Archives

VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!

Poród drogami natury po cięciu cesarskim jest możliwy – to fakt medyczny. Jest również w przypadku większości kobiet opcją bezpieczną i korzystną. Jednak w wielu miejscach kobiety muszą staczać walkę o możliwość choćby podjęcia próby porodu naturalnego po cc. W niejednym miejscu nikt nie chce dać takim kobietom szansy. Zuzanna taką szansę otrzymała i … udało się!

vbac clothesGdy zaszłam w pierwszą ciążę, było dla mnie oczywiste, że urodzę siłami natury. Przygotowywałam się do tego przez całe 9 miesięcy i mimo, że ciąża okazała się problematyczna i zagrożona, nikt nie widział przeciwwskazań, by rodzić naturalnie. Termin miałam na 12 grudnia, a 27 listopada poszłam na wizytę lekarską – pech chciał, że mojej lekarce zmarł mąż i nie przyjmowała, więc musiałam na gwałt znaleźć kogoś, kto mnie poprowadzi do rozwiązania, wybrałam lekarza, który robił mi USG. Okazało się, że jest położnikiem i był sympatyczny. Stwierdziliśmy, że na finiszu to już nie takie ważne kto, bo i tak zaraz urodzę 😉 Lekarz zrobił mi USG, zapytał, czy byłam duża, gdy sama się urodziłam i…. od tej pory wszystko potoczyło się nie tak jak sobie wymarzyliśmy… Więcej na blogu Zuzanny:)

 

Moja przygoda z VBAC, pozytywna ! :]

Poród nie musi być bezbolesny, nie musi być nawet zupełnie bezurazowy, aby być dla kobiety źródłem mocy i poczucia spełnienia. I mówię to z perspektywy osoby, której znacznie bliżej to hedonizmu niż do masochizmu czy idei męczeństwa. Potwierdza to niejedna historia. Jedną z nich jest opowieść Joanny.

Mam na imię Joanna, mam 32 lata i 4 msce temu urodziłam moje drugie dziecko.
Synka Huga.
Dzień, w którym się urodził był najpiękniejszym dniem w moim życiu i nie zapomnę go nigdy :]

Pierwsze dziecko. córkę Ninę, urodziłam w październiku 2011 przez cc.
Po końskich dawkach oksy, porodzie sztucznym aż do bólu, rozwarciu na 5 cm i skurczach co 1,5 minuty Nince zaczęło spadać tętno i lekarze szybko zdecydowali o cc.
Uratowali jej życie, ale ja do dzisiaj nie daruje sobie tego, że pozwoliłam na maksymalną ingerencję w naturę, przez co tak się właśnie skończyło.
Psychiczna trauma po tym porodzie towarzyszyła mi bardzo długo i długo nie mogłam się z tym pogodzić.

Już wtedy wiedziałam że drugie dziecko muszę urodzić naturalnie.
No muszę i nie ma innej opcji !

No więc kiedy po trzech latach zaszłam ponownie w ciążę, to się niemal od poczęcia samego na ten dzień psychicznie przygotowywałam.
Czytałam, szukałam, szperałam, oglądałam, słuchałam etc.
Tak się w pewnym momencie zafiksowałam, że powiedziałam stop! Bo jak się za bardzo nakręcę to potem sobie nie poradzę, jeśli pójdzie nie po mojej myśli.
Termin porodu miałam wyznaczony na 18-go stycznia 2015.
7-go stycznia szyjka mej macicy była twarda i zupełnie nieporodowa mimo dość mocnych i męczących mnie nocami skurczybyków. Bolał mnie ten brzuch dobre dwa tygodnie a szyjka nic. Sobie myślę „o koza niedobra”. Od kilku dni odchodził także czop i nic. Więc czekałam. Kawałki galarety leciały coraz większe, brzuch bolał coraz mocniej. I tak przez cały czwartek, piątek i sobotę. W niedzielę już miałam lekką irytację z powodu w/w, ale myślę ” w sumie fajnie, że coś się dzieje”.
Wieczorem, w niedzielę poczułam NIEPRAWDOPODOBNĄ chęć wypicia bawarki ))
Poprosiłam więc męża i ok 22:30 prosto do łóżka przyniósł mi wielki kubek pysznego, gorącego napoju.
Dokończyłam jakiś bezedurny serial, wypiłam tą bawarkę i poczułam, że mnie zaczyna boleć żołądek i zaraz się porzygam
Więc poszłam spać.
Była prawie północ.
Pierwszy skurcz obudził mnie dokładnie o 02:40.
Nie wystraszył mnie, nie zasugerował że to już bo takie skurcze miewałam wcześniej.
Skurcz minął, ja zasnęłam i obudziłam się znowu. Że boli. Myślę sobie – pewnie już rano, wstawać trzeba. Zerkam na telefon a tam 02:58.
Myślę hmmmmm dwa skurcze w 20 minut, tego jeszcze nie było.
Kolejny skurcz 03:12 i już wiem, czuję że chyba coś z tego będzie.
Między kolejnymi skurczami – pojawiającymi się co 12; 15; 18 minut – przysypiam snem kamiennym.
W czasie niektórych skurczów wstaję, opieram się o łóżeczko synka i zaczynam oddychać przeponą kołysząc jednocześnie biodrami. Tak mnie bratowa uczyła, bo na SR w życiu nie byłam.
No więc radze sobie z bólem wg instrukcji made in bratowa
Między skurczami głaszczę się po brzuchu przemawiając w myślach do Huga, żeby był dzielny i dał radę a mamusia zrobi wszystko, żeby mu pomóc wyjść jak najszybciej. Jestem, o dziwo bo normalnie panikara ze mnie, bardzo spokojna i wyciszona. Podobnie jak cały dom. Mąż Mateo śpi, Ninka śpi, koty śpią. Jestem tylko ja i Huguś. I skurcze.
Mąż z córką wstają ok 8 rano. Mateo patrzy na mnie i pyta co się dzieje. Więc mówię, że mam skurcze, nie śpię od 3 ale, że to jeszcze potrwa więc niech jedzie do biura. No to jedzie. Ja zostaję z Ninką, bo dzień wcześniej skarżyła się na ból pipki i miała lekką temperaturę, więc do przedszkola nie idzie.
Robię nam śniadanie między skurczami. Jemy, siadamy do zabawy i wtedy goni mnie do wc po raz pierwszy. Za chwilę drugi, kolejny i jeszcze. Po szóstej wizycie przestaje liczyć, dzwonię do Mateo i mówię żeby wracał bo chyba jednak rodzę
Mateo wraca, zgarniając po drodze opiekę do Ninki.
Ja kończę się ubierać, sprawdzam torbę, żegnam się z Niną mając oczy pełne łez (to był jedyny moment, kiedy poczułam przerażenie i strach, że ją zostawiam) i wychodzimy. W szpitalu jesteśmy ok 12, w poczekalni pełno ciężarnych do przyjęcia, ale wszystkie do wywołania lub planowych cięć.
Zgłaszam więc, że ja ze skurczami i zostaję przyjęta poza kolejką. Położna przeprowadzając ze mną wywiad mówi cały czas, że ja bankowo nieporodowa, że ona przecież widzi, tzn że właśnie nic nie widzi i gdzie te moje skurcze. No to mówię, że coraz rzadsze, pewnie ze stresu
Przebieram się, przychodzi lekarz i chce mnie zbadać, więc wskakuję na fotel niczym rasowa antylopa.
Lekarz czeka na skurcz (jakieś 8 min leżę przed nim rozkraczona a on poirytowany, że panikę sieją a ja w ogóle bez akcji), na skurczu wkłada rękę i robi oczy jak 5 zł mówiąc, że dobre 7-8 cm.
Sobie myślę „no chyba Ty!!”.
Jakie 7-8 ?! Toż ja już powinnam na kolanach wyć jak Indianka wgryzając się jednocześnie we framugę
A ja zamiast tego martwię się o niedogoloną pipkę i nienakarmione koty rano
Idziemy na oddział.
Salowa wjeżdża z aparatem do ktg i mówi, że za chwilę położna przyjdzie.
No i przychodzi. Anioł mój kochany, pani Bożenka. Podłącza mnie pod ktg, bada raz jeszcze rozwarcie i zostawia nas samych.
Po 25 min sprawdza zapis, odpina kable i zaprasza na porodówkę.
Skurcze jakby częściej, ale nie bolą jakoś mocno.
Na porodówce nie wiem do końca co robić (jest ok 14:00) bo mam rodzić, ale mi się jakby odechciało.
Więc zaczynam skakać na piłce kręcąc jednocześnie sutkami.
I nic. Tzn skurcze nadal co 8 minut i takie na jeża średnie.
Po pół godz skakania i masowania Bożenka sprawdza rozwarcie. Dalej 8 cm, główka nieprzyparta.
Bożenka wie, że NIC wspomagającego mi podać nie mogą więc woła lekarkę (cudna kolejna młoda babeczka, drugi anioł) i dumają co by tu….
Lekarka mówi, że przebijemy pęcherz bo w badaniu bardzo twardy, napięty i wypiera główkę. Tłumaczy mi wszystko, przedstawia ryzyko z przebiciem związane i pyta co myślę. Przypominam sobie z art na temat VBAC fragmenty o przebiciu pęcherza i zgadzam się, bo ryzyko powikłań niewielkie.
No więc czekamy na skurcz i przebijamy. Ogrom, ale taki konkretny, cieplutkiej cieczy zalewa całe łóżko, szpital i okolice.
Tak mi się przynajmniej wtedy wydaje
Jest godzina 15:00, wody odeszły i czekamy w napięciu co teraz.
Długo nam czekać nie przychodzi.
15:05 pierwszy mega bolesny ból z krzyża. Sobie myślę „upsss, że to tak ma bolec?”
15:10 kolejny, 15:15 jeszcze jeden. Każdy następny sprowadza mnie do poziomu posadzki.
Idzie następny, cedzę przez zęby „Mateo masuj!!!!”, Mateo rzuca się na me krzyże z rękami, czuję dotyk i cedzę przez zęby ponownie „nie dotykaj błagam”.
Chcę żeby był, ale nie chcę żeby mi przeszkadzał. Każdy kolejny skurcz paraliżuje moje ciało komórka po komórce. Ale oddycham w skupieniu, bo myślę tylko o dziecku. Ja dam radę, jemu muszę pomóc. Tracę poczucie czasu, nie zerkam już na zegar, klęczę na podłodze z głową wtuloną w kolana męża. Na każdym skurczu nucę coś pod nosem. Nie pamiętam potem co, a Mateo twierdzi że byłam cicho.
Nie wiem ile mija czasu, czuję nagle że muszę przeć. Położna sprawdza rozwarcie i mówi, że jest 10 cm więc mogę.
Prę kilka razy i czuję dokładnie jak główka centymetr po centymetrze się obniża. Czuję jak mi się rozchodzą biodra, czuję że muszę stanąć szerzej (bo prę na stojąco) żeby synek miał miejsce, czuję jakby mi ktoś ogniem żywym palił między nogami. Bożenka każe dotknąć główkę. Dotykamy ją oboje, tzn jej czubek bo reszta schowana. Mateo patrzy w dół i mówi, że są włoski. Stoję na nim wsparta, on mnie całuje i szepcze do ucha „dasz radę, już niedługo”. Myślę „no przecież wiem, że dam”.
Czekam na kolejny skurcz, ale chcę się położyć bo tracę czucie w nogach. Z pomocą męża wdrapuje się na łóżko. Bożenka cały czas wpycha ręce w krocze próbując je ochronić, ale mówi – mocno zawiedzionym i przepraszającym tonem- że musi ciąć. Pyta o zgodę, więc kiwam tylko głową bo idzie skurcz więc nabieram już powietrza. Bożenka tnie (czuję to dokładnie), ja prę i nagle mija uczucie piekielnego ognia i wychodzi główka. Bożenka woła „Asia teraz nie przyj, trzymaj!!” ale niestety, nie powstrzymuję już tego. Prę bez skurczu i synek wyskakuje na ręce Bożenki.
A następnie ląduje na mych piersiach.
I wtedy czas staje w miejscu.
Dostrzegam zegar i godzinę 16:30, widzę że za oknem już ciemno, widzę wzruszonego męża który ma sine ręce od mojego w czasie parcia uścisku. Wszystkie szczegóły widzę i dostrzegam a cały świat przesłania mi ta mała, ciepła, bezbronna istotka na moim brzuchu. Wpatruje się we mnie zdziwionymi oczami a ja cały czas powtarzam w myślach „dałeś radę synku, jestem z Ciebie dumna”.
I nic już nie jest ważne.
To, że nie posłuchałam Bożenki i parłam bez skurczu przez co pękła mi cewka moczowa i zrobiło się pełno otarć. To, że z pękniętej cewki dostałam krwotoku, musieli mnie zacewnikować i szyli 45 minut.
Nic się nie liczy tylko to moje wielkie Szczęście, że jest Hug i że leżymy sobie razem przez te 2 godziny.
Zaczynam wyć dopiero wtedy, kiedy przypominam sobie o Nince. Że jej z nami nie ma, że nie widziałam jej już od rana.Tak jakby mi kawałka serca brakowało.
Dopiero, kiedy kilka dni później wracamy do domu, czuję i wiem że jesteśmy pełną rodziną i nie wiem, jak do tej pory mogliśmy tą rodzinę tworzyć bez małego chłopczyka, który właśnie leży wtulony w mą pierś i spokojnie oddycha co jakis czas słodko wzdychając.
Kocham moje dzieci, kocham mojego męża, jestem spełniona w 100% i wszystkim Wam życzę tego samego.
Tego spełnienia jakie daje kobiecie przeżycie tej magicznej chwili…..

„Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.” (Łódź)

     Dziś dwie diametralnie różne historie porodów Ani. Nie będę czynić żadnych wstępów – po prostu przeczytajcie!

      2010 – w tym roku przyszła na świat moja córcia. Celowo piszę, że 'przyszła na świat’, a nie że urodziłam, bo do dziś czuję, że to nie ja ją urodziłam – wyjęli ją ze mnie lekarze. Mam poczucie niezamkniętego cyklu. Mimo iż wiem, że właściwie nie było innego wyjścia – po pierwsze ułożenie miednicowe, po drugie hipotrofia i planowana cesarka na 17 dni przed terminem. Nie poczułam ani jednego skurczu, a moje dziecko było już ze mną.

Cesarkę zniosłam tak sobie – półtora tygodnia brałam leki przeciwbólowe, mąż pomagał mi wstać z łóżka, bo sama nie mogłam, przez półtora roku swędziała mnie blizna kiedy tylko robiło się deszczowo. I sam pobyt w szpitalu po porodzie i brak pomocy i zrozumienia ze strony położnych zdecydowanie mi nie pomógł. Ze względu na niska masę urodzeniową (2300g) moja córcia leżała w inkubatorze i po raz pierwszy zobaczyłam ją po 30 godzinach. Widział ją wcześniej tata i dziadkowie, a ja, jej mama, zobaczyłam ją po takim czasie. Z perspektywy stwierdzam, że miałyśmy dużo szczęścia z karmieniem piersią – poszło bez najmniejszego kłopotu, mimo że przez 30 godzin była na butelce. Moja córcia wkrótce kończy 5 lat, a skutki cesarki są nadal z nami – zaburzenia integracji motoryczno-sensorycznej, które znacznie częściej występują u 'cesarkowych’ dzieci.

            2014 – pozytywny test ciążowy! Byliśmy przeszczęśliwi. I od początku ciąży nastawiałam się na to, że nie dam się tak łatwo pokroić. Wiedziałam, że jeśli będą jakieś przeciwwskazania, to nie będę się upierać, ale wiedziałam też, że lekarze straszą konsekwencjami na wyrost. Postanowiłam poczekać – jeśli ułożenie miednicowe się powtórzy, to nie ma o czym mówić. Ale synek ułożył się prawidłowo, okulista dał zielone światło, byłam bardzo pozytywnie nastawiona do porodu sn. Niestety, mój lekarz prowadzący miał inne zdanie na ten temat – uważał, że w moim przypadku cesarka będzie najlepszym rozwiązaniem, ale oczywiście mogę spróbować jeśli chcę. Jednak przy każdej okazji kiedy była mowa o porodzie mówił mi, co złego się ewentualnie może wydarzyć. Ogólnie starałam się tym nie przejmować, ale miałam przez to chwile zwątpienia. Bałam się też, że trafię już z akcją porodową do szpitala i tam nikt nie będzie się mną przejmował, zarządzą cesarkę, powiedzą mi, że taka jest konieczność i tyle wyjdzie z mojego porodu naturalnego. Strach ten dodatkowo potęgował termin mojego porodu – zaraz po Wielkanocy. Przecież wszystko mogło zacząć się w Wielkanoc, a wiadomo jak jest w takim czasie w szpitalach. Przeszkadzałabym tylko lekarzom i położnym w świętowaniu.

Ale potem pojawiła się u mnie nadzieja – jest w Łodzi szpital prywatny, który ma umowę z NFZ (Medeor Plus) i można tam rodzić za darmo. Procedura wygląda tak, że w 36 tygodniu odbywa się tzw. wizyta kwalifikacyjna u ordynatora i jeśli z ciążą jest wszystko w porządku (warunek konieczny, bo szpital ma 1. stopień referencyjności), to dostajesz skierowanie i od 39. tygodnia możesz u nich rodzić. Pan ordynator zadał mi pytanie jak chciałabym rodzić, a kiedy odpowiedziałam, że bardzo bym chciała naturalnie, odpowiedział, że to świetnie, że to najlepszy sposób porodu dla dziecka i on nie widzi przeciwwskazań do próby sn. Wyszłam z tej wizyty przeszczęśliwa! Teraz tylko żeby akcja nie zaczęła się przed 39. tygodniem i wiedziałam, że się uda!

            Trafiłam na oddział tydzień przed terminem porodu w nocy z 1 na 2 kwietnia ze skurczami co 3-4 minuty. Na IP okazało się, że to jednak skurcze przepowiadające, bo na KTG się nie zapisują, po badaniu położna stwierdziła, że do porodu daleko, ale że mogą mnie przyjąć i jeśli się nic nie rozwinie, to jutro mnie w razie czego wypuszczą. Miałam położyć się spać i zbierać siły na ewentualną jutrzejszą akcję, ale skurcze nie pozwalały mi nawet leżeć, o spaniu nie wspominając. Około 5 rano udało mi się przysnąć na 1,5 godziny, ale potem znowu się zaczęło. Około 8 kolejne badanie i położna stwierdziła, że sytuacja wygląda znacznie bardziej porodowo niż w nocy. Jednak ja zaczęłam mieć wątpliwości – czułam, że skurcze zaczynają mi się w bliźnie, idą do góry brzucha i wracają do blizny. Bałam się, że ta blizna się rozchodzi. Ale położna mnie uspokoiła, powiedziała, że według niej jest wszystko w porządku. Około 9 był obchód, na którym ordynator gratulował mi decyzji o próbie sn i zachęcał do aktywności, bo podanie oksytocyny było raczej wykluczone. Spacerowałam zatem po schodach i korytarzu, masowałam brodawki. Skurcze były już wtedy naprawdę częste, co około 2 minuty i bolesne. O 12 badanie, podczas którego położna pozwoliła mojemu pęcherzowi płodowemu pęknąć i od tej pory akcja ruszyła na całego. Miałam dość – przez ostanie 30 godzin spałam 1,5 godziny, wszystko mnie bolało i było mi już wszystko jedno, czy mnie potną, czy nie. Ale położna stanęła na wysokości zadania, zmotywowała mnie, porozmawiała jak z człowiekiem, a nie kolejnym przypadkiem i zebrałam w sobie siły. Niedługo potem przyjechał mój mąż i już było mi łatwiej. A kiedy miałam rozwarcie na 4 cm dostałam upragnione znieczulenie. Pierwsza dawka niewiele pomogła, więc dostałam drugą, po niej cały ból zniknął. Rozwarcie zwiększało się bardzo szybko i nawet nie wiem kiedy usłyszałam, że jest magiczne 10cm, na lewy bok i przemy. Potem położna przyniosła taki uchwyt do łóżka porodowego, żebym mogła rodzić w kucki. Podczas rodzenia dotknęłam główki, co dodało mi sił. Oraz niezrównana położna przyniosła lusterko, żebym mogła wszystko widzieć – dla mnie była to rewelacja, wiem, że nie wszystkie kobiety by chciały widzieć, co tam się dzieje, ale mnie to bardzo pomogło i motywowało. I cały czas słyszałam od położnej 'Ania, jak Ty pięknie przesz, Anusia, naprawdę super!’. I o 15.40, 3.40 godzin od odejścia wód płodowych przyszedł na świat Wojtuś – malutki, 50cm, 2850g. Nie zostałam nacięta, nie pękłam. Od razu trafił na mój brzuch, a ja zaczęłam bardzo płakać – ze szczęścia. Dałam radę, urodziłam naszego syna! Jest cały i zdrowy i leży na moim brzuchu, a nie w inkubatorze! Leżał tak 2,5 godziny, dopiero wtedy został zważony i zmierzony. Niezrównana położna powiedziała: 'Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.’ Postawa położnej sprawiła, że naprawdę miałam poczucie, że urodziłam po ludzku, tak jak chciałam i tak jak było najlepiej dla mojego dziecka. Następnego dnia rano na obchodzie ordynator mi serdecznie gratulował, co było bardzo miłe.

            Wojtuś ma już 3 tygodnie i gdyby nie kilka nadprogramowych kilogramów, nie pamiętałabym, że byłam w ciąży i rodziłam. Doszłam do siebie błyskawicznie, od razu byłam w stanie opiekować się moim synem, dzięki temu nie poznał smaku mleka modyfikowanego i nie był zawijany w rożek jak mumia, bez możliwości swobodnego poruszania rączkami i nóżkami (córkę to spotkało, wygodniej położnym zajmować się takim zawiniątkiem). Było dokładnie tak jak chciałam. I zgadzam się z twierdzeniem, że poród jest w głowie kobiety – naprawdę dobre nastawienie może zdziałać cuda 🙂

Mój VBAC (Warszawa)

Bywają sytuacje, kiedy cięcie cesarskie jest jedynym rozwiązaniem pozwalającym dziecku bezpiecznie przyjść na świat. Tak było w przypadku córeczki Joanny. Jednak nawet przy bezwzględnie jasnych i niezaprzeczalnych wskazaniach do cc, matka niejednokrotnie czuje żal i tęsknotę za doświadczeniem naturalnego porodu, którego nie dane było jej (wcale lub w pełni) przeżyć. Warto ten żal uszanować i przepracować, z doświadczeń wyciągnąć wnioski na przyszłość, uzbroić się w wiedzę i wspierające dusze wokół siebie, a w kolejnej ciąży… kto wie? Może historia potoczy się tak szczęśliwie jak u bohaterki dzisiejszej historii…

Zacznijmy od początku, czyli pierwszego porodu. A był on zaskakująco niefortunny, zważywszy na przebieg ciąży. Przez całe dziewięć miesięcy czułam się świetnie, pracowałam naukowo, regularnie chodziłam na basen, duuuużo spacerowałam i miałam świetne wyniki. Do porodu – poza szkołą rodzenia – niespecjalnie się przygotowywałam, oczekując, że odbędzie się „z automatu” jak natura chciała. Z tak dobrym samopoczuciem wymarzyłam sobie poród w Domu Narodzin (jest takie cudo przy Szpitalu św. Zofii w Warszawie), bez lekarzy, interwencji medycznych i prawie jak w domu. Życie zweryfikowało te plany. Akcja zaczęła się nieoczekiwanie w 39tc od zielonych wód płodowych – co w szczególności stanowi natychmiastową dyskwalifikację do porodu w Domu. Z ciężkim sercem pojechałam do szpitala – na szczęście z córcią było wszystko w porządku: tętno dobre, stabilne, tylko skurczów brak. Zostałam przyjęta na porodówkę z nadzieją, że „kiedyś” zacznie się prawdziwa akcja. Czekaliśmy. Po 7 godzinach położna zaproponowała oksytocynę. Zgodziłam się z dużą niechęcią, ale wciąż nadzieją na poród drogami (skoro już nie siłami) natury. Po oksytocynie powoli zaczęły się skurcze, ale poza koszmarnym bólem, nie dawały zbyt wiele szyjce macicy. W końcu, po 18h od przyjęcia i 11h oksytocyny doszło do zakażenia – ja odpłynęłam z wysoką gorączką, dziecku skoczyło tętno i zapadła – jedyna w tych okolicznościach słuszna – decyzja o natychmiastowym cięciu. Córka na szczęście urodziła się śliczna i zdrowa. Ja wyszłam na tym obiektywnie trochę gorzej (cięcie „w trybie pilnym” , gorączka i bardzo duża utrata krwi). Szczęściem w nieszczęściu, zniosłam to całkiem nieźle – co nie zmienia faktu, że z sali pooperacyjnej wyszłam dopiero następnego dnia po południu, a córkę na stałe do swojego pokoju dostałam po prawie dwóch dobach. Na szczęście – tu brawa dla personelu – udało się przytulić maleństwo jak tylko przebudziłam się z operacji (po ok. 5h), a dzięki wizytom na oddziale noworodkowym utrzymałyśmy karmienie piersią. Mimo wszystko jednak pozostało poczucie, że coś poszło nie tak. Na dodatek córka była wrażliwym (czyt. krzykliwym ;-)) dzieckiem, a ja, bombardowana artykułami o wyższości psn nad cc wmawiałam sobie, że jej kolki to wynik niechcianej cesarki. Cóż, trzeba było swój żal jakoś odchorować.

Minął rok od pechowego porodu, córka wyrosła z trudnego niemowlaka na cudowną dziewczynkę i okazało się, że znów jestem w ciąży. I choć wszyscy w rodzinie przyjęli jako pewnik, że „po cesarce to już tylko cesarka”, ja postanowiłam spróbować. Tym razem przygotowałam się lepiej. Przede wszystkim, odżałowałam pierwszy poród. Zdecydowałam się też tym razem skorzystać z usług położnej z doświadczeniem we VBAC (którą zresztą znalazłam na tej stronie). No i dobrze się nastroiłam – tu dziękuję Facebookowej grupie wsparcia za masę pozytwnych historii. Ciąża znowu przebiegała bez większych problemów – a mając w głowie VBAC dbałam o zdrowie podwójnie. Mój lekarz, choć lekko sobie żartował z moich ambitnych planów, po obejrzeniu blizny i ocenie dziecka na USG dał mi zielone światło.

Tym razem akcja zaczęła się od skurczów, dokładnie po zakończeniu 38. tygodnia. Najpierw pojawiły się skurcze bolesne, ale nieregularne, które w codziennym zabieganiu wokół niespełna dwulatki w zasadzie zignorowałam. Dopiero po kilkunastu godzinach, gdy przez całą noc nie mogłam zasnąć – nie tylko z powodu marudzącego dziecka – zaczęłam je śledzić. O dziwo, okazały się, że nie tylko regularne, ale nawet zagęszczające się. Gdy były co 5-7 minut, zadzwoniłam do położnej, ale jeszcze spokojnie poszłam się kąpać i szykować wczesne śniadanie. Jak częstotliwość wzrosła do 3-5 minut, zapadła decyzja, żeby jechać do szpitala. Nie miałam poczucia, że „to już”, ale za radą położnej pojechałam – faktycznie, okazało się, że poród się zaczyna, choć szyjka ma jeszcze długą drogę do przebycia. I tu nastąpiła pierwsza nieprzyjemna niespodzianka – w szpitalu skurcze zelżały, rozjechały w czasie i znowu trzeba było czekać… Chodzenie, skakanie na piłce, masowanie brodawek – nic. Dobre 4h po przyjęciu do szpitala szyjka nie drgnęła ani o centymetr. Moja położna dała mi wybór – albo przyjęcie na oddział patologii ciąży, albo oksytocyna, albo przebijamy pęcherz. Uznałam, że trzecia opcja ma największą szansę powodzenia. Skurcze faktycznie się nasiliły, ale postęp był nadal powolny – przynajmniej postęp szyjki, bo jeśli chodzi o ból, to stał się znacznie mocniejszy. Przy 4 cm – do których dojście trwało w moim odczuciu wieczność, choć w rzeczywistości „jedynie” 7,5 h – poprosiłam o znieczulenie. I to był moment przełomu. Po znieczuleniu, wymęczona, położyłam się na godzinkę odpocząć. Jak wstałam, było już 10 cm rozwarcia, a po krótkim prysznicu i spacerze – pełne. Dodatkowo, miałam to szczęście, że znieczulenie jeszcze trzymało, więc fazę partą przeszłam niemal bezboleśnie, w euforii i poczuciu, że już jestem minuty od spotkania z synkiem. I tak faktycznie było – parcie poszło szybko, a ja wręcz czułam, jak z każdym wydechem jesteśmy coraz bliżej i bliżej rozwiązania. Po główce, reszta ciałka już niemal wyskoczyła, a ja mogłam przytulić moje małe, wyczekiwane cudo. Synek trafił od razu na brzuch mamy, a ja – jeszcze na fotel na szycie (pęknięcie powierzchowne, ale nieregularne, więc szycie trwało chyba z godzinę). Nic mi to jednak nie przeszkadzało – kolejne 3 godziny z przytulonym synkiem były najpiękniejszą chwilą porodu. I takich chwil Wam wszystkim życzę.

A w ramach ciekawostki dodam, że na 3 dni przed porodem byłam u lekarza, który stwierdził, że synek jest jeszcze drobny (2700g) a szyjka długa (4,5 cm) i twarda, więc do porodu jeszcze baaaardzo daleko. „Prawie” się sprawdziło 😉 Syn ważył 3200g, choć faktycznie był krótki – stąd pewnie nie zmieścił się w statystycznych wyliczeniach ultrasonografu.

Poród „zaplanowany” (Łódź)

Dziś mam dla Was dwie pouczające, motywujące i do tego napisane lekkim piórem z dozą humoru historie. Dwa porody Iwony – rozpoczynający się naturalny poród zakończony niespodziewanym cięciem cesarskim i planowane cięcie cesarskie, które zmieniło się w szczęśliwy VBAC!

Do ich przeczytania zapraszam na stronę Iwony:

Płaczę już tylko ze szczęscia (Kraków)

Czasem mamy, które mają za sobą przebyte cięcie cesarskie bardzo łatwo i szybko „skazywane” są na kolejne cięcie. Zawsze warto jednak weryfikować taką diagnozę u innego, najlepiej bardziej doświadczonego i przyjaznego VBAC lekarza. Bo opinie wśród lekarzy na temat tej samej osoby i tego samego przypadku medycznego bywają nad wyraz rozbieżne. Oto historia Marzeny:

Zacznę od początku, kiedy to 19 miesięcy temu miałam cc z przyczyn do tej pory nikomu niewyjaśnionych. To, co teraz napiszę może stać się niewiarygodne , ale tak tak było. W pierwszej ciąży było wszystko w porządku do 7 miesiąca – dobre wyniki, tyle, że przybierałam na wadze. Pracowałam do końca 5 miesiąca. Pod koniec 7 miesiąca ważyłam +19 kg więcej, a w 8 miesiącu dodatkowo 20 kg przytyłam w niecały miesiąc – to nie była wina objadania się. Do szpitala trafiłam w 32 tyg z bólem kolki nerkowej ( myślałam, że oszaleje, ból był nie do wytrzymania). Dodatkowo z dnia na dzień było co raz gorzej: nadciśnienie (co nigdy nie miałam problemów z ciśnieniem) w granicach 170/110, tętno około 110-120, przybieranie na wadzę w ciągu jednego dnia +3 kg (dlatego, że nie oddawałam moczu, a kazali pić duuuuużo wody, bo były upały i mimo cewnikowania nic), przewlekle choruje na niedoczynność tarczycy, kłopoty z oddychaniem – spanie w pozycji siedzącej i podłączenie do tlenu oraz woda w płucach i ogromne obrzęki – yglądałam jak balon. Lekarze załamywali ręce, nie wiedzieli co ze mną zrobić. Dostałam sterydoterapię i podjęli decyzję o cc w trybie natychmiastowym w 35 tyg+1. Dziecko urodziło się zdrowe, (cała byłam opuchnięta a małowodzie miałam w brzuchu-było to dodatkowe zagrożenie), waga dziecka 2500, 49 cm , i 10 pkt Apgar.  Po porodzie byłam jeszcze długoo w szpitalu, miałam robione wszystkie badania przesiewowe, wymazy , badania na gruźlicę itd, utrzymywała mi sie gorączka 38,5 st, leżałam sama na sali. Było źle, prawie popadłam w depresję, dziecko leżało w inkubatorze i wzięłam je dopiero na swoje ręce po 14 dniach ;-(. Straciłam pokarm po tygodniu.  Dużo stresów i nerwów mnie to wszystko kosztowało.

Minął pewien czas i okazuje się, że ponownie jestem w ciąży. Rodzina i znajomi załamywali ręce, bali się , że tym razem mogę po prostu nie przeżyć. Ddodam, że w rodzinie mojej ani mojego męża nikt nie miał takich problemów, sam ordynator szpitala mówił , że w porę mnie z tego wyciągnęli i że jestem pierwszym takim ,,przypadkiem” (robiłam później badania pod kątem immunologicznym, ale nic nie wykazały).

Druga ciąża przebiegała prawidłowo, książkowo można powiedzieć – na wadzę +16 kg , wyniki super.  Ze względu na to, że był nie daleki odstęp czasowy między porodami nastawiałam się na cc, choć w głębi serca chciałam poczuć jak to jest urodzić naturalnie –   nigdy nie dałoby mi to spokoju, gdybym się nie przekonała sama. Lekarz prowadzący, lekarz u którego byłam prywatnie, lekarz od usg – każdy z osobna mówił, że będzie cc, „proszę się nastawić na cc, Pani Marzeno”. Tak też zrobiłam – przygotowałam się na cc. Myślę sobie: decyzja zapadła. 18 lutego miałam iść na konsultację do Ordynatora szpitala w celu ustalenia terminu cc. Zostałam dokładnie przebadana, szerokość blizny 2,1 cm uznana za poprawną i …. dostałam kwalifikację do porodu sn. Myślałam, że to jakiś żart, od razu zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że lekarz nie wie co mówi, miałam zmienić szpital, w którym chciałam rodzić , byłam rozstrzęsiona, ogarnął mnie strach. Wtedy też dołączyłam do WAS kochane – do mojej grupy wsparcia po cc 🙂 [facebookowa Grupa Wsparcia NATURALNIE PO CESARCE – przyp.red.]. Zaczęłam dużo czytać czy da się urodzić sn, aż w końcu bardzo się nakręciłam i podjęłam decyzję, że się nie poddam.

Termin porodu miałam na 8 marca 2015 r. Nic się nie działo , czekałam cierpliwie, aż zacznie się akcja.  6 marca odpadł mi czop śluzowy w całości, później miałam śluzową wydzielinę podbarwioną krwią i tak było codziennie. Minął termin i 13 marca poszłam na wizytę do lekarza który dał mi skierowanie do szpitala i następnego dnia miałam mieć wywoływanie okstytocyną. W poprzednich dniach nie wychodziły skurcze ani nic na ktg. Cały czas wierzyłam tylko w to , że musi się udać. W głowie miałam moją małą 19 miesięczną córeczkę i jak najszybciej chciałam wrócić do domu. 13.03 zrobiono mi usg z którego wynikało, że dzidzia będzie ważyła mniej więcej 3800 g. Lekarz mówił, że mam być wypoczęta i rano po mnie przyjdą. Nie przespałam praktycznie całej nocy, walczyłam z myślami, ale ani na chwilę nie przestałam WIERZYĆ w to, że może coś pójść nie tak. Myślałam, że muszę zrobić wszystko ,żeby nie mieć cc , po którym wcześniej tak długo dochodziłam do siebie.

14 marca 2015 r. o godz. 7 przyszła położna prosić mnie na salę porodową. 7:30 dostałam pół dawki oksytocyny, ból w podbrzuszu zaczął się nasilać i zaczynałam czuć skurcze. bBrałam prysznic, chodziłam po schodach od góry do dołu. Ból był co raz większy. Podjęłam decyzję, że urodzę bez znieczulenia, ale nastąpił kryzysowy moment i na 6 cm rozwarciu poprosiłam o znieczulenie. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał mnie niesamowicie, a położna na której dyżur trafiłam to CUD a nie kobieta- towarzyszyła mi od godziny 7 rano do 19 , później była zmiana dyżuru. Był moment, że już miałam błagać, żeby zrobili mi cc, myśłałam, że nie dam rady, że jak to jest, że niektóre rodzą dzieci w 2 godziny, a u mnie tyle już schodzi, ale wytrwałam do końca. O godzinie 20:30 przyszedł na świat mój SYNEK i wcale nie taki mały 4130 g (czyli usg się dużo pomyliło ) i 58 cm i dostał 10/10 pkt APGAR.  Płakałam ze szczęścia i teraz pisząc ta historię też płaczę , a płaczę już tylko ze szczęscia …..

1799916_861285387246090_4469828117183569287_o

Podsumowując, jak widzicie ciąża ciąży nie równa. Po porodzie wyszłam 17 marca do domu i w tym momencie czuje się najszczęsliwszą kobietą na świecie. Udoowodniłam sobie i wszystkim dookoła, że można urodzić po cc, tylko trzeba być pozytywnie nastawionym, chcieć tego i wierzyć w to, że się uda … Dziękuję mojemu najwspanialszemu mężowi, że był ze mną do końca, wszystko dokładnie widział i trzymał mi wysoko nogi jak było trzeba 😉 bo sił już nie miałam.  Moment kiedy Maluszek się pojawił na moim brzuchu – nie do opisania! O wszelkich bólach już dawno zapomniałam!

BŁAGAM WAS NIE PODDAWAJCIE SIĘ !!!!!!!!!!!!!!!
I wklejajcie historię swoich porodów – to bardzo motywuje inne osoby i podnosi na duchu – tak było w moim przypadku.

Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. (Warszawa)

Choć każdy poród jest odrębną historią i nie można do końca przewidzieć jaki będzie miał przebieg, statystycznie kobiety po jednym udanym porodzie naturalnym po cc mają zwiększone szanse na kolejny VBAC. Półtora roku temu na portalu pojawiła się historia szczęśliwych naturalnych narodzin córeczki Danusi. Kilka dni temu na świat przyszedł trzeci, a drugi urodzony siłami natury, potomek Danusi. Oto opowieść o tym porodzie:

Pierwsze dziecko urodziłam przez CC. Poród indukowany po terminie, po kilkunastu godzinach, przy pełnym rozwarciu przez prawie 2 godziny,  zdecydowano o CC z powodu „braku postępu porodu” .

Drugi poród przeżyłam dużo bardziej świadomie nastawiając się na poród siłami natury po CC. Przeżyłam wspaniały, energetyczny poród, który dał mi wielką moc. Mimo nacięcia i ogólnego zmęczenia fizycznego wspominam to wydarzenie w kategoriach nadprzyrodzonych.

Przygotowując się do trzeciego porodu myśli kierowałam w stronę kolejnego VBAC. Czasami nawet zarzucałam sobie, że za bardzo się nastawiam i co to będzie, gdyby się nie udało. Nachodziły mnie sprzeczne myśli. Mimo udanego VBAC, który miałam za sobą, musiałam po raz kolejny przejść myślami drogę, co robić. Wspierała mnie siła płynąca z modlitwy. Wątpliwości nie miałam, że poród, który zacznie się spontanicznie ma duże szanse na pozytywne zakończenie siłami natury. Jednak mojemu synkowi się nie spieszyło. Może nie tyle się nie spieszyło, co wiedział, że na wszystko jest czas.

Miałam wyznaczony termin porodu z USG. Termin ten nie był zgodny z moim terminem, który wyznaczyłam na podstawie obserwacji cyklu. Mimo, że różnica nie była wielka – 3 dni, ale w przypadku porodu po cięciu cesarskim procedury szpitalne są nieubłagane. Termin – dzień święty i koniec. Trzymałam się jednak „mojego” terminu. Miałam wspaniałego lekarza, który tak jak poprzednio był pewien, że urodzę sn. Również moja położna wspierała mnie w oczekiwaniu. W dniu „mojego”  terminu zgłosiłam się na Izbę Przyjęć.  Młoda lekarka, która mnie zbadała od razu uznała, że należy mnie położyć do szpitala, bo jest już po terminie, a ciąża po cesarce, więc nie można przedłużać. Pechowo się złożyło, że w tym samym czasie córka przechodziła infekcję rotawirusową. Nie wyobrażałam sobie leżenia w szpitalu i indukowania porodu, podczas gdy moje dziecko wymiotuje w domu. Odmówiłam hospitalizacji. Telefonicznie skonsultowałam się z moim lekarzem i położną, którzy mnie upewnili w mojej decyzji. Kolejnego dnia rotawirus dopadł mojego męża. Następnego ja czułam się fatalnie. Jadąc na Izbę Przyjęć na kontrolne KTG byłam w kiepskiej formie. Było to już 4 dni po terminie z USG i 1 dzień po moim terminie. Całe szczęście doświadczona lekarka , która mnie badała uznała, że nie widzi powodów do hospitalizacji i żebym za 2 dni znów stawiła się na kontrolne KTG.

Wieczorem usypiając najstarszego syna poczułam lekkie skurcze. Były w miarę regularne, ale niezbyt bolesne. Około godziny 22 skurcze nadal były regularne co 10 minut, ale ciągle niezbyt uciążliwe. Gdyby to było pierwsze dziecko pojechałabym na Izbę Przyjęć. A przy trzecim dziecku nauczona doświadczeniem zdecydowałam, że idziemy spać. Porodu na pewno się nie prześpi, a trzeba zebrać siły. Nie wiadomo kiedy się zacznie. Wykąpałam się, umyłam włosy i położyliśmy się z mężem spać. Około godziny 1:30 skurcze wypędziły mnie z łóżka. Zdecydowałam trochę je rozchodzić. W sumie już wiedziałam, że to już zaczyna się poród.  O godzinie 2 zaczęły się już dość mocne skurcze co 3-5 minut, których już nie mogłam ignorować.  Zadzwoniłam do położnej. Akurat miała dyżur w szpitalu, więc  powiedziała, że jak uznam, że chcę przyjechać, żeby dać jej znać. Rozłączyłam się, ale po 5 minutach zadzwoniłam, że chyba przyjedziemy. Skurcze już wymagały ode mnie pozycji kolankowej, więc chyba lepiej się zbierać. Zadzwoniłam po dziadków, żeby przyjechali do starszaków. O 2:30 wyjechaliśmy do szpitala. Skurcze były co 3-4 minuty. Mylące było to, ze nie trwały minuty. Były zdecydowanie krótsze. Mocne, ale krótkie. W szpitalu byliśmy o godz. 3. Nasza wspaniała położna już na nas czekała. Zbadała mnie – 4 cm rozwarcia. OK – pomyślałam, nie jest źle. Bałam się, że przez te krótkie skurcze rozwarcie słabo postępuje. Ale 4 cm na wstępie to nie jest źle. Potem miałam jeszcze podpisać jakieś dokumenty.  W międzyczasie zmieniałam pozycję na klęk podparty ku ogólnemu zaciekawieniu gawiedzi zebranej w Izbie Przyjęć. Jak tylko minął skurcz szybko stawałam, żeby jak najszybciej skończyć formalności. Po takim zachowaniu lekarka od razu przyspieszyła proces rejestracji – „wieloródka z 5 cm na porodówkę”.  W ekspresowym tempie doszłam do sali porodowej,  gdzie okazało się, że jest już pełne rozwarcie.  Faza parcia 15 minut i Synek był na świecie. Pęcherz płodowy pękł gdy już wyłaniała się główka. Nawet chciałam, żeby położna go przebiła wcześniej, żeby było ciut lżej, ale ona ze spokojem kazała czekać, aż sam pęknie. I bardzo dobrze, bo okazało się, że synek był dwukrotnie owinięty pępowiną. Wcześniejsze przebicie pęcherza mogłoby być dla niego niebezpieczne.

Od wejścia do szpitala minęło niecałe 50 minut. Poród bez nacięcia, żadnych ingerencji medycznych (nawet wenflon założony miałam już w fazie parcia, bo nie zdążyli wcześniej), z zaskoczeniem, że tak szybko, z euforią, że moje dziecko już jest przy mnie i wdzięcznością do Boga, Maryi, Świętych,  których wcześniej prosiłam o wsparcie, męża, wspaniałej położnej i całego świata, że mogłam po raz kolejny doświadczyć cudu narodzin. Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. Wszystko przebiegło wspaniale, sprawnie. Nawet nocna godzina okazała się zbawienna, bo do szpitala jechaliśmy pół godziny, a w dzień są takie korki, że jechalibyśmy z pewnością ponad godzinę. Wolę nie myśleć co by wtedy było.

Moje wnioski: warto marzyć o pięknym porodzie, warto te marzenia wspierać modlitwą, warto mieć zaufaną, mądrą położną, która jest niezwykle ważnym wsparciem, warto mieć wsparcie w najbliższych,  warto mieć lekarza, który wspiera pomysł VBAC, warto prowadzić obserwacje cyklu, żeby termin porodu był możliwie najbardziej wiarygodny.

Nie warto zgadzać się na indukcję, nie warto przyspieszać akcji porodowej, nie warto spieszyć się na porodówkę przy pierwszych skurczach, nie warto dać się położyć do szpitala, tylko dlatego, że minął termin. Jeżeli wszystko z dzieckiem jest dobrze, lepiej zaufać naturze i cierpliwie czekać na samoistne rozpoczęcie porodu.

Blisko od początku (Opole)

Nie idzie mi dziś pisanie wstępów. Ale być może tej  pięknej opowieści wstęp nie jest wcale potrzebny:) Zapraszam do przeczytania historii porodu Ani:

Bardzo chciałam urodzić J. naturalnie. Bardzo. Miałam świadomość dobra jakie daje to naturalne przejście przez kanał rodny dziecku już w czasie pierwszego porodu. Wtedy się nie udało. Walczyłyśmy z Córką niemal 20 h., najpierw o wywołanie skurczów bez oksytocyny, potem z bólami spowodowanymi oksytocyną, następnie nieumiejętne parcie, zablokowanie Córki i diagnoza – ułożenie wierzchołkowe, albo na CC albo będzie kiepsko. Zgodziliśmy się i po dwóch godzinach bólu partego przewieziono mnie na salę operacyjną i wyciągnięto zmęczoną, piękną Córkę.

Była słaba, mocno walczyłyśmy o karmienie. Wszystko się udało, trochę czasu zajęło mi przyznanie, że tak miało być, że może Córka tak to wybrała, trochę czasu zajęło mi odpuszczenie i przyjęcie tego porodu takim jakim był.

W czasie drugiej ciąży karmiłam Córkę jeszcze cztery pierwsze miesiące (a w sumie 1,5 roku), potem ją odstawiłam i mocno przygotowywałam się do narodzin Syna. Mocno tj. przeprowadziliśmy się z rodziną w tym czasie na drugi koniec Polski, zmieniliśmy otoczenie, przeprowadziliśmy generalny remont mieszkania, zapisaliśmy Córkę do żłobka i jeszcze parę innych „generalek”, i życie pełną parą.

Szybko odnaleźliśmy jedną z najlepszych położnych w Polsce – Ewę Janiuk, jako że mamy teraz blisko do Opola, została moją położną i jeździliśmy do niej na parę spotkań. To był dobry czas i dobre rozmowy. Marzyliśmy o porodzie domowym. Odradziła, każde kolejne z radością przyjmie w domu, ale po CC polecała szpital. Byłam też na paru zajęciach ruchowych u Gabrysi Eliasz-Łukasiewicz oraz na indywidualnym spotkaniu mającym na celu sprawdzenie stanu blizny. Było sprawdzenie, była ważna rozmowa. To też dobrze przygotowało mnie na drugi poród.

Zaczęło się 9 października rano. Męża nie było, wyjechał na ostatnią (sic!) delegację aż do Poznania, żeby potem być blisko domu, żeby być już w zasięgu godzinki ode mnie. Było 2 tygodnie przed terminem i miałam nagranych dwóch nowych znajomych na taką ewentualność. Bóle zaczęły się przy śniadaniu z Córką. „Mamę bardzo boli brzuszek, jedz kochanie” i przystanek co chwilę. Nie wiedziałam, że to już, chociaż czułam… W czasie pierwszego porodu najpierw odeszły mi wody, tutaj było sucho, więc nie miałam tej pewności. Ubierając Córkę do żłobka mówiłam „Być może mama pojedzie dziś po twojego brata, a ciebie odbierze ciocia, dobrze?”. W żłobku pytają czy wszystko ze mną dobrze bo dziwnie wyglądam. Odpowiadam, że mam skurcze, ale to chyba tylko te przepowiadające. Wsiadam do auta i ryczę mężowi do słuchawki, że miałam dziś jechać do Opola zobaczyć szpital, że nie wiem czy dojadę, że nie wiem czy to TO. Mąż krzyczy żebym zadzwoniła do znajomego o to żeby mnie zawiózł i że on już wsiada do auta i do mnie jedzie.

Zadzwoniłam do umówionego kolegi i mówię, że nie wiem czy to TO, ale jest źle i czy mnie zawiezie i czy możemy NIC NIE MÓWIĆ. Czeka nas godzina jazdy samochodem. Znajomy się zgadza i zadaje tylko jedno pytanie – czy na pewno chcę jechać do Opola, a nie rodzić tu na miejscu w szpitalu. Opole. Ok., jedziemy, ja z tyłu mocno skupiona na bólu, bardzo mocno skupiona. Jedziemy w całkowitym milczeniu i na koniec znajomy pyta jeszcze tylko czy znam adres szpitala. Mówię, że Reymonta 9, ale nie wiem gdzie to jest. Nie patrzyłam jak jedzie. Rodziłam. Ból był całą mną. Kiedy po godzinie trafiliśmy na izbę przyjęć znajomy wyjął tylko torbę do porodu (drugą zabrał ze sobą i przez dzień po porodzie miałam na sobie pokrwawioną koszulę nocną) i pielęgniarka pożegnała go słowami „Mąż dalej nie idzie” (komuna jakaś?!). Izba przyjęć była najgorsza. Kiedy wysiadłam z auta ból był tak mocny że co chwila klękałam. Babeczka krzyczała na mnie, że przecież „tu wszyscy mają skurcze, proszę dać się szybko zbadać”. 5 cm, jedziemy na porodówkę. „Chcę iść” mówię, na co pielęgniarka odpowiada, że nie ma czasu i jedziemy wózkiem. Otwierają się drzwi na porodówkę i antypatyczna pielęgniarka krzyczy: „5 cm, po cesarce” i odchodzi. Personel porodówki patrzy na mnie, a ja wtedy mówię „URODZĘ NATURALNIE”, na co położne, że dobrze, że chcę próbować, że mi pomogą, na co ja im na tym wózku mówię „JA URODZĘ NATURALNIE”,  a one „to nam się podoba, jesteśmy z panią”. Trafiam do zielonej sali. Moją położną (tak to się chyba przydziela) zostaje młoda pani Karolina. Jest idealna – szanuje skurcze, mało mówi, szybko wyczuwa moje całkowite skupienie i wychodzi. Jest tylko jak być musi, robi podstawowe badania (w tym pobiera mi krew bo nie mam ze sobą dowodu i nie mogą potwierdzić grupy krwi!), przynosi mi mały materac pod nogi i mogę cały czas klęczeć. Po CC muszę mieć podłączone ciągle KTG i nie mogą mi podać oksytocyny, tyle mi mówią. KTG idzie przeżyć, oksytocynę wyrzuciłabym przez okno gdyby chociaż zaproponowali. Modlę się, a właściwie przyzywam Boga na pomoc, za wiele w tym modlitwy nie było, ale chyba takie oddanie. Bardzo się boję, wciąż cała jestem bólem, jest ogromny. Zastanawiam się jak kobiety są sobie w stanie mierzyć odstępy między skurczami!? Nagle chlusta ze mnie woda, to też niesamowicie boli, krzyczę. Przychodzi pani Karolina i chce mnie zbadać, siadam na łóżko i już nie schodzę. Jest 10 cm i zaczynam przeć. Pozwala mi też klęczeć. Klęczę, prę i krzyczę i nic. Pani Karolina jest cierpliwa. Ale prę i prę i wychodzi wszystko tylko nie Syn. Na salę wchodzi inna położna i klepie mnie po ramieniu mówiąc „brawo, dobrze ci idzie, pozdrowienia od Ewy Janiuk”. Prę dalej i nic. Wtedy do sali wchodzi położna o imieniu Gizela i władczym tonem mówi do mnie, że koniec tego, siadamy na łóżku, bo dziecku spada tętno i jeśli jej nie posłucham to jedziemy na salę operacyjną. Przysięgam jej słuchać. „Przestań krzyczeć, zamknij oczy, zaciśnij usta i przyj kiedy ci powiem a nie kiedy czujesz, już nie ma czasu”. Tak zrobiłam. Jedno parcie – jest główka (ja szczęśliwa myślę, że to koniec, bo zawsze na filmach jak mówią że jest główka to już jest radość i dziecko), ale trzeba przeć jeszcze raz, jak będzie dobrze, będzie dziecko. Prę i jest kochane dziecko, kochany umiłowany J., piękny, wymęczony, oszołomiony leży na mnie. Jestem w takiej euforii że zaczynam gadać, wszystko wszystkim, dziękuję każdej osobie i płaczę. J. leży na mnie i tulimy się pierwszy raz, poznając się i jakoś tak bez intymności ale w całkowitym szczęściu. Jeszcze tylko łożysko. „Czuje pani skurcze?”. Nic. Przystawiamy J. do piersi, sam nie przypełzł jak to opisują, myślę, że był zmęczony, że wystarczyło mu leżenie na mnie. Leżał i było dobrze, ale przystawiliśmy go, trochę possał, jeszcze delikatnie, pięknie. „Czuje pani teraz skurcze?”, nic. Czekali 45 min i zdecydowali o łyżeczkowaniu. „Musimy zabrać pani dziecko, trzeba całkowicie znieczulić”. W tym momencie na salę wszedł mąż i przejął Syna. Idealnie. Przyszedł kiedy byłam już gotowa, kiedy był naprawdę potrzebny – zająć się dzieckiem, kiedy ja nie mogłam. Całą drogę skurczy przeszłam całkiem sama. Czułam, że tylko skupienie na bólu, milczenie i pokora mi pomogą. Chciałam być sama. Mąż by mi tylko komplikował, dogadzał, a ja potrzebowałam tylko ciszy. W czasie skurczy partych pani Karolina lekko mnie nacięła, zszyli to na znieczuleniu. Łożysko „wyciągnęła” położna Gizela, ponoć nieźle się namęczyła. Obudziłam się jeszcze z resztkami znieczulenia i dzwoniłam do wszystkich mówiąc o swoim szczęściu i wyznając wszystkim miłość, szczególnie Ewie Janiuk. Mąż kangurował Syna kiedy miałam zabieg, dali mu salę i zero przeszkód. Blisko od początku. To było dla nas takie ważne, bo wiedzieliśmy, że dla Syna jest wręcz NIEZBĘDNE żeby dobrze zacząć. Gratulowali mi, a ja gratulowałam sobie. To był piękny poród, dał mi dużo siły i wiary w siebie. Całość trwała 4,5h. J. przyszedł na świat o 12:04 i od razu był przy mnie słuchając mojego serca. Namiastka kontinuum?

Cieszę się, że mogłam to przeżyć (Ostrów Wlkp.)

Historie takie jak ta napawają optymizmem, że także w polskich szpitalach można urodzić „po ludzku”, „po swojemu”, ze wsparciem zarówno męża jak i douli, w pełni naturalnie po wcześniejszym cięciu cesarskim. Oto opowieść Justyny:

W niedzielę 25. stycznia byłam umówiona ze swoim lekarzem w szpitalu na ktg. Pojechaliśmy ok. godz. 19. Zapisały się jakieś delikatne (60), w miarę regularne (10min) skurcze. Lekarz mnie potem zbadał, powiedział, że szyjka miękka i na opuszek palca, i że pewnie w 2-3 dni urodzę. Sprawdził jeszcze bliznę i wciąż było ok. Strasznie ucieszona wyszłam z izby przyjęć, opowiedziałam wszystko mężowi i córce (na każde ktg jeździli ze mną) i wróciliśmy do domu.

Było już dość późno, zjedliśmy jeszcze kolację, później wykąpałam i położyłam córkę spać. I jakoś mnie naszło, żeby dokończyć szykować muzykę na poród. Jak usiadłam przy komputerze, to miałam wrażenie, że nasiliły mi się skurcze, zrobiły się bardziej bolesne. Nie wiedziałam jednak, czy przypadkiem sobie tego nie wmawiam. Na wszelki wypadek napisałam do douli i zgrywałam tę muzykę. Siedziałam nad tym do 1.30 w nocy, ale spokojna poszłam spać.

W nocy kilka razy obudził mnie skurcz, ale spałam prawie do 9. Poszłyśmy z córką robić śniadanie i zauważyłam, że skurcze są dużo mocniejsze i częstsze. Zaczęłam je zapisywać i zdziwiłam się, bo były regularnie co 7,5min. Po śniadaniu wzięłam prysznic i nic się nie zmieniło. Dałam znać mężowi i douli, żeby się szykowali, bo to może być TEN dzień. Zadzwoniłam też do zaprzyjaźnionej położnej i do teściowej, która na czas porodu miała zostać z córką. Odpuściłam sobie w ten dzień spacer z dzieckiem, bo jakoś czułam, że mogłabym nie podołać. Ok. 13 córka miała drzemkę i chciałam iść spać razem z nią, ale nie potrafiłam już wyleżeć. Dałam znać mężowi, żeby wrócił do domu jak tylko zrobi co najpilniejsze w pracy. Wrócił jakoś po 15, zjedliśmy obiad, zadzwoniliśmy do teściowej, żeby ok. 17 do nas przyjechała.

Jak przyjechała, to poszłam się wykąpać, wtedy skurcze miałam już co 5min. Napisałam do douli, że jadę do szpitala i dam znać co i jak, ale żeby była gotowa. Po drodze skurcze się trochę wyciszyły, ale były dość bolesne, bo w pozycji siedzącej było mi dość ciężko je znosić. W szpitalu byliśmy ok. 19, na ktg zapisywały się delikatne skurcze (30), a odczuwałam je bardziej, niż te w niedziele, które wg ktg były 2 razy silniejsze. Jak lekarz (akurat mój miał dyżur) zobaczył zapis, to się śmiał, że chyba coś wymyślam z tymi skurczami. Ale poszedł mnie zbadać i rozwarcie było na 3-4cm. Zapytał, czy zostaję, zgodziłam się oczywiście. Zapytał jeszcze czy na pewno nie chcę cc. Poszłam na IP wypełnić te wszystkie dokumenty, potem się przebrałam i poszłam na sale, tam znowu podpięli mi ktg, ale już ciężko było mi wysiedzieć. Po jakiś 40min przyszła położna, przyniosła piłkę i powiedziała, że mogę wziąć prysznic, tam skurcze się nasiliły i kazałam mężowi szybko dzwonić po doulę (miała ok. 100km do mnie). Skurcze miałam wtedy co 4min, położna się dziwiła, że jeszcze nie jestem na porodówce, ale niby mój lekarz kazał mnie na sale położyć.

Ok. 22 przyjechała doula, położna sprawdziła mi rozwarcie i było 6cm i ok. 23 byłam już na porodówce, tam znów miałam podpięte ktg, ale już mogłam się ruszać. Światło miałam cały czas przyciemnione, w tle leciała muzyka, którą wieczór wcześniej zgrywałam. Ale muszę przyznać, że prawie jej nie słyszałam. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy i chyba odpłynęłam, choć doula mówiła, że jeszcze nie, bo odpowiadam na pytania. O 24 weszłam do wanny, nikt już nie mierzył skurczy, bo były dość silne i częste. Mąż polewał mi plecy wodą, a doula robiła zimne okłady i pilnowała, żebym nie napinała się na dole, tylko kazała mi ściskać swoje ręce. Chwile po 1 wyszłam z wanny, rozwarcie miałam wtedy na 8-9cm. Do 2 robiłam jakieś wymachy rękami z mężem, wisiałam na drabinkach, w sumie nie wiele z tego czasu pamiętam.

Wiem, że o 2 odeszły mi wody i zaczęły się parte. Początkowo rodziłam na stołku, później wisiałam na mężu (dosłownie, bo odrywałam nogi od podłogi) i rodziłam na stojąco, doula podpierała mnie od tyłu. Chyba jeszcze raz na chwilę weszłam na stołek. W między czasie dotykałam główki mojej, rodzącej się, córeczki. Jak główka była już połowicznie urodzona, to weszłam na łóżko i tam na siedząco urodziła się moja druga dzidzia i mogłyśmy się przez 2h kangurować.

Obyło się bez żadnych wspomagaczy i środków uśmierzających ból. Niestety trochę popękałam, ale to wszystko jest nie ważne. Cieszę się, że dałam radę, że mogłam to przeżyć (wcześniejsza cesarka na zimno), bo to chyba doświadczenie, które najwięcej wniosło w moje życie. Do dziś na wspomnienie o porodzie chce mi się płakać, spełniło się moje marzenie, o które tak długo walczyłam. Dałam radę, mimo tego, że większość (początkowo nawet mąż) była przeciwna porodowi sn, traktowali to jako jakąś moją fanaberię. Zdałam się na intuicję i teraz jeszcze bardziej w nią wierzę, czuję, że jestem silniejsza oraz moja relacja z mężem jest mocniejsza, pełniejsza i że po porodzie kochamy się jeszcze mocniej.

Właściwie urodziłam córkę sama, położnej prawie przy mnie nie było, siedziała w pokoju obok i zaglądała tylko co jakiś czas, nie instruowała mnie. Każdej z Was życzę takich warunków i możliwości urodzenia po swojemu.

Jeszcze chciałam Wam napisać, że jeśli któraś z Was zastanawia się nad doulą, to z mojego doświadczenia powiem Wam, że naprawdę warto. Przy mnie był mąż, który był mega wsparciem i nie wyobrażam sobie, żeby mogło go nie być, ale doula była wsparciem innego rodzaju. To ona pilnowała, żebym nie spinała się na dole, podawała wodę, robiła okłady, wiedziała gdzie nacisnąć, żeby mniej bolało, itp.