Tag Archive | cesarka

NIE ŻAŁUJE, ŻE SPRÓBOWAŁAM… CZYLI PRÓBA PORODU SN PO CC (Malbork)

CBAC czyli poród przez cięcie cesarskie po próbie porodu siłami natury może być wzmacniającym i pięknym doświadczeniem. Historia  Beaty pokazuje, że przede wszystkim od nastawienia – zarówno mamy jak i opiekujących się nią lekarzy i położnych  zależy jakość porodu – obojętnie, którą drogą się on kończy.

Zawsze marzyłam o porodzie naturalnym. Mimo, że jestem młoda. Pierwsze dziecko urodziłam w wieku 21 lat. Ciąża upragniona, nawet
bardzo upragniona. Przez ponad pół roku nie mogłam zajść w ciążę, moja lekarz na moje pytanie czy wszystko na pewno jest ze mną
dobrze, zbywała mnie. Takim oto sposobem trafiłam do swojego obecnego lekarza i po kilku badaniach i obserwacjach okazało się, że
muszę mieć symulowaną owulację. Udało się za pierwszym razem. Byłam w ciąży!

Pierwsza ciąża była piękna, ale nie do końca idealna, kilka pobytów w szpitalu, ciągłe zamartwianie się czy wszystko na pewno jest wporządku. Chyba każda przyszła mama tak ma. Okazało się, że będę miała córkę. Taka radość. Miałam urodzić moją wymarzoną córkę. Do samego końca ciąży myślałam o swoim porodzie. Wyobrażałam sobie jak to będzie. Nigdy przez myśl nie przyszło mi cesarskie cięcie. Dotrwaliśmy do terminu porodu i za poleceniem lekarza stawiliśmy się na oddziale położniczym. Po wszystkich badaniach, lekarz stwierdził, że chyba czeka nas cesarka, bo dziecko duże, a i podwójnie owinięte wokoło szyi pępowiną. Przepłakałam pół dnia, bo nie mogła zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej. Dlaczego akurat ja. Moje marzenie o porodzie naturalnym nie spełni się. Mieliśmy czekaćaż zaczną się regularne skurcze, żeby dać moje córce namiastkę porodu naturalnego. Do akcji porodowej jednak nie doszło, ponieważ  córka miała spore wahania tętna od 60 do 200. Pocięli mnie na szybko, na zimno. Byłam szczęśliwa, że jest ze mną cała i zdrowa, ale  jednak czułam, że zabrano moje marzenia. Dopadł mnie zespół popunkcyjny. Było naprawdę ciężko. Później problemy z karmieniem, ale  dzięki mojemu uporowi udało się, karmiłyśmy się piersią.

Na samą myśl o kolejnym cięciu było mi słabo. Wiedzieliśmy jednak z mężem, że chcemy kolejne dzieci. Drugie chcieliśmy szybko. Nigdy nie wgłębiałam się w temat porodu po pierwszym cięciu. Lekarz po roku od cc pozwolił nam starać się o kolejne dziecko. Udało się. Bez żadnych wspomagaczy owulacji… i tak na nowo rozwijała się we mnie mała fasolka. Najpierw strach, jak to będzie z drugim dzieckiem. Później radość.

Ciąża była idealna. Czułam się świetnie. Zaczęłam zagłębiać się w temat porodu naturalnego po cięciu cesarskim. Jaka była moja radość, że i takie porody się udają. Od dwóch lekarzy dowiedziałam się, że jeżeli wszystko będzie dobrze to będę mogła rodzić naturalnie. W tym czasie trafiłam też do grupy na facebooku NATURALNIE PO CESARCE. Historie opisane przez różne kobiety tylko bardziej umocniły moje chęci do porodu naturalnego. Przed 20 tygodniem ciąży zaczęły się dziwne bóle brzucha, zrobiłam sobie trochę wolnego od pracy i innych obowiązków i chyba wyleżałam ten ból, bo mniej więcej po 3-4 tygodniach wszystko wróciło do normy. Od 13 tygodnia ciąży wiedzieliśmy, że tym razem będziemy mieli synka. Takie szczęście. Ciąża do końca przebiegała idealnie. Wszystkie badania w normie. Cierpliwie czekaliśmy do terminu porodu. Tym razem wiedziałam, że nie dampołożyć się do szpitala z dniem wyznaczonego terminu porodu.Plan był taki, że poród rozpocznie się w domu z położną i później pojedziemy do szpitala.

Nadszedł termin z ostatniej miesiączki, lekarz na wizycie stwierdził, że wszystko dobrze i czekamy jeszcze 3 dni w domu do terminu z usg. Oczywiście nic się nie działo. Byłam zła na swoje ciało, że tak to przeciąga, ale wiedziałam, że mam jeszcze czas. Lekarz chciał żebym już położyła się na oddział, ale ja obiecałam, że pojawię się jak tylko coś mnie zaniepokoi, a na ktg będę się zjawiać co drugi dzień. Tak też było. Do szpitala jednak zgłosiłam się sama 8 dni po terminie, nikt mnie nie namawiał, sama czułam już potrzebę, jakoś tak wiedziałam, że będę spokojniejsza, kiedy maluch będzie pod kontrolą. Co jak co, ale zdrowie synka najważniejsze.

Do szpitala przyjęli mnie bez żadnego gadania, potwierdzając tylko czy na pewno jestem zdecydowana na VBAC.Potwierdziłam. Tak sobie spędziliśmy kilka dni na oddziale. Nikt mnie nie namawiał do cc. Wmiędzyczasie coś zaczynało się dziać. Odszedł czop śluzowy, skurcze nieregularne, ale jakieś tam były. Ktg mieściło się w normie, ale nie było za dobre. Były wahania  tętna malucha. Czekaliśmy na rozwój sytuacji. We wtorek 28 października zmęczona już całą  sytuacją i chęć zakończenia w końcu tej ciąży dałam się podłączyć pod oxy. Chciałam wracać jak najszybciej do domu, do niespełna  2 -letniej córki. Przed tym wszystkim myślałam, że w tym wypadku będę twarda, ale tęskniłam okropnie. Oxy rozchulało skurcze i przy mojej aktywności i kroplówce doszliśmy do rozwarcia 7 cm. Wody odeszły w sumie prawie na początku podłączenia oxy. Przy tych 7 cm wszystko ucichło. Skurcze ustały. Zatrzymaliśmy się na 7 cm. Czuła, że już tak blisko, ale jednak tak daleko. Synek ciągle był wysoko i nie napierał główką na szyjkę, jak to mówili „główka odbija w górę”, ktg coraz bardziej średnio. No i stało się, postanowili o cc. Ja zgodę podpisałam i za chwilę już na stole operacyjnym dostałam syna na chwilę do skóry, a później tata do kangurowania. Synek  owinął się szyją w pępowine, pępowina podobno krótka i trzymała go w górze. Oprócz tego moja położna która była przy cc mówiła, że  były małe szanse żeby w ogóle się wstawił w kanał rodny.

Moje odczucia? To cc w porównaniu do pierwszego to była przyjemność. Po pierwszym byłam rozbita, wszystko było dla mnie nie tak jak powinno. Teraz było pięknie. Do domu puścili nas po dwóch dobach, bo czułam się rewelacyjnie. Oprócz tego jestem mega zadowolona, że ordynator szpitala do samego końca namawiał do próby SN, chociaż namawiać nie musiał. Aaa…przy wypisie zapytał czy przyjdę do nich próbować SN po dwóch CC. Uśmiechnęłam się tylko…, bo kto wie.

Tak w wieku 23 lat stałam się podwójną mamą. Ostęp między jednym cc a drugim wyniósł dokładnie 22 miesiące. Jestem szczęśliwa, że poczułam chociaż namiastkę porodu naturalnego. Ból? Bolało, bardzo bolało, ale każdy skurcz przyjmowałam z radością. Po lekturze „Poród Naturalny” Iny May Gaskin jeszcze inaczej spojrzałam na poród. Zdecydowanie pomogła mi w radosnym porodzie. Mam ogromną nadzieję, że za trzecim razem się uda… Jak to mówią:  „do trzech razy sztuka”.

Historia Juliusza (Gdynia)

Naturalny poród – pierwszy czy kolejny –  to zawsze nieprzewidywalna podróż. Czasem jej przebieg zmusza mamę do wkroczenia na ścieżki, które chciała ominąć. Taka konieczność może rodzić trudne uczucia, ale jednocześnie pokazuje siłę i wspaniałość rodzącej kobiety, gotowej na pokonanie każdej drogi dla swojego Maleństwa. To prawdziwy CUD i wielkie ZWYCIĘSTWO. Zapraszam do przeczytania historii Julii:

Jestem mamą niespełna czteroletniego chłopca. Urodził się przez cesarskie cięcie, z powodu tzw. braku postępu porodu. Sam poród był indukowany oksytocyną nieco po terminie, z powodu małowodzia. Rodziłam z mężem, ale absolutnie wszystko nas przerosło. Okoliczności, przebieg, wszystko. Po kilku godzinach pod kroplówką rozwarcie było na półtora palca. Zero wsparcia ze strony personelu „o, to może potrwać jeszcze całą noc” i inne tego typu „rarytasy.”. Nikt nie zaproponował piłki, nie podpowiadał co robić. Wreszcie zbolała i zmęczona głównie chyba brakiem efektów, poddałam się i przeprowadzono cc. Synek był piękny i zdrowy. Po przewiezieniu na salę pooperacyjną dostawiono mi go do piersi.

Żal przyszedł kilka tygodni później. I narastał. Żal do siebie, że byłam za słaba, nie dość asertywna, że mogło to się skończyć zupełnie inaczej. Obiecałam sobie, że następnym razem BĘDZIE inaczej.

 Gdy w lipcu 2013 roku ujrzałam na teście ciążowym dwie kreski, każdy wieczór marzyłam i wizualizowałam sobie mój piękny poród naturalny. Bardzo dużo czytałam, przygotowywałam się. Robiłam różne ćwiczenia, aby pomóc dziecku ustawić się optymalnie do wyjścia.

Wzięłam doulę. Mąż miał być przy porodzie, o ile to możliwe. Priorytetem była opieka nad starszym, w tej kwestii musiałam mieć spokojną głowę.

Tydzień po terminie dostałam skierowanie do szpitala od mojego ginekologa, z powodu małowodzia i małych przyrostów wagi dziecka. Na IP wielkość dziecka oszacowano już zupełnie inaczej (in plus). Niestety szyjka nadal była dość długa i twarda, mimo oleju z wiesiołka, stymulacji brodawek i innych działań J.

Położyli mnie. Byłam trochę zniechęcona. Nie tak to miało się zacząć. Uważałam, że jeśli poród zacznie się spontanicznie, to na pewno się uda. Noc w szpitalu, jak w szpitalu na patologii, nieprzespana. Dużo badań – KTG od 05:00, słuchanie tętna, 8 kobiet na sali. Byłam w stałym kontakcie z doulą. Kazała chodzić po schodach i masować brodawki. Robiłam to, ale bez większej nadziei, bo do tej pory podejmowałam już te próby, będąc jeszcze w domu.

Około 14:00 pojawiły się pierwsze skurcze, tak co 13 minut. Leciutko bolesne. Nadal masowałam brodawki. Skurcze nie ustępowały, czułam je coraz bardziej, ciężko było siedzieć i leżeć. Dałam znać douli i mężowi. Personelowi nie. Chciałam mieć spokój i więcej czasu. Około 18:00  było KTG które nie wykazało absolutnie żadnego skurczu, mimo, że były co najmniej 3 i to bolesne. Około 19:00 zgłosiłam się na dyżurkę. Zbadała mnie lekarka i stwierdziła szyjkę zgładzoną, rozwarcie na 1 palec i przywarcie główki. Ależ byłam szczęśliwa.

Skurcze były coraz częstsze. Około północy nie mogłam już leżeć. Poszłam po lekarza, bo skurcze były co 4 minuty. Lekarz mnie zbadał i powiedział, że rozwarcie jest na 2 palce. Zjechałam na trakt porodowy, przybyła moja doula. Dużo skakałam na piłce, chodziłam pod prysznic. Skurcze jednak były dość rzadko, doula cały czas nakazywała masowanie brodawek. Około 10:00 kolejnego już dnia, badanie wykazało 4 palce rozwarcia. Byłam już bardzo zmęczona, nogi się pode mną uginały. Zaproponowano podanie nieco oksytocyny,  żeby rozkręcić skurcze. Bardzo się tego bałam, sądziłam, że nie zniosę więcej bólu. Doula podnosiła mnie na duchu. W międzyczasie przyjechał mąż, który bardzo mi pomagał przy skurczach, ściskając mi biodra. Miałam wielką nadzieję. Najgorsze za mną, myślałam. 10 cm rozwarcia potrafi zrobić się przecież w chwilę. Po około 2 godzinach kolejne badanie. Niestety rozwarcie ani drgnęło. Zaproponowano mi cc. Nie miałam już siły, w bólach byłam prawie 22 godziny.

Po 13:00 na świat przyszedł mój synek z wagą 4200 g (mój ginekolog mówił, że mały wazy około 3 kg). Niestety wody płodowe były zielone. Lekarz mówił, że Maluch nie był idealnie ułożony (twarzyczkowo).

Oczywiście nie żałuję, że spróbowałam. Kurcze, czułam tę magię.

Żałuję, że znowu nie wyszło, mimo, że zrobiłam chyba wszystko. Nie mam żalu do siebie, mam żal do swojego ciała, że nie chciało współpracować. Jest wielki niedosyt, ale z całą pewnością nie mam traumy, jak po poprzednim porodzie.

Nie wiem czy będę miała trzecie dziecko. Jeśli tak, myślę próbować rodzić naturalnie.

Z wielkiej księgi wpisów VBACowej grupy wsparcia… czyli narodziny Julka (Warszawa)

Jakiś czas temu portal NATURALNIE PO CESARCE poszerzył swoją działalność o funkcjonującą na facebooku grupę wsparcia.  Mamy przygotowujące się do porodu po cięciu cesarskim mogą tam zadać nurtujące ich pytania, podzielić się swoimi wątpliwościami, spostrzeżeniami i uzyskać wsparcie. Niektóre z mam dzielą się też swoimi doświadczeniami już po porodzie. Martyna zgodziła się, abym jej historię opublikowała także tutaj.

Wpis nr 1: 5 luty 2014

Jestem mamą żywiołowego 3,5latka, którego niestety mimo 8h walki urodziłam ostatecznie przez CC w Św. Zofii w Warszawie. Syn ważył 4,6kg i to zdaniem lekarzy (tzn. niewspółmierność płodu do mojej miednicy) było przyczyną 'niepowodzenia’. Ja mam na ten temat inną opinię. W skrócie: przyjęto mnie na patologię w 41 tygodniu ciąży jako 'przeterminowaną’. Test oksytocynowy, bolesny masaż szyjki zakończony przebiciem pęcherza płodowego, potem podawanie na potęgę oksytocyny i ciągłe kładzenie mnie pod KTG bez wskazań… Po 8h i dojściu do 5cm rozwarcia zadecydowano o cc. W tej chwili jestem 2giej ciąży, termin rozwiązania się zbliża (20marca) a ja jestem ogromnie zdeterminowana do SN. Mam rozpisany plan porodu, głowę pełną refleksji i inne nastawienie niż do 1 porodu. Na pewno nie będę już teraz tak pokorna i bezwolna wobec 'autorytetu’ personelu. Przede mną 'wyrok’ USG w 36tyg, do tej pory szacowana waga malucha jest znacznie mniejsza niż starszego brata na tym etapie, blizna po cc ponoć super, a i ginekolog daje mi spore szanse i dużo wsparcia (przy okazji polecam panią doktor M. Łubiarz z „Zośki”). Jestem na etapie decyzji o podpisaniu umowy z położną, rozważam dwie dostępne w tym moim terminie i polecane przez koleżanki Panie: Joannę Szeląg i Bożenę Zaborowską.

Wpis nr 2: 29 marzec 2014

Za mną rozwiązanie. Niestety i tym razem skończyło się CC, ale przeżyłam kilkanaście godzin porodu naturalnego, wspierania przez przecudowną położną (Bożena Zaborowska, Szpital Św. Zofii, Warszawa) która nie tylko respektowała mój „wyśrubowany” plan porodu, ale dała mi znacznie więcej- wiele ciepła, taktu, czujnej obecności, dotyku niosącego ulgę, wielkiej motywacji by się nie poddawać, celnych sugestii i porad, dyskretnego ogarniania kwestii formalnych… Mogłabym wypisywać same superlatywy bez końca. Poród rozpoczął się samoistnymi skurczami w nocy, bujałam je i rozwijałam całą kolejną dobę (mieszkam obok szpitala więc byłam 2 razy na KTG i kontroli rozwarcia, które niestety nie następowało) będąc w ciągnącym się od tyg. ostrym zapaleniu oskrzeli i na dwóch antybiotykach.

Siła kobiecego organizmu i jakaś tajemna jego mobilizacja sprawiły, że na 48h ustała całkiem astma oskrzelowa i totalny kaszel, by dać mi szansę urodzić  W każdym razie po ponad dobie skurczy i mojej odmowie przyjęcia na patologię ciąży (wszystkie wyniki, KTG itd. były idealne) w końcu rozwarcie ruszyło i Bożenka mogła wziąć mnie na porodówkę. To była dłuuuga noc i jeszcze dłuuuższy dzień. Nie sądziłam, że jestem w stanie znieść 2 doby praktycznie bez snu, bez jedzenia, w chorobie, w torturach bóli krzyżowych – a jednocześnie czerpać z tego doświadczenia tak wielką moc, przeżywać tak świadomie każdy sygnał z ciała i od dziecka.

Doszliśmy do 7cm i…wszystko kompletnie padło. Moje parametry krwi zaczęły spadać, gwałtownie skoczyło mi CRP i pojawiła się ostra leukocytoza. Tętno dziecka zaczęło się wahać, a ze mną był coraz słabszy kontakt, odpływałam ze zmęczenia i nawracającej choroby. Lekarka, która ogromnie motywowała mnie do naturalnego porodu, rozłożyła ręce i powiedziała, że serdecznie mi radzi, byśmy jednak zrobili CC. Obawa gwałtownej infekcji i jej przejścia na maluszka, mój kiepski stan = wyjazd na salę operacyjną.

Mimo wszystko nie wspominam tego wszystkiego jako porażki jak to miało miejsce przy 1 porodzie. Wiem, że tym razem zrobiłam wszystko, i ja i mój wspierający mąż, jak i położna i lekarze, by Julek urodził się drogami natury. Syn urodził się na szczęście wolny od choróbsk, silny i bardzo pogodny, spokojny. Pozostaliśmy w szpitalu dłużej ze względu na moją infekcję i tony leków dożylnych.

Na szczęście jesteśmy już w domu, szczęśliwi i zdrowi, w radosnym komplecie.
Dziękuję Wam Drogie Koleżanki za wszelkie rady i wsparcie jakich mi udzieliłyście, wszystkim tym z Was, które szykują się do rozwiązania życzę powodzenia, by był to piękny i wymarzony poród. Wszystkiego dobrego!

Ryzyko pęknięcia macicy – przekrojowa analiza badań z lat 1976 – 2012. CZ. 3: Macica z blizną po cięciu poprzecznym w dole brzucha

Trzecia część tłumaczenia artykułu poruszającego problematykę pęknięcia macicy. Tym razem o ryzyku wystąpienia tej komplikacji w ciąży i podczas porodu po poprzecznym cięciu w dole brzucha. Poniższy fragment porusza następujące aspekty porodu z takim rodzajem blizny: powtórne planowe cięcie cesarskie, poród wspomagany farmakologicznie i poród indukowany po cięciu cesarskim, VBAC u matek po przebytym porodzie pochwowym, kolejne porody po udanym porodzie pochwowym po cięciu cesarskim.

Poprzednie poprzeczne cięcie w dole brzucha

Ryzyko pęknięcia macicy po poprzednim poprzecznym cięciu wykonanym w dole brzucha różni się w zależności od:

  • tego czy pacjentka podejmuje próbę porodu pochwowego (TOLAC) czy też decyduje się na powtórne planowe cięcie cesarskie,
  • tego czy poród jest wywoływany czy spontaniczny,
  • a także od innych czynników.

 (…) [w tłumaczeniu pominięto informacje statystyczne dotyczące wyłącznie Stanów Zjednoczonych]

Ciąża po przebytym poprzecznym cięciu w dole brzucha zakończona powtórnym planowym CC (bez próby porodu)

W badaniu 20 095 kobiet przeprowadzonym przez Lydon-Rochelle i in. odsetek spontanicznego pęknięcia macicy wśród 6 980 kobiet po 1 cięciu cesarskim, które przeszły powtórne cięcie cesarskie bez próby porodu (TOL) wyniósł 0.16%[1]. Wynik ten wskazuje, że macice z blizną po uprzednio przebytym cięciu cesarskim mają same w sobie większą tendencję do pękania podczas ciąży niż organy uprzednio nieoperowane (w przypadku macicy bez blizny ryzyko spontanicznego pęknięcia macicy wynosi 0,012% – ryzyko to w przypadku ciąży po uprzednio przebytym cięciu cesarskim wzrasta więc 12-krotnie). Dlatego też, wszystkie inne wskaźniki pęknięć macicy w ciążach po przebytym cięciu cesarskim powinny być rozpatrywane w odniesieniu do tego podstawowego wskaźnika 0,16%.

Ciąża po przebytym poprzecznym cięciu w dole brzucha zakończona spontanicznym porodem

Badanie przeprowadzone przez Lydon-Rochelle i in. pokazało, że odsetek pęknięć macicy wśród 10 789 kobiet po jednym uprzednio wykonanym cięciu cesarskim, u których w kolejnej pojedynczej ciąży poród rozpoczął się i postępował spontanicznie, wynosił 0,52%[2]. Wynik ten wskazuje na 3,3krotnie większe relatywne ryzyko pęknięcia macicy w porównaniu z kobietami, które zdecydowały się na powtórne planowe cięcie cesarskie.

W badaniu przeprowadzonym przez Ravasia i in. na grupie 1 544 pacjentek po jednym uprzednio wykonanym cięciu cesarskim, u których w kolejnej ciąży poród rozpoczął się i postępował spontanicznie, odsetek pęknięć macicy wynosił 0,45%[3]. Zelop i in. stwierdzili, że wśród 2 214 kobiet po jednym uprzednio wykonanym cięciu cesarskim, u których w kolejnej ciąży poród rozpoczął się i postępował spontanicznie, odsetek pęknięć macicy wynosił  0,72%[4]. Autorzy niniejszego artykułu przeprowadzili metaanalizę 29 263 ciąż ujętych w 9 badaniach z lat 1987-2004 i wykazali, że  całkowite ryzyko pęknięcia macicy u kobiet po jednym uprzednio wykonanym cięciu cesarskim, u których w kolejnej ciąży poród rozpoczął się i postępował spontanicznie wynosi 0.44%.

Ciąża po przebytym poprzecznym cięciu w dole brzucha zakończona porodem wspomaganym farmakologicznie

Pomimo klinicznej heterogeniczności i faktu, iż wskaźnik zakończonych sukcesem porodów pochwowych po cięciu cesarskich różni się w przypadku kobiet doświadczających porodu spontanicznego i kobiet, które miały poród wywoływany lub stymulowany farmakologicznie, w bardzo niewielu badaniach kontrastuje się dane dotyczące porodów wspomaganych farmakologicznie z danymi dotyczącymi porodów wywoływanych, zaś te dane, które istnieją stoją ze sobą w sprzeczności. Istnieją znaczne rozbieżności w klinicznym stosowaniu oksytocyny, zarówno jeśli chodzi o jej dawkę jak i schematy podawania. W efekcie brakuje konkretnych, opartych na dowodach wytycznych klinicznych dotyczących zastosowania oksytocyny w próbach porodu po cięciu cesarskim.

W badaniu przeprowadzonym przez Blanchette in in., odsetek pęknięć macicy w grupie 288 kobiet, które miały poród wspomagany oksytocyną, wynosił 1,4% (w porównaniu z 0,34% wśród 292 kobiet, których poród przebiegał w sposób spontaniczny). Wynik ten sugeruje 4-krotnie większe ryzyko pęknięcia macicy u kobiet rodzących po cc, u których poród wspomagano oksytocyną w porównaniu z kobietami, których poród przebiegał w sposób spontaniczny.

W badaniu Sieci Jednostek Medycyny Matczyno-Płodowej (MFMU Network), odsetek pęknięć macicy przy porodzie VBAC wspomaganym oksytocyną wynosił 0,9% (52 na 6009 przypadków), zaś w porodzie bez stosowania oksytocyny 0,4% (24 na 6685 przypadków). Badania te stoją jednak w sprzeczności z metaanalizą badań pochodzących sprzed 1989 roku, która wykazała, że wspomaganie porodu oksytocyną nie ma związku z pęknięciem macicy[5].

Również Zelop i in. doszli do wniosku, że wspomaganie porodu oksytocyną nie zwiększa znacząco ryzyka pęknięcia macicy. Dane zgromadzone w Tabeli 1 pokazują zwiększone, jakkolwiek w małym stopniu, ryzyko pęknięcia macicy  w przypadku porodu wspomaganego oksytocyną. Jednakże wnioski wyciągane z tych danych są ograniczone i wątpliwe [z powodów metodologicznych]. (…)

Oceniając bezpieczeństwo stosowania oksytocyny w próbie porodu po cięciu cesarskim należy brać pod uwagę zarówno jej dawkę jak i czas stosowania. Kwestie te zostały przeanalizowane przez Cahill i in. w retrospektywnych zagnieżdżonych badaniach kliniczno-kontrolnych obejmujących 804 pacjentki po co najmniej 1 cięciu cesarskim, które podjęły próbę porodu. Przy zastosowaniu dożylnego wlewu oksytocyny w dawce 6 – 20 mU/ min [mili jednostek / minutę], ryzyko pęknięcia macicy wzrosło ponad 3-krotnie. Przy zastosowaniu dawki ponad 20 mU/min ryzyko to wzrastało 4-krotnie. Tak więc ryzyko pęknięcia macicy związane ze stosowaniem syntetycznej oksytocyny wynosiło  2.9% dla dawek ponad 20 mU/min i 3.6% dla dawek ponad 30 mU/min.

Autorzy powyższego badania nie stwierdzili powiązań między długością stosowania oksytocyny i długością trwania porodu, a ryzykiem pęknięcia macicy. Sugerują oni również, aby maksymalna dawka oksytocyny stosowana w porodzie po cięciu cesarskim wynosiła 20 mU/min i aby środek ten stosować z rozwagą, zarówno w celu indukcji jak i wspomagania porodu.

(…)

Ciąża po przebytym poprzecznym cięciu w dole brzucha zakończona porodem indukowanym

Dane wskazują, że indukcja porodu po uprzednio przebytym cięciu cesarskim wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pęknięcia macicy.

W badaniach Zelopa i in. odsetek pęknięć macicy wśród 530 kobiet, które przeszły indukcję porodu po uprzednio przebytym jednym cięciu cesarskim wynosił 2,3% w porównaniu z 0.72%  w grupie 2214 kobiet, u których poród rozpoczął się spontanicznie[6].

W badaniach przeprowadzonych przez Raviasia i in., w grupie 575 pacjentek, którym indukowano poród odsetek pęknięć macicy wyniósł 1,4% w porównaniu z 0,45% wśród kobiet, których poród rozpoczął się samoczynnie[7].

Z badań Blanchette i in. wynika, że odsetek pęknięć macicy u kobiet po przebytym cięciu cesarskim, którym wywoływano poród wynosił 4% w porównaniu z 0,34% wśród kobiet, których poród zaczął spontanicznie[8]. Ten ostatni wniosek sugeruje 12-krotnie zwiększone ryzyko pęknięcia macicy u kobiet, u które wywołuje się poród po uprzednio przebytym cięciu cesarskim.

Dane na temat mechanicznych metod wywoływania porodu są ograniczone, ale rozpraszające wątpliwości. Badania na małe małej grupie przypadków przeprowadzone przez Bujold i in. nie wykazały znaczącej różnicy w odsetku pęknięć macicy pomiędzy przypadkami porodów spontanicznych (1,1%), porodów indukowanych poprzez przebicie pęcherza płodowego z lub bez jednoczesnego zastosowania oksytocyny (1,2%) oraz porodów indukowanych zakładanym doszyjkowo cewnikiem Foleya (1,6%)[9].

Przeciwnie, Hoffman i in. wykazał 3,67-krotnie zwiększone ryzyko pęknięcia macicy w przypadku zastosowania cewnika Foleya do preindukcji (stymulacji dojrzewania szyjki macicy). Co ważne jednak, wiele z pacjentek w tym badaniu oprócz zastosowania cewnika Foleya otrzymywało także oksytocynę[10].

Jedna rzecz, na którą należy zwrócić uwagę, to to, że randomizowana, kontrolowana próba przeprowadzona niedawno przez Pettker i in. wykazała, że stosowanie oksytocyny wraz zastosowaniem cewnika Foleya do indukcji porodu nie skraca czasu porodu ani nie ma wpływu na ukończenie porodu przed upływem 24 godzin ani na odsetek porodów ukończonych pochwowo[11]. W świetle tych badań można uznać stosowanie samego cewnika Foleya za rozsądną opcję dla kobiet z niedojrzałą szyjką macicy podejmujących próbę porodu po przebytym cięciu cesarskim.

Zastosowanie prostaglandyn do stymulacji dojrzewania szyjki macicy oraz wywoływania porodu po uprzednio przebytym cięciu cesarskim

Obecne wytyczne Amerykańskiego Kolegium Ginekologów i Położników zniechęcają do stosowania prostaglandyn w celu wywoływania porodu w przypadku większości kobiet po uprzednio przebytym cięciu cesarskim. Ta rekomendacja oparta jest na znaczących dowodach świadczących o zwiększonym ryzyku pęknięcia macicy związanym z prostaglandynami. Lydon-Rochelle i in. odnotowali 15,6-krotnie zwiększone ryzyko pęknięcia macicy, jeśli prostaglandyny były używane u ciężarnych podejmujących próbę porodu po cięciu cesarskim. W grupie 366 kobiet z blizną po uprzednio przebytym cięciu cesarskim, które przeszły indukcję porodu z użyciem prostaglandyn, odsetek pęknięć macicy wyniósł 2,45% w porównaniu z 0,77% wśród kobiet, u których nie stosowano prostaglandyn[12].

Taylor i in. zidentyfikowali 3 przypadki pęknięcia macicy wśród 58 pacjentek po 1 uprzednio przebytym cięciu cesarskim, u których indukowano poród wyłącznie za pomocą prostaglandyny E2 (PGE2). Odsetek pęknięć macicy w grupie kobiet, u których zastosowano prostaglandyny wynosił więc 5,2% (3 na 58) w porównaniu z 1,1% wśród pacjentek, którym nie podawano prostaglandyn[13]. W badaniach przeprowadzonych przez Ravasia i in. odnotowano 3 pęknięcia macicy na 172 pacjentki, u których wywoływano poród wyłącznie za pomocą PGE2 (1.7%), co stanowiło odsetek znacznie wyższy niż w grupie kobiet, u których poród rozpoczął się spontanicznie (0.45%)[14].

Są jednak badania, których wyniki kontrastują w tymi prezentowanymi powyżej. Flamm i in. odnotowali odsetek pęknięć macicy na poziomie 1.3% (6 na 453 przypadki) w grupie kobiet po uprzednio przebytym cięciu cesarskim, u których zastosowano PGE2 wraz oksytocyną. Wynik ten nie różnił się znacznie od 0,7% wśród pacjentek, które nie otrzymały PGE2[15]. W niewielkim badaniu, Delaney i Young również nie odnotowali znaczącej różnicy w odsetku pęknięcia macicy pomiędzy pacjentkami po uprzednio przebytym cięciu cesarskim, które przeszły indukcję porodu za pomocą PGE2 (1,1%) a tymi,u których poród rozpoczął się samoczynnie ( 0,3%)[16].

Landon i in. nie odnotowali ani jednego przypadku pęknięcia macicy w grupie 227 pacjentek, u których wywoływano poród za pomocą samych prostaglandyn. Jakkolwiek powyższe badanie nie miało mocy wykrywanie drobnych różnic, poszczególne rodzaje zastosowanych prostaglandyn nie wydawały się mieć znaczącego wpływu na odsetek pęknięć macicy ( 52 pacjentki otrzymały misoprostol, 111 dinoproston, 60 żel PGE2, a 4 kombinację prostaglandyn)[17].

Poród po cięciu cesarskim u kobiety z historią wcześniej przebytych porodów drogą pochwową

Kilka badań wykazało ochronny wpływ przebytego wcześniej (przed cesarką) porodu pochwowego na zmniejszenie ryzyka pęknięcia macicy przy próbie porodu po cięciu cesarskim. Zelop i in. porównali grupę 1021 kobiet mających za sobą jeden poród pochwowy i jedno cięcie cesarskie, które podjęły próbę porodu po cięciu cesarskim z grupą 2762 kobiet, które podjęły próbę porodu po cięciu cesarskim, bez przebytego wcześniej porodu pochwowego. Odsetek pęknięć macicy w obu tych grupach wynosił odpowiedni 0,2% i 1,1%[18].

Wśród kobiet z pojedynczą blizną na macicy, u tych z przynajmniej jednym przebytym przed cięciem porodem pochwowym ryzyko pęknięcia macicy było o 1/5 niższe niż u kobiet, które nigdy nie rodziły drogami natury. Caughey i in. wybadali, że kobiety, które przed cięciem cesarskim przebyły poród pochwowy były obarczone o ¼ mniejszym ryzykiem pęknięcia macicy przy kolejnym porodzie (VBAC) niż mamy, które nigdy nie rodziły pochwowo[19]. W badaniu obejmującym 205 kobiet podejmujących próbę porodu po 1 cięciu cesarskim, Kayani and Alfirevic zauważyli, że wszystkie 4 przypadki pęknięcia macicy miały miejsce u kobiet, które nie miały za sobą wcześniejszego porodu drogami natury[20].

Badanie obejmujące 11 778 kobiet, przeprowadzone przez członków Sieci Jednostek Medycyny Matczyno-Płodowej (MFMU Network), wykazało, że wśród kobiet niemających za sobą żadnego porodu pochwowego, które podjęły próbę porodu po cięciu cesarskim, ryzyko pęknięcia macicy było większe jeśli poród był wywoływany niż kiedy rozpoczął się spontanicznie (1.5% vs 0.8%). Różnicy takiej nie zaobserwowano w grupie kobiet mających za sobą wcześniejszy poród drogami natury[21].

Kolejne porody po udanym porodzie pochwowym po cięciu cesarskim

Liczne badania sugerują, że kobiety, które mają już za sobą poród pochwowy po cięciu cesarskim są w mniejszym stopniu narażone na ryzyko pęknięcia macicy przy kolejnym porodzie. Można to tłumaczyć na wiele różnych sposobów. Dwa najbardziej oczywiste wytłumaczenia to fakt, iż zakończony sukcesem VBAC daje pewność, że:

1)     miednica matki jest odpowiedniej wielkości, aby umożliwić przejście przez nią dziecka;

2)     blizna po cięciu cesarskim została przetestowana w warunkach porodu i nie doszło do pęknięcia macicy.

Mercer i in. zanotowali, że ryzyko pęknięcia macicy zmniejsza się po pierwszym zakończonym pochwowo porodzie po cięciu cesarskim. Te same badania nie wykazały jednak żadnej inne „ochronnej” właściwości w przypadku kolejnych udanych porodów VBAC: u kobiet, które nie miały za sobą żadnego porodu pochwowego po cięciu cesarskim odsetek pęknięć macicy wynosił 0.87%, u tych, które miały za sobą 1 zakończony sukcesem VBAC odsetek ten wynosił 0.45%, zaś u mam, które przebyły 2 lub więcej porodów drogami natury po cięciu cesarskim, pęknięcia macicy wynosiły 0.43%[22]. Dane zgromadzone z 5 odrębnych badań wskazują na zwiększone ryzyko pęknięcia macicy, rzędu 1,4%, w przypadku nieudanych prób porodu zakończonych powtórnym cięciem cesarskim[23].

Źródło: http://reference.medscape.com/article/275854-overview#aw2aab6b5


[1] Lydon-Rochelle M, Holt VL, Easterling TR, Martin DP. Risk of uterine rupture during labor among women with a prior cesarean delivery. N Engl J Med. Jul 5 2001;345(1):3-8. [Medline].

[2] Lydon-Rochelle M, Holt VL, Easterling TR, Martin DP. Risk of uterine rupture during labor among women with a prior cesarean delivery. N Engl J Med. Jul 5 2001;345(1):3-8. [Medline].

[3] Ravasia DJ, Wood SL, Pollard JK. Uterine rupture during induced trial of labor among women with previous cesarean delivery. Am J Obstet Gynecol. Nov 2000;183(5):1176-9. [Medline].

[4] Zelop CM, Shipp TD, Repke JT, et al. Uterine rupture during induced or augmented labor in gravid women with one prior cesarean delivery. Am J Obstet Gynecol. Oct 1999;181(4):882-6. [Medline].

 

[5] National Institutes of Health Consensus Development conference statement: vaginal birth after cesarean: new insights March 8-10, 2010. Obstet Gynecol. Jun 2010;115(6):1279-95. [Medline].

 

[6] Zelop CM, Shipp TD, Repke JT, et al. Uterine rupture during induced or augmented labor in gravid women with one prior cesarean delivery. Am J Obstet Gynecol. Oct 1999;181(4):882-6. [Medline].

[7] Ravasia DJ, Wood SL, Pollard JK. Uterine rupture during induced trial of labor among women with previous cesarean delivery. Am J Obstet Gynecol. Nov 2000;183(5):1176-9. [Medline].

[8] Blanchette H, Blanchette M, McCabe J, Vincent S. Is vaginal birth after cesarean safe? Experience at a community hospital. Am J Obstet Gynecol. Jun 2001;184(7):1478-84; discussion 1484-7. [Medline].

[9] Bujold E, Blackwell SC, Gauthier RJ. Cervical ripening with transcervical foley catheter and the risk of uterine rupture. Obstet Gynecol. Jan 2004;103(1):18-23. [Medline].

[10] Hoffman MK, Sciscione A, Srinivasana M, Shackelford DP, Ekbladh L. Uterine rupture in patients with a prior cesarean delivery: the impact of cervical ripening. Am J Perinatol. May 2004;21(4):217-22. [Medline].

[11] Pettker CM, Pocock SB, Smok DP, Lee SM, Devine PC. Transcervical Foley catheter with and without oxytocin for cervical ripening: a randomized controlled trial. Obstet Gynecol. Jun 2008;111(6):1320-6.[Medline].

 

[12] Lydon-Rochelle M, Holt VL, Easterling TR, Martin DP. Risk of uterine rupture during labor among women with a prior cesarean delivery. N Engl J Med. Jul 5 2001;345(1):3-8. [Medline].

[13] Taylor DR, Doughty AS, Kaufman H, et al. Uterine rupture with the use of PGE2 vaginal inserts for labor induction in women with previous cesarean sections. J Reprod Med. Jul 2002;47(7):549-54. [Medline].

[14]Ravasia DJ, Wood SL, Pollard JK. Uterine rupture during induced trial of labor among women with previous cesarean delivery. Am J Obstet Gynecol. Nov 2000;183(5):1176-9. [Medline].

[15] Flamm BL, Anton D, Goings JR, Newman J. Prostaglandin E2 for cervical ripening: a multicenter study of patients with prior cesarean delivery. Am J Perinatol. Mar 1997;14(3):157-60. [Medline].

[16] Delaney T, Young DC. Spontaneous versus induced labor after a previous cesarean delivery. Obstet Gynecol. Jul 2003;102(1):39-44. [Medline].

[17] Landon MB, Hauth JC, Leveno KJ, et al. Maternal and perinatal outcomes associated with a trial of labor after prior cesarean delivery. N Engl J Med. Dec 16 2004;351(25):2581-9. [Medline].

[18] Zelop CM, Shipp TD, Repke JT, et al. Effect of previous vaginal delivery on the risk of uterine rupture during a subsequent trial of labor. Am J Obstet Gynecol. Nov 2000;183(5):1184-6. [Medline].

 

[19] Caughey AB, Shipp TD, Repke JT, et al. Rate of uterine rupture during a trial of labor in women with one or two prior cesarean deliveries. Am J Obstet Gynecol. Oct 1999;181(4):872-6. [Medline].

[20] Kayani SI, Alfirevic Z. Uterine rupture after induction of labour in women with previous caesarean section.BJOG. Apr 2005;112(4):451-5. [Medline].

[21] Grobman WA, Gilbert S, Landon MB, Spong CY, Leveno KJ, Rouse DJ. Outcomes of induction of labor after one prior cesarean. Obstet Gynecol. Feb 2007;109(2 Pt 1):262-9. [Medline].

[22] Mercer BM, Gilbert S, Landon MB, Spong CY, Leveno KJ, Rouse DJ, et al. Labor outcomes with increasing number of prior vaginal births after cesarean delivery. Obstet Gynecol. Feb 2008;111(2 Pt 1):285-91. [Medline].

[23] Landon MB, Hauth JC, Leveno KJ, et al. Maternal and perinatal outcomes associated with a trial of labor after prior cesarean delivery. N Engl J Med. Dec 16 2004;351(25):2581-9. [Medline].

Blanchette H, Blanchette M, McCabe J, Vincent S. Is vaginal birth after cesarean safe? Experience at a community hospital. Am J Obstet Gynecol. Jun 2001;184(7):1478-84; discussion 1484-7. [Medline].

Gregory KD, Korst LM, Cane P, et al. Vaginal birth after cesarean and uterine rupture rates in California.Obstet Gynecol. Dec 1999;94(6):985-9. [Medline].

McMahon MJ, Luther ER, Bowes WA Jr., Olshan AF. Comparison of a trial of labor with an elective second cesarean section. N Engl J Med. Sep 5 1996;335(10):689-95. [Medline].

Rageth JC, Juzi C, Grossenbacher H. Delivery after previous cesarean: a risk evaluation. Swiss Working Group of Obstetric and Gynecologic Institutions. Obstet Gynecol. Mar 1999;93(3):332-7. [Medline].

 

Nasze dwa dobre i pełne szczęścia porody – choć jakże różne… (Warszawa)

Bardzo pozytywnie przeżyte planowe cięcie cesarskie – rodzinne i pełne wsparcia – oraz stuprocentowo naturalny VBAC … z NIESPODZIANKĄ:) Zapraszam do przeczytania historii Magdy.

 

mój pierwszy ever poród 🙂 moja pierwsza ever cesarka 🙂

W lutym 2010 miałam cesarkę. Na zimno, bez rozpoczętej akcji. Termin znałam ponad miesiąc wcześniej. Dlaczego? bo jestem astmatyczką, która baaaaardzo dużo chorowała w ciąży, astma mi się zaostrzyła, a ja brałam dużo leków. W rezultacie, po zakończeniu ostatniej choroby – prawie sześciotygodniowego zapalenia oskrzeli – usłyszałam, że na sn nie mam już raczej szans. Mam do wyboru zaplanowany próżnociąg lub zaplanowane cesarskie cięcie.

Jak to było? No udanie. Bardzo 

W szpitalu zameldowałam się dzień wcześniej, pod wieczór. Siedzieliśmy sobie spokojnie na Izbie Przyjęć Żelaznej Zośki i patrzyliśmy jak to wbiegają mniej lub bardziej spanikowane i zaawansowane porodowo kobiety. Kto im towarzyszy i co ci wszyscy ludzie mają na twarzach. Ku mojemu zaskoczeniu – nikomu nie współczułam ani nikomu nie zazdrościłam. No, dobra. Tej kobitce ze skurczami co dwie minuty, która krzyczała tak bardzo bardzo, to jednak trochę współczułam 

Miła Pani zaprosiła mnie w wolnej od rodzących chwili do pokoju na wypełnienie dokumentów, które upłynęło w przesympatycznej atmosferze  (Pani wzrost, waga? 164 – ale to wzrost, nie waga ), potem poszliśmy na moje drugie w życiu ktg, które nie wykazało nic niepokojącego, za to nudne było jak diabli… jak to ktg  potem szybkie badanko ginekologiczne (piszę to świadomie – było szybko, sprawnie i delikatnie) i (przedostatnie) sugerowanie porodu dn [drogami natury].  Ale bez ciśnienia, bez sugestii – kulturka. Pełne zrozumienie dla mojej decyzji i decyzji pulmonologa. Po tym wszystkim usłyszałam, że mam się przebrać i zalogować w pokoju. I to był jedyny chyba średnio sympatyczny moment, bo to luty, na dworze śnieg, zima, w poczekalni ludzie z zimowych ciuchach i butach i w tym wszystkim ja – w koszulindzie i kapciochach… (piszę, bo może to komuś pomoże zaplanować sobie strój na ten pierwszy wieczór. Strój poprawiający nastrój, a nie wprawiający w zakłopotanie).

Zbyszek pomógł mi się zadomowić w pokoju, posiedział zemną jeszcze chwilę, a potem zostałam sama. Po pól godzinie dołączyła do mnie moja pierwsza współlokatorka. Wieczorem miałam przeróżne badania, które robiły mi przemiłe panie pielęgniarki/położne. Gadałyśmy sobie na luzie (Och.. wie Pani… to mój pierwszy pobyt w szpitalu wszystko jest takie lekko przerażające… Naprawdę? pierwszy raz? żadnych migdałków w dzieciństwie? wyrostka? Nic! Zachowałam ten pierwszy raz dla syna ) i miałam poczucie, że nikt mi tam krzywdy nie zrobi, że na pewno mi pomoże. I słusznie czułam.

Rano już od pierwszych chwil był ze mną Zbyszek. Miałam być pierwsza, ale okazało się, że jednak nie będę, bo w nocy przyjechała kobitka z zaawansowanym porodem bliźniaczym i najpierw ona musi zakończyć poród. No, to czekamy. Troszkę się denerwowaliśmy. Nagle okazało się, że JUŻ. Pojechaliśmy razem windą do sali operacyjnej, Zbyszek wszedł do jakiegoś innego pomieszczenia coby zostać przeszkolonym i przebranym w stosowne ubranie, a ja siedziałam na stole i byłam przygotowywana do zabiegu. Padło też ostatnie pytanie czemu ta cesarka i czy na pewno nie chcę rodzić dn (dobry moment, prawda? ) odpowiedziałam i poprosiłam, żebyśmy już odpuścili sobie tę dyskusję, bo chyba późnawo na nią…
Miłe zaskoczenie – wkłucie. Wcześniej mnie nastawiano (a nawet trochę straszono), że mam porządnie ćwiczyć „koci grzbiet”, a tu wkłucie na siedząco – szybko sprawnie, potem pomoc w sprawnym położeniu się, balkonik i wtedy przyszedł już do mnie Zbyszek. Śmieszne jest trochę to znieczulenie, bo czujesz, że nic nie czujesz, a jednak wydaje Ci się, że czujesz. 
I wtedy zaczęłam się naprawdę denerwować. Całe szczęście, że był ze mną Ukochany – nie wypuścił mojej dłoni ze swojej ani na chwilę, głaskał po policzku, mówił, uspokajał. Zdenerwowany był pewnie jak ja, ale to niezwykle opanowany człowiek i w takich momentach sprawdza się to doskonale – z jednej strony uspokaja, a z drugiej nie pozwala mi wpaść w panikę, bo czuję że ja jemu też jestem potrzebna. (No, kocham go ogromnie!) Próbowałam coś zobaczyć w lampach (choć nie chciałam), ale mi się nie udało. Przez cały czas porodu były dwa światy – nasz i lekarzy. Oni prowadzili swoje dialogi, a my swoje. Co jakiś czas następowała interakcja, ale niezbyt często. No i nagle: uwaga, teraz będzie ucisk. Musi być – rodzimy dziecko! Potem taka zaskakująco dłuuuuuga chwila kompletnej ciszy i… ten wymarzony, wspaniały, pierwszy krzyk Kajetana. Dostaliśmy go na chwilę do przytulenia, na buziaka, a potem Kajetan poszedł na mierzenie, ważenie i takie tam. Zbyszek robił mu zdjęcia, gadaliśmy sobie już wszyscy razem o imieniu, o nas, o Kajetanie… Zbyszek zapytał, czy może mnie zostawić i jechać – jak wcześniej ustaliliśmy – z Kajetanem. Ja się czułam w porządku, więc oni pojechali na górę, a ja zostałam. Nadal było przyjemnie spokojnie, dużo dialogu z lekarzami, ale bez zbędnego gadania. Potem musiałam poleżeć i odczekać pół godziny po operacji. I to było bardzo fajne pół godziny. Takie MOJE. Teraz myślę o nim, że to był taki mini upominek – ostatnie pół godziny SAMOŚCI. Już nie byłam w ciąży, a jeszcze nikt nie zagarnął mojego czasu.
Minęło to bonusowe pół godziny, przyjechała pielęgniarka/położna i przewiozła mnie do mojego pokoju. Po chwili przyjechali Kajetan i Zbyszek, panie nam pomogły przełożyć golutkiego Kajetana na mnie i tak sobie leżeliśmy. Zachwyceni, wzruszeni, przerażeni, dumni. Potem Kajetan – wciąż na mnie – spał, ja spałam, Zbyszek nad nami czuwał. Co jakiś czas ktoś do nas przychodził, pomagał mi nauczyć się karmić, odpowiadał na nasze pytania.
Po czterech godzinach zostałam nastawiona psychicznie, że za dwie będę musiała sama wstać i pójść pod prysznic. I tak też się stało. Ach! Po prysznicu to się człowiek czuje jakby sam był nowonarodzony!

Kiedyś w międzyczasie przyjechały moje dwie współlokatorki ze swoimi dziećmi. Bardzo nam było razem przyjemnie. Kulturalnie, dyskretnie, cicho, bez ścięć. Zostaliśmy wypuszczeni bardzo szybko – decyzja o wypisie zapadła kwadrans przed ukończeniem drugiej doby życia Kajetana – a ja miałam wrażenie, że wyjeżdżam z dwutygodniowych kolonii  Przed wyjściem wyściskałam się, pożegnałam z moimi współlokatorkami, pielęgniarkami/położnymi, pobeczałam, podziękowałam im wszystkim i ruszyliśmy w trójkę do domu.

Naprawdę bardzo długo się biłam z myślami, czy się zdecydować na zaplanowane cc czy jednak na zaplanowany próżnociąg. Wtedy nie miałam  wokół siebie prawie żadnej młodej mamy, a już na pewno nie takiej, z którą mogłabym otwarcie o porodzie porozmawiać. Teraz wiem, że podjęłam udaną decyzję. Miałam dobry pierwszy poród.

Jeszcze jedno muszę napisać – w czasie tej mojej wewnętrznej walki decyzyjnej odbyłam jedną bardzo konstruktywną rozmowę, w której usłyszałam, że muszę wziąć pod uwagę jedno – zawsze znajdzie się ktoś, kto mi będzie tę cesarkę wytykał, kto będzie we mnie wzbudzał poczucie winy, kto będzie mi sugerował bądź mówił wprost, że jestem gorszą matką/rodzącą/człowiek. I to jest, kurde flak, prawda. Nie wiem czemu to tak działa. Cesarka to nie jest bułka z masłem. To jest operacja. Musisz się oddać całkowicie w ręce lekarzy. Masz niewiele do powiedzenia na temat tego, co będą z Tobą robić. Odbierają Ci wolność decyzji, a dochodzenie do siebie po niej wiąże się ze sporym bólem, z wyrzeczeniami, a czasem nawet komplikacjami.

jak przywitaliśmy Tadzia, który nie zostanie raczej ani lekarzem, ani pielęgniarzem, ani salowym 😉

Może na początek jak to miało być:
Mieliśmy czekać do regularnych skurczy.
Byliśmy umówieni z Położną i Doulą (na poród w szpitalu) oraz Moimi Siostrami lub Rodzicami (na opiekę nad Kajetanem – w zależności od tego, czy zacznie się w dzień, czy w nocy).
W założeniu: Opieka i Doula przyjeżdżają do nas przy skurczach co 10 minut, do Położnej dzwonimy i ruszamy do szpitala po paru skurczach co 5 minut.
ALE w święta ani Doula ani Położna nie mogły nam towarzyszyć, dlatego bardzo mi zależało na porodzie przed lub po.

Zaczęło się jak tydzień wcześniej- około 20ej zaczęły mnie brać w miarę regularne skurcze. Zatem zrobiłam dokładnie to samo co wtedy – wzięłam nospę i ciepłą kąpiel. Tym razem nie bardzo pomogło. Dałam znać Moim Siostrom, że chyba je poproszę o przyjazd do nas na noc, bo może się nie uspokoić. A chyba lepiej jechać teraz (nawet jeśli na darmo) niż w środku nocy.

Siostry przyjechały, a ja (za radą Douli) – żeby nie rozkręcać akcji – położyłam się i kurczyłam przepowiadająco co jakieś 15 minut. Po paru godzinach skurcze się zagęściły nieco, a my przy każdym się budziliśmy i zapisywaliśmy ile trwał i kiedy się zaczął skurcz. Przez pewien czas towarzyszył nam nawet Kajetan, który przyszedł do nas do sypialni i spał na swoim materacu. Co skurcz siadał na łóżku i pytał “Mamo, wszystko dobrze?” 

Koło 6ej rano zaesemesowaliśmy do Rodziców z raportem i prośbą o przyjazd. Dwadzieścia minut później, tuż po przebudzeniu Kajetana, wreszcie zaczęło się dziać coś co wyglądało na TE skurcze – zagęściły się, a mnie cisnęło na krzyk. No ale… te skurcze znów się rozrzedziły… Mimo wszystko zadzwoniliśmy do szpitala skonsultować z nimi przyjazd – powiedzieli, że “sami musimy zdecydować, czy TE skurcze co 5 minut to JUŻ. Ale, że nie mają korka, więc w razie czego nas nie odeślą”. No dobra. To jedziemy. Zbyszek się zaczął szykować, ja rozważać co na siebie założyć 

Kajtek był cały czas pod opieką swoich Cioć, które ani przez moment nie pozwoliły mu się zmartwić czy zdenerwować tym, co się działo w sypialni.

Kiedy wyszykowany Zbyszek przyszedł przejąć mnie od Sis, złapał mnie skurcz przy którym odeszło mi trochę wód. No, to już zdecydowane ostatecznie – jedziemy. Nie ma co.
Poprosiliśmy Siostrę o zmajstrowanie ze dwóch kanapek na czas porodu, a sami weszliśmy do łazienki, żeby się nieco ochlapać przed wyjściem, a tu… jakiś taki… INNY skurcz. Zaczęło mnie mdlić, więc uznałam, że chyba przekraczam granicę 5cm rozwarcia. Usiadłam na kibelku, licząc, że może uda mi si sprawdzić czy rozwarcie większe a tu… GŁÓWKA!
od teraz – nic nie pamiętamy dobrze…
jakoś… przeszliśmy do sypialni
jakoś… przyklękłam częściowo oparta o materac Kajetana
jakoś… nadszedł drugi party
jakoś…. poczułam, że to już
jakoś… Zbyszek złapał wyskakującego “na supermana” Tadzia.
jakoś… spojrzał na zegarek

o porodzie wiedzieliśmy dużo, ale o badaniu noworodków… niewiele…
a te rodzące się bez stresu… rzeczywiście nie płaczą! Tadzio chrząknął i coś-tam jęknął, ale to bardziej od naszego wołania.

Udało nam się wywołać Moją Siostrę (która słyszała wcześniejsze krzyki, ale uznała, że to ekstremalniejszy skurcz) i poprosić o wezwanie pogotowia. Jej mina na widok Tadka – absolutnie bezcenna! (nasze podobno też )

My się ułożyliśmy na materacu Kajetana, Tadzia okryliśmy pieluchą, nas oboje kołdrą i zadzwoniliśmy do Położnej powiedzieć co się stało i zapytać co robić. Okazało się, że wszystko co trzeba było – zrobiliśmy.

O 8.13 przyjechało trzech Panów Z Pogotowia. Wspólnie ustalaliśmy każdy kolejny krok i działanie. Ocenili stan Tadzia, mój, a następnie zadzwonili do szpitala i upewnili się czy i jak przecinać uspokojoną już pępowinę (co uczynił Zbyszek).

Potem Tadzio został ucałowany przez obie Cioteczki, ja nieco “ogarnięta”, nosze przyniesione i zapakowani wspólnie w moją koszulę przygotowaną do porodu, kocyk i koc pojechaliśmy do szpitala karetką. (Przed odjazdem jeszcze nas pożegnali i ucałowali Moi Rodzice, którzy akurat przyjechali po Kajetana)

To był bardzo RODZINNY poród! 

W szpitalu było nieco zabawnie, bo rozmowa o rodzeniu łożyska zaczęła się od mojego pytania “czy rodzenie na tym fotelu to moja jedyna opcja?” 
Od tej chwili naprawdę o każdym kroku rozmawiałyśmy, a ja byłam traktowana jak partnerka, a nie… sama nie wiem co… nieprzyjemna konieczność 

Wspaniałą nieobecną-obecną przy porodzie była moja Doula – Ela. W przeróżnych momentach przypominały mi się nasze ciążowo-porodowe rozmowy, jej rady, jej sposób myślenia o porodzie.
I nawet kiedy miałam wątpliwości czy wyjść wcześniej ze szpitala – to jej krótkie pytanie pomogło nam podjąć decyzję 
Przyznam, że porodu bałam się ogromnie. Tak bardzo, że kiedy z tymi przepowiadającymi kładliśmy się „spać” rozważałam poważnie, czy po przyjeździe do szpitala nie poprosić od razu o cesarkę.

A tymczasem… było dokładnie tak, jak mi powiedziała kiedyś Ela – przeżyliśmy piękną przygodę, którą przygotowało dla nas moje ciało 

podwójna historia

po lewej Kajtek, po prawej Tadzio (z Mamą) – parę dni po porodach 🙂

 

Narodziny Jagódki

Oto pierwsza z historii VBACów, które zakończyły się powtórnym cięciem cesarskim – pełna emocji, wzruszająca i …. z tchnącą pozytywną energią puentą. Wspomnieniami z narodzin swojej córeczki dzieli się mama Jagody.

22 kwietnia na wizycie lekarskiej USG obliczyło szacowaną wagę Jagódki na blisko 4 kg. Było już kilka dni po terminie, ja – matka z blizną – sama w sobie powodowałam u lekarzy większą nerwowość, a wszystko to razem wzięte doprowadziło tego dnia do finału w postaci skierowania do szpitala, by tam poddawać się ciągłemu monitorowaniu, czy już wybucham czy wciąż tylko tykam złowieszczo.

Przepłakałam cały wieczór, czując, że jestem o krok od utraty nadziei na poród o własnych siłach. Jedyne, na co się zdobyłam, to podjęcie decyzji, że za nic w świecie nie pojadę rano położyć się w szpitalnym łóżku. Właściwie jak na zawołanie towarzyszące mi od wielu dni skurcze przepowiadające nagle przybrały na sile i częstotliwości. Od tego wieczoru towarzyszyły mi bez przerwy co kilka – kilkanaście minut. Rano zintensyfikowały się jeszcze bardziej i właściwie byłam już pewna, że nie będę musiała skorzystać z wątpliwej atrakcyjności oferty patologii ciąży. Poszłam na spacer po lesie – „indukcyjny” klasyk ostatnich tygodni.

W miarę upływu dnia stawało się coraz bardziej jasne, że powoli COŚ się zaczyna. Wczesnym popołudniem skurcze były już mocne i częste, choć wciąż nieregularne, występowały co 5-7-10 minut.

Upiekłam ciasto. Czekoladowa szarlotka. Wyszła jak zwykle genialna, choć nie udało się już kupić brakującego cukru pudru. Wczorajsza smutna myśl o długich dniach oczekiwania w szpitalu odleciała w nieznane.

Mąż tym razem wrócił do domu bez synka, zostawiając go u dziadków. Podekscytowani czekaliśmy na rozwój wypadków. Kilka chwil bliskości zaowocowało skurczami co 3 minuty i choć tak już bywało – tym razem było inaczej – kąpiel jeszcze je zintensyfikowała. To naprawdę się działo!

W jednej chwili zrobiłam się najbardziej głodnym człowiekiem na ziemi – ciasto, kanapki, liście malin, kawa – niemal do narodzin Jagody będę żałowała tego zestawu. Jego smak wracał do ust po każdym skurczu…

Ostrzygłam męża. Usilne starania, by znaleźć coś do prasowania, zakończyły się fiaskiem (niesłychane…). Postanowiłam się zdrzemnąć, ale to też nie wyszło. Włączyliśmy film. Almodovar i jakaś pani w jaskrawym sweterku – tylko tyle pamiętam, bo skurcze co 2,5-5 minut były już zbyt absorbujące, żeby skupić się na akcji. Wciąż baliśmy się nazwać to, co się działo, porodem. Było dokładnie tak jak poprzednio – skurcze były nieregularne mimo dużej siły i czasu trwania. Poprzednio po wielu godzinach akcji skurczowej udało się osiągnąć opuszek rozwarcia…

Wieczorem wszystko wyglądało tak samo – z tą różnicą, że było coraz intensywniej. Zawód miesiąca – wymarzony od wielu tygodni, wyczekany termofor z pestek wiśni. Na moje skurcze działał raczej bólotwórczo niż łagodząco. Hit – wanna. Woda cudownie wprost łagodziła nieprzyjemne odczucia, zadziwiająco kojąco działał na mnie już sam jej szum, gdy powoli napełniała wannę. Jedynym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wyjście z wanny nieodłącznie wiązało się z nagłą zmianą pozycji, ponieważ jak na zawołanie pojawiał się w tym momencie – dosłownie – rzucający na kolana skurcz.

W końcu zdecydowaliśmy się zadzwonić po naszą doulę-położną. Blisko godzina nareszcie regularnych skurczy – co ok. 3 minuty – dodała wiary w to, że tym razem naprawdę się na dobre zaczęło. Położna dała nam kolejną godzinę, a skurcze znów rozjechały się do nieregularnych odstępów. Ale nie myślałam już o tym, bo wymagały od nas obojga pełnej uwagi. Największą pomocą podczas każdego skurczu były dla mnie ręce męża. Podczas każdego skurczu z całej siły uciskał mi najróżniejsze wybrane kości miednicy  – do dziś podziwiam go za wytrzymałość!

Po przyjeździe położnej czekała nas chwila prawdy – mój największy znak zapytania – czy tym razem osiągnę jakieś rozwarcie? Tak! Dwa centymetry. Ktoś mógłby rzec, że niewiele, ale dla mnie to była cudowna, radosna wiadomość. Przekroczyłam granicę zbudowaną poprzedniego razu… Rodziłam -naprawdę!

Krążyłam między wanną, łóżkiem a toaletą, utwierdzając się w przekonaniu, że w jakimkolwiek wydaniu – łazienka jest najlepszym miejscem do rodzenia dzieci… W prawie każdym skurczu towarzyszył mi mąż. Pamiętam uczucie niemalże paniki, gdy po raz pierwszy po przybyciu położnej był w innym pomieszczeniu, kiedy poczułam skurcz. Potrzebowałam czasu, by poczuć się bezpiecznie przy kimś innym, nawet jeśli tym kimś była znana mi, zaufana, cudowna kobieta, położna, doula.

Czas mijał, a wszystko stało w miejscu. Na wyczekanych dwóch centymetrach. Zrobiło się ciężej, jeszcze gwałtowniej, skurcze przychodziły nagle, jednym szarpnięciem ściskały, drugim uderzały jak betonowa pięść. I po raz setny zupełnie się rozregulowały, przychodząc raz po 3, a raz po 5 minutach. Weszłam do wanny, położna była ze mną. Rozmawiałyśmy o tym, czego bym chciała, jeśli i tym razem zatrzymam się na drodze do pełnego rozwarcia. Właśnie wtedy skurcze zmieniły się. Wyraźnie to pamiętam, bo z szarpiących i niespodziewanych po raz pierwszy od początku stały się przewidywalne. Czułam, kiedy się zbliżają, jak powoli rosną w siłę, czułam centymetr po centymetrze, jak zaczynają się i płyną w dół, gdzie osiągają największą moc i odpływają, zostawiając uczucie pełnego rozluźnienia, tak jakby nigdy ich nie było. Właśnie wtedy stały się regularne. Wydłużyły się. Dały się oswoić i poznać. Udomowić jak dzikie dotychczas zwierzę.

4 centymetry. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że to robię – idę do przodu, krok po kroku, skurcz po skurczu, powoli, mozolnie, zaskakująco, nagłymi skokami – ale poród postępował.

Nad ranem pojechaliśmy do szpitala, wciąż z 4 cm i nastawieniem, że będzie, co ma być, ale jedno jest pewne – niedługo poznamy naszą córeczkę. W myślach, z którymi rozprawiałam się tygodniami, wyjazd do szpitala i pojawienie się tam było dla mnie jak skok na bungie, sama myśl przyprawiała mnie o szybsze bicie serca. Zupełnie zaskoczyło mnie, że decyzja o wyjściu z domu i zawitanie na izbie przyjęć kompletnie mnie nie obeszły. Nie obeszło mnie, że przyjęła nas jedna z najbardziej niemiłych położnych, jakie tam pracują. Nie obeszło mnie, że wypełnialiśmy tysiąc papierów. Nie obeszło mnie, że po raz pierwszy od 3 lat jestem na TEJ sali, gdzie stoi TA wanna, TO łóżko – wszystko, jak przy pierwszym porodzie. Nie obeszło mnie badanie wewnętrzne, KTG, USG, całość szpitalnych procedur. Ku swojemu drobnemu niezadowoleniu nie doświadczyłam nawet efektu izby przyjęć, który mógłby mi pozwolić na chwilę odpoczynku od skurczy;) Zupełnie zapomniałam, że to szpital, zapomniałam się nawet bać, że ktoś będzie chciał mnie przekonać do cięcia ze względu na dużą szacowaną wagę dziecka.

Trzystronnicowy kombajn pt. „plan porodu” nie wywołał zbyt wielkiej konsternacji ani u lekarki ani u położnych. Nigdy nie przestanę się cieszyć z tego, że powstał i co dzięki niemu udało nam się zrealizować.

Zapomniałabym! Z izby przyjęć jechałam na porodówkę wózkiem – chyba nic mnie tak nie ubawiło podczas porodu jak ta przejażdżka i przebłysk świadomości, który ukazał mi w głowie swój prawdopodobny obraz na tym pojeździe, w swoim ówczesnym stanie ciała i ducha – właściwie śmiałam się chyba do samego wejścia na porodówkę.

W sekundę a może w godzinę uwinęliśmy się z badaniami. Do wanny już lała się woda. Sama świadomość, że do niej wejdę, ujmowała moim skurczom mniej więcej połowę bólowej skali. Hydromasaż, który wanna oferowała w standardzie, powinien być oficjalnie uznany za lek przeciwbólowy… Kolejne odkrycie – hałas hydromasażu, podobnie jak dźwięk nalewanej wody, także wykazuje znaczące działanie przeciwbólowe.

Chciałam spać, byłam już bardzo zmęczona po tak wielu godzinach ciągłych skurczy. Wanna nadawała się do tego celu prawie idealnie, a perspektywa przespania 2 minut między skurczami też wydawała się całkiem zachęcająca.

6 centymetrów! Ale dziecko wciąż wysoko, zupełnie bez ochoty na wyjście na świat. Skurcze wymagały angażowania całej siebie, wsparcia męża i douli. Dlaczego nie siedzę w wannie bez przerwy?! Mijają kolejne godziny – od skurczu do skurczu, powoli robi się jasno. I coraz jaśniej widać, że długość porodu nie przemawia na moją korzyść. Po zmianie lekarzy nadszedł czas na kolejne badania. Zmian wciąż nie widać.

Wszystko zlewa mi się dziś w jedną całość. Długo siedziałam schowana w ciemnej toalecie, trochę sama, trochę z doulą. Trochę na piłce i materacu. Trochę na łóżku i trochę w wannie. Mąż trochę masował, a trochę łapał sen w fotelu, gdy ja łapałam go w jednostajnym warkocie hydromasażu. Przejście przez skurcze nie było już ani głośnym oddechem ani nawet pojękiwaniem. Im więcej ich miałam za sobą, tym bardziej pomagały mi już tylko dziwne gardłowe warkoty, których nie powstydziłby się nawet wokalista blackmetalowego zespołu…

Trochę masażu, trochę ucisku, a ja coraz mniej miałam siły na płynięcie ze skurczami. Pamiętam przynajmniej dwa razy, gdy po kolejnych silnych skurczach płakałam, że już więcej nie dam rady i boję się następnego. Pamiętam, że były to chwile, gdy obecność mojej douli była na wagę złota. Pamiętam zapach jej koszulki, gdy tuliła mnie jak własną córkę, dodając otuchy i kierując moją poszatkowaną strachem przed kolejnym skurczem uwagę na próby ponownego zaśnięcia choć na ułamek minuty. Pamiętam, że zupełnie inaczej czułam się śpiąc w wannie między skurczami, gdy wiedziałam, że siedziała obok na ziemi, polewając mnie wodą lub tylko patrząc w moją stronę. Mąż był najlepszym lekarstwem na każdy ból mojego ciała, ona – najlepszym antidotum na moją niepewność i strach. Nie mogę sobie wyobrazić lepszego wsparcia niż to, które dali mi oboje razem.

Ostatnie wejście do wanny. Próbujemy niespania, działania mimo braku sił, ale czuję się bardziej jak hipopotam w galarecie niż aktywna kobieta, którą byłam jeszcze kilkanaście godzin temu… Spać!!! Niech ktoś zabierze moje skurcze choć na godzinę… Na dworze jest już zupełnie jasno, jest piękny wiosenny dzień, idealny na narodziny Jagody – w sam raz dla uczczenia jej imienia.

Z tamtego czasu mam jedynie mgliste wspomnienia, upływ czasu potwierdzały jedynie kolejne coraz trudniejsze skurcze. Wiem, że ponownie mnie zbadano. USG pokazało, że blizna po poprzednim cięciu rozciągnęła się do 2 mm. Rozwarcie utknęło na 6-7 centymetrze i nie postępowało od kilku godzin mimo silnych, długich i częstych skurczy. Jagódka nie miała zamiaru wychodzić, wciąż siedziała bardzo wysoko, nie wstawiała się, a badanie wewnętrzne było jak przedzieranie się przez długi tunel wprost do moich migdałków… Co dalej?

Mam sama zdecydować, co robimy, choć lekarz na tym etapie już sugeruje cięcie. Miotam się, w końcu tak długo czekałam, tak wiele zrobiłam, tak bardzo chciałam – mimo przeciwności – urodzić naturalnie… Szukam odpowiedzi w oczach i słowach douli i męża, rozmawiamy, zastanawiamy się, rozważamy – ale wiem, że oni wiedzą, że to moja decyzja, podkreślałam to tysiące razy przez całe miesiące przed porodem…

Decyduję.

Na stole operacyjnym przed znieczuleniem doganiają mnie jeszcze dwa skurcze, ostatnie w tym porodzie… Cieszę się, ale trochę mi żal – pora na zaangażowanie sił spoza możliwości natury. Boję się cięcia. Tym razem pamiętam i wiem, jak wygląda operacja i przede wszystkim – że ostatni skurcz nie będzie kończył bólu związanego z wydaniem na świat dziecka. Boję się tak bardzo, że proszę anestezjolożkę o trzymanie za rękę. Trzyma i głaszcze, a w międzyczasie żartuje i zagaduje, by odwrócić moją uwagę od wydarzeń za niebieską kurtyną. To tylko chwila, choć wydaje się, że wieczność.

Zaraz nareszcie będziemy razem – w chwili gdy to pomyślałam, usłyszałam „10.45, jest!” i łzy trysnęły mi z oczu prawdziwą fontanną. Natychmiast po opuszczeniu brzucha matki moja córka po raz kolejny pokazała charakter, siusiając na witających ją na świecie lekarzy… Chwilę później parawan opuszczono i Jagódka – cała fioletowa, mokra i wciąż połączona ze mną, dosięgła moich ust i twarzy swoją malutką nóżką.

Po odpępnieniu lekarz przytulił ją do mojego policzka – płaczącą, maleńką, piękną – uspokoiła się w ułamek sekundy, gdy zaczęłam ją witać znanym jej jeszcze z brzucha głosem. Nigdy nie zapomnę, jak pachniała i jak cudowne były jej oczka mrugające jak w zwolnionym tempie, patrzące tym tajemniczym mądrym wzrokiem, który tylko przez chwilę mają nowo narodzone dzieci.

Nie mogłam przestać płakać ze wzruszenia – już, nareszcie, w końcu – była z nami! Po chwili witała się ze swoim tatą, który czekał już na nią w noworodkowym kąciku. Symbolicznie odpępnił maleńką, pozbawiając ją zostawionego na tę okoliczność kawałka sznura pępowiny. A później znów trafiła do mnie. Lekarka uwolniła spod aparatury moją jedną rękę i tak, tuląc Jagódkowy policzek do swojego, opowiadałam jej o tym, jak bardzo się cieszę, że nareszcie jest z nami. Już po wszystkim doula pomogła nam wymościć Jagódce dogodne legowisko pod moją koszulą i tam, wtulona i wciąż plująca pozostałościami poprzedniego życia, moja mała dziewczynka ogrzewała się w ten cudowny magiczny dzień.

24 kwietnia, godz. 10.45, 3100 g, 54 cm – nasza córeczka.

Czy urodziła się tak, jak chciałam? Tak! Po rodzinnym, pełnym dobrych emocji porodzie. Wyczekana, zauważona, ważna dla każdego, kto towarzyszył nam i jej w tej drodze. Jagódka – księżniczka swoich narodzin. I ja – jak królowa matka, która tego dnia wydała ją na świat od początku do końca na swoich warunkach, u siebie i „u siebie” choć nie zawsze w domu. Otoczona ludźmi, którzy we mnie wierzyli i którzy robili wszystko, bym ten dzień zapamiętała tak, jak zapamiętałam – jako najpiękniejszy w swoim życiu.

Każdej przyszłej mamie życzę doświadczenia dobrego porodu – z poczuciem pełnego wsparcia, ogromnej mocy, pełnej podmiotowości i decyzyjności. Mój poród w moich rękach – to najważniejsze, bez względu na drogę, którą pojawi się na świecie dziecko. Już teraz nie mogę się doczekać następnego razu!:)

Przez ciernie do gwiazd (Łódź)

Czy można bezpiecznie urodzić siłami natury po cięciu cesarskim dziecko ważące ponad 4 kg? Owszem, można. Co więcej,  można to zrobić nawet w zaciszu własnego domu! Zapraszam do przeczytania historii porodów Agaty.

Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę byłam kompletnie nieświadoma tego czym jest poród. Moja mama zawsze mówiąc o tym jak nas rodziła, nie wspominała o żadnych problemach, bólu- poszło szybko i gładko. Poród nie wzbudzał moich obaw, pójdziemy do szpitala, urodzimy i już. Zapisaliśmy się do szkoły rodzenia, deklarując tym samym to, że urodzimy w tymże szpitalu(był 5 minut od domu) wyremontowany , z ładnymi salami (których widok niewiele mi mówił o praktyce w takich warunkach)położna prowadząca szkołę rodzenia opowiadała piękne historie jak to mogłoby wyglądać itp. Był piękny majowy wieczór, nadchodziła burza. Pojechaliśmy na IP. Pani mnie zbadała, chłodno poprosiła o wypełnienie ankiety z mnóstwem dziwnych pytań, odpowiedziała, że rozwarcia nie ma i mam się przebrać w piżamę i iść na oddział. Zamurowało mnie. Nieobyta ze służbą zdrowia pokornie się przebrałam, ale coś wewnątrz mnie nie zgadzało się na to co się dzieje.  Czy będzie dziwne to, że się popłakałam? Byłam roztrzęsiona, zaprowadzili mnie do sali na patologii ciąży, ale nawet tam nie weszłam. Stałam na korytarzu i płakałam, nie wiedząc co robić. Postanowiłam po konsultacji z mamą (która jest pielęgniarką)wracać do domu ( mama uświadomiła mi, że mogę wyjść na własną prośbę) wysłano mnie z oburzeniem na tę myśl do lekarza :„Będzie  burza! Pęcherze wtedy pękają! Pani zwariowała!” tak mi krzyknęła zdaje się, jakaś położna. Lekarz ( po czasie okazało się, że przyjmujący porody domowe) okazał się bardzo wyrozumiały wobec moich argumentów, iż nie zostanę szpitalu ponieważ to dla mnie obce miejsce z obcymi ludźmi. Ciśnienie 220- skoczyło mi z nerwów- także rozumiał. Wróciliśmy do domu. Po tym stresie, przy krótkich, ale męczących mnie skurczach, nie mogłam spać. Byłam całą noc na nogach. Rano- był przeddzień ustawowego terminu porodu i umówione KTG. Słabe skurcze i  2 cm rozwarcia. Lekarka wysłała mnie na porodówkę, bo rodzę. W gruncie rzeczy na porodówce był komplet więc poszłam na oddział, zjadłam obiad i czekałam, aż wpuszczą mojego męża. Skracając powiem tylko, że na badaniu koloru wód ( bezpodstawnego z resztą) przebili mi przypadkiem pęcherz, a potem wolna akcja porodowa, oksytocyna, brak postępu przy 8 cm, ja nieprzytomna z bólu i zmęczenia i cc o 00.20. Cc pod pełną narkozą, bo znieczulenie zadziałało na oskrzela zamiast na inne części ciała. Byłam załamana. Co ze mnie za kobieta, że nie umiem urodzić dziecka? Gdyby jeszcze były jakieś poważne problemy, ale po prostu akcja nie szła, poród stał w miejscu- dlaczego? Po znieczuleniu wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego dał mi się mocno we znaki. Do mojego psychicznego dołka dołożyło się to, że czułam się jak inwalidka. To ma być poród? Nie mogłam pogodzić się z tą cesarką przez pół roku. Dręczyło mnie to dzień w dzień, chciałam urodzić więcej dzieci, ale czy teraz nie grozi mi kolejne cięcie? A ile tych cięć mogę mieć? Nie chciałam więcej trafić na salę operacyjną . Kiedy synek miał 9 miesięcy  test ciążowy pokazał 2 kreski. Radość i obawa. To tak szybko- czy dam rade urodzić sn?  Grzebałam w necie szukając jakieś nadziei. Ile mam szansy na poród naturalny po cc? Historie pęknięć macicy a raczej samo straszenie nimi ( bo tak na prawdę znalazłam tylko jeden przypadek gdy pękła) nie były zachęcające…ale trafiłam w końcu na forum poród domowy, gdzie były dziewczyny podejmujące próby porodu po cesarce i były w tym mocno zdeterminowane. Zapaliłam się do porodu w domu- to było coś, co bardzo mi pasowało.  Bez tych wszystkich obcych twarzy nie zawsze miłego personelu… Wokoło pukali się w głowę na moje pomysły. Jak na złość spotykałam kobiety , które po pierwszym cięciu znowu miały cięcie, bo jak” jedno cięcie to potem zawsze cięcie”. Wbrew temu znalazłam położną przyjmująca porody domowe, omówiliśmy mój poprzedni poród. Na pytanie czy mogę rodzić po takim czasie, położna najspokojniej w świecie powiedziała: a co za różnica czy rodzisz 11,12 czy 18 miesięcy po cc? W swojej praktyce widziała tyle przypadków pęknięć  które wyliczy na palcach jednej ręki. To nie jest standardowe zagrożenie.  Zostało nam  czekanie na decyzję- dom czy nie? Ostatecznie położna nie zgodziła się na poród w domu, ale miała do nas przyjechać, gdy coś zacznie się dziać i mieliśmy pojechać do szpitala w odpowiednim czasie, gdy poród będzie na tyle rozkręcony, że skurcze nie „uciekną” mi ze stresu Pierwsze godziny, do 6 cm były w domu i były takie spokojne. Około 1 w nocy pojechaliśmy do szpitala. Rodziłam tam  jeszcze długo ( 8 godzin), znowu zastój przy 8 cm, ale już nikt nie przebijał pęcherza, porodówka nie była ładna, ale była cicha i pusta. Tylko my.  Poród niestety się przedłużał, wokoło wszyscy namawiali mnie na oksytocynę, ale ja i mąż twardo odmawialiśmy( po doświadczeniach ostatniego porodu, panicznie się jej bałam). Nawet moja położna zaczęła mnie naciskać. Nachodziły mnie myśli, że zaraz wyląduję na sali operacyjnej, chociaż nikt tego nawet delikatnie nie zasugerował… O 9.20 rano nasz drugi synek przyszedł na świat całkowicie naturalnie. To było wspaniałe rodzić go. Skurcze parte zupełnie mnie zaskoczyły swoją siłą i mocą. Stosując się do każdego wskazania położnej ( dmuchać, przeć, wstrzymać się)urodziłam bez pęknięcia dziecię z wagą 4050 kg. w pozycji kolankowo- łokciowej na łóżku.   Byłam pełna entuzjazmu- jak po zwycięskiej wojnie. Byłam pewna siebie, swojej siły- wspaniałe emocje. W szpitalu gratulowali nam determinacji i siły, byli pod wrażeniem. Po kolejnych dwóch latach, już w domu urodził się nasz trzeci synek jeszcze większych gabarytów niż poprzedni ( 4170 kg). Poród był nieco krótszy, ale przy końcówce znowu miałam problemy z postępem porodu. Skurcze trwające 40 sekund- to zbyt krótko, by urodzić w ekspresowym tempie.  Urodził się na stołeczku porodowym, w naszej sypialni . I tym razem nie odniosłam żadnych obrażeń. To był wspaniały poród, do tego kolacja już po, zjedzona we własnej kuchni. Obecnie czekamy na nasze czwarte maleństwo, które także planujemy rodzić w domu. Z tą samą wspaniałą położną. Dzięki jej spokojowi, doświadczeniu oraz naturalnemu podejściu   miałam szansę  doświadczyć  porodu w całym jego pięknie. To pierwsze doświadczenie i cesarka,  z perspektywy czasu wiele mnie nauczyły. Zdobyłam niesamowitą wiedzę dotycząca ciąży, porodu i pracy całego mojego ciała w tym czasie. Walka o naturalny poród  pokazała mi ile jest we mnie siły i determinacji. Głos wewnętrzny- wierzę, że także Boży głos, mówił mi zawsze spokojnie, że się uda. Nauczyłam się bardziej ufać temu głosowi i chociaż przeżyłam wiele trudnych chwil w drugiej ciąży udało się. Tego życzę każdej z was, która pragnie urodzić swoje dziecko naturalnie po jednym, a może dwóch  cięciach. Życzę także znalezienia mądrej położnej, która będzie was w tym wspierać .

Powtórne Narodzenie (Warszawa)

O niezwykłej sile kobiecej intuicji, istocie psychicznego przygotowania do porodu i o tym, jak pięknie i nienarzucająco można wspierać kobietę w jej wyborze szczęśliwego rozwiązania. Oto historia Zuzanny.

Patrząc na usposobienie obu moich synów silnie wierzę w to, ze sposób urodzenia i emocje związane z porodem mają niesamowity wpływ na późniejszy charakter dziecka.

Mój pierwszy syn miał być urodzony naturalnie, przygotowywałam się do porodu z doulą, Gosią Borecką, to z nią miałam go urodzić w Szpitalu Św. Zofii. Cała ciąża przebiegła bezproblemowo, wręcz idealnie. Czułam się świetnie, Mały odwrócił się i czekał na poród. I nagle, w 35 tygodniu ciąży zaczęłam mieć bardzo silne bóle głowy. Początkowo mnie nie przeraziły, bo często bolała mnie głowa w ciąży, ale pojawił się także ból brzucha. Pojechałam do szpitala na kontrolę, na której lekarz stwierdził, że wszystko jest w porządku. Dwa dni później objawy się powtórzyły: koszmarnie bolała mnie głowa, nadbrzusze, pojechałam do szpitala ze wszystkimi dokumentami, czułam, że jest coś nie tak. I tu po raz pierwszy poczułam siłę kobiecej intuicji.. Po przyjeździe okazało się, że mam koszmarnie wysokie ciśnienie, białko w moczu, problem z wątrobą… Słowem wszystkie niepokojące ciążowe objawy. Po kilku godzinach obserwacji, podawania leków i nieustępujących a wręcz postępujących objawach Zespołu HELLP (jak się potem dowiedziałam) w nocy zadecydowano o Cesarskim Cięciu. I tak, miesiąc przed planowanym terminem, urodził się mój pierwszy syn, na szczęście zdrowy, śliczny i cudowny. Całą operację przeżyłam koszmarnie. Najpierw dosłownie wyrywanie dziecka z brzucha, potem niesamowity, przeraźliwy płacz… Synka pokazano mi na chwile, ale ja otumaniona znieczuleniem, nie mogłam nawet się przyjrzeć a małego od razu zabrano do inkubatora, w którym musiało zostać jeszcze kilka dni a ja go mogłam tylko widywać.  Fizycznie czułam się świetnie ale psychicznie okropnie. Przez jakieś pół roku kompletnie nie czułam, że to ja urodziłam moje dziecko – zupełnie jakbym je od kogoś dostała. Całe doświadczenie porodu na Sali operacyjnej, w momencie, w którym się tego nie spodziewałam, było bardzo trudne. Miałam pretensje do siebie, do swojego ciała, które zawiodło. Moje dziecko dużo chorowało, bardzo długo cierpiało na kolki, przyczyny tego wszystkiego szukałam właśnie w porodzie mając do siebie żal, że tak skrzywdziłam małego. Dopiero po roku przestałam płakać na myśl o porodzie. I zaczęłam wtedy myśleć o kolejnym dziecku.

Poszłam do polecanego ginekologa, żeby porozmawiać o planowanej ciąży i lekarz mi ją odradził. A potem kolejny i kolejny. 3 lekarzy odradziło mi kolejną ciąże ze względu na ryzyko powtórzenia się Zespołu Hellp, i to we wcześniejszym tygodniu ciąży, co mogłoby być dużo bardziej niebezpieczne dla mnie i dla dziecka. Po wizycie u ostatniego lekarza, który powiedział to samo, byłam załamana. Zaczęliśmy rozmawiać z mężem o adopcji. I wtedy przypomniałam sobie o polecanej Pani Dr. Marzenie Dębskiej, specjalistce od TRUDNYCH ciąż. Zaniosłam Pani Doktor całą historię pierwszej ciąży, wypisy ze szpitala moje i dziecka, aktualne badania…Pani Doktor spojrzała na mnie i powiedziała słowa, które chyba zawsze będę pamiętać: Pani Zuzanno, Pani ma oczy zdrowej osoby, wszystko będzie dobrze, proszę do mnie wrócić w ciąży. Potem dodała, że historia może, ale nie musi się powtórzyć, że trzeba będzie całą ciążę skrupulatnie robić badania i mierzyć ciśnienie. Pamiętam, że w tamtym momencie szczerze poczułam, że wszystko będzie dobrze. I że ten poród będzie cudowny i naturalny.

Ciążą przebiegała bez komplikacji, ale zespół HELLP pojawia się na ogół w 3 trymestrze, także do końca była lekka niepewność co do rozwiązania. Dr Dębska chciała rozwiązać ją planowo przez cesarskie cięcie, żeby być pewną, że będzie wszystko ok., natomiast, co mnie mile zaskoczyło, nie nalegała na cesarkę, nie namawiała mnie na nią – mówiła, że ona by tak wolała, ale to ja znam swoje ciało. Ani razu nie wzbudziła we mnie strachu, niepewności, nigdy nie padły z jej ust słowa o jakimkolwiek niebezpieczeństwie grożącym mi podczas porodu naturalnego. Bo moje ciało chciało rodzić J. Oczywiście byłam otwarta na sytuację, kiedy znów się wszystko skomplikuje i potrzebne będzie cesarskie cięcie, ale czułam, naprawdę czułam, że nic się tym razem nie skomplikuje. Bałam się, ale jak czegoś nowego i nieznanego. Do porodu, również w Szpitalu Św. Zofii przygotowywałam się z cudowną doulą i joginką, wspaniałą kobietą-balsamem Olą Kunstler. Te spotkania z Olą bardzo mi pomogły psychicznie i fizycznie przygotować się do porodu, podjąć decyzję o tym, że chcę rodzić bez znieczulenia, pozbyć się jakiegokolwiek strachu i wprost zakochać się w porodzie. I w idei porodu. Uwierzyć w to, że ciało będzie mnie prowadziło przez poród. Spotkałam się tez z położną, Magdą Witkiewicz, która również spokojnie podeszła do tematu cesarskiego cięcia dwa lata wcześniej.

Zbliżający się poród, mimo braku jakichś specjalnych symptomów, czułam kilka dni wcześniej – wiedziałam, że urodzę do końca tygodnia. I tak, w sobotę o 7.40, po dosłownie 40 minutach od przyjazdu do szpitala, bez jakichkolwiek komplikacji, bez specjalnego bólu, bez znieczulenia, nacięcia, BEZ PŁACZU, prosto do moich ramion, urodził się nasz drugi syn. To było niesamowite. Ten spokój małego, wsparcie położnej, przeżywanie skurczy, których się nie bałam, dzięki wcześniejszym rozmowom z Olą. Poród był dokładnie taki, jaki miał być. Taki, jaki miał być też ten pierwszy. Drugi synek był jakby kopią starszego. W magiczny sposób poczułam się tak, jakbym wreszcie przeżyła też ten pierwszy poród. Tuląc młodszego miałam wrażenie jakbym tuliła ich obu, nowo narodzonych naraz. Wreszcie przeżyłam poród, którego nie przeżyłam dwa lata wcześniej. A ja jako kobieta też narodziłam się na nowo – prawdziwie uwierzyłam w siebie.

Myślę, że to, co pomogło mi w takim wspaniałym przeżyciu porodu, to wsparcie wszystkich, którzy mieli z nim cokolwiek wspólnego – od Dr. Dębskiej poprzez Położną aż po cudowną wspierającą doulę i dzielnego męża. Nikt nigdy nie poddał pod wątpliwość mojej decyzji wierząc, że kobieca intuicja to jednak ogromna potęga.  Ważne jest też otwarcie na wszystko to, co się dzieje. Przy pierwszym porodzie nie brałam pod uwagę cesarskiego cięcia i myślę, że dlatego doznałam takiego szoku, z którym później trudno mi było sobie poradzić. Opierając się na swoim doświadczeniu chciałabym życzyć wszystkim czytelniczkom portalu, żeby wsłuchały się w siebie i w swój wewnętrzny głos czasami zagłuszany przez nie nasze sądy i przekonania. Bo nasze ciało naprawdę nas zawsze ostrzeże przed niebezpieczeństwem ( jak przy pierwszym porodzie) i poprowadzi właściwą drogą.

„Narodziny Franka, czyli jak matka się rehabilituje we własnych oczach” (Warszawa)

Niepewność i wątpliwości. Nadzieja i załamanie. Decyzja o powtórnym cięciu i … spóźniony anestezjolog. Oto trzymająca do końca w napięciu historia Olgi.

Tak naprawdę powinnam zacząć historię od narodzin naszego pierworodnego Kuby, skoro ma to być historia szczęśliwego porodu VBAC, ku pokrzepieniu serc mam po cesarkach, liczących na naturalne rodzenie. Ale wspomnę tylko krótko.

Kubuś przyszedł na świat szczęśliwie – zdrowy i śliczny. Tylko niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Medycyna wkroczyła do naszych pierwszych chwil bardzo mocno – patrząc z perspektywy czasu sama już nie wiem, na ile potrzebnie, na ile nie i nie chcę tego roztrząsać. Nasza relacja jest super, miłość jest od początku, karmienie w 100% udane, więc jak mówiła mi większość znajomych, „wszystko jest w porządku”. A jednak jego narodziny zostawiły mi bliznę na brzuchu i dziurę w sercu. Dziwaczne, dla mnie samej absurdalne, ale nie do przezwyciężenia uczucie, że zawiodłam, że coś jest nie tak ze mną jako kobietą i matką, skoro moje ciało nie potrafiło wydać dziecka na świat.

W drugiej ciąży, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie myślałam o porodzie. Chyba więcej myślał o nim mój mąż, który wszystkim wokół opowiadał, że chcemy urodzić naturalnie, a ja to powtarzałam. Jak mantrę. I w duchu liczyłam, że lekarze zakażą mi rodzić naturalnie. Cesarka była znana. SN było tym, czemu nie podołałam. A przecież od tego czasu nie stałam się lepsza, czy silniejsza. Jednak żaden ginekolog nie widział powodu, dla którego nie miałabym urodzić SN. Mówili tylko, że mam wybór, że w mojej sytuacji jeśli chcę cc, to wystarczy powiedzieć. Takie proste.

A jednak czekałam po prostu, aż zacznie się akcja porodowa i oddałam sprawę Bogu, wierząc, że mnie samą to zwyczajnie przerasta.

Był piątek wieczorem, minął nam dzień jak co dzień, taki ze spacerem, odwiedzinami u przyjaciół, rodzinną obiadokolacją. Wieczorem w przypływie chęci porozpieszczania pierworodnego wstałam, żeby dać mu jajo z niespodzianką, rzecz dla niego niespotykaną;) Kiedy wstawałam po to jajo, o którym zawsze będę pamiętać, wydarzyła się rzecz równie dla mnie dziwna – wody chlusnęły, mocząc mnie aż do podłogi. Pamiętałam dobrze ten sterylny zapach, właściwie czekałam na niego… Wtedy początek był taki sam, tylko mniej spektakularny – sączyły się.

Działaliśmy na spokojnie. M pojechał po moją mamę, ja oglądałam z Kubą bajkę. Potem jeszcze jego kąpiel, dopakowanie ostatnich rzeczy i pojechaliśmy do szpitala. I ta myśl z tyłu głowy: wszystko jest jak wtedy, wody lecą, skurczów niet.

Na IP standard, KTG, dużo papierków. Wody moczące wszystko wokół. Kiedy czekaliśmy na korytarzu, czekając na wolną salę porodową, zaczęły się pierwsze skurcze. Delikatniutkie i nieregularne, dające cień nadziei 🙂 Mąż pełen optymizmu, przekonany, że wszystko będzie tak jak ma być – czyli naturalnie. Ja sama nie wiem.

Dostajemy salę błękitną. Śliczną, przestronną. I moja myśl znów: fajnie by było, gdyby to tu urodził się nasz syn. Szkoda, że to będzie na sali operacyjnej.

Jest północ, w sali gra radio, z mężem tańczymy porodowy taniec. Na pytanie położnej o skurcze odpowiadam „jakieś tam są”. Zgodnie z prawdą.

Nic się jednak nie dzieje, główka Frania jest wysoko, 1 cm rozwarcia. Około 4 idziemy spać – ja w sali porodowej, mąż w domu. Budzę się o 8 i stwierdzam, że skurcze zniknęły. Za chwilę M. przyjeżdża i zastaje mnie we łzach. Miałam rację – nie umiem rodzić dzieci. Wyciąga chusteczki, przytula mnie trochę i zaprasza na spacer po korytarzu. Spacer przywraca skurcze, nieregularne, ale mocniejsze. Położne cały czas są w okolicy, ale są super dyskretne.

Udaje nam się „wychodzić” 4 cm rozwarcia, potem 5. Skurcze bolą przeokropnie. I cały czas te 5 cm, przez godzinę, dwie, trzy i więcej… Nie mam już siły chodzić, nie mam siły na nic. Siadam na krześle i płaczę, że ja już nie chcę, że to nie ma sensu, skoro i tak musi się skończyć jak ostatnio. To jest ten moment, kiedy naprawdę tracę wiarę. M. delikatnie, nie wiem nawet kiedy i jak, prosi personel o wsparcie. Przychodzi położna i pani doktor, która opowiada mi o własnych dwóch porodach – pierwszym cc, drugim sn. Obie mówią, że jeśli będę chciała cc, to ok, ale żebym próbowała, bo warto, żebyśmy dali synkowi jeszcze trochę czasu. Siły mi wracają, chociaż uporczywe myśli o własnej bezsilności wcale nie chcą się ode mnie odczepić. Przy tych 5 nie chcących drgnąć centymetrach, skurcze robią się naprawdę bolesne. M trzyma za rękę, masuje, daje mi pić i stara się pokazać, że go moje wrzaski aż tak bardzo nie ruszają. Po jednym wyjątkowo popisowym okrzyku przychodzi położna. Znowu czuję się słabiej, dostaję w kroplówce płyn z elektrolitami – to pierwszy medykament, jaki mi w ogóle zaaplikowano po przybyciu do szpitala. Muszę już naprawdę wyglądać na cierpiącą, bo w końcu pada to pytanie „Czy chce pani cięcie?”. Półgębkiem odpowiadam, że tak, a potem szeptem przepraszam męża. On szepce mi do ucha kilka bardzo ważnych słów, które niechaj zostaną między nami. Przebierają mnie w koszulę szpitalną, trzęsącą się łapką podpisuję zgody, których nie jestem w stanie przeczytać. Ale na razie nic więcej stać się nie może – na bloku porodowym nie ma anestezjologa, trzeba czekać na tego, który asystuje przy ratującej życie operacji na innym oddziale. Żeby mi ulżyć, położna daje mi do kroplówki środek rozkurczowy. I wtedy wszystko zaczyna się toczyć strasznie szybko.

Zostajemy z M sami w sali i razem sobie cierpimy przy kolejnych skurczach – on w ciszy, ja bynajmniej 😛 Bo środek rozkurczowy przyniósł ulgę na chwilę, potem wszystko wraca, mam wrażenie, ze zdwojoną mocą. Skoro już znam decyzję, nie mogę się doczekać anestezjologa i ulgi. Martwię się trochę o synka. Wiem, że medycznie wszystko u niego w porządku, tylko że z nim też nie przywitam się tak, jak bym chciała.

Jednak z bólem przychodzi też i powolne pogodzenie i wtedy… wtedy mam pierwszy skurcz inny od wszystkich poprzednich. Czuję coś jakby… parcie? Przychodzi cała fala uczuć. Entuzjazm! Niezrozumienie – hej, przecież ja nie rodzę, ja czekam na cesarkę! Przerażenie – przecież tu nikogo z nami nie ma! Nie wiem, co mam wykrzyczeć, ostatecznie wybieram to ostatnie i mówię M, żeby kogoś zawołał. Wraca z położną, która mnie bada, uśmiecha się szeroko i mówi, że niniejszym rodzimy, jest pełne rozwarcie. Dalej jestem w szoku, ale mam zupełnie nowy przypływ sił, po tych 22 godzinach porodu, które już minęły, mam wrażenie, że teraz mogę wszystko. Do sali wraca mój M, który uśmiecha się, trzyma mnie za rękę, szepcze i w ogóle jest jedną wielką pozytywną wibracją. Od tego pierwszego niezrozumiałego dla mnie skurczu mija dokładnie 18 minut i na moim brzuchu znajduje się Franek. 3335 g szczęścia, 55 cm, 10/10 pkt w skali Apgar, ma burzę włosów i krzyczy, a my całujemy go po głowie i tulimy. Cały świat nagle cudownie staje na swoim miejscu, wszystko robi się super spokojne. M. spełnia marzenie i przecina pępowinę. Rodzenie łożyska, szycie, to wszystko odbywa się jakby poza mną. Te dwie godziny są nasze, dla Franka, męża, mnie i, nie ukrywajmy, mojego poczucia triumfu i wdzięczności wobec Boga. Potem spokojnie rozmawiamy sobie z położną, ona waży, mierzy i ubiera Frania, który następnie spokojnie zasypia w ramionach swojego taty, a ja myję się w wannie. Jedziemy na salę na oddział, po drodze wypijam herbatę. Świat nadal jest przecudowną oazą spokoju. Jako i moje dziecko – jak się później okazuje.

Po tym porodzie zdecydowanie mam komu dziękować – przede wszystkim Opatrzności, zajętemu anestezjologowi, środkowi (sic!) rozkurczowemu,  dwóm bardzo mądrym położnym i mojemu mężowi J I jeszcze moim synkom za to, że są.

A to my w około pół godziny po porodzie:

557959_10201022853839355_1986857682_n

Narodziny Ignasia i Józi (Warszawa)

Poród domowy zakończony niespodziewaną cesarką i uzdrawiający poród siłami natury po cc. Oto inspirująca, tętniąca emocjami historia Kasi.

Moja córeczka przyszła na świat zaledwie trzy tygodnie temu, ale historia tych narodzin zaczyna się dużo wcześniej…

Pamiętam bardzo dobrze, jak moja mama wspominała swoje dwa porody. Ból, strach, przerażająca samotność, upokorzenie. O ile narodziny mojego brata miały w miejsce w jednej z wielu istniejących jeszcze wtedy izb porodowych i, poza mglistym wspomnieniem bólu, nie pozostawiły po sobie wielkiego piętna, o tyle, moje narodziny były dla mamy traumatycznym przeżyciem. Doświadczyła wszystkich serwowanych wówczas w szpitalach „atrakcji”, musiała zmierzyć się ze znieczulicą lekarzy, którzy, zebrawszy się licznie wokół łóżka porodowego, nie szczędzili niesmacznych komentarzy. Po porodzie mamę poinformowano, że urodziła się córeczka. Córeczkę pielęgniarka natychmiast skwapliwie porwała i zaniosła na Oddział Noworodkowy, mamę zaś, z braku miejsc, umieszczono na Oddziale Ginekologii. „Brudnym”, jak mówiono, oddziale. Przez trzy dni nie mogła nawet przyjść i zobaczyć swojego dziecka, nie mówiąc o przytuleniu czy nakarmieniu…

Miałam kilkanaście lat, gdy słuchałam tych historii. Nie czułam współczucia. Czułam tylko gniew. Nie chciałam wierzyć, że ten obezwładniający ból, strach i poczucie odarcia z godności są nieodłączną częścią macierzyństwa. Rosło we mnie postanowienie, że, jeśli kiedyś będę miała dzieci, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by udowodnić światu, mojej mamie i sobie samej, że prawda o porodzie jest inna…

Minęło kilka lat. Byłam już szczęśliwą, zakochaną po uszy narzeczoną. Przez przypadek wpadły mi w ręce historie porodowe nadesłane do Fundacji Rodzić po Ludzku. Przeczytałam je wszystkie. Poczułam się tak, jak wtedy, gdy słuchałam opowieści mojej mamy: łzy gniewu, bezsilności i mocne pragnienie, by ze mną było inaczej. Wtedy trafiłam na opisy porodów domowych. Zachwyciłam się niezwykłą siłą, mądrością i pasją, która z nich płynęła. Zapragnęłam, by tak właśnie wyglądał mój poród: by przebiegał w atmosferze spokoju, szacunku dla mamy i rodzącego się dziecka, by były przy mnie osoby, którym ufam, by to wydarzenie mogło być źródłem siły, a nie bolesnym wspomnieniem, które będę chciała jak najszybciej wymazać z pamięci.

Kilka miesięcy po ślubie zobaczyłam na teście ciążowym dwie różowe kreseczki. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Ciąża przebiegała podręcznikowo. Rozpieszczałam się zapamiętale, dbałam o dietę, ćwiczyłam, spacerowałam, głaskałam rosnący w zaskakująco szybkim tempie brzuszek i przygotowywałam się do rodzenia w domu. Powoli zbliżał się termin porodu…
Któregoś dnia, gdzieś w okolicach 39 tygodnia, ogarnęło mnie nagłe przerażenie. Jak sobie poradzę? Jak będzie wyglądać moje życie? Co, jeśli nie uda się urodzić w domu? Na wieczór miałam zaplanowaną wizytę lekarską. Okazało się, że mam już 2 cm rozwarcia i w ciągu kilku najbliższych dni powinnam zacząć rodzić. Około 2 w nocy poczułam lekkie skurcze, które dość szybko zaczęły się nasilać i występować z coraz większą częstotliwością. Obudziłam męża, spojrzał na zegarek i stwierdził „Dziewczyno, ty masz skurcze co 3 minuty!”.

A więc rodzimy! Jeszcze kawałek bloku czekoladowego zjedzony między skurczami, szybkie przeczesanie włosów (no przecież w takim dniu nie mogę wyglądać byle jak!) i telefon do położnej. Zaczynamy porodowy taniec. Już nie mam wątpliwości. Moje ciało musi poddać się temu rytmowi, który narzuca nam coraz szybsze tempo. Przytulam się do męża, śpiewam samogłoski, muszę się otworzyć, nie mogę się bronić, to takie trudne… 6 rano. Jest już nasza położna. Badanie – 6 cm rozwarcia! „ O 12 powinniśmy mieć już dzieciątko” – mówi. Skurcze zaczynają być trudne do zniesienia. Drażni mnie dzienne światło. Łatwiej rodzi się w ciemności. Woda nie pomaga, nie mogę sobie znaleźć miejsca w wannie. Masaż krzyża tylko nasila ból. Próbuję różnych pozycji. Kucam podtrzymywana przez męża, klęczę przy fotelu, na sako… Już dawno straciłam poczucie czasu… Wiem tylko, że każdy kolejny skurcz przychodzi zbyt szybko. B. jest przy mnie, wspiera mnie, naprawdę rodzi ze mną. Położne są na każde nasze zawołanie. W którymś momencie zaczynam jednak rozumieć, że nie wszystko idzie tak, jak powinno… Główka dziecka jest cały czas wysoko, choć mamy już prawie pełne rozwarcie… Zaczynam się bać, kalkulować, próbuję przypomnieć sobie jakieś informacje ze szkoły rodzenia… Ale przecież to macica, nie głowa, ma rodzić. „Chyba będziemy musieli jechać do szpitala” – słyszę głos położnej. Dzwonimy do mojej lekarki- ona też radzi udać się na izbę przyjęć. Już wiem, że nie urodzę. Poddaję się, choć moim ciałem wciąż szarpią bolesne skurcze. „Zrobią mi cesarkę?” – pytam. „Nie będzie żadnej cesarki”.
Przypomina mi się sen z początków ciąży. Budzę się rano w mieszkaniu moich rodziców, macam brzuch – płaski. Przerażona biegnę do ich sypialni i krzyczę: „Co stało się z moim dzieckiem?!” A oni odpowiadają: „Zrobiliśmy ci w nocy cesarkę. Tak będzie dla Was najlepiej”.
Na jawie decyzja już podjęta. Jedziemy do szpitala. Jestem jednym wielkim skurczem, nie wyobrażam sobie, jak zniosę jazdę samochodem. Jednak posłusznie ubieram się, bierzemy przygotowaną na wszelki wypadek torbę i ruszamy. Jest około 17. Godzina korków. Pada deszcz. Mamy do pokonania całkiem spory kawałek drogi. „Nie ma zagrożenia życia” – uspokaja nas położna. Ja mamroczę modlitwy, ściskam w dłoni różaniec, modlę się już tylko o siłę do zaakceptowania tego, co się ma stać. Na izbie przyjęć wszyscy są mili, ale musimy wypełnić całą stertę dokumentów. Podpisuję je bezwiednie między kolejnymi skurczami, kucając przy łóżku. Jest mi wszystko jedno. Chcę tylko, żeby to się już skończyło i żeby nikt na mnie nie krzyczał. Staję się potulną pacjentką, chociaż w teczce z dokumentami mam spisany mój plan porodu, który, w razie potrzeby, miał mnie chronić przed szpitalną rutyną. Plan porodu diabli wzięli. Teraz każą mi się położyć na łóżku i wiozą mnie na trakt porodowy. Podłączają mnie pod ktg. Porażona bólem, wrzeszczę wniebogłosy, położna szybko odpina pasy. Jest decyzja o cesarskim cięciu. Mam przejść do sali obok. Ostatni skurcz łapie mnie w progu drzwi. Kucam, trzymając się framugi. Ktoś z tyłu pogania mnie, krzyczy, że nie mamy czasu, bo następna pacjentka czeka w kolejce. Zastrzyk w kręgosłup. Ogromna ulga dla wymęczonego ciała, ale ból kumuluje się teraz w przerażonym umyśle. Płaczę, trzęsę się ze strachu, nie wiem, co się ze mną dzieje. Ktoś rzuca: „ Co Pani tak histeryzuje?”. Odpływam. Z letargu wyrywa mnie głos lekarza „ 19:03″. Jak to, już jest? JEST! Synek! 4392 g, 57 cm. ILE?! Jest taki piękny. Nie pozwalają mi go przytulić, pokazują tylko z odległości kilkunastu centymetrów. Dzięki Bogu, jest ze mną mąż. Równie oszołomiony jak ja, biega między niemowlęcą wagą a stołem operacyjnym. Chwilę potem rozdzielają nas. Budzę się na sali pooperacyjnej, podłączona mnóstwem kabelków do różnych maszyn. Moje ciało jest bezwładne, zupełnie obce. Przynoszą małego. Moja pierwsza myśl: „ Dlaczego ma na sobie ubranko, którego nie lubię?” Zaczyna się nowy rozdział w moim życiu, długa droga uczenia się miłości do tego małego człowieka. Ratuje mnie wspomnienie tych kilkunastu godzin porodu spędzonych w domu. Nie pamiętam już bólu, tylko niezwykłą bliskość, której doświadczyłam z mężem, słowa pełne miłości, ciepłą obecność położnych. Cieszę się, że mogłam dać mojemu synkowi ten czas, że doświadczyłam bólu rodzenia. Wszystkim, którzy teraz powtarzają mi „A nie mówiłam?”, odpowiadam, że poród był piękny, że żadnej decyzji nie żałuję. Tylko ta cesarka… Mamie podsuwam książkę naszej położnej. Początkowo sceptyczna, zaczyna czytać relacje porodowe i łzy napływają jej do oczu. „Teraz rozumiem” – mówi.
10 miesięcy później, w piękny, majowy poranek, znów widzę dwie kreseczki. Lekkie zaskoczenie, ale cieszymy się. Wiem, że większość lekarzy każe zaczekać z kolejną ciążą po cesarce co najmniej 12 miesięcy, ale ja bardziej niż o pooperacyjną bliznę, boję się o blizny na sercu, które pozostawił tamten poród. Jednocześnie gdzieś, w głębi duszy, ufam, że w doświadczeniu drugiego macierzyństwa czeka mnie uzdrowienie.
Ciąża i tym razem przebiega spokojnie, choć nie mam już czasu na rozpieszczanie się. Moje otoczenie też nie zwraca wielkiej uwagi na mój rosnący brzuszek i chyba mi z tym dobrze. Wiem, że noszę w sobie tajemnicę nowego życia i to mi wystarcza. Nie muszę być już idealną, zawsze uśmiechniętą ciężarną: pozwalam sobie na dietetyczne grzeszki i chwile zupełnego załamania. Szukam w Internecie informacji na temat porodu naturalnego po cesarskim cięciu. Na polskich stronach dużo suchych, medycznych danych. Nie tego potrzebuję. W końcu trafiam na linki do anglojęzycznych stron. Płaczę, czytając wiersze napisane przez kobiety, których dzieci przyszły na świat przez cesarskie cięcie. Czytam historie mam, których jedyną kartą przetargową w walce o naturalny poród było wielkie, instynktowne pragnienie, by urodzić własnymi siłami. Raz jeszcze przeżywam swoją żałobę, płaczę nad sobą, nad moim synkiem, nad naszymi pierwszymi, wspólnymi chwilami pełnymi łez, zwątpienia, strachu i bezradności. Powoli rodzi się we mnie zgoda na te doświadczenia. Oto jestem: ja – matka niedoskonała, rodząca przez cesarskie cięcie, karmiąca butelką, płacząca przez długie miesiące. Nie dałam synkowi najlepszego porodu, najlepszego pokarmu, lubiłam wymykać się z mężem z domu, zostawiając go pod okiem babci, czasem, zamiast Mozarta, puszczałam mu Depeche Mode, ale teraz patrzę na niego i widzę małego, szczęśliwego chłopca, który mnie kocha. Z wzajemnością. Pod sercem noszę zaś malutką dziewczynkę, która kopie mnie z coraz większą siłą.
Od początku nie mam wątpliwości, że chcemy próbować rodzić naturalnie, jeśli tylko nie wystąpią jakieś niespodziewane komplikacje. Lekarze sceptycznie patrzą na wpisaną w kartę ciąży „niewspółmierność porodową”, która miała być przyczyną cesarskiego cięcia. Niektórzy straszą „położniczym sajgonem”, kręcą głową nad krótką przerwą między ciążami, powtarzają, że wszystko zależeć będzie od wagi dziecka, ale ostatecznie nie przekreślają naszych szans na poród drogami natury. Tym razem będziemy rodzić w szpitalu, ale miejsce nie jest dla mnie najważniejsze. Decydujemy się na indywidualną opiekę położnej. Po spotkaniu z położną E. wracam do domu spokojna. Marzę po cichu o naprawdę dobrym porodzie, ale wiem, że każdy scenariusz może się spełnić. Nie chcę planować, wybiegać w przyszłość, usilnie czepiać się jednego rozwiązania. Proszę tylko małą, żeby nie urosła nam za bardzo i nie chciała wychodzić zbyt prędko. To dopiero 34 tc, a mnie od kilku tygodni męczą skurcze, szyjka już miękka, przygotowana do porodu. Boję się przedwczesnego porodu, no i obiecałam E., że nie zacznę rodzić w sylwestrową noc. Mija Sylwester, jeden tydzień, drugi, trzeci… Zaczynam się niepokoić. Zaopatruję się w olej rycynowy, ale jakoś nie mam odwagi go wypić.
W sobotę, tydzień przed terminem porodu wg USG, wybieram się rano na wyprzedażowe zakupy, a moich mężczyzn wysyłam do lasu na spacer. Po spacerze młody zasypia kamiennym snem, a my mamy trochę czasu dla siebie. Wieczorem chcemy wybrać się na Eucharystię celebrowaną przez naszą wspólnotę. Ja mam w planach jeszcze „indukcyjną” sesję schodzenia po schodach. Zakładam wygodne dresy i zaczynam mój „trening”. Trochę wątpię w skuteczność moich działań, czuję się idiotycznie i mam tylko nadzieję, że nie spotkam żadnego sąsiada. No cóż, lepsze to niż nicnierobienie i nerwowe wpatrywanie się w kalendarz z zaznaczonymi kolejnymi tygodniami ciąży.

Wieczorem czuję lekkie pobolewanie w podbrzuszu, ale staram się nie zwracać na nie zbytniej uwagi. Spokojnie szykujemy się do wyjścia. Jest 20. Docieramy do oddalonego o 25 km kościoła. Ławki są koszmarnie niewygodne, nie mogę sobie znaleźć wygodnej pozycji. Z każdą minutą coraz trudniej mi nie myśleć o tym, co się dzieje w moim brzuchu. Po Komunii wymykam się dyskretnie. Skurcze zaczynają się nasilać. Są zupełnie inne niż przy pierwszym porodzie. Nie wyobrażam sobie, jak je zniosę, jeśli będą jeszcze mocniejsze. Trzęsę się z zimna. Marzę o jakimś ciepłym, przytulnym miejscu, o ciepłej wodzie. Wracam do sali, ktoś próbuje mnie pocieszyć, ale ja chcę już uciec, przytulić się do męża, nie chcę z nikim rozmawiać, nie chcę słów pocieszenia. Trudno mi jeszcze uwierzyć, że to poród, ale kurcząca się macica powoli przejmuje kontrolę nade mną. Kończy się Msza. Mąż przekonuje mnie, że powinnam zadzwonić do położnej. Za jej namową jedziemy jeszcze do domu. Mam wziąć prysznic, no-spę i zobaczyć, czy skurcze się nie wyciszą. W samochodzie nie mam już jednak wątpliwości, że właśnie zaczął się poród. Skurcze pojawiają się co 2, 3 minuty. W końcu docieramy do domu. Z trudem dochodzę do łazienki, próbuję się rozebrać i wejść pod prysznic, ale nie daję już rady. Dzwonimy do położnej. Właściwie to mąż dzwoni, bo ja próbuję w tym czasie znaleźć jakąś wygodną pozycję w czasie skurczu i złagodzić ból oddychaniem. Mamy być w szpitalu za godzinę. Ostatnie spojrzenie na śpiącego synka, kilka wskazówek dla opiekującej się nim babci, bierzemy torby i wsiadamy do samochodu. Jest prawie północ, pogodna zimowa noc, puste ulice. Kucam na tylnym siedzeniu samochodu, zamykam oczy. W czasie skurczów proszę B., żeby oddychał ze mną. Między skurczami śpiewam cichutko.
Docieramy do szpitala. Na izbie przyjęć nie ma żadnych pacjentek. Większość mojej dokumentacji jest gotowa, musimy tylko dopełnić kilku drobnych formalności. Jest już położna. Badanie – 5 cm rozwarcia. Tętno dziecka prawidłowe. Idziemy do sali Śliwkowej. Uśmiecham się – śliwkowy to mój ulubiony kolor.
Na początek krótkie badanie ktg. Na szczęście mogę cały czas kucać oparta o łóżko. Jestem spokojna i maksymalnie skupiona na tym, co dzieje się z moim ciałem. Nie chcę wybiegać myślami do przodu, nie zastanawiam się, ile jeszcze czasu przed nami. Odpycham od siebie wszystkie lęki: nie myślę o bliźnie na macicy, nie myślę o tym, czy tym razem się uda, nie myślę o bólu, o tym, że mogę nie dać rady. Liczy się tylko dana chwila. Wyjątkowy czas dany mi i mojej córeczce.
E. proponuje kąpiel, a ja przyjmuję jej propozycję z wdzięcznością. Ciepła woda łagodzi ból, rozluźnia napięte mięśnie. Skurcz za skurczem. Zamykam oczy i z niczym nie walczę. Nie próbuję uciekać. Uśmiecham się. W myślach powtarzam sobie, że jestem piękna w tym bólu, że oto na nowo rodzę się jako matka, że każda sekunda jest dla mnie wielkim darem. Kiedy skurcze stają się mocniejsze, a główka dziecka schodzi coraz niżej pozwalam sobie na krzyk. Nie jest to krzyk bólu i bezradności. Niskie, gardłowe dźwięki pomagają mi się otworzyć. Czasem mam ochotę zawyć jak zranione zwierzę, ale nie chcę, by lęk przejął nade mną kontrolę. Zamiast tego krzyczę: „Chooodź, nie boję się ciebie, jestem silniejsza od ciebie”…
W którymś momencie położna sugeruje, że warto wyjść z wanny, by skurcze wzmocniły się. Wychodzę podtrzymywana przez męża, opieram się o łóżko i właściwie od razu czuję różnicę w intensywności skurczy. Stoję na szeroko rozstawionych nogach, pochylona do przodu, rękami zgiętymi w łokciach opieram się o łóżko. Rodzące się dziecko narzuca swój rytm. Jedyne co muszę robić, to poddać się mu. Słyszę uspokajający głos E. „Dobrze, świetnie sobie radzisz”. Nie wiem, ile mija czasu – kilka sekund czy kilkadziesiąt minut. W mocnym, długim skurczu rodzi się główka, zaraz potem łagodnie wyślizguje się małe ciałko. E. kładzie malutką przede mną na łóżku. Jest piękna, taka maleńka, wciąż połączona ze mną pępowiną. Nie ma żadnego pośpiechu, nie ma krzyku, zamieszania, ostrych świateł. Kładę się na łóżku i dostaję córeczkę do przytulenia. W jednym skurczu rodzi się łożysko. Wszystko dzieje się tak po prostu, tak normalnie… Mała jest cały czas przy mnie, przytulamy się, karmimy, tata robi nam pierwsze zdjęcia. Dopiero po dwóch godzinach mała jest ważona i mierzona (3085 g, 53 cm). Zakochuję się w niej instynktowną, bezwarunkową miłością, a ona odwdzięcza się pełnym ufności przywiązaniem…