Historia Juliusza (Gdynia)

Naturalny poród – pierwszy czy kolejny –  to zawsze nieprzewidywalna podróż. Czasem jej przebieg zmusza mamę do wkroczenia na ścieżki, które chciała ominąć. Taka konieczność może rodzić trudne uczucia, ale jednocześnie pokazuje siłę i wspaniałość rodzącej kobiety, gotowej na pokonanie każdej drogi dla swojego Maleństwa. To prawdziwy CUD i wielkie ZWYCIĘSTWO. Zapraszam do przeczytania historii Julii:

Jestem mamą niespełna czteroletniego chłopca. Urodził się przez cesarskie cięcie, z powodu tzw. braku postępu porodu. Sam poród był indukowany oksytocyną nieco po terminie, z powodu małowodzia. Rodziłam z mężem, ale absolutnie wszystko nas przerosło. Okoliczności, przebieg, wszystko. Po kilku godzinach pod kroplówką rozwarcie było na półtora palca. Zero wsparcia ze strony personelu „o, to może potrwać jeszcze całą noc” i inne tego typu „rarytasy.”. Nikt nie zaproponował piłki, nie podpowiadał co robić. Wreszcie zbolała i zmęczona głównie chyba brakiem efektów, poddałam się i przeprowadzono cc. Synek był piękny i zdrowy. Po przewiezieniu na salę pooperacyjną dostawiono mi go do piersi.

Żal przyszedł kilka tygodni później. I narastał. Żal do siebie, że byłam za słaba, nie dość asertywna, że mogło to się skończyć zupełnie inaczej. Obiecałam sobie, że następnym razem BĘDZIE inaczej.

 Gdy w lipcu 2013 roku ujrzałam na teście ciążowym dwie kreski, każdy wieczór marzyłam i wizualizowałam sobie mój piękny poród naturalny. Bardzo dużo czytałam, przygotowywałam się. Robiłam różne ćwiczenia, aby pomóc dziecku ustawić się optymalnie do wyjścia.

Wzięłam doulę. Mąż miał być przy porodzie, o ile to możliwe. Priorytetem była opieka nad starszym, w tej kwestii musiałam mieć spokojną głowę.

Tydzień po terminie dostałam skierowanie do szpitala od mojego ginekologa, z powodu małowodzia i małych przyrostów wagi dziecka. Na IP wielkość dziecka oszacowano już zupełnie inaczej (in plus). Niestety szyjka nadal była dość długa i twarda, mimo oleju z wiesiołka, stymulacji brodawek i innych działań J.

Położyli mnie. Byłam trochę zniechęcona. Nie tak to miało się zacząć. Uważałam, że jeśli poród zacznie się spontanicznie, to na pewno się uda. Noc w szpitalu, jak w szpitalu na patologii, nieprzespana. Dużo badań – KTG od 05:00, słuchanie tętna, 8 kobiet na sali. Byłam w stałym kontakcie z doulą. Kazała chodzić po schodach i masować brodawki. Robiłam to, ale bez większej nadziei, bo do tej pory podejmowałam już te próby, będąc jeszcze w domu.

Około 14:00 pojawiły się pierwsze skurcze, tak co 13 minut. Leciutko bolesne. Nadal masowałam brodawki. Skurcze nie ustępowały, czułam je coraz bardziej, ciężko było siedzieć i leżeć. Dałam znać douli i mężowi. Personelowi nie. Chciałam mieć spokój i więcej czasu. Około 18:00  było KTG które nie wykazało absolutnie żadnego skurczu, mimo, że były co najmniej 3 i to bolesne. Około 19:00 zgłosiłam się na dyżurkę. Zbadała mnie lekarka i stwierdziła szyjkę zgładzoną, rozwarcie na 1 palec i przywarcie główki. Ależ byłam szczęśliwa.

Skurcze były coraz częstsze. Około północy nie mogłam już leżeć. Poszłam po lekarza, bo skurcze były co 4 minuty. Lekarz mnie zbadał i powiedział, że rozwarcie jest na 2 palce. Zjechałam na trakt porodowy, przybyła moja doula. Dużo skakałam na piłce, chodziłam pod prysznic. Skurcze jednak były dość rzadko, doula cały czas nakazywała masowanie brodawek. Około 10:00 kolejnego już dnia, badanie wykazało 4 palce rozwarcia. Byłam już bardzo zmęczona, nogi się pode mną uginały. Zaproponowano podanie nieco oksytocyny,  żeby rozkręcić skurcze. Bardzo się tego bałam, sądziłam, że nie zniosę więcej bólu. Doula podnosiła mnie na duchu. W międzyczasie przyjechał mąż, który bardzo mi pomagał przy skurczach, ściskając mi biodra. Miałam wielką nadzieję. Najgorsze za mną, myślałam. 10 cm rozwarcia potrafi zrobić się przecież w chwilę. Po około 2 godzinach kolejne badanie. Niestety rozwarcie ani drgnęło. Zaproponowano mi cc. Nie miałam już siły, w bólach byłam prawie 22 godziny.

Po 13:00 na świat przyszedł mój synek z wagą 4200 g (mój ginekolog mówił, że mały wazy około 3 kg). Niestety wody płodowe były zielone. Lekarz mówił, że Maluch nie był idealnie ułożony (twarzyczkowo).

Oczywiście nie żałuję, że spróbowałam. Kurcze, czułam tę magię.

Żałuję, że znowu nie wyszło, mimo, że zrobiłam chyba wszystko. Nie mam żalu do siebie, mam żal do swojego ciała, że nie chciało współpracować. Jest wielki niedosyt, ale z całą pewnością nie mam traumy, jak po poprzednim porodzie.

Nie wiem czy będę miała trzecie dziecko. Jeśli tak, myślę próbować rodzić naturalnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.