Tag Archive | VBAC

Spełnione marzenie (Drohiczyn)

Przez ciernie od gwiazd… Poród prawie idealny… Spełnione marzenie… Tytuły historii porodowych doskonale pokazują drogę, którą przebyła Agata w kolejnych odsłonach swego macierzyństwa. Oto opowieść o narodzinach jej 5tej pociechy – był to 4 VBAC i 3 poród domowy.

Koniec ostatniego porodu, który tak jak wszystkie dotychczasowe- był długi i męczący, to poczucie, że jeszcze kogoś nam brakuje. I tak po 2,5 roku czekam w końcu na narodziny mojej 2 córeczki, tym samym na 5 poród, 4 vbac i 3 domowy. I tak jak trauma a nawet wspomnienie po pierwszym cięciu dawno wyblakło, tak towarzyszy mi wspomnienie moich ostatnich 3 porodów sn, które postępowały w powolnym tempie, doprowadzając mnie do miejsca , gdy ze łzami w oczach pytałam położnej ”kiedy w końcu urodzę ?” Były cudowne, niemal idealne, gdyby nie to, że tak okropnie męczące.

Tym razem od kilku miesięcy mieszkamy na Podlasiu, gdzie trafiłam już będąc w ciąży i licząc się z powrotem w moje strony, aby urodzić w domu z nasza stałą położną. „Przypadkiem” natknęłam się na informację o położnych przyjmujących porody domowe w okolicy i po kilku niepewnych miesiącach, co do naszego pobytu, miesiąc przed porodem w końcu się spotykamy. Wiem już, że przyjdzie mi rodzić na Podlasiu; z nową położną, w nowy sposób, bo wiem, że tym razem chce mieć basen z wodą ( której do tej pory unikałam, ze względu na pogląd, iż może osłabić moja i tak wątła akcje porodową ). Położne są wspaniałe- pełne pasji, pozytywnego nastawienia, co i mnie nastraja bardzo pozytywnie do porodu- ze względu na odległość- kolejny raz spotkamy się podczas porodu. Termin z poczęcia mam na 4-6 kwietnia, zaopatruję się w olejki eteryczne na każda porodową okazję- uspokojenie, lęk, wzmocnienie skurczy oraz dyfuzor, jest i basen i regularny fitness od 4 m-ca ciąży. Raczę się także wiesiołkiem i herbatką z liści malin

Mija 4,5,6 kwietnia- zaczynam się stresować. Maluch z brzuchu wierci się niemożliwie- jak nigdy dotąd. Ja ledwo się ruszam, czuję, że miednica rozpadnie mi się na 2 części jak jeszcze trochę to potrwa. 7 kwietnia- pada propozycja wypicia koktajlu, rozmawiam z kilkoma dziewczynami i decyduję się po konsultacjach z położna wypić. Po 5-6 godzinach łapią mnie skurcze, ale nic ciekawego się nie dzieje. O 23 zasypiam jak dziecko i śpię do rana. Jest piątek. O 14 wypijam kolejną porcję, o 16 mąż zabiera resztę dzieci na zajęcia sportowe a ja idę spać ( czeka mnie 5 poród- spię kiedy tylko mogę- bo nie znam dnia ani godziny). Wracają o 18, budzę się i godzinę później łapią mnie drobne skurcze. Nie budzą jednak sobą mego większego zainteresowania. O 21 zaczynam się irytować, że dzieci jeszcze nie śpią. Cóż poród w nocy to chyba nie najgorszy pomysł… O 22 wszyscy łącznie z mężem śpią- wstaję i budzę go, bo chyba na coś się zanosi. Konsultuje czy napełniamy basen ( mamy bardzo mały bojler i czas napełnienia może się wydłużyć ze względu na grzanie wody) Mąż bez zbędnego wnikania zajmuje się basenem, a ja przez następną godzinę zastanawiam się czy rodzę czy może znowu pójdę spać. O 23.16 w końcu decyduję się dzwonić do położnej- mają do mnie kawałek, więc nie ma co zwlekać. Następną godzinę zastanawiam się czy dobrze zrobiłam dzwoniąc 😉 Mąż nadal napełnia basen.

Jest cicha, spokojna noc. Skurcze pojawiają się dość regularnie i najlepiej znoszę je stojąc- są wtedy najmocniejsze, a ja bardzo chcę żeby rozwarcie szło szybciej. O 1 zaczynam się rozklejać- jak dobrze liczę, to najwcześniej urodzę o 8-9 rano, do tej pory będę wykończona, w zasadzie już mam dość i chce mi się płakać- ratuje się olejkiem geraniowym i po kilku minutach jestem spokojniejsza. 1.30 czekam z niecierpliwością na położne. Powinny już być. O 2 już mam zamiar wejść do basenu, gdy przyjeżdżają, więc odziewam się spowrotem i witam. Tak jak sądziłam, mam niecałe 5 cm rozwarcia i mięciutką szyjkę ( czy to wiesiołek czy olej rycynowy sprawił?). Siadamy sobie z położnymi na sofie i gadamy. Jest bardzo sympatycznie i tak mija ponad godzina, do czasu aż moja 2,5 letnia córcia zaczyna płakać. W tym czasie trzeba podnieść temperaturę wody w basenie, bo mąż nalał za dużo zimnej, wiec wykorzystuję ten czas na próbę uśpienia dziecka. Musze przyznać, że ostatnie 1,5 godziny dość mocno odpoczęłam, bo skurcze nie pojawiały się zbyt często i intensywnie. Około 4 chcę już być w wodzie, mąż zajmuje się dzieckiem i koniec końców bierze małą na naszą „porodówkę”, ja wchodzę do wody i jest mi cudownie. Dyfuzor napełnia pokój zapachem gożdzików i cynamonu- jak w święta Bożego Narodzenia- specjalnej mieszanki porodowej, wzmagającej skurcze- chyba jest efektywny. Światło jest zgaszone, pali się tylko zmieniająca kolory ledowa lampka. Mąż siedzi na fotelu, położne siadają obok basenu na podłodze- jaka cudowna, spokojna atmosfera. W wodzie czuje się zrelaksowana i wolna od spięcia jakie towarzyszy skurczom na lądzie. Nie mogę tak panować nad swoim ciałem i kontrolować go, dlatego charakter skurczy zdecydowanie się zmienia.Drugi skurcz w wodzie jest tak intensywny jakiego nie doświadczyłam przy żadnym porodzie- czuję, ze dziecko obniża się w kanale, czuję, że niczego nie mogę kontrolować, mam wrażenie, że chyba umrę i czuje plum- pękający pęcherz . Położna mnie bada -jest 7 cm. Kolejny skurcz i zaczyna mnie popierać, następny i chyba kolejny to już będą skurcze parte. Tak faktycznie się dzieje. Na 5 skurczu czuję jak dzidziuś wchodzi w kanał i zaraz się urodzi. Trzymam się uchwytów, skurcze parte jak zwykle powalają mnie intensywnością, skupiam się tylko na tym, by urodzić. Położna pyta czy chce dotknąć wyłaniającej się główki, ale szczerze mówiąc boję się w ogóle ruszyć i chyba wole mieć już dziecko na rękach, na co z resztą nie musze długo czekać, czuje to charakterystyczne rozpieranie – tak samo czułam podczas pierwszego vbac w podobnej pozycji. Za chwilkę maleńkie ciałko jest już w moich ramionach. Nie płacze, jest tak spokojna, ze pytam się czy wszystko z nią w porządku. Starsza siostra zaraz podchodzi zachwycona, ze jest dzidziuś, mąż budzi starszych braci, którzy chwilkę po 5 rano witają najmłodszą siostrę. Ja jestem w szoku, że to tak szybko- tak to można rodzić. Nie czuję zmęczenia. Siedzimy sobie z malutką w wodzie, dzieci ją oglądają, położne robią zdjęcia.

Dom to najlepsze miejsce na poród, na przyjęcie swojego dziecka w spokojnych, komfortowych warunkach. Potem wychodzę na ląd urodzić łożysko, a dzieci idą z druga położna i mężem zważyć siostrę- 4200 g i 58 cm- to jak na razie rekord Ja bez otarć i większych uszczerbków na ciele wyciągam się z przyjemnością na łóżku jakiś kwadrans później. Tak bardzo obawiałam się męczącego porodu i tak bardzo miałam nadzieję, na szybszy koniec. I tak się stało. To nowa jakość porodu w moim porodowym doświadczeniu, aż chce się to powtórzyć…

13120855_1604995186458596_1721901930_o

Już zawsze chcę rodzić naturalnie! (Wrocław)

Historia Kasi, która rozegrała się półtora roku temu w jednym w wrocławskich szpitali – naturalny poród po cięciu cesarskim wykonanym z powodu wysokiego prostego stania główki. Oto opowieść spisana niedługo po tym porodzie:

Było tak, że w piątą dobę po terminie byłam już przygotowana na sobotnie stawienie się w szpitalu na Kamieńskiego we Wrocławiu na zaleconą kontrolę ze skierowaniem, która najprawdopodobniej oznaczałaby zatrzymanie mnie na oddziale patologii, czemu nie zamierzałam się sprzeciwiać. Należę chyba do osób, którym pobyt w szpitalu daje poczucie bezpieczeństwa. Poza tym, miałam już troszkę dość toczenia kuli. Zwyczajnie chciałam poleżeć, ułożyć arbuza na miękkim łóżku i czekać :] Niewiele wskazywało na zbliżający się poród, w zasadzie nic. Czułam się nie gorzej niż wcześniej, skurcze przepowiadające prawie zaniknęły. Stan taki trwał już od dobrego tygodnia, troche się martwiłam o ruchy dziecka. Naprawdę, sama nie wierzyłam, że ruszy się samo, godziłam się w myślach na lekką próbę oksytocynową, albo od razu cc.

W czwartek około północy zaczęło mnie kręcić jak na okres, ledwo. Patrzyłam na zegarek, nic nie  mówiąc ani mężowi ani stacjonującej u nas w pogotowiu dla córki Anielki mamie. Po czwartym czy piątym skurczu w odstępie pięciu minut postanowiłam pogadać z mamą, która poradziła obudzić męża. Zebraliśmy się na spokojnie, wzięłam prysznic, ogoliłam nogi, skurcze ledwo ledwo dalej, pojechalismy słuchając muzyki i śmiejąc się z tego co nas czeka. Na izbie młyn, ja uśmiechnięta, spotykam mojego prowadzącego, prosi o cierpliwość, bo okropny przypadek, spoko, czekam 😉 Zbadano mnie po dwóch pacjentkach z większymi bólami (miałam już rozwarcie na 2-3 cm i nadal czułam się bardzo dobrze). Dopiero wtedy położne się dowiedziały, że jestem po cięciu i chcę rodzić naturalnie drugie dziecko. Wow, naprawdę nie myślałam, że to może robić na ludziach tak pozytywne wrażenie 🙂 Czułam się nawet trochę skrępowana, bo nie uważałam tej decyzji za bohaterską… dlaczego? Teraz mogę się i Wam przyznać;) – szczerze powiedziawszy, liczyłam w duchu na cesarkę:] Cieszyłam się na postępującą akcję, że Kazik w brzuchu czuje, że szykuje się zadyma, że nie będzie zdziwiony, ale liczyłam na powtórkę z rozrywki, na słynną „tendencję do wysokiego prostego”, które zakańcza poród na bloku operacyjnym przy pełnym rozwarciu z powodu niezstępowania główki do kanału rodnego. Powiem więcej, ja napawdę nie wierzyłam, że mogę urodzić… przez całą ciążę chyba… no i mnie za ten pesymizm srogo „pokarało” :] Trafiłam na ekipę, która wzięła mnie za rogi, nie zważając na nic (poza dobrem moim i Kazika), doprowadzili dziecko na ten świat jak Pan Bóg to stworzył w pierwotnym zamyśle:]

Rozwarcie poszło piorunem (wtedy już bolało, ale mniej krzyczałam niż dwa lata wcześniej na oksytocynie;) Około czwartej odczułam pierwsze bóle parte. Okazało się, że rzeczywiście mam tendencję do wysokiego prostego, zostałam zapewniona dość szybko, że nie będę katowana, w razie czego jedziemy na blok. Ufff, pomyślałam i trochę lepiej mi się znosiło kolejnych parę skurczy, po których mieliśmy „zobaczyć jak będzie”. Po tych paru skurczach kazano mi poczekać jeszcze parę, położna wykazała się wobec mnie stalowymi nerwami, prosiłam o blok operacyjny już po każdym skurczu… nie byłam dzielna;) Byłam nieznośna i sama sobie spuściłabym manto w kilku momentach. Bycie położną to jest naprawdę jakaś supermoc, wiedziałam to po ostatnim porodzie, teraz wiem to jeszcze bardziej.

Faza parta trwała ponad dwie godziny, praktycznie przez cały czas była ze mną położna, Violetta Juda (znałam ją zresztą, dwa lata wcześniej asystowała mi przy dużej części rodzenia córki Anieli), mój lekarz prowadzący, dr Artur Wysocki, i dr Katarzyna Tomczyk, którą dopiero poznałam. Nie wykupowałam porodu na wyłączność, a czułam się jak gwiazda :] To oczywiście żart, ale naprawdę, to chyba nie jest porodowy standard – zapierałam się na lekarzu z jednej i położnej z drugiej strony, naprawdę pocili się razem ze mną i śmiało mogę powiedzieć, że na moim VBACu zależało im bardziej niż mi samej :]

Kazimierz przyszedł na świat 19.09.2014. Ważył 3660g, 590 g więcej od swojej starszej siostry. Wyszedł w niezłym stylu, wystawił najpierw pyszczek zamiast czubka głowy, zaraz po tym okazało się, że trzyma rączkę wysoko przy uchu, a na domiar wszystkiego rączka ta przywiązana jest do jego szyjki pępowiną, która przyprawiła go o nieco siny kolor 😉 Odkręcony z tego swojego sznurka wylądował mi na pustym już prawie brzuchu… nie leżał tam długo, ale wystarczy. Byłam jak oczadziała, cała się trzęsłam, dziękowałam, nie wierzyłam w to co się stało tym bardziej, że wcześniej mało wierzyłam, że stać to się może.

Kazik dostał 9 pktów, leży właśnie obok spokojny jak Aniołek, a ja mam łzy w oczach i dziękuję Bogu i wszystkim, którzy mi pomogli, za to, że mogę teraz o tym opowiadać…

Już zawsze chcę rodzić naturalnie!

Pozdrawiam Was i życzę większej niż moja wiary lub/i takich ludzi, jakich ja spotkałam na swojej drodze do porodu naturalnego.
Kasia

Poród marzenie!

Diagnoza „brak postępu porodu” pojawia sie w karcie wypisowej pacjentek oddziałów położniczo-noworodkowych nader często. Równie często kobiety, których poród zakńczył się cieciem cesarskim z tego właśnie wskazania, w kolejnej ciąży słyszą deprymujące słowa „nie urodzi Pani” , „marne szanse”. Rzeczywiście, wyniki badań naukowych pokazują, że udany poród drogami natury po cięciu cesarskim jest bardziej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonane było np. z powodu położenia miednicowego płodu lub zaburzeń w jego tętnie, a mniej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonano z braku postępu porodu. Jest to jednak tylko część prawdy, bowiem brak postępu porodu jest określeniem bardzo niejednorodnym – wiele problemów może się za tą diagnozą kryć. Część z nich może być istotnie niezmienna np. nieprawidłowa budowa miednicy kostnej kobiety. Częściej jednak brak postępu wynika z czynników mogących zmienić się w kolejnej ciąży np. czynnościowa niewspółmierność porodowa, brak postępu porodu z powodów emocjonalnych czy błędy w prowadzeniu porodu (w tym w indukcji). Często potrzeba bardzo wnikliwej i dogłębnej analizy poprzedniego porodu, żeby móc przypuszczać co było przyczyną braku postępu wcześniejszego porodu. Po tymże przydługim wprowadzeniu zapraszam Was do lektury historii Marty.

Kiedy byłam w swojej pierwszej ciąży (w 2012r.) starałam się nie czytać, nie „nakręcać”, bo i tak byłam wszystkim przerażona. Wszystko nowe, wszystko pierwsze… Nie chodziłam do szkoły rodzenia, bo przecież miliony kobiet przede mną rodziło bez szkół i dało radę. Teraz wiem jaki wielki wtedy popełniłam błąd.

Termin miałam na 21.01.2013r., ale cały drugi i trzeci trymestr lekarz ciągle przyspieszał mi termin ze względu na wielkość dziecka. Od 10 stycznia kontrola 2 razy w tygodniu, bo rozwarcie niby na 1 cm i ciągle zapewnienia: „Do następnej wizyty i tak nie dotrzymasz – urodzisz!”. Byłam tym wszystkim okropnie zmęczona, miałam dosyć, a tu nic się nie działo. W końcu mój lekarz (ordynator szpitala) wziął mnie 22.01.2013r. (zaledwie 1 dzień po terminie) na wywołanie. Nie pamiętam dokładnie ile dawek oxy dostałam, ciągle leżałam pod ktg i nic się nie działo. W końcu przyszedł lekarz i powiedział, że trzeba zrobić cesarkę. A ja głupia o nic nie dopytywałam, nie wiedziałam dlaczego i tak się zgodziłam (może podświadomie miałam już tej ciąży dość). Potem na wypisie ze szpitala jako powód cesarki miałam wpisane: „dystocja matczyno-płodowa i brak postępu porodu”. Jak „wyjęli” mojego synka z brzucha to się rozpłakałam, przyłożyli mi go na moment do policzka i zabrali.

Na salę pooperacyjną przywieźli mi maleństwo na 10 minut (i to tylko dlatego, że mąż był ze mną). Pytałam położną czy nie mogę nakarmić malucha to odpowiadała, że po cesarce i tak nie mam pokarmu. Przepłakałam całe popołudnie. Synka przywieźli mi dopiero następnego dnia rano. Nie miałam siły się nim zajmować, wszystko mnie bolało, zanim poniosłam się z łóżka kiedy mały płakał, zdążyła przybiec położna pytając co się dzieje. Czułam się okropnie – fizycznie i psychicznie. Ten okropny dół utrzymywał się ze 3 miesiące. Byłam rozdrażniona, płaczliwa, rozbita, a synek nerwowy i bardzo absorbujący. Nawet to, że walczyłam o wytrwanie w karmieniu piersią (synek dosłownie „rozszarpał” moje brodawki) i wygrałam, nie dawało mi satysfakcji. Nie czułam się kobietą. Przez półtora roku rozpamiętywałam mój poród i ciążyło mi to strasznie. Już wtedy wiedziałam, że jeżeli zajdę w drugą ciążę to spróbuję urodzić naturalnie.

W czerwcu 2015r. potwierdziło się – byłam w ciąży! Już na pierwszej wizycie zapytałam czy będzie możliwy vbac. Lekarz lakonicznie odpowiedział, że jeszcze daleko, jeszcze zobaczymy. Mniej więcej od połowy ciąży, kiedy z usg wynikało, że będzie duża dzidzia (termin przesunięty o dwa tygodnie szybciej), na pytania czy będę mogła rodzić naturalnie, lekarz stwierdził, że będzie cc, a jeżeli chcę rodzić naturalnie to „on się pod tym nie podpisze”. Nie powiem, byłam lekko załamana, ale wiedziałam że jeszcze mam sporo czasu do porodu. Wspomnę jeszcze, że przy okazji drugiego usg prenatalnego już inny lekarz wypytywał mnie o przyczyny cc w pierwszej ciąży i jak usłyszał o braku postępu porodu, to stwierdził, że teraz w 90% scenariusz się powtórzy i nie urodzę naturalnie. Słysząc takie opinie chyba zaczęłam się przyzwyczajać do myśli, że czeka mnie druga cesarka, jednak im bliżej było terminu porodu, to rodził się we mnie jakiś bunt przeciwko temu. Zaczęłam szperać w internecie i trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl. To co tam przeczytałam było jak zastrzyk pozytywnej energii. Powiedziałam sobie: „Ja też mogę! To mój poród i JA decyduję!”.

Zaczytałam się w tej stronie bez opamiętania (mój mąż musiał mnie odganiać od komputera, żebym wogóle poszła spać) i dzięki temu dowiedziałam się wielu rzeczy. Postanowiłam, że na następnej wizycie (to był 35 tc) zapytam wprost lekarza dlaczego jego zdaniem konieczna jest cesarka i jakie widzi u mnie przeciwwskazania do porodu naturalnego. Nastawiłam się bojowo i mówię, że chce rodzić naturalnie, a lekarz na to: „To super, nie widzę żadnych przeciwwskazań, dziewczyny rodzą teraz z powodzeniem nawet dzieciaczki z wagą 4200 kg, a przecież nie będziesz rodzić na ulicy, cc zawsze zdążymy zrobić”. Szczęka mi opadła i miałam ochotę wyjść i sprawdzić czy czasem gabinetu nie pomyliłam… Uważam do tej pory, że mój lekarz prowadzący jest świetnym specjalistą (ordynatorem szpitala w którym rodziłam), ale strasznie zakręconym

Ucieszyłam się jak dziecko z tego, że mam zielone światło, ale podczas wizyty nie spodobało się lekarzowi bicie serduszka malucha. Kazał przyjść na drugi dzień rano do szpitala na ktg i dokładne usg. Zapis wyszedł źle, synkowi „wypadało” co drugie-trzecie uderzenie serduszka. Mój doktor jeszcze tego samego dnia umówił mnie na wizytę do innego lekarza, robiącego specjalizację w dziedzinie kardiologii płodu. Nie zapomnę tego dnia do końca życia – przepłakałam cały czas pomiędzy wizytą w szpitalu a wizytą u tego lekarza. Bałam się jak nigdy. Okazało się, że winna wszystkiemu była infekcja górnych dróg oddechowych, którą przechodziłam i nie mogłam do końca wyleczyć (zresztą nie pozbyłam się jej aż do porodu). Skutkiem mojej grypy było zapalenie mięśnia sercowego u dzidzi. Lekarz przeprowadzający to usg stwierdził, że jego zdaniem maleństwo wyleczy się pozostając u mnie w brzuszku (bo z kolei mój doktor myślał o natychmiastowej cesarce). Powiedział mi jeszcze wtedy, że nawet gdyby u dzidzi się nie poprawiało, to nie jest to przeciwwskazanie do porodu siłami natury i on poopiera taki sposób rozwiązania ciąży nawet po pierwszym cc. Trafiłam więc na patologię na „podleczenie”. Dostałam antybiotyk. Kontrolę miałam po tygodniu od usg i zapis ktg oraz kolejne usg pokazały, że mój maluch walczy i jest lepiej! Odetchnęłam z ulgą choć już do porodu miałam robione ktg dwa razy w tygodniu.

Trzy dni przed terminem porodu byłam rano na ktg w szpitalu, zaczęły się pojawiać pojedyncze skurcze. Już w drodze do domu zaczęły się pojawiać coraz częściej, a wieczorem zrobiły się regularne (co 10 minut). Nie przybierały na sile i myślałam, że do rana wytrzymam, ale już ok. 2 w nocy miałam dość. Obudziłam męża, zorganizowaliśmy opiekę dla starszego synka i o 4 nad ranem byliśmy w szpitalu. Bałam się strasznie, że może to być fałszywy alarm. I nie pomyliłam się – rozwarcie ledwo na opuszek (wg lekarza). Załamałam się. Tyle czasu skurcze i zupełnie nic?! Myślałam o powrocie do domu, ale lekarz upierał się żebym została i na wszelki wypadek nic nie jadła, bo może skończyć się cc. I zostałam – sama, bo mąż musiał wracać do starszego dziecka. Na porodówce podpieli mi ktg, zbadała mnie jeszcze położna wg niej rozwarcie na 2 cm.

Po godzinie 8 rano przyszła lekarka, zastępca ordynatora (bo mój doktorek akurat na urlopie) i powiedziała, że mam wysokie CRP (coś ponad 60), że może maluszkowi coś nie odpowiada i da mi jeszcze godzinę i jak nic się nie ruszy to zrobią cesarkę. A ja prawie w płacz, że przecież ktg prawidłowe, a to CRP może wysokie dlatego, że ja jestem chora i na dodatek po antybiotyku miałam opryszczkę na ustach. Powiedziała, że wrócimy do rozmowy za godzinę. W międzyczasie położna przyniosła ankietę dla anestezjologa i widząc moją minę zaczęła mnie pocieszać, że za chwilę zobaczę maleństwo, że może tak będzie dla nas lepiej, a ja wciąż się zapierałam, że pierwsza cesarka była dla mnie traumą i tak marzyłam o porodzie naturalnym. Na dodatek po wyjściu lekarki skurcze zniknęły całkowicie… Gdyby nie wsparcie dziewczyn z „grupy wsparcia naturalnie po cesarce” siedziałabym i płakała. Byłam rozdarta – nie było męża, nie było mojego lekarza. Po godzinie przyszła lekarka, powiedziała, że skoro się tak upieram przy psn to poczekamy do jutra, że przeniosą mnie na oddział żebym sobie odpoczęła. Musiałam też podpisać oświadczenie, że nie wyrażam zgody na cc. Ucieszyłam się, że przestali wywierać na mnie taka presję i dadzą mi szansę spróbować.

Gdy trafiłam na salę na oddziale (było ok. godziny 12.00), odpoczęłam dosłownie chwilę, bo skurcze wróciły. Znów podpieli ktg, skurcze regularne, ale słabe. I znowu usłyszałam: „Proszę nic nie jeść w razie gdyby miało być cc”. A ja nawet nie miałam ochoty na jedzenie. Nie mogłam leżeć, a ok. 16.00 zaczęły mnie dziwnie boleć nogi – dokładnie uda po zewnętrznej stronie. Czułam tam jakby skurcze, nie wiem jak to opisać, bo ból był bardzo silny, trwał 2-3 minuty, potem chwila przerwy i znowu. Nie dawałam rady leżeć ani siedzieć. Masowałam sobie te nogi i „przytulałam” je sobie do kaloryfera, co trochę łagodziło ból. Na wieczornym obchodzie lekarka mnie zbadała i nic nie ruszyło do przodu, a co do bólu nóg, to stwierdziła, że to jakiś rodzaj rwy, że pewnie macica uciska. Nocny dyżur miała bardzo sympatyczna i bezpośrednia położna, ale strasznie przeciwna vbac. Pytała co chcę udowodnić rodząc „dołem”, że już dawno bym leżała z dzieciątkiem a nie tak się męczyła, że cesarka to dużo lepszy sposób rodzenia itp., itd. Pacjentki, z którymi byłam na sali też patrzyły na mnie jak na dziwoląga, któremu dają na tacy cc a on chce poród naturalny. Oj, jak ja miałam naprawdę wtedy wszystkiego dość! Ból nie ustąpił nawet na chwilę przez całą noc więc była to już druga bez snu.. I lekarka i położna mówiły, że nie mogą mi na ten ból nic podać więc tak sobie cierpiałam całą noc, tuląc kaloryfer, klęcząc przed łóżkiem, chodząc po sali. Uda tak bolały, że nie miałam pojęcia czy mam jakieś skurcze czy nie. Gdyby mi wtedy ktoś zaproponował, że mi te nogi odetnie to bym się zgodziła…

Gdy o 6.00 rano przyszła położna (ta sama sympatyczna) i spytała czy mam skurcze to powiedziałam, że nie wiem, ale że jakby mnie brało jakieś parcie. Wzięła mnie na badanie, a tam 4 cm rozwarcia! Potem na porodówkę, lewatywa i po niej przestały mnie boleć te nogi i poczułam skurcze, które były po tym bólu jak ukłucie komara więc drzemałam pomiędzy nimi. O godzinie 8.00 było już 8 cm, potem przyszła ta sama lekarka, która chciała mi robic cc i powiedziała, że mi gratuluje dobrej decyzji, że poród pięknie postępuje i że jestem bardzo mądrą kobietą Przebiła mi pęcherz, odpłynęły czyste wody (było ok. 9.00), potem za chwilę pełne rozwarcie i po ok. 15 minutach parcia powitałam na świecie mojego ukochanego synka!!!(godz. 9.40) Wszystko działo się błyskawicznie, robiłam wszystko to co kazała mi położna i teraz, z perspektywy czasu wogóle nie pamiętam czy to bolało! (pamiętam za to każdą minutę bólu nóg) Byłam tak nakręcona tym, że poród postępuje, że mąż już jedzie (a tak wogóle to nie zdążył na poród), że właśnie spełnia się moje marzenie, że byłam zdziwiona, kiedy nagle mi położyli na piersi moje dzieciątko! Pani doktor, która „nie zdążyła” na sam poród przyszła z okrzykiem „Brawo! Nasza bohaterka!” Ach… Mój, wreszcie mój poród!!! Nie zapomnę tego nigdy, było cudownie! Do tej pory jestem pod wrażeniem tego, jaką siłę mamy w sobie, jak nas pięknie natura stworzyła, że nawet po dwóch dniach i dwóch nocach bez snu (no i bez jedzenia) jesteśmy w stanie dokonywać takich rzeczy. Nigdy nie czułam takiej adrenaliny!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim dziewczynom z grupy wsparcia, bo bez Was, bez waszych zaciśniętych wtedy kciuków, nie dałabym rady walczyć. Grupa wsparcia to piękne miejsce, które daje nadzieję i wiarę we własne siły. Wszystkim życzę udanych vbaców!

Michał Jan ur. 03.03.2016r. 3.440 kg i 53 cm

To był godny poród (Rzeszów)

Marysia swoją drugą córeczkę Laurę urodziła  w Tygodniu Godnego Porodu. I jak sama mówi – to był godny poród. Nie zabrakło w nim wsparcia. Nie zabrakło też  świadomości i psychicznego przygotowania Mamy oraz determinacji, by nie poddać się, gdy pojawiały się trudności i zakręty.

W pierwszej ciąży zamarzył mi się poród domowy. Niestety nie znalazłam na Podkarpaciu położnej, która przyjęłaby poród w domu. Pogodziłam się więc z faktem, że Róża przyjdzie na świat w szpitalu. Nie spodziewałam się jednak, że poród odbędzie się przez cesarskie cięcie, w dodatku na zimno. 5 dni po przewidywanym terminie porodu lekarka wysłała mnie na obserwację do szpitala. Już pierwszej nocy, zaraz po odejściu czopa śluzowego dostałam gorączki, a u córki pojawiła się tachykardia. Lekarz zarządził cięcie. Nie udzielono mi informacji o tym, co się dzieje ze mną i z maleństwem, dlatego napisałam, że lekarz “zarządził” cięcie, a nie zalecił je. Lekarze obecni na sali byli bardzo opryskliwi i nie dostałam od nich żadnego wsparcia psychicznego, wręcz odwrotnie, potraktowano mnie przedmiotowo. Zapłakana i roztrzęsiona zostałam przewieziona na salę operacyjną. Tak pojawiła się na tym świecie Różyczka.

Długo dochodziłam do siebie po porodzie. Ciało pomału się regenerowało, ale na myśl o okolicznościach w jakich przywitałam na świecie córkę, łzy przez wiele miesięcy napływały mi do oczu. Od pierwszej nocy po porodzie śledziłam historie opublikowane na tym portalu. Czerpałam z nich siłę i wiarę w swoje ciało oraz w to, że kolejne dziecko urodzę naturalnie i będę w stanie odpowiednio się nim zaopiekować od pierwszych chwil.

Drugie dzieciątko poczęło się dokładnie półtora roku po cc. Od początku wiedziałam, że zrobię, co w mojej mocy, aby zawalczyć o poród siłami natury. Na pierwszej wizycie lekarz oświadczył mi, że skoro jestem po cc, to umówimy się na termin kolejnego cc. Poinformowałam go, że zamierzam rodzić naturalnie, co wyraźnie go zaskoczyło, jednak nie odradzał próby porodu sn. Skontaktowałam się z doulą Madzią Hul, wybrałam szpital, w którym będę rodzić i zaglądałam regularnie na grupę wsparcia naturalniepocesarce na FB. Bycie w tej grupie, czytanie pozytywnych historii i zdobywanie wiedzy o vbac napełniło mnie ogromną siłą i sprawiło, że wyzbyłam się lęku przed próbą vbac. Ciąża przebiegała prawidłowo, zależało mi, żeby dzieciątko nie było bardzo duże (wiadomo, że w takim wypadku lekarze odradzają próbę porodu sn), dlatego praktycznie wyeliminowałam z diety cukry proste, nie suplementowałam się też żadnymi, poza kwasem foliowym, witaminami.

Na kilka tygodni przed miesiącem porodowym pojawiły się skurcze przepowiadające, do środkowego dnia terminu szyjka pozostawała jednak długa i zamknięta. Od 38. tygodnia piłam herbatę z liści malin i olej z wiesiołka, i czekałam na rozpoczęcie porodu. Przewidywany termin porodu przypadał na 7 marca, 8. byłam u lekarza, który ocenił, że nie widać, aby poród miał się wkrótce rozpocząć. 2 dni później zaczął odchodzić czop śluzowy i pojawiły się skurcze. Początkowo rzadkie i bezbolesne. Wieczorem już silne, ale nie częstsze niż co 5 min. Na wszelki wypadek wieczorem zadzwoniłam po mamę męża, aby przyjechała do starszej córki, miałam nadzieję, że w nocy poród wejdzie w aktywną fazę i pojadę do szpitala. Do godz. 2 w nocy nic nie przyspieszało, więc poszłam spać. Rano znów skurcze zaczęły się rozkręcać. Były bardzo silne, nie mogłam na skurczu zrobić kroku i zaczęłam podpierać ściany w domu. Bardzo cieszył mnie ten ból, bo wiedziałam, że przybliża mnie do poznania drugiej córeczki. Niestety po jakimś czasie doszły bóle krzyżowe, które bardzo dawały mi się we znaki i tylko leżenie w wodzie pomagało mi je znieść. Pod wieczór Róża pojechała z babcią na wieś, a ja zostałam z mężem w domu. Martwiło mnie, że skurcze są już tak mocno odczuwalne, a wcale się nie zagęszczają, ciągle co ok. 5 min. Zadzwoniłam do douli po wsparcie, Madzia podpowiedziała jak pomóc maleństwu wejść w kanał rodny i doradziła, aby zrobić ktg.

Pojechaliśmy z mężem do Szpitala Miejskiego w Rzeszowie, gdzie zamierzałam rodzić, jednak odmówili mi tam badania. Dyżurna lekarka poleciła mnie przyjąć, dopiero wówczas mogłaby mnie zbadać. Znów telefon do Madzi, która sugerowała mi, żeby jechać do prywatnego szpitala Pro Familia. Na izbie przyjęć położna podpięła mnie pod KTG, serduszko dziecka biło prawidłowo, skurcze co 9 minut. Następnie przyszedł zbadać mnie lekarz. I tu zaczął się dla mnie horror. Najpierw zbadał mi szyjkę i stwierdził, że wszystko zamknięte, a szyjka ma jeszcze 2,3 cm. Potem zrobił USG. Pierwsze, co zmierzył, to blizna, ocenił ją na 1,4 mm. Poinformował mnie, że bezpieczne minimum to 2,5 mm. Badając mnie dalej opowiadał, co się stanie ze mną i dzieckiem, gdy pęknie blizna. Jego słowa nie do końca do mnie docierały, z emocji zaczęło mi się kręcić w głowie. Stwierdził, że z dzieciątkiem OK, a poziom wód w normie. Namawiał mnie, żebym została w szpitalu, chciał wziąć mnie od razu na stół operacyjny. Czułam, jak osuwa mi się grunt pod nogami, jednak wiedziałam, że nie dam sobie i dziecku tak łatwo zafundować porodu operacyjnego.

Znów Madzia i znajoma położna na telefonie, nie namawiały mnie do niczego, dodały jedynie otuchy. Ustaliłam z mężem, że skoro z dzieciątkiem wszystko OK, jedziemy do domu. Było już bardzo późno, więc wzięłam relaksującą kąpiel i położyłam się. Mąż czuwał przy mnie całą noc, a ja zasypiałam i budziłam się na każdym skurczu. Mąż patrzył na zegarek i informował mnie, ile upłynęło minut. Skurcze były do zniesienia, za to bóle krzyżowe ciężko było wytrzymać. Czopek rozkurczowy, który doradziła położna, wcale nie pomógł. Dotrwałam tak do rana, o 8 wstałam, a mąż się położył. Po wieczornym badaniu byłam zdruzgotana psychicznie. Męczyłam się tyle czasu i żadnego rozwarcia, nie mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam wątpić we własne siły i biłam się z myślami. Czy nie za bardzo narażam życie dziecka? Czy jest sens tak się upierać przy vbac? Stres potęgował napięcie, co nasilało bóle pleców. Czułam się strasznie zagubiona.

W południe zadzwoniłam do znajomej położnej, która pracuje w Miejskim i opisałam jej sytuację. Okazało się, że akurat ma dyżur. Zaproponowała, że zrobi mi KTG i poprosi lekarkę, żeby mnie zbadała. Po południu obudziłam męża i o 16 wyruszyliśmy do szpitala. Plan był taki: najpierw najeść się w Pizza Hut, potem do szpitala, już z nastawieniem, że zostaję na oddziale. W trakcie jazdy samochodem skurcze zrobiły się znów nieco częstsze i bardziej bolesne. Napełniliśmy brzuchy sałatkami i dotarliśmy wreszcie do szpitala. KTG prawidłowe, skurcze co 5 min. Na badaniu lekarskim okazało się, że jest 4 cm rozwarcia. Przeszczęśliwa faktem takiego postępu przyjęłam się do szpitala. Lekarka zrobiła USG i zmierzyła mi bliznę na 5mm!! Okazała mi bardzo dużo wsparcia, uspokajała, że jestem pod dobrą opieką i że sala operacyjna jest za drzwiami, i że w razie konieczności z pewnością zdążą mi zrobić cc. Przed snem miałam 2 razy zrobione KTG, o 23 lekarka zbadała mnie, rozwarcie bez zmian, dostałam paracetamol i hydroksyzynę, i poszłam spać.

Spałam jak niemowlę, ale już po 2 godzinach obudził mnie bardzo silny ból i potrzeba wypróżnienia ☺ Wydawało mi się nierealne, abym tak szybko doszła do 5 palców rozwarcia, więc myślałam, że muszę się załatwić. Gdy zauważyłam, że krwawię, ogarnęło mnie przerażenie. Pomyślałam, że to blizna się rozchodzi i że czeka mnie cc. Przerażona zadzwoniłam do męża, powiedziałam mu, żeby przyjeżdżał, bo chyba będę miała cc i się rozłączyłam. Nieźle biedaka nastraszyłam, ale sama byłam wówczas przerażona. Obudziłam położne, jedna do mnie wstała. KTG w porządku, skurcze co 3 minuty i prawie pełne rozwarcie. Przeleżałam pod KTG chyba godzinę, rozwarcie miało się zwiększyć jeszcze o rąbek. Potem na łóżko porodowe, wreszcie przyjechał mąż, położna wytłumaczyła jak oddychać na skurczach no i maleńka zaczęła schodzić w dół. Nie zgodziłam się na przebicie pęcherza, po chwili trysnęły wody. Parłam początkowo na boku, a później w pozycji półleżącej, z nogami przy tułowiu. Faza parcia trwała 25 min, po bólach partych był to już relaks, sił do rodzenia mi nie brakowało, bo przed snem najadłam się potajemnie upieczonymi w domu batonami musli ☺. Położna nacięła mi krocze i po chwili maleńka była już na moim brzuchu. Radość niesamowita, a u męża łzy szczęścia. Córcia ważyła 2880g i dostała 10 pkt w skali Apgar.

Miałam bardzo długi poród, po drodze wiele chwil zwątpienia. Na szczęście cały czas miałam wsparcie w mężu, douli i położnych, i wszystko skończyło się wspaniale. Teraz bez obaw myślę o kolejnym porodzie, a o przyjściu na świat Laury mówię z zadowoleniem, że był to godny poród.

Cudowny vbac w Wałbrzychu :-)

Piękny opis porodu, pełnych przeciwności przygotowań do niego i wiele wartościowych przemyśleń – o determinacji połączonej z akceptacją tego co los może przynieść, o cierpliwości i pozytywnym nastawieniu w końcówce ciążowego oczekiwania, o słuchaniu siebie w porodzie i wyraźnym artykułowaniu swoich potrzeb. No i budująca postawa lekarzy i położnych:) Oto historia Moniki:

Nasza historia zaczyna się w 2011 roku, kiedy to zaszłam w pierwszą ciążę. Cieszyliśmy się z mężem ogromnie. W czasie ciąży leżałam w szpitalu na patologii ciąży 2 razy z powodu zapalenia żył powierzchniowych, 3 raz już w trakcie porodu. A ten zaczął się 26 grudnia. Po 15 zaczęły się sączyć wody płodowe. Na spokojnie poczekałam aż upiecze się druga świąteczna szarlotka – wyjątkowo w tamte święta mi smakowała i po 18 w podnieceniu, że się zaczęło, pojechaliśmy z mężem do szpitala. Rozwarcie było na palec i nic więcej. Akcja nie ruszyła… Oksytocyna w kroplówce, leżenie pod ktg, bóle krzyżowe, zzo o 4 nad ranem – tak w skrócie wyglądał ten poród. Chwilę później zaczęły się skoki i spadki tętna synka. Ok 6 z min łaskawie przyszedł lekarz, w czasie badania wypłynęła smółka. Decyzja – trzeba ciąć. O 6:26 synek przyszedł na świat, dostał 8pkt w skali Apgar za napięcie mięśni, które w ciągu 5 min się nie poprawiło oraz za odruchy. Dochodziłam do siebie bardzo długo zarówno fizycznie jak i psychicznie. Drążyłam temat dlaczego tak się stało, co poszło nie tak… W czasie poszukiwań trafiłam na facebooku na grupę Poród Domowy oraz Naturalnie po cesarce. Grupy okazały się dla mnie ogromnym źródłem wiedzy i nadziei. Już wtedy wiedziałam ze drugie dziecko urodzę w domu oraz jakie są konsekwencje długoterminowe dla dzieci, które przyszły na świat przez cc. Czas mijał…

W drugą ciążę zaszłam w 2015 roku. Od początku byłam nastawiona na poród naturalny, oczywiście w domu. Znalazłam nawet położną, która zgodziła się do nas przyjechać z Wrocławia. Jednak na początku grudnia, gdy do niej zadzwoniłam oświadczyła, ze jednak nie przyjedzie. Załamałam się, bo został mi tylko szpital, do którego miałam wręcz wstręt, a wspomnienia z pierwszego porodu były dla mnie traumatyczne. Wymyśliłam ze jak nie dom to, chociaż położną do porodu w szpitalu – taka wynajęta. Poszłam więc do szpitala na dzień otwarty. Poznałam jedną położną, która wydała mi się ok. W czasie rozmowy okazało się, że po nowym roku będą roszady na oddziałach i ona jeszcze nie wie gdzie będzie pracować. Termin porodu miałam na 8.01.2016. Wróciłam do domu. Kolejne załamanie, złość i wielki żal. Nie rozumiałam dlaczego wszystko idzie nie tak… Przelałam morze łez. Zanim pogodziłam się z tym, że mój wymarzony poród nie odbędzie się wg mojego planu minęło trochę czasu. Zajęłam się przygotowaniami do świąt, szykowaniem miejsca dla drugiego synka. Zaraz po nowym roku skontaktowałam się z położną. Niestety została przeniesiona na patologię ciąży. Znów płakałam. Wtedy już poczułam, że nie daję rady, że świat jest przeciwko mnie. Zobaczyłam też, jak bardzo bałam się, że scenariusz z pierwszego porodu się powtórzy. Postanowiłam popracować nad lękiem przed kolejnym cięciem. Było to trudne, ale jak się okazało było warto i na taki poród się otworzyć. Pomogło. Pewnego wieczora poczułam zgodę na to, że los ma dla mnie niespodziankę. Wciąż nie chciałam cc, wciąż bardzo zależało mi na porodzie niezmedykalizowanym, ale już nie bałam się cc tak bardzo i dzięki temu byłam spokojniejsza.

Od 37 tygodnia przychodziły do mnie skurcze przepowiadające. Szyjka powolutku zaczęła się rozwierać od środka. Pamiętam, że jak na wizycie dr zrobił mi usg dopochwowe i zobaczyłam ten śliczny lejek z szyjki, łzy poleciały mi po policzkach. Coś się działo, powoli moje ciało zaczynało przygotowywać się do porodu. Z tygodnia na tydzień przepowiadacze były coraz silniejsze, a ja dzięki temu stopniowemu nasilaniu nauczyłam się je przyjmować z radością. W 38tc zmieniłam moje myślenie z „kiedy to się wreszcie zacznie” na „rodzę, powoli zaczynam rodzić, więc urodzę”. Cieszyłam się już wtedy z każdego skurczu, każdego bardzo wyczekiwałam, każdy dawał mi kolejną porcję nadziei. Jeśli dobrze pamiętam, ok tydzień przed terminem zaczął odchodzić czop śluzowy. Powoli, po kawałeczku, a szyjka była już dość krótka.

W między czasie byłam w szpitalu na izbie przyjęć na ktg. Po nowym roku jeszcze 2 razy. Wycieczki te pozwoliły mi się otworzyć na szpital, poczuć się tam bezpieczniej niż wcześniej. 5 stycznia pojechałam do mojego lekarza prowadzącego na wizytę kontrolną. Ktg było w porządku, ze mną również było wszystko ok, poza ogromną ilością wody w ciele, ale taka moja uroda ciążowa, do czasu usg… okazało się, że mam bardzo mało wód (AFI 1,5). Rozmowa z lekarzem o zagrożeniu dla dziecka, o prawdopodobnej cesarce sprawiły, że nie potrafiłam powstrzymać łez. Po raz kolejny mój świat i wizja porodu się zawaliły. Późnym popołudniem stawiłam się na izbie przyjęć. Przy badaniu wg lekarza było rozwarcie na 1cm, a na usg okazało się, że jednak wód jest więcej – AFI 7. Następnego dnia rano – w święto Trzech Króli – kolejne badanie – rozwarcie na palec. Zapis ktg był prawidłowy. Cieszyłam się, bo był postęp, sytuacja nie zagrażała synkowi, ale było mi bardzo ciężko w szpitalnej atmosferze wczuć się w skurcze, które pojawiały się coraz częściej, lecz uciekały. Mąż przywiózł mi nawet piłkę, kręciłam na niej biodrami, odpoczywałam. W czwartek na obchodzie zapytałam, czy skoro sytuacja jest ok, to czy mogę iść do domu. Usłyszałam, że mnie nie wypuszczą, ale zawsze mogę się sama wypisać. Poszłam znów na badanie. Rozwarcie było wciąż na 2 cm, szyjka nie była do końca zgładzona, mały wciąż ciut za wysoko. Na cewnik Foleya było już za późno, oksytocyny nie chciałam, więc pozostawało czekać. Masowałam brodawki, starałam się odprężyć. Wieczorem podjęłam decyzje ze skoro z dzieckiem jest ok to jadę do domu wykorzystywać męża. Już miałam plan, że po porannym obchodzie się wypiszę. Byłam zmęczona próbami – co udało mi się cos rozkręcić, to jak tylko zaprzestawałam stymulacji wszystko ustawało.


W nocy miedzy 1 a 2 obudziły mnie skurcze. Nie za mocne, ale jednak również krzyżowe. Dałam radę podrzemać między nimi do 3:30. Wstałam, bo chciało mi się siku i poczułam wilczy głód. Zjadłam, chciałam położyć się spać… Ale poszłam na spacer. Założyłam słuchawki, wzięłam wodę ze sobą i wyruszyłam. Chodziłam w kółko przed blokiem porodowym słuchając energetycznej muzyki. Tak rozchodziłam skurcze, że od 4:20 były regularne co 4min i trwały po ok 40s. Od ok 5 były już co 3 min, na skurczu musiałam już przystawać i masować sobie plecy. Wstały położne.
  Jedna z nich, która wieczorem przytaknęła mi, że w domu pójdzie dużo szybciej niż na oddziale, zdziwiona zapytała czy mam skurcze. Nie dało się tego ukryć.

 
Niestety w miarę jak budziło się oddziałowe życie, tak akcja się rozjeżdżała – cisza zniknęła, ludzie chodzili – już nie byłam sama na korytarzu. Zwlekałam ile się dało, żeby cos jeszcze ruszyć z nadzieja, że się nie cofnie. Mimo wszystko w między czasie dałam mężowi znać, że tego dnia do pracy raczej już nie pojedzie i żeby przyjechał do mnie. Zgłosiłam nowej zmianie, że mam skurcze. Ustaliliśmy ze po 8 mam dać znać co i jak. No to dałam. Lekarz mnie zbadał przed obchodem – było już 5cm!!!! Jedyne co byłam w stanie powiedzieć to „cholera 5cm”. Popłakałam się ze szczęścia. Zapadła decyzja, że idziemy na porodówkę. W duchu śmiałam się, że przecież postanowiłam rano zwolnic lóżko na patologii.

Na porodówce znajomy dr, który dzień wcześniej wybronił mnie przed zbyt wczesnym wyjściem na porodówkę, zaskoczony pyta jak sytuacja. Odpowiedziałam jemu, że przecież wczoraj wieczorem postanowiłam zwolnić to łóżko. Zaśmiał się i życzył powodzenia. Przyszła położną, cudowna kobieta. Lewatywa, prysznic… W miedzy czasie z wrażenia skurcze zmalały. Ale pocieszyła mnie spokojnie, że na pewno się rozkręca. Zapis ktg… A w krzyżach dramat… Poprosiłam o gaz. Niestety na krzyże nie wiele pomagał. Później okazało się, że chyba się nim przewentylowałam i stąd nieefektywność skurczy. Badanie – wciąż 5cm rozwarcia, ale szyjka niemal zgładzona. Pomiędzy ktg a badaniem siedziałam na piłce, byłam pod prysznicem. Po badaniu propozycja małej oksy. Odmówiłam i poprosiłam o godzinę, żebym mogła pochodzić. W pozycji pionowej krzyże wytrącały mnie z równowagi. Przez nie pomimo dużych starań nie potrafiłam na tyle rozluźnić brzucha, aby skurcze macicy były efektywne. Gdzieś w tym czasie położna zaproponowała zzo, nie chciałam – bałam się, powtórki z pierwszego porodu. Położna przyznała mi, że dość często znieczulenie wstrzymuje akcję porodową. Był to też moment, w którym bardzo wystraszyłam się, że nawet bez zzo powtarza się scenariusz z pierwszego porodu. Rozryczałam się mężowi. Spisał się świetnie w tej sytuacji i postawił mnie do pionu wspierając i pokazując różnice pomiędzy tamtym a tym porodem. Na zalecenie położnej robił, co mógł abym wydzieliła jak najwięcej swojej oksytocyny. Przypomniał sobie również, jak przed porodem opowiadałam jemu, że głodna kobieta nie ma siły rodzić, że do tego wysiłku potrzebna jest energia, więc wmusił wręcz we mnie banana. Podjadałąm go ukradkiem, ponieważ ze względu na ewentualne cięcie położna zabroniła mi jeść. Skurcze były trochę silniejsze, ale jednocześnie coraz trudniejsze do zniesienia. Nagle mnie oświeciło – tens! Poprosiłam i dostałam. Bolało jeszcze, ale tak około połowę mniej. Po tej godzinie było 6cm. Była już 14. Lekarz z położną zaczęli się obawiać ze po niecałych 4h porodu był tylko 1cm postępu. Przyszedł lekarz jeszcze raz mnie zbadać. Powiedział, że nie chcą przedłużać porodu, bo to po cc, że boją się o bliznę, żeby mały się nie wymęczył, żeby cała macica miała silę na parcie. Zaproponował przebicie pęcherza i po godzinie kontrole – jak słabo to kosy w malutkich dawkach, jak nie pójdzie to cc o 18. Z wrażenia powiedziałam, że jak przebijemy pęcherz to już nie będzie odwrotu, uśmiechnął się i odpowiedział, ze mam 6cm i już nie ma odwrotu. Problem był w tym, ze mały nie schodził za bardzo w kanał rodny i nie przypierał odpowiednio mocno główką, choć na szczęście wstawiał się dobrze. Ani piłka, ani chodzenie czy prysznic nie były na tyle skuteczne by nasilić skurcze. Do tego kwestia tych krzyży. Skurcz szedł najpierw w plecy, później dół brzucha (tutaj łapałam gaz) i dopiero szło na pozostałą część macicy. Puszczało analogicznie. Jak później zaobserwował mąż, jak brałam gaz to skurcz do macicy nie dochodził. Wiec musiałam zmodyfikować wdychanie gazu. To był tez wspólny szczegół z pierwszym porodem wiec mnie martwił. Najgorsze po przebiciu pęcherza było to, że nie mogłam wstać z lóżka, bo pępowina mogłaby wypaść itp. A tak bardzo chciałam jeszcze pochodzić, żeby mieć pewność iż idziemy dalej z rozwarciem. W przebiciu pęcherza zaskoczyło mnie to, że nie czułam momentu przebijania, jedynie ciepłe wody wypływające. Skurcze się nasiliły aż doszło do partych. Wg mojej pamięci tak właśnie było. Ale okazało się, że moja pamięć nie podążała za rzeczywistością na tym etapie. Otóż po przebiciu pęcherza, jak odpłynęły wody położyłam się na lewym boku, miałam jeden mocny skurcz i ZASNĘŁAM. Przez pół godziny nie było ani jednego skurczu. Obudziłam się i po chwili skurcze wróciły.

Wróciły ze zdwojoną mocą. Na szczęście były tylko 3 i przyszły parte. Z jednej strony ogromna ulga, bo przy pierwszym partym przestałam czuć bóle krzyżowe, z drugiej niepokój przed nieznanym. Wraz z partymi przyszła moc mojego głosu, takich dźwięków nigdy nie wydawałam. Nie był to krzyk, ale dość głośne niskie stękanie. Jak mnie usłyszała położną to uradowana przyszła, sprawdziła rozwarcie – 10 cm. Płakałam ze szczęścia. Powiedziała też, że mam jeszcze nie przeć żeby mi szyjka nie popękała, bo minimalnie jeszcze nie była do końca zgładzona. Wiec dmuchałam świeczki, co okazało się nie lada wyzwaniem. Jeszcze 2 parte skurcze, w czasie, których doświadczyłam najpiękniejszego uczucia w moim życiu – dokładnie czułam, w którym miejscu jest synek, jak się przesuwał w kanale rodnym i przeszliśmy do parcia. Położna robiła wszystko, co mogła, żeby zgodnie z moją prośbą, ochronić moje krocze. Gdybym posłuchała jej w 100% to byłoby całe. Ja jednak nie dałam rady na ostatnim skurczu i poparłam za mocno, to było po prostu silniejsze ode mnie. Synek był już z nami! W efekcie miałam 3 szwy na pęknięciach pierwszego stopnia. Parłam na leżąco, na plecach. Nie jest to dobra pozycja do rodzenia… Ale na tamten czas, w tamtym momencie, dla mnie pierworódki jeśli chodzi o poród naturalny, ważniejsze było to, żeby w ogóle urodzić.

Dostałam troszkę oksy na urodzenie łożyska. Położna powiedziała mi po chwili, że trochę krwawię z pęknięć i dobrze by było łożysko szybko urodzić żeby przejść do zszywania. Małego zaraz po wytarciu dostałam na klatkę piersiową. Przytulaliśmy się chwilę, patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Dobre 20 min zajęło mi uwierzenie w to, że dałam radę, że urodziłam synka. Płakałam ze szczęścia z wielkim uśmiechem na twarzy. Dziękowałam położnej za pomoc. Wynosiłam męża pod niebiosa, bo na prawdę był cudowny w tym jakże trudnym wydarzeniu! Gdy zostaliśmy przewiezieni na oddział położniczy, wstałam i poszłam do toalety. Zjadłam całego Nussbaisera i nie mogłam wyjść z zachwytu, że „chwilę” po porodzie mogę wstać. Poszłam pod prysznic… cieszyłam się z tego ogromnie. Wciąż powtarzałam mężowi jakie to cudowne uczucie móc zająć się sobą zamiast leżeć ze znieczulonymi nogami. Nie ma porównania do stanu po cięciu.

Tak oto 08.01.2016r. o godzinie 15:31, dokładnie w dniu wyznaczonego terminu przyszedł na świat Tymoteusz, ważył 3170gr i mierzył 51cm.

Dziękuje jeszcze raz wszystkim dziewczynom z grupy Naturalnie po Cesarce za wsparcie, było ono dla mnie bardzo ważne! W chwilach kryzysów dodawało mi nadziei.

Jestem bardzo mile zaskoczona pozytywnym podejściem personelu, uszanowaniem mojego zapisu w planie porodu o tym, ze zależało mi, aby porodu nie popędzać i by przebiegał naturalnie. Wszelkie propozycje były na prawdę propozycjami, miałam chwilę żeby się zastanowić, uszanowano bez problemu np. to że chciałam pochodzić. Z ingerencji medycznych to dostałam na początku zastrzyk na rozwieranie szyjki i przebicie pęcherza. W czasie tego porodu czułam się jak rodząca, która jest po prostu człowiekiem w cudownym procesie. Doświadczyłam cudu narodzin, tak pięknego, który przemienił mnie z kobietki w dojrzałą kobietę. Dziś po dwóch i pół miesiąca widzę jak wiele się we mnie zmieniło. Jednak wciąż przede wszystkim jestem szczęśliwą żoną i mamą dwóch chłopców, która wciąż marzy o córeczce urodzonej w domu. 😉

Mój piękny udany VBAC (Zielona Góra)

VBAC w Zielonej Górze też możliwy:) Dziś wzruszająca historia Marty:

We wrześniu 2013 roku przez cc przyszedł na świat nasz długo wyczekiwany synek. Staraliśmy się o dzidziusia dwa lata i w końcu się udało. Mały był ułożony pośladkowo, więc  o porodzie siłami natury nie było mowy. Mój lekarz prowadzący nawet nie wspomniał o próbie obrotu wewnątrzmacicznego. Po prostu – cięcie i już, cesarka i po sprawie…  Jestem  dość drobną osobą – 155 cm wzrostu i 46 kg, więc moja pani doktor chyba nie wierzyła, że jestem zdolna urodzić naturalnie. W tamtym czasie byłam tak zestresowaną przyszłą mamą, tak długo czekaliśmy na dzidziusia, że nawet nie pytałam, czy są jakieś metody aby pomóc dziecku obrócić się główką w dół. Lekarka nastraszyła mnie, że nie możemy czekać aż akcja porodowa się sama rozpocznie, nie możemy czekać do terminu porodu, tylko musimy wykonać cięcie po skończonym 39 tygodniu ciąży, ponieważ… tu cytat: „nie możemy pozwolić, by pierwsze urodziły się nóżki – to za duże ryzyko”. Do tego od 16 tygodnia ciąży miałam skurcze przepowiadające, które nie były bolesne, ale w mojej głowie oznaczały najgorsze – przedwczesny poród. Oczywiście uwierzyłam mojej lekarce i zgodziłam się na planowane CC. Podczas operacji atmosfera w szpitalu była bardzo pozytywna i optymistyczna – lekarze mili, opieka położnych super, znieczulenie zniosłam bardzo dobrze i cały zabieg również. 20 minut po wszystkim dostałam dzieciątko do piersi, z karmieniem nie było problemów. Wstałam 12 h po CC (bolało jak cholera), w pełni doszłam do siebie tydzień później. Synek okazał się być dzieckiem raczej płaczliwym, niespokojnym, miał problemy z zaśnięciem i strasznie ulewał. Nie uznawał żadnych smoczków, tylko pierś go uspokajała.

Po odstawieniu od piersi, miesiączka powróciła po 3 miesiącach. Poszłam więc na wizytę do ginekologa, żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Moja pani doktor stwierdziła, że wszystko jest w porządku, ale to cykl bezowulacyjny. I tak w cyklu „bezowulacyjnym” zaszłam w drugą ciążę. Dokładnie, gdy straszy synek miał 1,5 roku.  To było wielkie zaskoczenie. Mąż – wniebowzięty, ja – przerażona, ale w głębi duszy szczęśliwa, że tym razem bez problemów, bez faszerowania się hormonami udało się zajść w ciążę. Dodam, że przez ten czas z blizną nie miałam żadnych problemów, żadnych dolegliwości. Od razu powiedziałam lekarce, że chce urodzić SN. Ona się zgodziła, jeśli będą spełnione pewne warunki: odpowiednia grubość blizny, odpowiednie ułożenie dziecka, poród rozpocznie się sam i będzie postępował prawidłowo, zapisy ktg będą dobre. Pełna nadziei trwałam w swoim przekonaniu całą ciążę. Do 30 tygodnia córeczka również była ułożona pośladkowo, co trochę mnie martwiło, ale w końcu się obróciła!:) Moja blizna nie była specjalnie gruba, ale była na całej długości jednolita, pod koniec ciąży miała około 2 mm. Pani doktor przykazała, że jeśli tylko się coś zacznie, mam szybko jechać na izbę przyjęć, bo stan po CC to zagrożenie dla zdrowia i życia mojego i dziecka i blizna może się szybko rozejść, więc muszę być pod stałą opieką medyczną, jeśli chcę spróbować rodzić siłami natury. Przykazała również, że jeśli się nic nie rozpocznie do terminu porodu, to idę pod nóż.

Jakieś dwa tygodnie przed terminem porodu zdecydowałam się na opiekę prywatnej położnej – to był strzał w 10. Czułam się bezpiecznie i czułam, że mój VBAC może się udać. Sądzę, że w pojedynkę nie miałabym szans – w szpitalu nastraszyliby mnie i pocięli. Położna poradziła, by pić liście malin i przytulać się do męża. Zastosowałam się do rad i 16 stycznia 2016r. zaczął mi odchodzić czop śluzowy. Trochę mnie jednak martwił fakt, że oprócz śluzu pojawia się żywa krew. Miałam w głowie najgorsze – pęka mi macica lub odkleja się łożysko. Na szczęście moja położna uspokajała mnie, że tak reaguje szyjka przed porodem,  że mam odsunąć od siebie czarne myśli, że wszystko jest ok, na co wskazują dobre zapisy ktg.

19 stycznia około 22 usypiałam starszego synka i poczułam pierwsze bolesne skurcze. Zaczęłam liczyć czas. Pojawiały się co 15 minut, potem co 12, co 10 i znów co 15. Doszły do tego bóle krzyżowe. Ból szczególnie się nie nasilał, ale skurcze były dość regularne. Tak trwaliśmy z mężem licząc czas miedzy skurczami do północy. Potem zadecydowaliśmy o telefonie do naszej położnej. Poradziła, żebym wzięła ciepłą kąpiel i dała jej znać, czy skurcze się nasiliły czy odpuściły. O 2 w nocy wzięłam ciepłą kąpiel i skurcze jakby osłabły na sile, ale pojawiały się częściej. No i znów krew, co spędzało mi sen z powiek. Spać nie mogłam, między skurczami starałam się odpoczywać, ale pozycja leżąca podczas skurczu była dla mnie bardzo niekomfortowa, bolało okropnie. Więc chodziłam po domu i podczas skurczu opierałam się o stół. O 3 w nocy przyjechała położna by mnie zbadać, ponieważ ja panikowałam widząc krew. Moja szyjka była miękka, skrócona ale rozwarcia zero. Położna poradziła bym wzięła Nospe i trochę się zdrzemnęła, a następnego dnia o 12 przyjechała na ktg.  Ja oczywiście nie potrafiłam się nawet na 10 minut zdrzemnąć. Byłam podekscytowana i trochę przerażona, czy wszystko jest ok.

Następnego dnia o 12 pojechaliśmy z mężem na ktg. Zapis prawidłowy, skurcze co 12 minut dochodzące do 100. I co najważniejsze – szyjki brak i rozwarcie na 1cm! Położna stwierdziła, że wieczorem urodzę. Nie wierzyłam! Kazała wziąć ciepłą kąpiel i przyjechać do szpitala o 15. Powiedziała, że będzie tam na nas czekać. Tak zrobiliśmy. W szpitalu ktg ok, skurcze dalej co 15 minut, rozwarcie na 2 cm!  Badanie usg stwierdzające grubość blizny ok, więc rodzimy! Podłączono mnie pod kroplówkę z Paracetamolem i Nospą. O 16.30 rozwarcie na 4 cm.:) skurcze coraz bardziej bolesne, co 7 minut. Idziemy pod prysznic. Pod prysznicem skurcze naprawdę bolesne – krzyżowe. Podczas skurczu nie chcę, by mnie masowano lub polewano prysznicem. Ale między skurczami – ulgę przynosi ciepła woda.

O 17.30 trochę  mnie naszło marudzenie, że chyba nie urodzę, że pewnie zaraz mnie potną, bo coś będzie nie tak. Położna się śmieje, że chyba mam kryzys 7 cm, bada mnie, a tam 7 cm!!  Jeaaaa! Jestem trochę zmęczona nieprzespaną poprzednią nocką, ale mile zaskoczona, że tak wszystko szybko idzie. Próbuję skakać na piłce, ale raczej mi to ulgi nie przynosi, więc tylko siedzę i leciutko krążę biodrami. Ze stresu trzęsą mi się nogi, ból podczas skurczu robi się naprawdę uciążliwy. Ogarnia mnie jakiś dziwny strach. Chcę, żeby mąż trzymał mnie za rękę, a położna była ciągle obok i informowała, czy wszystko jest dobrze. Położna decyduje, że idziemy na łóżko porodowe, że mnie podepnie pod ktg, ale nie będę leżeć, tylko klęczeć opierając się o oparcie łóżka. W takiej pozycji już zostają prawie do końca. Przy każdym skurczu ściskam męża za kciuk tak, że robi się siny. Na porodówce optymistycznie – radio gra, znajoma położna przyszła zobaczyć jak nam idzie, potem następna. Nagle w mojej sali zrobił się tłum, wspierają mnie i rozmawiają „na luzie”. Ja już coraz słabsza, opadam z sił, ale pozytywnie nastawiona, wierzę, że się uda.  Nagle widzę, ze położna chce przebić pęcherz płodowy. Boję się, ale wszyscy na sali uspokajają, że to nie boli. Poczułam lekkie ukłucie i spływające po nodze wody. Było ich naprawdę mało.

Nagle słyszę, że mamy rozwarcie na 8 cm, potem 9 i 10!!! Eureka! Nie dociera do mnie, że to już. Ale nagle lekkie zamieszanie na porodówce. Położna zdecydowała się podać niewielką ilość oksytocyny. Ja przerażona – jak to? Przecież po CC nie można. Na pewno mi macica pęknie w miejscu blizny – czarne myśli kołaczą mi się w głowie. Mąż i położna mnie uspokajają – „będzie dobrze, zobaczysz, że szybciej urodzisz, bo skurcze ci trochę ustały”. Młoda lekarka nie jest zachwycona decyzją położnej, ale nie protestuje. Podłączają mi oksytocynę. Skurcze zrobiły się mega bolesne. Pierwszy raz mam naprawdę dość i pytam – „kiedy to się skończy?”.

Nagle każą mi się położyć na plecach. Przychodzi położna, która ma odebrać poród. Każą mi przeć. Ja w szoku – „to już???”. Drę się w niebogłosy, choć obiecałam sobie, że nie będę krzyczeć. Ten krzyk jest dziwny, niesamowity, ponieważ nie jest spowodowany bólem, a jakąś taką niespożytą energią pochodzącą z wnętrza. Trzy skurcze parte i o 19.20 córeczka jest na świecie. Nie wierzę!! Dziękuję Bogu i personelowi. Łzy napływają mi do oczu. Położyli mi Kruszynkę na piersi. Mąż przecina pępowinę. Szybko ją jednak zabierają, bo jest mocno zaśluzowana.  Po jakimś czasie położna przynosi mi córcię i przystawia do piersi. Mała ssie i zasypia.

20 stycznia 2016r. przyszła na świat moja córeczka urodzona siłami natury – 3115g, 54cm.

KOCHAM moje OBA porody (Niemcy)

Czasem czytając historie porodowe dziejące się w innych krajach (tak, tak, wiem, że za granicą też bywa różnie i nie zawsze różowo, ale…) mam wrażenie, że polskiemu położnictwu bliżej obecnie do chirurgii niż do prawdziwej, nastawionej na wspieranie natury sztuki położniczej. I za każdym razem mam nadzieję, że to się zmieni… na lepsze. Wiem, że już się w niektórych miejscach zmieniło i dziękuję przy tej okazji wszystkim tym lekarzom i położnym, którzy/które wspierają kobiety w rodzeniu drogami/siłami natury po cięciu cesarskim, nawet więcej niż jednym. Oby było Was coraz więcej! W wielu miejscach naszego kraju dużo jest jednak wciąż do zrobienia, a motorem pozytywnych zmian jesteście WY, kochane Kobiety! Dzisiejsza historia, której autorka prosiła mnie o anonimowość, daje nadzieję i pokazuje, że do VBAC można podchodzić inaczej – bez wpędzania w lęk, bez zastraszania, tak … normalniej. Może świadomość tego Was podbuduje i upewni w decyzji o rodzeniu sn po cc.

W sierpniu 2013 przez cc urodziła się moja pierwsza córka. Ponad 4kg, 56cm. Poród zaczął się od wymiotów o 1 w nocy i lekkich skurczy. Po 7h nieregularnych skurczy i wymiotowania miałam dalej 1 cm z którym przyjeli mnie na oddział (córka urodziła się 14 dni po terminie). O 8 rano tachykardia – tętno 180-200 i decyzja o cięciu. Po rozcięciu okazało się, że zielone wody i początki zatrucia wewnątrzmacicznego.
Cesarka była ok. Mąż w 30 minut dojechał do szpitala, od razu na porodówke i już wspólnie jechaliśmy na salę. „Rodziliśmy” razem. On mnie uspokajał, mówił do mnie, a obok mnie cieli. Dziecko dostałam od razu po wyjęciu i szybkiej ocenie stanu zdrowia. Leżała mi na klatce piersiowej i spała, a ja płakałam ze szczęścia. U nas w szpitalu (Niemcy) nawet na sekundę nie zabrali mi dziecka, ani męża. Wstać musiałam około 2 godziny później na siku… Tuż po cesarce dali mi też porządny obiad. Blizna wyglądała super, ale po czasie pojawił się bliznowiec (u mnie norma). Bolała mnie dwa lata i 12 dni ( aż do drugiego porodu).
Całą drugą ciążę bolała mnie blizna, bo był pod nią taki jakby guzek. Raz mocniej, raz słabiej. Podczas porodu bolała okropnie. W poniedziałek o 20 zaczęły się skurcze, o 1 w nocy były tak silne, że pojechaliśmy do szpitala. Rano mnie z niego wypuścili, bo „w domu będzie pani lepiej”. W środę rano byłam wykończona, dalej w domu (w międzyczasie jeszcze raz w szpitalu i tekst starej położnej, że nie rodzę). Pojechaliśmy do szpitala, wytłumaczyłam, że od 2 nocy nie śpię i już nie mam siły. Rozwarcie po 40 h skurczy 1,5 cm.
Położna wyjaśniła mi jakie ryzyko niesie ze sobą znieczulenie i oxy (ewentualnie zatrzymanie porodu i cc) i pozwoliła mi decydować. Od razu kazałam wołać lekarza. Po zzo poszłam spać (na lewym boku, bo na prawym od razu spadało dziecku tętno). Dostałam oxy z dyfozora (maleńka dawka 2ml/h). Skurcze stały się słabsze, ale regularniejsze i 2 godziny później obudziło mnie odejście wód i niesamowity ból blizny. Położna zbadała i mówi, że to nie bliznę mi rozrywa tylko to parte. 8 skurczy później byłam mamą po raz drugi. Kazali mi wstać na skurczu kucać, a pomiędzy wstawać. Było ciężko, mąż podnosił. Udało się!!!
Ten poród uleczył moją duszę i ciało. Guzek pod blizną się wchłonął, o dziwo nawet bliznowiec się pomniejszył, blizna już kompletnie nie boli (kto wie może zrosty porozrywało, nie wiem). Teraz patrzę na cesarkę jako bogate doświadczenie życiowe i KOCHAM moje OBA porody. Dziękuję wam za pomoc. Cicha anonimowa podczytywaczka.
P.S. Dodam jeszcze, że druga córka urodzona 7 dni po terminie, bez kontroli blizny i straszenia mnie. Byłam zwykłą pacjentka. Przykre, że kobiety w Polsce muszą walczyć. Ja musiałam pokonać tylko strach przed cc i przed sn jednocześnie. Każdy lekarz i każda położna traktowali sn jako oczywistość.

W jakiejś innej czasoprzestrzeni (Warszawa)

Od strachu przed porodem naturalnym do cudownego VBACu. Z wsparciem zarówno podczas ciąży, ze strony lekarza, jak i podczas porodu, ze strony położnej. W bezpiecznym otoczeniu, z opieką pełną delikatności, szacunku i podmiotowości – tak to MOŻLIWE także w polskim szpitalu. Oto historia Oli:

baby_foot_black_and_white

Zdecydowałam się opisać mój poród bo czuję ogromną wdzięczność dla tych wszystkich dziewczyn, których historie porodu można przeczytać na tej stronie. Wdzięczność za to, że chciały walczyć o poród VBAC, za ich odwagę. Czytałam te historie całymi wieczorami, kiedy mąż i synek spali i ryczałam. Ja wiem, tak jak na pewno wiele z Was, ile łez można wylać po nieudanym porodzie. I dlatego te historie są potrzebne, bo dają innym siłę i nadzieję, że może się udać, że może być pięknie. Dziś, ponad 5 miesięcy po drugim porodzie, zdecydowałam się opisać krótko historię moich porodów.

Podczas mojej pierwszej ciąży w 2012r. pojawiła się arytmia, która bardzo nasilała się w czasie wysiłku. Nikt nie chciał ryzykować porodu sn, zarówno kardiolog jak i lekarka prowadząca ciążę wskazywali na cesarkę. A ja panicznie bałam się porodu naturalnego i chętnie przystałam na to rozwiązanie. Oglądałam setki filmików z porodów. Te twarze wykrzywione bólem, te krzyki, byłam tym przerażona. Bardzo chciałam, aby była przeprowadzona w szpitalu św. Zofii w Warszawie, ale ponieważ w czasie ciąży leżałam 2 tygodnie na oddziale patologii ciąży w MSWiA, tam skierowano mnie na cięcie. W styczniu 2013, kilka dni przed planowym terminem porodu, stawiliśmy się z mężem w szpitalu. Trochę czekaliśmy, po wypełnieniu wszystkich potrzebnych papierków – przebranie w szpitalną kusą piżamę, wenflon. Wszystko zimne, nieprzytulne, metalowe, sterylne, obce twarze, zapach płynu do podłóg, jakiś uśmiech przechodzącej położnej. „Proszę wyjąć ubranka dla dziecka i pieluchy” – Jezu to naprawdę zaraz się stanie…Znieczulenie. Wszystko szybko, jak w jakimś śnie… I tak w pewien zimny, styczniowy dzień przyszedł na świat mój pierwszy syn. Nigdy później nie przeszło mi przez gardło że go „urodziłam”. Uważałam, że nie było w tym mojego udziału. Mojego syna po prostu ze mnie wyjęli, dla mnie nie miało to nic wspólnego z porodem. Nie zmienia to faktu, że chwila w której go ujrzałam była jedną z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Czas na chwilę stanął w miejscu. Wspomnienie tego porodu jest dla mnie trudne, bo było to zarówno chwila niewyobrażalnego szczęścia a jednocześnie wyraźne uczucie, że coś jest nie tak, że nie tak to powinno wyglądać.

Po porodzie –standardowo – nie pozwolono mi wziąć dziecka do siebie, ani na sali operacyjnej (co jestem w stanie zrozumieć), ani na pooperacyjnej, tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Męża wyproszono po pół godzinie. Leżałam więc sama 8 godzin, osamotniona, obok dziewczyny, która po ciężkim porodzie zakończonym cc spała, obok synka, który leżał 2 metry ode mnie w tym szpitalnym wózeczku dla noworodków i płakał. A ja razem z nim. Z bólu, z bezsilności, z emocji. Nie mogłam go dotknąć, przytulić. 9 miesięcy wyobrażałam sobie ten moment a teraz leżałam jak kłoda, obolała, niezdolna do ruchu. Po jakimś czasie poprosiłam, żeby ktoś zajrzał do niego, dlaczego tak płacze, otrzymałam odpowiedź, że dzieci po cc tak mają. Kiedy znowu ktoś zajrzał zapytałam, czy może jest głodny, zamiast przystawić mi go do piersi – zabrano i nakarmiono sztucznym mlekiem. Wszystko nie tak. Teraz kiedy mam już więcej doświadczenia, wiem że wiele zależało ode mnie, być może mogłam głośniej upominać się o swoje, poprosić o przystawienie, ale wtedy uważałam że przecież położne wiedzą lepiej…widocznie nie wolno mi karmić skoro nikt nie pozwala…Wieczorem „przeszłam” na normalną salę poporodową. Bardzo chciałam karmić naturalnie, ale pokarmu na początku było mało (teraz wiem że to normalne). Synek zwracał sztuczne mleko, wciąż miał mierzony poziom cukru i kazano mi go przystawiać. Każda położna miała „swoje” metody. Żadnej w ciągu 7 dni spędzonych w szpitalu nie udało się przystawić synka do piersi poza jedną położną, która była wielkim wsparciem (chyba Kasia) ale wiadomo że miała na dyżurze wiele pacjentek, nie mogła zajmować się tylko mną. „Przystawiamy, przystawiamy! Jak to pani robi? Źle!!!” Poranione brodawki, ból, łzy, płacz głodnego synka, nerwy, nawał, gorączka. Ryczę na samo wspomnienie tych dni. Po wyjściu ze szpitala pomogła mi pani mgr Joanna Piątkowska – konsultant laktacyjny – mój Anioł. Tylko i wyłącznie dzięki Niej odzyskałam wiarę w to, że mogę karmić, że uda nam się. Że nie jestem złą matką, tylko ten poród był trudny i dla dziecka i dla mnie. I że to nie moja wina. Mogłabym długo pisać jak bardzo mi pomogła. Nie było łatwo przestawić synka z butelki na pierś (po 2 tygodniach), ale udało się. Karmiłam synka z powodzeniem rok.

Wspomnienie tego porodu długo wywoływało u mnie łzy. Na początku nie wiedziałam dlaczego tak mi to dolega, przecież wszystko było ok. „Ciesz się że urodziłaś zdrowe dziecko, tylko to jest ważne” – mówili wszyscy wokół, kiedy próbowałam opowiadać o tym co czuję. Ale zaczęłam drążyć temat. Im więcej książek i artykułów w Internecie czytałam tym bardziej uświadamiałam sobie dlaczego tak jest i że nie jestem jedyna. Moje podejście do porodu naturalnego zaczęło się zmieniać.

W październiku 2014 roku okazało się że jestem w ciąży, termin porodu wyznaczony był na lipiec 2015. Ciąża mijała bezproblemowo, poza kiepskim samopoczuciem w I trymestrze. Ciążę prowadziła ta sama pani doktor, bardzo opiekuńcza i ciepła, wspierała mnie w moich nieśmiałych planach porodu sn ale cały czas wskazywała też, żeby nie układać sobie w głowie scenariusza, po prostu pozytywnie się nastawić. Na szczęście prawie nikt mnie do porodu naturalnego nie zniechęcał, a jeżeli już, wynikało to tylko z troski. Ja sama starałam się myśleć tylko pozytywnie, a na kilka tygodni przed porodem przestałam już wertować książki i Internet, zdałam się na intuicję. Kilka tygodni przed terminem podpisałam umowę z położną ze szpitala Św. Zofii (co z perspektywy czasu uważam za świetną decyzję, nie żałuję ani jednej wydanej złotówki) i czekałam…

Tydzień przed terminem o 4 nad ranem obudziłam się z niejasnym poczuciem że coś się dzieje, chociaż nic konkretnego nie czułam. Nic się nie działo, ale nie mogłam już zasnąć. Po godzinie zaczęły się pierwsze, baaardzo nieśmiałe skurcze, ale dość szybko przybierały na sile. Po telefonie do położnej, na 8 stawiłam się do szpitala przekonana że mam chyba już tzw. kryzys 7 cm i zapewne niedługo urodzę, po czym okazało się że jest 1 cm rozwarcia… Musiałam przeorganizować sobie w głowie skalę bólu. Siedziałam i czekałam na wolną salę, bo właśnie trwało sprzątanie i słuchałam krzyków kobiet z sąsiednich sal. Siedziałam przerażona, patrzyłam na salową i w głowie kołatało mi się „mam nadzieję że nie będę musiała tak krzyczeć”. Po KTG, które pokazywało regularne skurcze, na ile pozwalał mi ból chodziłam, kucałam, skakałam na piłce. Czas wlókł się w nieskończoność. Niestety do 12 nie było dużego postępu. Przed 13 rozwarcie było nadal małe, położna zaproponowała znieczulenie. Bałam się znieczulenia, byłam przekonana że po przebytej cesarce jest to niemożliwe, naczytałam się też o zatrzymaniu akcji porodowej i późniejszych porodach zabiegowych po znieczuleniu, ale położna wszystko mi spokojnie wyjaśniła. Znieczulenie miało pomóc szyjce na szybsze rozwieranie. I powiem szczerze – to znieczulenie uratowało mnie psychicznie i fizycznie, byłam już trochę zmęczona, głodna, niewyspana. Ból nie pozwalał mi się skupić, racjonalnie pomyśleć, odetchnąć, zaczynałam już wątpić we własne siły i w to że w ogóle urodzę.

Ulga sprawiła że odpoczęłam, znowu nabrałam sił i chęci, odzyskałam świetny humor. Po znieczuleniu położna przebiła pęcherz płodowy – odpłynęły czyste wody (nie miałam pojęcia że może ich być tak dużo). Mąż przyjechał ok. 14 i razem spędziliśmy fajny czas. Często lubię wracać do tych chwil, byliśmy razem, wiedziałam że poród trwa w najlepsze, szyjka rozwiera się – co regularnie sprawdzała położna a ja czułam skurcze, ale nie czułam bólu. Skakałam na piłce, zmieniałam pozycje, co na pewno miało bardzo pozytywny wpływ na postęp porodu. Ok. godziny 16 znieczulenie przestało działać, poprosiłam o kolejną dawkę. Badanie pokazywało 5-6 cm rozwarcia, pani anestezjolog dostrzyknęła koleją dawkę ale okazało się, że znieczuliła się tylko lewa strona, i tylko na chwilę. Podczas skurczu ciężko było mi już wytrzymać na łóżku na leżąco. Pani anestezjolog pobyła jeszcze ze mną, ale ponieważ ponowne zakładanie cewnika nie było bezpieczne zgodziłam się, że już nie znieczulamy.

Trochę jeszcze poleżałam na łóżku, położna znowu mnie zbadała i poprosiła abym jeszcze chwilkę przeszła się po Sali, usiadła na toalecie i pewnie będzie już 10 cm. Pamiętam jak przez mgłę, że między skurczami siedząc w łazience widziałam jak położna z mężem przygotowują pieluszki do okrycia maluszka i pomyślałam: nie ma mowy, ja nigdy nie urodzę, to jest ponad moje siły. Coś krzyczałam że chcę cesarkę, że nie rodzę, że nigdy więcej! Później było mi wstyd…Coś dziwnego działo się też z czasem, umknęły mi gdzieś całe godziny, wydawało mi się że coś trwało chwilę, mąż później mówił mi że godzinę. Podczas porodu przebywa się chyba w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Po jakimś czasie położna zbadała mnie szybko w łazience i stwierdziła że jest pełne rozwarcie. Najpierw przez jakiś czas próbowałam przeć przy drabinkach, wstając między skurczami a kucając w czasie skurczu, ale to nie była „moja” pozycja. Zachęcana przez położną trochę krzyczałam, ale to mi nie pomagało, nakręcałam się negatywnie słysząc własny krzyk. Potem przeszłyśmy na stołek porodowy, mąż siedział za mną i w tej pozycji było mi o wiele wygodniej. Po 1 godzinie parcia o 20 urodził się Staś – 58 cm / 3960 g / 10 pkt. Nie pamiętam ale chyba nie płakał, wzięłam go na ręce, położyliśmy się. Lekarz był w ostatnich momentach porodu, do końca życia nie zapomnę jak powiedział: „Gratuluję Pani pięknego syna” a Położna: ”Dała Pani dziecku to, co najlepsze”. Te momenty były tak piękne, byłam z siebie tak dumna i szczęśliwa że wszystko się udało, że już po wszystkim!

Położna z przecięciem pępowiny poczekała aż przestanie tętnić. Konieczne było niewielkie szycie i sprawdzenie stany blizny po cc przez lekarza ale potem już zostaliśmy we trójkę z mężem i to były magiczne 2 godziny. Pamiętając złe wspomnienia z początków karmienia z pierwszym synkiem trochę się bałam jak to będzie tym razem a Staś popatrzył spokojnie, przyssał się do piersi i zasnął. Po 2 godzinach przyszedł lekarz, aby zbadać Stasia a ja trochę się umyłam się i przeszliśmy na salę poporodową. Mąż pojechał do domu a ja zachwycona wpatrywałam się w Stasia i myślałam jak bardzo się cieszę, że tak się wszystko ułożyło.

Dziś minęło już pół roku od tych chwil, a ja nadal chętnie wracam myślami do sali agrestowej w św. Zofii. Nadal też zaglądam na tą stronę i myślę, że miałam wiele szczęścia. Podczas drugiej ciąży nikt nie próbował mnie namawiać na drugą cc, Pani Dr prowadząca ciążę, jak również położna wspierały mnie w tych nieśmiałych marzeniach. Podczas porodu od początku do końca byłam traktowana z szacunkiem i delikatnością, nikt nie kazał mi się kłaść, KTG było wykonywane na stojąco. Mam wrażenie że Szpital św. Zofii to jakaś oaza pośród innych szpitali w Polsce. Nie wiem jak to możliwe, że jest jedno takie miejsce i co można zrobić żeby położne i lekarze w innych szpitalach trochę zmienili swoje podejście.

Mój udany Vbac (Poznań, Św. Rodzina :)

„Raz cięcie, zawsze cięcie” –  zasada sformułowana 100 lat temu przez Edwina Cragina bywa wciąż stosowana w praktyce niektórych lekarzy, mimo, iż dawno już straciła na aktualności. Na szczęście bohaterka dzisiejszej historii, Julianna, w porę spotkała innego lekarza, o bardziej zgodnych z aktualną wiedzą medyczną poglądach. Dzięki temu mogła doświadczyć niezwykłego, choć niełatwego czasu rodzenia.

W 2009 w grudniu urodziłam synka przez cięcie cesarskie. Dlaczego ?

Był 17 grudzień, na ten dzień miałam termin, nic sie nie działo, a ja z dnia na dzień puchłam coraz bardziej, przed ciążą ważyłam 49 kg, dzień przed porodem 89kg…. Białkomocz, wysokie ciśnienie, również miałam 1 cm rozwarcia… Moja lekarka dała mi skierowanie do szpitala. Pojechałam, dali mnie na oddział, ponieważ, to było moje pierwsze dziecko, będziemy czekać, aż coś się samo zacznie… i tak czekałam, całe święta w szpitalu, a ja puchłam z dnia na dzień coraz bardziej… aż w końcu nadszedł 28 grudzień- w nocy jak już któryś raz poszłam do łazienki (biegałam co 15 minut) odszedł mi cały czop, wody zaczęły się sączyć… poszłam do położnych i opowiadam im całą sytuację, nadal kazały czekać… 29 grudnia, rano wzięli mnie na badania, lekarz kazał mi iść na porodówkę bo miałam aż 4 cm rozwarcia!! Bardzo się cieszyłam, że to już!. Jestem na porodówce 8 rano… około 10 podali mi oksytocynę i leżałam- to był mój błąd… o 14 zaczęły się skurcze, rozwarcie szło szybko! Myślałam, że zaraz zobaczę mojego synka. Nagle na ktg zaczęło tętno spadać, przyszła lekarka i w szybkim tempie znalazłam się na sali operacyjnej, znieczulenie ogólne… nie widziałam synka, obudziłam się dopiero na sali pooperacyjnej… dopiero popołudniu następnego dnia dostałam synka. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

2015 rok marzec, zrobiłam test ciążowy wyszły dwie kreski, po 4 tygodniach pobiegłam do lekarza, zrobił wszystkie badania + BETE, stwierdził, że nic nie widzi na USG, że to może być ciąża pozamaciczna, znów mam czekać i iść za dwa tygodnie do lekarza, poszłam, zobaczyłam na USG moją drugą miłość :). Miesiąc później, poszłam na badania kontrolne, wszystko dobrze, dziecko rozwija się prawidłowo, zadałam pytanie mojemu lekarzowi, jak mogę teraz rodzić? Czy naturalnie, czy przez cięcie cesarskie… stwierdził, że jak już raz było cięcie to również drugi raz będzie… no trudno…

W około 25 tygodniu ciąży zmieniłam lekarza… ponieważ poprzedni lekarz nie dawał mi skierowań na podstawowe badania, chociaż go o to prosiłam – za każdym razem słyszałam, że to nie potrzebne, a dla mnie było to bardzo ważne, bo tak jak wspominałam, miałam w poprzedniej ciąży białkomocz. Na szczęście w drugiej ciąży nie puchłam, wyniki miałam dobre. Po zmianie lekarza byłam bardzo zadowolona z mojej obecnej lekarki, która 20 lat pracuje w szpitalu. Nic nie miała przeciwko, abym rodziła naturalnie. Dziecko do końca ciąży rozwijało się bardzo dobrze. W końcu zbliżał się termin porodu 1 grudnia – nadal nic się nie działo.  Rozwarcie 1,5 cm miałam od 37 tygodnia ciąży.

2 grudnia pojechałam na ktg do lekarza… ktg nie wyszło zbyt zadowalające… dlatego dostałam skierowanie do szpitala, w którym pracuje moja lekarka. W szpitalu byłam około 17, przyjęli mnie, robili badania i w trakcie badań odszedł w całości czop. Już wtedy wiedziałam, że urodzę w ciągu 24h. Wzięli mnie na oddział. O 19 poczułam pierwszy mocny skurcz! Wzięłam prysznic. Skurcze były, ale nie takie jak powinny. Nadeszła noc, skurcze co pół godziny.  O 2 w nocy przyszła położna zrobić mi ktg. Na ktg cały czas tętno było bardzo wysokie. Położna kazała mi iść na porodówkę przez to wysokie tętno. Zbliżała się 3 w nocy, skurcze się nasiliły i były coraz częstsze… rozwarcie 2 cm…. a ja leże na porodówce. Na szczęście położne były miłe, można było sobie z nimi porozmawiać, pożartować. Około 5 rano poszłam pod prysznic, skurcze były co 5 minut… O 6 rano podłączyli mnie pod oksytocynę, ja w tym czasie zadzwoniłam po narzeczonego, który przyjechał bardzo szybko 🙂 Miałam na sali piłkę, z której z chęcią skorzystałam – przez dobre 3 h skakałam na niej. Skurcze były tak silne, że chyba cała porodówka mnie słyszała, a ja błagałam ich o cięcie cesarskie. Myślałam, że nie wytrzymam z bólu, a nie mogłam dostać żadnego znieczulenia… rozwarcie w 3h zrobiło się 8 cm, położna i narzeczony uświadomili mnie, że zaraz urodzę naturalnie! Że jeszcze chwile muszę wytrzymać! Za chwile były bóle parte i tak o 9.31 urodziłam śliczną córeczkę 🙂 Tata przeciął pępowinę, a po chwili miałam już dziecko na brzuchu. 10/10 punktów, zdrowa, silna dziewczyna 🙂

Teraz nie mogę się doczekać 3 dziecka 🙂

Mój vbac’owy, grudniowy, świąteczny cud… (Białystok)

Historia Pauliny obfituje w tak wiele niespodziewanych zwrotów akcji, że mogłaby z powodzeniem posłużyć za filmowy scenariusz. To opowieść, poruszająca wiele okołoporodowych wątków, która budzi emocje, inspiruje, daje nadzieję i przywraca wiarę w to, że wśród współczesnych lekarzy można jeszcze spotkać PRAWDZIWYCH POŁOŻNIKÓW:)

Najpierw słów kilka o pierwszej ciąży a właściwie o jej zakończeniu. Otóż ciąża rozwiązana cesarskim cięciem z powodu ułożenia pośladkowego płodu w sierpniu 2013. Oczywiście cała ciąża przebiegała książkowo, wyniki idealne, ja nastawiona na poród naturalny, bo dlaczego nie, skoro ja zdrowa, dziecko idealnie się rozwija, aż tu psikus na dwa tygodnie przed terminem. Dzidziuś siedzi sobie dupka i raczej się nie odwróci. Na początku były łzy rozczarowania, ale później oswoiłam się z tą myślą i pewnej pięknej sierpniowej nocy zaczęły się skurcze, które zakończyły się cesarskim cięciem i w końcu mój skarb ważący 3950g i mierzacy 63 cm miałam po drugiej stronie brzuszka. Jak czułam się po cc? Fizycznie źle, bolało, ciągnęło, ciężko było zająć się maleństwem itd… Ale psychicznie w ogóle nie ucierpiałam na tym – urodziłam mojego synka, tak jak było mi dane. Byłam ciekawa jak to jest rodzić naturalnie, ale nie żałowałam, nie rozpamiętywałam…

W marcu tego roku (2015) ponownie zaszłam w ciążę. Oczywiście na pierwszej wizycie u ginekologa zapytałam jaką drogę porodu prognozuje. Ja wtedy nie miałam żadnej wiedzy, po prostu z czystej ciekawości chciałam wiedzieć co mnie czeka. Doktor odpowiedział, że najprawdopodobniej będzie cc, że tak się najczęściej praktykuje „cięcie po cięciu”. Pomyślałam, ok, tak ma być to tak i będzie, najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe. Pytanie oczywiście ponawiałam na kolejnych wizytach i odpowiedź była podobna, chodź pojawiła się też taka, że wszystko zależeć będzie od lekarza,  na którego akurat trafię na dyżurze. W między czasie pytanie o możliwość porodu naturalnego po cięciu zadałem na jednej z grup stricte „mamusiowych”. Tam po kilku odpowiedziach mniej lub bardziej zasadnych ktoś polecił mi grupę „Naturalnie po cesarce”… No i tu się zaczyna ta piękna historia…

Przez całą ciążę pozostawalam wiernym obserwatorem owej grupy, raczej prawie się nie udzielałam, a oddawałam się lekturze, wrecz już stało się to uzależnieniem kiedy zaglądałam co chwilę czy aby coś nowego się nie pojawiło. Stopniowo przyswajałam informacje, że poród sn po cc jest możliwy, ba, nawet wskazany, o czym nigdy wcześniej nawet bym nie pomyślała. Powoli rodziły się we mnie przekonanie i decyzja, że jeśli będzie mi dane spróbować rodzić naturalnie, to takiej próby się podejmę… I tu przyznam, że brakowało we mnie takiego zapału jak u innych dziewczyn, takiego samozaparcia, wiary… Ja po prostu śledziłam grupę, ale raczej z nastawieniem, że co będzie to będzie, jak lekarz zdecyduje o cc, to się zgodzę ze strachu o dziecko i o moją bliznę. Nie robiłam kompletnie nic w kierunku przyspieszenia porodu, przygotowania krocza, żadnych liści malin, wiesiołka, dałam swojemu ciału przygotować się do tego, tak jak samo potrafiło, i czekałam…

Dodam, że mąż i otoczenie byli przekonani o powtórnym cięciu, więc wsparcia i dopingu nie miałam, a każda próba rozmowy z mężem o porodzie naturalnym kończyła się niemal kłótnią… I nie miałam mu tego za złe, bał się o nas i nie rozumiał tego, jak poważną operacją jest cesarskie cięcie…

Termin miałam na 21 grudnia. Od miesiąca pojawiały się skurcze przepowiadajace, twardnienie brzucha itd. Ale wszystko zaczęło się 22 grudnia wieczorem… Wtedy to, szykując już co nieco na święta, żartowaliśmy z mężem, że ciekawe czy w ogóle coś zjem z tego, bo może nasz Franio zdecyduje się wyjść… I bach… Zaczęły się skurcze. Raz silniejsze, raz słabsze, nieregularne. Po kilku godzinach, koło północy, kiedy skurcze były już nawet co 3 – 4 minuty, zdecydowałam się jechać do szpitala. Pojechaliśmy do tego, w którym chciałam rodzić – tępy dyżur, brak miejsc, mogę zostać i ewentualnie rodzić na korytarzu, bez męża…

Takiej odmowy się nie spodziewałam, położna zbadała mnie, szyjka zgładzona, przepuszcza na jeden palec, akcja się rozpoczyna, proszę jechać do dyżurującego szpitala. Tam, okropnie niemiłe położne, położyły mnie na ktg, na ciemnym korytarzu, i zamiast zainteresowac się mną, rozprawialy o śledziach w śmietanie i innych daniach, wymieniając się przepisami. Mąż czekał za drzwiami, mi słabo, gorąco, mam wrażenie, że mdleje . Położna łaskawie kazała położyć się na bok, ale to trwało tylko chwile, bo tętno małego zaczęło zanikać. Mi chce się płakać, że nie chce tu rodzić, z taką obsługa… Zawołały lekarza, tętno wróciło do normy ale… Skurcze osłabły, wręcz prawie zanikły… Lekarz zbadał mnie i stwierdził, że akcji porodowej brak, mogę wracać do domu, ewentualnie może położyć mnie na patologię…

Wróciłam do męża. Postanowiliśmy wrócić do poprzedniego szpitala i wziąć już to łóżko na korytarzu. Tam, ta sama położna stwierdziła, że jednak mnie nie przyjmie, żeby położyć się na tę patologię [w drugim szpitalu] jak proponowali tam i żebym nie ryzykowała powrotu do domu, bo jestem przecież po cięciu…. Ja wystraszona, rozpłakałam się na parkingu, miałam dość, byłam przestraszona, zdezorientowana i zła… Postanowiliśmy jechać i położyć się na tą patologie, skurcze wróciły, silne i coraz częstsze, a ja już będąc na parkingu szpitala podejmuję decyzję, że wracamy do domu. Mąż myślał, że zwariowałam, ale wytłumaczyłam mu, że wrócimy, przeczekamy w zaciszu swojego mieszkania, że będę monitorować skurcze i ruchy dziecka, i pojedziemy do szpitala rano, kiedy zacznie się dyżur szpitala, w którym chcieliśmy rodzić. Tak też zrobiliśmy. Mąż się zdrzemnął, ja niestety nie – skurcze były silne, liczyłam czas między nimi i zaciskałam zęby, żeby nie obudzić dziecka… Te kilka godzin  do 7 rano ciągnęło się w nieskończoność.

O 7 rano skurcze rozkręcone, czop intensywnie odchodzi, jedziemy do szpitala. Tam procedura przyjęcia, papierologia, badanie, 2 cm rozwarcia , idziemy na porodówkę. I wtedy byłam już szczęśliwa, że w końcu jestem w odpowiednim miejscu i że z dzieckiem wszystko ok.

O 8.30 jesteśmy na porodówce. Badania, obchód lekarzy i pytanie jak chce rodzić. Ja… Wiem, wiem, nie spodziewacie się, odpowiedziałam zdezorientowana „chyba cesarka”. Byłam już zmęczona, zestresowana i chciałam, żeby już synek cały i zdrowy był na świecie. Po mojej odpowiedzi doktor zapytał dlaczego cesarka, ja wytłumaczyłam, że nastraszył mnie i lekarz i położna, i całe otoczenie ryzykiem rozejścia blizny. Doktor wytłumaczył mi, że najlepszą opcją i dla mnie i dla dziecka jest poród naturalny, a on ze swojej strony obiecuje , że gdyby się coś działo, cięcie zdąży zrobić… Potem szacowanie wagi, w między czasie rozwarcie już 3 cm. Prysznic… Koło 11 przebicie pęcherza. 12 – rozwarcie 5 cm, decyzja o znieczuleniu. Zaraz 6 cm. Ja leżę pod ktg i umawiam się z położną, że chcą wstać, pospacerować, ona na to, że po znieczuleniu muszą zrobić dłuższy zapis, ale potem mogę sobie chodzić. Ja chciałam pomóc małemu zejść i pomóc sobie przetrwać skurcze. Byłam pewna, że będę rodzić jeszcze parę ładnych godzin. Ale nie zdążyłam…

Położna poinformowała mnie, że mam dać znać jak będę czuła parcie jakby chciało mi się kupę. To było 15 minut od badania, które wskazywało na 6 cm rozwarcia. Ja mówię położnej, że to już chyba czuje takie parcie, ona na to „A co ty gadasz, ale zbadam Cię”. Okazuje się, że rodzę!!! 10 cm rozwarcia i główka nisko, położna w szoku, że wskoczylam z 6 cm na 10 w 15 minut i mówi, że i ja i dzidziuś to błyskawice. W pośpiechu zaczęła wszystko szykować na przyjście malucha, mężowi kazała zamknąć okno, a ja patrząc na jej przygotowania byłam w ogromnym szoku, nie wierzyłam, że to już, że najprawdopodobniej sama urodzę naszego synka. Szybka instrukcja, jak przeć, kiedy przeć, i po pół godzinie mam naszego Frania na brzuchu. Mąż płacze, ja oddaje dźwięki radości i spełnienia i „dziękuję” dla doktora, który pozwolił i namówił mnie na tę próbę… On na to, że brzuch mam cały i to najważniejsze, że się udało uniknąć cc.

Potem już tylko urodzenie łożyska, szycie, karmienie synka i telefonowanie do najbliższych, że mamy już swój wymarzony prezent gwiazdkowy ❤❤❤. Mojego szczęścia, dumy i jednocześnie niedowierzania po prostu nie da się opisać! Dumy mojego męża również. Przez kilka dni chodził dumny, ze swojej żony i chwalił się wszystkim jaka była dzielna:).

Ja czułam się o wiele lepiej niż po cc.  Miałam nacinane krocze, ale podobno minimalnie. W miarę normalnie funkcjonowałam i siadałam już od pierwszych godzin po porodzie. I co ważne, kiedyś nie byłam przekonana co do plusów obecności męża przy porodzie, ale dziś wiem, że dzięki niemu się udało – wspierał, pomagał i na każdym skurczu partym podtrzymywał mi nogę i głowę tak jak położna zaleciła – sama bym nie dała rady na tym się skupić. Bycie razem w takim momencie to piękne i niepowtarzalne dopełnienie naszej miłości i jeszcze większe scalenie naszego związku.

received_1136175943060000-2