Archives

Wiem, że mogę wszystko! (Kielce)

Wbrew namowom lekarzy na cc, mimo tzw. obciążonej przeszłości położniczej (poronienia, leczenie), trudnej ciąży i tego, że poród rozpoczął się przedwcześnie, determinacja i zaufanie Anity do własnej intuicji doprowadziły ją do szczęśliwego porodu siłami natury. Oto historia narodzin malutkiej Basi:

Pierwszą córkę urodziłam w 2007 roku. Ciąża była książkowa, pracowałam do 8 mc, chodziłam z mężem na szkołę rodzenia. Dzień przed porodem moja lekarka skierowała mnie do szpitala ponieważ miałam prawie 3cm rozwarcia ale bez bóli, więc wypuścili mnie do domu. W domu ok. 2 w nocy ( to była sobota wielkanocna) dostałam pierwszych skurczy. W ciągu kolejnych 30 minut skurcze były coraz częstsze i regularne. Kiedy dotarliśmy do szpitala okazało się, że rozwarcie jest już na 5 cm a ja mam regularne skurcze co 5 minut. Od razu skierowali nas do sali do porodów rodzinnych (ominęła mnie więc przyjemność lewatywy). Zanim mój mąż sie przebrał, ja już miałam pełne rozwarcie. Co dziwne, nie odeszły mi wody….Teraz mogę podejrzewać że poród był przedwczesny (do tej pory nie wiem który to był tydzień ciąży bo miałam bardzo nieregularne cykle od 30 do nawet 50 dni  i ciężko mi było ustalić, bo nie spodziewałam się, że tak szybko zajdę w ciążę). Skurcze były coraz częstsze, położna mówiła, że jeszcze pół godziny i będzie po wszystkim. Zaczęłam przeć. Nagle zaczął pikać aparat do KTG, położna podeszła, kazała mi się przekręcić i tętno wróciło do normy. Potem z kolejnym skurczem to samo. Położne zadzwoniły po lekarza, powiedział że główka jest nisko, zaczął mi strasznie gmerać ,co w połączeniu ze skurczami było straszne. Tętno raz malało raz rosło. Ja oddychałam jak na szkole rodzenia, chciałam dotlenić dziecko. W efekcie zaczęła mi drętwieć twarz i ręce więc podali mi tlen. Próbowałam przeć, ale tętno nadal spadało. Lekarz podjął błyskawicznie decyzję o CC. Ja nie wiedziałam co się dzieje, byłam półprzytomna, dokumenty podpisywałam w jakimś amoku. Potem było łóżko na które mnie przeprowadzili (sale były połączone) a raczej przeciągnęli bo nie mogłam iść (ja to pamiętam fragmentami). Pamiętam tylko szczypiacy żółty płyn, anestezjologa który zapytał jakie robimy znieczulenie i tekst gina: ogólne, bo nie ma czasu. Potem maska na twarz i odpłynęłam. Ala urodziła się z wagą 3050 gram, 53 cm o 4:50 i dostała 9pkt (jeden odjęty za zabarwienie skóry).

Wybudzili mnie zaraz po CC, pamietam już jak jechałam korytarzem i pytałam męża co nam się urodziło (nie chcieliśmy znać wcześniej płci). Potem długie dochodzenie do siebie, koszmarne ciągnięcie do dołu. No i straszna trauma, bo to nie tak miało być. Fakt, że dziecko przynieśli mi zaraz na salę i cały czas miałam ją przy sobie na łóżku. Na szczęście nie miałam tak jak dziewczyny po ZZO, że nie mogą się ruszać. Ja po południu już wstałam z łóżka. Ale było ciężko. Nie mogłam przeżyć, że mąż widział Alę pierwszy, że nie miałam jej na brzuchu…Po porodzie okazało się że córka ma obustronne krwiaki na główce w związku z trudnym porodem, na szczęście zostały ściągnięte i nie było problemu.

Rozumiałam że lekarze ratowali moje dziecko przed niedotlenieniem, w karcie było wpisane : konflikt pępowinowy i zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu. Byłam im wdzięczna, ale i tak miałam żal do losu, że tak wyszło i zazdrościłam koleżankom po SN…

Nie miałam jako takiej traumy po porodzie, większa była dla mnie trauma po samym CC. Dopytywałam się lekarzy czy kolejne dziecko mogę rodzić SN, ale dla nich to jeszcze wtedy była utopia na zasadzie „zobaczymy”. Kiedy chciałam założyć na parę lat spiralę domaciczną dowiedziałam się, że nie jest to możliwe ze względu na patologicznie krótką szyjkę. Ginka nie wiedziała czy ja już taką miałam przed porodem czy to dlatego że CC było robione przy pełnym rozwarciu i blizna nie pozwoliła jej wrócić do stanu pierwotnego. Sama blizna na brzuchu  zagoiła się dobrze:)

Minęły 4 lata, zdecydowaliśmy się na 2 dziecko, dosyć szybko zaszłam w ciążę, ale poroniłam. W ciągu kolejnego 2,5 roku poroniłam jeszcze 3 razy. Miałam 2 zabiegi łyżeczkowania, 2 razy poroniłam samoistnie. Nie będę opisywała ze szczegółami swojej walki, bo to nie temat przewodni opowieści:) Napisze tylko tyle, że moje leczenie trwało rok, wydaliśmy masę pieniędzy na badania, leki i szczepionki ale udało się w lutym 2014. Ciążę miałam cieżką, z reklamówką leków, plamiłam do 11tc (krwiak podkosmówkowy), głównie leżącą (w 17tc miałam założony pessar na szyjkę przy długości ok. 25 mm). Potem ta długość była coraz krótsza, w 22 tc doszło rozwarcie na palec.

Od początku wiedziałam że chcę urodzić SN. Pytałam mojej ginki i tak naprawdę ona była przeciwna, ale stwierdziła, że wszystko zależy od samego porodu. W szpitalu w którym lądowałam dużo razy mówili mi to samo. Miałam nadzieję, że uda mi się dotrwać do 37tc, bo mój mąż pracuje za granicą, akurat mieli mi zdejmować pessar i chcieliśmy mieć poród rodzinny. Niestety pod koniec  34tc w niedzielę odszedł mi czop śluzowy, zaczęły męczyć mnie lekkie skurcze. We wtorek (35tc) poszłam do ginki na wizytę a Ona stwierdziła że pessar trzyma, ale AFI jej sie nie podoba – wyliczyła że wynosi 7 a niby parę dni wcześniej było 11. Powiedziałam jej o skurczach ale na KTG się nie pisały. Zapytała się czy chcę jechać do szpitala – ja już byłam spakowana, więc jak najbardziej. W szpitalu zbadali mi wody – okazało się, że to fałszywy alarm, wody nie wyciekały, a AFI w porządku. Na USG wychodziło że mała waży 2650 i lekarz powiedział że jest o nią spokojny. Ale….na fotelu po badaniu dostałam skurczy i to takich co 5 minut. Zaczęli w mnie ładować magnez i nospę, ale to mało pomagało. W końcu po całej dobie skurczy co 3 minutowych i interwencji mojej ginki dostałam fenoterol. Wstrzymał mi skurcze, ja leżałam z nogami do góry, wstawałam tylko do łazienki. Ale zanim go dostałam wymacali mnie na fotelu, badało mnie 3 ginekologów chociaż nie chciałam. Wytrzymałam więc tylko 2 dni. Efekt był taki, że za którąś wizytą w łazience kapnęłam sie że coś jest nie tak – sikało ze mnie jak z kranu. Zbadałam PH paskami i już wiedziałam, że to wody. Jeszcze z kroplówką wzięli mnie na fotel a ja sikałam wodami. Po badaniu przez pessar wyszło mi 7 cm rozwarcia. No i szybka akcja, z tymi sikającymi wodami zabrali mnie na porodówkę. Zdążyłam tylko zadzwonić do mamy, że odeszły mi wody i rodzę. Na porodówce nie pozwolili mi już nic robić, raz tylko puścili mnie do łazienki na chwilę, zdążyłam zadzwonić do męża i już położna stukała w drzwi czy wszystko OK. A ja już miałam skurcze pomimo niedawnego feneterolu. Na porodówce dałam im mega zagwozdkę, bo chcieli mnie wziąc na CC a ja powiedziałam, że nie chcę. Gin z paniką w oczach wydzwaniał do mojej ginki jakie były ustalenia. Co parę minut podchodził do mnie i pytał czy zdaję sobie sprawę z konsekwencji: pęknięcia blizny, krwotoku, straszył, że nie urodze bo mam wąskie biodra, za mały brzuch, jestem po poronieniach, więc na bank coś będzie nie tak z łożyskiem itd itp. Kazał mi napisać całe wypracowanie i podpisać (ja już miałam skurcze). Więc zdjęli mi krążek a tam 10cm rozwarcia. Dalej namawiali mnie na CC….A ja po prostu wiedziałam że muszę urodzić SN – to mi dawało powera. Na szczęście miałam super położną, po prostu rewelacja…Za każdym razem jak miałam skurcz wsadzała mi palce (bolało mega) i wody nadal ciekły…Było ich baaardzo dużo. Nie pozwolili mi już wstać, musiałam wysikać się na basen bo bali się, że urodze na podlogę. Robiłam na łóżku takie wygibasy że głowę miałam między nogami a rękami obejmowałam stopy (przed porodem dużo ćwiczyłam). Za chwilę już wiedziałam że musze przeć, za 3 skurczem urodziłam.

Położna bardzo mi pomagała, w końcowej fazie porodu były 3 położne koło mnie:) Basiula urodziła się  z wagą 2700, 51cm i dostała 10 pkt. Rodziła się z rączką przy buzi, więc przy drugim skurczu mnie nacięli w bok. Teraz dowiedziałam sie, że do tego była okręcona wokół szyjki pępowiną. Ale non stop monitorowali jej tętno bo ja miałam hopla na tym punkcie po historii z moją Alą. Jak położyli mi Basię na brzuchu to nie mogłam uwierzyć że to już, że się udało…Płakałam jak bóbr jak usłyszałam jej płacz i wiedziałam, że będzie dobrze. Poprosiłam tylko neonatolog żebym mogła ją nakarmić.Powiedziała że jak będzie OK to ją przyniosą. I przynieśli a mała od razu sie dossała, moja kochana. Dostała 10pkt. Zabrali ją na niecałą dobę do inkubatorka żeby ją ocieplić ale w nocy dostałam ją do karmienia. Widziałam ją w inkubatorku i płakałam – taka biedna, chudziutka w pieluszce….Ale to minęło, teraz jest cudowna, robi śmieszne minki i kocham ten mój cud!!!! Mój poród od odejścia wód trwał 1:55 🙂

Piękne było to, że już jak mnie szyli podeszła do mnie położna inna niż ta „moja” i powiedziała: „Pani Anito jestem z pani bardzo bardzo dumna, że nie dała się pani namówić na CC, bo ja sama miałam podobną do pani historię”. Jestem tak szczęśliwa, że nawet mam gdzieś to nacięcie które tam jest. Po 4 dniach nacięcie przestało boleć, bardzo ładnie wszystko sie zrosło i nie narzekam. Po porodzie byłam tak naładowana energią, że poszłam do koleżanek na patologię pochwalić sie, że już urodziłam. Od razu się umyłam. przebrałam 🙂 Strasznie współczułam dziewczynom po CC, wracały do mnie wszystkie wspomnienia i do tej pory nie rozumiem jak można chcieć CC.

Jest cudownie, do tej pory pamiętam to jej ciepłe ciałko na brzuchu, ten cudowny widok i wiem, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Jeśli kiedykolwiek podjęłabym się walki o kolejne dzieciątko to bez konkretnych wskazań do CC nigdy się na nie nie zgodzę. Teraz wiem że mogę wszystko:)

Przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa (Warszawa)

Dziś Boże Narodzenie – dzień w sam raz na tak niesamowitą opowieść:  21 miesięcy po po cc, po terminie, 5 kilogramów, bez nacięcia krocza, VBAC! Oto historia Moniki i jej małego-wielkiego synka Leosia:

Oto moja przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa. Zacznę od początku. Moja córeczka (znaczy pierwsze dziecko) urodziła się przez cc w marcu 2013 co daje 21 miesięcy odstępu między porodami. Cięcie było wykonane z powodu zagrażającej zamartwicy wewnątrzmacicznej 3 dni przed terminem porodu, bez zadnej czynnosci skurczowej, nic.. po prostu pierwsze ktg wyszlo zle i tej samej nocy zdecydowali o cc. Jak pewnie wiele z Was bardzo długo dochodziłam do siebie po tamtym doświadczeniu, bo bardzo chciałam rodzić naturalnie i naprawdę przypłaciłam to cc długotrwałym uszczerbkiem psychoemocjonalnym  Ale to nie moment by wchodzić w szczegóły, zwłaszcza, że z tym porodem mam cudowne poczucie odzyskania mojej siły jako kobiety, JEST MOC.

No więc tak: w badaniu usg, zrobionym przez moją ginekolog prowadzącą, dr Kajdy, blizna miała 2,6 mm, waga dziecka 4100, trochę dużo, ale brak niewspółmierności więc dała mi zielone światło do porodu naturalnego. Dała mi też takie ciche przyzwolenie na kilkudniowe przekroczenie terminu porodu, więc na początku był luz, byłam spokojna. Do szpitala trafiłam w poniedziałek wieczorem 17 grudnia, kiedy dokładnie upływał koniec 41 tc. Przez cały poprzedni tydzień stawiałam się na IP na ktg i badanie, po którym podpisywałam odmowę hospitalizacji… Trafiali mi się wszyscy chyba przyjmujący na IP lekarze z całym arsenałem straszydeł, ale starałam się sobie tłumaczyć, że taka jest ich rola, że muszą poinformować o mozliwych zagrozeniach, etc.. wszystkie badania wychodziły dobrze (ktg, ilosc wód, przepływy, etc) więc byłam w miarę spokojna, ale mimo determinacji i wiary, że wszystko jest ok, to po piątym podpisaniu odmowy w sobotę i setnym telefonie od rodziców z pytaniem kiedy wreszcie zamierzam się dać położyć nerwy mi puściły i zdecydowałam, że jeśli przez weekend nic się nie zacznie i dobiję w poniedziałek do 41 tyg to zgodzę się zostać w szpitalu. Poza tym od dwóch tygodni miałam infekcję i chore zatoki (do tej pory nie moge ich wyleczyć) i ogólnie czułam się słabo, więc ten cały stres i zmęczenie wzięły górę i pojechałam w poniedziałek na IP z torbą, ale dopiero po południu, żeby ugrać jeszcze trochę czasu  Na miejscu okazało się, że na patologii nie ma wolnych łóżek, o czym z uśmiechem poinformowała mnie położna w rejestracji pamiętając mnie chyba z poprzedniego tygodnia hehe.. ale po tych kilku godzinach spędzonych na czekaniu na wizyte okazało się, że zwolniło się jedno miejsce i ku uciesze lekarzy skapitulowałam.

Był juz wieczór wiec na oddziale tego dnia nie działo się już nic. Dostałam antybiotyk na chore zatoki i uznałam ze wykorzystam ten zawalony nos, żeby ugrac moze jeszcze trochę czasu (jeden dzien, dwa?) bez indukcji, tłumacząc, że warto by było byc w formie do porodu. Podczas rannego badania we wtorek po raz kolejny usłyszałam, że szyjka niegotowa, zmiękła, ale ciągle długa i że ok, dziś proponują tylko test oxy, żeby sprawdzić wydolność łożyska i jak maluch reaguje na skurcze. Próbowałam jeszcze odwlec ten test do środy (oxy jawiło mi się jako największe zagrożenie mojego naturalnego porodu), ale lekarz był bardzo przekonujący w tłumaczeniu, że to bardzo mało prawdopodobne, zeby zaczęła się akcja porodowa po takiej dwugodzinnej i małej dawce, no i się zgodziłam. Leżałam przypięta do ktg i kroplówki od 11 rano i pojawiały się jakieś mini skurczyki, ale nic szczególnego, od tego prawie 3 godzinnego leżenia bardziej dokuczał mi pęcherz moczowy szczerze mówiąc.. dobra nasza, myślę sobie, na dziś juz mi dadzą spokój, odpocznę, pośpię, może podleczę ta infekcję, żeby móc jakoś oddychać podczas porodu, serio to było moje największe zmartwienie, jak będę oddychac podczas skurczów przy takim konkretnym nieżycie nosa.. Podnoszę się z łóżka żeby wreszcie udać się do łazienki i coś mi się polało  po nodze.. po tym teście zaczęły odchodzić wody, powolutku, ciurkając sobie, czyściutkie.. mieszanka radości i niepokoju, cos się dzieje, ale co teraz? Szybko na moje wahania odpowiedziała położna przypinając mnie znowu do ktg, no bo odchodzą wody więc trzeba monitorować malucha.. ktg ok, zaczęły pisać się jeszcze nieregularne, ale już mocniejsze skurcze, godzina 15, bez jedzenia od sniadania, bo ominął mnie obiad jako że leżałam przypięta do testu oxy dostałam informację, że zaczyna się poród i że nie mogę już nic jeść.. jak to???? to jak ja mam mieć siłę? że ryzyko zadławienia i że jesli zamierzam jeść to ona jest zmuszona poinformować lekarza.. jak tylko wyszła zjadłam wszystko co miałam w szafce nawet niespecjalnie się chowając. Uznałam, że większym ryzykiem byłoby iść do porodu bez jedzenia i bez siły.. chyba miałam już w sobie większą pewność i zahartowanie po podpisywaniu przez tydzien cyrografu na IP hahaha.. wtedy chyba jeszcze caly czas nie mogłam uwierzyć, że się zaczyna, że to ja właśnie czekam na zwolnienie się sali porodowej, że skurcze coraz mocniejsze.. przypomniałam sobie, że muszę załozyć ponczochy uciskowe (mam niewydolność żylną i w ciąży chodziłam w takich specjalnych rajstopach antyżylakowych, a do porodu miałam takie grube uciskowe pończochy), więc zaczełam się z nimi męczyć pomiędzy skurczami, żeby dobrze je założyć.. kilka minut później byłam już na porodówce.

Pół godziny chodziłam po korytarzu, czekając na zmycie i wyschnięcie podłogi w sali…Po wejściu do środka wypróbowywałam znajdujące się tam sprzęty, ale skurcze były na tyle silne, że musiałam pochylać się i opierać mocno o łóżko albo szafkę.. na piłce było fajnie tylko pomiędzy skurczami.. były dosyć częste takie co 2 minuty trwające kilkadziesiąt sekund.. po godzinie mniej wiecej dojechała moja położna, mogło być koło 18? 19? w tym czasie jakby wszystko zaczęło się zatrzymywać.. skurcze rzadsze, nie wzbierające na sile.. zbadała mnie i powiedziała, że rozwarcie ciągle małe, szyjka nadal długa i że ona proponuje oksytocynę, bo nie urodzimy do następnego dnia, a wody juz odeszły więc nie mam za dużo czasu, bo może sie to zrobić niebezpieczne dla malego i w koncu skonczyć cc.. dała mi 10 minut do podjęcia decyzji.. bałam się tej oxy niemiłosiernie, ale jesli miała byc jedynym sposobem na poród drogami natury, to miałam zamiar się zgodzić.. jak wrociła to nie byłam w stanie powiedziec co zdecydowałam, powiedziałam chyba ze nie wiem.. widziała chyba jak bardzo chcę to oxy ominąć i zaproponowała masaż brodawek a potem wannę na godzinę.. no i słuchajcie w tej wannie to się skurcze rozhulały same tak, że już zupełnie nie wiedziałam co się dzieje, wpadłam w rodzaj transu: skurcz i totalna koncentracja zeby go przezyc, a potem wręcz rodzaj omdlenia w tej ciepłej wodzie pomiędzy skurczami.. pamietam tylko że dostałam jeszcze kroplówke nawadniającą jak byłam w tej wannie.. potem kolejne godziny uplywały sama nie wiem jak i kiedy.. 21, 22.. idące mega szybko rozwarcie na 9 cm.. ogromny ból, ale nie wiem jakoś w tym wszystkim wcale nie myslalam o znieczuleniu, może dlatego ze chyba nie myślałam w ogóle? byłam w innym stanie swiadomosći. Potem zmiany pozycji proponowane przez położną.. koło 23 zaczęła się faza parcia i nagle zostałam poproszona o przejście na stół bo już rodzimy.. nie mogłam w to uwierzyć, serio.. zresztą wszystko działo sie jak w półśnie, transie jakimś.. Pamiętam jeszcze jak dotykałam główki i w końcu o 12.35 w nocy urodziłam całego Leosia  Od razu wylądował na moim brzuchu, dopiero po kilku minutach przecięto pępowinę, światło było przygaszone, wszystko tak jak chciałam.  Potem jeszcze rodzenie łożyska i szycie w sumie podobno niedużych obrażeń, zwłaszcza jak na takiego wielkoluda  Właśnie, potem ważenie 5028g.  Zbiegło się kilka osób, żeby go zobaczyć haha.. Leoś cichutki, spokojniutki, w ogóle nie płakał i w zasadzie taki własnie jest, przynajmniej na razie.  Po porodzie straciłam zupełnie głos na kilka dni (mega wokalizacja w moim przypadku, ale ratowała mnie w tych skurczach), dalej jestem chora, ciągle bardzo osłabiona bo straciłam dużo krwi podobno, ale nie zamieniłabym tego doświadczenia na nic w swiecie.  Odzyskałam moc! Mam nadzieję, że moja historia będzie pokrzepiająca i podnosząca na duchu dla tych z Was, które jeszcze się wahają.

Marzenia się spełniają (Rzeszów)

Dziś historia szczególnie mi bliska. To była ogromna radość i zaszczyt móc towarzyszyć Oli w drodze do narodzin Nikodemka. Oto jej wspomnienia:

Nazywam się Ola. Zacznę od tego że ogromnie się cieszę, że urodziłam naturalnie po cesarce 🙂 Poród siłami natury był moim wielkim marzeniem, które pomogło mi spełnić nie małe grono osób. Dziękuję Wam!

Moja historia zaczyna się od mojego pierwszego porodu zakończonego cesarką w lutym 2012 roku. Do porodu byłam nastawiona bardzo pozytywnie, zamierzałam urodzić w szpitalu przy którym uczęszczałam do szkoły rodzenia. Położne na zajęciach często powtarzały żeby zaufać personelowi szpitala, że położne zawsze służą pomocą. Tak więc się nastawiłam – zaczne rodzić, sympatyczne położne poinstruują co i jak – jak bardzo się zawiodłam… Mój pierwszy synek się nie śpieszył, tak więc 7 dni po terminie porodu z OM stawiłam się do szpitala – ktg w porządku, rozwarcia zero, żadnych oznak zbliżajacego się porodu. Postanowiłam przyjąć się na oddział położniczo-gin – w szpitalu czułam się bezpieczniej. Po 4 dniach pobytu o 23:00 zaczęło się „coś dziać”, nieregularne skurcze, rozwarcie żadne… Było już 10 dni po terminie, więc lekarz zaproponował mi indukcje oksytocyną. Na swoje nieszczęście zgodziłam się… Byłam pełna optymizmu, szłam na porodówkę jak na spotkanie z wielką przygodą. Niestety przygoda okazała się dla mnie koszmarnym szokiem – rodziłam 9 godzin z czego 8 leżałam nonstop podłączona pod ktg, rozwarcie postępowało powoli, ostatnich 6 godzin praktycznie nie pamietam gdyż ból mnie totalnie paraliżował, nie wiedziałam jak mam sobie z nim poradzić, czułam się strasznie samotna, położne jakby nie zwracały na mnie uwagi, a mój mąż patrzył na mnie bezradnie. Po 7 godzinach poprosiłam o zzo, okropny ból odszedł, rozwarcie było już na 8 cm. Jednak zaczęło gwałtownie spadać tętno dziecka i pojechałam szybko na sale operacyjną na cesarskie cięcie. Lekarz wyjął mi synka, pokazał go, następnie pielęgniarka przyłożyła mi buzie synka do policzka i zaraz go zabrała – tu przeżyłam kolejny szok, bo przecież miałam mieć przystawionego synka do piersi już na sali operacyjnej; okazało się że już od jakiegoś czasu ten szpital tego nie praktykuje… Następnym szokiem było dla mnie to, że z braku miejsc przywieziono mnie na inny oddział, tak więc nie widziałam synka 10 godzin, karmiłam go dopiero następnego dnia. Okropnym zaskoczeniem również było dla mnie to, że nie czułam żadnej radości z narodzin synka, czułam że go nie kocham, oskarżam go o coś. Patrzyłam na niego i czułam pustkę w sercu. Psychicznie i fizycznie czułam się koszmarnie. Rana bardzo mnie bolała mimo leków przeciwbólowych, przez 2 tygodnie nie mogłam sie całkiem wyprostować, jeszcze przez pół roku blizna mi dokuczała. Szczęście w nieszczęściu rana po cc pięknie się zagoiła, nie mam żadnych zrostów, ani powikłań. Te wszystkie przeżycia z mojego porodu, długo rodząca się miłość do synka, oskarżanie siebie, że jestem złą matką spowodowały u mnie deprsję poporodową, która całe szczęście przeszła dzięki gorącym modlitwom i psychoterapii.

Po 23 miesiącach od cc dowiedziałam się że jestem w ciąży. To był początek Nowego Roku 2014 a ja czułam podskórnie że ten rok będzie wyjątkowy. Zaczęłam szukać informacji o porodach naturalnych po cesarskim cięciu, tak trafiłam na ten portal:). Zaczytywałam się w szczęśliwych historiach o VBAC i marzyłam o takim porodzie. Biorąc pod uwagę to, co przeżyłam na porodówce, widziałam że musze mieć mocne oparcie w kimś kto pomoże mi przejść przez poród, kto przede wszystkim da mi wsparcie psychiczne i pomoże uśmierzyć ból oraz empatycznie i profesjonalnie poprowadzi mój poród – potrzebowałam douli i położnej przyjaznej VBAC. Najpierw znalazłam doulę – Magde 🙂 do któtrej od początku poczułam wielką sympatię, tym bardziej że przeżyła swój vbac –wiedziałam że to doula w sam raz dla mnie! 🙂 Umówiłam się też z położną – panią Renią – z którą wraz z mężem umówiłam się na spotkanie w szpitalu, w którym zamierzałam rodzić. P. Renia pokazała nam trakt porodowy, oddział patologii ciąży i oddział położniczy. To zwiedzanie bardzo mnie oswoiło z tymi miejscami, wiedziałam, że będąc drugi raz w tych miejscach nie będę się czuła obco.

Drugą ciążę przeszłam równie bezproblemowo jak pierwszą. Jednak mój spokój zakłóciła informacja że w 34 t.c. ciąży synek jest ułożony pośladkowo, dodatkowo waży dużo – koło 97 centyla. Lekarz prowadzący stwierdził że dziecko w 9tym m-cu może mieć już 4 kg. . Zaproponował termin cc. Wyszłam z gabinetu praktycznie bez słowa. Byłam przybita tymi informacjami, czułam że moje marzenie o VBAC oddala się… „Poskarżyłam się” mojej Magdzie, a ta bardzo skutecznie podniosła mnie skutecznie na duchu, zapodała linki do stron z ćwiczeniami, które pomaogają maluszkom się prawidłowo ułożyć do porodu, jak również poczytałam sobie historie o porodach Dużych dzieci. Gorąco też się modliłam, aby synek się odwrócił główką do wyjścia.

Pod koniec 36 t.c. na byłam na ostatniej wizycie u mojego lekarza prowadzącego. Wstrzymałam oddech gdy lekarz przyłożył mi głowice USG do brzucha. Popatrzyłam na monitor i zalałam się łzami, bo oto mój synek pięknie „wisiał” główką do dołu!  USG wyliczyło wagę dziecka na ponad 3600g. Lekarz był już na 100% pewny że dziecko będzie ważyło 4 kg na dzień terminu porodu z OM. Na informację. że i tak będę próbowac rodzic siłami natury, mój lekarz uśmiechnał się blado i życzył powodzenia 😉 Zalecił mi, abym przyszła 5 dni po terminie na ktg i usg na izbę przyjeć.

W dniu terminu porodu tj 21.09 już wiedziałam, że moje dzieci nie śpiesza się na świat 😉

W końcu 5 dni po terminie, w piątek rano koło godziny 5tej obudził mnie lekki skurcz. Inny niż te dotychczas, które czułam od 22tygodnia ciąży. Wzięłam telefon i zaczęłam liczyć skurcze. Były co 6,7 minut, a następnie regularnie co 4,5 minut. Obok mnie spał mój mąż i synek, który pewnie niedawno przywędrował do naszego łóżka. Nie chciałam ich na razie budzić.  Poszłam pod prysznic sprawdzić czy to nie fałszywy alarm (w wodzie nieporodowe skurcze ustają). Skurcze tylko lekko się wyciszyły. „Chyba rodzę!!” – ucieszyłam się. Obudziłam szybko męża i synka. Dałam znać Magdzie. Byłam cały czas z nią w kontakcie. Mąż zadzwonił do położnej że „coś się zaczyna dziać”. Moje skurcze zaczęły być coraz silniejsze, musiałam opierać się mocno o krzesło, oddychałam głęboko. Między skurczami zjadłam szybko porządne śniadanie (o nie, już nie będę nigdy rodzić będąc głodna!), zabraliśmy z mężem torby do szpitala i pojechaliśmy odwieść synka do dziadków. W czasie jazdy autem skurcze zaczęły słabnąć, a gdy weszłam do szpitala całkowicie ustały. Zdenerwowałam się, bo teraz już wiedziałam, że to były skurcze przepowiadające. Nie było sensu iść na izbę przyjęć, skoro dobrze się czułam. Postanowiłam rozruszać te skurcze – zeszłam 2 razy po schodach z 10piętrowego wieżowca. Skurcze powróciły, jeszcze mocniejsze, ale dalej nieregularne. Po niemałej szarpaninie która rozgrywała się we mnie postanowiłam przyjąć się na oddział do szpitala, w którym chciałam rodzić. Na ktg tętno synka pisało się idealnie, widać było 2-3 skurcze. Przy badaniu lekarskim rozwarcie było na opuszek palca – nawet ten centymetr bardzo mnie cieszył. Poczułam się bardzo silna. Jednak potrafie! Moje ciało przygotowuję się do porodu, to się dzieje, jak widać odbywało się to bardzo powoli, ale jednak to fakt! Usg wskazywało że moja blizna po cc ma grubość 3,4 mm Same dobre wiadomości!! Natomiast waga synka była szacowana na 4100-4400g. Troche mnie to niepokoiło, bo przecież wiele mam zostaje skierowanych na cesarkę właśnie ze względu na makrosomie płodu, dodatkowo miałam przekonanie że duże dzieci przecież ciężej się rodzi. Z niepokojem czekałam na wizytę ordynatora, bo niestety większość lekarzy skierowuję mamy po cc od razu na kolejną cesarkę lub straszy przesadzonymi  konsekwencjami naturalnego porodu po cesarce. Bardzo chciałam tego uniknąć. Na obchodzie oddziału pan ordynator, na informację ode mnie że jestem po cesarce, 5 dni po terminie i bardzo chciałabym urodzić dołem, dobrotliwie się uśmiechnął i powiedział :” W takim razie czekamy na porodowe skurcze”. Strasznie się ucieszyłam! Nie musiałam nic tłumaczyć i walczyć o naturalny poród. Ordynator wręcz mnie zachęcał do próby takiego porodu, pocieszył mnie że w razie gdyby coś się działo (rozchodzenie się blizny czy pękanie macicy) to przecież jestem w szpitalu, można zrobić szybko cesarskie cięcie, poza tym przecież moja blizna jest silna i gruba a to że dziecko jest duże to nie ma większego znaczenia. Po tych słowach poczułam się bardzo bezpiecznie i komfortowo, wiedziałam że jestem pod fachową opieką, a mój strach przed porodem praktycznie zniknął. Wieczorem skurcze wróciły, były nieregularne i dość mocne. W nocy ból budził mnie co parę godzin. Nad ranem znów była powtórka z piątku. Na badaniu ginekologicznym miałam już rozwarcie na palec. Zaczęłam się niecierpliwić. Skontaktowałam się z Magdą aby dała mi jakieś wskazówki co mogę sama zrobić w warunkach szpitalnych, aby te moje skurcze przeszły na regularne. Tak więc praktycznie cały dzień dużo spacerowałam, schodziłam szybko ze schodów i przede wszystkim dużo afirmowałam na temat swojego porodu i modliłam się. Wieczorem znów skurcze wróciły, były już dość mocne. Zaczęłam mieć wątpliwość czy chcę urodzić siłami natury, ale moja kochana doula, bardzo mnie pocieszała że moje ciało jest stworzone do rodzenia, że dam radę. W nocy skurcze budziły mnie co pół godziny, prawie w ogóle nie spałam.

W niedzielę rano obudziło mnie piękne słońce i bardzo mocny skurcz 😉 Zaczęłam je liczyć – znów nieregularne. Czekałam z niecierpliwością na obchód lekarzy. Na wizycie „poskarżyłam się” panu ordynatorowi że już prawie 3cią noc nie śpie, skurcze mocne, nieregularne i że mam już dość… Pan ordynator powiedział z uśmiecham: „to na okscytocyne panią”. Troche się przestraszyłam bo ciągle pamiętałam jakie bolesne skurcze wywołała u mnie oksytocyna przy pierwszym porodzie, ale zaraz się uspokoiłam bo przecież miałam mocną grupę wsparcia: świetną położną, zaufaną doulę i doświadczonego męża. Na badaniu ginekologicznym miałam już 4 cm rozwarcia! Mało się nie popłakałam ze szczęścia 😉 Czułam że fruwam na jakichś hormonach, jakbym przygotowywała się do jakiejś niesamowitej wielkiej przygody. Zadzwoniłam do męża i douli, mąż zadzwonił do naszej położnej, napisałam smsa mojej najbliższej rodzinie i znajomych: „RODZE ”. Czułam wokół siebie moc – moc mojej kobiecości, moc rozpoczynającego się porodu, moc modlitwy moich bliskich. Zaczęłam pakować swoje rzeczy i uświadomiłam sobie że nie jadłam śniadania. Wiedziałam że nie mogę już jeść, ale skąd miałabym wziąć siły na rodzenie dziecka? I to bardzo dużego dziecka 😉 Na szczęście koleżanka z sali poratowała mnie swoją kanapką z szynką, którą wręcz połknęłam chowając się w łazience przed położnymi. Zawołano mnie na sale porodową. Położna podała mi antybiotyk (miałam dodatni GBS). Zrobiła hegar, ogoliła – nie protestowałam bo przecież musiałam liczyć się  z tym że poród może zakończyć się cesarskim cięciem. Położna myślała że będę rodzić z nią ale poinformowałam ją że rodzę z panią Renią i czekam na nią. Czekając chodziłam po korytarzu na trakcie porodowym żeby „rozhulać skurcze” i zaczęłam liczyć odstęp czasowy miedzy nimi – były idealnie regularne co 5  minut. Zauważyłam że odchodzi mi też czop śluzowy. Znów miałam łzy w oczach i dziękowałam Bogu w duchu, bo już widziałam że moje ciało rodzi mojego synka! Samo! Oksytocyna w niczym nie będzie mi potrzebna. Zjawił się mój mąż i Magda, niedługo po nich przyszła moja kochana położna. Uściskała mnie i pobiegła przygotowywać sale porodową dla mnie. Parę minut po godzinie 10tej weszłam na jednoosobową sale porodową z mężem. Przy porodzie mogłam mieć tylko jedną osobę towarzyszącą więc Magda miała się wymieniać z moich mężem, gdybym jej potrzebowała. „A więc zaczynamy” – powiedziałam i położyłam się na łóżku porodowym. Pani Renia wszystko mi tłumaczyła, że musi mnie teraz trochę potrzymać na ktg, a potem mnie puści na piłki i będę mogła robić co chce. Położyłam się na łóżku porodowym, mój mąż stanął po mojej prawej stronie, moja położna poprawiła mi ustawienie łóżka tak żeby było mi wygodnie i podpięła ktg. Skurcze odpowiedni się pisały, tętno dziecka było w porządku. Przyszedł lekarz i wraz z moją położną stwierdzili, że nie będzie potrzebna już oksytocyna bo poród pięknie postępuje. Tymczasem skurcze zaczęły robić się coraz mocniejsze. Przy szczycie skurczu trzymałam mocno mojego męża za rękę i starałam się głęboko oddychać. Miedzy skurczami uśmiechałam się, byłam szczęśliwa że ten poród jest tak pięknie inny niż ten pierwszy. Wiedziałam i czułam że mam prawdziwe (dosłownie!) oparcie w mężu. Czas jakby dla mnie nie istniał. Liczył się tylko fakt, że rodzę mojego synka. Po jakimś czasie przyszedł lekarz, zbadał mnie i ze zdziwioną miną coś powiedział, nie usłyszałam, mąż też nie. Lekarz odszedł szybko do mojej położnej, która wypełniała moje porodowe dokumenty w innym pomieszczeniu. Powiedziałam do męża „Idź zapytaj na ile jest rozwarcie”. Mąż poszedł i zaraz przyszedł z wspaniałą wiadomością: „Rozwarcie na dłoń!”. Ucieszyłam się strasznie, już pełne rozwarcie! I to tak szybko, w godzine! Byłam pod wielkim wrażeniem mocy mojego ciała. Byłam przygotowana na wielką walkę z bólem, w której miała mi pomagać Magda, a ja nie odczułam nawet słynnego kryzysu 7go centymetra. Pani Renia zaraz przybiegła, zaczęła szybko ubierać się w fartuch, biegać po sali, coś przygotowywać. To mnie jeszcze bardziej podekscytowało – czułam że coraz bardziej odpływam na jakichś szalonych pozytywnych hormonach. Moja położna była pozytywnie zdziwiona i zażartowała że pokrzyżowałam jej plany bo ona chciała mnie już odpiąć od ktg i dać na jakąś piłkę a ja już do parcia!   Pani Renia poinformowała mnie, że teraz jest decydujący moment – wstawianie główki dziecka w kanał rodny. „Będziemy rodzić trochę inaczej żeby nie obciążać blizny” – powiedziała i ustawiła mnie tak że siedziałam/leżałam na prawym boku. Skurcze zaczęły być coraz silniejsze i długie. Przy szczycie skurczu wiedziona jakimś naturalnym instynktem przeciągle krzyknęłam. Do dziś tego nie zapomnę  – nie był to krzyk bólu czy przerażenie, to był krzyk wojowniczki. Bardzo pomagał mi znieść ten ból. Nastąpiła długa przerwa, w czasie której patrzyłam mężowi głęboko w oczy i odpoczywałam. Moja położna powiedziała, żeby jak tylko poczuję parcie dać jej znać. Po chwili je poczułam. W pierwszych chwilach byłam trochę zdezorientowana i zaczęłam nieefektywnie przeć i poczułam lekką panikę, ale pani Renia natychmiast delikatnie i stanowczo mnie poinstruowała jak prawidłowo przeć. Motywowała mnie też słowami: „Ola dasz radę!”, „Bardzo dobrze!”, „Pięknie!”. Równocześnie cały czas monitorowała tętno dziecka i chroniła moje krocze. Nagle moja położna krzyknęła „Widzę już włosy!”. To mnie bardzo zmotywowało. Mąż „luknął” na te „włosy” i uśmiechnął się. „Ola jeszcze trochę i synek będzie z Tobą”! – powiedziała pani Renia. Zebrałam się w sobie i wypchałam główkę. Jeszcze raz i synek był już cały na świecie o 11:50. Miałam wrażenie że śnie i byłam przeszcześliwa, położna położyła mi synka na piersiach. Był taki ciepły, pachniał oszałamiająco i widziałam że urodziłam niezłego klocuszka. Pani Renia mi pogratulowała i jeszcze raz stwierdziła że jest pod wrażeniem mojego porodu. Mąż był oczywiście ze mnie bardzo dumny. Był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

Mój synek Nikodem ważył 4220 g i mierzył 56 cm. Dostał 10 punktów Apgar. Mój poród vbac trwał 3 godziny, w tym dwie godziny na sali porodowej, jednak miałam wrażenie że urodziłam w 15 minut.  To zapewne zasługa endorfin które niosły mnie przez cały poród. Prawdę mówiąc niewiele pamiętam z mojego porodu, wydawało mi się że jestem poza czasem i przestrzenią; teraz gdy sobie przypominam to uczucie mimowolnie się uśmiecham – tak bardzo miły był to stan. Ten poród bardzo mnie dowartościował jako kobietę i matkę.

 P1030576 â-- kopia

Bliźniaczy VBAC cz.2 (USA)

Dziś druga część historii Kathy, dzielnej mamy bliźniaków, która nie bała się zawalczyć o to by JEJ poród odbywał się na JEJ warunkach. Część pierwsza tutaj.

*Historia prezentowana na niniejszym portalu jest nieco skróconą wersją oryginalnej opowieści, którą można przeczytać na blogu Kathy: http://lovinlifewithkids.blogspot.com/2014/10/the-twins-birth-story-part-1.html. Dziękujemy za zgodę na przetłumaczenie i wykorzystanie tej historii oraz zdjęć przez portal NATURALNIE PO CESARCE.*

Próba generalna

Na dzień 14 marca, piątek, perspektywa była następująca: jeżeli nie urodzę do środy, 19 marca, mój lekarz wyjedzie na 4 dni i wróci dopiero w późnym wieczorem, w niedzielę, 23 marca.

We wtorek, 18 marca, późnym popołudniem zaczęłam odczuwać skurcze. Inne niż dotychczas i regularne. Zadzwoniliśmy do naszej położnej, która przyjechała, aby posłuchać tętna dzieci  i zbadać mnie. Miałam 3 cm rozwarcia, a szyjka była zgładzona w 80%. Zaczęliśmy myśleć, że może to już. Zadzwoniliśmy do szpitala, gdzie powiedziano nam, że będziemy skierowani najpierw do lekarza dyżurnego, a dopiero później zawiadomią naszego położnika. Wybraliśmy wersję „na skróty” przez naszą położną, która zadzwoniła do doktora Wassermana.  Był bardzo podenerwowany, że jesteśmy w domu i chciał, żebym pojechała do szpitala. Obawiał się, że poród może postępować szybko i nie chciał, żeby nas zaskoczył w domu. Sądziłam, że skurcze są wystarczająco mocne i częste, aby pojechać. Tak też zrobiliśmy.

Przybyliśmy do szpitala około 23 i zaprowadzono mnie do „mojej sali”. Akcja porodowa trochę przycichła podczas jazdy samochodem, ale mieliśmy nadzieję, że wzmocni się ponownie, gdy będziemy w szpitalu i będę mogła się skoncentrować. Dr Wasserman był już w szpitalu z inną pacjentką i zamierzał zostać do rana, więc nie obawialiśmy się konieczności  bycia pod opieką innego lekarza. Zgodziłam się na zapis KTG. Dr Wasserman zaglądnął, żeby się przywitać, ale zaraz poszedł.

Przez kilka godzin spacerowałam po korytarzach z Joe, Dede i Tracy (naszą fotograf porodową)  bez specjalnego rozwoju akcji skurczowej. Byłam tym naprawdę sfrustrowana. Jazda do szpitala skutkująca zatrzymaniem porodu była jedną z moich największych obaw, a to właśnie się działo. Przestałam przemierzać salę tam i z powrotem, bo mój poród i tak całkowicie się zatrzymał. Przespałam się chwilę. Około 4 rano przyszedł dr Wasserman i powiedział, że chciałby zrobić mi zapis KTG, aby sprawdzić czy z maluszkami jest wszystko w porządku. Zgodziłam się. Przysypiałam i budziłam się. Następnie odbyłam bardzo emocjonalną rozmowę z Dede (przyjaciółką) dając upust swojej złości na sytuację, w której byłam. Za mniej niż 12 godzin jedyny lekarz, któremu ufałam wyjeżdżał i jeśli poród zacząłby się podczas jego nieobecności, byłabym pod opieką kogoś zupełnie nieznajomego. Mówiąc bez ogródek, byłam wściekła.  Całe miesiące przekonywałam siebie to perspektywy, że to właśnie dr Wasserman przyjmie mój poród, a teraz czułam się opuszczona.

Dr Wasserman przyszedł ponownie o 7 rano i zapytał co dalej robimy. Powiedziałam, że nie wiem i że źle się czuję. Wielokrotnie powtórzyłam, że jestem zła na to, że nigdy nie powiedział słowa o swoich wakacjach podczas moich wizyt prenatalnych i że przyjazd do szpitala skutkujący zatrzymaniem porodu był moją największą obawą. Doktor powiedział, że czuje się „paskudnie” w kwestii planów wakacyjnych. Rozważyliśmy jakie mamy opcje. Opcja nr 1: zostać w szpitalu i spróbować urodzić zanim doktor wyjedzie (co wiązało się z zastosowaniem oksytocyny lub przebiciem pęcherza płodowego – na żadno z powyższych nie chciałam się zgodzić).  Opcja nr 2: wrócić do domu. Przedyskutowaliśmy, kto zastąpiłby doktora Wassermana podczas jego nieobecności; powiedział, że porozmawia z doktorem L. i potwierdzi czy tamten zgadza się na wszystkie nasze ustalenia dotyczące porodu. Zdecydowaliśmy, że jedziemy do domu.

Dwa dni później miałam kolejne USG wykonywane przez perinatologa doktora P. Była zaskoczony, że wciąż jestem w dwupaku i przynajmniej dwa razy powiedział: „W 38,5 tygodniu ciąży i przy 3 cm rozwarcia naprawdę nie ma żadnej korzyści w utrzymywaniu tej ciąży.” Nic nie odpowiadałam, ale myślałam: „No tak, nie ma żadnej korzyści oprócz tego, że najwyraźniej maluchy nie są jeszcze gotowe, aby się urodzić, albo już byłyby na świecie!” USG zajęło dwa razy tyle co zwykle. Kiedy badanie się zakończyło, dr P. powiedział: „ Droga Pani, szukałem najmniejszej rzeczy, przez którą mógłbym wysłać Panią do szpitala. Sprawdziłem ruchy oddechowe, poziom wód płodowych, (i kilka innych rzeczy, których nie pamiętam), ale nic niepokojącego nie znalazłem. Wszystko jest z nimi w porządku i nie widzę żadnych wskazań do jakichkolwiek interwencji.”  Doceniłam uczciwość doktora P. w tym, iż nie znalazł na siłę przyczyny, aby „mieszać” w mojej ciąży.

Zaczyna się naprawdę

W sobotę, 22 marca (2014), obudziłam się o 4 rano, żeby pójść do łazienki (jak zawsze). Około pół godziny później znów zaczęłam odczuwać „te” skurcze. Nie byłam zadowolona – dr Wasserman miał wrócić dopiero późnym wieczorem kolejnego dnia. Robiłam wszystko co przyszło mi do głowy, aby poród się zatrzymał, ale skurcze przychodziły co 3-4 minuty. Około 9 napisałam smsa do Deb (położnej) z informacją, że chyba rozpoczął się poród. Odpisała mi, że właśnie jest przy innym porodzie i że da mi znać jak tylko będzie mogła przyjechać. Zapewniła mnie, że wszystko będzie dobrze. Joe był zdenerwowany i chciał jechać do szpitala, z racji tego, że Deb nie mogła przyjechać i skontrolować stanu maluszków tak jak planowaliśmy. Zadzwoniliśmy do szpitala i pojechaliśmy tam, wstępując wcześniej do mojej kręgarki, razem z Dede około godziny 10.30.

Po drodze dowiedzieliśmy się, że doktora L. (który miał zastępować doktora Wassermana) w tym dniu nie ma aż do wieczora, co oznaczało, że będzie się mną opiekował inny lekarz, którego w ogóle nie znałam. Była to dr X. (Celowo nie podaję tu nawet inicjału jej prawdziwego nazwiska, gdyż biorąc pod uwagę nietypową sytuację w jakiej została postawiona, sądzę, że byłoby to nie w porządku, aby ktoś na podstawie tej historii wyrabiał sobie o niej zdanie.) Trudno mi wyrazić jak frustrujące było to dla mnie. Skurcze zniknęły na 20 minut. Tak ciężko pracowałam nad tym, aby zaakceptować fakt, że to dr Wasserman przyjmie poród moich bliźniąt. Potem dowiedziałam się, że jest spora szansa, że doktora Wassermana nie będzie przy moim porodzie. Musiałam więc spróbować pogodzić się z perspektywą, że będzie to dr L. Jeszcze do końca tego nie przetrawiłam, kiedy teraz, w ostatnim momencie, okazało się, że będę rodzić z kimś zupełnie mi obcym. Nie wiedziałam wtedy jeszcze nawet czy dr X. jest kobietą czy mężczyzną! Zaczęłam się modlić, żeby to okazał się kolejny „fałszywy alarm” i bym mogła wrócić do domu i zaczekać dopóki dr L. lub dr Wasserman nie wrócą.

Przyjechaliśmy do szpitala około 11.30. Joe zostawił mnie i Dede przed wejściem, a sam pojechał zaparkować samochód (był weekend i nie było miejsc). Poszłyśmy z Dede do wind i czekałyśmy na Joe. Po 10 minutach zadzwoniłam do niego na komórkę, ale nie było sygnału.  W końcu zapytałyśmy o niego w recepcji i dowiedziałyśmy się, że jest już na sali porodowej. Była tam też Tracy, fotografka porodowa.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-2

Poznaliśmy wspaniałą położną, Nicole, i zanim w ogóle się przebrałam, sprawdzałyśmy przez chwilę tętno maluszków. Bliźniak A był przez całą ciążę w położeniu podłużnym główkowym, bliźniak B był zawsze położony pośladkowo. Kiedy teraz próbowano podpiąć mnie do KTG, tętno bliźniaka A było słyszalne tam gdzie zawsze, ale serduszko bliźniaka B słychać było w zupełnie innym miejscu. Zaczęłam się zastanawiać  w jakim położeniu znajduje się mój drugi bliźniak. Zdecydowano zrobić USG. Okazało się, że jest położeniu poprzecznym, z główką przytuloną do brzuszka braciszka. Zwiększało to szansę, że maluch odwróci się jeszcze do położenia główkowego  i nie będzie konieczne ręczne wydobycie.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-4

Zgodziłam się na badanie wewnętrzne- miałam 5 cm rozwarcia, a główka pierwszego bliźniaka była przyparta. Ucieszyłam się, że połówka rozwierania już za mną. Joe pobiegł do sklepu po coś do jedzenia dla wszystkich. Przez następne ½ godziny skakałam na piłce. Nicole założyła mi wenfon.  Dobrze radziłam sobie ze skurczami, ale ponieważ robiły się coraz mocniejsze, zdecydowałam pójść pod prysznic. Wzięliśmy piłkę i usiadłam na niej w kabinie prysznicowej polewając wodą dolny odcinek pleców. Spędziłam tam chyba z godzinę razem Joe, który karmił mnie zupą serowo-brokułową pomiędzy skurczami, jak przystało na wspaniałego męża i partnera porodowego. Później spędziłam chwilę na łóżku w pozycji kolankowo-łokciowej. Skurcze były już bardzo intensywne. Sądziłam, że przede mną jeszcze długie godziny rodzenia, gdyż mój najkrótszy poród trwał 27 godzin (Teraz akcja porodowa trwała dopiero 11 godzin). Było ciężko, miałam łzy w oczach. Poprosiłam, aby mnie zbadano – chciałam wiedzieć czy jest jakiś postęp. Nie mogłam wyobrazić sobie wytrzymania tego dużo dłużej. (Dla tych, którzy nie wiedzą: to typowe oznaki kryzysu 7 cm).

Przyszła dr X. Nie była zbyt miła. Zbadała mnie i powiedziała, że jest 6 cm rozwarcia, a główka jest ustalona we wchodzie. Gdzieś „z tyłu głowy” wiedziałam z moich poprzednich porodów, że od osiągnięcia 6 cm do chwili, gdy trzymałam dziecko w ramionach mijało nie więcej niż 2 godziny. Z drugiej strony myślałam sobie: „To wszystko dla tego 1 marnego centymetra???” Deb przypomniała mi jednak, że nie tylko rozwarcie się zwiększyło, ale także dziecko obniżyło się w kanale rodnym, przez co poczułam się ciut lepiej.

Po badaniu dr X. stanęła obok łóżka ze skrzyżowanymi ramionami i można z jej postawy wyczytać, że nie jest zadowolona. Biło od niej napięcie, powiedziałabym nawet negatywizm. Nie byłam do końca świadoma konwersacji jak odbywała się pomiędzy nią, a moimi osobami towarzyszącymi, ale przypominam sobie jak powiedziała coś w stylu: „Rozumiem, że pewne rzeczy były ustalone, ale ja w tych ustaleniach nie brałam udziału, a muszę jednak pracować w swojej strefie komfortu.” Bez żartów …. WPADŁAM W SZAŁ.

Myślałam wtedy: “Do DIABŁA, nie. Nie mam mowy, żeby ta pindzia przychodziła tutaj i spie…..ła całe miesiące mojego planowania ponieważ jest wku……na, że została wkręcona w mój poród.” Chyba nic nie powiedziałam, gdyż wciąż byłam skupiona na radzeniu sobie ze skurczami. Zostawiłam to mojemu zespołowi towarzyszącemu – w końcu po to tam byli. Nie wiem jak wyglądała dalsza rozmowa. Pamiętam tylko, że kiedy tylko lekarka wyszła z sali, powiedziałam głośno: “Nie lubię jej.”

Zajęłam się rodzeniem, podczas gdy pomiędzy moimi towarzyszami a położną odbywała się rozmowa (której ja nie byłam świadoma). Efekt tej rozmowy był taki, że Nicole (położna) poprosiła dr X., aby nie robiła niczego bez mojej zgody.

Około 15.30 z powrotem usiadłam na piłce, potem zwisałam na tyle łóżka, a w końcu stanęłam na łóżku. Stanie to była pozycja w której na tamten moment  było mi najwygodniej, jednak byłam zmęczona, a stojąc na łóżku mogłam podtrzymywać się rękoma o poręcze po bokach nie obciążając nóg. Nie wiem jak często taka pozycja zdarzała się  w szpitalu, bo kiedy Nicole mnie zobaczyła, powiedziała: „O! Ok, uda się.”

Około 16 poszłam do łazienki, ale zamiast wrócić ponownie na łóżko, stanęłam z jego tyłu pochylając się. Nasz fotograf przyniosła mi trochę poduszek, abym mogła odpocząć – było mi już naprawdę ciężko znosić skurcze. Zaczęło mnie troszeczkę popierać, ale sama przed sobą zaprzeczałam, że może być już tak blisko końca. Deb zapytała mnie czy czuję parcie. Powiedziałam, że nie jestem pewna.

Na tym etapie była całkowicie odcięta od rzeczywistości, w swoim świecie, więc opowiem jak te wydarzenia wyglądały z mojej perspektywy, dorzucając gdzie niegdzie informację, których dowiedziałam się później.

Zaczęłam czuć parcie i poprosiłam o przeciwucisk. Dede uciskała mi plecy. Poczułam OGROMNĄ potrzebę  parcia. Pomyślałam sobie: “Będą chcieli, żebym się położyła na łóżku, żeby mnie zbadać.”. Zaraz potem pękł pęcherz płodowy pierwszego bliźniaka zalewając całą podłogę. Jego główka była na samym wychodzie. (Deb, która słyszała zmianę w dźwiękach, które wydawałam zdążyła położyć pomiędzy moimi nogami ręczniki. Siedziała teraz na podłodze sięgając pomiędzy nogami Dede, aby pomóc urodzić się główce. W pewnym momencie Dede podniosła nogę, a Deb przybliżyła się, aby w razie czego złapać maluszka.)

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-26

Byłam w czymś w rodzaju półprzysiadu i powiedziałam coś w stylu: „Rodzę!” albo „Dziecko wychodzi!”. Ktoś na to odrzekł: „Deb jest za tobą.” Więc się nie powstrzymywałam. Urodziła się główka, a pare sekund później reszta ciałka. Kurcze, od razu poczułam się lepiej!

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-29 Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-33

Pomiędzy porodem pierwszego i drugiego bliźniaka było tylko 7 minut, więc wszystkie opisane poniżej wydarzenia działy się bardzo szybko.

Obróciłam się i ze zdziwieniem ujrzałam lekarkę (dr H.) trzymającą(z nie mniejszym od mojego zdziwieniem) moje dziecko. „To chłopiec!” zaśmiałam się i wzięłam go w ramiona. Usiadłam na łóżku I zdałam sobie sprawę, że sala jest pełna ludzi w niebieskich fartuchach. Nie miałam pojęcia kiedy przyszli. Wszyscy rozmawiali między sobą w atmosferze podekscytowania ponieważ poród pierwszego bliźniaka w pozycji stojącej, na który asysta ledwie zdążyła przyjść nie był częścią planu. Aparat USG nie był chyba jeszcze nawet włączony. Maluch wylądował na moim brzuchu. Nicole zajęła się pępowinę i poprosiła, abyśmy pomasowali mu plecki, aby pobudzić go do płaczu. Ale my nie skupialiśmy się na tym zbytnio. Jedna z pielęgniarek nałożyła na mój brzuch dużą porcję żelu USG, ale urządzenie jeszcze się nie uruchomiło. Dr X. zapytała mnie czy może mnie zbadać, gdyż  uruchamianie USG trwało zbyt długo. Badanie było okropnie bolesne, bo akurat przyszedł skurcz. Powiedziała, że czuje główkę i bulgoczący pęcherz płodowy. Odetchnęłam z ulgą. Zaraz po zakończeniu badania udało się urochomić USG i położenie główkowe drugiego bliźniaka zostało potwierdzone. Do sali zaglądnął neonatolog (dzwoniono po niego, ale ponieważ Oddział Intensywnej Terapii Noworodka jest na innym piętrze, a dziecko urodziło się tak szybko, nie zdążył na poród), ale ponieważ pierwszy bliźniak był już na zewnątrz, a kondycja drugiego nie budziła wątpliwości, poszedł.

Powiedziałam, że muszę  podnieść się do pionu, więc obniżono wezgłowie, a ja podniosłam się. Wtedy Nicole podniosła wezgłowie z powrotem, tak, że byłam w sumie w pozycji półsiedzącej. Dr X. powiedziała by odciąć pępowinę i Joe to zrobił. Powiedziałam mu by wziął dziecko, gdyż poczułam, że idzie kolejny skurcz . Dr H. chciała położyć jałową niebieską serwetę pod moje pośladki, co nie było zbyt zabawne podczas skurczu, ale się udało. Okazało się, ze serweta się przydała, bo pod koniec skurczu odeszły mi wody, które spłynęły na tę serwetę. Było w nich troszkę smółki. Dr X. zapytała Deb jaki był plan na taka okoliczność. Deb powiedziała, że o ile po urodzeniu maluch będzie w dobrym stanie, plan jest taki, aby wylądował na brzuchu mamy, na co dr X. powiedziała: „Ok.” Podczas oczekiwania na kolejny skurcz dr X. powiedziała coś o zbliżającym się końcu, na co ja odpowiedziałam: „Dzięki Bogu”. Miałam zamknięte oczy i usiłowałam się zrelaksować.

Joe, który trzymał już urodzonego synka, podszedł do mnie powiedzieć mi, że świetnie sobie radzę. Popatrzyłam na niego i powiedziałam: „Weź to dziecko skóra do skóry!” Zrobił to, z pomocą położnej i Deb.

Poczułam kolejny skurcz i przypomniałam sobie jak bardzo nie cierpiałam przeć na plecach podczas mojego ostatniego porodu. To najbardziej niewygodna pozycja do rodzenia.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-40

Czułam skurcz u góry brzucha i miałam wrażenie, że źle prę. Wiele osób mnie dopingowało. Dede mówiła, że robiłam to już 4 razy w przeszłości, a dr X. powtarzała mi, że świetnie mi idzie. Kiedy skurcz osiągnął szczyt i poczułam go niżej, przypomniałam sobie jak się prze. Urodziła się główka, a kilka sekund później nasz drugi bliźniak był już cały na świecie! Dr X. położyła mi go na brzuchu, a ja obwieściłam, że mamy kolejnego chłopca! Kilka osób biło brawo. Odczekano kilka minut, aż pępowina przestała tętnić. Jako, że Joe był zajęty pierwszym maluchem, pozwoliłam, aby pępowinę odcięła Dede.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-44

Po około 5 minutach z tatusiem, personel zabrał pierwszego bliźniaka do cieplarki, aby go zbadać.

(W tym czasie  ja i Joe odbyliśmy krótką rozmowę na temat imion. Pierwszy bliźniak otrzymał imię Ethan, a drugi Lucas.)

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-59

W porównaniu z  bratem, całe ciało Ethana było sinawe. Popatrzyłam na Nicole i powiedziałam: „On wygląda naprawdę sino”. Odpowiedziała: „Tak, wezmę go do cieplarki podam mu troszkę tlenu. Jednak Ethan nie zaróżowił się, a kiedy sprawdzono wysycenie jego krwi tlenem, wynosiło tylko 70%. Wezwano więc neonatologa, aby go zbadał.  Nie wiem dokładnie ile czasu upłynęło, a wydaje mi się, że po 10 minutach zdecydowano, że Ethan zostanie zabrany na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. Nikt nie wydawał się tym zbytnio przejęty w tamtym momencie. Joe poszedł razem z małym.

(W tym momecie, historia Ethana staje się odrębną historią, którą być może kiedyś  jeszcze opiszę.)

[…]

6 miesięcy później, ciągle nie do końca dociera do mnie, że się udało. Nie tylko urodziłam w szpitalu, ale urodziłam BLIŹNIĘTA i to był poród na moich warunkach.

Przez ostatnie 10 lat byłam bardzo źle nastawiona do świata medycznego – nie bez powodu. Doświadczyłam manipulacji i nadużyć ze strony „systemu” i nie chciałam mieć z nim więcej do czynienia. Nigdy bym nie przypuszczała, że grupa zupełnie obcych mi ludzi zrobi aż tyle, aby uczynić mój poród nie tylko znośnym, ale naprawdę DOBRYM. I mogę zupełnie szczerze powidzieć: to był DOBRY poród. Nie, to nie był poród domowy, ale to był prawdopodobnie najlepszy poród szpitalny jaki mogłam mieć. Teraz patrzę z zupełnie innej perspektywy na to, co ludzie są w stanie zrobić, jeśli się ich o to poprosi.

To wszystko nie udałoby się gdyby nie ogromna praca Patty i zespołu pielęgniarskiego, a także chęci różnych specjalistów do nagięcie się i spróbowania czegoś nowego. To prawda, dr Wasserman nie był przy porodzie, co spowodowało trochę stresu, ale bez jego początkowej zgody, taki poród nie byłby możliwy. Wiem, że nie widział tego wszystkiego w ten sposób, kiedy pierwszy raz poinformował nas, że zostaniemy rodzicami bliźniaków, ale była bardzo wspierający i wykonał ogromną pracę, żeby nasz plan mógł zaistnieć. Tak, dr X. miała niezbyt dobrą postawę  i przyprawiła mnie o dodatkowy stres podczas porodu, ale pytała mnie o zgodę zanim cokolwiek zrobiła i robiła to o co była proszona, czyli zostawiła mnie w spokoju przez większość czasu I nie upuściła dzieci;)

Mimo tego, że poród nie przebiegł dokładnie tak go planowaliśmy (nie przewidziałam, że urodzę na stojąco), mam nadzieję, że personel szpitala odebrał to doświadczenie w pozytywny sposób i trochę się dzięki niemu rozwinął. Mam nadzieję, że ludzie ci zobaczyli i pamiętają, że nie muszą robić wszystkiego w ten sam sposób, za każdym razem.  Mam nadzieję, że przyjdzie czas gdy porody bliźniąt poza salą operacyjną będą bardziej akceptowane I kobiety będą doświadczać takich porodów jakiego ja doświadczyłam. A przede wszystkim, mam nadzieję, że kobiety czytające tę historię zdadzą sobie sprawę, żę MAJĄ WYBÓR i nie muszą zgadzać się na to jest rutynowo robione, jeśli im to nie odpowiada.

Bliźniaczy VBAC cz. 1 (USA)

To, że bliźniaki nie muszą automatycznie oznaczać porodu przez cięcie cesarskie, nawet po uprzednio przebytym cięciu, już wiemy. Ta historia pokazuje jednak coś więcej. Kathy i jej rodzina udowodnili, że nawet w sytuacjach  pozornie bez wyjścia wyjście można znaleźć. Że warto drążyć, szukać, rozmawiać, prosić, tłumaczyć, nie zgadzać się, stawać „na rzęsach” i innych na tych rzęsach stawiać. Że czasem to jest właśnie droga wiodąca do satysfakcjonującego porodu. I być może droga do zmian na lepsze na salach porodowych! Dziś pierwsza część tej nie codziennej historii. A już niedługo druga, opatrzona zdjęciami:)

Niespodzianka!

Ja i mój mąż Joe byliśmy w szoku, kiedy podczas USG w 9 tygodniu ciąży lekarz (dr Wasserman) powiedział: „Gratulacje! Będziecie Państwo mieli bliźnięta.” A ponieważ wiedział, że nasza położna nie przyjmuje porodów bliźniaczych w domu, dodał jeszcze: „To będzie musiał być poród szpitalny.”

Każdy kto zna szczegóły mojej historii położniczej zrozumie dlaczego to był dla mnie cios. Dla tych, którzy nie wiedzą nic na temat mojej przeszłości: cierpiałam na ciężki zespół stresu pourazowego i depresję poporodową po cięciu cesarskim 10 lat wcześniej. Szpitale powodują u mnie traumę i w ogóle nie mam zaufania do lekarzy, pielęgniarek i położnych. Troje moich ostatnich dzieci szczęśliwie urodziłam w domu.

Po kilku dniach, kiedy już udało nam się trochę oswoić z myślą, że noszę bliźnięta, zaczęłam szukać informacji. Byłam w ciąży bliźniaczej dwuowodniowej, dwukosmówkowej, co oznaczało, że każde z bliźniąt miało własne łożysko i własny worek owodniowy. To najbezpieczniejsza wersja ciąży bliźniaczej i takie bliźniaki mogą być bezpiecznie urodzone w domu. Znaleźliśmy położną, która zgodziła się asystować przy moim porodzie i która wydawała się nam odpowiadać. Jednakże, ani ja ani Joe nie byliśmy 100% przekonani do rodzenia bliźniąt w domu. Pomimo trzech wcześniejszych przebiegających bez komplikacji porodów domowych, obecna sytuacja była dla nas czymś całkiem nowym, a biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy około 40 minut drogi (przy najlepszych wiatrach) do szpitala, gdzie pracuje lekarz, którego wybraliśmy, podchodziliśmy niepewnie do wersji pozostania w domu.

Kompromisem wydawał się poród w domu narodzin, który został właśnie otworzony w połowie drogi między naszym domem a szpitalem, gdzie pracował nasz położnik. Dom narodzin był piękny, a ja byłam podekscytowana faktem, że udało się znaleźć sposób, aby urodzić te dzieci poza szpitalem. Na kolejnej wizycie prenatalnej dałam mojemu lekarzowi list, w którym opisałam mu moją historię i wyjaśniłam dlaczego opcja porodu szpitalnego  nie była odpowiednia dla mnie. Poinformowaliśmy też lekarza o naszych planach porodu w domu narodzin oraz powiedzieliśmy, że zamierzamy kontynuować wizyty u niego w razie gdyby pojawiły się jakieś komplikacje i musiałabym iść do szpitala. Doktor nie był zachwycony naszym pomysłem, ale tak naprawdę niewiele mógł na to poradzić.

Co teraz?

Moja ciąża przebiegała bez komplikacji, poza tym, że miałam ciągle nic nie znaczące aczkolwiek irytujące skurcze. Kiedy byłam w 23 tygodniu otrzymałam list od naszej położnej z informacją, że nie będzie ona jednak dla nas dyspozycyjna w marcu i musimy poszukać kogoś innego na jej miejsce. Do tej pory nie wiemy dlaczego się wycofała, ale to był cios, ponieważ wiedziała ona, że była dla nas jedyną „wykonalną” opcją porodu poza szpitalem. Alternatywą było bowiem albo pozostanie w domu z położnymi, co do doświadczenia których mieliśmy wątpliwości albo podróżowanie do innego domu narodzin oddalonego 2 godziny drogi. Po kilku dniach przygnębienia i złości podjęliśmy trudną decyzję, że urodzę w szpitalu.

Teraz musiałam się skupić na poradzeniu sobie z byciem zmuszoną do rodzenia w miejscu którego nie cierpiałam i na tym jak mogę to doświadczenie uczynić pozytywnym. Miałam koszmary senne i flashbacki, zaczęłam więc chodzić do terapeuty, do którego chodziłam kilka lat wcześniej po poronieniu.  Rozpoczęliśmy terapię zwaną EMDR (Eye Movement Desensitization and Reprocessing), aby zmniejszyć moje reakcje na stres. Ciężko pracowałam, aby być w stanie zaakceptować perspektywę bycia w szpitalu. Musiałam też ciężko pracować nad  kwestią mojego zaufania do personelu służby zdrowia.

Polityka każdego szpitala w naszej okolicy (oprócz jednego, do którego wrócę później) jest taka, że mamom rodzącym bliźniaki pozwala się I okres porodu spędzić w normalnej sali, ale kiedy osiągnął pełne rozwarcie, są przenoszone do sali operacyjnej. Są podłączane do przeróżnych urządzeń tak jak do operacji  i rodzą leżąc płasko na plecach z nogami na strzemionach na małym stole operacyjnym. Kiedy urodzin się pierwszy bliźniak, jego pępowina natychmiast jest zaciskana i odcinana, a maluch oddawany jest do badań zespołowi neonatologicznemu. Następnie lekarz-położnik wkłada swoją dłoń (i potencjalnie przedramię) do ciała matki i odszukuje drugiego bliźniaka. Jeśli jest o w położeniu główkowym, matka wypiera dziecko. Jeśli zaś w miednicowym, położnik dokonuje ręcznego wydobycia, i wyciąga dziecko za stópki. To dziecko zostaje położone na brzuchu mamy do czasu aż pępowina przestanie tętnić. W sumie, w sali wokół stołu operacyjnego byłoby od 7 do 11 osób, więc w moim odczuciu byłabym na wystawie niczym zwierzę w zoo.

Mając w przeszłości wspaniałe położne, które przyjmowały porody bliźniacze w domu, WIEDZIAŁAM, że żadna z powyższych procedur nie była konieczna w przypadku dwukosmówkowych, dwuowodniowych bliźniąt, a niektóre mogły być po prostu szkodliwe. Nie mogłam wyobrazić sobie wypierania dziecka leżąc płasko (lub prawie płasko) na plecach. Nie chciałam, aby pierwszy z bliźniaków stracił możliwość skorzystania z dobrodziejstw późnego odpępniania. Nie widziałam też powodu, dlaczego pierwsze z bliźniąt, jeśli będzie w dobrym stanie,  nie mogłoby być położone na mnie podczas oczekiwania na drugie maleństwo. Biorąc pod uwagę moją traumatyczną historię, wizja lekarza wkładającego rękę po łokieć do mojego ciała była wprost przerażająca. Poza tym, jako że rodzę bez znieczulenia, mogłam sobie tylko wyobrazić jak byłoby to bolesne. Potrzebowałam prywatności i kontroli nad moim otoczeniem, więc widownia jaka szykowała się w szpitalnym scenariuszu była raczej nie do zaakceptowania. Krótko mówiąc, żadna z tych rzeczy nie mogła zaistnieć w moim przypadku. Jednakże wymyślenie jak tego wszystkiego uniknąć było wyzwaniem.

Planowanie

Musiałam dowiedzieć się jak zareaguję na pobyt w przestrzeniach szpitala, więc mój lekarz skontaktował mnie z Przełożoną Sali Porodowej, żebyśmy mogli przyjść zwiedzić porodówkę. Powiedzieć, że byłam spięta tym wydarzeniem to mało. Moja przyjaciółka Dede pokonała 8 godzinną trasę w obie strony, aby być ze mną podczas tego „zwiedzania”. Kiedy przyjechaliśmy do szpitala, kobieta, która miała nas oprowadzić (Patty) była zajęta. Zastąpiła ją Joan, stojąca na czele całego pionu „Women’s services” świadczącego usługi medyczne kobietom [„Women’s services” obejmuje takie oddziały jak patologia ciąży, sala porodowa, oddział położniczo-noworodkowy, czasem także oddział ginekologii].

Byłoby niedopowiedzeniem rzec, że „zwiedzanie” nie poszło dobrze. W zwykłej sali porodowej całkiem się rozkleiłam i zajęło mi dobrą chwilę ( i kilka rozmów z Dede) zanim się uspokoiłam na tyle, aby kontynuować „zwiedzanie”. Weszliśmy do sali operacyjnej  i samo spojrzenie przez otwarte drzwi spowodowało u mnie atak paniki. Po kilku minutach, zdołałam zrobić kilka kroków do środka, wytrzymać 10 sekund, po czym wyszłam na korytarz, znalazłam jakiś kąt, wycofałam się tam i kompletnie załamałam.

Trzeba przyznać, że Joan zachowała się wspaniale. Szczerze wątpię czy kiedykolwiek miała takich zwiedzających. Ciągle pytała czy coś można zrobić, aby polepszyć moje samopoczucie. Dede rozmawiała z nią za mnie, bo ja nie byłam w stanie. Opuszczałam szpital z zapewnieniem , że mogę przyjść „oswajać się” z tym miejscem tak wiele razy jak będę potrzebowała, a szpital zrobi wszystko co w ich mocy, aby pomóc mi przez to przejść. Mogę powiedzieć z całą pewnością, że nie mieli pojęcia dokąd ich to w rezultacie zaprowadzi.

Wiedziałam, że szpital usiłował pomóc, ale propozycje, które dostaliśmy od Joan na temat tego co mogą mi zapewnić nie były wystarczające. Potrzebowałam trzymać się z daleka od sali operacyjnej. Dlatego też zaczęliśmy szukać innego szpitala. Jest jeden szpital, trochę bardziej prowincjonalny, mniej więcej w podobnej odległości od naszego domu, który ma położnika przyjmującego porody bliźniacze poza salą operacyjną. Spotkaliśmy się z doktorem B. i rozmawialiśmy na temat objęcia przez niego opieką mojej ciąży. Miałam poczucie, że to może być rozwiązanie w przypadku gdyby Szpital Columbia St. Mary’s [ten który uprzednio „zwiedzaliśmy”] nie zgodził się, abym rodziła poza salą operacyjną. Dowiedzieliśmy się jednak podczas tego spotkania, że ten szpital ma oddział neonatologiczny I-go stopnia referencyjności, co oznaczało, że jeśli zaczęłabym rodzić przed 36 tygodniem, nie będą mogli mnie przyjąć i odeślą mnie do najbliższego szpitala, gdzie będę musiała rodzić z lekarzem, którego nigdy wcześniej nie widziałam i który prawdopodobnie nie postępowałby zgodnie z moimi potrzebami. Zresztą nawet gdybym dotrwała do terminu porodu, jeśli którekolwiek z dzieci miałoby problemy, prawdopodobnie zostałyby przetransportowane do Szpitala Dziecięcego. W dodatku, dr B. miał być na wyjeździe przez cały 37 tydzień mojej ciąży. Co prawda kilku jego kolegów potrafi przyjmować porody pośladkowe, ale pozostali trzej nie potrafią, więc jeśli drugi bliźniak nie obróciłby się główką w dół, zrobiliby mi cesarkę.

Co śmieszniejsze, mój położnik (dr Wasserman), jedyny lekarz, któremu przez ostanie 10 lat byłam w stanie zaufać, wyjeżdżał w podróż służbową od 32 do 35 tygodnia mojej ciąży. Jako, że w świecie położniczym „bliźnięta zawsze rodzą się wcześniej”, martwiłam się, że nie będzie go przy porodzie. Moje położne były jednak przekonane, że nie urodzę na tyle wcześniej, bo przeszłam na tzw. Bliźniaczą Dietę Położnej.

Podczas wizyt u doktora Wassermana, próbowaliśmy wyczuć jaki jest jego stosunek do tego ,abym rodziła poza salą operacyjną, ale właściwie zbywał nas wymówkami. On mówił, że to decyzja szpitala, szpital (rzecznik prasowy) mówił, że to zależy od lekarza. Pod uwagę należało brać również to, że także zespoły anestezjologiczny, neonatologiczny i pielęgniarski będą chciały wyrazić swoją opinię i że będę musiała uzyskać ich „aprobatę”, nawet jeśli Departament Zarządzania Ryzykiem wyraziłby zgodę.

Było 2 tygodnie przed planowaną podróżą doktora Wassermana i nie było takiej możliwości, abym zdołała odbyć rozmowy z wszystkimi tymi ludźmi zanim on wyjedzie. Zaproponowaliśmy więc spotkanie wszystkich przy „okrągłym stole” i ku naszemu zdziwieniu doktor się zgodził. Skontaktowaliśmy się z Joan, która zgodziła się pomóc nam w organizacji tego spotkania.

Spotkanie zostało umówione na kilka dni przed wyjazdem doktora Wassermana. Było dość tłumnie: ja ,Joe, Dede, Deb (nasza położna, która tu występowała w roli douli), nasz lekarz, kierownik zespołu neonatologicznego, dyżurny anestezjolog, przełożona Sali Porodowej (Patty) i Joan. Prawie natychmiast zrobiło się jasne, że wszyscy czekali na dycyzję doktora Wassermana.  Byliśmy pewni, że jeśli on zgodzi się na poród poza salą operacyjną, wszyscy inni pójdą w jego ślady, pod warunkiem, że my damy im pewność, iż rozumiemy związane z tym ryzyko i je akceptujemy. Po początkowych tarciach, dalsza część spotkania przebiegła doskonale. Dr Wasserman przyznał, że szanse na to, ze mój poród przebiegnie bez komplikacji wynoszą 95-97 %, a ja jasno potwierdziłam, że akceptuje istniejący procent ryzyka.

Zgodzono się, abym rodziła poza salą operacyjną, jeśli będzie wszystko ok z dziećmi i mój stan będzie stabilny. Chciano zastosować ciągły monitoring KTG ponieważ byłam po cesarce, ale uszanowano moje prawo do odmowy, jeśli chciałabym np. przez jakiś czas pospacerować lub iść pod prysznic.  Ustaliliśmy, że jeśli pierwszy bliźniak urodzi się w dobrej kondycji, nie będzie natychmiast odpępniony, zostanie położony na moim brzuchu, a do określenia położenia drugiego bliźniaka zostanie użyte USG. Zgodziłam się na założenie wkłucia dożylnego, na wypadek gdyby było potrzebne, ale ustaliliśmy, że nic nie będzie mi podawane bez mojej wyraźnej zgody. Zgodziłam się także na ręczne wydobycie drugiego bliźniaka, gdyby był w położeniu miednicowym i byłoby to konieczne. Nie było też limitu czasu w którym musi urodzić się drugi bliźniak.

Żeby uświadomić Wam jak ogromną rewolucją było to, co usiłowaliśmy zrobić, powiem tylko, że miałam być pierwszą matką od przynajmniej 34 lat, która miała urodzić bliźnięta poza salą operacyjną w tym szpitalu. Wymagało to od wszystkich członków personelu ogromnego „nagięcia się” , ale wychodziłam ze spotkania z dozą optymizmu, że to ma szanse się powieść.

Dr Wasserman wyjechał, a ja widywałam w zastępstwie doktora L. Zapewnił mnie on, że nie miał zastrzeżeń do naszych planów pod warunkiem, że dzieci nie będą wcześniakami.

 W oczekiwaniu

Ciąża przebiegała książkowo. Byłam w kontakcie z Patty, gdyż ustalałyśmy szczegóły dot. porodu, i dowiedziałam się, że szpital wypróbowuje różne sale porodowe, aby wybrać  tę, która będzie najodpowiedniejsza biorąc pod uwagę cały sprzęt i personel mający uczestniczyć w moim porodzie. Około 34 tygodnia, ponowne pojechałam „zwiedzać porodówkę”, z moją terapeutką. Było dużo lepiej niż za pierwszym razem. Pojawiło się kilka rzeczy, które dodaliśmy do mojego planu, m.in. aby starano się, by jak najmniej personelu było w zasięgu mojego wzroku (by dać mi choćby iluzoryczne poczucie intymności).  Około 36 tygodnia ciąży dowiedziałam się, że sala dla mnie jest już przygotowana i zarezerwowana.

Dr Wasserman wrócił z podróży. Zadzwonił zaraz po wylądowaniu w kraju z pytaniem czy już urodziłam. W 37 tygodniu i 5 dniu ciąży miałam kolejną wizytę u doktora. I pojawiły się kolejne schody. Doktor Wasserman powiedział, że jeśli nie urodzę do 38 tygodnia i 3 dnia ciąży, to ponownie nie będzie dyspozycyjny aż do godziny 22 dnia, kiedy skończę 39 tydzień. Okazało się, że doktor nie przypuszczał, że donoszę ciąże aż do tego tygodnia – zgodnie z powszechnym w środowisku położniczym przekonaniem, założył, że „bliźnięta zawsze rodzą się wcześniej” i zaplanował sobie wakacje. Nigdy wcześniej nie było mowy o tym, że doktor zamierzał wyjechać na 4 dni pod koniec mojej ciąży.

Nie potrafię nawet opisać jak bardzo sfrustrowana byłam z jego powodu. Przez całą ciążę powtarzałam mu, że bardzo staram się, aby donosić te dzieci do terminu. Nigdy nie zapytał co w tym celu robiłam, jakie miało to mieć działanie czy jakie były podstawy, aby uważać, że to zadziała.  Po prostu założył, że to wszystko nie ma wpływu na czas trwania ciąży. Byłam trochę zszokowana perspektywą, że nie będzie go przy porodzie (znowu), ale nie zamierzałam zgadzać się na indukcję i ryzykować kaskadą komplikacji i interwencji, jakie mogła ona za sobą pociągnąć.

Poród niezgodny z Planem (Dublin)

Dobrze przygotowywać się do porodu. Dobrze przemyśleć czego by się chciało, a czego nie. Dobrze napisać plan porodu. Ale warto również pamiętać, że podczas porodu wiele się zmienia i żywioł narodzin może znacznie zmodyfikować wcześniejsze plany. Jednak jak pokazuje historia Kamili, „niezgodnie z planem” może wciąż oznaczać „pięknie i satysfakcjonująco”.

Mój pierwszy poród – drogami natury, był dość traumatyczny, chociaż gorsze było samopoczucie po nim. Udało mi się urodzić drogą pochwową, chociaż niekoniecznie siłami natury.

Dziecko wyciągnięto mi siłą, używając vacuum, nie dając nawet szansy na parcie samodzielne – choć przez małą chwilkę. Jeszcze zanim zaczęłam przeć – zarządzono vacuum, głęboko mnie nacięto, a potem wyszarpano ze mnie dziecko.
Przez pierwszy tydzień nie mogłam wstać z łóżka, kolejny – chodziłam przygarbiona, a potem już tylko nie mogłam siadać…

Infekcje ciągnęły się za mną cały rok – co miesiąc dostawałam od lekarza kolejne globulki, które tym razem miały mi pomóc – nie pomagało nic.

Kiedy zaszłam w kolejną ciążę, bardzo starannie przygotowywałam się do porodu. Byłam do niego pozytywnie nastawiona, pomimo wcześniejszych przeżyć.

Kiedy zaczęły się skurcze – byłam bardzo szczęśliwa. Chciałam jak najdłużej spędzić w domu. Pojechałam do szpitala tylko dlatego, że w pewnym momencie poczułam, że coś ze mnie wychodzi. Było galaretowate w dotyku. Przestraszyłam się, że może to być łożysko…

Nie wykryto u mnie wcześniej przodującego, ale byłam tak wystraszona, że od razu pojechałam do szpitala. Na miejscu zrobiono mi KTG – ze znalezieniem tętna były kłopoty.

Kolejny strach. Niepotrzebny, bo potem okazało się, że tam, gdzie jeszcze 2 tyg. temu z całą pewnością było serce, teraz była już pupa. Dziecko odwróciło się na samej końcówce ciąży – nogami do dołu, chociaż już w 20 tygodniu przyjęło pozycję główkową! O opcjach porodu nie pozwolono mi dyskutować. Zarządzono natychmiastową cesarkę, chociaż w kolejce do niej czekało kilka dziewczyn.

             Następnego dnia mogłam już wstać, 3 dni później robiłam porządki w domu. Trochę bolała mnie rana, ale mogłam chodzić, siedzieć bez przeszkód, a nawet

schylać się. Załatwiałam się też bez problemu – co było moim problemem jeszcze przez dłuższy czas po moim „naturalnym” porodzie.

Fizycznie nie było tak źle – ba! dużo lepiej niż po moim pierwszym porodzie – ale psychicznie trudno było mi dojść do siebie jeszcze przez dłuższy czas. Nie mogłam zaakceptować tego, że nie udało mi się urodzić naturalnie.

Chociaż nie planowałam rodzić w domu (marzyłam jedynie o tym) to najbardziej bolało mnie to, że po cesarce owa możliwość została mi zabrana raz na zawsze…

Chociaż moja trzecia ciąża bardzo mnie zaskoczyła, od samego początku zaczęłam się przygotowywać do porodu. Moje myśli były skupione tylko wokół niego. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym, czytać o niczym innym, oglądać o niczym innym, nawet rozmowy nie o porodzie sprawiały mi trudność…

Oglądałam każdy program w którym padało słowo „poród”, każdy serial dokumentalny o porodach, a było ich w tym czasie naprawdę dużo – porody w Polsce, w Australii, w Anglii. Potem już i to mi nie wystarczało, więc zaczęłam oglądać porody domowe w Internecie. Niektóre widziałam po kilkanaście razy, przy niektórych płakałam za każdym razem, gdy je oglądałam…

Czytałam fora o porodach (te o ciążach w ogóle mnie nie pasjonowały), a najczęściej o porodach w domu – i te właśnie były dla mnie inspiracją i wyobrażeniem o tym, jak ma wyglądać MÓJ PORÓD.

To jednak wciąż mi nie wystarczało.

Sięgnęłam więc po książki…

Przeczytałam dwie Iny May Gaskin, a jej „Poród naturalny” nawet kilka razy, a niektóre jej fragmenty – nawet kilkanaście.

Do tego „Narodziny bez przemocy” Laboyera”,

Odenta – „Odrodzone narodziny” oraz „Poród naturalny a cięcie cesarskie”.

Książkę Ireny Chołuj „Urodzić razem i naturalnie” – kilka razy.

Przygotowywałam się nie tylko duchowo.

                Chciałam być przygotowana pod każdym względem do tego ważnego wydarzenia – a przygotowywałam się znacznie lepiej niż przed pierwszym i drugim porodem.

Od 3 miesiąca zaczęłam pić herbatkę z liści malin, żeby wzmocnić mięśnie macicy.

Miesiąc później zaczęłam przyjmować olej z wiesiołka – na dojrzewanie szyjki.

Do tego żurawina, by zapobiec infekcji dróg moczowych i probiotyki – na drogi rodne.

Miesiąc przed terminem namiętnie jadłam daktyle – po 6 dziennie – na rozwarcie oraz bromelinę (wyciąg z ananasa).

Mój Plan Porodu był perfekcyjnie opracowany. Był krótki, zwięzły i stanowczy. Nie brałam pod uwagę żadnych ustępstw.

Nie chciałam aż tak znowu wiele.

Chciałam po prostu:

  • nie mieć przebitych błon płodowych na żadnym etapie porodu
  • nie chciałam podtlenku azotu, ani znieczulenia zewnątrzoponowego
  • nie chciałam mieć przypiętego KTG
  • chciałam przeć w pozycji na kolanach, na swojej własnej poduszce
  • nie chciałam oksytocyny na żadnym etapie porodu, a zwłaszcza w III fazie
  • chciałam by pępowina była przecięta, gdy już przestanie tętnić
  • chciałam zobaczyć łożysko
  • nie chciałam by dziecku podano wit. K.

                       W końcu nadszedł termin porodu. Właśnie na ten dzień miałam umówioną wizytę u lekarza. W trakcie tej wizyty okazało się, że szyjka, choć miękka, jest jednak jeszcze długa. Poziom wód płodowych drastycznie spadł. Konieczny był natychmiastowy poród. Zaczęłam pertraktacje z lekarzem. Chciałam, by dał mi 5 dni. Nie zgodził się. Stwierdził, że to stanowczo za długo. Poprosiłam więc o 3 dni. Lekarz zgodził się na…2.
Nalegał, by 2 dni po terminie odbyła się cesarka, gdybym nie zaczęła rodzić sama do tego czasu. W trakcie załatwiania wszystkich formalności związanych z cięciem, okazało się, że nie ma miejsca na ten dzień, który zaproponował lekarz. Musiałam czekać dzień dłużej…

Ku mojej uciesze, oczywiście, bo miałam nadzieję, że uda mi się jednak zacząć rodzić samej! Na KTG musiałam chodzić od tej pory codziennie – właściwie było to 3 razy, w dzień wizyty u lekarza, jeszcze kolejne 2 dni, bo na 3 dzień miała odbyć się cesarka.

Pierwsze KTG wyszło doskonale – położna mówiła mi, że wzorowo. Kolejne były równie dobre. Na moim ostatnim KTG położna zaproponowała mi jeszcze masaż szyjki macicy – wykonany przez lekarza, który miał także zrobić mi USG, by zobaczyć, jak miewa się dziecko.

USG oraz badanie wykonywał zupełnie inny lekarz niż ostatnim razem.

Okazało się, że ilość wód nie jest jednak tak mała, jak poprzednio sądzono. Moja szyjka zaś była krótsza niż ostatnio!

Lekarz stwierdził, że warto mi jednak dać szansę..

Przesunął termin na jeszcze kilka dni, dając mi możliwość wywołania porodu oksytocyną, po uprzednim przebiciu błon płodowych.

            Mój plan nie przewidywał ani jednego, ani drugiego…

Miałam jednak wybór – albo cesarka, albo wywołanie (którego chciałam uniknąć).

Wywołanie mojego porodu miało się odbyć w niedzielę, był czwartek, miałam więc kolejne 2 dni na to, by poród rozpoczął się jednak sam.

Zaczęłam działać. Codziennie masowałam sobie brodawki.

Robiłam to już dzień wcześniej, ale skurcze, które się pojawiały, wieczorem zanikły. Kolejnego dnia wydłużyłam czas masażu. Masowałam sobie nie tylko jedną brodawkę, ale obie jednocześnie, przez ponad 2 h. Skurcze miałam nie tylko w czasie masowania, ale także długo po nim. Męczyły mnie one nawet w nocy. Nie mogłam przez nie spać, ale leżałam, bo nie były aż tak dokuczliwe. Rano jednak, gdy tylko wstałam, skurcze ustały całkowicie.

Kolejnego dnia postanowiłam masować brodawki jeszcze dłużej i intensywniej. Skurcze, które się pojawiły, były silniejsze niż ostatnio, w dodatku miałam wrażenie, że przez to, że zjadłam za dużo, same skurcze był trudniejsze do zniesienia, bo bolało nie tylko z przodu, ale także z tyłu.

Postanowiłam sobie, że ostatniego dnia przed wywołaniem porodu, zrobię sobie oczyszczenie organizmu. Z samego rana chciałam wypić wodę z kapusty kiszonej, a potem miałam pić tylko wodę z miodem i cytryną…

               Tej nocy skurcze były tak silne, że podrywały mnie z łóżka. Po każdym skurczu musiałam iść skorzystać z toalety, bo nacisk na odbyt był tak silny. Pomagało mi masowanie dolnej części kręgosłupa. Wciąż myślałam, że te bóle są związane z tym, że za dużo zjadłam w ciągu dnia. Byłam już tak nimi wykończona, że postanowiłam sobie nie masować więcej brodawek, czekając na to nieszczęsne wywołanie, którego wcześniej tak bardzo chciałam uniknąć. Skurcze stały się już tak bolesne, że nie chciałam ich mieć. Chciałam by zniknęły. Wzięłam więc 2 tabletki paracetamolu. Skurcze jednak nie przechodziły, więc pomyślałam sobie, że 2 No-Spy powinny załatwić sprawę.

Dalej nic…

Jeszcze została mi kąpiel. Kąpiel tak bardzo złagodziła skurcze, iż wydawało mi się, że one minęły bezpowrotnie. Polewałam sobie dodatkowo wodę na brzuch i zupełnie zapomniałam o skurczach, uradowana, że jednak pomogło…

Kiedy wyszłam z kąpieli, znowu się zaczęło. Ból z przodu i z tyłu. Tak rozrywający, że pomyślałam, że musi się skończyć jak najszybciej. Przez myśl przeszła mi…cesarka. Obudziłam męża, który od razu się ubrał, ale ja zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że jednak JESZCZE nie rodzę. Ból raz był większy, raz mniejszy i trudno mi było ocenić, czy to to, czy jednak nie…

                  Zaczęłam jednak mówić głośno o cesarce. Chciałam cesarkę i to JAK NAJSZYBCIEJ! Bałam się, że będą chcieli czekać do rana, a jak chciałam NATYCHMIAST, bez czekania, od razu! Już żałowałam, że tak pochopnie zrezygnowałam z cesarki poprzedniego dnia. Myślałam i mówiłam tylko o tym, że jednak cesarka, chociaż tyle miesięcy przygotowywałam się do porodu naturalnego. Mój mąż też był nastawiony na to, że jedziemy na cięcie. Nawet ucieszył się z tego powodu, bo od samego początku nie był pewien, czy powinnam rodzić naturalnie.

W czasie drogi musiałam koniecznie zwymiotować, chociaż sama droga nie sprawiała mi więcej bólu niż ten, który przeżyłam w nocy. Zaparkowaliśmy dość daleko od szpitala, więc musieliśmy dość spory kawałek pokonywać na pieszo. Była ciepła, wrześniowa noc – a właściwie już poranek, a same skurcze, chociaż częste – co 3 minuty, jakby złagodniały. Już nie miałam wcześniejszego ucisku na odbyt, tylko same skurcze. Sama droga do szpitala, chociaż długa, była jednak bardzo przyjemna.

Kiedy dotarliśmy do szpitala, okazało się, że jesteśmy pierwsi w kolejce – i jedyni. Nasłuchałam się o gigantycznych kolejkach na Izbie Przyjęć, ale widocznie pora na rodzenie nie była sprzyjająca. Zrobiono mi KTG, a potem badanie, w czasie którego okazało się, że moje rozwarcie wynosi już…4 cm! Mój mąż zaczął mówić o cesarce – ja zupełnie już o tym zapomniałam, ale powiedziano mu, że jest za późno!

                       W nagrodę za tyle cm rozwarcia, dostała mi się Sala Porodowa. Kiedy przyszliśmy tam z jedną z położnych, zobaczyłam że naokoło siedzi mnóstwo innych położnych, czekających na pacjentów. Mnie dostał się…położnik.

Byłam bardzo niezadowolona. Odent grzmiał przecież :”żadnych położników w czasie porodu!”

Cały poród zepsuty – pomyślałam sobie.

Zastanawiałam się, kiedy mogę zapytać o tę cesarkę..

Położnik przypiął mi pasy do KTG. Zdenerwowałam się jeszcze bardziej.
CHCIAŁAM PRZECIEŻ CHODZIĆ!
Chwilę póżniej okazało się, że…właśnie kończy się jego zmiana. Byłam zadowolona, że przytrafiła mi się jednak położna – już nieważne jaka, ale kobieta!

Zajęła się mną jeszcze bardziej niż poprzednik. Na prawe ramię dała mi aparat do mierzenia ciśnienia, który miał być ze mną cały czas. Na lewą rękę dostałam wenflon – ot, tak na wszelki wypadek. Byłam unieruchomiona dosłownie z każdej strony. Kiedy kazała mi iść do toalety, moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa – były kompletnie zdrętwiałe z tego leżenia. Położna i mąż pomogli mi wstać, dalej już było łatwiej. W toalecie jeszcze nawet nie zdążyłam się załatwić, kiedy złapał mnie skurcz. Trwał minutę, nie dłużej, ale położna już pukała do drzwi, czy przypadkiem nie zaczęłam rodzić…

Trochę inaczej to sobie wyobrażałam…

Chciałam chodzić, tańczyć, opierać się o drabinki, siedzieć na piłce…

A przede wszystkim potrzebowałam odrobiny prywatności. Okazało się jednak, że położna była ze mną cały czas. Po niedługim czasie przyszła jeszcze studentka,więc czułam się pod podwójną obserwacją…

Byłam bardzo zmęczona tym wszystkim.

                         Zastanawiałam się nad znieczuleniem, chociaż wcześniej nie brałam go pod uwagę. Już prędzej brałam pod uwagę cesarkę, niż znieczulenie.
Raz – że nie chciałam go z zasady,

dwa – wydawało mi się, że po cięciu nie można dostać znieczulenia.
Zaczęłam jednak delikatnie podpytywać położną, jak by to było gdybym wzięła znieczulenie. Powiedziałam jej pokrótce o moich planach rodzenia na kolanach, ale okazało się, że to nic pewnego – nie wiadomo czy tak będę mogła rodzić nawet, jeśli nie wezmę znieczulenia. Już nie dopytywałam od czego to będzie zależeć, bo bolało i to mocno. Ból w czasie leżenia jest naprawdę olbrzymi. Sama dobrowolnie nie położyłabym się do łóżka.
No ale po cięciu tak trzeba…- tłumaczyła położna.
W końcu, chociaż było mi bardzo ciężko, podjęłam decyzję o znieczuleniu. Jeszcze przed podaniem, położna sprawdziła mi rozwarcie. W chwili przyjęcia miałam 4 cm, dwie godziny później – 6 cm. Pęcherz płodowy wciąż cały. Pamiętam, że w czasie mojego pierwszego porodu, z chwilą pęknięcia pęcherza intensywność skurczy tak się wzmogła, że czuć było różnicę. Tym razem bardzo się tego bałam, bo moje skurcze i tak były tak silne, że wydawało mi się, że już nie mogą być ani o jotę mocniejsze!

       Prawie płakałam, a jednak zdecydowałam się na znieczulenie. Kiedy je dostałam, położna zaproponowała mi przebicie pęcherza płodowego. Byłam już tak zobojętniała na wszystko – bo i tak nic nie szło po mojej myśli – że zgodziłam się. Wód rzeczywiście było bardzo mało. Być może nawet mniej, niż lekarzowi się wydawało… Chwilę później zgodziłam się jeszcze na oksytocynę w trzeciej fazie, chociaż w moim Planie Porodu wyraźnie zaznaczyłam, że nie chcę oksytocyny w żadnej fazie porodu, a zwłaszcza w tej trzeciej. Mój Plan Porodu zawierał także informację o tym, że nie życzę sobie podania dziecku witaminy K.

Kiedy jednak położna o to zapytała, było mi wszystko jedno. Przytaknęłam głową.

                   Znieczulenie podano mi o 10:30. Od tego czasu przestałam czuć cokolwiek. Miałam zamknięte oczy. Odpoczywałam.

Ogarniała mnie przeraźliwa rozpacz, że wszystko poszło nie tak jak trzeba. Myślałam nawet, że cesarka byłaby lepszym rozwiązaniem niż to, co mnie spotkało…

Bo cesarka była w moim planie, zaś znieczulenie było poza tym planem!

Położna co 2 h badała mi rozwarcie. Rosło regularnie – 2 cm na 2 h. Kiedy już osiągnęło 10 cm, powiedziała mi, że teraz da mi jeszcze godzinę na zejście główki niżej, bo po znieczuleniu nie można przeć dłużej niż godzinę.

Słyszeliśmy krzyczące kobiety w fazie parcia, ale położna uspokajała męża, że ja tak krzyczeć nie będę…

Uwierzyłam jej i ja.

Zbliżała się godzina przerwy położnej. Nie martwiło mnie to wtedy, bo nic nie czułam. Mogłam tak nawet leżeć godzinami…

Ale kiedy poszła, ja zaczęłam odczuwać obniżanie się dziecka. Szło w dół, a potem się wracało. Do tego doszła jeszcze potrzeba parcia. Najpierw całkiem mała, a potem coraz większa i większa. Kazałam mężowi wezwać położną. Przyszła jakaś dyżurna, podniosła mi łóżko, poprawiła poduszki i poszła sobie. Byłam wściekła, bo ból był już nie do zniesienia, a ja chciałam żeby mi pomogła chociaż wybrać odpowiednią pozycję – przeć mogłam już bez niej (tak mi się przynajmniej wydawało). Na sali wciąż była studentka, więc zapytałam ją, w jakiej pozycji będę mogła rodzić. Zupełnie nie przygotowałam się do znieczulenia, więc o pozycjach w czasie znieczulenia nie miałam pojęcia! Ona pokazała mi ścianę z rysunkami. Były tam kobiety klęczące, kucające na różne sposoby. Nie było ani jednej pozycji leżącej..

Uśmiechnęłam się tylko i postanowiłam nie zadawać jej więcej pytań.

Kiedy przyszła moja położna, bardzo się ucieszyłam, bo wiedziałam, że MUSZĘ przeć! Nie obchodziło mnie już to, czy główka jest wystarczająco nisko, ani to, że mam zaledwie godzinę. Chciałam zacząć TU I TERAZ.

Najpierw kilka prób z nogami przyciągniętymi do siebie, potem kilka prób z pozycją na boku (wstyd, ale nie znałam ani jednej.. Oglądając porody domowe, omijałam te wszystkie, na których kobieta musiała leżeć. Poznałam więc kilka pozycji, zobaczyłam jak wyglądają i jak działają, ale nie interesowała mnie ani jedna,w której kobieta musiałaby leżeć). Położna jednak zadecydowała, że najlepsza będzie taka, gdy wszyscy trzymają mnie za nogi i w czasie parcia dociskają je do mnie. Dla mnie to też była najwygodniejsza pozycja, bo  po kilku parciach byłam tak zmęczona, że nie potrafiłam sama utrzymać nóg.
Uczucie parcia miałam co minutę. Nie miałam czasu by zrobić łyk wody i znowu kolejne parcie. Chciałam nawet odpocząć przez kolejny skurcz, ale nie dało się. Ta potrzeba była taka silna, że musiałam przeć. Położna mnie dopingowała. Mówiła mi, żebym wytrzymała dłużej, albo żebym jeszcze raz parła (wychodziło tak, że na jednym skurczu parłam 4 razy i to naprawdę długo…).

Po 20 minutach wyszła główka. Ból był tak intensywny, że mnie przerósł. Nie tego się spodziewałam! Piekło tak mocno, że zaczęłam się drzeć jeszcze bardziej, niż dziewczyny. Ból był dużo silniejszy, niż myślałam. Nie oczekiwałam jakiegokolwiek bólu – dziewczyny przecież nieraz dotykały główki dziecka, a ja nie mogłam, bo tak piekielnie bolało! Chciałam, żeby ten ból jak najszybciej się skończył. Teraz tak częste skurcze były błogosławieństwem, bo chwilę później pojawił się kolejny i dziecko wysunęło się z mojego ciała. Położna położyła mi je na piersi.
Do tej pory nie znaliśmy płci. Już nie mówiłam położnej, że chciałabym sama ją zobaczyć, ale ona jakby czytała w moich myślach. Dopóki ja nie zobaczyłam czy to chłopczyk czy dziewczynka, dopóki nie zrobił tego mój mąż, ona też tego nie zrobiła. Zrobiła to jako ostatnia…

Zaproponowała mi przecięcie pępowiny dopiero, kiedy przestanie tętnić. Chciałam tego, ale nie śmiałam nawet o tym powiedzieć, bo wszystkie moje wcześniejsze plany i marzenia i tak spełzły na niczym. Wszyscy dotykaliśmy pępowiny i czekaliśmy aż przestanie pulsować. Trwało to o wiele dłużej niż myślałam, ale kiedy to się stało, mój mąż odciął pępowinę. Nasz synuś leżał przez cały czas na mojej piersi, a po chwili zaczął jedną z nich pić. Pił tak profesjonalnie, jak żadne z moich dzieci (podano mi je po ponad 5 h od porodu, a pierwsze – jeszcze później).

Pił i pił, najpierw jedną pierś, potem drugą..Zajęło mu to jakieś 2 h, a w tym czasie pielęgniarka go wytarła i zrobiła zastrzyk. W tym także czasie jego łożysko wyskoczyło ze mnie. Mogłam je nawet pooglądać, co też było moim marzeniem. Także niewypowiedzianym, ale położna sama to zaproponowała, opowiadając mi o jego częściach.

Po porodzie czułam się fantastycznie. Nawet nie wiedziałam, że pękłam. Dokładnie po tej stronie, po której byłam tak głęboko nacięta. Szwów było bardzo dużo.

Posmutniałam, kiedy się o tym dowiedziałam…

Myślałam, że czeka mnie powtórka z pierwszego porodu. Ogromny ból w połogu…

Jednak tego samego dnia mogłam już usiąść nie tylko normalnie, ale i…po turecku! Umiałam swobodnie się załatwić, chodzić, biegać..Umiałam robić wszystko! Szwów w ogóle nie czułam. Ani mnie nie piekły, ani nie ciągnęły. Czułam się tak, jak bym ich w ogóle nie miała!

Mój połóg – FANTASTYCZNY!

Samopoczucie fizyczne – rewelacyjne!

Psychiczne?

Mojego Planu Porodu nie wypełniłam nawet w 50 %.

Nie wypełniłam go nawet w 25 %.Choć większość zależała ode mnie…
Na jedną jedyną rzecz nie chciała się zgodzić położna – na odłączenie od KTG. Na resztę jednak przystałaby bez wahania, bo sama pytała mnie o to, czy tamto… Jedna rzecz, a jednak najważniejsza.

Leżenie w łóżku sprawiło, że ból był trudny do zniesienia.

                  Zdecydowałam się na znieczulenie – już całkowicie dobrowolnie, a potem poszło lawinowo. Godziłam się na wszystko, co mi położna zaproponowała.

Moja wyobraźnia przewidywała cesarkę. Liczyłam się z nią od samego początku. Liczyłam się nawet z kleszczami i próżnociągiem (ze względu na pierwszy poród). Nie liczyłam się jednak z tym, że wezmę znieczulenie!!!

Kiedy tak mocno bolało, moje myśli skupione były tylko wokół cesarki, której wcześniej tak bardzo chciałam uniknąć.

Ból jednak zabrał mi rozum…

Wyczerpanie także, bo bóle miałam już od 3 dni, nieprzespane 2 noce, do tego ból w krzyżu.

Samo znieczulenie wzięłam o 10:30, nasz syn urodził się o 15:02.
To długi czas…Za długi, przy takim wyczerpaniu. Pewnie nie miałabym już siły przeć.. Znowu w ruch poszłyby kleszcze albo próżnociąg…
Mnie jednak udało się samej wyprzeć syna. I to zaledwie w 20 minut!
Tak, jestem z siebie zadowolona!
Jestem zadowolona z tego, że dokonałam tego.
Syn urodził się nie tylko drogami natury, ale także siłami natury.

Po moim trzecim porodzie w końcu jestem kobietą spełnioną.

IMG_1579

Szczęśliwa opowieść Agnieszki (Limanowa)

Takie historie motywują do dalszej pracy nad rozwijaniem portalu:) Oto opowieść Agnieszki, mamy 1.5 rocznej Zosi urodzonej przez cc i niespełna miesięcznego VBACowego Tomka:

Witam,
i ja chcę podzielić się moją historią.
24 lutego 2013 nad ranem zaczęły się delikatne, ale regularne (co 6-5 min) skurcze i odchodzenie czopa śluzowego. Obudziłam męża i pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu skurcze ustąpiły, KTG też nic nie pokazało. Położono mnie na patologię ciąży. O 1 w nocy znowu skurcze co 7 min, leżałam i liczyłam je do 3, poszłam do pielęgniarki i mówię jak się sprawy mają. No to z powrotem na porodówkę. Telefon do męża, że się zaczyna. Mąż pojawił się błyskawicznie (do dzisiaj nie wiem jak on to zrobił). KTG pokazało niewielkie skurcze, poszłam pod prysznic, i chodziłam, chodziłam. chodziłam… Ok 8 obchód, ordynator podjął za mnie decyzję o podaniu mi znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie byłam przekonana, ale nim się obejrzałam zespół anestezjologów pojawił się przy mnie i tak zostałam uziemiona na dalszą część porodu. Byłam tak przejęta sytuacją, że nie umiałam zawalczyć o swoje. Godziny mijały, a moje rozwarcie i postęp porodu praktycznie się nie ruszył. Ok 16 decyzja o podaniu oksydocyny, no i wtedy zaczęło się naprawdę, ból niesamowity, szybko rozwarcie na 10 cm… Bóle parte ponad godzinę, ale zaraz po skurczu córka znowu wracała wysoko i tak zabawa w kotka i myszkę trwała i trwała, wydawało mi się, że to się nigdy nie skończy. Pomimo znieczulenia czułam potworny ból. jak się później okazało prawdopodobnie źle podano mi znieczulenie. Dyżur miał mój lekarz prowadzący ciążę i to on podjął decyzję o cesarskim cięciu. I tak o 20:45 25 lutego 2013 usłyszeliśmy pierwszy krzyk naszej córeczki Zosi.
Po 9 miesiącach znowu byłam w ciąży. Cieszyliśmy się jak szaleni, chociaż ciągle nasuwało mi się pytanie, jaki teraz będzie poród. Wszyscy w koło (z wyjątkiem męża) mówili, że cc, ale ja uparcie nie brałam sobie tego do serca, nie chciałam w to wierzyć, nie chciałam ponownego cięcia. Już na jednej z pierwszych wizyt zapytałam lekarza czy mogę rodzić naturalnie po 18 miesiącach od cc. Nie widział przeciwwskazań:) Chociaż pozwolił mi zadecydować, mogłam wybrać cc. Nad ranem 25 sierpnia poczułam, że odchodzą mi wody. Nie robiłam paniki, postanowiłam, że jeszcze nie jedziemy do szpitala. Zaczęły się mocne skurcze i wtedy spakowaliśmy córkę do samochodu, zawieźli do moich rodziców, sami zaś pojechaliśmy na spotkanie z synem. KTG pokazało mocne ale nie regularne skurcze. Piłka, prysznic, spacerowanie. Już na początku wypełniając plan porodu nie zgodziłam się na znieczulenie. Rozwarcie postępowało, ale zdecydowano by podać mi oksydocynę, aby wyregulować akcję skurczową. No i tym razem po oksydocynie wszystko przyspieszyło. Kiedy akcja skurczowa się unormowała, odłączono mnie od kroplówki i znowu poszłam pod prysznic, nie miałam sił już spod prysznica wyjść. Skurcze co 3 min, spadały na mnie z ogromną siłą. W momencie zrobiło się rozwarcie na 10 cm, położna w biegu przygotowywała zestaw narzędzi i miejsce dla noworodka. Parłam 45 minut, ból był niesamowity, ale po 12 h od odejścia wód na mój brzuch trafił śliczny płaczący mały człowiek, nasz syn Tomek.  Było to dokładnie 18 miesięcy po pierwszym porodzie-co do dnia.
Decyzja o porodzie naturalnym była dyktowana przez serce, rozum czasami podpowiadał cc, że niby bezpieczniej będzie. Trafiłam na tę stronę, przeczytałam ją od a do z. Drukowałam publikacje naukowe i czytałam, czytałam… to najlepsza decyzja jaką podjęłam! Dzięki Wam uwierzyłam naprawdę, że się uda! Dziękuje Wam, że jesteście!

Bliźniaki … naturalnie po cesarce! (USA)

Amerykańskie Kolegium Położników i Ginekologów w wytycznych z 2010 roku dotyczących porodów po cięciu cesarskim rekomenduje, aby kobiety po 1 cięciu cesarskim wykonanym poprzecznie w dole brzucha, u których nie istnieją inne przeciwwskazania do naturalnego porodu bliźniąt, miały możliwość podejmowania próby porodu pochwowego. Cieszy fakt, że są już miejsca na świecie, gdzie te zalecenia są wprowadzane w życie.

Poniżej przedstawiam Wam historię Joanny, która szczęśliwie urodziła swoje córeczki – bliźniaczki jednokosmówkowe dwuowodniowe – drogami natury po wcześniej przebytym cięciu cesarskim. Poród rozpoczął się spontanicznie w 37 tygodniu ciąży i miał miejsce w szpitalu Legacy Emanuel w Portland, w stanie Oregon. 

To był mój  trzeci poród. Pierwszy raz rodziłam naturalnie, bez ingerencji. W 40 tygodniu odeszły mi wody, skurcze zaczęły się 14 godzin później, a urodziłam po 6 godzinach akcji skurczowej. Parłam trzy razy, nie było żadnych komplikacji. Mój drugi poród to była nieplanowana cesarka w 39 tygodniu, przed wystąpieniem akcji skurczowej z powodu wątpliwości co do wzrastania dziecka i jego serduszka.

Przez całą trzecią ciążę – z bliźniaczkami – rozmawiałam z lekarzami i mówiłam im jak bardzo chciałabym urodzić naturalnie. Bardzo wyraźnie artykułowałam jak było to dla mnie ważne.  Rozmawialiśmy o wszystkich zagrożeniach i możliwych scenariuszach.  Druga bliźniaczka była w położeniu miednicowym, co napawało moją ginekolog niepokojem, ale ponieważ obydwa maluchy odpowiednio rosły, pod koniec ciąży lekarze zgodzili się spróbować ręcznego wydobycia drugiego „miednicowego” bliźniaka, po urodzeniu pierwszego.

Moja ginekolog obiecała mieć pieczę nade mną podczas porodu, nawet jeśli nie będzie jej na dyżurze. Postarałam się również, aby specjalista medycyny matczyno-płodowej obiecał mi swoją obecność przy porodzie, gdyż wiedziałam, że ręczne wydobycie płodu w położeniu miednicowym było dla niego mniej problematyczne niż dla mojej ginekolog. Kiedy jednak nadszedł czas przyjazdu do szpitala nie było żadnego z tych lekarzy.

Zdarza się dość często, że kiedy kobieta myśli, iż poród potoczy się w pewien sposób, przebiega on  zgoła odmiennie. Ważne jest, aby być na to przygotowanym i nadal jasno i otwarcie komunikować się  oraz być pewnym siebie, bez względu na to, co się dzieje.

Kiedy zgłosiliśmy się do szpitala, zajęła się nami bardzo troskliwa położna, która poświęcała nam dużo uwagi. Myślę, że to miało ogromne znaczenie. Powiedziałam jej, że chciałabym urodzić naturalnie, bez ingerencji. Wspierała mnie w tym. Potem przyszedł lekarz, więc znów zaczęłam mówić jak ważny jest dla mnie poród naturalny. I znów spotkałam się ze wsparciem. W końcu, kiedy przyszła lekarka dyżurna, powiedziałam jej jak bardzo fakt, iż jej nie znam wytrącił mnie z równowagi. Omówiłyśmy mój plan porodu. Pani doktor była BARDZO otwarta. Dała mi jasno do zrozumienia, że chce mnie wspierać. Równie jasno powiedziała mi, że chciałaby uniknąć rodzenia jednego bliźniaka  drogami natury, a drugiego przez cięcie cesarskie, jak również, że nie chce wykonywać ręcznego wydobycia położonego miednicowo drugiego płodu ponieważ był on o około pół kilo większy od pierwszego bliźniaka. Pani doktor powiedziała, że będzie chciała obrócić drugie bliźnię po porodzie pierwszego. Z tego powodu musiałam zdecydować się na znieczulenie zewnątrzoponowe.

Lekarka przebiła mi pęcherz płodowy i otrzymałam małą dawkę znieczulenia. Przez kolejne 3 godziny poród postępował dobrze. Przewieziono mnie na salę operacyjną (gdyż jest taki wymóg, aby porody podwyższonego ryzyka, jakim był poród drugiego bliźniaka, odbywały się na sali operacyjnej). Pierwsze dziecko urodziło się bardzo szybko – po 1 parciu. Myślę, że to dlatego, że to była już 3 ciąża. Potem przez około 20 minut lekarze usiłowali obrócić drugiego bliźniaka do położenia główkowego, ale córeczka nie obracała się. Wreszcie mała wstawiła się stópkami w kanał rodny. Zrezygnowana lekarka powiedziała, że teraz nie ma już szans na obrót i zapytała jak jestem nastawiona do porodu w położeniu miednicowym . Bez wahania zgodziłam się.

Poród przebiegł szybko i bez komplikacji. Sporo w tym zasługi pani ginekolog, która nie zawahała się i zaufała mi. Ale i tak najważniejsze jest zaufanie kobiety do samej siebie i jej wiara we własne siły!

joanna

Spełnione marzenie (Warszawa)

Nawet ciąża przebiegająca z trudnościami (m.in. z cukrzycą ciężarnych) nie musi stanowić przeszkody w naturalnym porodzie siłami natury po cięciu cesarskim. Oto ujmujaca i motywująca historia Anny, która niedawno szczęśliwie urodziła córeczkę Julkę.

Moja historia zaczęła sie w 2009 r.  kiedy to ostatecznie urodziłam przez cc mojego syna Kacpra. W karcie wypisu „zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu, wysokie proste ustawienie główki i kolizja pępowinowa”, które ponoć skutecznie uniemożliwiły mojemu synkowi wydostanie sie na świat drogami natury. Po cesarce szybko dochodziłam do siebie, jedyną traumę przeżyłam przy nieudanych próbach karmienia i szybko przestawiłam synka na butlę. Trzeba tutaj jasno powiedzieć, że byłam kompletnie nieprzygotowana do porodu, nie miałam żadnej świadomości tego jak może wyglądać poród, dlaczego jest taki ważny, że moze być piękny i może być początkiem cudownej więzi miedzy matka a dzieckiem.
Przyjechaliśmy do szpitala o 23 ze skurczami bardzo krótkimi i intensywnymi, do godz. 8 nie odpłynęły mi wody a rozwarcie postąpiło z 2 na 4 cm. Położna zdecydowała o przebiciu pęcherza owodniowego a ja sie zgodziłam, w końcu to ona wiedziała co robi. Potem weszłam do wanny, skurcze zaczęły odchodzić, po wyjściu dopadły ze zdwojoną siła. Wtedy wzięłam znieczulenie. Po półgodzinie rozwarcie osiągnęło 10 cm. Ale parcia nie czułam, nie mogłam współpracować z polożną, ona oceniła ze dziecko źle sie wstawia, tętno zaczęło spadać, zdecydowano o cesarskim cięciu. Ja w tym momencie nie wiedziałam co sie ze mną dzieje, byłam półprzytomna. Partner towarzyszył mi na sali operacyjnej, popłakałam sie jak wyjęli Kacperka z mojego brzucha, byłam szczęśliwa, że wszystko dobrze sie skończyło. Potem zaczęły sie problemy z karmieniem, po 7 dobach walki w szpitalu bez wsparcia i pomocy przestawiłam Kacpra na butelkę i pokarm mieszany. Po 3 tygodniach już tylko mm podawałam. Przez długi czas nie odczuwałam traumy związanej z porodem, nie miałam wyrzutów sumienia z powodu nieurodzenia sn, nie widziałam problemu z karmieniem sztucznym mlekiem. Dopiero od jakiegoś czasu moze 1-2 lat zaczęłam nabierać szeroko pojętej świadomości pewnych decyzji, wyborów i zdarzeń związanych z moim porodem. Kiedy zaszłam w druga ciąże świadomość zaczęła gwałtownie domagać sie rewizji wcześniejszych poglądów. A co, jesli nie wziełabym znieczulenia, nie pozwoliła przebić pęcherza, itp? Może wszystko potoczyłaby sie inaczej, piękniej? Tego nie dowiem sie już nigdy, nie mniej postanowiłam, że tym razem chce urodzić naturalnie, bez niepotrzebnych ingerencji medycznych.
Po drodze ciąża mnie nie rozpieszczała, 4 miesiące wymiotów i wręcz leżenia w łóżku, potem cukrzycą ciężarnych, niedoczynnością tarczycy i lekarze życzliwie mówiący ze owszem mogę spróbować urodzić sn, ale niekoniecznie musi sie to udać. Co chwila popadałam w zwątpienie, potem na nowo umacnialam sie w swoich decyzjach i pragnieniach, że chcę urodzić naturalnie. Pomagała mi w tym moja doula Helena, z która dzieliłam się swoimi wątpliwościami. Rozpatrywałyśmy rownież kwestie mojego porodu z Heleną, problemem było to, że ja mieszkam w Warszawie a Helena w Bytomiu. Ale jak sie okazało, dałyśmy radę. Od 34 tygodnia, w związku z cukrzyca ciężarnych, monitorować musiałam dobrostan płodu, czyli co tydzień jeździłam na ktg, usg do punktu konsultacyjnego do szpitala świętej Zofii na żelaznej. Po drodze przyplątała sie mi infekcja zatok, która powodowała złe zapisy ktg u małej. W końcu antybiotyk i jakoś dotrwałam do 40 tygodnia. Na ostatniej wizycie w punkcie lekarz konsultujacy poinformował mnie,  że mam sie zgłosić na patologię ciąży celem indukowania porodu ze względu na to, że mam cukrzyce i takie sa wytyczne. Badania Julci były bez zarzutu, nie za duża, dobre ktg i usg, świetne przepływy. Ale wytyczne mówiły: patologia.
Nie zgłosiłam sie w dniu terminu 16 czerwca. Byłam u swojej lekarki prowadzącej z która ustalilam, że spokojnie mogę jeszcze poczekać. Nie chciałam absolutnie wywoływania porodu. Lekarka uspokoiła mnie na tyle, że o 1 szej w nocy już 17 czerwca odpłynęły mi wody i zaczęły sie skurcze. Helena była u nas od tygodnia oczekując na narodziny Julci. Obudziłam ją i powiedziałam, że już wody mi odpływają, ale na razie jeszcze nie jedziemy do szpitala, położyłam sie jeszcze spać, ok. 5 obudziłam Partnera, że jedziemy do szpitala. Zjadłam śniadanie, przyjechali rodzice żeby zając się Kacprem i ok. 6.30 byliśmy w szpitalu. Zostałam bardzo szybko przyjęta na blok porodowy, do sali pomarańczowej. Od razu trafiła mi sie bardzo miła młoda położna pani Magda. Czułam się naprawdę zaopiekowana przez Helenę i panią Magdę. Nikt nie wspomniał nawet o jakiejś cesarce, przyspieszaniu porodu itp.  Czułam sie bezpiecznie, skurcze ciagle były znośne ale w godzinę dały dodatkowy cm rozwarcia. Potem nagle wszystko potoczyło sie bardzo szybko, skurcze przybierały na sile, niektóre bolały bardzo, ale była przy mnie Helena, masowała, dotykała, była, wspierała słowem i dotykiem, to pomagało i to bardzo znieść ten ból. W dość szybkim czasie okazało sie ze rozwarcie to już ok. 7 cm. Zaczęłam prosić o znieczulenie wiedząc, że nikt mi go nie da, bo go nie chce tak naprawdę i Helena wiedziała, że takie jest moje życzenie. Za chwile weszłam w II fazę porodu, zaczęło sie parcie. Chyba parcie bolało bardziej niż wcześniejsze skurcze. Myślałam, że bede przeć bez końca – okazało sie, że trwało to 35 minut. W międzyczasie słyszałam, że główka ciagle sie cofa, wiec kiedy w końcu już się nie cofnęła i kiedy mogłam jej dotknąć, tak jak sobie wymarzylam, poczułam, że muszę się zebrać w sobie to szybciej Juleczka będzie ze mną, i szybciej sie skończy poród. Muszę tutaj zaznaczyć, że dopadało mnie zwątpienie, brak sił, brak motywacji, nawet dotknięcie główki dziecka nie dało mi powera. Natomiast taka wewnętrzna myśl, że to już zaraz koniec i po wszystkim dała mi motywacje. Bez znieczulenia czułam każdy party skurcz, słuchałam położnej i współpracowałam z nią. A kiedy główka już wyszła, i za chwile cała Julcia była już ze mną nie mogłam uwierzyć, że tego dokonałam, że urodziłam siłami natury swoje dziecko, swoją córeczkę. Położono mi ja na piersi, pozwolono przytulać i cieszyć sie jej obecnością. Kacpra zabrano mi w zasadzie na jakieś 24 h. Julcia od razu była przy mnie. Za chwile przyjechał tatuś 🙂 zmęczenie, ból, wszystko odeszło od razu po porodzie.  Czułam sie cudownie spełniona, dumna z siebie i z Julki.
Poród nie trwał długo, Julka przyszła na świat o 11.25. Potem zaczęła sie walka o karmienie, wiedziałam że chcę karmić piersią i że chce otrzymać wszelka możliwa pomoc w tej kwestii w szpitalu. Dodam jeszcze, że napełnila mnie duma, że po porodzie będę na oddziale kierowanym przez położne, czyli oddziale gdzie leżą kobiety po porodach fizjologicznych, bez komplikacji, naturalnych. Aż nie mogłam uwierzyć, że to ja też do nich należę. Położne na oddziale były wspierające, wszystkie pokazywały, dostawiały do piersi, wspierały. Miałam dwa nocne kryzysy, poranione brodawki, problem z dostawieniem Julki. Dzięki tej cudownej opiece przetrwalam. Julka ma 2 tygodnie. Byłyśmy już 2 razy na konsultacji laktacyjnej w związku z bólem piersi i brodawek, ale karmimy sie dzielnie, Julka swietnie przybiera na wadze. Jest spokojna, lubi sie tulić, kangurować zarówno u mamy jak i u taty. Jest małym przytulaskiem. Czasem tylko strasznie mi żal, że Kacprowi, mojemu 5 Latkowi nie dałam tego samego – spokojnego pięknego porodu, karmienia piersią, ciągłej obecności mamy. Wyrósł na fajnego, samodzielnego i mądrego chłopca, i tylko ja wiem jak bardzo mi żal, bo zdaje sobie sprawę już teraz co mu odebrałam.
Poród po cc jest możliwy. Może być pięknym doświadczeniem z odpowiednim wsparciem i motywacją. Cieszę sie, że była z nami Helena, dała mi to czego potrzebowałam. Jeszcze pare lat temu stwierdziłabym, że doula to fanaberia, niepotrzebna. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Bez względu na przeciwności warto wierzyć, że damy radę, nasze ciało i intuicja sa często najlepszymi doradcami.

Z wielkiej księgi wpisów VBACowej grupy wsparcia… czyli narodziny Julka (Warszawa)

Jakiś czas temu portal NATURALNIE PO CESARCE poszerzył swoją działalność o funkcjonującą na facebooku grupę wsparcia.  Mamy przygotowujące się do porodu po cięciu cesarskim mogą tam zadać nurtujące ich pytania, podzielić się swoimi wątpliwościami, spostrzeżeniami i uzyskać wsparcie. Niektóre z mam dzielą się też swoimi doświadczeniami już po porodzie. Martyna zgodziła się, abym jej historię opublikowała także tutaj.

Wpis nr 1: 5 luty 2014

Jestem mamą żywiołowego 3,5latka, którego niestety mimo 8h walki urodziłam ostatecznie przez CC w Św. Zofii w Warszawie. Syn ważył 4,6kg i to zdaniem lekarzy (tzn. niewspółmierność płodu do mojej miednicy) było przyczyną 'niepowodzenia’. Ja mam na ten temat inną opinię. W skrócie: przyjęto mnie na patologię w 41 tygodniu ciąży jako 'przeterminowaną’. Test oksytocynowy, bolesny masaż szyjki zakończony przebiciem pęcherza płodowego, potem podawanie na potęgę oksytocyny i ciągłe kładzenie mnie pod KTG bez wskazań… Po 8h i dojściu do 5cm rozwarcia zadecydowano o cc. W tej chwili jestem 2giej ciąży, termin rozwiązania się zbliża (20marca) a ja jestem ogromnie zdeterminowana do SN. Mam rozpisany plan porodu, głowę pełną refleksji i inne nastawienie niż do 1 porodu. Na pewno nie będę już teraz tak pokorna i bezwolna wobec 'autorytetu’ personelu. Przede mną 'wyrok’ USG w 36tyg, do tej pory szacowana waga malucha jest znacznie mniejsza niż starszego brata na tym etapie, blizna po cc ponoć super, a i ginekolog daje mi spore szanse i dużo wsparcia (przy okazji polecam panią doktor M. Łubiarz z „Zośki”). Jestem na etapie decyzji o podpisaniu umowy z położną, rozważam dwie dostępne w tym moim terminie i polecane przez koleżanki Panie: Joannę Szeląg i Bożenę Zaborowską.

Wpis nr 2: 29 marzec 2014

Za mną rozwiązanie. Niestety i tym razem skończyło się CC, ale przeżyłam kilkanaście godzin porodu naturalnego, wspierania przez przecudowną położną (Bożena Zaborowska, Szpital Św. Zofii, Warszawa) która nie tylko respektowała mój „wyśrubowany” plan porodu, ale dała mi znacznie więcej- wiele ciepła, taktu, czujnej obecności, dotyku niosącego ulgę, wielkiej motywacji by się nie poddawać, celnych sugestii i porad, dyskretnego ogarniania kwestii formalnych… Mogłabym wypisywać same superlatywy bez końca. Poród rozpoczął się samoistnymi skurczami w nocy, bujałam je i rozwijałam całą kolejną dobę (mieszkam obok szpitala więc byłam 2 razy na KTG i kontroli rozwarcia, które niestety nie następowało) będąc w ciągnącym się od tyg. ostrym zapaleniu oskrzeli i na dwóch antybiotykach.

Siła kobiecego organizmu i jakaś tajemna jego mobilizacja sprawiły, że na 48h ustała całkiem astma oskrzelowa i totalny kaszel, by dać mi szansę urodzić  W każdym razie po ponad dobie skurczy i mojej odmowie przyjęcia na patologię ciąży (wszystkie wyniki, KTG itd. były idealne) w końcu rozwarcie ruszyło i Bożenka mogła wziąć mnie na porodówkę. To była dłuuuga noc i jeszcze dłuuuższy dzień. Nie sądziłam, że jestem w stanie znieść 2 doby praktycznie bez snu, bez jedzenia, w chorobie, w torturach bóli krzyżowych – a jednocześnie czerpać z tego doświadczenia tak wielką moc, przeżywać tak świadomie każdy sygnał z ciała i od dziecka.

Doszliśmy do 7cm i…wszystko kompletnie padło. Moje parametry krwi zaczęły spadać, gwałtownie skoczyło mi CRP i pojawiła się ostra leukocytoza. Tętno dziecka zaczęło się wahać, a ze mną był coraz słabszy kontakt, odpływałam ze zmęczenia i nawracającej choroby. Lekarka, która ogromnie motywowała mnie do naturalnego porodu, rozłożyła ręce i powiedziała, że serdecznie mi radzi, byśmy jednak zrobili CC. Obawa gwałtownej infekcji i jej przejścia na maluszka, mój kiepski stan = wyjazd na salę operacyjną.

Mimo wszystko nie wspominam tego wszystkiego jako porażki jak to miało miejsce przy 1 porodzie. Wiem, że tym razem zrobiłam wszystko, i ja i mój wspierający mąż, jak i położna i lekarze, by Julek urodził się drogami natury. Syn urodził się na szczęście wolny od choróbsk, silny i bardzo pogodny, spokojny. Pozostaliśmy w szpitalu dłużej ze względu na moją infekcję i tony leków dożylnych.

Na szczęście jesteśmy już w domu, szczęśliwi i zdrowi, w radosnym komplecie.
Dziękuję Wam Drogie Koleżanki za wszelkie rady i wsparcie jakich mi udzieliłyście, wszystkim tym z Was, które szykują się do rozwiązania życzę powodzenia, by był to piękny i wymarzony poród. Wszystkiego dobrego!