Tag Archive | VBAC

Poród Jaśka (Gdynia)

Odpowiednie wsparcie w czasie porodu pozwala mamie „rozwinąć skrzydła”, wyzwolić w sobie siłę, moc i pięknie urodzić. Zapraszam do przeczytania historiii Julii:

Pierwszego synka urodziłam w 2011r. Chodziłam z mężem na Szkołę rodzenia, chcieliśmy rodzić razem, bez ingerencji medycznych, siłami natury. Gdy przyjechaliśmy do szpitala okazało się, że skoro moje skurcze są nieregularne to mąż nie może być ze mną na porodówce. Zostałam sama – od 8:00 rano w sobotę do 2:00 w niedzielę. Żadna położna nie przyszła by mi doradzić co robić. Starałam się jak mogłam żeby poród postępował. O 2:00 rano w niedzielę odeszły wody, zadzwoniłam po męża. Dane nam było rodzić 6 godzin, które musiałam spędzić w większości na lewym boku, na łóżku bo „zapis KTG jest istotny”. O 8:00 rano do naszej Sali weszło 10 osób i usłyszeliśmy że to za długo trwa i trzeba zrobić cesarkę, bo tętno dziecka skacze. Jednocześnie lekarka stwierdziła że zapis jest niemiarodajny bo pas który utrzymuje urządzenie na moim brzuchu jest poluzowane od ciągłych skurczy…

Po tym doświadczeniu stwierdziłam że nie ma mowy o braku wsparcia – muszę mieć doulę przy porodzie. Kolejny synek urodził się 28.11.2013. Tym razem znalazłam kogoś kto będzie buforem między mną i mężem a personelem szpitala. Kogoś komu zaufamy, że wie jak nas przeprowadzić przez ten cudowny czas porodu. Karolina Kardasz z Gdańska okazała się taką osobą (prowadzi też szkołę rodzenia Majka). Dużo mi dała lektura, którą mi poleciła – Ina May Gaskin „Poród naturalny”. Rodziłam prawie dwie doby. Najpierw w domu – półtorej doby do rozwarcia 3cm. W tym czasie normalnie jadłam, piłam, poszłam z Karolą na spacer. Miałam skurcze coraz dłuższe (do 1minuty) i coraz częstsze (najpierw nieregularne potem co 5 minut). Gdy doszłam do 3cm pojechaliśmy do szpitala. Tam przez 6 godzin dochodziłam do 10 cm rozwarcia. Samo parcie trwało 20 minut. Nie bolało, czułam raczej pieczenie i rozciąganie. Podczas porodu podano mi czopki Skopolan. Karola była ze mną i mężem cały czas. Znalazła wspaniały sposób na bóle krzyża – nie czułam ani jednego – poprzez przyczepienie w tej okolicy pleców urządzenia o nazwie TENS. Moje bóle porodowe umiejscowiły się w udach 😉 ona masowała jedno a mąż drugie.

Lekarz chciał zrobić mi cc bo twierdził, że „zbyt długo to trwa”… Wszedł na salę i mówi do mnie: „Są inne wyjścia, to zbyt długo trwa”. Bardzo mnie tym wkurzył, ale i osłabił moją wiarę w siebie. Karola i mąż mnie podnosili na duchu przez kolejną godzinę. I udało się. Potem, gdy synek leżał na moim cycu, spytałam tego lekarza, czy wystarczająco szybko urodziłam. Było mu głupio…

Dzięki Karoli uwierzyłam w siebie, w to że można urodzić VBAC, że można to zrobić we własnym rytmie i że wszystko pójdzie dobrze. W ciąży czytałam tylko wpisy na naturalniepocesarce.pl, bo chciałam czytać tylko pozytywne informacje.

Polecam VBAC z dobrą doulą/położną. Kimś ciepłym i do kogo mamy zaufanie.

To naprawdę cud!

Cuda zdarzają się tuż obok nas. Codziennie. Właściwie każde narodziny są takim cudem. Historia Ewy przekonuje o tym w wyjątkowo spektakularny sposób.

18 miesięcy temu po trudnym 16-godzinnym porodzie zakończonym cesarskim cięciem urodził nam się Michał. Kilka dni temu powitaliśmy na świecie Wojtka. Cudem urodzonego naturalnie.

            W 39 tygodniu ciąży o godzinie 1.00 w nocy dość spektakularnie odeszły mi wody płodowe, czyniąc z naszego łóżka basen w kilka sekund. Po około pół godziny rozpoczęły się skurcze. Od razu dość silne i częste (co około 6 minut). Około 2.30 zameldowaliśmy się na izbie przyjęć (skurcze co około 4 minuty). Początki porodu były nawet przyjemne tzn. skurcze, choć silne, dało się znosić i był przy mnie ukochany Mąż. Około godziny 5 rozwarcie było tylko na 2 palce. Położna zaproponowała wejście do wanny. Po prawie 3 godzinach silnych skurczy w wannie rozwarcie zwiększyło się do… 4. Byłam załamana, zmęczona, bez nadziei na powodzenie. Po kolejnych dwóch godzinach- bez zmian. Położna zaleciła oksytocynę. Nie było wyjścia, skoro rozwarcie nie następowało. Działanie oksytocyny zrobiło swoje- skurcze znacząco się nasiliły. Zaczęłam wyć (wcześniej ładnie śpiewałam „AAaaaa” na wydechu). Rozwarcie zwiększyło się do 5. Ja jednak nie wytrzymywałam bólu, dostałam znieczulenie… (rozumowo go nie chciałam, ale ciało było już na jakimś skraju).

Nastała chwila wytchnienia. Czułam skurczające się mięśnie, ale nie ból. Nadzieja wróciła. Chciałam się jak najwięcej poruszać, ale ponieważ tętno Malucha co chwila spadało musiałam być pod KTG. Po ponad godzinie znieczulenia rozwarcie 7-8, a po kolejnych dosłownie 20 minutach- pełne. Zaczęłam czuć skurcze parte, znieczulenie przestawało działać. Jeśli przed przyjęciem znieczulenia myślałam, że bardziej już nie może boleć, to… myliłam się. Teraz wyłam już jak dzikie zwierzę obdzierane ze skóry. Nie mogłam powstrzymać mojego ciała przed krzykiem. Po godzinie skurczy partych główka nadal nie schodziła w dół. Kolejna godzina również nie przyniosła zmiany. Lekarz zadecydował o konieczności przeprowadzenia cesarskiego cięcia. Byłam bardzo zła na siebie, czułam, że znowu sobie nie poradziłam. Nie tak miało być! Robiłam w duchu wyrzuty Panu Bogu, przecież tyle modliliśmy się o dobry porób, tak się starałam… „Gdzie jest Twoja moc?”- pytałam Go w myślach.

W pełni przygotowano mnie do cięcia (łącznie z zacewnikowaniem). Dostaliśmy znak, że sala operacyjna jest gotowa i na wózku wywieziono mnie z porodówki. Zanim jednak zamknęły się drzwi z porodówki obok wybiegła położna z informacją, że rodzące się u niej dziecko straciło puls i konieczna jest szybka cesarka. Zawrócono więc mój wózek i w mgnieniu oka znalazłam się obok tego kosmicznego fotela do rodzenia, a położna z „moim” wózkiem pobiegła na porodówkę obok i na salę operacyjną przygotowaną już dla nas. Z tego co wiem, dziecko i mama mają się dobrze. A tymczasem u nas…

Nie chciałam wejść na fotel. Padłam na czworaka na podłogę i starałam się dożyć przygotowania drugiej sali operacyjnej i ściągnięcia lekarza. Uczucie parcia było bardzo bardzo silne. Nie wierzyłam jednak, że w położeniu dziecka coś się zmienia. Przecież nie zmieniło się przez tyle godzin! Z relacji Męża wiem, że w pewnym momencie zauważył zmianę kształtu mojego krocza i jakby coś napierającego. W tej samej chwili praktykantka, która była z nami wybiegła z porodówki. Za kilka sekund wróciła z położną i lekarzem. Kazano mi wejść na fotel. Teraz wszystko trwało już minuty. Kazano przeć. Pojawiła się główka, a po chwili Wojtek urodził się cały!!!

            Niestety okazało się, że wychodził źle obróconą główką i praktycznie dwoma ramionkami na raz. W związku z tym nieźle mnie porozrywał… Bardzo krwawiłam, więc zszywano mnie najszybciej jak się dało. Początkowo bez znieczulenia. Wojtek urodził się szaro- bordowy, więc szybko zabrano go na badania. Gdy zatamowano już największe krwawienie urodziło się łożysko. Niekompletne… Znów więc szybka akcja- przełożono mnie na łóżko i zawieziono na łyżeczkowanie. Tam też doszyto mnie do końca. Okazało się, że ponieważ straciłam ponad 2 litry krwi muszę zostać na sali pooperacyjnej (choć łyżeczkowanie operacją nie jest), bo od wyniku krwi będzie zależało, czy nie trzeba zrobić mi transfuzji… Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień…

            Okazało się jednak, że obejdzie się bez transfuzji. Z Wojtkiem wszystko w porządku. Ze mną również, bo chociaż poród był bardzo trudny doszłam do siebie dużo szybciej niż po cięciu. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Poród drogami rodnymi to zupełnie nowe i niesamowite doświadczenie!

Poród w domu po cięciu cesarskim

Wcześniejszy poród przez cięcie cesarskie nie wyklucza kolejnego porodu siłami natury, nawet odbywającego się w domowym zaciszu. Bywały już na naszym portalu takie historie. Dziś przypominam opublikowaną nigdyś w Magazynie Pielęgniarki i Położnej historię Marii.

Przyjście na świat naszej małej Miry było największym prezentem, jaki mogliśmy dostać od życia. Tak uznaliśmy oboje z mężem jeszcze w trakcie nocy cudów. Nocą cudów nazwaliśmy noc narodzin naszej córeczki. 
Nasz synek Bruno przyszedł na świat cztery lata wcześniej. To również był dar, jakkolwiek trudny dar – Bruno urodził się przez cesarskie cięcie. Te dwa zdarzenia, choć tak bardzo różne od siebie, stanowią dla nas spójną naukę. Doświadczyliśmy na sobie, jak wiele można zbudować na zaufaniu do siebie i do losu, na podążaniu za własną intuicją, na byciu w zgodzie z sobą, na poszukiwaniu wsparcia od pokrewnych dusz, a także na otwartości, która pozwala godzić się na różne scenariusze, nawet niechciane – nawet takie, których nie bylibyśmy w stanie przewidzieć. 
Zanim nabraliśmy tego przekonania, było dużo niepewności. Druga ciąża przebiegała bez najmniejszych komplikacji. Towarzyszył mi jednak lęk o zdrowie dziecka, uzasadniony infekcjami wirusowymi, jakie przeszłam w pierwszym trymestrze, i chorobą zakaźną starszego dziecka. Część obaw była po postu stałym elementem mojego wewnętrznego krajobrazu.

Chcesz przeczytać więcej? Wejdź na: http://www.nursing.com.pl/Artykuly_Porod_w_domu_po_cieciu_cesarskim_59.html

(Dostęp wymaga zalogowania się. Rejestracja jest bezpłatna.)

Dluuugie narodziny Mateuszka – dla pokrzepienia serc czekających:) (UK)

Niekorzystne ułożenie maleństwa nie zawsze musi oznaczać cesarkę. Czasem wystarczy umiejętna pomoc lekarza i mama może urodzić tak, jak tego pragnęła. Oto historia Edyty, która swojego synka urodziła na wyspach brytyjskich:

Na poczatku moze wyjasnie ze sam poród nie był dlugi…. lecz kochane skurcze przepowiadajace meczyly mnie prawie tydzien….
Nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy bo przy Kacprze nie mialam zadnych naturalnych skurczy a urodzil sie po 3 dniowym wywoływaniu i koncowo cc w 42 tyg ciazy….
Jestem osoba bardzo wierzaca i bardzo sie modlilam o szanse naturalnego porodu. Ugadałam sie z duszyczkami czysccowymi ze ofiaruje bol porodowy za nie jezeli sie samo zacznie. No ale sie nie zaczynało. Termin na 6 wrzesnia. Glupia lekarka dyszaca mi na karku ze jak sie nie zacznie do 6 to musimy podjac decyzje o cc. Zdolalam ja przekonac ze nie urodze do 6 bo wiem kiedy zaszlam w ciaze i ze data z usg jest naciagana. Zgodzila sie od razu poczekac do 12 wrzesnia i uzgodnilysmy ze jak sie nie ruszy to sprobujemy masazu szyjki zanim potniemy. Spadłmi kamien z serca i sie jakos przestałam przejmowac… bo przeciez jeszcze 2 tygodnie do 12 wrzesnia….

30 sierpnia zrobilam sobie kapiel bąbelkową z wyciagami i olejkami z lawendy, szalwii kwiatu pomaranczy i takich tam jeszcze….
31 piatek zaczal mi odchodzic czop. Woow! Nigdy tak nie mialam! Potem skurcze co 10 min w sobote w nocy, niedziele, itd itd, przychodzily, odchodzily bolały, czasem nie. W srode o 5 rano zadzwonilam do szpitala ze chce zabukowac cesarke bo nie spalam od soboty i mam okropne skurcze i juz nie dam rady… Kochana pani polozna powiedziala bym wziela paracetamol i ciepla kapiel, ze robie dobrze czekajac na porod naturalny i ze jezeli chce cc to musze zadzwonic o 11 jak beda wszyscy lekarze… I tak o 6 rano wszystko przeszlo… Czulam sie rewelacyjnie, bawilam sie z Kacprem i chodzilismy do parku. Skurcze wracaly tylko w nocy ale dalo sie przezyc.

W piatek rano od 8.30 znowu skurcze. No to na pilke, potem prysznic i paracetamol. Ale jakies takie inne byly i dawaly w kosc i czulam ze sa czesciej niz 5 minut. Zaczelam liczyc i przez godzine byly juz co 2-3 minuty. Dzwonie ze jade. Polozna mowi ze slyszy po moim glosie ze rodze  Jeszcze kilka telefonow i pojechalismy. Dojechalismy na 12. O 12.30 poprosilam polozna by mi sprawdzila rozwarcie bo chce wiedziec czy tym razem rodze na prawde. Szyjka cienka jak papier i 5 cm rozwarcia!!!  (  wiesiolek wiesiolek wiesiolek )
Pozniej juz lecialo. Maz masowal plecy tak jak zalecała nasza forumowa Marta Milon na Dzieci sa wazne. Cudo. Polozna w szoku ze ja wszystko bez znieczulenia. Pomagala wizualizacja. Wodospad i woda w jaskini nie bardzo ale otwierajacy sie kwiat lotosu i calineczka tak tak tak…
Ok 15 zaczelam sie drzec na Lukasza ze zle mi zawiazal wlosy i zeby przestal mi naciagac koszule na pupe przy masowaniu…. Ja wolałam tak z gołą gonic  Polozna sie zaczela smiac ze chyba sie zblizamy do 10 cm patrzac na moje nerwy….  Poprosilam by mnie drugi raz sprawdzila i jest! 10 cm! Musiala sciagnac jakac ”warge szyjki??” ale umiejetnie to zrobila.

Partych nie czulam w ogole. Mowie do niej ze ja nigdy partych nie mialam. Utwierdzala mnie ze przyjda i ze bede wiedziala ze to to. Byla to jakas ulga ze juz nie boli i szczerze jak juz mialam parte to nie bolaly. Byly taka wlasnie ulga.

Parłam dlugo, w koncu przyszla lekarka i mowi ze ”Time is ticking” i ze sie martwi juz o moja blizne. Wymacala ja, jest ok ale i tak nie podobalo mi sie patrzenie na zegarek, szczegolnie ze dziecko mialo sie caly czas dobrze.

Przyszla potem znowu i chciala wymacac ulozenie Mateuszka. Bolało jak cholera! Stwierdzila ze jest niefajnie ulozony. Plecy do pleców i idzie pierwsze twarza i zablokowal sie czołem o moja kość łonową. Ze przygotuja sale operacyjna i obróca go kleszczami a jak to nie wyjdzie to cc…… Kurka tak blisko.

Wrocila za chwile i mowi ze jest jakas nagla sytuacja na operacyjnej, ze wezma mnie za pol godziny i ze mam juz nie przec  No sorry ale to na prawde boli. Polozna powiedziala ze moge troszku przec i ze to pomoze doktorom.. Parlam sobie wiec malutko… Znow wrocila ze sala dalej zajeta. Zebym czekala. W koncu wpadla fajna pani doktor portorykanka i mowi ”Let’s have this baby delivered!” Robimy to tu na lokalnym znieczuleniu w krocze i gazie. Wszystko szlo szybko. Bol niesamowity i ogromnie musialam przec ale 1.Odwrocili go, 2. Glowka. 3. Cialko.
I dzidzius na moim brzuchu caly mokry i cudowny. Spelnienie moich marzen!!!
Byl to piatek 7/9/12 godzina 19.00. Lezalam tak w szoku mowiac do niego dzidzius bo tak polozyli ze nie widzialam co mamy! Polozna go odwrocila i jest. Synek! Chwila niezapomniana i warta wszystkiego!

Długa opowieść o długim powitaniu Krzysia (Łódź)

Czasem poród bywa długi i intensywny, choćby ze względu na mniej optymalne ułożenie maleństwa. To jeden z momentów, kiedy znieczulenie zewnątrzoponowe jest prawdziwym błogosławieństwem pozwalającym mamie na odpoczynek konieczny, aby „dokończyć dzieła”. Zapraszam do przeczytania inspirującej historii Agaty:

prolog:

21 miesięcy temu przez cesarskie cięcie „na zimno” (ze wskazań okulistycznych) urodził się Janek. Dziś – ku mej radości – tamte wskazania do cc są już nieaktualne, więc zdecydowałam, że podejmę próbę porodu drogami natury. Bałam się, a jakże, i to jak! Przez całą ciążę dawkowałam sobie wiedzę dotyczącą porodu, przekonywałam większość świata (z ginekologami na czele, niestety), że wiem, co robię, wysłuchałam i przeczytałam setki porodowych opowieści, obejrzeliśmy z M. dziesiątki filmików na YT, odwiedziliśmy kilka porodówek, żeby zdecydować, gdzie będzie nam najprzyjaźniej, wreszcie umówiliśmy się z położną, którą wybraliśmy, by towarzyszyła nam w porodzie.

piątek, 24:00, 9 dni po „oficjalnym” terminie, za to mniej więcej równo z terminem nieco mniej oficjalnym:

Wlokąc się od komputera do łazienki czuję coś nowego – mocny ból w podbrzuszu, trwający dobrych kilkadziesiąt sekund. Myję się i idę do łóżka, wierząc, że jak mam zacząć rodzić, raczej tego nie prześpię.

Noc mija zaskakująco spokojnie, po raz pierwszy od wielu tygodni śpię twardo, nie muszę latać co pół godziny do łazienki jak kot z – nomen omen – pęcherzem.

sobota, 5:00:

Budzi mnie taki sam ból w podbrzuszu. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że oto zaczyna się rodzenie Krzysia. Podekscytowana nie mogę spać, sięgam po kindla, czytam (albo wydaje mi się, że czytam, bo w sumie to nie pamiętam nic z tej książki), zerkając co chwila na zegarek i czekając na kolejne skurcze. Do 6:00 pojawiają się jeszcze trzy, dalej znów dość regularnie co 20, potem co 15 minut.

Budzi się starszy synek, mąż idzie się nim zająć, w przelocie uprzedzam go, że chyba dziś przywitamy Krzysia.

Śniadanie, nocnik, czytanie książek z Jankiem, dopakowywanie szpitalnej torby, ciepła kąpiel na sprawdzenie, czy skurcze się nie wyciszą (nie wyciszyły się, za to odkryłam, że w wodzie są znacznie bardziej do zniesienia). Telefon do mamy, żeby przyjeżdżała – ktoś musi zająć się Janeczkiem.

sobota, 9.30:

Przy skurczach co ok. 10 minut telefon do położnej Doroty – przyjmuje właśnie poród domowy, być może nie zdąży do nas dotrzeć (liczyliśmy się z tym), wysyła nas do szpitala na badanie.

Do szpitala docieramy jakoś między 11 a 12, pół godziny ktg (na worku sako:)), podczas którego z trzech „skurczybyków” (zaczynają być coraz mocniej odczuwalne) zapisuje się tak naprawdę jeden, zero rozwarcia, położna odsyła nas do domu, mamy wrócić, jak skurcze będą co 5 minut i taki stan utrzymywać się będzie od min. 2 godzin. Dorota przez telefon dorzuca jeszcze: odpoczynek, kąpiel, a jak będzie przypływ energii – kilka kursów po schodach w dół.

Obiad, kąpiel, schody, kąpiel, drzemka z Jankiem (połączona z karmieniem piersią – mam wrażenie przyspieszenia i wzmocnienia skurczy). Ból staje się coraz bardziej dotkliwy, zaczynam wydawać z siebie pojękiwania i postękiwania, skurcze zagęszczają się.

Czujemy się trochę pogubieni, bo – choć mocne i bardzo regularne – wydają nam się nieco za krótkie w stosunku do tego, co mamy wtłoczone do głowy, a może po prostu źle mierzymy, a może po prostu nie ma na to reguły…

sobota, 19.30:

Od ponad 2 godzin co 4-5 minut zwalają mnie z nóg silne skurcze, żegnamy się zatem z rodzinką i ruszamy do szpitala. Ktg ok, ale nadal zero rozwarcia. Zatrzymują mnie jednak na sali przedporodowej ze względu na „figury, jakie nam tu pani prezentuje przy tych boleściach” (a po cichu dodają, że jak w domu jest małe dziecko, to lepiej, żebym tu w nocy hałasowała, i to mnie w sumie przekonuje). Mam wrażenie, że w spojrzeniu położnej jest coś w rodzaju: „Oj dziecko, chyba byś już bardzo chciała urodzić, a to na pewno jeszcze nie to!” – werbalizuje to zresztą lekarz, który za jakiś czas wpada do mnie na salę.

Nikt mi nie wierzy, każą spać. Gratuluję pomysłu – ból staje się powoli naprawdę męczący…

Boję się tej nocy, „nasza” położna Dorota jest na dyżurze w innym szpitalu, może przyjechać dopiero rano. Mąż pogłaskuje mnie co jakiś czas i w bezsilności przysypia na krzesełku. Ja skręcam się już co 3-4 minuty. Co 2-3 godziny mam ktg i badanie – wciąż rozwarcia brak, choć jakoś nad ranem szyjka zaczyna się centrować. Położna cały czas ochrzania mnie, że nie śpię, a ja mam ochotę ją zjeść ze złości! Łzy lecą mi ciurkiem, zmęczenie i ból dają ostro w kość. Jeszcze wieczorem dzwonię do Magdy, doświadczonej matki. Kochana, empatyczna osoba – zamyka się w łazience, żeby nie pobudzić trójki swoich dzieciaków i funduje mi najważniejszą terapię w życiu. Przestaję się mazać, zaczynam porządnie oddychać, poruszając się zgodnie z instrukcjami Magdy (potrzebne mi to było bardzo, choć przecież doskonale teoretycznie wiedziałam, co robić). Noc spędzam ze słuchawkami w uszach (Nosowska:)), chodząc po sali jak bocian, opierając się o parapet i kołysząc biodrami, czasem padając na kolana w szczególnie dotkliwym skurczu. Ok. 4 wysyłam M. do domu, żeby chociaż on złapał trochę snu – lepiej się czuję sama w swoim bolesnym roztańczeniu w ciemności.

niedziela, 6:30:

Tuż przed zmianą personelu położna przychodzi po zapis ktg i robi mi kolejne badanie. Im głębiej wsuwa palec, tym szerzej otwiera oczy – 4 centymetry! Po ponad dobie regularnych skurczów, zaczęłam „oficjalnie” rodzić, można mnie przenieść na porodówkę, mam dzwonić po męża i Dorotę i szykować się na działanie (jakbym dotąd leżała i pachniała, hahaha!)

niedziela, 9:00:

Przyjeżdża Dorota i bierze nas w obroty. Wszystko zaczyna nagle przyspieszać. Mam lekkie mroczki przed oczami – za mną długi dzień, nieprzespana noc i dużo bólu. Dalszy ciąg pierwszej fazy porodu staramy się przeżyć aktywnie – spacery po sali, bujanie na piłce, co jakiś czas szybki nasłuch ktg. Dorota zauważa, że mój brzuch jest bardzo niesymetryczny – okazuje się, że Krzyś ułożony jest mocno skosem. Co jakiś czas kładę się więc na prawej stronie, głaszczemy malca, żeby „spłynął”, ale niewiele to daje. Później dowiemy się, że to właśnie dlatego tak długo miałam skurcze bez rozwarcia – dziecko nie wstawiało się w kanał rodny pionowo, tylko ukośnie, zapewne pomogłam mu „wcelować” tym nocnym chodzeniem i bujankami.

niedziela,  10:30:

Siedzę na piłce, już nie powstrzymuję skurczowych okrzyków, drę się jak zarzynane zwierzę. Dorota proponuje przebicie pęcherza płodowego – mam dużo wód, więc macica nie pracuje na pełnych obrotach, bo jest… pełna wód. Jestem bardzo zmęczona, to może pomóc, więc wyrażam zgodę. Przebicie jest zupełnie bezbolesne, tylko uczucie wylewania się ciepłego płynu trochę dziwne. M. kuca za mną i pomaga mi bujać biodrami pomiędzy skurczami, przytula, kiedy płaczę z bólu. W pewnym momencie mam wrażenie, że odlatuję, nie wiem, czy zasypiam, czy mdleję. M. zauważa, że od jakiegoś czasu zupełnie zesztywniałam i nawet na siłę trudno mu mnie kołysać. Po szybkim rozważeniu za i przeciw (jest 5-6 cm, najgorsze i najdłuższe za nami, ale jeszcze mnóstwo wysiłku przede mną), decydujemy się na znieczulenie.

Wbijanie cewnika w kręgosłup i czekanie (=leżenie płasko), aż epidural zacznie działać wspominam chyba najgorzej z całego porodu – żadna to przyjemność, biorąc pod uwagę, że co 2-3 minuty szarpały mną skurcze. Ale jak już wreszcie mnie znieczuliło, zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebowałam. Nie miałam „dolewki”, wystarczyła mi godzina leżenia i nieczucia  praktycznie żadnego bólu, żeby trochę się zregenerować. Wyluzowałam się do tego stopnia, że w ciągu kilkudziesięciu minut osiągnęliśmy pełne rozwarcie, akurat wtedy kiedy znieczulenie przestało działać, czyli idealnie.

niedziela, 11:50:

Zaczynamy jazdę bez trzymanki pt. druga faza porodu, czyli arie operowe i pieśni plemienne przy bólach partych.

Prę w kucki, wisząc na drabince, siedząc na kibelku jak na leżaku, znowu w kucki, wreszcie, kiedy opadam z sił – leżąc na boku. Boli jak diabli, z tego bólu mam momentami problemy z prawidłowym oddychaniem (na szczęście Dorota i mąż bardzo mnie pilnują i wspierają, żebym nie wrzeszczała nieefektywnie). Z każdą chwilą czuję, że Krzyś jest coraz niżej, że już niedługo się spotkamy, co dodaje mi sił do dalszego parcia, choć – jak się okaże –będzie ono trwać aż dwie godziny.

Ból staje się coraz silniejszy, już nie tylko taki „z głębi”, ale i czysto powierzchowny, namacalny – czuję jak rozciąga mi się skóra, piecze. Leżę na boku z nogą do góry, odmawiam przejścia w kucki (ja, która twierdziłam, że tak właśnie urodzę!!!), bo czuję, że każda większa zmiana wytrąci mnie z transu rodzenia. Nie pozwalam M. podać mi wody, nie chcę dotknąć główki, gdy Dorota pyta, czy Janek też miał takie czarne gęste włoski, chcę tylko mieć już Krzysia w ramionach. Wobec mojego oporu w kwestii zejścia z łóżka, Dorota robi jakieś okołsprzętowe czary-mary i nagle siedzę na samym skraju fotela z nogami w dół, ona na podłodze (a może niskim stołku?), jedno mmmmocne parcie, a potem mam już tylko zdmuchnąć sto urodzinowych świeczek. M. (który zarzekał się, że będzie cały czas siedział przy mojej głowie, bo raczej nie ma ochoty obserwować centrum akcji), trzyma mnie za rękę i mocno odchyla się, gapiąc się rozradowanymi oczami między moje nogi. Czuję bardzo mocne rozepchnięcie, dmucham te urodzinowe świeczki (jest ich naprawdę ze sto – niech nam żyje Krzyś długo i zdrowo!), czuję ulgę, chociaż coś dużego wciąż powoli wyślizguje się ze mnie…

niedziela, 13:47:

Dorota podaje mi na brzuch Krzysia, mojego drugiego synka. Mały po chwili cicho skrzeczy, ale zaraz skupia się na czymś innym – wyczuł, że bar mleczny jest bardzo blisko:)

Otulamy go pieluchami, patrzymy jak zaczarowani. Otwiera oczy, cmoka, ma dość mocno zniekształconą (na skos, rzecz jasna) główkę, ale potem okaże się, że to wyrówna się dosłownie w okamgnieniu.

Pępowina powoli przestaje tętnić, M. ją przecina. Karmię Krzysia, tulimy go razem. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim rodzę łożysko (wyskakuje jak z procy, cóż to dla mnie za wysiłek;)), Dorota zaszywa malutkie pęknięcie (pierwszego stopnia). Po prawie 2 godzinach M. z Dorotą idą zmierzyć i zważyć Krzysia: 3900 g / 59 cm. Schodzi się reszta personelu, żeby nam pogratulować. Czuję ich podziw, a od tego lekarza, który wieczorem mówił, że to jeszcze nie poród, słyszę coś w rodzaju przeprosin.

Rodziłam tak długo, bo Krzyś witał nas nie dość, że skosem (wydłużenie 1. fazy porodu), to w dodatku buzią do góry, czyli w ułożeniu potylicowym tylnym/”twarzyczka pod spojeniem” (wydłużenie i utrudnienie fazy parcia, często kończące się niestety cc lub kleszczami). Na szczęście nie wiedziałam o tym, bo zblokowałabym się pewnie na amen. Położna monitorowała często słuchawką akcję serca małego, chyba zdążyła powiadomić lekarza (mam wrażenie, że niebieski fartuch często migał w drzwiach jakoś pod koniec), ale ja do końca parłam w słodkiej nieświadomości, i bardzo się z tego cieszę.

Moje ciało wie, jak rodzić (Warszawa)

Noworodek może urodzić się bez płaczu, a mama może mieć cudowny poród wydając na świat dziecko ważące 4700g! Tak, po cesarce! Czasem dobrze, że USG myli się w szacowaniu masy płodu przed porodem. W innym razie, Kinga byłaby pewnie namawiana do poddania się powtórnie operacji cięcia cesarskiego. Oto jej inspirująca historia:

Cała historia zaczęła się cztery lata temu, kiedy urodziła się nasza córka. Mimo że planowałam poród naturalny i do niego się przygotowywałam, los okazał się złośliwy i po 18 godzinach skurczy, w obliczu mojej gorączki, rosnącego CRP i spadającego tętna dziecka, zdecydowano o cięciu.

Płakałam, gdy mnie wieziono na salę, płakałam i długie miesiące po porodzie. Czułam, że własne ciało mnie oszukało. To nie tak przecież miało wyglądać. Długo dochodziłam do równowagi emocjonalnej, dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z takim, a nie innym przebiegiem porodu. Cięcie obwiniałam o wszystkie problemy – głównie o to, że dużo, stanowczo za dużo czasu zajęło mi nawiązanie prawdziwej więzi z córką i pokochanie jej.

Gdy po ponad trzech latach znowu zaszłam w ciążę, marzyłam o tym, żeby tym razem było inaczej. I podjęłam działania, by tak się stało. Niemal od razu umówiłam się z położną, która nie boi się porodów po cięciu, regularnie się z nią spotykałam, dzieliłam obawami i szukałam odpowiedzi na wątpliwości. Przeczytałam chyba wszystko, co było do przeczytania o porodach naturalnych, o porodach po cięciu, o tym, jak się do nich przygotować. Zadbałam o higienę psychiczną – czytałam tylko dobre historie porodowe, ćwiczyłam jogę, powtarzałam sobie niemal do znudzenia, że moje ciało wie, jak rodzić, że to nie ono poprzednio mnie zawiodło. W końcu w to uwierzyłam.

Koniec drugiej ciąży był nerwowy – w pierwszej przeterminowałam się cudnie, a tym razem przeterminowanie wybitnie nie było mi na rękę z kilku powodów. Po pierwsze moja położna wyjeżdżała na urlop i miała ją zastąpić inna, którą mniej znałam, po drugie lekarze najchętniej wówczas indukowaliby poród, a tego chciałam uniknąć, jako że byłby to według mnie początek drogi na stół operacyjny.

Jednak i tym razem potomek się nie spieszył. Czekały mnie więc regularne wizyty na izbie przyjęć, ktg i mniej lub bardziej miłe rozmowy z lekarzami, którzy co prawda jednoznacznie potwierdzali, że dziecko OK, ale „sama pani wie, jest pani po cesarce, więc zachęcam do indukcji”. Regularnie odmawiałam. I tak co dwa dni, chociaż kazali pojawiać się codziennie, ale w trosce o własną psychikę ograniczyłam wizyty.

W międzyczasie położna umówiona wyjechała na urlop, niemniej nabyłam przekonania, że i moja rezerwowa mnie nie zawiedzie.
W niedzielę znów pojawiłam się na kontroli, tradycyjnie ktg, przepływy, wody, blizna po cięciu OK. Przewidywana waga dziecka 3800. Szyjka idealna do porodu, co mnie jednak nie pocieszało, bo idealna, ale bez zmian była od tygodnia. Miły pan doktor po zachęcie położenia się na patologii i mojej tradycyjnej odmowie, zaprasza w poniedziałek, ja planuję pojawić się we wtorek.

Planu jednak nie udaje się zrealizować, bowiem w poniedziałek o 23 pojawia się pierwszy skurcz, po 5 minutach kolejny i następny. Wszystkie bolesne i długie. Nic to, próbuję się położyć i zasnąć, ale skurcze mi nie dają. Mąż mówi, żebym zadzwoniła do położnej, ale stwierdzam, że chyba się z głupim na rozumy pozamieniał, że nie będę jak idiotka dzwonić, jeśli skurcze nie trwają nawet godziny. Po dwóch kolejnych skurczach sama jednak chwytam za telefon, zdaję Edycie relację, jak się ma sytuacja, umawiamy się o 1 w szpitalu, i tu czeka mnie pierwsza niespodzianka – 6 cm rozwarcia. O niebiosa – taki wynik poprzednim razem osiągnęłam po kilkunastu godzinach, a teraz ledwie dwie wystarczyły. Biorę to za dobry znak.

Przenosimy się na salę, gdzie czeka mnie zapis ktg, młody ma się dobrze, ja zresztą też, ogarniam ból, skupiam się, nie walczę z nim. Płynę jak na fali. W głowie co jakiś czas pojawia się wyuczona myśl: „Moje ciało wie, jak rodzić”.

Przy którymś ze skurczy czuję, że coś się zmienia. Położna mnie bada – mogę zacząć przeć, jeśli czuję taką potrzebę. Ale potrzebę to ja mam, ale odosobnienia, więc idę do WC, Edyta gasi mi światło, chłopa wyganiam i zostaję sama z ogarniającym i niedającym się powstrzymać instynktem parcia. Położna ogranicza wizyty w mojej jaskini, żeby posłuchać serca malucha. Jednak w pewnym momencie każe mi przejść do sali, bo zaraz urodzę. Jak to, już? Klękam przy łóżku i wydaję z siebie dźwięki przypominające ryk zwierząt. To jednak nie jest krzyk bólu, bólu już nie ma. To pieśń nadchodzącego zwycięstwa. Przerwy między skurczami są długie, mam chwilę na odpoczynek. Dotykam krocza, czuję pomarszczoną główkę, jeszcze kilka chwil i po pięciu godzinach od pierwszego skurczu,  w ciszy, bez płaczu, rodzi się mój syn, który jak się później okazało, zamiast 3800 waży 4700. Mimo gabarytów, dzięki cudownej położnej urodziłam go tak, jak sobie wymarzyłam – w stu procentach naturalnie, w swoim rytmie, bez indukcji, bez wspomagania, nacięcia, pęknięcia, cudownie.

I choć w IV okresie porodu pojawiły się komplikacje, jestem szczęśliwa. I dumna. Zrobiłam to – urodziłam.

Ryzyko pęknięcia macicy – przekrojowa analiza badań z lat 1976 – 2012. CZ. 2: Różne rodzaje blizny po cięciu cesarskim

Oto druga część tłumaczenia artykułu poruszającego problematykę pęknięcia macicy. Tym razem o ryzyku wystąpienia tej komplikacji w ciąży i podczas porodu po cięciu klasycznym, po pionowym cięciu w dole brzucha i w przypadku, gdy rodzaj blizny na macicy nie jest znany.

Wpływ wcześniejszego cięcia cesarskiego na ryzyko pęknięcia macicy był tematem intensywnych badań.  W jednej z metaanaliz,  Mozurkewich i Hutton wykorzystali dane z 11 badań i wykazali, że odsetek pęknięć macicy u kobiet podejmujących próbę porodu po uprzednio przebytym cięciu cesarskim (TOLAC) wynosił 0,39% w porównaniu z wartością 0,16% u kobiet, które zdecydowały się na powtórne planowe cięcie cesarskie. Po zawężeniu metaanalizy do 5 prospektywnych badań kohortowych, odnotowano podobne rezultaty[1].

Hibbard i in. badali ryzyko pęknięcia macicy w grupie  1 324 kobiet, które podjęły próbę porodu pochwowego po cięciu cesarskim. Odnotowali oni znaczącą różnicę w stopniu ryzyka pęknięcia macicy u tych kobiet, którym udało się urodzić pochwowo (ryzyko 0,22%) w porównaniu z kobietami, którym próba ta się nie powiodła (ryzyko 1,9%)[2].

Wpływ przebytego uprzednio cięcia cesarskiego na ryzyko pęknięcia macicy w ciąży / podczas porodu można dalej analizować wg dodatkowych kategorii zawartych w tabeli 1.

Istotnym przy omawianiu tego aspektu porodu pochwowego po cięciu cesarskim wydaje się być fakt, że odsetek porodów VBAC w USA  wzrósł z poziomu 3.4% w 1980 roku do szczytowego poziomu 28% w roku 1996. Proporcjonalnie do tego 8-krotnego wzrostu porodów drogami natury po cięciu cesarskim, wzrosła również chorobliwość / urazy okołoporodowe matek i noworodków, szczególnie te związane z pęknięciem macicy. Do roku 2007, odsetek porodów VBAC w USA obniżył się do 8,5%. Co niezbyt zaskakujące, odsetek cięć cesarskich osiągnął wówczas (2007) swój szczytowy poziom 32%. W najnowszych wytycznych z 2010 roku dotyczących porodu pochwowego po cięciu cesarskim, Amerykańskie Kolegium Położników i Ginekologów zarekomendował, aby nie ograniczać możliwości podejmowania próby porodu po cięciu cesarskim[3]. Stało się to po tym, jak Panel Konferencyjny Narodowego Instytutu Zdrowia d.s. Rozwoju przebadał w marcu 2010 roku całość dostępnych dowodów naukowych dotyczących stanu matek i noworodków po porodzie pochwowym po cięciu cesarskim[4].

Poprzednie cięcie klasyczne

Klasyczne cięcie cesarskie poprzez pionowe nacięcie macicy w środkowej linii jest obecnie rzadko stosowane i stanowi tylko 0,5% wszystkich porodów w USA[5]. W jednej z metaanaliz, Rosen i inni odnotowali absolutne ryzyko pęknięcia macicy na poziomie 11,5% (3 na 26 przypadków) wśród kobiet z pionową blizną na macicy po cięciu klasycznym, które przeszły nieplanowaną próbę porodu[6]. Wśród kobiet, które przeszły powtórne planowe cięcie cesarskie Chauhan i inni odnotowali odsetek pęknięć macicy na poziomie 0,64%. Wszystkie pacjentki w tym badaniu przeszły w rezultacie powtórne cięcie cesarskie, ale wysoki odsetek przedwczesnych porodów w tej grupie (49%) sprawił, że wiele z tych kobiet było już w trakcie akcji porodowej podczas gdy wykonano u nich cięcie cesarskie[7].

Landon i inni odnotowali 1,9% pęknięć macicy ( 2 na 105  przypadków) u kobiet, u których wykonano poprzednie cięcie klasyczne, cięcie w kształcie odwrótconej litery T lub cięcie w kształcie litery J, które pojawiły się w szpitalu w zaawansowanym porodzie lub odmówiły poddania się operacji powtórnego cięcia cesarskiego[8]. Odsetek całkowitego pęknięcia macicy w badaniach Landona i in. znacznie różni się od odsetka tej komplikacji u kobiet rodzących po cięciu klasycznym podawanego w dotychczasowej historii przez Amerykańskie Kolegium Położników i Ginekologów (ACOG podawał wartość 4 – 9%). Jednakże, Chauhan i in. zauważyli 9% bezobjawowego rozejścia się blizny na macicy w przypadku porodu po cięciu klasycznym[9]. Sugeruje to, że rozejście się blizny na macicy mogło zostać niepoprawnie zaklasyfikowane w poprzednich badaniach jako całkowite pęknięcie macicy [różnica pomiędzy pełnym pęknięcie macicy a rozejściem się blizny na macicy omówiona została we Wstępie]. Ten błąd mógłby wyjaśniać całe mnóstwo niezgodności.

Poprzednie cięcie pionowe w dole brzucha                         

Metaanaliza danych zebranych z 5 badań wykazała 1,1% (12 na 1112 przypadków) całkowitego ryzyka objawowego pęknięcia macicy u kobiet z pionową blizną w dole brzucha podejmujących próbę porodu pochwowego po cięciu cesarskim[10].  W porównaniu z kobietami, u których wykonano poprzednio poprzeczne cięcie w dole brzucha zebrane dane nie wskazują na zwiększone ryzyko pęknięcia macicy lub niekorzystnych rezultatów okołoporodowych.

Interpretacja wyżej wspomnianych badań jest utrudniona przez niezgodności co do tego, jak wysoko dolny odcinek macicy może być nacięty zanim zostanie zakwalifikowany jako cięcie klasyczne. Nawet kiedy dolny segment macicy jest dobrze rozwinięty na skutek aktywnego porodu, pionowe cięcie w dole brzucha o odpowiedniej długości często uniemożliwia poród płodu. Naef i inni arbitralnie zdefiniowali 2-centymetrowe przedłużenie cięcia w górny segment macicy jako cięcie klasyczne. Dla 322 ciąży mających miejsce po uprzednim pionowym cięciu cesarskim w dole brzucha, całkowity odsetek pęknięć macicy wynosił  0,62%. Odsetek ten może być w dalszej kolejności podzielony: wśród 174 kobiet, które podjęły próbę porodu po cięciu cesarskim(TOLAC) odsetek pęknięć macicy wynosił 1,15%, zaś wśród kobiet, które zdecydowały się na powtórne cięcie cesarskie liczba ta wynosiła 0%[11].

Nieznany rodzaj blizny na macicy

W wielu przypadkach nie można potwierdzić rodzaju cięcia wykonanego podczas poprzedniej cesarki z uwagi na niedostępność dokumentacji medycznej dotyczącej tego zabiegu. W takich okolicznościach ocena ryzyka pęknięcia macicy może być dokonana poprzez wywnioskowanie z historii położniczej pacjentki, jaki rodzaj cięcia został prawdopodobnie zastosowany. Przykładowo, jest bardziej prawdopodobne, że cięcie pionowe miała pacjentka z historią przedwczesnego porodu w 28 tygodniu ciąży niż pacjentka, u której cesarskie cięcie wykonano poprzednio w ciąży donoszonej z powodu niewstawienie się dziecka w kanał rodny.

Zwykło się twierdzić, że ponieważ większość cesarek w Stanach Zjednoczonych wykonywanych jest poprzez cięcie poprzeczne w dole brzucha, ryzyko pęknięcia macicy w przypadku pacjentek z nieznanym rodzajem blizny jest podobne do ryzyka u kobiet, które przebyły uprzednio cięcie wykonane poprzecznie w dole brzucha. Twierdzenie to oparte jest na znacznej przewadze cięć wykonywanych w poprzecznie w dole brzucha w stosunku do cięć pionowych, jednakże ignoruje się w ten sposób różnice w rodzaju wykonywanych cięć wynikające z różnych sytuacji położniczych, a także różnice wynikające z różnych zasobów medycznych oraz praktyk położniczych w krajach innych niż Stany Zjednoczone (np. w Brazylii lub Meksyku). Niemniej jednak, w większości porodów przez cięcie cesarskie w USA stosuje się cięcie poprzeczne w dolnym segmencie macicy.

W małym badaniu porównawczym przypadków obejmującym 70 pacjentek przeprowadzonym przez Leung i in., nie znaleziono żadnych powiązań pomiędzy nieznanym rodzajem blizny na macicy a ryzykiem pęknięcia macicy; jednakże, biorąc po uwagę rzadkość występowania pęknięcia macicy, badanie to jest mało miarodajne[12]. Dwa dodatkowe, lecz podobnie zbyt ograniczone, serie badań przypadków także wykazały podobny odsetek pęknięć macicy i udanych porodów po cięciu cesarskim wśród kobiet z nieznanym rodzajem blizny i wśród matek z cięciem poprzecznym w dole brzucha[13]. Sieć Jednostek Medycyny Matczyno-Płodowej (MFMU) prowadząca rejestr porodów przez cięcie cesarskie odnotowała ryzyko pęknięcia macicy na poziomie 0,5% (15 na 3 206 przypadków) u kobiet z nieznanym rodzajem blizny na macicy, które podjęły próbę porodu drogami natury[14].

Jeśli chodzi o przypadki kobiet z 1 lub 2 nieznanymi rodzajami blizny na macicy, istnieje jedna mała, randomizowana, kontrolowana próba przeprowadzona przez  Grubb i in., w której porównywano porody stymulowany syntetyczną oksytocyną (95 przypadków) z porodami bez interwencji (93 przypadki) u takich kobiet. Wśród badanych pacjentek doszło do 4 częściowych pęknięć macicy (rozejście się blizny) i 1 całkowitego pęknięcia macicy – wszystkie przypadki należały do grupy, u której stymulowano poród oksytocyną. Kobieta, u której doszło do całkowitego pęknięcia macicy, była po dwóch wcześniejszych cięciach cesarskich, a czego jedno cięcie wykonane było w linii pionowej. Gdyby przed porodem znano rodzaj blizny na macicy u tej pacjentki, stanowiłby on przeciwwskazanie do podejmowania próby porodu[15].

Źródło: http://reference.medscape.com/article/275854-overview#aw2aab6b5


[1] Mozurkewich EL, Hutton EK. Elective repeat cesarean delivery versus trial of labor: a metaanalysis of the literature from 1989 to 1999. Am J Obstet Gynecol. Nov 2000;183(5):1187-97. [Medline].

[2] Hibbard JU, Ismail MA, Wang Y, et al. Failed vaginal birth after a cesarean section: how risky is it? I. Maternal morbidity. Am J Obstet Gynecol. Jun 2001;184(7):1365-71; discussion 1371-3. [Medline].

[3] ACOG Practice bulletin no. 115: Vaginal birth after previous cesarean delivery. Obstet Gynecol. Aug 2010;116(2 Pt 1):450-63. [Medline].

[4] National Institutes of Health Consensus Development conference statement: vaginal birth after cesarean: new insights March 8-10, 2010. Obstet Gynecol. Jun 2010;115(6):1279-95. [Medline].

[5] Chauhan SP, Magann EF, Wiggs CD, et al. Pregnancy after classic cesarean delivery. Obstet Gynecol. Nov 2002;100(5 Pt 1):946-50. [Medline].

[6] Rosen MG, Dickinson JC, Westhoff CL. Vaginal birth after cesarean: a metaanalysis of morbidity and mortality. Obstet Gynecol. Mar 1991;77(3):465-70. [Medline].

 

[7] Chauhan SP, Magann EF, Wiggs CD, et al. Pregnancy after classic cesarean delivery. Obstet Gynecol. Nov 2002;100(5 Pt 1):946-50. [Medline].

[8] Landon MB, Hauth JC, Leveno KJ, et al. Maternal and perinatal outcomes associated with a trial of labor after prior cesarean delivery. N Engl J Med. Dec 16 2004;351(25):2581-9. [Medline].

[9] Chauhan SP, Magann EF, Wiggs CD, et al. Pregnancy after classic cesarean delivery. Obstet Gynecol. Nov 2002;100(5 Pt 1):946-50. [Medline].

[10] Landon MB, Hauth JC, Leveno KJ, et al. Maternal and perinatal outcomes associated with a trial of labor after prior cesarean delivery. N Engl J Med. Dec 16 2004;351(25):2581-9. [Medline].

Naef RW 3rd, Ray MA, Chauhan SP, et al. Trial of labor after cesarean delivery with a lower-segment, vertical uterine incision: is it safe?. Am J Obstet Gynecol. Jun 1995;172(6):1666-73; discussion 1673-4.[Medline].

Adair CD, Sanchez-Ramos L, Whitaker D, et al. Trial of labor in patients with a previous lower uterine vertical cesarean section. Am J Obstet Gynecol. Mar 1996;174(3):966-70. [Medline].

Martin JN, Perry KG, Roberts WE, Meydrech EF. The case for trial of labor in the patient with a prior low-segment vertical cesarean incision. Am J Obstet Gynecol. Jul 1997;177(1):144-8. [Medline].

Shipp TD, Zelop CM, Repke JT, et al. Intrapartum uterine rupture and dehiscence in patients with prior lower uterine segment vertical and transverse incisions. Obstet Gynecol. Nov 1999;94(5 Pt 1):735-40.[Medline].

 

[11] Naef RW 3rd, Ray MA, Chauhan SP, et al. Trial of labor after cesarean delivery with a lower-segment, vertical uterine incision: is it safe?. Am J Obstet Gynecol. Jun 1995;172(6):1666-73; discussion 1673-4.[Medline].

[12] Leung AS, Farmer RM, Leung EK, Medearis AL, Paul RH. Risk factors associated with uterine rupture during trial of labor after cesarean delivery: a case-control study. Am J Obstet Gynecol. May 1993;168(5):1358-63. [Medline].

[13] Pruett KM, Kirshon B, Cotton DB. Unknown uterine scar and trial of labor. Am J Obstet Gynecol. Oct 1988;159(4):807-10. [Medline].

Beall M, Eglinton GS, Clark SL, Phelan JP. Vaginal delivery after cesarean section in women with unknown types of uterine scar. J Reprod Med. Jan 1984;29(1):31-5. [Medline].

[14] Landon MB, Hauth JC, Leveno KJ, et al. Maternal and perinatal outcomes associated with a trial of labor after prior cesarean delivery. N Engl J Med. Dec 16 2004;351(25):2581-9. [Medline].

 

[15] Landon MB, Hauth JC, Leveno KJ, et al. Maternal and perinatal outcomes associated with a trial of labor after prior cesarean delivery. N Engl J Med. Dec 16 2004;351(25):2581-9. [Medline].

„Najwspanialszy poród jaki mogłam sobie wyobrazić” (Warszawa)

Córeczka Danusi niedawno przyszła na świat, przynosząc swojej mamie nie tylko radość ze swojego przybycia, ale również z tego w jaki sposób się urodziła. Zapraszam do przeczytania relacji z tych pełnych emocji chwil.

Mój pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskim – po terminie, po 2 nieudanych indukcjach, po kilkunastu godzinach niekończących się skurczy, po 2 godzinach skurczy partych. Po porodzie byłam szczęśliwa, że nasz ukochany Synek urodził się cały i zdrowy. Ale blizna na brzuszku bolała mnie również w sercu. Miałam przecież urodzić naturalnie…

Gdy dowiedziałam się, że spodziewamy się kolejnego Dziecka, pragnienie porodu siłami natury było już całkiem inne. Nie musiałam urodzić naturalnie. Po poprzednich doświadczeniach wiedziałam, że poród może się różnie zakończyć i mimo wielkiego pragnienia, aby urodzić siłami natury, liczyłam się z tym, że może być inaczej. Poród siłami natury zaczęłam traktować jako wielki przywilej, który jeżeli mnie spotka, będzie dla mnie najpiękniejszym Darem.

Wiedziałam, że nie mam wpływu  na wszystko. A w przypadku porodu miałam wrażenie, że tak niewiele ode mnie zależy. Postanowiłam jednak zrobić co w mojej mocy, aby do porodu dobrze się przygotować.  Wszystko powierzyłam Bogu, Maryi, św. Gerardowi i św. Ignacemu (Patronom matek w stanie błogosławionym). Wybrałam lekarza (ze szpitala, w którym planowałam rodzić), który od początku był pozytywnie nastawiony na poród siłami natury po przebytym cięciu cesarskim (VBAC). Przez całą ciążę wspierał mnie w tej decyzji. Przeczytałam od deski do deski książkę I. Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”. Niektóre rozdziały po kilkanaście razy. Całą ciążę starałam się być maksymalnie aktywna. Dbać o siebie fizycznie i psychicznie. Wcielałam w życie radę Męża, że 90% sukcesu leży w głowie. Psychika jest bardzo ważna. Nastawiałam się więc pozytywnie do porodu. Przeczytałam mnóstwo artykułów dotyczących VBAC i szczęśliwych historii (dziękuję za tę stronę J). Pod koniec ciąży wybraliśmy położną, która również była pozytywnie nastawiona do naszego pomysłu porodu siłami natury. Bliznę po cięciu zbadałam u dwóch świetnych specjalistów od USG – i upewniłam się, że mam zielone światło. Z jakichś statystyk szczególnie zapamiętałam, że przyjazd do szpitala przy rozwarciu około 4-5 cm daje większe szanse na udany poród siłami natury. Czyli nie ma co się spieszyć do szpitala. Spokój i opanowanie. Wiedziałam, że nie chcę żadnej oksytocyny, przebijania pęcherza, czy innych interwencji, które mogłyby zaburzyć naturalny rytm porodu. Pozostało więc czekanie, spokój i wiara w to, że się uda. Na resztę nie miałam wpływu.

2 dni przed terminem nic nie zwiastowało, aby  Córeczka chciała w najbliższym czasie opuścić ciepłe lokum. Jedyna oznaka syndromu wicia gniazda objawiła się tym, że wieczorem odczułam przeogromną potrzebę zakupu karuzelki do łóżeczka. Miałam już jedną po Synku, ale po prostu musiałam kupić nową. Przegrzebałam Internet i zakupiłam przepiękną karuzelę. W nocy obudziły mnie skurcze. Niezbyt bolesne, ale  regularne co 10 minut i uniemożliwiające sen. Pokrzątałam się po domu, nastawiłam zmywarkę, zjadłam jakieś śniadanie i próbowałam podsypiać między skurczami. Gdy słońce już pięknie świeciło na błękitnym niebie, zadzwoniłam do położnej, bo skurcze się nasilały, były już co 5 minut. Położna poradziła, żeby wziąć letnią kąpiel – jak skurcze miną, to znaczy, że jeszcze nie rodzę. A jak nie miną – to należy jechać do szpitala. Ustaliłyśmy więc, że odprowadzimy z Mężem Synka do przedszkola, zrobimy zakupy na pobliskim bazarku (to był poniedziałek – lodówka świeciła pustkami po weekendzie), wrócę do domu, wezmę kąpiel i zadzwonimy do położnej z „relacją skurczową”. Tak też zrobiliśmy. Droga do przedszkola, mimo, że niedaleka, trwała trochę, z przerwami co 5 minut na skurcz. Na bazarku zrobiliśmy zakupy z przerwą co 4-5 minut na skurcz. Jakaś pani chciała wzywać karetkę. Ale dzielnie czekałam, żeby nie jechać do szpitala za wcześnie. Akcja porodowa musiała być rozkręcona, żeby na Izbie Przyjęć skurcze nie minęły. Wróciłam do domu, weszłam do wanny i nie miałam już wątpliwości, że najwyższa pora wybrać się do szpitala.

Telefon do położnej i decyzja – jedziemy. Do szpitala dojechaliśmy około 10. Na Izbie Przyjęć nie czekaliśmy, bo czułam już główkę nisko. Rozwarcie – 6 cm.  Poród postępował. Gdy dotarliśmy na salę porodową wiedzieliśmy, że chwila narodzin się zbliża. Były momenty, że sił już brakowało, że traciłam wiarę w swoje możliwości, ale pragnienie porodu siłami natury było większe. Ani przez chwilę nie pomyślałam o cesarce, czy znieczuleniu. Nie myślałam o żadnych pęknięciach macicy, czy rozchodzących się bliznach. Po prostu robiłam to, co czułam i co podpowiadała nasza wspaniała Położna. W pewnym momencie wyszła na korytarz i powiedziała do lekarza – „na następnym skurczu dziecko już będzie”. To zdanie dodało mi nadprzyrodzonej siły. Skurcz – i Maleńka pojawiła się na świecie. Od przyjazdu do szpitala minęły 2 godziny. Dla tej chwili warto było przeżyć cały trud porodu. Nic już nie bolało, nic nie miało znaczenia – byliśmy tylko my – Ja, Mąż i nasza ukochana Córeczka. Zabiegi po porodzie kompletnie nie miały znaczenia. Jakby mnie nie dotyczyły. Na mojej piersi leżał nasz Skarb. I to ja Ją urodziłam. Moje wielkie pragnienie przytulenia wilgotnego, ciepłego, nowonarodzonego Dzieciątka (to czego nie mogłam doświadczyć w poprzednim porodzie) dało mi niesamowite uczucie radości. A szczęście po prostu rozlało się po mnie całej. Nie mogłam wyobrazić sobie piękniejszego porodu. Bogu niech będą dzięki!

Nasze dwa dobre i pełne szczęścia porody – choć jakże różne… (Warszawa)

Bardzo pozytywnie przeżyte planowe cięcie cesarskie – rodzinne i pełne wsparcia – oraz stuprocentowo naturalny VBAC … z NIESPODZIANKĄ:) Zapraszam do przeczytania historii Magdy.

 

mój pierwszy ever poród 🙂 moja pierwsza ever cesarka 🙂

W lutym 2010 miałam cesarkę. Na zimno, bez rozpoczętej akcji. Termin znałam ponad miesiąc wcześniej. Dlaczego? bo jestem astmatyczką, która baaaaardzo dużo chorowała w ciąży, astma mi się zaostrzyła, a ja brałam dużo leków. W rezultacie, po zakończeniu ostatniej choroby – prawie sześciotygodniowego zapalenia oskrzeli – usłyszałam, że na sn nie mam już raczej szans. Mam do wyboru zaplanowany próżnociąg lub zaplanowane cesarskie cięcie.

Jak to było? No udanie. Bardzo 

W szpitalu zameldowałam się dzień wcześniej, pod wieczór. Siedzieliśmy sobie spokojnie na Izbie Przyjęć Żelaznej Zośki i patrzyliśmy jak to wbiegają mniej lub bardziej spanikowane i zaawansowane porodowo kobiety. Kto im towarzyszy i co ci wszyscy ludzie mają na twarzach. Ku mojemu zaskoczeniu – nikomu nie współczułam ani nikomu nie zazdrościłam. No, dobra. Tej kobitce ze skurczami co dwie minuty, która krzyczała tak bardzo bardzo, to jednak trochę współczułam 

Miła Pani zaprosiła mnie w wolnej od rodzących chwili do pokoju na wypełnienie dokumentów, które upłynęło w przesympatycznej atmosferze  (Pani wzrost, waga? 164 – ale to wzrost, nie waga ), potem poszliśmy na moje drugie w życiu ktg, które nie wykazało nic niepokojącego, za to nudne było jak diabli… jak to ktg  potem szybkie badanko ginekologiczne (piszę to świadomie – było szybko, sprawnie i delikatnie) i (przedostatnie) sugerowanie porodu dn [drogami natury].  Ale bez ciśnienia, bez sugestii – kulturka. Pełne zrozumienie dla mojej decyzji i decyzji pulmonologa. Po tym wszystkim usłyszałam, że mam się przebrać i zalogować w pokoju. I to był jedyny chyba średnio sympatyczny moment, bo to luty, na dworze śnieg, zima, w poczekalni ludzie z zimowych ciuchach i butach i w tym wszystkim ja – w koszulindzie i kapciochach… (piszę, bo może to komuś pomoże zaplanować sobie strój na ten pierwszy wieczór. Strój poprawiający nastrój, a nie wprawiający w zakłopotanie).

Zbyszek pomógł mi się zadomowić w pokoju, posiedział zemną jeszcze chwilę, a potem zostałam sama. Po pól godzinie dołączyła do mnie moja pierwsza współlokatorka. Wieczorem miałam przeróżne badania, które robiły mi przemiłe panie pielęgniarki/położne. Gadałyśmy sobie na luzie (Och.. wie Pani… to mój pierwszy pobyt w szpitalu wszystko jest takie lekko przerażające… Naprawdę? pierwszy raz? żadnych migdałków w dzieciństwie? wyrostka? Nic! Zachowałam ten pierwszy raz dla syna ) i miałam poczucie, że nikt mi tam krzywdy nie zrobi, że na pewno mi pomoże. I słusznie czułam.

Rano już od pierwszych chwil był ze mną Zbyszek. Miałam być pierwsza, ale okazało się, że jednak nie będę, bo w nocy przyjechała kobitka z zaawansowanym porodem bliźniaczym i najpierw ona musi zakończyć poród. No, to czekamy. Troszkę się denerwowaliśmy. Nagle okazało się, że JUŻ. Pojechaliśmy razem windą do sali operacyjnej, Zbyszek wszedł do jakiegoś innego pomieszczenia coby zostać przeszkolonym i przebranym w stosowne ubranie, a ja siedziałam na stole i byłam przygotowywana do zabiegu. Padło też ostatnie pytanie czemu ta cesarka i czy na pewno nie chcę rodzić dn (dobry moment, prawda? ) odpowiedziałam i poprosiłam, żebyśmy już odpuścili sobie tę dyskusję, bo chyba późnawo na nią…
Miłe zaskoczenie – wkłucie. Wcześniej mnie nastawiano (a nawet trochę straszono), że mam porządnie ćwiczyć „koci grzbiet”, a tu wkłucie na siedząco – szybko sprawnie, potem pomoc w sprawnym położeniu się, balkonik i wtedy przyszedł już do mnie Zbyszek. Śmieszne jest trochę to znieczulenie, bo czujesz, że nic nie czujesz, a jednak wydaje Ci się, że czujesz. 
I wtedy zaczęłam się naprawdę denerwować. Całe szczęście, że był ze mną Ukochany – nie wypuścił mojej dłoni ze swojej ani na chwilę, głaskał po policzku, mówił, uspokajał. Zdenerwowany był pewnie jak ja, ale to niezwykle opanowany człowiek i w takich momentach sprawdza się to doskonale – z jednej strony uspokaja, a z drugiej nie pozwala mi wpaść w panikę, bo czuję że ja jemu też jestem potrzebna. (No, kocham go ogromnie!) Próbowałam coś zobaczyć w lampach (choć nie chciałam), ale mi się nie udało. Przez cały czas porodu były dwa światy – nasz i lekarzy. Oni prowadzili swoje dialogi, a my swoje. Co jakiś czas następowała interakcja, ale niezbyt często. No i nagle: uwaga, teraz będzie ucisk. Musi być – rodzimy dziecko! Potem taka zaskakująco dłuuuuuga chwila kompletnej ciszy i… ten wymarzony, wspaniały, pierwszy krzyk Kajetana. Dostaliśmy go na chwilę do przytulenia, na buziaka, a potem Kajetan poszedł na mierzenie, ważenie i takie tam. Zbyszek robił mu zdjęcia, gadaliśmy sobie już wszyscy razem o imieniu, o nas, o Kajetanie… Zbyszek zapytał, czy może mnie zostawić i jechać – jak wcześniej ustaliliśmy – z Kajetanem. Ja się czułam w porządku, więc oni pojechali na górę, a ja zostałam. Nadal było przyjemnie spokojnie, dużo dialogu z lekarzami, ale bez zbędnego gadania. Potem musiałam poleżeć i odczekać pół godziny po operacji. I to było bardzo fajne pół godziny. Takie MOJE. Teraz myślę o nim, że to był taki mini upominek – ostatnie pół godziny SAMOŚCI. Już nie byłam w ciąży, a jeszcze nikt nie zagarnął mojego czasu.
Minęło to bonusowe pół godziny, przyjechała pielęgniarka/położna i przewiozła mnie do mojego pokoju. Po chwili przyjechali Kajetan i Zbyszek, panie nam pomogły przełożyć golutkiego Kajetana na mnie i tak sobie leżeliśmy. Zachwyceni, wzruszeni, przerażeni, dumni. Potem Kajetan – wciąż na mnie – spał, ja spałam, Zbyszek nad nami czuwał. Co jakiś czas ktoś do nas przychodził, pomagał mi nauczyć się karmić, odpowiadał na nasze pytania.
Po czterech godzinach zostałam nastawiona psychicznie, że za dwie będę musiała sama wstać i pójść pod prysznic. I tak też się stało. Ach! Po prysznicu to się człowiek czuje jakby sam był nowonarodzony!

Kiedyś w międzyczasie przyjechały moje dwie współlokatorki ze swoimi dziećmi. Bardzo nam było razem przyjemnie. Kulturalnie, dyskretnie, cicho, bez ścięć. Zostaliśmy wypuszczeni bardzo szybko – decyzja o wypisie zapadła kwadrans przed ukończeniem drugiej doby życia Kajetana – a ja miałam wrażenie, że wyjeżdżam z dwutygodniowych kolonii  Przed wyjściem wyściskałam się, pożegnałam z moimi współlokatorkami, pielęgniarkami/położnymi, pobeczałam, podziękowałam im wszystkim i ruszyliśmy w trójkę do domu.

Naprawdę bardzo długo się biłam z myślami, czy się zdecydować na zaplanowane cc czy jednak na zaplanowany próżnociąg. Wtedy nie miałam  wokół siebie prawie żadnej młodej mamy, a już na pewno nie takiej, z którą mogłabym otwarcie o porodzie porozmawiać. Teraz wiem, że podjęłam udaną decyzję. Miałam dobry pierwszy poród.

Jeszcze jedno muszę napisać – w czasie tej mojej wewnętrznej walki decyzyjnej odbyłam jedną bardzo konstruktywną rozmowę, w której usłyszałam, że muszę wziąć pod uwagę jedno – zawsze znajdzie się ktoś, kto mi będzie tę cesarkę wytykał, kto będzie we mnie wzbudzał poczucie winy, kto będzie mi sugerował bądź mówił wprost, że jestem gorszą matką/rodzącą/człowiek. I to jest, kurde flak, prawda. Nie wiem czemu to tak działa. Cesarka to nie jest bułka z masłem. To jest operacja. Musisz się oddać całkowicie w ręce lekarzy. Masz niewiele do powiedzenia na temat tego, co będą z Tobą robić. Odbierają Ci wolność decyzji, a dochodzenie do siebie po niej wiąże się ze sporym bólem, z wyrzeczeniami, a czasem nawet komplikacjami.

jak przywitaliśmy Tadzia, który nie zostanie raczej ani lekarzem, ani pielęgniarzem, ani salowym 😉

Może na początek jak to miało być:
Mieliśmy czekać do regularnych skurczy.
Byliśmy umówieni z Położną i Doulą (na poród w szpitalu) oraz Moimi Siostrami lub Rodzicami (na opiekę nad Kajetanem – w zależności od tego, czy zacznie się w dzień, czy w nocy).
W założeniu: Opieka i Doula przyjeżdżają do nas przy skurczach co 10 minut, do Położnej dzwonimy i ruszamy do szpitala po paru skurczach co 5 minut.
ALE w święta ani Doula ani Położna nie mogły nam towarzyszyć, dlatego bardzo mi zależało na porodzie przed lub po.

Zaczęło się jak tydzień wcześniej- około 20ej zaczęły mnie brać w miarę regularne skurcze. Zatem zrobiłam dokładnie to samo co wtedy – wzięłam nospę i ciepłą kąpiel. Tym razem nie bardzo pomogło. Dałam znać Moim Siostrom, że chyba je poproszę o przyjazd do nas na noc, bo może się nie uspokoić. A chyba lepiej jechać teraz (nawet jeśli na darmo) niż w środku nocy.

Siostry przyjechały, a ja (za radą Douli) – żeby nie rozkręcać akcji – położyłam się i kurczyłam przepowiadająco co jakieś 15 minut. Po paru godzinach skurcze się zagęściły nieco, a my przy każdym się budziliśmy i zapisywaliśmy ile trwał i kiedy się zaczął skurcz. Przez pewien czas towarzyszył nam nawet Kajetan, który przyszedł do nas do sypialni i spał na swoim materacu. Co skurcz siadał na łóżku i pytał “Mamo, wszystko dobrze?” 

Koło 6ej rano zaesemesowaliśmy do Rodziców z raportem i prośbą o przyjazd. Dwadzieścia minut później, tuż po przebudzeniu Kajetana, wreszcie zaczęło się dziać coś co wyglądało na TE skurcze – zagęściły się, a mnie cisnęło na krzyk. No ale… te skurcze znów się rozrzedziły… Mimo wszystko zadzwoniliśmy do szpitala skonsultować z nimi przyjazd – powiedzieli, że “sami musimy zdecydować, czy TE skurcze co 5 minut to JUŻ. Ale, że nie mają korka, więc w razie czego nas nie odeślą”. No dobra. To jedziemy. Zbyszek się zaczął szykować, ja rozważać co na siebie założyć 

Kajtek był cały czas pod opieką swoich Cioć, które ani przez moment nie pozwoliły mu się zmartwić czy zdenerwować tym, co się działo w sypialni.

Kiedy wyszykowany Zbyszek przyszedł przejąć mnie od Sis, złapał mnie skurcz przy którym odeszło mi trochę wód. No, to już zdecydowane ostatecznie – jedziemy. Nie ma co.
Poprosiliśmy Siostrę o zmajstrowanie ze dwóch kanapek na czas porodu, a sami weszliśmy do łazienki, żeby się nieco ochlapać przed wyjściem, a tu… jakiś taki… INNY skurcz. Zaczęło mnie mdlić, więc uznałam, że chyba przekraczam granicę 5cm rozwarcia. Usiadłam na kibelku, licząc, że może uda mi si sprawdzić czy rozwarcie większe a tu… GŁÓWKA!
od teraz – nic nie pamiętamy dobrze…
jakoś… przeszliśmy do sypialni
jakoś… przyklękłam częściowo oparta o materac Kajetana
jakoś… nadszedł drugi party
jakoś…. poczułam, że to już
jakoś… Zbyszek złapał wyskakującego “na supermana” Tadzia.
jakoś… spojrzał na zegarek

o porodzie wiedzieliśmy dużo, ale o badaniu noworodków… niewiele…
a te rodzące się bez stresu… rzeczywiście nie płaczą! Tadzio chrząknął i coś-tam jęknął, ale to bardziej od naszego wołania.

Udało nam się wywołać Moją Siostrę (która słyszała wcześniejsze krzyki, ale uznała, że to ekstremalniejszy skurcz) i poprosić o wezwanie pogotowia. Jej mina na widok Tadka – absolutnie bezcenna! (nasze podobno też )

My się ułożyliśmy na materacu Kajetana, Tadzia okryliśmy pieluchą, nas oboje kołdrą i zadzwoniliśmy do Położnej powiedzieć co się stało i zapytać co robić. Okazało się, że wszystko co trzeba było – zrobiliśmy.

O 8.13 przyjechało trzech Panów Z Pogotowia. Wspólnie ustalaliśmy każdy kolejny krok i działanie. Ocenili stan Tadzia, mój, a następnie zadzwonili do szpitala i upewnili się czy i jak przecinać uspokojoną już pępowinę (co uczynił Zbyszek).

Potem Tadzio został ucałowany przez obie Cioteczki, ja nieco “ogarnięta”, nosze przyniesione i zapakowani wspólnie w moją koszulę przygotowaną do porodu, kocyk i koc pojechaliśmy do szpitala karetką. (Przed odjazdem jeszcze nas pożegnali i ucałowali Moi Rodzice, którzy akurat przyjechali po Kajetana)

To był bardzo RODZINNY poród! 

W szpitalu było nieco zabawnie, bo rozmowa o rodzeniu łożyska zaczęła się od mojego pytania “czy rodzenie na tym fotelu to moja jedyna opcja?” 
Od tej chwili naprawdę o każdym kroku rozmawiałyśmy, a ja byłam traktowana jak partnerka, a nie… sama nie wiem co… nieprzyjemna konieczność 

Wspaniałą nieobecną-obecną przy porodzie była moja Doula – Ela. W przeróżnych momentach przypominały mi się nasze ciążowo-porodowe rozmowy, jej rady, jej sposób myślenia o porodzie.
I nawet kiedy miałam wątpliwości czy wyjść wcześniej ze szpitala – to jej krótkie pytanie pomogło nam podjąć decyzję 
Przyznam, że porodu bałam się ogromnie. Tak bardzo, że kiedy z tymi przepowiadającymi kładliśmy się „spać” rozważałam poważnie, czy po przyjeździe do szpitala nie poprosić od razu o cesarkę.

A tymczasem… było dokładnie tak, jak mi powiedziała kiedyś Ela – przeżyliśmy piękną przygodę, którą przygotowało dla nas moje ciało 

podwójna historia

po lewej Kajtek, po prawej Tadzio (z Mamą) – parę dni po porodach 🙂

 

Przez ciernie do gwiazd (Łódź)

Czy można bezpiecznie urodzić siłami natury po cięciu cesarskim dziecko ważące ponad 4 kg? Owszem, można. Co więcej,  można to zrobić nawet w zaciszu własnego domu! Zapraszam do przeczytania historii porodów Agaty.

Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę byłam kompletnie nieświadoma tego czym jest poród. Moja mama zawsze mówiąc o tym jak nas rodziła, nie wspominała o żadnych problemach, bólu- poszło szybko i gładko. Poród nie wzbudzał moich obaw, pójdziemy do szpitala, urodzimy i już. Zapisaliśmy się do szkoły rodzenia, deklarując tym samym to, że urodzimy w tymże szpitalu(był 5 minut od domu) wyremontowany , z ładnymi salami (których widok niewiele mi mówił o praktyce w takich warunkach)położna prowadząca szkołę rodzenia opowiadała piękne historie jak to mogłoby wyglądać itp. Był piękny majowy wieczór, nadchodziła burza. Pojechaliśmy na IP. Pani mnie zbadała, chłodno poprosiła o wypełnienie ankiety z mnóstwem dziwnych pytań, odpowiedziała, że rozwarcia nie ma i mam się przebrać w piżamę i iść na oddział. Zamurowało mnie. Nieobyta ze służbą zdrowia pokornie się przebrałam, ale coś wewnątrz mnie nie zgadzało się na to co się dzieje.  Czy będzie dziwne to, że się popłakałam? Byłam roztrzęsiona, zaprowadzili mnie do sali na patologii ciąży, ale nawet tam nie weszłam. Stałam na korytarzu i płakałam, nie wiedząc co robić. Postanowiłam po konsultacji z mamą (która jest pielęgniarką)wracać do domu ( mama uświadomiła mi, że mogę wyjść na własną prośbę) wysłano mnie z oburzeniem na tę myśl do lekarza :„Będzie  burza! Pęcherze wtedy pękają! Pani zwariowała!” tak mi krzyknęła zdaje się, jakaś położna. Lekarz ( po czasie okazało się, że przyjmujący porody domowe) okazał się bardzo wyrozumiały wobec moich argumentów, iż nie zostanę szpitalu ponieważ to dla mnie obce miejsce z obcymi ludźmi. Ciśnienie 220- skoczyło mi z nerwów- także rozumiał. Wróciliśmy do domu. Po tym stresie, przy krótkich, ale męczących mnie skurczach, nie mogłam spać. Byłam całą noc na nogach. Rano- był przeddzień ustawowego terminu porodu i umówione KTG. Słabe skurcze i  2 cm rozwarcia. Lekarka wysłała mnie na porodówkę, bo rodzę. W gruncie rzeczy na porodówce był komplet więc poszłam na oddział, zjadłam obiad i czekałam, aż wpuszczą mojego męża. Skracając powiem tylko, że na badaniu koloru wód ( bezpodstawnego z resztą) przebili mi przypadkiem pęcherz, a potem wolna akcja porodowa, oksytocyna, brak postępu przy 8 cm, ja nieprzytomna z bólu i zmęczenia i cc o 00.20. Cc pod pełną narkozą, bo znieczulenie zadziałało na oskrzela zamiast na inne części ciała. Byłam załamana. Co ze mnie za kobieta, że nie umiem urodzić dziecka? Gdyby jeszcze były jakieś poważne problemy, ale po prostu akcja nie szła, poród stał w miejscu- dlaczego? Po znieczuleniu wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego dał mi się mocno we znaki. Do mojego psychicznego dołka dołożyło się to, że czułam się jak inwalidka. To ma być poród? Nie mogłam pogodzić się z tą cesarką przez pół roku. Dręczyło mnie to dzień w dzień, chciałam urodzić więcej dzieci, ale czy teraz nie grozi mi kolejne cięcie? A ile tych cięć mogę mieć? Nie chciałam więcej trafić na salę operacyjną . Kiedy synek miał 9 miesięcy  test ciążowy pokazał 2 kreski. Radość i obawa. To tak szybko- czy dam rade urodzić sn?  Grzebałam w necie szukając jakieś nadziei. Ile mam szansy na poród naturalny po cc? Historie pęknięć macicy a raczej samo straszenie nimi ( bo tak na prawdę znalazłam tylko jeden przypadek gdy pękła) nie były zachęcające…ale trafiłam w końcu na forum poród domowy, gdzie były dziewczyny podejmujące próby porodu po cesarce i były w tym mocno zdeterminowane. Zapaliłam się do porodu w domu- to było coś, co bardzo mi pasowało.  Bez tych wszystkich obcych twarzy nie zawsze miłego personelu… Wokoło pukali się w głowę na moje pomysły. Jak na złość spotykałam kobiety , które po pierwszym cięciu znowu miały cięcie, bo jak” jedno cięcie to potem zawsze cięcie”. Wbrew temu znalazłam położną przyjmująca porody domowe, omówiliśmy mój poprzedni poród. Na pytanie czy mogę rodzić po takim czasie, położna najspokojniej w świecie powiedziała: a co za różnica czy rodzisz 11,12 czy 18 miesięcy po cc? W swojej praktyce widziała tyle przypadków pęknięć  które wyliczy na palcach jednej ręki. To nie jest standardowe zagrożenie.  Zostało nam  czekanie na decyzję- dom czy nie? Ostatecznie położna nie zgodziła się na poród w domu, ale miała do nas przyjechać, gdy coś zacznie się dziać i mieliśmy pojechać do szpitala w odpowiednim czasie, gdy poród będzie na tyle rozkręcony, że skurcze nie „uciekną” mi ze stresu Pierwsze godziny, do 6 cm były w domu i były takie spokojne. Około 1 w nocy pojechaliśmy do szpitala. Rodziłam tam  jeszcze długo ( 8 godzin), znowu zastój przy 8 cm, ale już nikt nie przebijał pęcherza, porodówka nie była ładna, ale była cicha i pusta. Tylko my.  Poród niestety się przedłużał, wokoło wszyscy namawiali mnie na oksytocynę, ale ja i mąż twardo odmawialiśmy( po doświadczeniach ostatniego porodu, panicznie się jej bałam). Nawet moja położna zaczęła mnie naciskać. Nachodziły mnie myśli, że zaraz wyląduję na sali operacyjnej, chociaż nikt tego nawet delikatnie nie zasugerował… O 9.20 rano nasz drugi synek przyszedł na świat całkowicie naturalnie. To było wspaniałe rodzić go. Skurcze parte zupełnie mnie zaskoczyły swoją siłą i mocą. Stosując się do każdego wskazania położnej ( dmuchać, przeć, wstrzymać się)urodziłam bez pęknięcia dziecię z wagą 4050 kg. w pozycji kolankowo- łokciowej na łóżku.   Byłam pełna entuzjazmu- jak po zwycięskiej wojnie. Byłam pewna siebie, swojej siły- wspaniałe emocje. W szpitalu gratulowali nam determinacji i siły, byli pod wrażeniem. Po kolejnych dwóch latach, już w domu urodził się nasz trzeci synek jeszcze większych gabarytów niż poprzedni ( 4170 kg). Poród był nieco krótszy, ale przy końcówce znowu miałam problemy z postępem porodu. Skurcze trwające 40 sekund- to zbyt krótko, by urodzić w ekspresowym tempie.  Urodził się na stołeczku porodowym, w naszej sypialni . I tym razem nie odniosłam żadnych obrażeń. To był wspaniały poród, do tego kolacja już po, zjedzona we własnej kuchni. Obecnie czekamy na nasze czwarte maleństwo, które także planujemy rodzić w domu. Z tą samą wspaniałą położną. Dzięki jej spokojowi, doświadczeniu oraz naturalnemu podejściu   miałam szansę  doświadczyć  porodu w całym jego pięknie. To pierwsze doświadczenie i cesarka,  z perspektywy czasu wiele mnie nauczyły. Zdobyłam niesamowitą wiedzę dotycząca ciąży, porodu i pracy całego mojego ciała w tym czasie. Walka o naturalny poród  pokazała mi ile jest we mnie siły i determinacji. Głos wewnętrzny- wierzę, że także Boży głos, mówił mi zawsze spokojnie, że się uda. Nauczyłam się bardziej ufać temu głosowi i chociaż przeżyłam wiele trudnych chwil w drugiej ciąży udało się. Tego życzę każdej z was, która pragnie urodzić swoje dziecko naturalnie po jednym, a może dwóch  cięciach. Życzę także znalezienia mądrej położnej, która będzie was w tym wspierać .