Archives

Moje dwa porody – tak różne, tak wspaniałe (Poznań)

Nie na wszystko w porodzie mamy wpływ. Ale siła woli, motywacja, nadzieja i wsparcie są z pewnością dużą częścią szczęśliwego rozwiązania. Zapraszam do przeczytania historii Marty:

Pierwsze dziecko (córkę) urodziłam w listopadzie 2012 r. Niestety, była w położeniu miednicowym i za żadne skarby świata nie chciała się właściwie ułożyć. Ćwiczyłam, namawiałam ją, świeciłam latarką, uciskałam odpowiednie punkty na stopach, wizualizowałam, prosiłam o pomoc nawet osobę zajmującą się hipnozą! I nic. Byłam wtedy jeszcze na etapie, kiedy chciałam wszystko mieć pod kontrolą, wszystko zaplanowane i po mojej myśli. Teraz wiem, jak bardzo takie podejście jest błędne w przypadku porodu… Powoli zaczęło pojawiać się rozwarcie, byłam już w 39 tygodniu. Jednak ponieważ bardzo bałam się szpitali i wszelkich procedur medycznych, wybrałam szpital oddalony od Poznania (gdzie mieszkam) o około 70 km – Trzciankę. To był jedyny szpital, w którym czułam się spokojnie i bezpiecznie, szpital niewielki i pełen życzliwych, ciepłych położnych i lekarzy z ludzkim podejściem. Nie miałam wtedy zbyt dużej wiedzy o tym, co dobre dla dziecka, więc postanowiłam namówić lekarza, żeby wykonał cięcie na zimno. Bałam się, że nie zdążę dojechać do szpitala, kiedy się zacznie, zwłaszcza, że mąż pracuje w terenie – może być kilka lub kilkaset kilometrów od domu. Pojechaliśmy do szpitala 6 listopada rano. Zostałam przyjęta, przebrałam się i miałam czekać na lekarza. I nagle…zaczęło się! Tak jakby puściła jakaś blokada – wiedziałam, że jestem tam, gdzie być powinnam i że teraz dziecko może się bezpiecznie urodzić. No i bardzo nie chciałam, żeby mnie odesłano do domu. Skurcze były od samego początku dość regularne, oczywiście bolesne, ale bez przesady. Bardzo żałowałam, że nie mogę urodzić naturalnie, bo wszystko dobrze szło. Po 3 godzinach rozwarcie wynosiło 4 cm. Nawet położne twierdziły, że szkoda, że nie mogę rodzić siłami i drogami natury, bo zapowiada się, że” ładnie by poszło”. Wybłagałam jeszcze usg tuż przed cięciem – bo może akurat Mała się obróciła? Niestety, moje pozytywne myślenie tym razem na nic się nie zdało. Dziecko chyba postanowiło nauczyć mnie pokory dla rzeczy, na które nie mamy większego wpływu.  Weronika urodziła się o 12:20, z wagą 3220 g, od razu kangurował ją mąż, ja dostałam ją po wybudzeniu z narkozy. Pamiętam, że płakałam budząc się z narkozy. Chyba po części z bezsilności czy bezradności, a trochę dlatego, że bardzo chciałam zobaczyć córkę i dowiedzieć się, że wszystko jest z nią w porządku. Na szczęście mąż siedział z córką w fotelu tuż obok mojego łóżka.  Dochodziłam do siebie długo, byłam bardzo słaba, bo straciłam ponoć dużo krwi. W szpitalu rzeczywiście panowała wspaniała atmosfera wsparcia i życzliwości, co bardzo pomogło w pierwszych, trudnych dniach.

Od początku zakładaliśmy, że będziemy mieć dwoje dzieci. Dlatego po porodzie zaczęłam szukać informacji, co zrobić, żeby urodzić siłami i drogami natury po cesarskim cięciu. Bardzo szybko trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl Czytałam opisane tam historie i wzruszenie aż ściskało mnie za gardło. To było niesamowite, też tak chciałam.  Krótko później znalazłam grupę na fb. Wpisy tam czytałam równie chętnie. Atmosfera panująca w grupie była i jest świetna. Masa wsparcia, ciepłych słów. Myślę, że portal i grupa bardzo wiele mi dały i pomogły umocnić się w decyzji oraz pozbyć obaw i niepewności.

W drugą ciążę zaszłam w 2014 r. Od samego początku miałam inne podejście. Uznałam, że zdam się na to, co przyniesie los. Oczywiście, zrobię co w mojej mocy, żeby wszystko poszło zgodnie z planem, ale na spokojnie. Będę otwarta na wszelkie opcje. Ciąża była dużo „trudniejsza” i bardziej męcząca od poprzedniej. Pod koniec już bardzo chciałam, żeby zaczął się poród. Zwłaszcza, że miałam stale przy sobie prawie dwuletnią córeczkę, która w dodatku była nadal dokarmiana piersią (dwa razy na dobę, przed spaniem w południe i wieczorem). Termin miałam na 4 października, jednak czekałam na koniec 37 tygodnia i od tego dnia myślami „poganiałam” synka, żeby zechciał się już urodzić. 19 września wieczorem jak zwykle karmiłam córkę przed spaniem, na leżąco. Kiedy usnęła, wstałam z łóżka i poczułam, że odchodzą mi wody. To było około godziny 21:00. Byłam wtedy w 38 tygodniu. Ucieszyłam się niesamowicie. Piątek wieczór, Mała śpi, mąż w domu – idealnie! Przyjechała moja mama, żeby zostać z córeczką, a ja, ucieszona, pojechałam do szpitala. Wierzyłam, że wszystko pójdzie sprawnie i szybko – przecież przy pierwszym porodzie rozwarcie szło super. W szpitalu byłam po 22:00 (tym razem jeden z poznańskich), umówiona położna dojechała chwilę po nas. Chciałam rodzić z położną, bez męża – uznałam to za najlepszą dla mnie opcję. Chciałam mieć przy sobie kobietę – i w dodatku fachowca, który wie, co robić. Przed 23:00 znalazłam się na ślicznej sali porodowej wyposażonej we wszystko, czego mogłam potrzebować, łącznie z łazienką z wanną. Niestety, skurczy początkowo wcale nie było, potem zaczęły się regularne, ale co 12 minut! Przysypiałam między skurczami i tak dotrwałam do 5:00 rano. O tej godzinie rozwarcie wynosiło jedynie 2 cm. Nie zapowiadało się to wszystko najlepiej. Byłam niewyspana, lekarze dziwili się, czemu nie proszę o  cięcie, zwłaszcza, że poród kiepsko idzie. Położna była zdecydowanie po mojej stronie i to było wspaniałe. Czułam wsparcie, opiekę i nieustającą troskę. Skurcze niestety były już trudne do zniesienia – pojawiły się bóle krzyżowe, czyli coś, czego nie znałam. Nie wiedziałam, że może być aż tak! Trochę pomagało mi kołysanie się na piłce, ale ból był silny. O 15:00 rozwarcie wynosiło jedynie 6 cm, a ja byłam wycieńczona. Nie miałam już siły, ale też nie miałam ochoty się poddać. Po prostu trwałam w tym jakby siłą rozpędu. Położna pomogła mi wejść do wanny – ciepła woda przyniosła ukojenie. Po wyjściu okazało się, że rozwarcie niewiele się zwiększyło i położna doradziła mi, żebym zgodziła się na cięcie, bo nawet ona, pomimo swojego pozytywnego nastawienia, nie bardzo widzi możliwość szczęśliwego zakończenia czyli porodu siłami natury. Nie miałam już sił, nie wiedziałam, co będzie dalej, zgodziłam się. Położna poszła poinformować lekarza, że ma pacjentkę do cięcia. Okazało się, że muszę poczekać, bo akurat jest jakiś pilny przypadek i mną będą mogli zająć się za jakiś czas. I całe szczęście! Między 16:00 a 17:00 rozwarcie w końcu ruszyło. Skurcze były już trudne do zniesienia, pamiętam, że powiedziałam położnej, żeby ani na chwile nie zostawiała mnie samej w trakcie skurczu, bo sama go nie przeżyję. To jednak niesamowita pomoc, kiedy ktoś, kto wie, co mówi, instruuje na bieżąco – jak oddychać, jak próbować rozluźnić mięśnie, jak wytrwać. W końcu przyszły bóle parte. Po tym wszystkim, 20 września o 18:30, urodził się Tomek.  Nie był mały, ważył 3800 g. Czułam się wspaniale, chociaż nie miałam sił kompletnie na nic. Doszłam do siebie szybko pomimo niewielkiego nacięcia krocza.

Porównując oba porody, zdecydowanie jestem za porodem siłami natury. Pomimo, że trwał 21 godzin licząc od odejścia wód. Wiem już, że nie wolno niczego planować „na sztywno”. Trzeba zdać się na naturę i okoliczności. Być może córka z jakiegoś powodu nie mogła się obrócić? Albo po prostu już wtedy była uparta… A synek dał radę się urodzić naturalnie pomimo, że miał szyję owiniętą pępowiną – tętno nie spadło mu ani na chwilkę. Widać, tak miało być. Każdy z tych porodów był cudem i każdy będzie zawsze w mojej pamięci jako niesamowite, umacniające wydarzenie.

Weronika

Weronika

Tomek

Tomek

Prawdziwy cud (Białystok)

Historia Ani długo czekała na opublikowanie, a wszystko przez moje niedopatrzenie i roztargnienie. Najważniejsze jednak, że będziecie w końcu mogli ją przeczytać:)

Będąc w pierwszej ciąży nie wyobrażałam sobie innej opcji porodu jak siłami i drogami natury. Niestety od 34 tygodnia byłam coraz dalej od założonego planu. Na początku pojawił się problem pośladkowego położenia płodu. Lekarz dawał niewielkie szanse, że dziecko ustawi się główkowo. Wtedy po raz pierwszy padły słowa „cesarskie cięcie”. Mimo wszystko miałam nadzieję, że do terminu porodu wszystko rozwiąże się po mojej myśli. Niestety ok 37 tygodnia pojawiło się nadciśnienie, następnie ginekolog stwierdził małowodzie i w zasadzie nie było już o czym mówić, bo sprawa była jasna. Dostałam termin na rozwiązanie drogą cięcia cesarskiego. Miałam czekać dwa tygodnie. To były najsmutniejsze dwa tygodnie z całej mojej ciąży. Wiedziałam, że cięcie cesarskie jest najwłaściwszą metodą porodu w mojej sytuacji, ale żal i dziwnie ogarniająca pustka pozostały do samego końca czyli do dnia rozwiązania. A potem… A potem pojawił się inny żal bardziej rozrywający serce matki. Żal, że nie mogę tulić własnego dziecka. Mała trafiła na intensywną terapię z zaburzeniami oddychania. Leżała tam trzy doby.  W dniu porodu widziałam moją córeczkę tylko na sali operacyjnej i trzymałam ją na rękach dosłownie kilka minut. A to i tak tylko dzięki mojemu mężowi, który wyprosił położną, abym mogła wziąć dziecko na ręce po „wyjęciu z brzucha”. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a mój smutek za naturalnym porodem wynagrodziła mi zdrowa i piękna córeczka.

Po 18 miesiącach od porodu  zaszłam ponownie w ciążę. Już na pierwszej wizycie u ginekologa (i zresztą na kilku następnych także) usłyszałam, że po cesarce będzie kolejna cesarka. Zostałam poinformowana o całym ryzyku, jakie wiąże się z  porodem naturalnym po przebytym cięciu cesarskim i powiem szczerze, że nie zależało mi, aby był to poród naturalny. Nastawiona całkowicie na cc trwałam do 23 tygodnia ciąży. Wtedy ten sam lekarz robiąc USG stwierdził, że może należałoby rozpatrzeć poród sn, bo warunki ku temu się zapowiadają. A ja na to: Jak to? Przecież ja już mam wszystko w głowie ułożone pod kątem cc. Wiem, jak to wygląda, czego mam się spodziewać, a teraz on to wszystko burzy. Oczywiście poinformował, że przymusu nie ma, że  mogę się nie zgodzić na poród sn, ale jego zdaniem powinnam to jeszcze dobrze przemyśleć i przede wszystkim nie zamykać sobie drogi, bo nikt nie wie jak będzie to wyglądało. Więc za jego radą zaczęłam myśleć i przede wszystkim szukać odpowiedzi na wiele pytań, które w tym momencie się pojawiły. Doniesienia naukowe o częstości występowania powikłań przy porodach natruralnych po cc, o procedurach medycznych, które są dozwolone, a które nie powinny być wykonywane w trakcie takiego porodu, o niebezpieczeństwie jakie może zagrażać noworodkowi itp. itd. Wiele pytań i wątpliwości udało się rozwiać a przynajmniej uspokoić. Od tego czasu nie nastawiałam się na żadną opcję porodu i przyjęłam postawę, co będzie, to będzie. W 38 tygodniu badanie USG potwierdziło, że nie mam żadnych przeciwskazań do porodu naturalnego, więc postanowiłam grzecznie czekać do… do odejścia wód, bo tak to się zaczęło.

Cztery dni po wyznaczonym terminie, wieczorem, zaczęły się sączyć wody. Lekko przerażona, że trzeba z tym jak najszybciej jechać do szpitala (pozytywny GBS) pojechałam na izbę przyjęć. Tam położna zrobiła KTG, z którego wywnioskowała, że skurczów regularnych nie ma, potem zbadał mnie lekarz, twierdząc że szyjka  jest zachowana, a na koniec oboje orzekli, że to pewnie czop śluzowy odchodzi, więc mam jechać do domu i wrócić jak zaczną się skurcze. Mi niestety nie dawało to spokoju, więc zadzwoniłam do swojego lekarza, który kazał mi przyjechać następnego dnia na oddział. O 9.00 zrobił mi USG, po czym zbadał szyjkę. Szyjka faktycznie była zachowana, ale w trakcie badania odeszła spora ilość wód. Zatrzymał mnie na patologii ciąży, gdzie podali mi antybiotyk i kazał czekać do 19.00. Powiedział, że jak do tego czasu nic się nie zmieni zrobi mi cięcie. Więc czekaliśmy (ja i mój mąż). W trakcie tego czekania zaczęły pojawiać się skurcze, ale bardzo delikatne i nieregularne, a z KTG wychodziło, że to nie te co powinny być. Od godziny 17.00 zaczęły być bardziej dokuczliwe, ale nadal nieregularne (co 2, 4 minuty) i krótkie (10, 20 sekund). O 19.00 ginekolog sprawdził rozwarcie, stwierdził że są 2 cm i dał mi zielone światło do sn. Ucieszyłam się niezmiernie. Musiałam teraz tylko czekać na wolną salę porodową, a z tym był niestety problem. Pomimo braku ostrego dyżuru było pełne obłożenie na porodówce (niektórzy by powiedzieli, że to z racji daty – „trzynastego”). Więc znów czekamy, skurcze mam coraz silniejsze, ale do zniesienia i ciągle chodzę bo tak mniej boli, wręcz czasami prawie w ogóle. O godzinie 21.30 przychodzi ginekolog i informuje, że niedługo zwolni się miejsce na porodówce, bo jest jedna pacjentka z 9 centymetrowym rozwarciem, więc już prawie na finiszu. Położna robi mi kolejne KTG. Mąż zagaja ją, czy nie powinni sprawdzić ponownie rozwarcia bo skurcze mam silniejsze. Położna patrząc na zapis KTG mówi, że są za krótkie i że to tak szybko nie idzie, żartując przy tym że pewnie 3 centymetrów jeszcze nie ma. O 22.00 dostaje czopki glicerynowe. Po powrocie z toalety łapie mnie bardzo silny skurcz. Krzyczę. Położne zabierają mnie do zabiegowego. Rozwarcie mam już na 6 centymetrów. Szybko przebierają mnie w koszulę szpitalną, sadzają na wózek, mężowi każą wziąć dokumenty i wiozą na porodówkę. A tam oczywiście nic się do tego czasu nie zwolniło. O 22.30 badają mnie położne z porodówki i każda stwierdza 8 cm. Na znieczulenie jest już za późno (a przyznam, że się na nie wcześniej nastawiłam). Jestem zdenerwowana, za chwilę będę miała parte, a nawet nie mam miejsca żeby się gdzieś położyć. Nie chce rodzić na korytarzu. Położne zwalniają jedną salę wywożąc  pacjentkę, która widocznie może jeszcze chwilę zaczekać J. O 22.50 kładę się na łóżko porodowe, skurcze są bardzo silne. Położne każą mi się położyć na boku i skupić na oddychaniu, a ja próbuję się skupić z całych sił, ale niekiedy się zapominam i krzyczę. W pewnym momencie skurcze słabną, a mój organizm zapada jakby w sen. Chyba odpoczywam przed kolejną fazą. Mój mąż ciągle przy mnie czuwa. Znowu zaczyna się coś dziać, krzyczę, że chyba będę miała parte. Położne układają mnie w pozycji pół siedzącej. Pierwszy skurcz – nie dam rady przeć. Położne zmieniają punkty gdzie mogę zaprzeć nogi i ręce. Drugi skurcz – udaje się. O 23.05 przychodzi na świat moja druga córeczka. Ma 57 cm i waży 3900g, jest śliczna. Kładą mi ją na brzuchu i tak sobie leżymy ona i ja. Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi.

Nasza piękna historia czyli VBAC dokładnie po 1 roku, 4 miesiącach i 19 dniach po cc (Białystok)

Czasem wszystko zdaje się wskazywać, że szanse na VBAC są nikłe. Czasem prawie nikt nie wierzy, że próba porodu może mieć szczęśliwy naturalny finał. Jeśli jednak przyszła mama zachowa w sobie chęć walki i choćby iskierkę nadziei, wszystko może się zdarzyć. Oto tchnąca zwycięską radością historia Karoliny:

Z początku trochę historii, czyli wspomnienie pierwszego porodu. Było to pod koniec 2013 roku, a dokładnie 19 grudnia. Poród był wywoływany ponieważ synek miał wadę, którą należało natychmiast operować więc lekarze nie chcieli czekać żebym przypadkiem nie urodziła na Święta Bożego Narodzenia bo wtedy personel jest „przebrany”. Tak więc położyli mnie na Oddział Patologii Ciąży w USK w Białymstoku i założyli mi cewnik Foleya. Zadziałał błyskawicznie bo od razu na ktg zaczęłam mieć skurcze i po jakiś 3 godzinach odeszły mi wody. Ponieważ miałam wielowodzie więc lało się jak z kranu. Od razu rozwarcie skoczyło do 3 cm. Na sali porodowej kazali mi bezwzględnie leżeć ( podobno bali się, że pępowina może wyjść pierwsza więc nie chcieli ryzykować). Ja przeszkolona na Szkole Rodzenia byłam gotowa aktywnie skakać na piłce, przyjmować pozycję kolankowo łokciową itp. A tu kazali leżeć. Więc leżałam. Dali mi znieczulenie. Do 10 cm praktycznie nie czułam bólu. Podłączyli mi oksytocynę. Zaczęłam czuć skurcze. Kazali przeć, więc parłam z całych sił. Nic to nie dawało, maluszek nie chciał schodzić w dół. Męczyłam się tak 2,5 h aż w końcu postanowili zrobić mi cesarskie cięcie ze względu na przedłużającą się II fazę porodu. Więc ja skrajnie wyczerpana ( na papierach o zgodę na cc podpisałam się panieńskim nazwiskiem ! ) zgodziłam się bez zastanowienia. Sam zabieg wspominam trochę „filmowo” bo czułam się jak w Greys Anatomy. Jednak kolejne tygodnie po cc to była istna katastrofa…. Bardzo ciężko wracałam do siebie, proste czynności takie jak wstawanie z łóżka sprawiały mi wiele trudności. Przez prawie 3 tygodnie chodzić do synka do szpitala więc to też nie sprzyjało prawidłowej i szybkiej rekonwalescencji.

Wiedziałam, że przy kolejnym maluchu muszę zrobić wszystko żeby udało się urodzić naturalnie bo nie mogłabym przechodzić przez to jeszcze raz. Poza tym marzy mi się duża rodzina tym bardziej chciałam VBAC.

Więc wracając do teraźniejszości..

Termin porodu ustalono na 3 maja 2015. Ciąża minęła właściwie bezproblemowo. Pod sam koniec ciąży było podejrzenie, że pępowina jest owinięta wokół szyi malucha więc musiałam się zgłaszać codziennie na ktg. Wreszcie mój lekarz zadecydował żeby na wszelki wypadek położyć mnie na Oddział Patologii Ciąży (Białystok, ul.Warszawska). Nie protestowałam chociaż słyszałam ze zbyt wczesna hospitalizacja raczej nie pomaga przy VBAC. Ja zdałam się na lekarza. Tak więc 6 maja byłam na patologii. Tam stosowałam wszelkie możliwe sposoby żeby poród sam się rozpoczął. Czyli chodziłam po korytarzu jak bocian, robiłam przysiady, słuchałam relaksacyjnej muzyki, masowałam brodawki i brałam gorący prysznic. Nic to jednak nie pomogło. Mój lekarz zasugerował wywołanie porodu oksytocyną bo dziecię i tak spore (na usg 3750g) i czas leci ( podobno po cc należy wywołać poród nie później niż 7 dni po terminie) więc lepiej może spróbujmy wywołać. Dodatkowo on miał akurat tego dnia dyżur więc jakby odpukać skończyło się cc to on się mną zajmie. Ponownie nie protestowałam. 8 maja o godz. 12.00 posłusznie udałam się na indukcję. Niestety aura wokół mojego porodu była lekko powiedziawszy niesprzyjająca. Wszyscy począwszy od położnych, pielęgniarki, innego doktora i całą resztę ekipy mówili, że nie dam rady, że mam się liczyć z cc, że po co robiłam tak wcześnie drugie dziecko, że po co ja w ogóle próbuje rodzic siłami natury i że to ogromne ryzyko itp.. Więc psychicznie byłam załamana. Dodatkowo przynieśli moje rzeczy z patologii co było znakiem, że zwolnili moje miejsce, więc juz tam nie wrócę na ewentualnie drugie wywołanie. Jeszcze zrobili ze mną wywiad „przed cesarkowy” – jakie miałam wtedy znieczulenie, jak na nie zareagowałam itp..Wszystkie znaki na ziemi ( tylko na ziemi !) mówiły, że cały szpital i personel nastawia się dziś na moje cięcie.  Jedynie gdzieś w sercu miałam tą iskierkę że może mi się uda, może dam radę,…

Więc podłączyli mi oxy. Szyjka zachowana, poród się nie zapowiada. Dali mi dodatkowo czopki, które miały jakoś działać na szyjkę. Zaczęłam więc chodzić, kręcić biodrami itp. Tak jak uczyli w Szkole Rodzenia. Gdy skurcze zaczęły być mocniejsze to wzięłam prysznic, który i tak ostatecznie nie uśmierzył bólu. Podobnie było z skakaniem na piłce. Też nie moja bajka. Najlepsza dla mnie była pozycja kolankowo – łokciowa, którą nieco zmodyfikowałam bo u mnie była to pozycja kolankowo- szyjna bo głowę trzymałam na materacu. Doktor jak mnie zobaczył to tylko z uśmiechem na twarzy powiedział – „skoro tak pani wygodnie”! J Z takiej pozycji przechodziłam do siedzenia okrakiem na piętach i w tym momencie odeszły mi wody ! Później skurcze były już mocniejsze. Odmówiłam znieczulenia żeby czuć ewentualny ból rozchodzącej się blizny na macicy bo podobno nie można tego bólu z niczym pomylić więc dla mojego bezpieczeństwa wolałam to kontrolować. Dostałam jedynie zastrzyk przeciwbólowy. Jak już zaczęłam czuć parcie to podłączyli mnie do ktg żeby zobaczyć co i jak. Wszystko było dobrze, mogłam już przeć. Więc parłam ile mogłam, dr naciął mi krocze bo w mojej sytuacji lepiej żeby 2 faza nie trwała za długo. Zgodziłam się znowu. Po paru minutach miałam już Stefanka na brzuchu !! Najcudowniejszy moment w życiu. Ciągle nie mogę uwierzyć ! I chyba wszyscy dookoła też nie mogli uwierzyć. Jak się później dowiedzieli że Stefek miał 4090 g i 59 cm to padli z wrażenia.

Stefanek 08.05.2015

Wspominam ten dzień z ogromnym uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Myślę, że jest to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Nie pamiętam już bólu, a na pytanie – „jak poród ?” odpowiadam, że było cudownie ! ( miny ludzi są wtedy nie do opisania J) Ten poród mnie uskrzydlił, wyzwolił, umocnił… Myślę, że moje macierzyństwo do pełni potrzebowało właśnie tego doświadczenia porodu naturalnego.

Jestem żywym dowodem że można w takim krótkim odstępie między porodami i po wywołaniu urodzić naturalnie. Życzę wam wiary we własne siły !

PS: Dodam jeszcze że miałam dodatkową motywację do porodu naturalnego ponieważ umówiłam się z mężem, że jeśli uda mi się urodzić naturalnie to nazwę synka tak jak ja chce czyli Stefan a jeśli skończy się cesarką to będzie tak jak chciał mąż czyli Bartłomiej. Z taką motywacją musiałam dać radę. No i takim sposobem mam Stefanka !!

Karolina M. mama Filipka i Stefanka

VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!

Poród drogami natury po cięciu cesarskim jest możliwy – to fakt medyczny. Jest również w przypadku większości kobiet opcją bezpieczną i korzystną. Jednak w wielu miejscach kobiety muszą staczać walkę o możliwość choćby podjęcia próby porodu naturalnego po cc. W niejednym miejscu nikt nie chce dać takim kobietom szansy. Zuzanna taką szansę otrzymała i … udało się!

vbac clothesGdy zaszłam w pierwszą ciążę, było dla mnie oczywiste, że urodzę siłami natury. Przygotowywałam się do tego przez całe 9 miesięcy i mimo, że ciąża okazała się problematyczna i zagrożona, nikt nie widział przeciwwskazań, by rodzić naturalnie. Termin miałam na 12 grudnia, a 27 listopada poszłam na wizytę lekarską – pech chciał, że mojej lekarce zmarł mąż i nie przyjmowała, więc musiałam na gwałt znaleźć kogoś, kto mnie poprowadzi do rozwiązania, wybrałam lekarza, który robił mi USG. Okazało się, że jest położnikiem i był sympatyczny. Stwierdziliśmy, że na finiszu to już nie takie ważne kto, bo i tak zaraz urodzę 😉 Lekarz zrobił mi USG, zapytał, czy byłam duża, gdy sama się urodziłam i…. od tej pory wszystko potoczyło się nie tak jak sobie wymarzyliśmy… Więcej na blogu Zuzanny:)

 

Moja przygoda z VBAC, pozytywna ! :]

Poród nie musi być bezbolesny, nie musi być nawet zupełnie bezurazowy, aby być dla kobiety źródłem mocy i poczucia spełnienia. I mówię to z perspektywy osoby, której znacznie bliżej to hedonizmu niż do masochizmu czy idei męczeństwa. Potwierdza to niejedna historia. Jedną z nich jest opowieść Joanny.

Mam na imię Joanna, mam 32 lata i 4 msce temu urodziłam moje drugie dziecko.
Synka Huga.
Dzień, w którym się urodził był najpiękniejszym dniem w moim życiu i nie zapomnę go nigdy :]

Pierwsze dziecko. córkę Ninę, urodziłam w październiku 2011 przez cc.
Po końskich dawkach oksy, porodzie sztucznym aż do bólu, rozwarciu na 5 cm i skurczach co 1,5 minuty Nince zaczęło spadać tętno i lekarze szybko zdecydowali o cc.
Uratowali jej życie, ale ja do dzisiaj nie daruje sobie tego, że pozwoliłam na maksymalną ingerencję w naturę, przez co tak się właśnie skończyło.
Psychiczna trauma po tym porodzie towarzyszyła mi bardzo długo i długo nie mogłam się z tym pogodzić.

Już wtedy wiedziałam że drugie dziecko muszę urodzić naturalnie.
No muszę i nie ma innej opcji !

No więc kiedy po trzech latach zaszłam ponownie w ciążę, to się niemal od poczęcia samego na ten dzień psychicznie przygotowywałam.
Czytałam, szukałam, szperałam, oglądałam, słuchałam etc.
Tak się w pewnym momencie zafiksowałam, że powiedziałam stop! Bo jak się za bardzo nakręcę to potem sobie nie poradzę, jeśli pójdzie nie po mojej myśli.
Termin porodu miałam wyznaczony na 18-go stycznia 2015.
7-go stycznia szyjka mej macicy była twarda i zupełnie nieporodowa mimo dość mocnych i męczących mnie nocami skurczybyków. Bolał mnie ten brzuch dobre dwa tygodnie a szyjka nic. Sobie myślę „o koza niedobra”. Od kilku dni odchodził także czop i nic. Więc czekałam. Kawałki galarety leciały coraz większe, brzuch bolał coraz mocniej. I tak przez cały czwartek, piątek i sobotę. W niedzielę już miałam lekką irytację z powodu w/w, ale myślę ” w sumie fajnie, że coś się dzieje”.
Wieczorem, w niedzielę poczułam NIEPRAWDOPODOBNĄ chęć wypicia bawarki ))
Poprosiłam więc męża i ok 22:30 prosto do łóżka przyniósł mi wielki kubek pysznego, gorącego napoju.
Dokończyłam jakiś bezedurny serial, wypiłam tą bawarkę i poczułam, że mnie zaczyna boleć żołądek i zaraz się porzygam
Więc poszłam spać.
Była prawie północ.
Pierwszy skurcz obudził mnie dokładnie o 02:40.
Nie wystraszył mnie, nie zasugerował że to już bo takie skurcze miewałam wcześniej.
Skurcz minął, ja zasnęłam i obudziłam się znowu. Że boli. Myślę sobie – pewnie już rano, wstawać trzeba. Zerkam na telefon a tam 02:58.
Myślę hmmmmm dwa skurcze w 20 minut, tego jeszcze nie było.
Kolejny skurcz 03:12 i już wiem, czuję że chyba coś z tego będzie.
Między kolejnymi skurczami – pojawiającymi się co 12; 15; 18 minut – przysypiam snem kamiennym.
W czasie niektórych skurczów wstaję, opieram się o łóżeczko synka i zaczynam oddychać przeponą kołysząc jednocześnie biodrami. Tak mnie bratowa uczyła, bo na SR w życiu nie byłam.
No więc radze sobie z bólem wg instrukcji made in bratowa
Między skurczami głaszczę się po brzuchu przemawiając w myślach do Huga, żeby był dzielny i dał radę a mamusia zrobi wszystko, żeby mu pomóc wyjść jak najszybciej. Jestem, o dziwo bo normalnie panikara ze mnie, bardzo spokojna i wyciszona. Podobnie jak cały dom. Mąż Mateo śpi, Ninka śpi, koty śpią. Jestem tylko ja i Huguś. I skurcze.
Mąż z córką wstają ok 8 rano. Mateo patrzy na mnie i pyta co się dzieje. Więc mówię, że mam skurcze, nie śpię od 3 ale, że to jeszcze potrwa więc niech jedzie do biura. No to jedzie. Ja zostaję z Ninką, bo dzień wcześniej skarżyła się na ból pipki i miała lekką temperaturę, więc do przedszkola nie idzie.
Robię nam śniadanie między skurczami. Jemy, siadamy do zabawy i wtedy goni mnie do wc po raz pierwszy. Za chwilę drugi, kolejny i jeszcze. Po szóstej wizycie przestaje liczyć, dzwonię do Mateo i mówię żeby wracał bo chyba jednak rodzę
Mateo wraca, zgarniając po drodze opiekę do Ninki.
Ja kończę się ubierać, sprawdzam torbę, żegnam się z Niną mając oczy pełne łez (to był jedyny moment, kiedy poczułam przerażenie i strach, że ją zostawiam) i wychodzimy. W szpitalu jesteśmy ok 12, w poczekalni pełno ciężarnych do przyjęcia, ale wszystkie do wywołania lub planowych cięć.
Zgłaszam więc, że ja ze skurczami i zostaję przyjęta poza kolejką. Położna przeprowadzając ze mną wywiad mówi cały czas, że ja bankowo nieporodowa, że ona przecież widzi, tzn że właśnie nic nie widzi i gdzie te moje skurcze. No to mówię, że coraz rzadsze, pewnie ze stresu
Przebieram się, przychodzi lekarz i chce mnie zbadać, więc wskakuję na fotel niczym rasowa antylopa.
Lekarz czeka na skurcz (jakieś 8 min leżę przed nim rozkraczona a on poirytowany, że panikę sieją a ja w ogóle bez akcji), na skurczu wkłada rękę i robi oczy jak 5 zł mówiąc, że dobre 7-8 cm.
Sobie myślę „no chyba Ty!!”.
Jakie 7-8 ?! Toż ja już powinnam na kolanach wyć jak Indianka wgryzając się jednocześnie we framugę
A ja zamiast tego martwię się o niedogoloną pipkę i nienakarmione koty rano
Idziemy na oddział.
Salowa wjeżdża z aparatem do ktg i mówi, że za chwilę położna przyjdzie.
No i przychodzi. Anioł mój kochany, pani Bożenka. Podłącza mnie pod ktg, bada raz jeszcze rozwarcie i zostawia nas samych.
Po 25 min sprawdza zapis, odpina kable i zaprasza na porodówkę.
Skurcze jakby częściej, ale nie bolą jakoś mocno.
Na porodówce nie wiem do końca co robić (jest ok 14:00) bo mam rodzić, ale mi się jakby odechciało.
Więc zaczynam skakać na piłce kręcąc jednocześnie sutkami.
I nic. Tzn skurcze nadal co 8 minut i takie na jeża średnie.
Po pół godz skakania i masowania Bożenka sprawdza rozwarcie. Dalej 8 cm, główka nieprzyparta.
Bożenka wie, że NIC wspomagającego mi podać nie mogą więc woła lekarkę (cudna kolejna młoda babeczka, drugi anioł) i dumają co by tu….
Lekarka mówi, że przebijemy pęcherz bo w badaniu bardzo twardy, napięty i wypiera główkę. Tłumaczy mi wszystko, przedstawia ryzyko z przebiciem związane i pyta co myślę. Przypominam sobie z art na temat VBAC fragmenty o przebiciu pęcherza i zgadzam się, bo ryzyko powikłań niewielkie.
No więc czekamy na skurcz i przebijamy. Ogrom, ale taki konkretny, cieplutkiej cieczy zalewa całe łóżko, szpital i okolice.
Tak mi się przynajmniej wtedy wydaje
Jest godzina 15:00, wody odeszły i czekamy w napięciu co teraz.
Długo nam czekać nie przychodzi.
15:05 pierwszy mega bolesny ból z krzyża. Sobie myślę „upsss, że to tak ma bolec?”
15:10 kolejny, 15:15 jeszcze jeden. Każdy następny sprowadza mnie do poziomu posadzki.
Idzie następny, cedzę przez zęby „Mateo masuj!!!!”, Mateo rzuca się na me krzyże z rękami, czuję dotyk i cedzę przez zęby ponownie „nie dotykaj błagam”.
Chcę żeby był, ale nie chcę żeby mi przeszkadzał. Każdy kolejny skurcz paraliżuje moje ciało komórka po komórce. Ale oddycham w skupieniu, bo myślę tylko o dziecku. Ja dam radę, jemu muszę pomóc. Tracę poczucie czasu, nie zerkam już na zegar, klęczę na podłodze z głową wtuloną w kolana męża. Na każdym skurczu nucę coś pod nosem. Nie pamiętam potem co, a Mateo twierdzi że byłam cicho.
Nie wiem ile mija czasu, czuję nagle że muszę przeć. Położna sprawdza rozwarcie i mówi, że jest 10 cm więc mogę.
Prę kilka razy i czuję dokładnie jak główka centymetr po centymetrze się obniża. Czuję jak mi się rozchodzą biodra, czuję że muszę stanąć szerzej (bo prę na stojąco) żeby synek miał miejsce, czuję jakby mi ktoś ogniem żywym palił między nogami. Bożenka każe dotknąć główkę. Dotykamy ją oboje, tzn jej czubek bo reszta schowana. Mateo patrzy w dół i mówi, że są włoski. Stoję na nim wsparta, on mnie całuje i szepcze do ucha „dasz radę, już niedługo”. Myślę „no przecież wiem, że dam”.
Czekam na kolejny skurcz, ale chcę się położyć bo tracę czucie w nogach. Z pomocą męża wdrapuje się na łóżko. Bożenka cały czas wpycha ręce w krocze próbując je ochronić, ale mówi – mocno zawiedzionym i przepraszającym tonem- że musi ciąć. Pyta o zgodę, więc kiwam tylko głową bo idzie skurcz więc nabieram już powietrza. Bożenka tnie (czuję to dokładnie), ja prę i nagle mija uczucie piekielnego ognia i wychodzi główka. Bożenka woła „Asia teraz nie przyj, trzymaj!!” ale niestety, nie powstrzymuję już tego. Prę bez skurczu i synek wyskakuje na ręce Bożenki.
A następnie ląduje na mych piersiach.
I wtedy czas staje w miejscu.
Dostrzegam zegar i godzinę 16:30, widzę że za oknem już ciemno, widzę wzruszonego męża który ma sine ręce od mojego w czasie parcia uścisku. Wszystkie szczegóły widzę i dostrzegam a cały świat przesłania mi ta mała, ciepła, bezbronna istotka na moim brzuchu. Wpatruje się we mnie zdziwionymi oczami a ja cały czas powtarzam w myślach „dałeś radę synku, jestem z Ciebie dumna”.
I nic już nie jest ważne.
To, że nie posłuchałam Bożenki i parłam bez skurczu przez co pękła mi cewka moczowa i zrobiło się pełno otarć. To, że z pękniętej cewki dostałam krwotoku, musieli mnie zacewnikować i szyli 45 minut.
Nic się nie liczy tylko to moje wielkie Szczęście, że jest Hug i że leżymy sobie razem przez te 2 godziny.
Zaczynam wyć dopiero wtedy, kiedy przypominam sobie o Nince. Że jej z nami nie ma, że nie widziałam jej już od rana.Tak jakby mi kawałka serca brakowało.
Dopiero, kiedy kilka dni później wracamy do domu, czuję i wiem że jesteśmy pełną rodziną i nie wiem, jak do tej pory mogliśmy tą rodzinę tworzyć bez małego chłopczyka, który właśnie leży wtulony w mą pierś i spokojnie oddycha co jakis czas słodko wzdychając.
Kocham moje dzieci, kocham mojego męża, jestem spełniona w 100% i wszystkim Wam życzę tego samego.
Tego spełnienia jakie daje kobiecie przeżycie tej magicznej chwili…..

„Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.” (Łódź)

     Dziś dwie diametralnie różne historie porodów Ani. Nie będę czynić żadnych wstępów – po prostu przeczytajcie!

      2010 – w tym roku przyszła na świat moja córcia. Celowo piszę, że 'przyszła na świat’, a nie że urodziłam, bo do dziś czuję, że to nie ja ją urodziłam – wyjęli ją ze mnie lekarze. Mam poczucie niezamkniętego cyklu. Mimo iż wiem, że właściwie nie było innego wyjścia – po pierwsze ułożenie miednicowe, po drugie hipotrofia i planowana cesarka na 17 dni przed terminem. Nie poczułam ani jednego skurczu, a moje dziecko było już ze mną.

Cesarkę zniosłam tak sobie – półtora tygodnia brałam leki przeciwbólowe, mąż pomagał mi wstać z łóżka, bo sama nie mogłam, przez półtora roku swędziała mnie blizna kiedy tylko robiło się deszczowo. I sam pobyt w szpitalu po porodzie i brak pomocy i zrozumienia ze strony położnych zdecydowanie mi nie pomógł. Ze względu na niska masę urodzeniową (2300g) moja córcia leżała w inkubatorze i po raz pierwszy zobaczyłam ją po 30 godzinach. Widział ją wcześniej tata i dziadkowie, a ja, jej mama, zobaczyłam ją po takim czasie. Z perspektywy stwierdzam, że miałyśmy dużo szczęścia z karmieniem piersią – poszło bez najmniejszego kłopotu, mimo że przez 30 godzin była na butelce. Moja córcia wkrótce kończy 5 lat, a skutki cesarki są nadal z nami – zaburzenia integracji motoryczno-sensorycznej, które znacznie częściej występują u 'cesarkowych’ dzieci.

            2014 – pozytywny test ciążowy! Byliśmy przeszczęśliwi. I od początku ciąży nastawiałam się na to, że nie dam się tak łatwo pokroić. Wiedziałam, że jeśli będą jakieś przeciwwskazania, to nie będę się upierać, ale wiedziałam też, że lekarze straszą konsekwencjami na wyrost. Postanowiłam poczekać – jeśli ułożenie miednicowe się powtórzy, to nie ma o czym mówić. Ale synek ułożył się prawidłowo, okulista dał zielone światło, byłam bardzo pozytywnie nastawiona do porodu sn. Niestety, mój lekarz prowadzący miał inne zdanie na ten temat – uważał, że w moim przypadku cesarka będzie najlepszym rozwiązaniem, ale oczywiście mogę spróbować jeśli chcę. Jednak przy każdej okazji kiedy była mowa o porodzie mówił mi, co złego się ewentualnie może wydarzyć. Ogólnie starałam się tym nie przejmować, ale miałam przez to chwile zwątpienia. Bałam się też, że trafię już z akcją porodową do szpitala i tam nikt nie będzie się mną przejmował, zarządzą cesarkę, powiedzą mi, że taka jest konieczność i tyle wyjdzie z mojego porodu naturalnego. Strach ten dodatkowo potęgował termin mojego porodu – zaraz po Wielkanocy. Przecież wszystko mogło zacząć się w Wielkanoc, a wiadomo jak jest w takim czasie w szpitalach. Przeszkadzałabym tylko lekarzom i położnym w świętowaniu.

Ale potem pojawiła się u mnie nadzieja – jest w Łodzi szpital prywatny, który ma umowę z NFZ (Medeor Plus) i można tam rodzić za darmo. Procedura wygląda tak, że w 36 tygodniu odbywa się tzw. wizyta kwalifikacyjna u ordynatora i jeśli z ciążą jest wszystko w porządku (warunek konieczny, bo szpital ma 1. stopień referencyjności), to dostajesz skierowanie i od 39. tygodnia możesz u nich rodzić. Pan ordynator zadał mi pytanie jak chciałabym rodzić, a kiedy odpowiedziałam, że bardzo bym chciała naturalnie, odpowiedział, że to świetnie, że to najlepszy sposób porodu dla dziecka i on nie widzi przeciwwskazań do próby sn. Wyszłam z tej wizyty przeszczęśliwa! Teraz tylko żeby akcja nie zaczęła się przed 39. tygodniem i wiedziałam, że się uda!

            Trafiłam na oddział tydzień przed terminem porodu w nocy z 1 na 2 kwietnia ze skurczami co 3-4 minuty. Na IP okazało się, że to jednak skurcze przepowiadające, bo na KTG się nie zapisują, po badaniu położna stwierdziła, że do porodu daleko, ale że mogą mnie przyjąć i jeśli się nic nie rozwinie, to jutro mnie w razie czego wypuszczą. Miałam położyć się spać i zbierać siły na ewentualną jutrzejszą akcję, ale skurcze nie pozwalały mi nawet leżeć, o spaniu nie wspominając. Około 5 rano udało mi się przysnąć na 1,5 godziny, ale potem znowu się zaczęło. Około 8 kolejne badanie i położna stwierdziła, że sytuacja wygląda znacznie bardziej porodowo niż w nocy. Jednak ja zaczęłam mieć wątpliwości – czułam, że skurcze zaczynają mi się w bliźnie, idą do góry brzucha i wracają do blizny. Bałam się, że ta blizna się rozchodzi. Ale położna mnie uspokoiła, powiedziała, że według niej jest wszystko w porządku. Około 9 był obchód, na którym ordynator gratulował mi decyzji o próbie sn i zachęcał do aktywności, bo podanie oksytocyny było raczej wykluczone. Spacerowałam zatem po schodach i korytarzu, masowałam brodawki. Skurcze były już wtedy naprawdę częste, co około 2 minuty i bolesne. O 12 badanie, podczas którego położna pozwoliła mojemu pęcherzowi płodowemu pęknąć i od tej pory akcja ruszyła na całego. Miałam dość – przez ostanie 30 godzin spałam 1,5 godziny, wszystko mnie bolało i było mi już wszystko jedno, czy mnie potną, czy nie. Ale położna stanęła na wysokości zadania, zmotywowała mnie, porozmawiała jak z człowiekiem, a nie kolejnym przypadkiem i zebrałam w sobie siły. Niedługo potem przyjechał mój mąż i już było mi łatwiej. A kiedy miałam rozwarcie na 4 cm dostałam upragnione znieczulenie. Pierwsza dawka niewiele pomogła, więc dostałam drugą, po niej cały ból zniknął. Rozwarcie zwiększało się bardzo szybko i nawet nie wiem kiedy usłyszałam, że jest magiczne 10cm, na lewy bok i przemy. Potem położna przyniosła taki uchwyt do łóżka porodowego, żebym mogła rodzić w kucki. Podczas rodzenia dotknęłam główki, co dodało mi sił. Oraz niezrównana położna przyniosła lusterko, żebym mogła wszystko widzieć – dla mnie była to rewelacja, wiem, że nie wszystkie kobiety by chciały widzieć, co tam się dzieje, ale mnie to bardzo pomogło i motywowało. I cały czas słyszałam od położnej 'Ania, jak Ty pięknie przesz, Anusia, naprawdę super!’. I o 15.40, 3.40 godzin od odejścia wód płodowych przyszedł na świat Wojtuś – malutki, 50cm, 2850g. Nie zostałam nacięta, nie pękłam. Od razu trafił na mój brzuch, a ja zaczęłam bardzo płakać – ze szczęścia. Dałam radę, urodziłam naszego syna! Jest cały i zdrowy i leży na moim brzuchu, a nie w inkubatorze! Leżał tak 2,5 godziny, dopiero wtedy został zważony i zmierzony. Niezrównana położna powiedziała: 'Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.’ Postawa położnej sprawiła, że naprawdę miałam poczucie, że urodziłam po ludzku, tak jak chciałam i tak jak było najlepiej dla mojego dziecka. Następnego dnia rano na obchodzie ordynator mi serdecznie gratulował, co było bardzo miłe.

            Wojtuś ma już 3 tygodnie i gdyby nie kilka nadprogramowych kilogramów, nie pamiętałabym, że byłam w ciąży i rodziłam. Doszłam do siebie błyskawicznie, od razu byłam w stanie opiekować się moim synem, dzięki temu nie poznał smaku mleka modyfikowanego i nie był zawijany w rożek jak mumia, bez możliwości swobodnego poruszania rączkami i nóżkami (córkę to spotkało, wygodniej położnym zajmować się takim zawiniątkiem). Było dokładnie tak jak chciałam. I zgadzam się z twierdzeniem, że poród jest w głowie kobiety – naprawdę dobre nastawienie może zdziałać cuda 🙂

Mój VBAC (Warszawa)

Bywają sytuacje, kiedy cięcie cesarskie jest jedynym rozwiązaniem pozwalającym dziecku bezpiecznie przyjść na świat. Tak było w przypadku córeczki Joanny. Jednak nawet przy bezwzględnie jasnych i niezaprzeczalnych wskazaniach do cc, matka niejednokrotnie czuje żal i tęsknotę za doświadczeniem naturalnego porodu, którego nie dane było jej (wcale lub w pełni) przeżyć. Warto ten żal uszanować i przepracować, z doświadczeń wyciągnąć wnioski na przyszłość, uzbroić się w wiedzę i wspierające dusze wokół siebie, a w kolejnej ciąży… kto wie? Może historia potoczy się tak szczęśliwie jak u bohaterki dzisiejszej historii…

Zacznijmy od początku, czyli pierwszego porodu. A był on zaskakująco niefortunny, zważywszy na przebieg ciąży. Przez całe dziewięć miesięcy czułam się świetnie, pracowałam naukowo, regularnie chodziłam na basen, duuuużo spacerowałam i miałam świetne wyniki. Do porodu – poza szkołą rodzenia – niespecjalnie się przygotowywałam, oczekując, że odbędzie się „z automatu” jak natura chciała. Z tak dobrym samopoczuciem wymarzyłam sobie poród w Domu Narodzin (jest takie cudo przy Szpitalu św. Zofii w Warszawie), bez lekarzy, interwencji medycznych i prawie jak w domu. Życie zweryfikowało te plany. Akcja zaczęła się nieoczekiwanie w 39tc od zielonych wód płodowych – co w szczególności stanowi natychmiastową dyskwalifikację do porodu w Domu. Z ciężkim sercem pojechałam do szpitala – na szczęście z córcią było wszystko w porządku: tętno dobre, stabilne, tylko skurczów brak. Zostałam przyjęta na porodówkę z nadzieją, że „kiedyś” zacznie się prawdziwa akcja. Czekaliśmy. Po 7 godzinach położna zaproponowała oksytocynę. Zgodziłam się z dużą niechęcią, ale wciąż nadzieją na poród drogami (skoro już nie siłami) natury. Po oksytocynie powoli zaczęły się skurcze, ale poza koszmarnym bólem, nie dawały zbyt wiele szyjce macicy. W końcu, po 18h od przyjęcia i 11h oksytocyny doszło do zakażenia – ja odpłynęłam z wysoką gorączką, dziecku skoczyło tętno i zapadła – jedyna w tych okolicznościach słuszna – decyzja o natychmiastowym cięciu. Córka na szczęście urodziła się śliczna i zdrowa. Ja wyszłam na tym obiektywnie trochę gorzej (cięcie „w trybie pilnym” , gorączka i bardzo duża utrata krwi). Szczęściem w nieszczęściu, zniosłam to całkiem nieźle – co nie zmienia faktu, że z sali pooperacyjnej wyszłam dopiero następnego dnia po południu, a córkę na stałe do swojego pokoju dostałam po prawie dwóch dobach. Na szczęście – tu brawa dla personelu – udało się przytulić maleństwo jak tylko przebudziłam się z operacji (po ok. 5h), a dzięki wizytom na oddziale noworodkowym utrzymałyśmy karmienie piersią. Mimo wszystko jednak pozostało poczucie, że coś poszło nie tak. Na dodatek córka była wrażliwym (czyt. krzykliwym ;-)) dzieckiem, a ja, bombardowana artykułami o wyższości psn nad cc wmawiałam sobie, że jej kolki to wynik niechcianej cesarki. Cóż, trzeba było swój żal jakoś odchorować.

Minął rok od pechowego porodu, córka wyrosła z trudnego niemowlaka na cudowną dziewczynkę i okazało się, że znów jestem w ciąży. I choć wszyscy w rodzinie przyjęli jako pewnik, że „po cesarce to już tylko cesarka”, ja postanowiłam spróbować. Tym razem przygotowałam się lepiej. Przede wszystkim, odżałowałam pierwszy poród. Zdecydowałam się też tym razem skorzystać z usług położnej z doświadczeniem we VBAC (którą zresztą znalazłam na tej stronie). No i dobrze się nastroiłam – tu dziękuję Facebookowej grupie wsparcia za masę pozytwnych historii. Ciąża znowu przebiegała bez większych problemów – a mając w głowie VBAC dbałam o zdrowie podwójnie. Mój lekarz, choć lekko sobie żartował z moich ambitnych planów, po obejrzeniu blizny i ocenie dziecka na USG dał mi zielone światło.

Tym razem akcja zaczęła się od skurczów, dokładnie po zakończeniu 38. tygodnia. Najpierw pojawiły się skurcze bolesne, ale nieregularne, które w codziennym zabieganiu wokół niespełna dwulatki w zasadzie zignorowałam. Dopiero po kilkunastu godzinach, gdy przez całą noc nie mogłam zasnąć – nie tylko z powodu marudzącego dziecka – zaczęłam je śledzić. O dziwo, okazały się, że nie tylko regularne, ale nawet zagęszczające się. Gdy były co 5-7 minut, zadzwoniłam do położnej, ale jeszcze spokojnie poszłam się kąpać i szykować wczesne śniadanie. Jak częstotliwość wzrosła do 3-5 minut, zapadła decyzja, żeby jechać do szpitala. Nie miałam poczucia, że „to już”, ale za radą położnej pojechałam – faktycznie, okazało się, że poród się zaczyna, choć szyjka ma jeszcze długą drogę do przebycia. I tu nastąpiła pierwsza nieprzyjemna niespodzianka – w szpitalu skurcze zelżały, rozjechały w czasie i znowu trzeba było czekać… Chodzenie, skakanie na piłce, masowanie brodawek – nic. Dobre 4h po przyjęciu do szpitala szyjka nie drgnęła ani o centymetr. Moja położna dała mi wybór – albo przyjęcie na oddział patologii ciąży, albo oksytocyna, albo przebijamy pęcherz. Uznałam, że trzecia opcja ma największą szansę powodzenia. Skurcze faktycznie się nasiliły, ale postęp był nadal powolny – przynajmniej postęp szyjki, bo jeśli chodzi o ból, to stał się znacznie mocniejszy. Przy 4 cm – do których dojście trwało w moim odczuciu wieczność, choć w rzeczywistości „jedynie” 7,5 h – poprosiłam o znieczulenie. I to był moment przełomu. Po znieczuleniu, wymęczona, położyłam się na godzinkę odpocząć. Jak wstałam, było już 10 cm rozwarcia, a po krótkim prysznicu i spacerze – pełne. Dodatkowo, miałam to szczęście, że znieczulenie jeszcze trzymało, więc fazę partą przeszłam niemal bezboleśnie, w euforii i poczuciu, że już jestem minuty od spotkania z synkiem. I tak faktycznie było – parcie poszło szybko, a ja wręcz czułam, jak z każdym wydechem jesteśmy coraz bliżej i bliżej rozwiązania. Po główce, reszta ciałka już niemal wyskoczyła, a ja mogłam przytulić moje małe, wyczekiwane cudo. Synek trafił od razu na brzuch mamy, a ja – jeszcze na fotel na szycie (pęknięcie powierzchowne, ale nieregularne, więc szycie trwało chyba z godzinę). Nic mi to jednak nie przeszkadzało – kolejne 3 godziny z przytulonym synkiem były najpiękniejszą chwilą porodu. I takich chwil Wam wszystkim życzę.

A w ramach ciekawostki dodam, że na 3 dni przed porodem byłam u lekarza, który stwierdził, że synek jest jeszcze drobny (2700g) a szyjka długa (4,5 cm) i twarda, więc do porodu jeszcze baaaardzo daleko. „Prawie” się sprawdziło 😉 Syn ważył 3200g, choć faktycznie był krótki – stąd pewnie nie zmieścił się w statystycznych wyliczeniach ultrasonografu.

Poród „zaplanowany” (Łódź)

Dziś mam dla Was dwie pouczające, motywujące i do tego napisane lekkim piórem z dozą humoru historie. Dwa porody Iwony – rozpoczynający się naturalny poród zakończony niespodziewanym cięciem cesarskim i planowane cięcie cesarskie, które zmieniło się w szczęśliwy VBAC!

Do ich przeczytania zapraszam na stronę Iwony:

Płaczę już tylko ze szczęscia (Kraków)

Czasem mamy, które mają za sobą przebyte cięcie cesarskie bardzo łatwo i szybko „skazywane” są na kolejne cięcie. Zawsze warto jednak weryfikować taką diagnozę u innego, najlepiej bardziej doświadczonego i przyjaznego VBAC lekarza. Bo opinie wśród lekarzy na temat tej samej osoby i tego samego przypadku medycznego bywają nad wyraz rozbieżne. Oto historia Marzeny:

Zacznę od początku, kiedy to 19 miesięcy temu miałam cc z przyczyn do tej pory nikomu niewyjaśnionych. To, co teraz napiszę może stać się niewiarygodne , ale tak tak było. W pierwszej ciąży było wszystko w porządku do 7 miesiąca – dobre wyniki, tyle, że przybierałam na wadze. Pracowałam do końca 5 miesiąca. Pod koniec 7 miesiąca ważyłam +19 kg więcej, a w 8 miesiącu dodatkowo 20 kg przytyłam w niecały miesiąc – to nie była wina objadania się. Do szpitala trafiłam w 32 tyg z bólem kolki nerkowej ( myślałam, że oszaleje, ból był nie do wytrzymania). Dodatkowo z dnia na dzień było co raz gorzej: nadciśnienie (co nigdy nie miałam problemów z ciśnieniem) w granicach 170/110, tętno około 110-120, przybieranie na wadzę w ciągu jednego dnia +3 kg (dlatego, że nie oddawałam moczu, a kazali pić duuuuużo wody, bo były upały i mimo cewnikowania nic), przewlekle choruje na niedoczynność tarczycy, kłopoty z oddychaniem – spanie w pozycji siedzącej i podłączenie do tlenu oraz woda w płucach i ogromne obrzęki – yglądałam jak balon. Lekarze załamywali ręce, nie wiedzieli co ze mną zrobić. Dostałam sterydoterapię i podjęli decyzję o cc w trybie natychmiastowym w 35 tyg+1. Dziecko urodziło się zdrowe, (cała byłam opuchnięta a małowodzie miałam w brzuchu-było to dodatkowe zagrożenie), waga dziecka 2500, 49 cm , i 10 pkt Apgar.  Po porodzie byłam jeszcze długoo w szpitalu, miałam robione wszystkie badania przesiewowe, wymazy , badania na gruźlicę itd, utrzymywała mi sie gorączka 38,5 st, leżałam sama na sali. Było źle, prawie popadłam w depresję, dziecko leżało w inkubatorze i wzięłam je dopiero na swoje ręce po 14 dniach ;-(. Straciłam pokarm po tygodniu.  Dużo stresów i nerwów mnie to wszystko kosztowało.

Minął pewien czas i okazuje się, że ponownie jestem w ciąży. Rodzina i znajomi załamywali ręce, bali się , że tym razem mogę po prostu nie przeżyć. Ddodam, że w rodzinie mojej ani mojego męża nikt nie miał takich problemów, sam ordynator szpitala mówił , że w porę mnie z tego wyciągnęli i że jestem pierwszym takim ,,przypadkiem” (robiłam później badania pod kątem immunologicznym, ale nic nie wykazały).

Druga ciąża przebiegała prawidłowo, książkowo można powiedzieć – na wadzę +16 kg , wyniki super.  Ze względu na to, że był nie daleki odstęp czasowy między porodami nastawiałam się na cc, choć w głębi serca chciałam poczuć jak to jest urodzić naturalnie –   nigdy nie dałoby mi to spokoju, gdybym się nie przekonała sama. Lekarz prowadzący, lekarz u którego byłam prywatnie, lekarz od usg – każdy z osobna mówił, że będzie cc, „proszę się nastawić na cc, Pani Marzeno”. Tak też zrobiłam – przygotowałam się na cc. Myślę sobie: decyzja zapadła. 18 lutego miałam iść na konsultację do Ordynatora szpitala w celu ustalenia terminu cc. Zostałam dokładnie przebadana, szerokość blizny 2,1 cm uznana za poprawną i …. dostałam kwalifikację do porodu sn. Myślałam, że to jakiś żart, od razu zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że lekarz nie wie co mówi, miałam zmienić szpital, w którym chciałam rodzić , byłam rozstrzęsiona, ogarnął mnie strach. Wtedy też dołączyłam do WAS kochane – do mojej grupy wsparcia po cc 🙂 [facebookowa Grupa Wsparcia NATURALNIE PO CESARCE – przyp.red.]. Zaczęłam dużo czytać czy da się urodzić sn, aż w końcu bardzo się nakręciłam i podjęłam decyzję, że się nie poddam.

Termin porodu miałam na 8 marca 2015 r. Nic się nie działo , czekałam cierpliwie, aż zacznie się akcja.  6 marca odpadł mi czop śluzowy w całości, później miałam śluzową wydzielinę podbarwioną krwią i tak było codziennie. Minął termin i 13 marca poszłam na wizytę do lekarza który dał mi skierowanie do szpitala i następnego dnia miałam mieć wywoływanie okstytocyną. W poprzednich dniach nie wychodziły skurcze ani nic na ktg. Cały czas wierzyłam tylko w to , że musi się udać. W głowie miałam moją małą 19 miesięczną córeczkę i jak najszybciej chciałam wrócić do domu. 13.03 zrobiono mi usg z którego wynikało, że dzidzia będzie ważyła mniej więcej 3800 g. Lekarz mówił, że mam być wypoczęta i rano po mnie przyjdą. Nie przespałam praktycznie całej nocy, walczyłam z myślami, ale ani na chwilę nie przestałam WIERZYĆ w to, że może coś pójść nie tak. Myślałam, że muszę zrobić wszystko ,żeby nie mieć cc , po którym wcześniej tak długo dochodziłam do siebie.

14 marca 2015 r. o godz. 7 przyszła położna prosić mnie na salę porodową. 7:30 dostałam pół dawki oksytocyny, ból w podbrzuszu zaczął się nasilać i zaczynałam czuć skurcze. bBrałam prysznic, chodziłam po schodach od góry do dołu. Ból był co raz większy. Podjęłam decyzję, że urodzę bez znieczulenia, ale nastąpił kryzysowy moment i na 6 cm rozwarciu poprosiłam o znieczulenie. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał mnie niesamowicie, a położna na której dyżur trafiłam to CUD a nie kobieta- towarzyszyła mi od godziny 7 rano do 19 , później była zmiana dyżuru. Był moment, że już miałam błagać, żeby zrobili mi cc, myśłałam, że nie dam rady, że jak to jest, że niektóre rodzą dzieci w 2 godziny, a u mnie tyle już schodzi, ale wytrwałam do końca. O godzinie 20:30 przyszedł na świat mój SYNEK i wcale nie taki mały 4130 g (czyli usg się dużo pomyliło ) i 58 cm i dostał 10/10 pkt APGAR.  Płakałam ze szczęścia i teraz pisząc ta historię też płaczę , a płaczę już tylko ze szczęscia …..

1799916_861285387246090_4469828117183569287_o

Podsumowując, jak widzicie ciąża ciąży nie równa. Po porodzie wyszłam 17 marca do domu i w tym momencie czuje się najszczęsliwszą kobietą na świecie. Udoowodniłam sobie i wszystkim dookoła, że można urodzić po cc, tylko trzeba być pozytywnie nastawionym, chcieć tego i wierzyć w to, że się uda … Dziękuję mojemu najwspanialszemu mężowi, że był ze mną do końca, wszystko dokładnie widział i trzymał mi wysoko nogi jak było trzeba 😉 bo sił już nie miałam.  Moment kiedy Maluszek się pojawił na moim brzuchu – nie do opisania! O wszelkich bólach już dawno zapomniałam!

BŁAGAM WAS NIE PODDAWAJCIE SIĘ !!!!!!!!!!!!!!!
I wklejajcie historię swoich porodów – to bardzo motywuje inne osoby i podnosi na duchu – tak było w moim przypadku.

Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. (Warszawa)

Choć każdy poród jest odrębną historią i nie można do końca przewidzieć jaki będzie miał przebieg, statystycznie kobiety po jednym udanym porodzie naturalnym po cc mają zwiększone szanse na kolejny VBAC. Półtora roku temu na portalu pojawiła się historia szczęśliwych naturalnych narodzin córeczki Danusi. Kilka dni temu na świat przyszedł trzeci, a drugi urodzony siłami natury, potomek Danusi. Oto opowieść o tym porodzie:

Pierwsze dziecko urodziłam przez CC. Poród indukowany po terminie, po kilkunastu godzinach, przy pełnym rozwarciu przez prawie 2 godziny,  zdecydowano o CC z powodu „braku postępu porodu” .

Drugi poród przeżyłam dużo bardziej świadomie nastawiając się na poród siłami natury po CC. Przeżyłam wspaniały, energetyczny poród, który dał mi wielką moc. Mimo nacięcia i ogólnego zmęczenia fizycznego wspominam to wydarzenie w kategoriach nadprzyrodzonych.

Przygotowując się do trzeciego porodu myśli kierowałam w stronę kolejnego VBAC. Czasami nawet zarzucałam sobie, że za bardzo się nastawiam i co to będzie, gdyby się nie udało. Nachodziły mnie sprzeczne myśli. Mimo udanego VBAC, który miałam za sobą, musiałam po raz kolejny przejść myślami drogę, co robić. Wspierała mnie siła płynąca z modlitwy. Wątpliwości nie miałam, że poród, który zacznie się spontanicznie ma duże szanse na pozytywne zakończenie siłami natury. Jednak mojemu synkowi się nie spieszyło. Może nie tyle się nie spieszyło, co wiedział, że na wszystko jest czas.

Miałam wyznaczony termin porodu z USG. Termin ten nie był zgodny z moim terminem, który wyznaczyłam na podstawie obserwacji cyklu. Mimo, że różnica nie była wielka – 3 dni, ale w przypadku porodu po cięciu cesarskim procedury szpitalne są nieubłagane. Termin – dzień święty i koniec. Trzymałam się jednak „mojego” terminu. Miałam wspaniałego lekarza, który tak jak poprzednio był pewien, że urodzę sn. Również moja położna wspierała mnie w oczekiwaniu. W dniu „mojego”  terminu zgłosiłam się na Izbę Przyjęć.  Młoda lekarka, która mnie zbadała od razu uznała, że należy mnie położyć do szpitala, bo jest już po terminie, a ciąża po cesarce, więc nie można przedłużać. Pechowo się złożyło, że w tym samym czasie córka przechodziła infekcję rotawirusową. Nie wyobrażałam sobie leżenia w szpitalu i indukowania porodu, podczas gdy moje dziecko wymiotuje w domu. Odmówiłam hospitalizacji. Telefonicznie skonsultowałam się z moim lekarzem i położną, którzy mnie upewnili w mojej decyzji. Kolejnego dnia rotawirus dopadł mojego męża. Następnego ja czułam się fatalnie. Jadąc na Izbę Przyjęć na kontrolne KTG byłam w kiepskiej formie. Było to już 4 dni po terminie z USG i 1 dzień po moim terminie. Całe szczęście doświadczona lekarka , która mnie badała uznała, że nie widzi powodów do hospitalizacji i żebym za 2 dni znów stawiła się na kontrolne KTG.

Wieczorem usypiając najstarszego syna poczułam lekkie skurcze. Były w miarę regularne, ale niezbyt bolesne. Około godziny 22 skurcze nadal były regularne co 10 minut, ale ciągle niezbyt uciążliwe. Gdyby to było pierwsze dziecko pojechałabym na Izbę Przyjęć. A przy trzecim dziecku nauczona doświadczeniem zdecydowałam, że idziemy spać. Porodu na pewno się nie prześpi, a trzeba zebrać siły. Nie wiadomo kiedy się zacznie. Wykąpałam się, umyłam włosy i położyliśmy się z mężem spać. Około godziny 1:30 skurcze wypędziły mnie z łóżka. Zdecydowałam trochę je rozchodzić. W sumie już wiedziałam, że to już zaczyna się poród.  O godzinie 2 zaczęły się już dość mocne skurcze co 3-5 minut, których już nie mogłam ignorować.  Zadzwoniłam do położnej. Akurat miała dyżur w szpitalu, więc  powiedziała, że jak uznam, że chcę przyjechać, żeby dać jej znać. Rozłączyłam się, ale po 5 minutach zadzwoniłam, że chyba przyjedziemy. Skurcze już wymagały ode mnie pozycji kolankowej, więc chyba lepiej się zbierać. Zadzwoniłam po dziadków, żeby przyjechali do starszaków. O 2:30 wyjechaliśmy do szpitala. Skurcze były co 3-4 minuty. Mylące było to, ze nie trwały minuty. Były zdecydowanie krótsze. Mocne, ale krótkie. W szpitalu byliśmy o godz. 3. Nasza wspaniała położna już na nas czekała. Zbadała mnie – 4 cm rozwarcia. OK – pomyślałam, nie jest źle. Bałam się, że przez te krótkie skurcze rozwarcie słabo postępuje. Ale 4 cm na wstępie to nie jest źle. Potem miałam jeszcze podpisać jakieś dokumenty.  W międzyczasie zmieniałam pozycję na klęk podparty ku ogólnemu zaciekawieniu gawiedzi zebranej w Izbie Przyjęć. Jak tylko minął skurcz szybko stawałam, żeby jak najszybciej skończyć formalności. Po takim zachowaniu lekarka od razu przyspieszyła proces rejestracji – „wieloródka z 5 cm na porodówkę”.  W ekspresowym tempie doszłam do sali porodowej,  gdzie okazało się, że jest już pełne rozwarcie.  Faza parcia 15 minut i Synek był na świecie. Pęcherz płodowy pękł gdy już wyłaniała się główka. Nawet chciałam, żeby położna go przebiła wcześniej, żeby było ciut lżej, ale ona ze spokojem kazała czekać, aż sam pęknie. I bardzo dobrze, bo okazało się, że synek był dwukrotnie owinięty pępowiną. Wcześniejsze przebicie pęcherza mogłoby być dla niego niebezpieczne.

Od wejścia do szpitala minęło niecałe 50 minut. Poród bez nacięcia, żadnych ingerencji medycznych (nawet wenflon założony miałam już w fazie parcia, bo nie zdążyli wcześniej), z zaskoczeniem, że tak szybko, z euforią, że moje dziecko już jest przy mnie i wdzięcznością do Boga, Maryi, Świętych,  których wcześniej prosiłam o wsparcie, męża, wspaniałej położnej i całego świata, że mogłam po raz kolejny doświadczyć cudu narodzin. Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. Wszystko przebiegło wspaniale, sprawnie. Nawet nocna godzina okazała się zbawienna, bo do szpitala jechaliśmy pół godziny, a w dzień są takie korki, że jechalibyśmy z pewnością ponad godzinę. Wolę nie myśleć co by wtedy było.

Moje wnioski: warto marzyć o pięknym porodzie, warto te marzenia wspierać modlitwą, warto mieć zaufaną, mądrą położną, która jest niezwykle ważnym wsparciem, warto mieć wsparcie w najbliższych,  warto mieć lekarza, który wspiera pomysł VBAC, warto prowadzić obserwacje cyklu, żeby termin porodu był możliwie najbardziej wiarygodny.

Nie warto zgadzać się na indukcję, nie warto przyspieszać akcji porodowej, nie warto spieszyć się na porodówkę przy pierwszych skurczach, nie warto dać się położyć do szpitala, tylko dlatego, że minął termin. Jeżeli wszystko z dzieckiem jest dobrze, lepiej zaufać naturze i cierpliwie czekać na samoistne rozpoczęcie porodu.