyłam, że to już!. Jestem na porodówce 8 rano… około 10 podali mi oksytocynę i leżałam- to był mój błąd… o 14 zaczęły się skurcze, rozwarcie szło szybko! Myślałam, że zaraz zobaczę mojego synka. Nagle na ktg zaczęło tętno spadać, przyszła lekarka i w szybkim tempie znalazłam się na sali operacyjnej, znieczulenie ogólne… nie widziałam synka, obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej… dopiero popołudniu następnego dnia dostałam synka. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

2015 rok marzec, zrobiłam test ciążowy wyszły dwie kreski, po 4 tygodniach pobiegłam do lekarza, zrobił wszystkie badania + BETE, stwierdził, że nic nie widzi na USG, że to może być ciąża pozamaciczna, znów mam czekać i iść za dwa tygodnie do lekarza, poszłam, zobaczyłam na USG moją drugą miłość :). Miesiąc później, poszłam na badania kontrolne, wszystko dobrze, dziecko rozwija się prawidłowo, zadałam pytanie mojemu lekarzowi, jak mogę teraz rodzić? Czy naturalnie, czy przez cięcie cesarskie… stwierdził, że jak już raz było cięcie to również drugi raz będzie… no trudno…

W około 25 tygodniu ciąży zmieniłam lekarza… ponieważ poprzedni lekarz nie dawał mi skierowań na podstawowe badania, chociaż go o to prosiłam – za każdym razem słyszałam, że to nie potrzebne, a dla mnie było to bardzo ważne, bo tak jak wspominałam, miałam w poprzedniej ciąży białkomocz. Na szczęście w drugiej ciąży nie puchłam, wyniki miałam dobre. Po zmianie lekarza byłam bardzo zadowolona z mojej obecnej lekarki, która 20 lat pracuje w szpitalu. Nic nie miała przeciwko, abym rodziła naturalnie. Dziecko do końca ciąży rozwijało się bardzo dobrze. W końcu zbliżał się termin porodu 1 grudnia – nadal nic się nie działo.  Rozwarcie 1,5 cm miałam od 37 tygodnia ciąży.

2 grudnia pojechałam na ktg do lekarza… ktg nie wyszło zbyt zadowalające… dlatego dostałam skierowanie do szpitala, w którym pracuje moja lekarka. W szpitalu byłam około 17, przyjęli mnie, robili badania i w trakcie badań odszedł w całości czop. Już wtedy wiedziałam, że urodzę w ciągu 24h. Wzięli mnie na oddział. O 19 poczułam pierwszy mocny skurcz! Wzięłam prysznic. Skurcze były, ale nie takie jak powinny. Nadeszła noc, skurcze co pół godziny.  O 2 w nocy przyszła położna zrobić mi ktg. Na ktg cały czas tętno było bardzo wysokie. Położna kazała mi iść na porodówkę przez to wysokie tętno. Zbliżała się 3 w nocy, skurcze się nasiliły i były coraz częstsze… rozwarcie 2 cm…. a ja leże na porodówce. Na szczęście położne były miłe, można było sobie z nimi porozmawiać, pożartować. Około 5 rano poszłam pod prysznic, skurcze były co 5 minut… O 6 rano podłączyli mnie pod oksytocynę, ja w tym czasie zadzwoniłam po narzeczonego, który przyjechał bardzo szybko 🙂 Miałam na sali piłkę, z której z chęcią skorzystałam – przez dobre 3 h skakałam na niej. Skurcze były tak silne, że chyba cała porodówka mnie słyszała, a ja błagałam ich o cięcie cesarskie. Myślałam, że nie wytrzymam z bólu, a nie mogłam dostać żadnego znieczulenia… rozwarcie w 3h zrobiło się 8 cm, położna i narzeczony uświadomili mnie, że zaraz urodzę naturalnie! Że jeszcze chwile muszę wytrzymać! Za chwile były bóle parte i tak o 9.31 urodziłam śliczną córeczkę 🙂 Tata przeciął pępowinę, a po chwili miałam już dziecko na brzuchu. 10/10 punktów, zdrowa, silna dziewczyna 🙂

Teraz nie mogę się doczekać 3 dziecka 🙂

Mój vbac’owy, grudniowy, świąteczny cud… (Białystok)

Historia Pauliny obfituje w tak wiele niespodziewanych zwrotów akcji, że mogłaby z powodzeniem posłużyć za filmowy scenariusz. To opowieść, poruszająca wiele okołoporodowych wątków, która budzi emocje, inspiruje, daje nadzieję i przywraca wiarę w to, że wśród współczesnych lekarzy można jeszcze spotkać PRAWDZIWYCH POŁOŻNIKÓW:)

Najpierw słów kilka o pierwszej ciąży a właściwie o jej zakończeniu. Otóż ciąża rozwiązana cesarskim cięciem z powodu ułożenia pośladkowego płodu w sierpniu 2013. Oczywiście cała ciąża przebiegała książkowo, wyniki idealne, ja nastawiona na poród naturalny, bo dlaczego nie, skoro ja zdrowa, dziecko idealnie się rozwija, aż tu psikus na dwa tygodnie przed terminem. Dzidziuś siedzi sobie dupka i raczej się nie odwróci. Na początku były łzy rozczarowania, ale później oswoiłam się z tą myślą i pewnej pięknej sierpniowej nocy zaczęły się skurcze, które zakończyły się cesarskim cięciem i w końcu mój skarb ważący 3950g i mierzacy 63 cm miałam po drugiej stronie brzuszka. Jak czułam się po cc? Fizycznie źle, bolało, ciągnęło, ciężko było zająć się maleństwem itd… Ale psychicznie w ogóle nie ucierpiałam na tym – urodziłam mojego synka, tak jak było mi dane. Byłam ciekawa jak to jest rodzić naturalnie, ale nie żałowałam, nie rozpamiętywałam…

W marcu tego roku (2015) ponownie zaszłam w ciążę. Oczywiście na pierwszej wizycie u ginekologa zapytałam jaką drogę porodu prognozuje. Ja wtedy nie miałam żadnej wiedzy, po prostu z czystej ciekawości chciałam wiedzieć co mnie czeka. Doktor odpowiedział, że najprawdopodobniej będzie cc, że tak się najczęściej praktykuje „cięcie po cięciu”. Pomyślałam, ok, tak ma być to tak i będzie, najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe. Pytanie oczywiście ponawiałam na kolejnych wizytach i odpowiedź była podobna, chodź pojawiła się też taka, że wszystko zależeć będzie od lekarza,  na którego akurat trafię na dyżurze. W między czasie pytanie o możliwość porodu naturalnego po cięciu zadałem na jednej z grup stricte „mamusiowych”. Tam po kilku odpowiedziach mniej lub bardziej zasadnych ktoś polecił mi grupę „Naturalnie po cesarce”… No i tu się zaczyna ta piękna historia…

Przez całą ciążę pozostawalam wiernym obserwatorem owej grupy, raczej prawie się nie udzielałam, a oddawałam się lekturze, wrecz już stało się to uzależnieniem kiedy zaglądałam co chwilę czy aby coś nowego się nie pojawiło. Stopniowo przyswajałam informacje, że poród sn po cc jest możliwy, ba, nawet wskazany, o czym nigdy wcześniej nawet bym nie pomyślała. Powoli rodziły się we mnie przekonanie i decyzja, że jeśli będzie mi dane spróbować rodzić naturalnie, to takiej próby się podejmę… I tu przyznam, że brakowało we mnie takiego zapału jak u innych dziewczyn, takiego samozaparcia, wiary… Ja po prostu śledziłam grupę, ale raczej z nastawieniem, że co będzie to będzie, jak lekarz zdecyduje o cc, to się zgodzę ze strachu o dziecko i o moją bliznę. Nie robiłam kompletnie nic w kierunku przyspieszenia porodu, przygotowania krocza, żadnych liści malin, wiesiołka, dałam swojemu ciału przygotować się do tego, tak jak samo potrafiło, i czekałam…

Dodam, że mąż i otoczenie byli przekonani o powtórnym cięciu, więc wsparcia i dopingu nie miałam, a każda próba rozmowy z mężem o porodzie naturalnym kończyła się niemal kłótnią… I nie miałam mu tego za złe, bał się o nas i nie rozumiał tego, jak poważną operacją jest cesarskie cięcie…

Termin miałam na 21 grudnia. Od miesiąca pojawiały się skurcze przepowiadajace, twardnienie brzucha itd. Ale wszystko zaczęło się 22 grudnia wieczorem… Wtedy to, szykując już co nieco na święta, żartowaliśmy z mężem, że ciekawe czy w ogóle coś zjem z tego, bo może nasz Franio zdecyduje się wyjść… I bach… Zaczęły się skurcze. Raz silniejsze, raz słabsze, nieregularne. Po kilku godzinach, koło północy, kiedy skurcze były już nawet co 3 – 4 minuty, zdecydowałam się jechać do szpitala. Pojechaliśmy do tego, w którym chciałam rodzić – tępy dyżur, brak miejsc, mogę zostać i ewentualnie rodzić na korytarzu, bez męża…

Takiej odmowy się nie spodziewałam, położna zbadała mnie, szyjka zgładzona, przepuszcza na jeden palec, akcja się rozpoczyna, proszę jechać do dyżurującego szpitala. Tam, okropnie niemiłe położne, położyły mnie na ktg, na ciemnym korytarzu, i zamiast zainteresowac się mną, rozprawialy o śledziach w śmietanie i innych daniach, wymieniając się przepisami. Mąż czekał za drzwiami, mi słabo, gorąco, mam wrażenie, że mdleje . Położna łaskawie kazała położyć się na bok, ale to trwało tylko chwile, bo tętno małego zaczęło zanikać. Mi chce się płakać, że nie chce tu rodzić, z taką obsługa… Zawołały lekarza, tętno wróciło do normy ale… Skurcze osłabły, wręcz prawie zanikły… Lekarz zbadał mnie i stwierdził, że akcji porodowej brak, mogę wracać do domu, ewentualnie może położyć mnie na patologię…

Wróciłam do męża. Postanowiliśmy wrócić do poprzedniego szpitala i wziąć już to łóżko na korytarzu. Tam, ta sama położna stwierdziła, że jednak mnie nie przyjmie, żeby położyć się na tę patologię [w drugim szpitalu] jak proponowali tam i żebym nie ryzykowała powrotu do domu, bo jestem przecież po cięciu…. Ja wystraszona, rozpłakałam się na parkingu, miałam dość, byłam przestraszona, zdezorientowana i zła… Postanowiliśmy jechać i położyć się na tą patologie, skurcze wróciły, silne i coraz częstsze, a ja już będąc na parkingu szpitala podejmuję decyzję, że wracamy do domu. Mąż myślał, że zwariowałam, ale wytłumaczyłam mu, że wrócimy, przeczekamy w zaciszu swojego mieszkania, że będę monitorować skurcze i ruchy dziecka, i pojedziemy do szpitala rano, kiedy zacznie się dyżur szpitala, w którym chcieliśmy rodzić. Tak też zrobiliśmy. Mąż się zdrzemnął, ja niestety nie – skurcze były silne, liczyłam czas między nimi i zaciskałam zęby, żeby nie obudzić dziecka… Te kilka godzin  do 7 rano ciągnęło się w nieskończoność.

O 7 rano skurcze rozkręcone, czop intensywnie odchodzi, jedziemy do szpitala. Tam procedura przyjęcia, papierologia, badanie, 2 cm rozwarcia , idziemy na porodówkę. I wtedy byłam już szczęśliwa, że w końcu jestem w odpowiednim miejscu i że z dzieckiem wszystko ok.

O 8.30 jesteśmy na porodówce. Badania, obchód lekarzy i pytanie jak chce rodzić. Ja… Wiem, wiem, nie spodziewacie się, odpowiedziałam zdezorientowana „chyba cesarka”. Byłam już zmęczona, zestresowana i chciałam, żeby już synek cały i zdrowy był na świecie. Po mojej odpowiedzi doktor zapytał dlaczego cesarka, ja wytłumaczyłam, że nastraszył mnie i lekarz i położna, i całe otoczenie ryzykiem rozejścia blizny. Doktor wytłumaczył mi, że najlepszą opcją i dla mnie i dla dziecka jest poród naturalny, a on ze swojej strony obiecuje , że gdyby się coś działo, cięcie zdąży zrobić… Potem szacowanie wagi, w między czasie rozwarcie już 3 cm. Prysznic… Koło 11 przebicie pęcherza. 12 – rozwarcie 5 cm, decyzja o znieczuleniu. Zaraz 6 cm. Ja leżę pod ktg i umawiam się z położną, że chcą wstać, pospacerować, ona na to, że po znieczuleniu muszą zrobić dłuższy zapis, ale potem mogę sobie chodzić. Ja chciałam pomóc małemu zejść i pomóc sobie przetrwać skurcze. Byłam pewna, że będę rodzić jeszcze parę ładnych godzin. Ale nie zdążyłam…

Położna poinformowała mnie, że mam dać znać jak będę czuła parcie jakby chciało mi się kupę. To było 15 minut od badania, które wskazywało na 6 cm rozwarcia. Ja mówię położnej, że to już chyba czuje takie parcie, ona na to „A co ty gadasz, ale zbadam Cię”. Okazuje się, że rodzę!!! 10 cm rozwarcia i główka nisko, położna w szoku, że wskoczylam z 6 cm na 10 w 15 minut i mówi, że i ja i dzidziuś to błyskawice. W pośpiechu zaczęła wszystko szykować na przyjście malucha, mężowi kazała zamknąć okno, a ja patrząc na jej przygotowania byłam w ogromnym szoku, nie wierzyłam, że to już, że najprawdopodobniej sama urodzę naszego synka. Szybka instrukcja, jak przeć, kiedy przeć, i po pół godzinie mam naszego Frania na brzuchu. Mąż płacze, ja oddaje dźwięki radości i spełnienia i „dziękuję” dla doktora, który pozwolił i namówił mnie na tę próbę… On na to, że brzuch mam cały i to najważniejsze, że się udało uniknąć cc.

Potem już tylko urodzenie łożyska, szycie, karmienie synka i telefonowanie do najbliższych, że mamy już swój wymarzony prezent gwiazdkowy ❤❤❤. Mojego szczęścia, dumy i jednocześnie niedowierzania po prostu nie da się opisać! Dumy mojego męża również. Przez kilka dni chodził dumny, ze swojej żony i chwalił się wszystkim jaka była dzielna:).

Ja czułam się o wiele lepiej niż po cc.  Miałam nacinane krocze, ale podobno minimalnie. W miarę normalnie funkcjonowałam i siadałam już od pierwszych godzin po porodzie. I co ważne, kiedyś nie byłam przekonana co do plusów obecności męża przy porodzie, ale dziś wiem, że dzięki niemu się udało – wspierał, pomagał i na każdym skurczu partym podtrzymywał mi nogę i głowę tak jak położna zaleciła – sama bym nie dała rady na tym się skupić. Bycie razem w takim momencie to piękne i niepowtarzalne dopełnienie naszej miłości i jeszcze większe scalenie naszego związku.

received_1136175943060000-2

VBAC- Kraków- 4.12.2015r- UJASTEK

Czasami to, co wydaje się już zupełnie niemożliwe, okazuje się stawać rzeczywistością, a wsparcie, którego potrzebujemy, można znaleźć tam, gdzie zupełnie się go nie spodziewamy. Dziś pełna zwrotów akcji historia Honoraty:

Cesarka – w moim przypadku była spowodowana ułożeniem Synka, który na świat pchał się pupką i ani śniło Mu się, aby zmienić pozycję. Co USG łudziłam się, że sytuacja ulegnie zmianie. Przejrzałam internet wzdłuż i wszerz, żeby sprawdzić czy jest sposób, aby skłonić maluszka do obrotu. Czytałam zarówno o obrocie zewnętrznym, jak i o ćwiczeniach domowych. W okolicy, nie znalazłam miejsca, gdzie podjęto by się obrotu, ćwiczenia wykonywałam sumiennie, lecz niestety bezskutecznie. Ciąża przebiegała książkowo, jedyne co było w niej wyjątkowo uciążliwe to wieczne wymioty i zmęczenie. Można spokojnie rzec, że ciążę przespałam z przerwami na wizyty w toalecie. Termin miałam na 10 sierpnia 2014r. W 36 tc zostałam skierowanie na konsultacje względem cesarskiego cięcia. Zdecydowałam się na szpital Ujastek w Krakowie. Termin cesarki 4.08.2014r. Synek jednak obrał sobie swoją datę porodu. W nocy z 29 na 30 lipca, zaczęły sączyć mi się wody, później poszło już z górki. Izba przyjęć, badanie – rozwarcie na 2 cm, czop prawie w całości odszedł już wcześniej, skurczy brak. Ze względu na to, że akcja postępowała bardzo powoli, podjęto decyzję o stopniowym przygotowaniu mnie do zabiegu. Kroplówki, KTG, kroplówki, KTG, pobranie krwi do badań. Nigdy nie zapomnę tego jak strasznie się bałam. Do pewnego momentu mąż mógł być ze mną, co znacząco poprawiało mi nastrój, ale czułam ogromny żal i smutek spowodowane całą tą sytuacją… Ok. 7 pojawiły się skurcze, musiałam pożegnać się z mężem. Rozwarcie na 3/4 cm. Sala operacyjna. W pierwszym momencie znieczulenie nie zadziałało i zaczęto mnie ciąć kiedy miałam jeszcze czucie (nikomu tego nie życzę) później zwymiotowałam i dopiero mogli zakończyć zabieg….Synek o 9.48 był na świecie. Przystawili do policzka, przekazali informacje o stanie zdrowia, wymiarach i zabrali do Taty. A ja płakałam… w tym płaczu zamykały się wszystkie moje emocje. Zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Nie to jednak było najgorsze. Najgorsze było to, kiedy nie czułam żadnej więzi z Synkiem. Uczyłam się Go kochać… Teraz jest dla mnie najcenniejszym Skarbem, ale długo, długo był dzieckiem, którym po prostu przyszło mi się zajmować. Okropne uczucie niespełnienia, zawodu, smutku.

Już wtedy wiedziałam, że przy kolejnej ciąży będę walczyć o poród siłami natury. Początkowo nie wiedziałam od czego zacząć, nie wiedziałam w co wierzyć, a w co nie. Co robić, aby przybliżyć do siebie sukces. Czytałam, czytałam i czytałam. Non stop. W kwietniu br. dowiedziałam się o kolejnej ciąży, razem z mężem wiedzieliśmy, że zrobimy wszystko aby był możliwy VBAC.

Ciążę prowadziłam w przychodni KOV-MED w Krakowie, u dr. Adama Jędrzejowskiego. Jego podejście do VBAC jest takie, że sam uważa, że jest to lepsza opcja dla dziecka i do tego nie ma wątpliwości, jednak osobiście odradzał to kobietom, ze względu na podejście do tematu obecnych lekarzy, którzy po prostu się obawiają takich porodów, nie są oni do nich przyzwyczajeni i przygotowani. Sam niestety nie pracuje obecnie w żadnym szpitalu, bo wtedy na pewno zdecydowałby się na obecność przy moim porodzie. Koniec końców, z każdą moją wizytą musiał godzić się z moją determinacją i zaczął mnie wspierać ( wcześniej głównie powtarzał o tym, co jeśli trafię na kogoś kto sobie z takim porodem nie poradzi i w razie komplikacji po prostu spanikuje ). Później niestety ze względów zdrowotnych poszedł na urlop. Opiekę nade mną przejęła dr. Trojanowska, która ani VBAC nie odradzała, ani nie motywowała, po prostu skupiała się na swoich podstawowych obowiązkach. Mówiła mi jedynie o tym, że VBAC musi być porodem w pełni naturalnym, bez znieczuleń, bez wywoływania i najważniejsze musi spełniać pewne kryteria. Taka sobie gadka, bez głębszego przekazu. Na ostatni miesiąc przed porodem wrócił mój lekarz. I zaczął wspierać mnie z podwójną siłą, Badał, robił USG na każdej wizycie, KTG, nie wspomniał nawet pół słowem o konsultacjach względem cięcia. Sprawdzał przepływy, dojrzałość łożyska, ilość wód- na tym się skupiał i na bieżąco mnie o wszystkim informował. Termin miałam 10 grudnia 2015r.

Pod koniec listopada nic nie wskazywało na wcześniejszy poród, a wręcz przeciwnie. Widziałam, że dr. powoli zaczyna się martwić czy nie przenoszę i to ja Jego uspokajałam, że dzidzia ma jeszcze czas i czeka na „swój moment”.:) Pamiętam swoją ostatnią wizytę ginekologiczną 2 grudnia, kiedy to dostałam osobisty nr telefonu do dr. i kazał dzwonić w nocy o północy i informować o tym czy się udało. Zrobiło mi się wtedy baaardzo miło i byłam dumna, że dobrnęłam już tak daleko, że zmusiłam do uwierzenia w siebie. Pożegnaliśmy się, obiecując że na kolejnej wizycie już się nie pojawię – obietnicy udało się dotrzymać.:)

3 grudnia o 23.30 odszedł mi kawałeczek czopa śluzowego, podbarwionego krwią oraz zaczęły się regularne skurcze co 6 min. Nie były jednak one bardzo bolesne, więc najpierw stwierdziłam, że to jeszcze nie to. Po godzinie poszłam pod prysznic, częstotliwość wzrosła do 4-5 min. Zebraliśmy się z mężem, bo do szpitala miałam ok. 50 km. Wybrałam tym razem Szpital Rydygiera, zachęcona tyloma udanymi VBAC , które właśnie tam miały miejsce. Na Izbie Przyjęć, w pierwszej kolejności zostałam zbadana. Rozwarcie na 1 cm, czop faktycznie odchodził, pani położna stwierdziła, że odchodzą również wody. Zostałam podpięta pod KTG, skurcze były widoczne na wykresie. Miałam czekać na lekarza, aby podjął decyzję co dalej. Trafiłam na wyjątkowo kiepski skład dyżurny. Sama położna nie była już najmilsza, ale okazało się, że może być gorzej. Pani dr. po przyjściu już w drzwiach powiedziała, że nie wyglądam na kobietę rodzącą i że co prawda skurcze są, ale są to skurcze przepowiadające i że najprawdopodobniej się one za jakiś czas wyciszą, a ja niepotrzebnie dramatyzuję. Następnie zostałam zabrana na wykonanie USG, podczas którego padło hasło VBAC. Pani dr w tym momencie stała się jeszcze bardziej szorstka. Usłyszałam, że moja miednica jest za wąska do porodu naturalnego (stwierdziła to na podstawie spojrzenia), że przerwa 16 miesięcy całkowicie dyskwalifikuje mnie do porodu sn, a po oględzinach monitora ultrasonografu dodała, że dziecko jest w złej pozycji. Kiedy zapytałam czy jest ułożone poprzecznie albo miednicowo , dowiedziałam się, że „nieprawidłowość pozycji” polega na tym, że twarz dziecka zwrócona jest w stronę spojenia łonowego zamiast kręgosłupa, co daje trudny, skomplikowany, bolesny i ryzykowny poród . Powiedziano mi również, że w Rydygierze nie znajdę lekarza, który podjąłby się odebrać dziecko w takim ułożeniu. Oczy mi się zaszkliły, a w sercu pojawił się cichy żal. Kiedy padła propozycja położenia mnie na oddziale patologii ciąży ( „bo te przepowiadające mogą przekształcić się w poród w 3 h albo w 3 dni i to jedyne co mogę zaproponować”) stanowczo odmówiłam. Wcześniej uzgodniłam z mężem, że jak cięcie to tylko na Ujastku, w miejscu gdzie cięto mnie po raz pierwszy, gdzie ufamy personelowi, gdzie wiemy jak tam wszystko wygląda, gdzie oboje czujemy się bezpiecznie. Napisałam notatkę z odmową do przyjęcia mnie na oddział i wróciłam do męża.

Zeszliśmy do samochodu, zdałam relacje z rozmowy z lekarzem. Nie wiedziałam co robić, skurcze bolały coraz bardziej, do domu 50 km drogi, które musiałabym spędzić za kierownicą samochodu, ponieważ mój mąż nie posiada prawa jazdy, a z drugiej strony bałam się jaka będzie reakcja personelu Ujastka, co usłyszę tam. Targałam się z myślami. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o podjechaniu pod owy szpital. Pominę fakt, że była noc, nawigacja nas zmyliła i błądziliśmy przez prawie godzinę. Byłam wykończona. Fizycznie i psychicznie. Na parkingu, wyłączyłam silnik samochodu i zaczęłam rozmawiać z mężem, który zaczął mnie namawiać, żeby, a nuż, podjąć temat vbac-u na Ujastku, Przypomniał mi jak bardzo mi na tym zależało, jak długo o to walczyłam, jak daleko już zaszłam w swoich poczynaniach, przypomniał mi o tym jak wielu kobietom, w gorszym położeniu, się udaje. Na zegarku wybiła 6 rano. Odpaliłam samochód i zadecydowałam, że jedziemy do domu, że muszę odpocząć i się odświeżyć, że muszę mieć więcej siły. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. W domu trochę poleżakowałam,bo spać nie mogłam przez te dziwne skurcze, wzięłam prysznic, zjadłam kromkę chleba, wypiłam herbatę i udaliśmy się do Ujastka. Wróciło pozytywne myślenie, a skurcze w drodze… ustały ! Cisza jak makiem zasiał.

Godzina 12. 4 grudnia. Znów Izba Przyjęć. Tym razem ta, którą doskonale znam. Rozpoznaję niektórych ludzi, z niektórymi nawet się witam, bo oni kojarzą również mnie i męża. Poczułam się zrelaksowana i bezpieczna. To był „mój teren”. Opisałam całą sytuację, która miała miejsce w nocy, przekazałam informacje z Rydygiera. Zostało wykonane mi USG, zostaje zbadana. Nic od nocy się nie zmieniło, prócz tego, że okazało się, że żadne wody się nie sączą. Zapada wstępna decyzja o przyjęciu na patologię, a na następny dzień miała zostać wykonana cesarka. Liczyłam się z takim rozwojem sytuacji. Ujastek i VBAC ? Ojj nie. Tam na pewno się nie uda, nikt się tam nie zgodzi… Na Patologii zostało mi podłączone KTG i … znów pojawiły się skurcze! Co 6-7 minut, zdecydowanie bardziej bolesne niż te nocne. Położna wysłała mnie do lekarza oddziału patologii. Znów zostaje zbadana. Poród się rozpoczął! Rozwarcie na 2 cm, czop odszedł w dużej części, skurcze regularne, szyjka ładnie pracuje, pęcherz pięknie się napina. Pani Dr zrobiła wywiad i pyta się jak chciałabym rodzić, bo ona tu widzi duże szanse na poród siłami natury. Odpowiedź była oczywista! Zanim jednak decyzja zapadła ostatecznie czekała mnie konsultacja z lekarzem z oddziału ginekologiczno-położniczego . Po ok. 10-15 minutach przychodzi do mnie Pani dr Tamara Wilk, która postanawia wykonać USG. Wody w normie, łożysko dojrzałe, z dzidziusiem wszystko w jak najlepszym porządku i badanie blizny: 3,5mm. „Pani wie z jakim ryzykiem wiąże się poród naturalny po cesarce? Wie jak powinien wyglądać? Wie Pani, że znieczulenie jest możliwe tylko w formie gazu oraz wody i nic poza tym? I Wie Pani, że połowa sukcesu za Panią ponieważ akcja pięknie się rozpoczęła i równie pięknie postępuje naprzód? Ja widzę tu duże szanse na poród siłami natury. Dziś ja jestem na dyżurze nocnym, jeżeli Pani zechce, podejmę się opieki nad Panią i takim rodzajem porodu„. Miałam ochotę krzyczeć z radości a samą panią doktor zacałować . Mąż jak usłyszał nowiny, nie mógł pohamować radości .

Tu zaczyna się spełnienie moich marzeń. Ląduję na sali przedporodowej. Opiekę nade mną przejmuje fantastyczna położna, Pani Monika. Ta sama położna, która powitała mnie na oddziale kiedy pojawiłam się w szpitalu po odejściu wód, w ciąży z Synem, tak więc znów znajoma twarz. KTG, skurcze co 5-6 minut, rozwarcie na 3 cm. Lewatywa, troszkę pochodziłam po sali, mąż oczywiście był ze mną. Przyszła Pani dr wraz z położną. Została mi zmierzona miednica. Okazało się, że faktycznie jestem dość wąska, ale wymiar mierzony od spojenia do kości ogonowej prezentuje się obiecująco (nie mam pojęcia jakie te wymiary być powinny, ale miałam wrażenie, że niezależnie jakie by były to Pani Dr nie robiłaby problemów). Rozwarcie 5 cm. Pani Dr. w pozytywnym szoku, postanowiła się nawet upewnić czy nie został mi podany żaden wspomagacz. Znów zostaliśmy z mężem sami. Skurcze były już dość bolesne. Starałam się myśleć o odpowiednim oddychaniu, szukałam wygodnej pozycji. Pomiędzy skurczami spacerowałam, kołysząc biodrami, a kiedy zbliżał się skurcz siadałam na brzegu łóżka, z rozszerzonymi nogami, ręce opierałam sobie, na klęczącym przede mną, mężu, lekko się pochylając do przodu. Tak było mi dobrze. Znów KTG, żałowałam, że nie poprosiłam o to, aby zostało wykonane w innej pozycji niż leżąca, ale jakoś dałam radę. Rozwarcie na 7 cm – muszę powiedzieć, że w moim przypadku „kryzys 7 cm” faktycznie miał miejsce, to był przełom mojego zmęczenia. To chyba w tym momencie obecność męża odegrała największą rolę jak do tej pory. Byłam tak głodna, śpiąca (tak, śpiąca – na tyle ile człowiek odczuwający taki ból może czuć się śpiący ) i obolała, że zaczęłam mówić na głos o tym, że skoro teraz już z takim trudem przechodzę przez każdy kolejny skurcz, to jak ja z siebie wyprę to dziecko?!… Mąż „walnął” mi tu taką wiązankę motywującą, że rozwarcie wskoczyło w niedługim czasie na 8/9 cm.:) Moje dotychczasowe sposoby radzenia sobie z bólem przestawały działać. W tym momencie nastąpiła zmiana dyżuru i otrzymałam nową położną – Panią Lidię. Równie sympatyczna i pomocna Pani położna, co jej poprzedniczka. Pani Lidia odwiedzała mnie już z większą częstotliwością, ponieważ do przejścia na salę porodową było już bliziutko. Ostatnie KTG zostało wykonane już na siedząco, bo na leżąco na pewno nie dałabym rady. Skurcze co 1,5- 2,5 minuty o długości 40- 50 sekund. To była godzina 19…

Rozwarcie nie chciało pójść do przodu więc Pani Lidia zaproponowała, żeby może spróbowała jakiejś pozycji wertykalnej ( na tym etapie skurcze spędzałam na brzegu fotela znajdującego się w pokoju, bo każda próba wstania okazywała się kiepskim pomysłem, ból był olbrzymi. Powiedziałam o tym, że nie ma szans na nic stojącego. Pani Lidia rozłożyła materac i zaproponowała pozycję kolankowo – łokciową. Jak padłam na kolana, miałam wrażenie, że już nigdy nie dam rady się z nich podnieść. Pozycję lekko zmodyfikowałam bo opierałam się rękami o fotel, później to już nawet się na Nim kładłam całą klatką piersiową i głową, aby odpocząć w przerwach pomiędzy skurczami. Rozwarcie wskoczyło na 9 cm. Zostało mi polecone, żeby podczas skurczu, gdy będę czuła taką potrzebę, przeć. Była to dla mnie złota rada – ulga nad ulgi. Kiedy zbliżał się skurcz, atakowałam go parciem, co znacząco go niwelowało. „Jeszcze 15 minutek i przejdziemy na salę porodową”… Odliczałam te 15 minut, minuta po minucie, od skurczu do skurczu. Przyszła położna i stwierdziła, że jeszcze nie, że za wcześnie. Nie ukrywam, że w tamtym momencie, gdy usłyszałam ” jeszcze kwadransik” miałam ochotę, ową Panią Lidię udusić .

Rozwarcie zostało na 9 cm ale Pani dr, która akurat mnie odwiedziła, postanowiła o przejściu na salę porodową. Pomogła mi wraz z mężem wstać i przejść do sali obok. Wylądowałam na fotelu i dostałam krótką instrukcję jak przeć i co robić. Kiedy zapytałam o rozwarcie, usłyszałam tak naprawdę wymijającą odpowiedź, ale już po pierwszym skurczu i trzech parciach usłyszałam, że jest dyszka Później drugi skurcz i kolejne trzy parcia. Było mi tak strasznie niewygodnie, że w końcu o tym wspomniałam. Zapytałam czy mogę prosić o bardziej leżącą pozycję (miałam wrażenie, że pomiędzy moją częścią lędźwiową a oparciem jest dziura, co okazało się być faktem ). Kiedy padło pytanie czy oparcie w górę czy w dół, mąż wyprzedził mnie z odpowiedzią, że w dół – doskonale widział ową przestrzeń powodującą mój dyskomfort. Czytał w moich myślach . Postanowiłam też zrezygnować z uchwytów przy łóżku, na rzecz złapania się pod kolana. Trzeci skurcz, trzy kolejne parcia i okazało się, że w tym momencie pozbyłam się pęcherza płodowego, który pierw wyskoczył w całości, a następnie wybuchł jak balon przebity igłą, zalewając pół sali porodowej. Zaraz za nim pojawiła się główka, która stanęła „w przejściu” i sprawiała mi straszny ból, a niestety skurcz się skończył i byłam zmuszona czekać na kolejny, aby główkę przepchnąć dalej. Nie ukrywam, że tu po raz pierwszy zdarzyło mi się dość donośnie krzyknąć. Pani dr wzięła moją rękę i położyła na główce, nakazała wyrównać oddech, była taka opanowana i mówiła tak spokojnie, że udzielił mi się jej nastrój. Czwarty skurcz, pomógł urodzić mi moją Córeczkę, która zaraz przylgnęła do mojej klatki piersiowej i cichutko kwiliła. Ona kwiliła, Mąż płakał, ja płakałam…

Pierwsze co wyszło z moich ust po powitaniu Córci, to podziękowania w stronę Pani Doktor. Dziękowałam, że dała mi szansę, że we mnie uwierzyła, że pozwoliła mi spełnić moje marzenie. Usłyszałam tylko w odpowiedzi, że to wszystko zawdzięczam sobie, że jestem stworzona do rodzenia i że gdyby wszystkie kobiety były tak zdeterminowane, to było by o wiele, wiele mniej cesarek i o wiele, wiele więcej VBAC-ów. Położna wtrąciła się do rozmowy i czułam się dumna jak PAW.

TAK, JESTEM Z SIEBIE DUMNA, CZUJĘ SIĘ SPEŁNIONA, JESTEM SZCZĘŚLIWA. Miałam PIĘKNY PORÓD. Mój zestaw porodowy to ja + mąż + wspaniały personel = udany VBAC!

Zuzanna Ewa Witkowska urodziła się z wagą 3480g oraz 52 cm, godz 20.15 Urodziła się z gestem Kozakiewicza, więc miałam lekko utrudnione zadanie z powodu rączki znajdującej się przy twarzyczce, ważne jednak, że się udało, a ja spełniłam swoje marzenie!

20151205_183142  20151206_161852

Tak rodzić to ja mogę codziennie! (Warszawa)

Dziś bez słów wstępu – szczęśliwa historia VBACu Ewy:

Odkąd w moim życiu zaczęły pojawiać się tematy związane z ciążą i macierzyństwem, marzyłam o dwóch rzeczach: porodzie naturalnym i karmieniu piersią. Od zawsze  uwielbiałam oglądać wszelkie dokumenty związane z porodami, roniąc łzy jak bóbr po każdym szczęśliwym rozwiązaniu i marząc, że kiedyś i mi będzie dane przeżyć cud narodzin własnego dziecka.

W trzecim trymestrze pierwszej ciąży USG pokazało, że córka jest ułożono miednicowo. Było jeszcze sporo czasu do końca ciąży więc nie traciłam nadziei, że zdąży się jeszcze obrócić. Szukałam sposobów, jak „pomóc” dziecku zmienić pozycję, ale niestety nic nie przynosiło efektu, więc widmo cesarki zaczynało nabierać kształtów. Wszyscy się cieszyli (czyt. mąż i rodzina), że będzie tak „lekko i bez komplikacji”, tylko nie ja. Skoro już mam mieć cesarkę, niech tylko nie będzie „na zimno” – myślałam. I przynajmniej to się spełniło, bo 3 tygodnie przed terminem odeszły mi wody, więc zaczęło się samo. Cesarka jak cesarka, wiadomo – raz dwa i po wszystkim. Na szczęście od razu po położono mi małą na chwilę na piersiach, a zaraz po przewiezieniu na salę pooperacyjną położna przystawiła mi córkę do piersi, więc z karmieniem nie było najmniejszego problemu.

Ból po cięciu był okropny, do tej pory ciarki mnie przechodzą jak sobie przypomnę pierwsze tygodnie po. Dlatego z niechęcią myślałam o kolejnym porodzie, bo jeszcze wtedy byłam przekonana, że jedna cesarka oznacza przymus kolejnej…

I wtedy usłyszałam o VBAC 🙂

W kolejną ciążę zaszłam rok i osiem miesięcy po cięciu. Od początku zaczęłam czytać o możliwościach VBAC, trafiłam też oczywiście na naturalniepocesarce.pl (oj, ile łez wzruszenia wylałam, wiem tylko ja :)), pytałam swojego lekarza co o tym myśli i na szczęście, przynajmniej z jego strony otrzymałam wsparcie i zielone światło, bo mąż miał nadzieję na kolejne cięcie…

Sama ciąża przechodziła dużo lepiej niż pierwsza, w której miałam niewydolność szyjkową, założony pessar, i praktycznie nieustannie twardy brzuch. Teraz też musiałam się oszczędzać, ale obyło się bez krążka i silnych leków. I, co najważniejsze, synek był ułożony główkowo!

Byłam pewna, że poród znowu będzie przed czasem, bo szyjka od połowy ciąży była krótka, ale kolejne tygodnie mijały i nic się nie działo. Chodziłam na KTG i kolejnym lekarzom musiałam tłumaczyć, że chcę rodzić naturalnie. Oczywiście, w razie gdyby działo się coś niedobrego, nie upierałabym się przy SN, ale póki co wszystko szło zgodnie z planem. Koło 12.00 w dokładnie wyznaczonym terminie porodu zaczęłam mieć delikatne skurcze, najpierw co 10-12 minut, później coraz częściej. Po 15.00 przyjechała niania do starszej córki, a my pojechaliśmy do szpitala, bo skurcze były co 7 minut, choć nadal bardzo znośne. Na IP lekarka powiedziała że mam tylko 1 cm rozwarcia, i nie wyglądam jakbym miała rodzić (bo ciągle miałam dobry humor :)). Poza tym skurcze nie pisały za bardzo na KTG, więc przed 17.00 odesłano nas do domu, lekarka poleciła wziąć nospę i gorącą kąpiel i przyjechać za 2-3 godziny jeśli akcja się rozwinie. Wróciliśmy do domu, po drodze kupując kubełek lodów. Wzięłam nospę, lody i wlazłam do wanny, i tak sobie leżałam, jadłam lody, a skurcze robiły się coraz gorsze. Mimo bólu cieszyłam się, bo wiedziałam, że każdy skurcz przybliża mnie do rozwiązania, starałam się być rozluźniona, nie blokować się. Przed 19.00 pojechaliśmy znów do szpitala, przez chwilę nawet zwątpiłam w swoje siły, zaczęłam myśleć o cesarce, bo bałam się że przyjadę, a lekarz powie znowu że rozwarcie niewiele postąpiło, a ból był już naprawdę ciężki do zniesienia. Na IP była ta sama doktor, która wcześniej mnie badała, zdziwiła się że tak szybko wróciłam, a jeszcze bardziej, gdy okazało się że już mam 9 cm rozwarcia i zaraz urodzę 🙂 Szybko zawieziono mnie na porodówkę, i po 21.00 (11 listopada :)) synek już był z nami – jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu, totalne spełnienie marzeń. Był piękny i było pięknie, tuliliśmy się potem przez dwie godziny, od razu załapał też pierś. Było dokładnie tak, jak sobie tę chwilę wyobrażałam.

Lekarka, która szyła mnie po (delikatnie mnie nacięto) zauważyła bliznę po cesarce i zdziwiła się nieco, że rodziłam sama. Mówię, że zawsze marzyłam o SN, a ona na to: „To jednak są jeszcze mądre kobiety…” To chyba podsumowuje w jakiej mniejszości jesteśmy, decydując się na VBAC.

Mimo że mąż całą ciążę miał nadzieję na cesarkę, w końcówce bardzo mnie wspierał, zaakceptował moją decyzję, w końcu to ja miałam się „męczyć”. A gdy już było po wszystkim tak go duma z żony rozpierała, że hej! Wszystkim rozpowiadał jaka byłam twarda, dzielna, i jak szybko sobie poradziłam 🙂

Tak rodzić to ja mogę codziennie! No, może co drugi dzień 🙂 szybko doszłam do siebie, czułam się sto razy lepiej niż po cesarce. Mogłam się od razu sama zająć synkiem, a po powrocie do domu również starszą córką.

Mam nadzieję, że moja historia też pomoże komuś zdecydować się na VBAC, tak jak ja kiedyś inspirowałam się opowieściami innych, którym się udało. Grunt to pozytywne nastawienie!

Moje 43 godziny szczęścia (Warszawa)

Dziś o trudzie i o cudzie rodzenia, o zmienności porodowych wspomnień i o wzorcowym wsparciu męża oraz położnych i lekarzy. A wszystko to w historii Dominiki:

Minęło dwa miesiące od mojego udanego VBAC. Wszystko w mojej głowie wygląda teraz inaczej niż tuż po porodzie, wspomnienia z każdym tygodniem stają się piękniejsze. To właśnie teraz pojawiają się największe momenty zadowolenia i radości z udanego porodu sn.

Po pierwszej ciąży miałam dużo wniosków odnośnie podejścia do lekarzy, szpitali i wszelkich procedur. Nasz pierwszy maluszek rósł powoli, było zagrożenie hipotrofią. Zagrożenie. Wtedy było to dla mnie straszne, dziś wiem, że poddałam się całej medycznej machinie. Straszenie przez lekarzy bez jednoznacznych wskazań, końcówka ciąży spędzona w szpitalu, dużo stresu i mało sprzyjające okoliczności. Mimo wszystko poród rozpoczął się na szczęście sam, po nocy znośnych skurczów rano rozwarcie na 4 cm, lekarze się cieszyli, ze im statystyki zawyżę. Ja też się cieszyłam, wszyscy mówili, że będzie szybki poród, małe dziecko, rozwarcie postępuje. Trafiam na porodówkę, kilka godzin później rozwarcie na 7 cm. I zostaje podłączona pod KTG, okazuje się, że coś nie tak z tętnem maluszka, od KTG już mnie nie odpinają, skurcze na leżąco są straszne. Nie bardzo rozumiem co się dzieje z tym KTG, położna wchodzi tylko na chwilę co jakiś czas i sprawdza zapis. Po czym nagle zbiegają się lekarze, robią tak szybkie badanie, że nie zdążyłam go poczuć i decyzja o cc. Słyszę tylko „musimy Panią szybko znieczulić” i jadę na wózku na salę operacyjną. Nie bardzo ogarniam co się dzieje, mąż dopytuje ale jest zamieszanie i nic nie wiadomo. Później na karcie widzę wpis „zagrażająca zamartwica płodu”. I tak się zakończył mój „szybki, podnoszący statystyki poród”…

Dziecko dostałam od razu na sali pooperacyjnej, wcześniej mąż był z maluszkiem. Czułam się dziwnie, patrzyłam na to maleństwo, które łapczywie jadło mleczko i miałam w głowie myśl „ale jak to i tak już po wszystkim? Już mam dziecko? Jak to się stało, dopiero był w brzuchu a teraz leży tu przytulony, ja go nie urodziłam przecież”. I pierwszy szok. Gdzie ta radość, gdzie fala miłości, gdzie spełnienie? Brakowało czegoś. Kochałam tego szkraba szalenie, ale czułam w środku ogarniający mnie żal, poczucie straty poprzez niedoświadczenie cudu narodzin w pełni. Od początku bardzo nastawiałam się na poród sn, cięcie było dla mnie dużym szokiem. Dużo czytałam, edukowałam się, ale nic o cięciu, bo nie brałam tego zupełnie pod uwagę. Trafiłam kiedyś na artykuł o mamach w depresji po cc i pamiętam, jakie było moje zdziwienie – ale jak to, czym się tu smucić, ważne, że się ostatecznie wszystko powiodło, dziecko zdrowe, mama też. Jaka depresja z tego? No nie rozumiałam dopóki nie doświadczyłam na własnej skórze.

Dlatego w drugiej ciąży, już ze znacznie większą pokorą, zaczęłam przygotowania do VBAC. Dużo pracowałam w swojej głowie nad tym, aby zaakceptować możliwość wystąpienia 2 cc. Naczytałam się książek, artykułów, trafiłam do grupy wsparcia na fb, inspirowałam się historiami innych kobiet i przede wszystkim, byłam szalenie zmotywowana, żeby urodzić naturalnie. Wspaniałym wsparciem była oczywiście grupa wsparcia Naturalnie po cesarce.

13.09.2015 rozpoczął się mój drugi poród, wspomagany on-line doświadczeniem dziewczyn z grupy. Tym razem maluszek zaskoczył nas 2 tyg przed terminem, w niedzielę o 23.30 odeszły mi wody. Po kilku minutach pojawiły się pierwsze skurcze. Wybrany szpital 100 km od domu, dzwonię więc do położnej, pytam czy już jechać. Umawiamy się w szpitalu. Po drodze skurcze dość mocne, co 3-4 minuty, trwają 60 sek, myślę więc: dobrze się zapowiada.

Trafiłam na porodówkę, rozwarcie na 1 cm, szyjka długa, jakież było moje zaskoczenie, że po takich dość bolesnych skurczach takie małe rozwarcie, no ale myślę sobie ważne, że skurcze wogóle są. Niestety długo się nimi nie cieszyłam, bo szpitalna atmosfera wszystko zatrzymała. Skurcze bolesne, ale zaczęły pojawiać się już tylko co 10-15 minut. Po 4 godzinach rozwarcie się nie zmieniło, szyjka nadal długa. Skurcze nieefektywne. Położna sugerowała oksytocynę. No ale ja mocno nastawiona na poród naturalny, w obawie przed lawiną konsekwencji po oxy, nie zgadzam się. Jeszcze nie teraz. Na szczęście od lekarzy i położnej dostaje ogrom wsparcia w mojej decyzji. Lekarz dyżurny powiedział, że pomimo odejścia wód, przy stałym monitorowaniu dziecka i mnie, możemy czekać nawet 72 godziny. Więc cieszyłam się bardzo, że przynajmniej nie muszę toczyć batalii o swoje prawa. To wsparcie znaczyło dla mnie bardzo dużo.

Czekamy więc na porodówce aż akcja sama się wznowi. Mijają kolejne godziny, skurcze są cały czas ale w odstępach 15-20-30 minut. Są męczące, ciężko spać. W międzyczasie masaż sutków (bardzo pomagał), prysznic, piłka, bocianie kroki, kucanie – cały czas duża aktywność. Efektów poza zmęczeniem brak. Tak nam minął poniedziałek i noc z pon na wt – po dwóch nieprzespanych nocach byłam już mocno zmęczona, położna obawiała się, że jak dalej będziemy czekać, to nie dam rady urodzić, nawet jak się samo rozkręci, bo zabraknie mi sił. Wtorek rano – decydujemy się na podanie oksytocyny.

Po długim okresie czekania miałam spokojną głowę, że zrobiłam co mogłam aby akcja się rozwinęła sama. Po podaniu oksy po godz 9 skurcze rozszalały się na dobre. Ale dalej rozwarcie postępowało w żółwim tempie. Mijały godziny bardzo bolesnych skurczów a rozwarcie ledwo 4 cm. Masaż szyjki, dochodzimy do 5 cm. Tu już wyłam z bólu mimo, iż przy pierwszym porodzie przy 7 cm nie miałam takich trudności. Potem pamiętam coraz mniej. Bolało naprawdę mocno. Położna i mąż wspierali mnie w cudowny sposób. Położna masowała w trakcie skurczów, robiła cuda z miednicą, aby dziecko się dobrze wstawiło. Tu ciekawa rzecz, w pierwszym porodzie położna coś wspominała, ze dziecko się krzywo wstawiało i to też była przeszkoda w porodzie sn, tym razem było podobnie ale tym razem była też inna położna, nie wiem jak, ale cofnęła dziecko ręką i pomogła mu dobrze wstawić się w kanał, więc jak się chce to jednak nie jest przeszkoda.

W trakcie porodu miałam kilka krytycznych momentów, chciałam uciekać z porodówki, tuż przed parciem błagałam już o znieczulenie, byłam pewna, ze nie wytrzymam żadnego kolejnego skurczu, Byłam totalnie zaskoczona natężeniem bólu. Nieocenione wsparcie dostałam od męża, wiedział jak bardzo zależy mi na porodzie siłami natury i pomimo najróżniejszych rzeczy, które mówiłam w trakcie i pomimo strasznego bólu, który przeżywałam, zachował zimną krew i aktywnie towarzyszył mi w porodzie, dodając sił i jednoznacznie wskazując, że muszę wytrzymać i już, że nie będzie żadnego znieczulenia. Nieznosiłam go w tamtym momencie, teraz jestem wdzięczna za tą postawę bo wiem, że gdybym dostała to znieczulenie, ryzyko zakończenia porodu przez cc znacznie by wzrosło. Ostatecznie złość, że mąż decyduje za mnie, a to przecież mnie boli a nie jego, dodała mi też sił.

Pozycje do rodzenia przetestowałam chyba wszystkie. Na sam moment parcia zdecydowałam się na stołek, było najwygodniej. Mąż mój siadł za mną na drugim stołku, przyjął taką samą pozycję, objął mnie mocno i przeżywał każdy skurcz razem ze mną, krzyczał chyba nawet głośniej ode mnie. Ale ile mi to sił dodało to tylko ja wiem, ściskałam mocno jego ręce a jego ciało było najwygodniejszym oparciem. Najwyraźniej pamiętam moment, kiedy główka weszła do kanału rodnego – to była specyficzna chwila, gdy myślałam, że mnie rozerwie od środka i jednocześnie byłam przeszczęśliwa, bo wtedy miałam już pewność, że urodzę to dziecko, pamiętam, swój uśmiech przez łzy i przypływ mocy. Okazało się, że do tego momentu wątpiłam, nie miałam 100% pewności, że się uda, z lekkim niedowierzaniem patrzyłam jak położna rozkłada wszystkie narzędzia, jak przygotowuje się na przyjęcie dziecka. Ale stąd już nie było odwrotu, musiało się udać!

To był trudny i przełomowy moment mojego porodu. Było już przed 17, nie miałam sił a przede mną najbardziej wysiłkowy moment parcia. Tu mój mąż znów spisał się na medal, pomagał przy każdym skurczu, wspierał słowami, bliskością i krzyczeniem razem ze mną. W pewnym momencie położna powiedziała, że głowę już widać, że mogę jej dotknąć. Boże co ja przeżyłam czując, że mój syn jest już tak blisko! Jeszcze kilkanaście ciężkich minut i jest! Godz. 17.16, 10 pkt, 2985 g, 53 cm szczęścia.  Nikoś cały siny ląduje na moim brzuchu. A je ledwo mam siłę na niego patrzeć, wycieńczona opadam w ramiona męża i zamykam oczy, przeszczęśliwa, że to już koniec, że maluszek jest już nami cały i zdrowy. Nie płakał. Patrzył pięknie dużymi oczkami, był bardzo spokojny, widać było, że również doświadczył ogromnego wysiłku. Czekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić, po czym mąż dostąpił zaszczytu jej przecięcia. Tuliliśmy się później wszyscy prawie 2 godziny.

Nikodem

Co było świetne to, że po tym czasie wstałam, wzięłam prysznic, co prawda bolało cholernie ale mogłam funkcjonować. W odróżnieniu do cc, gdzie byłam przykuta do łóżka na kilka godzin. Zdecydowana różnica była również w relacji z maluszkiem. Tym razem czułam zupełnie inny rodzaj więzi, czułam, że trud porodu dał nam inny start, spokojniejszy, wypełniony radością ze spotkania po długiej, męczącej drodze. To bezcenne uczucie.

W trakcie parcia doszło do małego pęknięcia krocza, jeszcze podczas szycia rozmawiałam z położną i mówiłam, że gdybym wiedziała co mnie czeka, to wolałabym cc, pamiętam jak zachwiała się moja wizja dużej rodziny, ja już nie chciałam więcej rodzić. Wtedy nie poczułam ogromnego zachwytu z vbac, nie było dumy, że się udało. Czułam się szczęśliwa i spełniona, i pierwszy raz w życiu doświadczyłam co to znaczy mieć równowagę wewnętrzną. Czułam się pełna, czułam, że ten poród dopełnił moje bycie kobietą, ale w taki totalnie naturalny sposób, w moim życiu wydarzyło się coś, co jest w pełni normalne, coś co dzieje się od zarania dziejów, coś co jest oczywistym elementem bycia kobietą, matką. Nie urosło to w moim doświadczeniu do rangi czegoś wielkiego, co dodaje sił i wiary, co pozwala góry przenosić. Czułam, że wszystko jest po prostu tak jak powinno, jak matka natura chciała. Ciężko to w słowa ubrać ale to było ciepłe uczucie pełni w środku. Wtedy na łóżku miałam pomieszanie tej pełni ze wspomnieniem największego w życiu bólu. Taka dziwna mieszanka, która tworzyła jedno zdanie opisujące poród: największy trud i szczęście mojego życia.

Dobrze, że te ciężkie chwile tak szybko odchodzą w niepamięć, zostawiając miejsce na szczęście i radość. Do napisania tej relacji siadałam już kilka razy, za każdym razem dopisując kawałek historii. Co ciekawe, z każdym tygodniem moje wspomnienia się zmieniają, dziś, dwa miesiące po porodzie ból zatarł się już w pamięci, wiem też, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie, nienależnie od tego co nas czeka na sali porodowej:). Dzisiaj jestem przeogromnie wdzięczna wszystkiemu co nam sprzyjało 15.09.2015 r. Bardzo się cieszę, że mogłam doświadczyć trudu i cudu narodzin. Z perspektywy czasu doświadczenie to dodało mi sił bo wiem, że determinacja i skupienie przyniosły nam wspaniały rezultat. Dzisiaj jestem przeszczęśliwa, że dałam radę, że urodziłam własne dziecko tak jak o tym marzyłam. Dodatkowo, moja relacja z mężem weszła na zupełnie inny poziom intymności, ogrom wsparcia jakie od niego dostałam plus przeżycie razem tak trudnych i jednocześnie wspaniałych chwil, scementowało nasz związek i wniosło go na zupełnie nowy poziom. Nie było nam to dane przy pierwszym porodzie.

Dziękuję bardzo mojemu mężowi, całemu personelowi, wszystkim kobietkom z grupy Naturalnie po cesarce i wszystkiemu co nam sprzyjało! Marzyłam o chwili aby móc podzielić się udanym VBAC i dziś dzielę się swoją radością.

Mój niespodziewany VBAC (Warszawa)

Kiedy pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskiem po wielu godzinach intensywnej akcji, nierzadko już w II okresie porodu, będąca w kolejnej ciąży mama może mieć trudności z podjęciem decyzji o próbie VBAC. Pojawiają się wątpliwości – czy znów kilku- lub kilkunastogodzinny wysiłek nie pójdzie na marne? Nie pójdzie – i to w żadnej wersji, bowiem nawet w przypadku konieczności powtórnego cięcia, rozpoczęcie i czas trwania akcji porodowej są korzystne dla rodzącego się Maleństwa (więcej na ten temat tu). A szanse na VBAC wcale nie są małe:) Dziś historia Olgi:

18 listopada 2015

Jakiś czas temu zastanawiałam się jak rodzić. Bałam się powtórki z pierwszego porodu, który zakończył się cięciem w II fazie porodu z powodu spadku tętna dziecka.

Mój syn zdecydował za nas. Dziś przyszedł na świat o 5:25 -18 miesięcy po cięciu.

To, że chciałam podjąć chociaż próbę SN wiedziałam już od jakiegoś czasu. Umówione cc na zimno miałam odwołać w przyszłym tygodniu. Aż tu wczoraj zaraz po meczu (chyba z wrażenia ze wygraliśmy bez lewego 😉 ) pojawiły się skurcze. Lekko przerażona bo to 38 tc organizuje opiekę dla starszaka, biorę męża pod pache i jedziemy 😉 Na miejscu młoda pani doktor podnosi na duchu, że szybko wszystko idzie i mobilizuje do próby SN, bo ja zaczynam się trochę łamać ( no byłam odważna do momentu aż uswiadomiono mi ze może być za późno na zzo… 😉 ).

Trafiamy na porodowke o 2:30 z 5 cm rozwarcia, bolesnymi skurczami, które momentami odbierały oddech i mocnym postanowieniem, że walczymy do końca 😉 Od poczatku prosiłam o anastezjologa i znieczulenie… Przy pierwszym porodzie nie bylo mi dane bo było za poźno, wiec tym razem postanowiłam, że nie dam się spławić ;P. Nie wiem jak to się stało, ale anastezjolog pojawił się kiedy miałam pełne rozwarcie i zaczynały się skurcze parte. Wyproszono męża i jednak sprobowano mnie znieczulić (bez sensu, bo nie dość, że się nacierpialam przy wkłuwaniu przy skurczach – a wiadomo nie wolno się ruszać… tylko weź się człowieku nie ruszaj przy skurczu partym ;), to to znieczulenie i tak nie działało). Weszliśmy w ostatnią fazę porodu z położna i mężem chwile po 4 rano. Szczerze to gdyby nie mój mąż który motywowal, krzyczał i trzymał za głowę i nogi to nie wiem czy bym dała radę. I takim oto sposobem wyskoczył po 5 rano nasz drugi syn ;). 

Ja zostałam okrzyknieta bohaterem, bo ponoć spotkać na Inflanckiej panią, która chce walczyć o vbac jest trudno… Mało tego, chwilę po naszym vbac na IP trafiła dziewczyna również po cc, a pani doktor, która mnie przyjmowała, tak jej nagadała że mają tu taką wariatkę jak ja, co chciała spróbować i się udał, że dziewczyna też podjęła próbę;) Dzięki dziewczyny za ta grupę [Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia]! Gdyby nie wy pewnie z automatu bym się zgodziła na cc. A tak czuję się … BRAWO JA! Jestem z siebie dumna. I bardzo dziękuję mężowi oraz zespołowi z Inflanckiej za wiarę i dodawanie wsparcia!

Dziś wiem, że podjełam słuszną decyzję (Wielka Brytania)

Przedwczesny poród, doświadczenie śmierci dziecka, elektywne cięcie cesarskie, a potem pełen spełnienia indukowany kilka dni przed terminem VBAC. Dziś opisana ze szczegółami historia porodów Kamili:

Moj pierwszy porod SN 10/05/2010 r. Trafiłam do szpitala z dość mocnymi bólami. Był 30 tc. Kiedy położna na emergency (Izba Przyjeć) wypytywała mnie o szczegóły, ja czułam że dziecko pcha mi się na odbyt. Po zmierzeniu temperatury i ciśnienia dano mi 2 tabletki paracetamolu i poproszono mnie o oddanie moczu, po czym położna dała mi bilecik z numerkiem i miałam czekać w poczekalni z ludźmi (miedzy innymi połamańcami). A ja zwijałam sie z bólu już od 18 h, czyli od kiedy w domu sie zaczęło. Minuty płynęły. Nie mogłam siedzieć, stać. Co szłam, to kucałam na w pół. Ból uniemożliwiał cokolwiek. A ja nadal czekałam. Chodziłam do toalety, bo nie wiedziałam co sie dzieje. I tak też udałam się z koleżanką do ubikacji. Poczułam rozpierający ból. Wtedy moim oczom ukazała sie Carmela – nasza córcia. Tyle, że nie dawała żadnych oznak życia, a wypadając uderzyła czołem. Byłam w szoku. Ula, bo tak miała na imię koleżanka, pobiegła po lekarza. kogokolwiek. Przybiegła lekarka z dwoma podpaskami. Nie docierało do mnie wtedy nic… Szybko kazano mi z tamtąd wyjsć, wzięli mnie na wózek, zaczęli dopiero koło mnie latać. A ja nie wiedziałam co sie dzieje…
Finał był taki, że Carmela nie żyła. Oznajmili, że zmarła już wcześniej, ale czy tak było naprawdę? Czy to nie przez fakt zatuszowania sprawy, że nikt w szpitalu wczesniej mi nie pomógł? Zostałam z lekarzami w pokoju. Po kilku godzinach przyszedł ksiądz, położne przyniosły coś w wiklinowym koszyku otoczonym różowym kocykiem. To była Carmela. Stałam koło męża słuchając modlitwy księdza i czułam uginanie sie nóg pode mną… Spytano mnie czy chce zdjęcia na pamiątkę. Odparłam, że tak, choć tak naprawdę nic do mnie nie docieralo. Po około 2 tygodniach przyjechała położna do domu i wręczyła płytę CD, album ze zdjęciami (długo nie potrafiłam do niego zajrzeć) oraz odbitki stopek i rączek. Nie mogłam dojść do siebie. Wpadłam w anemię i depresje…
W sierpniu zaszłam w ciąże z Kate. Przeszło mi przez głowę by próbować znów rodzić. Nie bałam sie bólu, tylko tego, że znów nikt mi nie pomoże… Nalegałam na cc. Lekarze szli w zaparte, ale w końcu dali się przekonać i ulegli. Wyznaczyli cc na 20/05/2011, 4 dni po terminie. Wiedziałam, że nie urodzę, byłam zablokowana psychicznie. W papierach wpisano prawdziwego powodu cc tylko: paniczny lęk przed bólem. Ale mnie było wszystko jedno. Chciałam tylko, aby wyciągneli już Kate całą i zdrową. Tak też się stało. Tyle, że nie wiedziałam, iż porod przez cc nawet ten planowany może wpłynąć negatywnie na mnie. A tak się stało.
Nie czułam instynktu, jej płacz był mi obojętny, nie zajmowałam się nią tak, jak trzeba… tylko mój mąż. Nie szukałam wsparcia ani pomocy… W głębi duszy zazdrościłam dziewczynom, które urodziły SN. Ale ja czasu już nie mogłam cofnąć. Owszem cofnąć Nie! Ale zapobiec następnemu cc Tak! Zaczęłam drążyć temat, szukałam informacji w internecie i tak wpadłam na Naturalnie po Cesarce.
Po tylu przeczytanych pięknych historiach VBAC nabierałam wiary we własne możliwości … Skoro udało sie komuś to uda się i mnie. Mąż mnie wspierał cały czas, nawet jak w 4 miesiącu miałam momenty załamania. Czasami coś zapiekło w miejscu cięcia  – ja od razu myslalam, że to z powodu blizny. Nic bardziej mylnego. Jedna część mózgu pamietała traumę z przeszłości, stąd te wątpliwości. Na szczęście nie poddałam się. Chciałam się spełnić i dać początek Nowemu Dziecku taki jak czułam, że powinno mieć. I to dzięki mojej motywacji ,wsparciu męża w każdym momencie oraz uczestniczeniu w grupie Naturalnie po Cesarce nie straciłam nadziei.

Termin od poczatku byl ten sam 21 listopad .

W 38 tc po rozmowie z konsultantem (lekarzem) otrzymałam propozycje indukcji (wywołania) porodu. Podchodzilam do tego bardzo sceptycznie. Tym bardziej, że ciąża przebiegała prawidłowo. Dużo naczytałam się negatywów odnośnie wywoływania. Proponowano, abym stawiła się do szpitala 16 listopada. Zapytałam konsultanta dlaczego nie mogę poczekać chociażby do tego 21 listopada. Odparł, że nie, bo teraz to dla mnie najlepszy czas. Nie uwierzyłam mu, dlatego zaczełam dzwonić do szpitala i wypytywać czy aby na pewno powinnam mieć wywoływanie.
Ostateczny termin po uzgodnieniu padł na 18 listopada. Dzwoniłam od rana by spytać, o ktorej mam przyjechać. Kazano mi przyjechać na godzine 14.00. Mąż zawiózł córkę do opiekunki i pojechalismy. Podłączyli mi KTG, zrobiono badania, sprawdzono rozwarcie – było żadne.
O godz 16.00 podano mi żel z prostaglandyn. Wcześniej pytałam lekarza czy jest bezpieczny dla blizny. Stwierdził, że kobiety po cc otrzymują go przy VBAC i nie było problemu. Zaufałam mu… Jak by nie było to lekarz, a ja byłam zdana na niego. Położna, która mnie przyjmowala też potwierdziła  100% bezpieczeństwo dla mojej blizny. Uwierzyłam im.
Około 17.00 odłączono mi KTG, kazano spacerować, iść coś zjeść. Więc zaczęły się spacery po korytarzu. Po jakimś czasie zaczęłam czuć jakby bóle menstruacyjne. Byłam happy, że coś się dzieje:) Na sali, na której byłam oglądaliśmy z mężem filmy, aby czas jakoś zleciał. Kołysałam się na piłce, bo skurcze miałam co 3-4 minuty dość dotkliwe …
o 22.00 mąż musiał jechać po córke do opiekunki, a tym samym ja musiałam zostać sama do rana. W dzisiejszych czasach są telefony, więc powiedziałam mężowi, że będe pisać bądź dzwonić gdyby coś się działo. Po 22.30 przyszła położna spytać czy nie potrzebuje jakiejś tabletki przeciwbólowej bądź na spanie. Byłam zszokowana (Ja tu przyszlam rodzić!). Odmówiłam tabletek.
Pisalismy z mężem caly czas. Wiedziałam, że nie zasnę. Położyłam się na łóżku i po cichu oglądałam filmy, przekrecając się z boku na bok. O 23.30 bóle stały się coraz intensywniejsze, ale wiedziałam, że muszę to jakoś przeczekać. O 00.20 znów dorwałam piłkę i kręciłam się na tych skurczach. Pisalam do męża, że czuję jakbym odlatywała:) A on na to: Nie poddawaj sie! Wiem, że dasz rade ….
Przez chwilę myslałam o tych tabletkach (czy aby nie iść do położnej w łaske żeby jednak coś dała). Ale poczekałam jeszcze trochę… O 01.50 mąż napisał mi, abym poszła do położnej sprawdzić chociaż rozwarcie. Tak też zrobiłam. Przyszła, sprawdziła i oznajmiła, że jest 1cm. Strasznie się zdenerwowałam! Tak boli, a tu tylko 1 cm! Zaczełam wątpić w indukcję, zadając sobie pytanie „co teraz?” Czy aby napewno nie popełniłam błędu stwiając się na wywołanie przed czasem … Odwrotu już nie było.
Po godzinie 2 w nocy napisalam do męża, że już nie wiem co mam ze soba zrobić. Poszłam do położnej i poprosilam o coś przeciwbólowego. Dala mi jakieś 2 tabletki. Wziełam je z nadzieją, że coś pomogą. Czekałam, ale bóle się tylko nasilały. Kolysałam się na piłce, nie patrząc na zegarek, do momentu kiedy poczułam coś mokrego między nogami. Pomyślałam, że to wody. Światła na sali pogaszone, więc nie byłam pewna na 100% co to jest. Podświetliłam telefonem i ujrzałam na piłce krew. To było coś okropnego. Przez głowę przeszła mi tylko córka Abby. Pomyślałam: pewnie blizna! Pobiegłam na korytarz wołając do położnej, że krwawię i niech mi pomoże…
Krew była na podłodze, jak przy miesiączce. Spytała czy wody odeszły i sprawdziła rozwarcie – było 3 cm. (Dodam, że przebicie wód, które było zaplanowane, miało się odbyć przy 2-3 cm.) Położne kazały położyc się na łóżko, zabrały wszystkie moje rzeczy i pojechaliśmy windą na dół, na porodówkę. Mówiły, abym się nie denerwowała. Nie potrafiłam, nie wiedząc co się dzieje w środku i z moim dzieckiem…
Szybko zadzwoniłam do męża informując go o całej sytuacji i prosząc, aby córkę zawiózł do opiekunki i przyjechał do mnie jak szybko tylko się da.
Podlaczyli mi KTG. Tętno było w porządku cały czas, więc położne stwierdziły, że prawdopodobnie to nie blizna.
O 04.20 przyszła położna pytając czy chcę gaz. Odparłam, że tak. Spogladajac na KTG położna powiedziała, że niedługo dziecko będzie na świecie. Wtedy spoglądnęłam na wykres. Faktycznie działo się :).
ktg
Po jakimś czasie znów przyszła położna i kazała mi wziąć tabletkę, w razie gdyby musieli zrobić natychmiast cesarkę. Stwierdziła, że to tylko w razie czego. Woła dmuchać na zimne. Po kilkunastu minutach przyszedł lekarz. Pytał gdzie mnie boli i czy pomiędzy skurczami czuję ból. Odparłam, że boli tylko w czasie  skurczu, pomiędzy nie…
Zaproponował, że chce przebić wody (aby lepiej rozeznać sytuację). W końcu i tak na górze gdy byłam badana było 3cm rozwarcia. Powiedział też, że jeśli przebije wody to musi następować postep w rozwarciu w ciagu 2h od przebicia. Jeśli nie, to czeka mnie cc ze względu na wcześniejsze cięcie. I trzecia odsłona,  gdyby wody nie były czyste, rownież czekałoby mnie cc.
Poczulam strumyk ciepłej wody  – okazało się, że są czyste 🙂
Lekarz przytrzymywał do samego końca, by zeszło jak najwiecej. W końcu oznajmił: „Teraz ma pani juz 4 cm :)” i poszedł. Położna spytała czy nie chce znieczulenia. Odparłam, że nie i wystarczy  mi tylko gaz.
Od tego momentu czekałam na mocne bóle. Cały czas byłam podpięta pod KTG, wstawałam tylko jak chciałam sie załatwić, poza tym leżałam i co skurcz wdychałam gaz, by sobie ulżyć.
Dokładnie o 07.00 rano miałam przeczucie, że to już nie długo. Napisałam do meża: „Przyjezdzaj szybko!!!” Przez ten czas nikt nie sprawdzał ile już mam rozwarcia, ale ja wiedziałam kiedy będzie ten moment 🙂
Nie upłynęło pół godziny, a ja wcisnęłam przycisk. Przybiegła położna pytając co się dzieje. Mówię do niej, że czuję iż dziecko schodzi. Spojrzała i mówi, że nic nie widać. Byłam pewna, że idą już parte …
Zadzwoniłam do męża. Powiedział, że odwiózł córkę i już jedzie, tyle że nawet nie wiedział gdzie mnie przewieźli, a ja nie potrafiłam mu wytłumaczyć gdzie leżę… Siedzący koło mnie lekarz (ten, który przebijał wody) wyszedł po mojego męża, by ten wiedział gdzie ma trafić. Wychodząc powiedział: „Dasz rade! Wierzę w ten poród!” Byłam w szoku. Ale wiedziałam też, że coś w tym jest.
Po chwili mój wszedł do sali, złapałam go za rękę i mówię: „Pomóż mi urodzić!” W drugiej ręce trzymałam gaz. Zadzwoniłam dzwonkiem po polozną. Przyszła młoda kobieta, spojrzała tylko i mówi: „Jak będzie skurcz to przemy.” Uznałam, że wybiorę pozycję leżącą na boku. Jedną nogę trzymał mi mąż, ale tak nie mogłam wyprzeć małej … Polozna zaproponowała, abym położyła się na plecach, podtrzymując dwoma rękami uda. Mówiła, że tak będzie mi lepiej i pomogę małej wyjść.
Skurcze. Co chwilę słyszałam tylko „widać głowkę” i „nie widać”. Miałam zacząć przeć dłużej, aby ją całkiem wydostać. Tak też było. Kiedy główka była już na zewnątrz mąż mi mowił jakie to ciemne włosy ma Abby:) Pomyslałam: „Teraz muszę jej pomóc wyjść całej.” Około 3 długich skurczy pod rząd  i  córcia wyskoczyła 🙂 Ważła 3690 kg. (Dla porównania jej starsza siostra Kate urodziła się z wagą  3540 kg.) W sumie 1 h partych.
kamila
Co do tego krwawienia, jak się okazało, żel zadziałał na mnie bardzo intensywnie, szyjka szybko się rozwiera, porod był zaawansowany i stąd ta krew.
Dzieki temu przeżyciu, wiem, że słusznie zaufałam lekarzom i stawiłam się na wywołanie. Nie wiem co by było, czy poród by się zaczął do terminu. A jeśli nie? Co gdybym w domu zaczęła krwawić -pewnie wpadłabym w gorszą panikę. Tego już się nie dowiem. Ale wiem jedno, dziś czuję się wspaniale! Jestem spełniona. Mam dwie córki i obie tak samo kocham. Karmię piersią, budzę sie w nocy z bananem na twarzy. Cieszę się każdą chwilą.
Myślę, że  najważniejsze jest by nie mieć negatywnych nastawień, bo to w niczym nie pomoże. Po mimo, że nie chciałam wywoływania, dałam szanse i sobie, i lekarzom. Otworzyłam się na wszystko, wierząc w to, że będzie dobrze. I tak też się stało 🙂 Życzę takich przeży każdej z Was 🙂

Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że będzie tak pięknie (Kraków)

Co zrobić gdy lekarz twierdzi, że nie ma szans na poród drogami natury po cięciu cesarskim? Dobrze skonsultować tę opinię z innym lekarzem, najlepiej o sprawdzonej opinii lekarza przyjaznego VBAC. Bowiem nawet najlepszy specjalista może się mylić albo może okazać się przeciwnikiem porodów siłami natury po cięciu cesarskim. To że ktoś mówi, że się nie da, nie zawsze oznacza, że naprawdę się nie da. I historia Pauliny jest na to pięknym dowodem:

Pierwszy syn przyszedł na świat 12 sierpnia 2013 roku. Cała ciąża bez powikłań, bezproblemowa, jedynie męczyły mnie na początku mdłości i wymioty. Termin porodu z USG przypadał na 30 lipca. Nawet nie rozważałam, że rozwiązanie nastąpi przez cesarskie cięcie.

W związku z tym, że byłam po terminie, 9 sierpnia (piątek) skierowano mnie na oddział (dziś nie zgodziłabym się na to). Jeszcze w piątek po południu podpięto mnie pod oksytocynę, ale żadnej reakcji nie było, więc przeleżałam cały weekend, a w weekend jak to w weekend, jeden lekarz, który tylko o samopoczucie pyta. W nocy ok. 1:00, z niedzieli na poniedziałek, poczułam pierwszy skurcz, wtedy nie uświadomiłam sobie, że to dziwne uczucie, które na moment sprawiło, że nie mogłam zmienić pozycji, to skurcz. Do rana jednak nic się nie działo. Po obchodzie zostałam zbadana, okazało się, że mam rozwarcie na 2 palce i lekarz powiedział, że jak skurcze się pojawią, to ok 12.00 trafię na porodówkę i tak też się stało.

Do południa spacerowałam z mężem po szpitalnych schodach. Na porodówce cały personel wydał mi się naprawdę miły, położna bardzo fajna babka. Od południa skurcze zaczęły mi się nasilać, 2 godziny przeleżałam w wannie (super sprawa ;)), z tego, co pamiętam, rozwarcie się powiększyło, ale położna nie wyraziła go w cm. Ok. godziny 17:00 skurcze były już tak silne i częste, że ledwie co mogłam złapać trochę wytchnienia. Położna miała mnie właśnie podpinać pod KTG, ale przyszła z lekarzem, który stwierdził, że dziecko w ogóle nie schodzi, masa dziecka (3.900 kg) w stosunku do mojej budowy ciała i miednicy jest zbyt duża i proponuje cesarkę. Na słowa mojego męża, że żona chciała rodzić naturalnie odpowiedział, że „może pani jeszcze się męczyć ze 3 godziny, a i tak będziemy musieli zrobić cesarkę, bo dziecko jest duże”. Pamiętam tylko, że miałam tak silne bóle, że podjęcie racjonalnej decyzji nie było chyba możliwe, powiedziałam jedynie do męża, że „ja nie wiem, co robić i ty decyduj”. Mąż rozmawiał jeszcze z lekarzem i stwierdził, za jego sugestią, nie mogąc pewnie też patrzeć jak cierpię, że tak chyba będzie lepiej.

O 17:40 Grześ był już z nami (56 cm, 3.710 kg). Położna, jak tylko go ubrali, na krótką chwilę, gdy mnie już przewozili na salę pooperacyjną, położyła mi synka na piersiach, nigdy nie zapomnę jego pięknego spojrzenia, rozpłakałam się. Mimo tego jakoś czułam, że te łzy wzruszenia to nie jest do końca „to”. Czułam, że straciłam coś bardzo cennego… że dosłownie i w przenośni okaleczono mnie, że zamiast stać się jeszcze silniejszą, czuję się totalnie bezsilna, że podważono moją kobiecość… Zawsze w swoim życiu starałam się robić wszystko jak najlepiej potrafię, nie szłam nigdy na łatwiznę, uważałam się za osobę silną, która jest w stanie pokonać wiele, a tu nagle zakończyłam swoją ciąże drogą na skróty…

To była moja pierwsza ciąża, może strach o zdrowie i życie dziecka spowodował, że ostatecznie trzęsącą się z bólu ręką podpisałam ten cholerny papier – zgodę na cesarkę. Bardzo żałuję tego, że wtedy nie miałam odwagi, by powiedzieć „poczekajmy te 3 godziny”. Ta propozycja cesarki została podjęta zbyt pochopnie, ze mną nic się złego nie działo, z dzieckiem też, nie było mowy o zagrożeniu życia czy zdrowia. Nie mam poczucia, że ta cesarka była koniecznością, tylko zastosowano ją profilaktycznie. Myślę, że wtedy łatwiej byłoby mi pogodzić się z tym faktem. Żałuję też, że nie poszłam do szkoły rodzenia, że niedostatecznie zapoznałam się ze wszystkimi aspektami ciąży i porodu, może wtedy byłabym bardziej asertywna…

Przerażające jest to, że słowa lekarza, położnej mają tak duży wpływ na nastawienie rodzącej, jak jednym zdaniem mogą podciąć skrzydła… Żałuję, że nie miałam „swojej” położnej, która by znała moje podejście i zawalczyłaby ze mną o poród naturalny. Tym bardziej, że drugi poród utwierdził mnie w przekonaniu, że wówczas mogłam dać radę (niestety nigdy już się tego nie dowiem). Póki co nie pogodziłam się z tym, że miałam cesarkę i nie wiem czy kiedykolwiek to nastąpi. Miało przecież być tak pięknie, radośnie, a ja po porodzie leżę sama na tym łóżku bez czucia w nogach i bez mojego synka, który w pierwszych minutach życia nie doznał matczynego ciepła. Leżał gdzieś samotnie, nakarmiony sztucznym mlekiem… Gdy ktoś pyta „czy rodziłaś przez cesarskie cięcie?” zawsze w duchu sobie myślę, że ja nie urodziłam go, bo on został po prostu wyciągnięty z brzucha. Nadal jest we mnie jakiś żal, ale czas powoli robi swoje i dziś już te emocje są zupełnie inne, tym bardziej, że jestem bogatsza o nowe, jakże piękne i cudowne, doświadczenie porodu naturalnego 😉 Ale może od początku 😉

Grześ miał nieco ponad rok, gdy okazało się, że jestem znów w ciąży. Od razu po pierwszym porodzie wiedziałam, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie. Jednak okazało się, że nie będzie to takie proste… Termin drugiego porodu przypadł na 26 maja 2015 roku, tak więc różnica między porodami wyniosła ok. 21,5 miesiąca. Z drugą ciążą poszłam do tego samego lekarza, co w poprzedniej. Od razu stwierdził, że szykujemy się na cesarkę, bo nie minęły 2 lata. Na moje słowa, że „przeraża mnie ta cesarka” odparł, że „żaden lekarz nie podejmie się opieki nade mną, jak się na nią nie zgodzę”. Uważam go za świetnego specjalistę, prowadził wiele powikłanych ciąż, ma duże doświadczenie itp., ale po tych słowach stracił wiele w moich oczach, a przede wszystkim, gdy tylko dowiedziałam się, że istnieje VBAC (dzięki właśnie tej stronie), stracił moje zaufanie… a bez tego dalsza współpraca nie miała sensu.

Całą drogę powrotną płakałam, przecież miałam zajść w ciążę jak miną te cholerne 2 lata, żebym mogła rodzić naturalnie, a tu wszystko legło w gruzach… Wtedy też po raz pierwszy porozmawiałam szczerze ze swoim mężem, co tak naprawdę czuję, z płaczem powiedziałam mu, że nigdy się nie pogodzę, że miałam cesarkę. Zaczęliśmy szukać informacji czy możliwe są porody naturalne po cesarce po tak krótkiej przerwie. Na moje szczęście okazało się, że jest szansa i to bardzo duża!

Za pośrednictwem tej strony dotarłam do pani dr Bogutyn – wspaniałej, ciepłej lekarki. Gdy opowiedziałam jej o moich zamiarach odpowiedziała mi mniej więcej tak: „Nie mogę pani obiecać, że urodzi pani naturalnie, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pani urodziła naturalnie”. Te słowa dodały mi skrzydeł, po tej wizycie wyszłam przeszczęśliwa. Od tego momentu powiedziałam sobie, że ja się tak łatwo nie dam pokroić, będę walczyć! Postanowiliśmy z mężem, że tym razem będziemy mieć „prywatną” położną. Zdecydowaliśmy się na Anię Jastrzębską (zarówno ona jak i pani ginekolog pracują w Rydygierze, tam też rodziłam).

Ciąża przebiegała prawidłowo, z niecierpliwością czekałam na termin porodu, ale tak samo jak w pierwszej ciąży synek się nie śpieszył. W niedzielę 31 maja idę na spotkanie z położną, wszystko ok, ale porodu nie widać… Umawiamy się 4 czerwca w Boże Ciało, także z lekarką. Obawiam się tego spotkania, bo to już będzie 9 dni po terminie i nie wiem, co mogę usłyszeć, czy dadzą mi jeszcze czas? Zaczynam się denerwować, atmosfera w domu jest napięta. W sobotę ok. godziny 22:00 karmię Grzesia piersią (tak, tak… do dziś karmię ich obydwóch, ale to temat na inne forum ;)) i czuję lekki skurcz, który totalnie lekceważę, myślę tylko czy dam radę w taki upał iść na procesję 😉 A tu po 3:00 w nocy budzi mnie mocny skurcz, ale zupełnie inny niż przy Grzesiu (wtedy nie wiedziałam, że to był już skurcz party). Myślę sobie – coś się zaczyna – ale przecież zanim się zacznie na dobre, to spokojnie do rana dośpię, zjem śniadanie, wykąpie się, a do szpitala pojadę jak najpóźniej się tylko da. Za 10 min. jednak kolejny skurcz, nie mogę leżeć, budzę męża, który od razu chce dzwonić do położnej, ale za moją namową czekamy do 4:00. Nie chcę panikować, przecież mam w głowie jak było z Grzesiem, ja tak szybko nie urodzę. Jednak szybko zmieniam zdanie 😉 Umawiam się z położną, że jak tylko będę chciała jechać do szpitala, to ona jest w pogotowiu. W międzyczasie budzi się Grześ. Kładę się z nim, by mu dać pierś, ale nie nacieszył się nią długo, nie byłam w stanie już wyleżeć. Na szczęście jakoś grzecznie zasnął i obyło się bez płaczu. Tak schodzi do ok. 5:00. Dzwonimy do mojej mamy i znajomych, by przyjechali do Grzesia (mama ma 2 godziny drogi, a ja czuję, że nie wytrzymam w domu do 7:00, chcę jechać do szpitala). Znajomi po pół godziny już są u nas, ja w tym czasie ledwie się ubrałam i uczesałam. Zanim doszłam do samochodu, to przy skurczu, na chodniku na czworakach sobie „odpoczywałam”, czułam, że to jest najlepsza pozycja, jaką mogę przyjąć 😉 A w duchu się śmiałam do siebie, że ten, kto by mnie wtedy zobaczył, to niezły miałby ubaw 😉

Przed 6:00 docieramy przed szpital, kierujemy się do jedynego wg. męża (który ponoć miał mieć wszystko wcześniej „obczajone”) otwartego wejścia. A tu oczywiście zamknięte – nie muszę mówić, że mężowi się oberwało 😉 Na szczęcie portier nas pokierował do windy, która (jak mogło być inaczej) nie działała… Widząc jednak jak przy niej klęczę otworzył nam bramkę i podjazdem dla karetek mąż mnie podwiózł wreszcie do właściwych drzwi, po schodach bym nie doszła 😉 Tam odebrały mnie dwie miłe panie pielęgniarki i na łóżku zawiozły mnie na dyżurkę, ja oczywiście jechałam w pozycji na czworakach, było wesoło 😉 Zbadała mnie pani dr będąca na dyżurze. Okazało się, że mam pełne rozwarcie! Byłam przeszczęśliwa 😉 Na moje słowa, że jestem po pierwszej cesarce, ale chcę rodzić naturalnie zobaczyłam w jej oczach przerażenie. Nakrzyczała na mnie, dlaczego tak późno przyjechałam 🙂 Szybko jednak ją uspokoiłam, gdy powiedziałam, że czekam na swoją położną i lekarkę (w Rydygierze za pośrednictwem szpitala można opłacić jako tzw. „dodatkową opiekę medyczną” położną i lekarza – my z tej opcji skorzystaliśmy i osobiście uważam, że warto).
Nareszcie moja położna dotarła i od razu wzięła mnie do łazienki, kazała się wysikać, przebrać, bo rodzimy 😉 Jak to „już”? Nie będzie skakania na piłce, leżenia w wannie? Ba, nawet lewatywy nie było czasu zrobić 😉 Podczas sikania odeszły mi wody. Przeszłam na salę porodową, lekarka czekała już na mnie. Położna podpięła mnie pod KTG. Myślałam, że będzie mi to przeszkadzało, ale tak naprawdę to nic mi nie przeszkadzało. Nie zwracałam uwagi, że za firanką kręcą się inni lekarze, a obok na drugiej sali jakaś inna kobieta rodzi. (Nie, przepraszam, trochę irytowała mnie lekarka, która przyszła wypełnić ze mną ankietę na temat przebytych chorób i szczepień, podpisywałam też papierek, że na własne ryzyko podejmuję się porodu naturalnego, w sumie to nie wiem, czemu nie mogłam zrobić tego wcześniej.) Po instrukcji położnej zrozumiałam, co trzeba robić, jak jest skurcz, to trzeba przeć, a nie wstrzymywać 😉 Acha, to tak się rodzi 😉 Nie wiedziałam, że parcie uśmierza ból 😉

Położna i pani doktor wykazały się niezwykłą delikatnością i bił od nich jakiś spokój. Czułam się bardzo bezpieczna, nawet przez sekundę nie pomyślałam o cesarce. Prawie cały poród spędziłam na kolanach opierając się o podnóżek łóżka. Parłam sobie w ciszy, krzyk nie był mi w ogóle potrzebny. Dopiero pod koniec za sugestią pań usiadłam na łóżku, zresztą sama czułam potrzebę zmiany pozycji (zadziwiło mnie ich niesamowite wyczucie). Obie panie zgodnie stwierdziły, że trzeba naciąć, nie chciałam być nacinania, ale im całkowicie ufałam i wiedziałam, że bez powodu tego nie proponują. Jeszcze dwa parcia i synek (3540g, 55cm) już był na moim brzuchu tj. o 7:45.

Boże, udało się, zrobiłam to, urodziłam! 😉 Mąż przecina pępowinę, rodzę łożysko pani doktor zabiera się za szycie. A ja leżę sobie z malutkim skarbem i wcale nie płaczę ze szczęścia, tylko czuję niesamowity spokój, trudny do opisania, a w sercu ogromną radość. Dałam radę, przyszedłeś Adasiu na świat w tak piękne święto, w Boże Ciało, nie mogłeś wybrać lepszego terminu! Zabierają mi go na chwilkę, bada go pediatra i wraca do mnie, ssie pięknie pierś i spokojnie zasypia. Jego cieplutkie ciałko na moim brzuchu – jedno z najprzyjemniejszych uczuć, cudowny, błogi stan. Położna przynosi mi herbatę – jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała mi herbata z worka (piję tylko liściastą), aż poprosiłam o drugą 😉 a męża wysłałam po kanapki do domu, byłam mega głodna 😉 Po dość krótkim czasie przenieśli mnie na oddział. Musiałam dość szybko zwolnić miejsce, bo kolejne panie czekały na salę 😉

Po południu męża wysyłam do domu, bo starszy braciszek czeka, a my z synkiem zostajemy sami. Śpi to maleństwo obok mnie a ja płaczę ze szczęścia – synek, daliśmy oboje radę… Poród to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie dane mi było przeżyć. Trudno mi opisać słowami, co wtedy czułam, ale na pewno niewyobrażalne szczęście i spełnienie. Poród to cud. Dziękuję Ci, Boże, że mogłam tego cudu doświadczyć.
Zdaję sobie sprawę, jaka jest różnica między porodem naturalnym a drogami natury, ale mimo tego nacięcia dla mnie to był i będzie poród naturalny. Nie spodziewałam się, że będzie on miał tak szybki przebieg. Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobraziłam sobie, że będzie tak pięknie. Poród niesamowicie mnie umocnił, przywrócił wiarę we własne możliwości, dowartościował jako kobietę. Kiedy wspominam te magiczne chwile zawsze przychodzi mi jedna myśl – chcę przeżyć to jeszcze raz… 😉

Korzystając z okazji chciałabym bardzo podziękować autorce tego bloga za kawał dobrej roboty, jaką wykonuje, za wsparcie i słowa otuchy. Dziękuję również mojej położnej i pani ginekolog, że mocno wierzą w siłę kobiecej natury i dają szansę takim przypadkom, jak mój 😉

A na koniec słowa wdzięczności kieruję do mojego męża – dziękuję mu za optymistyczne nastawienie, wiarę we mnie, nieocenione wsparcie – za to, że po prostu był.

Jestem z siebie taka dumna! (Warszawa)

Historia  Eweliny kończy się happy endem, choć postawa i zachowanie personelu medycznego budzi co najmniej mieszane uczucia. Ale chyba ważniejsza w tej opowieści jest kobieca siła i duma spełnionej mamy:)

Moja pierwsza ciąża była zaskoczeniem. Trafiło się i musiałam się jakoś przyzwyczaić do tej myśli. Przez pierwsze trzy miesiące byłam nastawiona na cc. Moja mama miała trzy cesarki i ta droga wydawala mi się łatwiejsza. Długo też zakładałam, że nie będę karmić piersą. Szczęście, że ciąża przebiegała prawidłowo. Musiałam leczyć co prawda niedoczynność tarczycy i cukrzycę ciążową, ale poza tym czułam się naprawdę dobrze. Termin porodu miałam na 20.10.13r. i z dnia na dzień coraz bardziej cieszyłam się, że tak los pokierował moim życiem. Z czasem poród siłami natury i karmienie piersią stały się dla mnie naturalną opcją.

Biorąc pod uwagę ciąże w najbliższej rodzinie spodziewałam się porodu grubo po terminie. A tu 11.10 od 18 zaczęły się skurcze. O godzinie 22 zdecydowaliśmy się jechać do szpitala, godzinę później byliśmy na IP, a tam przetrzymali mnie do 3 rano każąc chodzić po korytarzu, żeby sprawdzić czy akcja się rozwija. Potem trafiliśmy na jednoosobową salę, kiedy położyłam się na łóżku zasnęłam ze zmęczenia, bo była to już moja druga nieprzespana noc. O 9 upuszczono mi wody i zrobiono masaż szyjki, żeby przyspieszyć poród. Położna stwierdziła, że do 14 na pewno urodzę. Bólu nie czułam, ćmiło mnie tylko lekko w części lędźwiowej kręgosłupa, więc byłam bardzo pozytywnie nastawiona. O 13 miałam 5 cm rozwarcia i skurcze zaczęły troszkę boleć. Ze strachu poprosiłam o zzo, podali od razu. Po godzinie akcja całkiem się zatrzymała. Lekarze zdecydowali, że poczekają chwilę, aż znieczulenie przestanie działać i jeśli wtedy akcja nie wróci podadzą oksytocynę. Nie wróciła.

Po 15 dostałam kroplówkę i tętno synka momentalnie zaczęło spadać. Decyzja o cc. Rozbeczałam się. W pierwszym momencie nie chciałam podpisać zgody, ale lekarka ostro uswiadomiła mnie co będzie jeśli się nie zgodzę. Podpisałam, przebrałam się w krótką koszulkę, dostałam buzi od męża i zabrali mnie na operacyjną.

Płakałam cały czas. Stukali mnie zimnym stępelkiem by sprawdzić czucie, maska na twarz i płynę. Wokół kręcą się lampy, potem się rozmywają i słyszę „chce pani dziecko”. Jestem ledwo przytomna, przstawiają mi Felcia do twarzy, nie mam nawet siły go pocałować, stykamy się tylko policzkami. Maska na twarz, znów płynę wśród lamp. Zdejmują maskę, czuję jak przekładają moje bezwładne ciało na drugie łóżko.

Cała się trzęsę, znów łzy w oczach, jadę gdzieś, małego nie ma. Kątem oka widzę męża z białym zawiniątkiem na rękach na korytarzu. Wstawiają łóżko ze mną na pooperacyjną, zasypiam. Chwilę później budzi mnie mąż, głaszcząć mnie po twarzy. Feliks leży pod jakimiś lampami metr ode mnie. Zdążyłam zamienić z mężem kilka znań i położne wyprosiły go z sali, ma przyjechać następnego dnia. Jest już ciemno, a położna mnie budzi i pyta czy chcę nakarmić synka. Próbujemy przystawić go do piersi, ślicznie zasysa i ćlumka sobie, pierwszy raz go dotykam. Po nakarmieniu położna odkłada go pod lampy. O drugiej w nocy budzą mnie, pionizują i każą iść się umyć. Musiałam przejść przez cały korytarz do łazienki w koszuli która sięgała mi do połowy pupy, nikt mi nie pomógł się umyć.

Na następny dzień zaczęły się problemy z karmieniem, sutki popękane, a mały źle chwytał pierś i płakał z głodu. Proszę położną laktacyjną o pomoc, myślałam, że nie mam mleka i dlatego Feliks tak płacze przy przystawieniu do piersi. Położna złapała moją pierś, powiedziała, że siary jest dużo i poszła sobie. Mały darł się jak szalony w nocy, kolejną to samo. Spadł z wagi ponad 10%, kazali dokarmić mm. I w ten sposób mały całkiem zrezygnował z piersi, wybrał butlę. Mimo tego, że mleka miałam rzekę. Do końca stycznia odciągałam pokarm i mu podawałałam. Potem się poddałam. Czułam się z tym wszystkim fatalnie. Czułam się złą matką. Wyrzucałam sobie, że przecież sama tego chciałam – i cesarki, i karmienia butelką.

Kiedy mały skończył pół roku podjęliśmy decyzję o kolejnym dziecku. Konsultowałam się z wieloma lakarzami. Postanowiłam zajść w ciążę około roku po cc. Na początku sierpnia wyliczyłam, że owulację będę mieć tydzień przed urodzinami małego i na wtedy zaplanowałam starania. Umówiłam się na początek września do ginekologa-endokrynologa, żeby upewnić się czy wszystko ok. Jednak złożyło sie inaczej i 24 sierpnia na teście zobaczyłam cieniutką, ledwo widoczna kreseczkę. Od razu pobiegłam na betę i kolejne badanie hormonów tarczycy. Jest ciąża, ale tarczyca poza normą. Wizyta, zmiana dawki leku i termin porodu na 5 maja.

W ciąży znów przypałętała mi się cukrzyca ciążowa. Poza tym wszystko ok. Aż do 30 tc kiedy rano zaczęłam mieć silne skurcze. Prysznic, nospa i magnez. Coraz częstsze i mocniejsze. Jedziemy do najbliższego szpitala. Tutaj szczerze odradzam szpital w Wołominie. Po zbadaniu szyjki odmówiono mi ktg, a lakarka nazwała mnie panikującą małolatą. Nie wiem czy to była odwaga czy głupota, że przy skurczach co 3 minuty wszłam ze szpitala i w godzinach porannych czyli największych korków pojechałam do Warszawy, do tego samego szpitala gdzie rodziłam wcześniej. Okazło się, że jednak rodzę. Przyjęli mnie na blok porodowy, podali tokolizę i zastrzyki na rozwój płuc. Zrobili usg, 30tc, a mała waży 2200! Jeśli zatrzymamy skurcze to przy właściwej dacie szykuje się cc. Byłam tam ponad tydzień i poznałam chyba wszystkie położne. Miłe i pomocne kobiety, tylko jedna strasznie złośliwa. Mimo pozwolenia lekarzy nie dawałą mi iść do toalety tylko podawała basen. Więcej musiałam się nagimnastykować i ponapinać mięśni sama go sobie podkładając niż gdybym po prostu poszła do łazienki. I to wszystko przy zapalonym świetle i w trzyosobowej sali. Na szczęście poród szybko się wyciszył i po przeniesieniu na patologię mogłam wracać do domu, do synka. Zdecydowałam, że mimo wcześniejszych doświadczeń znów będę tam rodzić.

21.04 czyli równe 38 tygodni ciąży na wizycie gin zrobiła mi delikatny masaż szyjki, wieczorem odeszło mi sporo krwawego czopa. W środę pojechałam na ktg i lekarz dyżurujący po zapoznaniu się z moim wywiadem położniczym skierował mnie na usg na cito. Wyszło, że blizna ma 2,5mm, a mała waży 3824g. Uznał, że lepiej nie ryzykować i umówił mnie na cc. Ze względu na brak terminów dopiero na 8 maja. Ale kazał codziennie zgłaszać się do siebie, bo może coś się zwolni i mnie przyjmą.

Wieczorem jak zawsze złapały mnie skurcze. Przyzwyczajona nawet za bardzo ich nie liczyłam i normalnie położyłam się spać. O 6 obudził mnie silny skurcz, zaczęłam odmierzać czas. Były co 7 minut. Myślę, no to norma, przejdą jak zawsze. Poszłam pod prysznic, a skurcze się nasiliły i zrobiły trochę bolesne. Wzięłam nospę i magnez, ale nie przechodziło. Nadal bez przekonania kazałam męzowi pakować się do auta. Zawieźliśmy małego do mojej mamy i przez całą drogę byliśmy przekonani, że nas zawrócą z IP.
Na izbie byliśmy przed 9 i rzeczywiście po badaniu szyjki położna stwierdziła, że rozwarcie na dwa palce jest, ale to na pewno jeszcze nie dziś, bo szyjka jeszcze nie do końca zgładzona. Mówię, że skurcze są, więc podłączyła mnie pod ktg. Okazało się, że rodzę tylko znów za wcześnie przyjechałam. Po pół godziny pod ktg przyszedł wujek męża (pracuje w tym szpitalu) i powiedział lekarce o wczorajszym wyniku usg, ja jakoś kompletnie o tym zapomniałam. Przy okazji okazało się, że jedno planowane ciecie jest odwołane i możliwe było, że wskoczę na to miejsce. Wtedy już sama nie wiedziałam czy tak bardzo zależy mi na sn. Łatwej będzie położyć sie na stół skoro jest taka opcja. Złapałam jeszcze na korytarzu lekarza, który dzień wcześniej kierował mnie na cięcie. Poprosiłam, by zadzwonił na porodowy i upomniał się o to moje cc, skoro mają wolną salę.
Kazałam pójść mężowi po rzeczy do samochodu i przebrałam się w koszulę. Jako, że nie wiedzieliśmy jaka będzie w końcu decyzja odnośnie rodzaju porodu mąż został w swoich ubraniach. Na porodowym dostaliśmy swoją salę i czekaliśmy na koniec obchodu. Po usg dwójce lekarzy wyszło, że mała waży około 3600, więc spokojnie mogę próbować sn. Ale nie pytali mnie tylko poinformowali o tym i o tym, że mam 50% szans na powodzenie. Tak więc mąż poszedł po szpitalne ciuszki dla tatusiów.
I tak sobie zaczęliśmy rodzić.

Skurcze bolały z kręgosłupa, ale był to ból tylko troszkę silniejszy niż okresowy. Żałuję, że nie trafiłam na „Naturalnie po cesarce” wcześniej, wtedy ten poród byłby na pewno lepszy. Podobno ze względu na cukrzycę ciążową i spadek tętna przy poprzednim porodzie musiałam być przez cały poród podłączona pod ktg. I tak sobie leżałam i gadałam z mężem. co jakiś czas przychodziła położna i badała, dwa razy pozwolili mi wyjść pod prysznic. I tak do 13 kiedy po raz kolejny okazało się, że nic a nic się nie rusza, cały czas 5 cm rozwarcia. Poprosiłam o piłkę, licząc, że ruch spowoduje, że akcja jakoś się wreszcie konkretnie zacznie. Bałam się, że znów skończy się na cc, poprzednio też przeiceż doszło tylko do 5 cm. Przed 15 na badaniu znów okazało się, że niewiele się ruszyło, ledwo szyjka troszkę krótsza się zrobiła. Rozryczałam się już z tego wszystkiego. Położna zaproponowała masaż szyjki, zgodziłam się. Jak tylko zaczęła masować, mówi, że wody mi się sączą i czy upuścić ich więcej. Nie wiem czemu znów się zgodziłam.
Zaczęło boleć, skurcze po kolejnych dwóch godzinach zrobiły się tak bolesne, że miałam łzy w oczach ze strachu przed każdym kolejnym. Michałowi trułam, że trzeba było walczyć o cc. Kazałam mu zawołać lekarza, przyszedł i prosiłam o ZZO. Ale po badaniu okazało się, że nadal mam te 5cm! Więc jest za wcześnie. A ja znowu w bek, bo co znów po tylu godzinach mnie potną? Lekarz stwierdził, że teraz to tylko gaz rozweselający mogą mi podać. Próbowałam tym oddychać, ale nie dawałam rady kompletnie się na tym skoncentrować. Z bólu zaczęło mnie wykręcać po całym łóżku, pasy od ktg zaczęły mi się zsuwać. Położna która przyszła kazała Michałowi ręcznie przy każdym moim skurczu łapać tętno dziecka.
O 18.50 po raz kolejny posłałam męża po lekarza. Już całkiem styrana przez te skurcze mówię, że albo dają mi zzo albo chcę cesarkę. Zbadał mnie i hura! 6 cm! Niby tylko cm więcej ale można podać znieczulenie. O 19 była zmiana położnych. Pamiętacie jak leżałam z tym przedwczesnym porodem i oceniłam wszystkie położne bardzo pozytywnie i stwierdziłam, że była tylko jedna wredna, ale za to tej wredoty miała za cały oddział? No to już wiecie kto stanął w drzwiach po zmianie. Anestezjolog przyszedł po kolejnych 20 minutach. Byłam już taka wkurzona na wszystko, a ten mnie opieprza, że nie wypada tak się rzucać podczas skurczy! Serio?! A ja kompletnie nie dawałam już rady, reakcje mojego ciała były całkiem poza mną. A tu trzeba być przez chwilę w bezruchu. Więc znieczulenie dostałam dopiero o 19:30, odwróciłam się na plecy i miałam tak leżeć do czasu aż znieczulenie zacznie działać, czyli 15 minut.
Położna mnie bada i mówi 8 cm! Od razu skurcze jakieś przyjemniejsze się zrobiły i leżenie na wznak nie było takie złe. Po chwili czuję zsuwającą się główkę i drę się do położnej, że mała schodzi niżej. Ta, że niemożliwe jeszcze i żebym się nie darła tak, bo przestraszę inne rodzące. A ja krzyczę, że wiem co czuję, zresztą koleżanki opisywały, że parte to uczucie jakby się kupę chciało i ja właśnie to czuję. (No musiałam jej to jakoś wytłumaczyć, bo wrażenie miałam jakby mała miała zaraz wypaść). Położna razem z asystentką anestazjologa znów mi trują, żebym nie krzyczała. Ale to nie był krzyk bólu tylko strachu. Wołałam położną by podeszła mi miedzy nogi. Główka znów się zsunęła i jednocześnie trysnęły mi wody. Prawie wycelowałam w tą durną położną. Wreszcie skumała, że nie panikuję tylko mała jest już bardzo nisko. Zerknęła, kazała szybko wołać neonatologów i sama zaczęła się pospiesznie ubierać w kitel. Nagle zrobiło się dużo ludzi wokół, dwóch ginekologów, dwie położne, dwóch studentów i dwójka neonatologów. Ktoś przemontowuje łóżko tak żeby były te podpórki na nogi. Każą przeć. Jedno parcie – główka. Dopingują, że pięknie prę i żeby tak dalej, każą oddychać. Nie słucham ich w ogóle. Drugie parcie cała Bianiutka. O 19:36 po 6 minutach II okresu porodu. Końcówka poszła naprawdę ekspresowo i prócz nacięcia nic nie bolała mimo tego, że znieczulenie nie zdążyło do końca zadziałać. To był po prostu wysiłek jakbym biegła na Mont Everest. Jak tylko położyli mi malutką na piersi, asystentka anestazjolga przeprosiła mnie i powiedziała, że musiały być ostre, bo bały się, że będę źle oddychać i zrobię krzywdę dziecku. Pochwaliła mnie, że po tym co odwalałam to II faza była super i oby więcej takich końcówek. Gdybym się tak nie cieszyła to bym ją chyba udusiła. Szkoda gadać.
Mąż cały czas był przy mnie, czas tak szybko leciał, że cały dzień razem ze mną nic nie jadł. Pozwalał mi nawet gryźć siebie w palce. Po wszystkim przeciął pępowinę i tulał i cmokał na zmianę mnie i małą. Dobrze było mieć go obok, choć właściwie był tylko tłem do całego wydarzenia.

Okazało się, że Bianka ważyła 3890 i mierzyła 59 cm. Wielka babka. A ja półtora roku i jedenaście dni po cc urodziłam ją siłami natury. Nadal nie mogę wyjść z podziwu dla samej siebie.

Teraz mogę wysłać to co przygotowałam wcześniej, z dopiskiem, że już ponad pół roku karmimy się piersią bez dokarmiania mm ( no prócz jednego dnia gdy mała miała silną żółtaczkę).

Dziewczyny powodzenia dla Was! Da się nawet krótko po cc urodzić blisko 4kg dziecko, da się! I nawet jak macie wątpliwości to różne scenariusze mogą się wydarzyć. Tak naprawdę to nie ja zdecydowałam o rodzaju porodu. Do ostatniej chwili liczyłam gdzieś tam w środku na drugie cc. Ale jednak wyszło inaczej i jestem z siebie taka dumna!