Archives

Nasze dwa dobre i pełne szczęścia porody – choć jakże różne… (Warszawa)

Bardzo pozytywnie przeżyte planowe cięcie cesarskie – rodzinne i pełne wsparcia – oraz stuprocentowo naturalny VBAC … z NIESPODZIANKĄ:) Zapraszam do przeczytania historii Magdy.

 

mój pierwszy ever poród 🙂 moja pierwsza ever cesarka 🙂

W lutym 2010 miałam cesarkę. Na zimno, bez rozpoczętej akcji. Termin znałam ponad miesiąc wcześniej. Dlaczego? bo jestem astmatyczką, która baaaaardzo dużo chorowała w ciąży, astma mi się zaostrzyła, a ja brałam dużo leków. W rezultacie, po zakończeniu ostatniej choroby – prawie sześciotygodniowego zapalenia oskrzeli – usłyszałam, że na sn nie mam już raczej szans. Mam do wyboru zaplanowany próżnociąg lub zaplanowane cesarskie cięcie.

Jak to było? No udanie. Bardzo 

W szpitalu zameldowałam się dzień wcześniej, pod wieczór. Siedzieliśmy sobie spokojnie na Izbie Przyjęć Żelaznej Zośki i patrzyliśmy jak to wbiegają mniej lub bardziej spanikowane i zaawansowane porodowo kobiety. Kto im towarzyszy i co ci wszyscy ludzie mają na twarzach. Ku mojemu zaskoczeniu – nikomu nie współczułam ani nikomu nie zazdrościłam. No, dobra. Tej kobitce ze skurczami co dwie minuty, która krzyczała tak bardzo bardzo, to jednak trochę współczułam 

Miła Pani zaprosiła mnie w wolnej od rodzących chwili do pokoju na wypełnienie dokumentów, które upłynęło w przesympatycznej atmosferze  (Pani wzrost, waga? 164 – ale to wzrost, nie waga ), potem poszliśmy na moje drugie w życiu ktg, które nie wykazało nic niepokojącego, za to nudne było jak diabli… jak to ktg  potem szybkie badanko ginekologiczne (piszę to świadomie – było szybko, sprawnie i delikatnie) i (przedostatnie) sugerowanie porodu dn [drogami natury].  Ale bez ciśnienia, bez sugestii – kulturka. Pełne zrozumienie dla mojej decyzji i decyzji pulmonologa. Po tym wszystkim usłyszałam, że mam się przebrać i zalogować w pokoju. I to był jedyny chyba średnio sympatyczny moment, bo to luty, na dworze śnieg, zima, w poczekalni ludzie z zimowych ciuchach i butach i w tym wszystkim ja – w koszulindzie i kapciochach… (piszę, bo może to komuś pomoże zaplanować sobie strój na ten pierwszy wieczór. Strój poprawiający nastrój, a nie wprawiający w zakłopotanie).

Zbyszek pomógł mi się zadomowić w pokoju, posiedział zemną jeszcze chwilę, a potem zostałam sama. Po pól godzinie dołączyła do mnie moja pierwsza współlokatorka. Wieczorem miałam przeróżne badania, które robiły mi przemiłe panie pielęgniarki/położne. Gadałyśmy sobie na luzie (Och.. wie Pani… to mój pierwszy pobyt w szpitalu wszystko jest takie lekko przerażające… Naprawdę? pierwszy raz? żadnych migdałków w dzieciństwie? wyrostka? Nic! Zachowałam ten pierwszy raz dla syna ) i miałam poczucie, że nikt mi tam krzywdy nie zrobi, że na pewno mi pomoże. I słusznie czułam.

Rano już od pierwszych chwil był ze mną Zbyszek. Miałam być pierwsza, ale okazało się, że jednak nie będę, bo w nocy przyjechała kobitka z zaawansowanym porodem bliźniaczym i najpierw ona musi zakończyć poród. No, to czekamy. Troszkę się denerwowaliśmy. Nagle okazało się, że JUŻ. Pojechaliśmy razem windą do sali operacyjnej, Zbyszek wszedł do jakiegoś innego pomieszczenia coby zostać przeszkolonym i przebranym w stosowne ubranie, a ja siedziałam na stole i byłam przygotowywana do zabiegu. Padło też ostatnie pytanie czemu ta cesarka i czy na pewno nie chcę rodzić dn (dobry moment, prawda? ) odpowiedziałam i poprosiłam, żebyśmy już odpuścili sobie tę dyskusję, bo chyba późnawo na nią…
Miłe zaskoczenie – wkłucie. Wcześniej mnie nastawiano (a nawet trochę straszono), że mam porządnie ćwiczyć „koci grzbiet”, a tu wkłucie na siedząco – szybko sprawnie, potem pomoc w sprawnym położeniu się, balkonik i wtedy przyszedł już do mnie Zbyszek. Śmieszne jest trochę to znieczulenie, bo czujesz, że nic nie czujesz, a jednak wydaje Ci się, że czujesz. 
I wtedy zaczęłam się naprawdę denerwować. Całe szczęście, że był ze mną Ukochany – nie wypuścił mojej dłoni ze swojej ani na chwilę, głaskał po policzku, mówił, uspokajał. Zdenerwowany był pewnie jak ja, ale to niezwykle opanowany człowiek i w takich momentach sprawdza się to doskonale – z jednej strony uspokaja, a z drugiej nie pozwala mi wpaść w panikę, bo czuję że ja jemu też jestem potrzebna. (No, kocham go ogromnie!) Próbowałam coś zobaczyć w lampach (choć nie chciałam), ale mi się nie udało. Przez cały czas porodu były dwa światy – nasz i lekarzy. Oni prowadzili swoje dialogi, a my swoje. Co jakiś czas następowała interakcja, ale niezbyt często. No i nagle: uwaga, teraz będzie ucisk. Musi być – rodzimy dziecko! Potem taka zaskakująco dłuuuuuga chwila kompletnej ciszy i… ten wymarzony, wspaniały, pierwszy krzyk Kajetana. Dostaliśmy go na chwilę do przytulenia, na buziaka, a potem Kajetan poszedł na mierzenie, ważenie i takie tam. Zbyszek robił mu zdjęcia, gadaliśmy sobie już wszyscy razem o imieniu, o nas, o Kajetanie… Zbyszek zapytał, czy może mnie zostawić i jechać – jak wcześniej ustaliliśmy – z Kajetanem. Ja się czułam w porządku, więc oni pojechali na górę, a ja zostałam. Nadal było przyjemnie spokojnie, dużo dialogu z lekarzami, ale bez zbędnego gadania. Potem musiałam poleżeć i odczekać pół godziny po operacji. I to było bardzo fajne pół godziny. Takie MOJE. Teraz myślę o nim, że to był taki mini upominek – ostatnie pół godziny SAMOŚCI. Już nie byłam w ciąży, a jeszcze nikt nie zagarnął mojego czasu.
Minęło to bonusowe pół godziny, przyjechała pielęgniarka/położna i przewiozła mnie do mojego pokoju. Po chwili przyjechali Kajetan i Zbyszek, panie nam pomogły przełożyć golutkiego Kajetana na mnie i tak sobie leżeliśmy. Zachwyceni, wzruszeni, przerażeni, dumni. Potem Kajetan – wciąż na mnie – spał, ja spałam, Zbyszek nad nami czuwał. Co jakiś czas ktoś do nas przychodził, pomagał mi nauczyć się karmić, odpowiadał na nasze pytania.
Po czterech godzinach zostałam nastawiona psychicznie, że za dwie będę musiała sama wstać i pójść pod prysznic. I tak też się stało. Ach! Po prysznicu to się człowiek czuje jakby sam był nowonarodzony!

Kiedyś w międzyczasie przyjechały moje dwie współlokatorki ze swoimi dziećmi. Bardzo nam było razem przyjemnie. Kulturalnie, dyskretnie, cicho, bez ścięć. Zostaliśmy wypuszczeni bardzo szybko – decyzja o wypisie zapadła kwadrans przed ukończeniem drugiej doby życia Kajetana – a ja miałam wrażenie, że wyjeżdżam z dwutygodniowych kolonii  Przed wyjściem wyściskałam się, pożegnałam z moimi współlokatorkami, pielęgniarkami/położnymi, pobeczałam, podziękowałam im wszystkim i ruszyliśmy w trójkę do domu.

Naprawdę bardzo długo się biłam z myślami, czy się zdecydować na zaplanowane cc czy jednak na zaplanowany próżnociąg. Wtedy nie miałam  wokół siebie prawie żadnej młodej mamy, a już na pewno nie takiej, z którą mogłabym otwarcie o porodzie porozmawiać. Teraz wiem, że podjęłam udaną decyzję. Miałam dobry pierwszy poród.

Jeszcze jedno muszę napisać – w czasie tej mojej wewnętrznej walki decyzyjnej odbyłam jedną bardzo konstruktywną rozmowę, w której usłyszałam, że muszę wziąć pod uwagę jedno – zawsze znajdzie się ktoś, kto mi będzie tę cesarkę wytykał, kto będzie we mnie wzbudzał poczucie winy, kto będzie mi sugerował bądź mówił wprost, że jestem gorszą matką/rodzącą/człowiek. I to jest, kurde flak, prawda. Nie wiem czemu to tak działa. Cesarka to nie jest bułka z masłem. To jest operacja. Musisz się oddać całkowicie w ręce lekarzy. Masz niewiele do powiedzenia na temat tego, co będą z Tobą robić. Odbierają Ci wolność decyzji, a dochodzenie do siebie po niej wiąże się ze sporym bólem, z wyrzeczeniami, a czasem nawet komplikacjami.

jak przywitaliśmy Tadzia, który nie zostanie raczej ani lekarzem, ani pielęgniarzem, ani salowym 😉

Może na początek jak to miało być:
Mieliśmy czekać do regularnych skurczy.
Byliśmy umówieni z Położną i Doulą (na poród w szpitalu) oraz Moimi Siostrami lub Rodzicami (na opiekę nad Kajetanem – w zależności od tego, czy zacznie się w dzień, czy w nocy).
W założeniu: Opieka i Doula przyjeżdżają do nas przy skurczach co 10 minut, do Położnej dzwonimy i ruszamy do szpitala po paru skurczach co 5 minut.
ALE w święta ani Doula ani Położna nie mogły nam towarzyszyć, dlatego bardzo mi zależało na porodzie przed lub po.

Zaczęło się jak tydzień wcześniej- około 20ej zaczęły mnie brać w miarę regularne skurcze. Zatem zrobiłam dokładnie to samo co wtedy – wzięłam nospę i ciepłą kąpiel. Tym razem nie bardzo pomogło. Dałam znać Moim Siostrom, że chyba je poproszę o przyjazd do nas na noc, bo może się nie uspokoić. A chyba lepiej jechać teraz (nawet jeśli na darmo) niż w środku nocy.

Siostry przyjechały, a ja (za radą Douli) – żeby nie rozkręcać akcji – położyłam się i kurczyłam przepowiadająco co jakieś 15 minut. Po paru godzinach skurcze się zagęściły nieco, a my przy każdym się budziliśmy i zapisywaliśmy ile trwał i kiedy się zaczął skurcz. Przez pewien czas towarzyszył nam nawet Kajetan, który przyszedł do nas do sypialni i spał na swoim materacu. Co skurcz siadał na łóżku i pytał “Mamo, wszystko dobrze?” 

Koło 6ej rano zaesemesowaliśmy do Rodziców z raportem i prośbą o przyjazd. Dwadzieścia minut później, tuż po przebudzeniu Kajetana, wreszcie zaczęło się dziać coś co wyglądało na TE skurcze – zagęściły się, a mnie cisnęło na krzyk. No ale… te skurcze znów się rozrzedziły… Mimo wszystko zadzwoniliśmy do szpitala skonsultować z nimi przyjazd – powiedzieli, że “sami musimy zdecydować, czy TE skurcze co 5 minut to JUŻ. Ale, że nie mają korka, więc w razie czego nas nie odeślą”. No dobra. To jedziemy. Zbyszek się zaczął szykować, ja rozważać co na siebie założyć 

Kajtek był cały czas pod opieką swoich Cioć, które ani przez moment nie pozwoliły mu się zmartwić czy zdenerwować tym, co się działo w sypialni.

Kiedy wyszykowany Zbyszek przyszedł przejąć mnie od Sis, złapał mnie skurcz przy którym odeszło mi trochę wód. No, to już zdecydowane ostatecznie – jedziemy. Nie ma co.
Poprosiliśmy Siostrę o zmajstrowanie ze dwóch kanapek na czas porodu, a sami weszliśmy do łazienki, żeby się nieco ochlapać przed wyjściem, a tu… jakiś taki… INNY skurcz. Zaczęło mnie mdlić, więc uznałam, że chyba przekraczam granicę 5cm rozwarcia. Usiadłam na kibelku, licząc, że może uda mi si sprawdzić czy rozwarcie większe a tu… GŁÓWKA!
od teraz – nic nie pamiętamy dobrze…
jakoś… przeszliśmy do sypialni
jakoś… przyklękłam częściowo oparta o materac Kajetana
jakoś… nadszedł drugi party
jakoś…. poczułam, że to już
jakoś… Zbyszek złapał wyskakującego “na supermana” Tadzia.
jakoś… spojrzał na zegarek

o porodzie wiedzieliśmy dużo, ale o badaniu noworodków… niewiele…
a te rodzące się bez stresu… rzeczywiście nie płaczą! Tadzio chrząknął i coś-tam jęknął, ale to bardziej od naszego wołania.

Udało nam się wywołać Moją Siostrę (która słyszała wcześniejsze krzyki, ale uznała, że to ekstremalniejszy skurcz) i poprosić o wezwanie pogotowia. Jej mina na widok Tadka – absolutnie bezcenna! (nasze podobno też )

My się ułożyliśmy na materacu Kajetana, Tadzia okryliśmy pieluchą, nas oboje kołdrą i zadzwoniliśmy do Położnej powiedzieć co się stało i zapytać co robić. Okazało się, że wszystko co trzeba było – zrobiliśmy.

O 8.13 przyjechało trzech Panów Z Pogotowia. Wspólnie ustalaliśmy każdy kolejny krok i działanie. Ocenili stan Tadzia, mój, a następnie zadzwonili do szpitala i upewnili się czy i jak przecinać uspokojoną już pępowinę (co uczynił Zbyszek).

Potem Tadzio został ucałowany przez obie Cioteczki, ja nieco “ogarnięta”, nosze przyniesione i zapakowani wspólnie w moją koszulę przygotowaną do porodu, kocyk i koc pojechaliśmy do szpitala karetką. (Przed odjazdem jeszcze nas pożegnali i ucałowali Moi Rodzice, którzy akurat przyjechali po Kajetana)

To był bardzo RODZINNY poród! 

W szpitalu było nieco zabawnie, bo rozmowa o rodzeniu łożyska zaczęła się od mojego pytania “czy rodzenie na tym fotelu to moja jedyna opcja?” 
Od tej chwili naprawdę o każdym kroku rozmawiałyśmy, a ja byłam traktowana jak partnerka, a nie… sama nie wiem co… nieprzyjemna konieczność 

Wspaniałą nieobecną-obecną przy porodzie była moja Doula – Ela. W przeróżnych momentach przypominały mi się nasze ciążowo-porodowe rozmowy, jej rady, jej sposób myślenia o porodzie.
I nawet kiedy miałam wątpliwości czy wyjść wcześniej ze szpitala – to jej krótkie pytanie pomogło nam podjąć decyzję 
Przyznam, że porodu bałam się ogromnie. Tak bardzo, że kiedy z tymi przepowiadającymi kładliśmy się „spać” rozważałam poważnie, czy po przyjeździe do szpitala nie poprosić od razu o cesarkę.

A tymczasem… było dokładnie tak, jak mi powiedziała kiedyś Ela – przeżyliśmy piękną przygodę, którą przygotowało dla nas moje ciało 

podwójna historia

po lewej Kajtek, po prawej Tadzio (z Mamą) – parę dni po porodach 🙂

 

Porody po 2cc w Polsce też się zdarzają:)

Przeczytałam ostatnio w otchłaniach internetu (a dokładniej na forum Poród Domowy) cudowną historię porodu sn po 2 cc. W POLSCE:) Mam nadzieję, ze uda mi się skontaktować z tą dzielną mamą i uzyskać jej zgodę na zamieszczenie historii na portalu. Tymczasem wklejam linki do tejże opowieści – ku pokrzepieniu serc:)

Odcinek 1:http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119442367,119442367,moj_trzeci_pierwszy_raz.html
Odcinek 2:http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119485202,119485202,moj_trzeci_pierwszy_raz_odcinek_drugi.html
Odcinek 3:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119485250,119485250,moj_trzeci_pierwszy_raz_odcinek_trzeci_ostat.html

Przez ciernie do gwiazd (Łódź)

Czy można bezpiecznie urodzić siłami natury po cięciu cesarskim dziecko ważące ponad 4 kg? Owszem, można. Co więcej,  można to zrobić nawet w zaciszu własnego domu! Zapraszam do przeczytania historii porodów Agaty.

Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę byłam kompletnie nieświadoma tego czym jest poród. Moja mama zawsze mówiąc o tym jak nas rodziła, nie wspominała o żadnych problemach, bólu- poszło szybko i gładko. Poród nie wzbudzał moich obaw, pójdziemy do szpitala, urodzimy i już. Zapisaliśmy się do szkoły rodzenia, deklarując tym samym to, że urodzimy w tymże szpitalu(był 5 minut od domu) wyremontowany , z ładnymi salami (których widok niewiele mi mówił o praktyce w takich warunkach)położna prowadząca szkołę rodzenia opowiadała piękne historie jak to mogłoby wyglądać itp. Był piękny majowy wieczór, nadchodziła burza. Pojechaliśmy na IP. Pani mnie zbadała, chłodno poprosiła o wypełnienie ankiety z mnóstwem dziwnych pytań, odpowiedziała, że rozwarcia nie ma i mam się przebrać w piżamę i iść na oddział. Zamurowało mnie. Nieobyta ze służbą zdrowia pokornie się przebrałam, ale coś wewnątrz mnie nie zgadzało się na to co się dzieje.  Czy będzie dziwne to, że się popłakałam? Byłam roztrzęsiona, zaprowadzili mnie do sali na patologii ciąży, ale nawet tam nie weszłam. Stałam na korytarzu i płakałam, nie wiedząc co robić. Postanowiłam po konsultacji z mamą (która jest pielęgniarką)wracać do domu ( mama uświadomiła mi, że mogę wyjść na własną prośbę) wysłano mnie z oburzeniem na tę myśl do lekarza :„Będzie  burza! Pęcherze wtedy pękają! Pani zwariowała!” tak mi krzyknęła zdaje się, jakaś położna. Lekarz ( po czasie okazało się, że przyjmujący porody domowe) okazał się bardzo wyrozumiały wobec moich argumentów, iż nie zostanę szpitalu ponieważ to dla mnie obce miejsce z obcymi ludźmi. Ciśnienie 220- skoczyło mi z nerwów- także rozumiał. Wróciliśmy do domu. Po tym stresie, przy krótkich, ale męczących mnie skurczach, nie mogłam spać. Byłam całą noc na nogach. Rano- był przeddzień ustawowego terminu porodu i umówione KTG. Słabe skurcze i  2 cm rozwarcia. Lekarka wysłała mnie na porodówkę, bo rodzę. W gruncie rzeczy na porodówce był komplet więc poszłam na oddział, zjadłam obiad i czekałam, aż wpuszczą mojego męża. Skracając powiem tylko, że na badaniu koloru wód ( bezpodstawnego z resztą) przebili mi przypadkiem pęcherz, a potem wolna akcja porodowa, oksytocyna, brak postępu przy 8 cm, ja nieprzytomna z bólu i zmęczenia i cc o 00.20. Cc pod pełną narkozą, bo znieczulenie zadziałało na oskrzela zamiast na inne części ciała. Byłam załamana. Co ze mnie za kobieta, że nie umiem urodzić dziecka? Gdyby jeszcze były jakieś poważne problemy, ale po prostu akcja nie szła, poród stał w miejscu- dlaczego? Po znieczuleniu wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego dał mi się mocno we znaki. Do mojego psychicznego dołka dołożyło się to, że czułam się jak inwalidka. To ma być poród? Nie mogłam pogodzić się z tą cesarką przez pół roku. Dręczyło mnie to dzień w dzień, chciałam urodzić więcej dzieci, ale czy teraz nie grozi mi kolejne cięcie? A ile tych cięć mogę mieć? Nie chciałam więcej trafić na salę operacyjną . Kiedy synek miał 9 miesięcy  test ciążowy pokazał 2 kreski. Radość i obawa. To tak szybko- czy dam rade urodzić sn?  Grzebałam w necie szukając jakieś nadziei. Ile mam szansy na poród naturalny po cc? Historie pęknięć macicy a raczej samo straszenie nimi ( bo tak na prawdę znalazłam tylko jeden przypadek gdy pękła) nie były zachęcające…ale trafiłam w końcu na forum poród domowy, gdzie były dziewczyny podejmujące próby porodu po cesarce i były w tym mocno zdeterminowane. Zapaliłam się do porodu w domu- to było coś, co bardzo mi pasowało.  Bez tych wszystkich obcych twarzy nie zawsze miłego personelu… Wokoło pukali się w głowę na moje pomysły. Jak na złość spotykałam kobiety , które po pierwszym cięciu znowu miały cięcie, bo jak” jedno cięcie to potem zawsze cięcie”. Wbrew temu znalazłam położną przyjmująca porody domowe, omówiliśmy mój poprzedni poród. Na pytanie czy mogę rodzić po takim czasie, położna najspokojniej w świecie powiedziała: a co za różnica czy rodzisz 11,12 czy 18 miesięcy po cc? W swojej praktyce widziała tyle przypadków pęknięć  które wyliczy na palcach jednej ręki. To nie jest standardowe zagrożenie.  Zostało nam  czekanie na decyzję- dom czy nie? Ostatecznie położna nie zgodziła się na poród w domu, ale miała do nas przyjechać, gdy coś zacznie się dziać i mieliśmy pojechać do szpitala w odpowiednim czasie, gdy poród będzie na tyle rozkręcony, że skurcze nie „uciekną” mi ze stresu Pierwsze godziny, do 6 cm były w domu i były takie spokojne. Około 1 w nocy pojechaliśmy do szpitala. Rodziłam tam  jeszcze długo ( 8 godzin), znowu zastój przy 8 cm, ale już nikt nie przebijał pęcherza, porodówka nie była ładna, ale była cicha i pusta. Tylko my.  Poród niestety się przedłużał, wokoło wszyscy namawiali mnie na oksytocynę, ale ja i mąż twardo odmawialiśmy( po doświadczeniach ostatniego porodu, panicznie się jej bałam). Nawet moja położna zaczęła mnie naciskać. Nachodziły mnie myśli, że zaraz wyląduję na sali operacyjnej, chociaż nikt tego nawet delikatnie nie zasugerował… O 9.20 rano nasz drugi synek przyszedł na świat całkowicie naturalnie. To było wspaniałe rodzić go. Skurcze parte zupełnie mnie zaskoczyły swoją siłą i mocą. Stosując się do każdego wskazania położnej ( dmuchać, przeć, wstrzymać się)urodziłam bez pęknięcia dziecię z wagą 4050 kg. w pozycji kolankowo- łokciowej na łóżku.   Byłam pełna entuzjazmu- jak po zwycięskiej wojnie. Byłam pewna siebie, swojej siły- wspaniałe emocje. W szpitalu gratulowali nam determinacji i siły, byli pod wrażeniem. Po kolejnych dwóch latach, już w domu urodził się nasz trzeci synek jeszcze większych gabarytów niż poprzedni ( 4170 kg). Poród był nieco krótszy, ale przy końcówce znowu miałam problemy z postępem porodu. Skurcze trwające 40 sekund- to zbyt krótko, by urodzić w ekspresowym tempie.  Urodził się na stołeczku porodowym, w naszej sypialni . I tym razem nie odniosłam żadnych obrażeń. To był wspaniały poród, do tego kolacja już po, zjedzona we własnej kuchni. Obecnie czekamy na nasze czwarte maleństwo, które także planujemy rodzić w domu. Z tą samą wspaniałą położną. Dzięki jej spokojowi, doświadczeniu oraz naturalnemu podejściu   miałam szansę  doświadczyć  porodu w całym jego pięknie. To pierwsze doświadczenie i cesarka,  z perspektywy czasu wiele mnie nauczyły. Zdobyłam niesamowitą wiedzę dotycząca ciąży, porodu i pracy całego mojego ciała w tym czasie. Walka o naturalny poród  pokazała mi ile jest we mnie siły i determinacji. Głos wewnętrzny- wierzę, że także Boży głos, mówił mi zawsze spokojnie, że się uda. Nauczyłam się bardziej ufać temu głosowi i chociaż przeżyłam wiele trudnych chwil w drugiej ciąży udało się. Tego życzę każdej z was, która pragnie urodzić swoje dziecko naturalnie po jednym, a może dwóch  cięciach. Życzę także znalezienia mądrej położnej, która będzie was w tym wspierać .

Powtórne Narodzenie (Warszawa)

O niezwykłej sile kobiecej intuicji, istocie psychicznego przygotowania do porodu i o tym, jak pięknie i nienarzucająco można wspierać kobietę w jej wyborze szczęśliwego rozwiązania. Oto historia Zuzanny.

Patrząc na usposobienie obu moich synów silnie wierzę w to, ze sposób urodzenia i emocje związane z porodem mają niesamowity wpływ na późniejszy charakter dziecka.

Mój pierwszy syn miał być urodzony naturalnie, przygotowywałam się do porodu z doulą, Gosią Borecką, to z nią miałam go urodzić w Szpitalu Św. Zofii. Cała ciąża przebiegła bezproblemowo, wręcz idealnie. Czułam się świetnie, Mały odwrócił się i czekał na poród. I nagle, w 35 tygodniu ciąży zaczęłam mieć bardzo silne bóle głowy. Początkowo mnie nie przeraziły, bo często bolała mnie głowa w ciąży, ale pojawił się także ból brzucha. Pojechałam do szpitala na kontrolę, na której lekarz stwierdził, że wszystko jest w porządku. Dwa dni później objawy się powtórzyły: koszmarnie bolała mnie głowa, nadbrzusze, pojechałam do szpitala ze wszystkimi dokumentami, czułam, że jest coś nie tak. I tu po raz pierwszy poczułam siłę kobiecej intuicji.. Po przyjeździe okazało się, że mam koszmarnie wysokie ciśnienie, białko w moczu, problem z wątrobą… Słowem wszystkie niepokojące ciążowe objawy. Po kilku godzinach obserwacji, podawania leków i nieustępujących a wręcz postępujących objawach Zespołu HELLP (jak się potem dowiedziałam) w nocy zadecydowano o Cesarskim Cięciu. I tak, miesiąc przed planowanym terminem, urodził się mój pierwszy syn, na szczęście zdrowy, śliczny i cudowny. Całą operację przeżyłam koszmarnie. Najpierw dosłownie wyrywanie dziecka z brzucha, potem niesamowity, przeraźliwy płacz… Synka pokazano mi na chwile, ale ja otumaniona znieczuleniem, nie mogłam nawet się przyjrzeć a małego od razu zabrano do inkubatora, w którym musiało zostać jeszcze kilka dni a ja go mogłam tylko widywać.  Fizycznie czułam się świetnie ale psychicznie okropnie. Przez jakieś pół roku kompletnie nie czułam, że to ja urodziłam moje dziecko – zupełnie jakbym je od kogoś dostała. Całe doświadczenie porodu na Sali operacyjnej, w momencie, w którym się tego nie spodziewałam, było bardzo trudne. Miałam pretensje do siebie, do swojego ciała, które zawiodło. Moje dziecko dużo chorowało, bardzo długo cierpiało na kolki, przyczyny tego wszystkiego szukałam właśnie w porodzie mając do siebie żal, że tak skrzywdziłam małego. Dopiero po roku przestałam płakać na myśl o porodzie. I zaczęłam wtedy myśleć o kolejnym dziecku.

Poszłam do polecanego ginekologa, żeby porozmawiać o planowanej ciąży i lekarz mi ją odradził. A potem kolejny i kolejny. 3 lekarzy odradziło mi kolejną ciąże ze względu na ryzyko powtórzenia się Zespołu Hellp, i to we wcześniejszym tygodniu ciąży, co mogłoby być dużo bardziej niebezpieczne dla mnie i dla dziecka. Po wizycie u ostatniego lekarza, który powiedział to samo, byłam załamana. Zaczęliśmy rozmawiać z mężem o adopcji. I wtedy przypomniałam sobie o polecanej Pani Dr. Marzenie Dębskiej, specjalistce od TRUDNYCH ciąż. Zaniosłam Pani Doktor całą historię pierwszej ciąży, wypisy ze szpitala moje i dziecka, aktualne badania…Pani Doktor spojrzała na mnie i powiedziała słowa, które chyba zawsze będę pamiętać: Pani Zuzanno, Pani ma oczy zdrowej osoby, wszystko będzie dobrze, proszę do mnie wrócić w ciąży. Potem dodała, że historia może, ale nie musi się powtórzyć, że trzeba będzie całą ciążę skrupulatnie robić badania i mierzyć ciśnienie. Pamiętam, że w tamtym momencie szczerze poczułam, że wszystko będzie dobrze. I że ten poród będzie cudowny i naturalny.

Ciążą przebiegała bez komplikacji, ale zespół HELLP pojawia się na ogół w 3 trymestrze, także do końca była lekka niepewność co do rozwiązania. Dr Dębska chciała rozwiązać ją planowo przez cesarskie cięcie, żeby być pewną, że będzie wszystko ok., natomiast, co mnie mile zaskoczyło, nie nalegała na cesarkę, nie namawiała mnie na nią – mówiła, że ona by tak wolała, ale to ja znam swoje ciało. Ani razu nie wzbudziła we mnie strachu, niepewności, nigdy nie padły z jej ust słowa o jakimkolwiek niebezpieczeństwie grożącym mi podczas porodu naturalnego. Bo moje ciało chciało rodzić J. Oczywiście byłam otwarta na sytuację, kiedy znów się wszystko skomplikuje i potrzebne będzie cesarskie cięcie, ale czułam, naprawdę czułam, że nic się tym razem nie skomplikuje. Bałam się, ale jak czegoś nowego i nieznanego. Do porodu, również w Szpitalu Św. Zofii przygotowywałam się z cudowną doulą i joginką, wspaniałą kobietą-balsamem Olą Kunstler. Te spotkania z Olą bardzo mi pomogły psychicznie i fizycznie przygotować się do porodu, podjąć decyzję o tym, że chcę rodzić bez znieczulenia, pozbyć się jakiegokolwiek strachu i wprost zakochać się w porodzie. I w idei porodu. Uwierzyć w to, że ciało będzie mnie prowadziło przez poród. Spotkałam się tez z położną, Magdą Witkiewicz, która również spokojnie podeszła do tematu cesarskiego cięcia dwa lata wcześniej.

Zbliżający się poród, mimo braku jakichś specjalnych symptomów, czułam kilka dni wcześniej – wiedziałam, że urodzę do końca tygodnia. I tak, w sobotę o 7.40, po dosłownie 40 minutach od przyjazdu do szpitala, bez jakichkolwiek komplikacji, bez specjalnego bólu, bez znieczulenia, nacięcia, BEZ PŁACZU, prosto do moich ramion, urodził się nasz drugi syn. To było niesamowite. Ten spokój małego, wsparcie położnej, przeżywanie skurczy, których się nie bałam, dzięki wcześniejszym rozmowom z Olą. Poród był dokładnie taki, jaki miał być. Taki, jaki miał być też ten pierwszy. Drugi synek był jakby kopią starszego. W magiczny sposób poczułam się tak, jakbym wreszcie przeżyła też ten pierwszy poród. Tuląc młodszego miałam wrażenie jakbym tuliła ich obu, nowo narodzonych naraz. Wreszcie przeżyłam poród, którego nie przeżyłam dwa lata wcześniej. A ja jako kobieta też narodziłam się na nowo – prawdziwie uwierzyłam w siebie.

Myślę, że to, co pomogło mi w takim wspaniałym przeżyciu porodu, to wsparcie wszystkich, którzy mieli z nim cokolwiek wspólnego – od Dr. Dębskiej poprzez Położną aż po cudowną wspierającą doulę i dzielnego męża. Nikt nigdy nie poddał pod wątpliwość mojej decyzji wierząc, że kobieca intuicja to jednak ogromna potęga.  Ważne jest też otwarcie na wszystko to, co się dzieje. Przy pierwszym porodzie nie brałam pod uwagę cesarskiego cięcia i myślę, że dlatego doznałam takiego szoku, z którym później trudno mi było sobie poradzić. Opierając się na swoim doświadczeniu chciałabym życzyć wszystkim czytelniczkom portalu, żeby wsłuchały się w siebie i w swój wewnętrzny głos czasami zagłuszany przez nie nasze sądy i przekonania. Bo nasze ciało naprawdę nas zawsze ostrzeże przed niebezpieczeństwem ( jak przy pierwszym porodzie) i poprowadzi właściwą drogą.

„Narodziny Franka, czyli jak matka się rehabilituje we własnych oczach” (Warszawa)

Niepewność i wątpliwości. Nadzieja i załamanie. Decyzja o powtórnym cięciu i … spóźniony anestezjolog. Oto trzymająca do końca w napięciu historia Olgi.

Tak naprawdę powinnam zacząć historię od narodzin naszego pierworodnego Kuby, skoro ma to być historia szczęśliwego porodu VBAC, ku pokrzepieniu serc mam po cesarkach, liczących na naturalne rodzenie. Ale wspomnę tylko krótko.

Kubuś przyszedł na świat szczęśliwie – zdrowy i śliczny. Tylko niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Medycyna wkroczyła do naszych pierwszych chwil bardzo mocno – patrząc z perspektywy czasu sama już nie wiem, na ile potrzebnie, na ile nie i nie chcę tego roztrząsać. Nasza relacja jest super, miłość jest od początku, karmienie w 100% udane, więc jak mówiła mi większość znajomych, „wszystko jest w porządku”. A jednak jego narodziny zostawiły mi bliznę na brzuchu i dziurę w sercu. Dziwaczne, dla mnie samej absurdalne, ale nie do przezwyciężenia uczucie, że zawiodłam, że coś jest nie tak ze mną jako kobietą i matką, skoro moje ciało nie potrafiło wydać dziecka na świat.

W drugiej ciąży, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie myślałam o porodzie. Chyba więcej myślał o nim mój mąż, który wszystkim wokół opowiadał, że chcemy urodzić naturalnie, a ja to powtarzałam. Jak mantrę. I w duchu liczyłam, że lekarze zakażą mi rodzić naturalnie. Cesarka była znana. SN było tym, czemu nie podołałam. A przecież od tego czasu nie stałam się lepsza, czy silniejsza. Jednak żaden ginekolog nie widział powodu, dla którego nie miałabym urodzić SN. Mówili tylko, że mam wybór, że w mojej sytuacji jeśli chcę cc, to wystarczy powiedzieć. Takie proste.

A jednak czekałam po prostu, aż zacznie się akcja porodowa i oddałam sprawę Bogu, wierząc, że mnie samą to zwyczajnie przerasta.

Był piątek wieczorem, minął nam dzień jak co dzień, taki ze spacerem, odwiedzinami u przyjaciół, rodzinną obiadokolacją. Wieczorem w przypływie chęci porozpieszczania pierworodnego wstałam, żeby dać mu jajo z niespodzianką, rzecz dla niego niespotykaną;) Kiedy wstawałam po to jajo, o którym zawsze będę pamiętać, wydarzyła się rzecz równie dla mnie dziwna – wody chlusnęły, mocząc mnie aż do podłogi. Pamiętałam dobrze ten sterylny zapach, właściwie czekałam na niego… Wtedy początek był taki sam, tylko mniej spektakularny – sączyły się.

Działaliśmy na spokojnie. M pojechał po moją mamę, ja oglądałam z Kubą bajkę. Potem jeszcze jego kąpiel, dopakowanie ostatnich rzeczy i pojechaliśmy do szpitala. I ta myśl z tyłu głowy: wszystko jest jak wtedy, wody lecą, skurczów niet.

Na IP standard, KTG, dużo papierków. Wody moczące wszystko wokół. Kiedy czekaliśmy na korytarzu, czekając na wolną salę porodową, zaczęły się pierwsze skurcze. Delikatniutkie i nieregularne, dające cień nadziei 🙂 Mąż pełen optymizmu, przekonany, że wszystko będzie tak jak ma być – czyli naturalnie. Ja sama nie wiem.

Dostajemy salę błękitną. Śliczną, przestronną. I moja myśl znów: fajnie by było, gdyby to tu urodził się nasz syn. Szkoda, że to będzie na sali operacyjnej.

Jest północ, w sali gra radio, z mężem tańczymy porodowy taniec. Na pytanie położnej o skurcze odpowiadam „jakieś tam są”. Zgodnie z prawdą.

Nic się jednak nie dzieje, główka Frania jest wysoko, 1 cm rozwarcia. Około 4 idziemy spać – ja w sali porodowej, mąż w domu. Budzę się o 8 i stwierdzam, że skurcze zniknęły. Za chwilę M. przyjeżdża i zastaje mnie we łzach. Miałam rację – nie umiem rodzić dzieci. Wyciąga chusteczki, przytula mnie trochę i zaprasza na spacer po korytarzu. Spacer przywraca skurcze, nieregularne, ale mocniejsze. Położne cały czas są w okolicy, ale są super dyskretne.

Udaje nam się „wychodzić” 4 cm rozwarcia, potem 5. Skurcze bolą przeokropnie. I cały czas te 5 cm, przez godzinę, dwie, trzy i więcej… Nie mam już siły chodzić, nie mam siły na nic. Siadam na krześle i płaczę, że ja już nie chcę, że to nie ma sensu, skoro i tak musi się skończyć jak ostatnio. To jest ten moment, kiedy naprawdę tracę wiarę. M. delikatnie, nie wiem nawet kiedy i jak, prosi personel o wsparcie. Przychodzi położna i pani doktor, która opowiada mi o własnych dwóch porodach – pierwszym cc, drugim sn. Obie mówią, że jeśli będę chciała cc, to ok, ale żebym próbowała, bo warto, żebyśmy dali synkowi jeszcze trochę czasu. Siły mi wracają, chociaż uporczywe myśli o własnej bezsilności wcale nie chcą się ode mnie odczepić. Przy tych 5 nie chcących drgnąć centymetrach, skurcze robią się naprawdę bolesne. M trzyma za rękę, masuje, daje mi pić i stara się pokazać, że go moje wrzaski aż tak bardzo nie ruszają. Po jednym wyjątkowo popisowym okrzyku przychodzi położna. Znowu czuję się słabiej, dostaję w kroplówce płyn z elektrolitami – to pierwszy medykament, jaki mi w ogóle zaaplikowano po przybyciu do szpitala. Muszę już naprawdę wyglądać na cierpiącą, bo w końcu pada to pytanie „Czy chce pani cięcie?”. Półgębkiem odpowiadam, że tak, a potem szeptem przepraszam męża. On szepce mi do ucha kilka bardzo ważnych słów, które niechaj zostaną między nami. Przebierają mnie w koszulę szpitalną, trzęsącą się łapką podpisuję zgody, których nie jestem w stanie przeczytać. Ale na razie nic więcej stać się nie może – na bloku porodowym nie ma anestezjologa, trzeba czekać na tego, który asystuje przy ratującej życie operacji na innym oddziale. Żeby mi ulżyć, położna daje mi do kroplówki środek rozkurczowy. I wtedy wszystko zaczyna się toczyć strasznie szybko.

Zostajemy z M sami w sali i razem sobie cierpimy przy kolejnych skurczach – on w ciszy, ja bynajmniej 😛 Bo środek rozkurczowy przyniósł ulgę na chwilę, potem wszystko wraca, mam wrażenie, ze zdwojoną mocą. Skoro już znam decyzję, nie mogę się doczekać anestezjologa i ulgi. Martwię się trochę o synka. Wiem, że medycznie wszystko u niego w porządku, tylko że z nim też nie przywitam się tak, jak bym chciała.

Jednak z bólem przychodzi też i powolne pogodzenie i wtedy… wtedy mam pierwszy skurcz inny od wszystkich poprzednich. Czuję coś jakby… parcie? Przychodzi cała fala uczuć. Entuzjazm! Niezrozumienie – hej, przecież ja nie rodzę, ja czekam na cesarkę! Przerażenie – przecież tu nikogo z nami nie ma! Nie wiem, co mam wykrzyczeć, ostatecznie wybieram to ostatnie i mówię M, żeby kogoś zawołał. Wraca z położną, która mnie bada, uśmiecha się szeroko i mówi, że niniejszym rodzimy, jest pełne rozwarcie. Dalej jestem w szoku, ale mam zupełnie nowy przypływ sił, po tych 22 godzinach porodu, które już minęły, mam wrażenie, że teraz mogę wszystko. Do sali wraca mój M, który uśmiecha się, trzyma mnie za rękę, szepcze i w ogóle jest jedną wielką pozytywną wibracją. Od tego pierwszego niezrozumiałego dla mnie skurczu mija dokładnie 18 minut i na moim brzuchu znajduje się Franek. 3335 g szczęścia, 55 cm, 10/10 pkt w skali Apgar, ma burzę włosów i krzyczy, a my całujemy go po głowie i tulimy. Cały świat nagle cudownie staje na swoim miejscu, wszystko robi się super spokojne. M. spełnia marzenie i przecina pępowinę. Rodzenie łożyska, szycie, to wszystko odbywa się jakby poza mną. Te dwie godziny są nasze, dla Franka, męża, mnie i, nie ukrywajmy, mojego poczucia triumfu i wdzięczności wobec Boga. Potem spokojnie rozmawiamy sobie z położną, ona waży, mierzy i ubiera Frania, który następnie spokojnie zasypia w ramionach swojego taty, a ja myję się w wannie. Jedziemy na salę na oddział, po drodze wypijam herbatę. Świat nadal jest przecudowną oazą spokoju. Jako i moje dziecko – jak się później okazuje.

Po tym porodzie zdecydowanie mam komu dziękować – przede wszystkim Opatrzności, zajętemu anestezjologowi, środkowi (sic!) rozkurczowemu,  dwóm bardzo mądrym położnym i mojemu mężowi J I jeszcze moim synkom za to, że są.

A to my w około pół godziny po porodzie:

557959_10201022853839355_1986857682_n

Narodziny Ignasia i Józi (Warszawa)

Poród domowy zakończony niespodziewaną cesarką i uzdrawiający poród siłami natury po cc. Oto inspirująca, tętniąca emocjami historia Kasi.

Moja córeczka przyszła na świat zaledwie trzy tygodnie temu, ale historia tych narodzin zaczyna się dużo wcześniej…

Pamiętam bardzo dobrze, jak moja mama wspominała swoje dwa porody. Ból, strach, przerażająca samotność, upokorzenie. O ile narodziny mojego brata miały w miejsce w jednej z wielu istniejących jeszcze wtedy izb porodowych i, poza mglistym wspomnieniem bólu, nie pozostawiły po sobie wielkiego piętna, o tyle, moje narodziny były dla mamy traumatycznym przeżyciem. Doświadczyła wszystkich serwowanych wówczas w szpitalach „atrakcji”, musiała zmierzyć się ze znieczulicą lekarzy, którzy, zebrawszy się licznie wokół łóżka porodowego, nie szczędzili niesmacznych komentarzy. Po porodzie mamę poinformowano, że urodziła się córeczka. Córeczkę pielęgniarka natychmiast skwapliwie porwała i zaniosła na Oddział Noworodkowy, mamę zaś, z braku miejsc, umieszczono na Oddziale Ginekologii. „Brudnym”, jak mówiono, oddziale. Przez trzy dni nie mogła nawet przyjść i zobaczyć swojego dziecka, nie mówiąc o przytuleniu czy nakarmieniu…

Miałam kilkanaście lat, gdy słuchałam tych historii. Nie czułam współczucia. Czułam tylko gniew. Nie chciałam wierzyć, że ten obezwładniający ból, strach i poczucie odarcia z godności są nieodłączną częścią macierzyństwa. Rosło we mnie postanowienie, że, jeśli kiedyś będę miała dzieci, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by udowodnić światu, mojej mamie i sobie samej, że prawda o porodzie jest inna…

Minęło kilka lat. Byłam już szczęśliwą, zakochaną po uszy narzeczoną. Przez przypadek wpadły mi w ręce historie porodowe nadesłane do Fundacji Rodzić po Ludzku. Przeczytałam je wszystkie. Poczułam się tak, jak wtedy, gdy słuchałam opowieści mojej mamy: łzy gniewu, bezsilności i mocne pragnienie, by ze mną było inaczej. Wtedy trafiłam na opisy porodów domowych. Zachwyciłam się niezwykłą siłą, mądrością i pasją, która z nich płynęła. Zapragnęłam, by tak właśnie wyglądał mój poród: by przebiegał w atmosferze spokoju, szacunku dla mamy i rodzącego się dziecka, by były przy mnie osoby, którym ufam, by to wydarzenie mogło być źródłem siły, a nie bolesnym wspomnieniem, które będę chciała jak najszybciej wymazać z pamięci.

Kilka miesięcy po ślubie zobaczyłam na teście ciążowym dwie różowe kreseczki. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Ciąża przebiegała podręcznikowo. Rozpieszczałam się zapamiętale, dbałam o dietę, ćwiczyłam, spacerowałam, głaskałam rosnący w zaskakująco szybkim tempie brzuszek i przygotowywałam się do rodzenia w domu. Powoli zbliżał się termin porodu…
Któregoś dnia, gdzieś w okolicach 39 tygodnia, ogarnęło mnie nagłe przerażenie. Jak sobie poradzę? Jak będzie wyglądać moje życie? Co, jeśli nie uda się urodzić w domu? Na wieczór miałam zaplanowaną wizytę lekarską. Okazało się, że mam już 2 cm rozwarcia i w ciągu kilku najbliższych dni powinnam zacząć rodzić. Około 2 w nocy poczułam lekkie skurcze, które dość szybko zaczęły się nasilać i występować z coraz większą częstotliwością. Obudziłam męża, spojrzał na zegarek i stwierdził „Dziewczyno, ty masz skurcze co 3 minuty!”.

A więc rodzimy! Jeszcze kawałek bloku czekoladowego zjedzony między skurczami, szybkie przeczesanie włosów (no przecież w takim dniu nie mogę wyglądać byle jak!) i telefon do położnej. Zaczynamy porodowy taniec. Już nie mam wątpliwości. Moje ciało musi poddać się temu rytmowi, który narzuca nam coraz szybsze tempo. Przytulam się do męża, śpiewam samogłoski, muszę się otworzyć, nie mogę się bronić, to takie trudne… 6 rano. Jest już nasza położna. Badanie – 6 cm rozwarcia! „ O 12 powinniśmy mieć już dzieciątko” – mówi. Skurcze zaczynają być trudne do zniesienia. Drażni mnie dzienne światło. Łatwiej rodzi się w ciemności. Woda nie pomaga, nie mogę sobie znaleźć miejsca w wannie. Masaż krzyża tylko nasila ból. Próbuję różnych pozycji. Kucam podtrzymywana przez męża, klęczę przy fotelu, na sako… Już dawno straciłam poczucie czasu… Wiem tylko, że każdy kolejny skurcz przychodzi zbyt szybko. B. jest przy mnie, wspiera mnie, naprawdę rodzi ze mną. Położne są na każde nasze zawołanie. W którymś momencie zaczynam jednak rozumieć, że nie wszystko idzie tak, jak powinno… Główka dziecka jest cały czas wysoko, choć mamy już prawie pełne rozwarcie… Zaczynam się bać, kalkulować, próbuję przypomnieć sobie jakieś informacje ze szkoły rodzenia… Ale przecież to macica, nie głowa, ma rodzić. „Chyba będziemy musieli jechać do szpitala” – słyszę głos położnej. Dzwonimy do mojej lekarki- ona też radzi udać się na izbę przyjęć. Już wiem, że nie urodzę. Poddaję się, choć moim ciałem wciąż szarpią bolesne skurcze. „Zrobią mi cesarkę?” – pytam. „Nie będzie żadnej cesarki”.
Przypomina mi się sen z początków ciąży. Budzę się rano w mieszkaniu moich rodziców, macam brzuch – płaski. Przerażona biegnę do ich sypialni i krzyczę: „Co stało się z moim dzieckiem?!” A oni odpowiadają: „Zrobiliśmy ci w nocy cesarkę. Tak będzie dla Was najlepiej”.
Na jawie decyzja już podjęta. Jedziemy do szpitala. Jestem jednym wielkim skurczem, nie wyobrażam sobie, jak zniosę jazdę samochodem. Jednak posłusznie ubieram się, bierzemy przygotowaną na wszelki wypadek torbę i ruszamy. Jest około 17. Godzina korków. Pada deszcz. Mamy do pokonania całkiem spory kawałek drogi. „Nie ma zagrożenia życia” – uspokaja nas położna. Ja mamroczę modlitwy, ściskam w dłoni różaniec, modlę się już tylko o siłę do zaakceptowania tego, co się ma stać. Na izbie przyjęć wszyscy są mili, ale musimy wypełnić całą stertę dokumentów. Podpisuję je bezwiednie między kolejnymi skurczami, kucając przy łóżku. Jest mi wszystko jedno. Chcę tylko, żeby to się już skończyło i żeby nikt na mnie nie krzyczał. Staję się potulną pacjentką, chociaż w teczce z dokumentami mam spisany mój plan porodu, który, w razie potrzeby, miał mnie chronić przed szpitalną rutyną. Plan porodu diabli wzięli. Teraz każą mi się położyć na łóżku i wiozą mnie na trakt porodowy. Podłączają mnie pod ktg. Porażona bólem, wrzeszczę wniebogłosy, położna szybko odpina pasy. Jest decyzja o cesarskim cięciu. Mam przejść do sali obok. Ostatni skurcz łapie mnie w progu drzwi. Kucam, trzymając się framugi. Ktoś z tyłu pogania mnie, krzyczy, że nie mamy czasu, bo następna pacjentka czeka w kolejce. Zastrzyk w kręgosłup. Ogromna ulga dla wymęczonego ciała, ale ból kumuluje się teraz w przerażonym umyśle. Płaczę, trzęsę się ze strachu, nie wiem, co się ze mną dzieje. Ktoś rzuca: „ Co Pani tak histeryzuje?”. Odpływam. Z letargu wyrywa mnie głos lekarza „ 19:03″. Jak to, już jest? JEST! Synek! 4392 g, 57 cm. ILE?! Jest taki piękny. Nie pozwalają mi go przytulić, pokazują tylko z odległości kilkunastu centymetrów. Dzięki Bogu, jest ze mną mąż. Równie oszołomiony jak ja, biega między niemowlęcą wagą a stołem operacyjnym. Chwilę potem rozdzielają nas. Budzę się na sali pooperacyjnej, podłączona mnóstwem kabelków do różnych maszyn. Moje ciało jest bezwładne, zupełnie obce. Przynoszą małego. Moja pierwsza myśl: „ Dlaczego ma na sobie ubranko, którego nie lubię?” Zaczyna się nowy rozdział w moim życiu, długa droga uczenia się miłości do tego małego człowieka. Ratuje mnie wspomnienie tych kilkunastu godzin porodu spędzonych w domu. Nie pamiętam już bólu, tylko niezwykłą bliskość, której doświadczyłam z mężem, słowa pełne miłości, ciepłą obecność położnych. Cieszę się, że mogłam dać mojemu synkowi ten czas, że doświadczyłam bólu rodzenia. Wszystkim, którzy teraz powtarzają mi „A nie mówiłam?”, odpowiadam, że poród był piękny, że żadnej decyzji nie żałuję. Tylko ta cesarka… Mamie podsuwam książkę naszej położnej. Początkowo sceptyczna, zaczyna czytać relacje porodowe i łzy napływają jej do oczu. „Teraz rozumiem” – mówi.
10 miesięcy później, w piękny, majowy poranek, znów widzę dwie kreseczki. Lekkie zaskoczenie, ale cieszymy się. Wiem, że większość lekarzy każe zaczekać z kolejną ciążą po cesarce co najmniej 12 miesięcy, ale ja bardziej niż o pooperacyjną bliznę, boję się o blizny na sercu, które pozostawił tamten poród. Jednocześnie gdzieś, w głębi duszy, ufam, że w doświadczeniu drugiego macierzyństwa czeka mnie uzdrowienie.
Ciąża i tym razem przebiega spokojnie, choć nie mam już czasu na rozpieszczanie się. Moje otoczenie też nie zwraca wielkiej uwagi na mój rosnący brzuszek i chyba mi z tym dobrze. Wiem, że noszę w sobie tajemnicę nowego życia i to mi wystarcza. Nie muszę być już idealną, zawsze uśmiechniętą ciężarną: pozwalam sobie na dietetyczne grzeszki i chwile zupełnego załamania. Szukam w Internecie informacji na temat porodu naturalnego po cesarskim cięciu. Na polskich stronach dużo suchych, medycznych danych. Nie tego potrzebuję. W końcu trafiam na linki do anglojęzycznych stron. Płaczę, czytając wiersze napisane przez kobiety, których dzieci przyszły na świat przez cesarskie cięcie. Czytam historie mam, których jedyną kartą przetargową w walce o naturalny poród było wielkie, instynktowne pragnienie, by urodzić własnymi siłami. Raz jeszcze przeżywam swoją żałobę, płaczę nad sobą, nad moim synkiem, nad naszymi pierwszymi, wspólnymi chwilami pełnymi łez, zwątpienia, strachu i bezradności. Powoli rodzi się we mnie zgoda na te doświadczenia. Oto jestem: ja – matka niedoskonała, rodząca przez cesarskie cięcie, karmiąca butelką, płacząca przez długie miesiące. Nie dałam synkowi najlepszego porodu, najlepszego pokarmu, lubiłam wymykać się z mężem z domu, zostawiając go pod okiem babci, czasem, zamiast Mozarta, puszczałam mu Depeche Mode, ale teraz patrzę na niego i widzę małego, szczęśliwego chłopca, który mnie kocha. Z wzajemnością. Pod sercem noszę zaś malutką dziewczynkę, która kopie mnie z coraz większą siłą.
Od początku nie mam wątpliwości, że chcemy próbować rodzić naturalnie, jeśli tylko nie wystąpią jakieś niespodziewane komplikacje. Lekarze sceptycznie patrzą na wpisaną w kartę ciąży „niewspółmierność porodową”, która miała być przyczyną cesarskiego cięcia. Niektórzy straszą „położniczym sajgonem”, kręcą głową nad krótką przerwą między ciążami, powtarzają, że wszystko zależeć będzie od wagi dziecka, ale ostatecznie nie przekreślają naszych szans na poród drogami natury. Tym razem będziemy rodzić w szpitalu, ale miejsce nie jest dla mnie najważniejsze. Decydujemy się na indywidualną opiekę położnej. Po spotkaniu z położną E. wracam do domu spokojna. Marzę po cichu o naprawdę dobrym porodzie, ale wiem, że każdy scenariusz może się spełnić. Nie chcę planować, wybiegać w przyszłość, usilnie czepiać się jednego rozwiązania. Proszę tylko małą, żeby nie urosła nam za bardzo i nie chciała wychodzić zbyt prędko. To dopiero 34 tc, a mnie od kilku tygodni męczą skurcze, szyjka już miękka, przygotowana do porodu. Boję się przedwczesnego porodu, no i obiecałam E., że nie zacznę rodzić w sylwestrową noc. Mija Sylwester, jeden tydzień, drugi, trzeci… Zaczynam się niepokoić. Zaopatruję się w olej rycynowy, ale jakoś nie mam odwagi go wypić.
W sobotę, tydzień przed terminem porodu wg USG, wybieram się rano na wyprzedażowe zakupy, a moich mężczyzn wysyłam do lasu na spacer. Po spacerze młody zasypia kamiennym snem, a my mamy trochę czasu dla siebie. Wieczorem chcemy wybrać się na Eucharystię celebrowaną przez naszą wspólnotę. Ja mam w planach jeszcze „indukcyjną” sesję schodzenia po schodach. Zakładam wygodne dresy i zaczynam mój „trening”. Trochę wątpię w skuteczność moich działań, czuję się idiotycznie i mam tylko nadzieję, że nie spotkam żadnego sąsiada. No cóż, lepsze to niż nicnierobienie i nerwowe wpatrywanie się w kalendarz z zaznaczonymi kolejnymi tygodniami ciąży.

Wieczorem czuję lekkie pobolewanie w podbrzuszu, ale staram się nie zwracać na nie zbytniej uwagi. Spokojnie szykujemy się do wyjścia. Jest 20. Docieramy do oddalonego o 25 km kościoła. Ławki są koszmarnie niewygodne, nie mogę sobie znaleźć wygodnej pozycji. Z każdą minutą coraz trudniej mi nie myśleć o tym, co się dzieje w moim brzuchu. Po Komunii wymykam się dyskretnie. Skurcze zaczynają się nasilać. Są zupełnie inne niż przy pierwszym porodzie. Nie wyobrażam sobie, jak je zniosę, jeśli będą jeszcze mocniejsze. Trzęsę się z zimna. Marzę o jakimś ciepłym, przytulnym miejscu, o ciepłej wodzie. Wracam do sali, ktoś próbuje mnie pocieszyć, ale ja chcę już uciec, przytulić się do męża, nie chcę z nikim rozmawiać, nie chcę słów pocieszenia. Trudno mi jeszcze uwierzyć, że to poród, ale kurcząca się macica powoli przejmuje kontrolę nade mną. Kończy się Msza. Mąż przekonuje mnie, że powinnam zadzwonić do położnej. Za jej namową jedziemy jeszcze do domu. Mam wziąć prysznic, no-spę i zobaczyć, czy skurcze się nie wyciszą. W samochodzie nie mam już jednak wątpliwości, że właśnie zaczął się poród. Skurcze pojawiają się co 2, 3 minuty. W końcu docieramy do domu. Z trudem dochodzę do łazienki, próbuję się rozebrać i wejść pod prysznic, ale nie daję już rady. Dzwonimy do położnej. Właściwie to mąż dzwoni, bo ja próbuję w tym czasie znaleźć jakąś wygodną pozycję w czasie skurczu i złagodzić ból oddychaniem. Mamy być w szpitalu za godzinę. Ostatnie spojrzenie na śpiącego synka, kilka wskazówek dla opiekującej się nim babci, bierzemy torby i wsiadamy do samochodu. Jest prawie północ, pogodna zimowa noc, puste ulice. Kucam na tylnym siedzeniu samochodu, zamykam oczy. W czasie skurczów proszę B., żeby oddychał ze mną. Między skurczami śpiewam cichutko.
Docieramy do szpitala. Na izbie przyjęć nie ma żadnych pacjentek. Większość mojej dokumentacji jest gotowa, musimy tylko dopełnić kilku drobnych formalności. Jest już położna. Badanie – 5 cm rozwarcia. Tętno dziecka prawidłowe. Idziemy do sali Śliwkowej. Uśmiecham się – śliwkowy to mój ulubiony kolor.
Na początek krótkie badanie ktg. Na szczęście mogę cały czas kucać oparta o łóżko. Jestem spokojna i maksymalnie skupiona na tym, co dzieje się z moim ciałem. Nie chcę wybiegać myślami do przodu, nie zastanawiam się, ile jeszcze czasu przed nami. Odpycham od siebie wszystkie lęki: nie myślę o bliźnie na macicy, nie myślę o tym, czy tym razem się uda, nie myślę o bólu, o tym, że mogę nie dać rady. Liczy się tylko dana chwila. Wyjątkowy czas dany mi i mojej córeczce.
E. proponuje kąpiel, a ja przyjmuję jej propozycję z wdzięcznością. Ciepła woda łagodzi ból, rozluźnia napięte mięśnie. Skurcz za skurczem. Zamykam oczy i z niczym nie walczę. Nie próbuję uciekać. Uśmiecham się. W myślach powtarzam sobie, że jestem piękna w tym bólu, że oto na nowo rodzę się jako matka, że każda sekunda jest dla mnie wielkim darem. Kiedy skurcze stają się mocniejsze, a główka dziecka schodzi coraz niżej pozwalam sobie na krzyk. Nie jest to krzyk bólu i bezradności. Niskie, gardłowe dźwięki pomagają mi się otworzyć. Czasem mam ochotę zawyć jak zranione zwierzę, ale nie chcę, by lęk przejął nade mną kontrolę. Zamiast tego krzyczę: „Chooodź, nie boję się ciebie, jestem silniejsza od ciebie”…
W którymś momencie położna sugeruje, że warto wyjść z wanny, by skurcze wzmocniły się. Wychodzę podtrzymywana przez męża, opieram się o łóżko i właściwie od razu czuję różnicę w intensywności skurczy. Stoję na szeroko rozstawionych nogach, pochylona do przodu, rękami zgiętymi w łokciach opieram się o łóżko. Rodzące się dziecko narzuca swój rytm. Jedyne co muszę robić, to poddać się mu. Słyszę uspokajający głos E. „Dobrze, świetnie sobie radzisz”. Nie wiem, ile mija czasu – kilka sekund czy kilkadziesiąt minut. W mocnym, długim skurczu rodzi się główka, zaraz potem łagodnie wyślizguje się małe ciałko. E. kładzie malutką przede mną na łóżku. Jest piękna, taka maleńka, wciąż połączona ze mną pępowiną. Nie ma żadnego pośpiechu, nie ma krzyku, zamieszania, ostrych świateł. Kładę się na łóżku i dostaję córeczkę do przytulenia. W jednym skurczu rodzi się łożysko. Wszystko dzieje się tak po prostu, tak normalnie… Mała jest cały czas przy mnie, przytulamy się, karmimy, tata robi nam pierwsze zdjęcia. Dopiero po dwóch godzinach mała jest ważona i mierzona (3085 g, 53 cm). Zakochuję się w niej instynktowną, bezwarunkową miłością, a ona odwdzięcza się pełnym ufności przywiązaniem…

Do pięciu odlicz, czyli jak liczyłam nogi od krzeseł…(Warszawa)

Najważniejsza jest możliwość podejmowania przez kobietę rodzącą świadomych wyborów – gdzie, z kim i w jaki sposób urodzi. Szczególną wagę ma to w przypadku porodu po cięciu cesarskim. Zapraszam do przeczytania historii Joanny.

Trudno nie porównywać dwóch tak różnych porodów… Być może dlatego ten drugi, upragniony – drogami natury – wydaje mi się dziś idealny. Bo ten pierwszy znacznie odbiegał od oczekiwań i wyobrażeń, choć przecież odbył się w tym samym szpitalu.

Pierwszy poród zakończył się cesarskim cięciem z powodu braku postępu po dwóch godzinach parcia – dziś wiem, że wywoływanie porodu tylko dlatego, że lekarz tak sobie życzy, jest pierwszym krokiem w stronę cesarki. Wtedy nic nie układało się tak, jak chciałam, ale też byłam mocno zdezorientowana i wymęczona przez atmosferę, panikującą młodą położną i wlewaną we mnie oksytocynę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, choć bardzo długo nie mogłam się pogodzić z cesarką.

To było prawie cztery lata temu.

W drugiej ciąży nie usłyszałam od mojej ginekolog ani słowa na temat konieczności cesarki. Kiedy w moim brzuchu pojawił się S., minęły prawie trzy lata od poprzedniego porodu – ryzyko związane z blizną było małe, a na każdym USG prosiłam o skontrolowanie jej szerokości. Moja pani doktor przygotowywała mnie na to, że wszystko się okaże i takie przyjęłam założenie: chcę urodzić naturalnie, a najwyżej… cesarkę już przerabiałam.

Termin miałam na 11 listopada, ale wcale nie miałam ochoty czekać tak długo! Jesień, każde wyjście z domu, wizyty u lekarza i laboratorium były męczące. Tym razem jednak nie pomagałam organizmowi jak przy pierwszej ciąży – nie piłam wywaru z liści malin. Nie masowałam też krocza, ponieważ wymagałoby to użycia parafiny, którą skreśliłam jako substancję ropopochodną. Co ma być, to będzie – z takim nastawieniem 3 listopada pojechałam z mężem i starszym synkiem do znajomych, gdzie dopadł mnie gigantyczny głód i dosłownie zmiotłam ze stołu wszystkie lepsze kąski.

– Oj – powiedziałam do męża.

– Rodzisz? – spytał.

– E, tak zabolało tylko.

Po wizycie w gościach zawieźliśmy synka do babci na noc, a w drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do kolegi.

– Jakie masz fantastyczne schody! – zawołałam, widząc jego drewniane schody do piwnicy. Wiadomo, chodzenie po schodach pomaga w przygotowaniu szyjki macicy do porodu… Nie mogłam nie skorzystać!

– Oj – znowu powiedziałam do męża.

Pojechaliśmy do domu, było po 22:00. Legliśmy na kanapie i włączyliśmy odcinek serialu.

– Oj – powiedziałam, kiedy film się skończył. – To ja idę do wanny. A ty coś zjedz.

Czułam, że skurcze, które pojawiały się od trzech godzin najpierw sporadycznie, potem coraz częściej, nie ustępują. Nie były bolesne, natomiast coraz intensywniejsze. Odszedł mi czop śluzowy. Całe szczęście, nie tak jak poprzednio, z krwią, która nie chciała przestać lecieć.

Weszłam do wanny i pomyślałam od razu, jakie to szczęście, że starszy jest u babci. Umyłam się, ubrałam i zajrzałam do męża. Pożarł jajko na miękko i stał gotowy do działania.

– Torba do szpitala i jedziemy.

Wziął moją gigantyczną torbachę, która i tak zawierała o wiele mniej rzeczy niż poprzednio, i zeszliśmy do samochodu. Skurcze nasilały się, kiedy szłam albo stałam. Kiedy usiadłam na fotelu auta, ustały.

– Hm, może ja wcale nie rodzę, co?

Za chwilę jednak skurcze wróciły i wątpliwości znikły. Jechaliśmy przez pustą, ciemną Warszawę, ciesząc się, że przynajmniej można spokojnie dojechać do szpitala i może nawet zaparkować pod nim…

Kiedy weszliśmy do rejestracji, ból zaczął gwałtownie przyrastać, skurcze się nasiliły – aż się zdziwiłam, bo przecież to dopiero początek. Mąż musiał mnie masować w szczególnym miejscu na dole pleców, wskazanym nam kiedyś przez położną. Rejestracja trwała tak długo! Papiery, podpisy… i dopiero na badanie. Które było zresztą bardzo nieprzyjemne, z niewiadomych przyczyn lekarka nie mogła się dostać tam, gdzie powinna, i podczas szukania szyjki miałam ochotę ją kopnąć i uciec. To była chyba najgorsza część porodu! W końcu orzekła, że rozwarcie jest małe, 1 cm, ale jest, więc mnie przyjmą.

– Próbuje pani naturalnie? – to było jedyne pytanie – zadane przez panią w rejestracji – które dotyczyło mojej cesarki. Nikt mi niczego nie sugerował, nie próbował wpłynąć na decyzję. Brawo dla szpitala!

– Pewnie, że próbuję.

Między skurczami, które pojawiały się teraz zupełnie nieoczekiwanie, musiałam jeszcze coś podpisać, a potem czekać na położną. Ból był duży, promieniował z dołu brzucha i czułam się wobec niego trochę bezradna. Pamiętałam o zasadzie oddychania i tej zasady trzymałam się już do końca porodu – głębokie wdechy przeponą, głośne wypuszczanie powietrza, i na tym się skupić. Szukałam wzrokiem czegoś, co mogłoby mi pomóc liczyć te oddechy – na przykład nogi od krzesła. Jeden wdech – jedna noga, i tak w kółko, aż skończy się skurcz. Zwykle starczało pięć–sześć wdechów.

Mąż jeszcze pobiegł do samochodu po torbę porodową, a ja już nie wiedziałam, czy mam się przechadzać, czy siadać, czy masować sobie sama plecy… W końcu mąż wrócił i pojawiła się położna. Zaprowadziła nas do sali porodowej, świeżo po remoncie, naprawdę rewelacyjnej. Trochę mnie zbadała, zrobiła KTG, którego nie znoszę, przygotowała też worek z pestkami wiśni podgrzanymi w mikrofali – wspaniale było nim masować dolą część pleców! Worek był gorący, ale to przynajmniej odwracało uwagę od bólu, który narastał. Przyjmowałam pozycję na czworakach na łóżku porodowym – miałam stamtąd dobry widok na krzesło na kółkach z pięcioma nogami. Wciąż o jedną za mało, ale i tak pozwalało mi się skupiać na oddychaniu…

Moje myśli były skoncentrowane na dwóch rzeczach: jak najszybciej dostać znieczulenie i zebrać siły. Wynikało to z moich poprzednich doświadczeń, kiedy znieczulenia nie dostałam, ponieważ anestezjolog się spóźnił, i w końcowej fazie porodu czułam, że sobie nie poradzę. Tym razem postanowiłam, że urodzę naturalnie, ale wspomogę się ZZO. Nie było przeciwwskazań, wyniki krwi miałam dobre, przyszedł anestezjolog (nawet miałam siły zapamiętać, że był bardzo przystojny) i spytał, czy przy znieczuleniu do cc nie miałam komplikacji. Nie miałam. Dobrze pamiętałam ten przyjemny moment, kiedy cały ból odpływa i człowiek może się odprężyć. Wszystko było podobnie – ukłucie w kręgosłup, lekkie szczypanie i rozlewanie się po plecach ciepła. Po chwili byłam zdumiona, że wszystko przestało boleć.

– Niech się pani zdrzemnie – powiedziała położna i przykryła mnie prześcieradłem. Nie trzeba było mnie namawiać! Czułam skurcze jako lekkie napinanie się brzucha. Mąż siedział obok na fotelu i trzymał mnie za rękę – wkrótce oboje przysnęliśmy. Trochę się budziłam, piłam dużo wody, poszłam też parę razy siku, choć było trudno.

W pewnym momencie, już nad ranem, poczułam, że skurcze się zmieniły. Poprosiłam męża, żeby poszedł po położną. Przyszła z anestezjologiem.

– Proszę mi powiedzieć – zapytałam anestezjologa – czy to znieczulenie przestaje działać, czy to już parte?

– To pani powinna mi powiedzieć – odpowiedział wyraźnie rozbawiony.

– Chyba już rodzę – odpowiedziałam.

Położna mnie zbadała, powiedziała, że jest jakieś 7 cm rozwarcia i… zmieniła ją inna położna. Wcale mi to nie przeszkadzało, przecież świadomie wybraliśmy taką wersję, że położna będzie szpitalna i już.

Czułam nasilające się parcie na wszystko, co znajduje się w sąsiedztwie macicy.

– Dlaczego to nie boli tak, jak pamiętam, że powinno? – pytałam nowej położnej, zresztą bardzo fajnej. – Przecież znieczulenie nie działa na bóle parte.

– To zależy – odpowiedziała. – Może u pani działa.

Przyznaję, że już nawet nie pamiętam, czy było jakieś KTG, pewnie było sprawdzanie tętna i tyle. Szukałam odpowiedniej pozycji – dobrze się czułam na łóżku porodowym, gdzie mogłam na przykład kucać, a w wolnej od skurczu chwili po prostu się położyć.

– Ja już chciałabym przeć – powiedziałam w pewnej chwili, choć pamiętałam o tych 7 cm, ale uczucie parcia było narastające i nieokiełznane. Czułam się jak… jak… chyba można powiedzieć jedynie „jak rodząca”! Czułam wielką chęć wydania dziecka na świat, dziecka, które bardzo chciało już wyjść.

– Proszę spróbować.

Niedługo potem odeszły wody – chlusnęły sobie do specjalnej dziury w łóżku. Sprytne.

Wstałam i kucnęłam, trzymając się oparcia łóżka, które zamieniło się w fotel. I zaczęłam przeć… Mąż, zachęcany przez położną, masował mi piersi. Czułam bardzo dobrze, kiedy uwalniała się oksytocyna dzięki pobudzeniu brodawek – skurcz był znacznie efektywniejszy!

I właśnie wtedy, podczas kolejnego skurczu, kiedy nic właściwie się nie zmieniało, ogarnęło mnie zwątpienie. Po co to wszystko? Znowu się nie uda. Nie umiem urodzić. Pewnie znowu skończy się cesarką. Ile to już trwa? Skurcz za skurczem, prę i prę, nic się nie dzieje. Zaraz powiedzą, że idę na stół.

– Proszę krzyczeć! – zaleciła położna. – Proszę krzyczeć „A-a-a-a-a”!

Krzyczeć? Po co? Nie czułam bólu, skupiłam się cała na wielkim wysiłku, żeby współpracować z tą ogromną pulsującą siłą wypierającą dziecko na świat. Zaciskałam oczy, bo tak kazał okulista (mam dużą wadę wzroku), oddychałam w miarę głęboko i w mojej głowie nie było tu już miejsca na kolejną czynność!

I wtedy właśnie nadszedł taki skurcz, że poczułam sporą zmianę.

Położna była cały czas blisko, masowała krocze, żeby ochronić je przed pęknięciem, więc oczywiście zobaczyła, że nastąpił przełom.

– Rodzimy! – zawołała przez drzwi do niewidocznego personelu, a mnie zaproponowała zmianę pozycji na plecy z podniesioną nogą (musiało ciekawie wyglądać!) i powiedziała:

– Teraz proszę przejść ten skurcz bez parcia!

Łatwo powiedzieć… Całe moje ciało żądało zaangażowania się w ten skurcz i właściwie nie wiem, czy to się udało. Nic nie bolało, natomiast krocze zaczęło piec, jakbym miała w sobie żywy ogień. Postanowiłam sobie, że wytrzymam i już – skupiłam się na tym, że takie doświadczenie przeżywam po raz pierwszy w życiu, może i ostatni. Intensywność doznań była tak duża, że znowu zapomniałam o „a-a-a-a”. Położna mnie upomniała. Mąż masował piersi i podtrzymywał.

– A teraz proszę przeć ze wszystkich sił!

No to poszło…

– Jest pani kobietą z dwiema głowami!

Ha ha ha, mąż w śmiech, ja w śmiech, ale to chyba nie koniec.

Jeszcze jeden skurcz i słyszę:

– Śluuuuplplpl!

To mnie jeszcze bardziej rozśmieszyło. Widzę, że mąż podskakuje z radości, sama się śmieję i czekam, co to będzie. Tego jeszcze nie było!

Pieczenie ustało, choć dziwne wrażenie między nogami trwało i trwało.

Za chwilę synek wylądował na mojej klatce piersiowej. I tak się ucieszyłam! A potem rozpłakałam.

Byłam z siebie taka dumna!

*

Dziś synek ma prawie pół roku. Choć poród był wspaniały, czekały nas różne przygody na neonatologii (S. nie płakał, jak należy), które na szczęście zakończyły się dobrze. S. urodził się o kilogram mniejszy niż jego brat (3 a 4 kilo to różnica…), ja byłam znacznie bardziej świadoma, poród nie był wywoływany, nikt mnie nie poganiał, mogłam skorzystać z ZZO i się zdrzemnąć, była noc, więc w szpitalu spokój i nie kręcili się np. studenci, położna była obecna tylko wtedy, kiedy było to konieczne… Znaczną różnicę poczułam po samym porodzie: kiedy położna zbadała łożysko i opatrzyła moje obtarcia (krocze bez interwencji), wstałam i poszłam do wanny. Nie czułam zmęczenia ani bólu. Na pewno działały hormony, których przy cesarce się nie odczuwa. Nie mówiąc o różnicy między naturalną oksytocyną a tą z kroplówki. Po cesarce leżałam kilka godzin i nie mogłam się ruszyć, nie mogłam jeść ani pić. Po tym porodzie byłam taka głodna, że zjadłam całe paskudne szpitalne śniadanie!

I jeszcze jedno. Nie żałuję ZZO, choć na pewno byłabym jeszcze bardziej dumna z porodu zupełnie naturalnego. Najważniejsza jest możliwość wyboru i cieszę się, że miałam ją właściwie we wszystkich aspektach tego drugiego porodu. Takiego życzę każdej mamie.

Joanna

„By przeżyć taką chwilę warto czekać wiek” (Rzeszów)

Pomyślałam sobie, że skoro zachęcam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami porodowymi, to sama również podzielę się własnymi. Zmobilizowałam się więc wreszcie do spisania ich. Poniżej przedstawiam historię mojego cudownego porodu VBAC opatrzoną wstępem przywołującym  kilka wcześniejszych wydarzeń. Miłej lektury:)

Trochę historii czyli… mój pierwszy poród „cesarski”

Od zawsze miałam poczucie, że naturalny poród to piękne doświadczenie, które chciałam przeżyć.  Nie bałam się za bardzo porodu. Bałam się szpitala, rutyny tam panującej i wszelkich interwencji tam wykonywanych. Kiedy więc jesienią 2008 roku zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem (Mikołaj, 3,5 roku), najlepszą opcją wydawał mi się poród w domu. Wychowana w kulturze, gdzie ciąża i poród nieodłącznie kojarzą się z lekarzem, początkowo zaczęłam szukać położnika, do którego miałabym zaufanie i który zainteresowany byłby asystowaniem przy porodzie domowym. Bez skutku. W moim mieście nie znalazłam także położnej, która podjęłaby się oficjalnie przyjęcia porodu w domu. Z braku innego wyjścia (nie byłam chyba wystarczająco zdeterminowana, żeby jechać do innego miasta) zdecydowałam się urodzić w szpitalu. Aby choć trochę tę perspektywę szpitala „udomowić”, miałam rodzić ze „swoją” położną, która miała zapewnić mi tak dużo swobody i prywatności, jak tylko jest to w szpitalu możliwe – żadnych wspomagaczy, żadnego leżenia na łóżku porodowym, żadnego rutynowego nacinania krocza, świece, muzyka, tylko ja, mój mąż i nasza położna. Tak miało być. Było zupełnie inaczej.

Mój wymarzony naturalny poród zakończył się zanim jeszcze zdążył się właściwie rozpocząć. Przyjechałam do szpitala na dyżur mojej położnej (chcąc rodzić z osobą, którą znałam i ufałam, musiałam dostosować się do harmonogramu jej dyżurów, gdyż ona nie miała prawa przyjść do porodu na nie swoim dyżurze). Prawie bez akcji skurczowej. Przy badaniu wewnętrznym okazało się, że niewyczuwalne są wody płodowe. Potem zrobiono mi KTG, podczas którego tętno dziecka spadało co jakiś czas do wartości 70 -60.  Jak dziś pamiętam piszczący dźwięk urządzenia do KTG, reagującego w ten sposób na deceleracje. Położna zawołała lekarza. USG. Znów KTG. I znów wahania tętna. Potem słowa lekarza: „W tej sytuacji proponuję pani rozwiązanie ciąży przez cesarskie cięcie”. Poczułam wielką gulę w gardle i napływające do oczu łzy. Z trudem opanowywałam się, aby nie wybuchnąć płaczem. Burza myśli szalała w mojej głowie: „To nie może być prawda! Ja nie mogę mieć cesarki! Przecież miałam rodzić! Miało być ciężko, miało boleć, ale miałam dać radę! Sama i naturalnie!” Wszystko potem toczyło się jakby poza mną. Jakbym była widzem na jakimś koszmarnym filmie. Cewnik. Anestezjolog. Jakieś papiery do podpisu. Sala operacyjna. Znieczulenie. Nieprzyjemne uczucie rozdzierania w brzuchu i … już z nami był! Mój synek, Mikołajek. 10 / 10 Apgar. Krzyczał chyba na pół szpitala. Poczułam ulgę – był zdrowy. Próbowałam się do niego uśmiechać, powitać go. Wykonywałam gesty i wypowiadałam słowa, które wydawały mi się odpowiednie, ale to było jak granie roli, w którą nie za bardzo umiałam się wczuć. Racjonalnie wiedziałam, że to moje dziecko, że mnie potrzebuje, że POWINNAM je kochać. Ale emocjonalnie nie było eksplozji macierzyńskich uczuć. Była pustka i żal za utraconym doświadczeniem.

P1020771

Przez kolejny rok uczyłam się miłości do swojego dziecka i usiłowałam pogodzić się z faktem, że urodziłam przez cesarskie cięcie. Nie było łatwo. Ilekroć widziałam ciężarną kobietę lub spotykałam którąś z moich koleżanek, która urodziła naturalnie, łzy cisnęły mi się do oczu. Ale czas leczy rany. Po pierwszych urodzinach synka, moje emocje nie były już tak ekstremalne. Z perspektywy czasu, myślę, że to był rok swoistej żałoby, po utraconym doświadczeniu naturalnego porodu. Musiałam to przeżyć.

Narodziny Marysi (VBAC)

Kiedy w czerwcu 2011 roku odkryłam, że znów jestem w ciąży, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że będę chciała spróbować urodzić siłami natury. Jednocześnie przez całą ciążę starałam się zbytnio nie nastawiać na „sukces” i brać pod uwagę ewentualność kolejnej cesarki. Jednak w miarę jak zbliżał się termin porodu, narastał stres.

Mój położnik nie okazał się zbytnim entuzjastą VBACów, ale dał mi zielone światło – dostałam skierowanie do szpitala z adnotacją „Próba porodu”. (Swoją drogą, nie lubię tego sformułowania. Mam poczucie, że sugeruje ono możliwość niepowodzenia. Wiadomo, przy porodzie niczego nie da się do końca przewidzieć. Ale dlaczego w takim razie przy normalnym porodzie (nie VBAC ) nie piszę się „próba porodu”?)

Potrzebowałam wsparcia. Miałam je w mężu. Ale potrzebowałam go też ze strony medycznej. Na szczęście mieliśmy wybraną do porodu wspaniałą położną (zdecydowałam się rodzić z „prywatną” położną; przy drugim porodzie była już w moim mieście taka możliwość), która do porodów po cc podchodziła z optymizmem. Uważała, że jedyną znaczącą różnicą między porodem po cc, a normalnym porodem jest to, że w przypadku VBAC [w naszym kraju] nie wywołuje się ani nie wspomaga sztucznie porodu np. przez podanie oksytocyny, gdyż zwiększa to ryzyko pęknięcia macicy. „Jeśli poród rozpocznie się i będzie postępował normalnie, to nie czemu miałabyś nie urodzić?”

12 luty 2012, niedziela

Dzień ten widnieje w mojej karcie ciąży jako termin porodu. Nic się nie dzieje (oprócz nieregularnych napinań brzucha, które towarzyszyły mi prawie od połowy ciąży).

13 luty 2012, poniedziałek

Idę na wizytę do mojego lekarza, który mówi, że mogę czekać maksymalnie 5 dni na samoczynne rozpoczęcie się porodu. „Jeśli nie urodzi pani do piątku, proszę zgłosić się do szpitala”. Czuję narastającą presję i stres. Wiem przecież, że jeśli pojadę do szpitala bez postępującej regularnie akcji porodowej, trafię prosto na stół operacyjny. A to jest ostatnia rzecz, której bym chciała.

Widząc moje zdenerwowanie, mąż dzwoni do B., naszej położnej. Umawiamy się na spotkanie następnego dnia wieczorem.

14 luty 2012, wtorek

Wieczorem jedziemy do szpitala do B. Cóż za romantyczne walentynki! B. bada mnie i mówi, że moja szyjka robi się miękka i przygotowuje się do porodu. Dostaję zalecenie dalszego pojenia się herbatką z liści malin i … zrelaksowania się (Tylko ciekawe jak?!). B. zwraca także uwagę, że ktoś źle skalkulował mój termin porodu. To nie jest 12, ale 16 luty! Czyli tak naprawdę nie jestem jeszcze po terminie! To mnie troszkę pociesza.

15 luty 2012, środa

Wieczorem idziemy ze znajomymi na karaoke, żeby się wybawić zanim pochłoną nas nowe obowiązki rodzicielskie. Mam lekkie skurcze, ale nie są regularne.

16 luty 2012, czwartek

Mój prawidłowy termin porodu. Zaczyna mi odchodzić czop śluzowy. Wieczorem zaczynam mieć w miarę regularne skurcze, które przez noc stają się coraz intensywniejsze. Jestem podekscytowana! Całą noc chodzę po domu (tak jest najłatwiej znosić skurcze). Staram się oddychać głęboko, żeby moja dziewczynka miała jak najwięcej tlenu. Chyba pierwszy raz w życiu odczuwanie bólu sprawia mi radość! Z entuzjazmem czekam na każdy kolejny skurcz. Nie wiem czy tym razem się uda, ale cieszę się każdą minutą tego doświadczenia, którego tak bardzo pragnęłam, a które w całości straciłam poprzednim razem. Niestety, kiedy zaczyna świtać, skurcze ustają.

17 luty 2012, piątek

Trochę martwię się czy wszystko jest w porządku, dlatego kontaktujemy się z B., która zapewnia nas, że wszystko co się dzieje to pozytywne oznaki zbliżającego się porodu.

W ciągu dnia mam tylko kilka nieregularnych skurczy. Wiem, że piątek jest dniem, kiedy miałam zgłosić się do szpitala, ale przez cały dzień zwlekam, jakby mając nadzieję, że skurcze znów się zaczną i będzie z czym jechać. Wieczorem decyduję, że nie pojadę jednak na Izbę Przyjęć, tylko do na wizytę lekarską w przychodni. Mojego położnika już nie ma. Nawet się cieszę. Idę do innego lekarza. Zleca KTG. Na szczęście z dzidzią wszystko jest w porządku. Na USG też nie widać nic niepokojącego. Pytam o ilość wód płodowych (po poprzednim porodzie to moja zmora). Jest ich trochę poniżej normy, ale malutka ma pełny pęcherz. Jak się wysiusia, powinno być ok. Po badaniu wewnętrznym okazuje się, że mam rozwarcie na 2 place. To ekscytujące! Czyli poprzednia noc nie była bezowocna! Rozmawiam z lekarzem o naturalnym porodzie po cc. Przypadkiem uzyskuję cenną dla mnie informację – jeśli już zgłoszę się do szpitala, a dalej będę chciała rodzić naturalnie, będę musiała podpisać tzw. świadomą zgodę (papierek mówiący o tym, że znam ryzyko związane z VBAC i świadomie rezygnuję z opcji cesarskiego cięcia). Na koniec doktor życzy mi powodzenia i sugeruje czekanie najpóźniej do następnego dnia.

Wracamy do domu i kładziemy się spać. Po chwili budzą mnie skurcze. Scenariusz poprzedniej nocy powtarza się. Do rana spaceruję po domu w rytm całkiem regularnych skurczy. Ok. 6 rano  wszystko ustaje. No nie, znowu to samo! Ale przynajmniej mogę się trochę przespać.

18 luty 2012, sobota

Około południa skurcze powracają. Ale nie są częstsze niż co 15 minut i niezbyt regularne, więc nie chcę robić sobie nadziei i staram się je ignorować. Zaczynam świrować, że nie chcę iść do szpitala, bo w tej sytuacji na pewno zrobią mi cesarkę, więc Piotrek (mój mąż) dzwoni do B. i zamiast na Izbę Przyjęć mamy  pojechać do niej pod koniec jej dziennego dyżuru. Wcześniej idę pod prysznic i razem z mężem robimy sobie spacer do sklepu. Po drodze, mąż mierzy czas między skurczami. Jakkolwiek są teraz dość bolesne, to nie są zbyt regularne – czasem co 5 minut, a czasem co 15.

O 18 spotykamy się z B. Spotkanie z nią znów podnosi mnie na duchu. Mam dalej rozwarcie na 2 palce, ale B. mówi, że „poród wisi na włosku”. Robi mi KTG. Znów przed oczami mam poprzedni poród i to wyjące urządzenie. Boję się. Na szczęście z tętnem malutkiej wszystko jest dobrze. B. lekko masuje mi brzuch i zachęca niunię do wyjścia. Żegnamy się i wychodzimy. Kiedy stawiam się do pionu, czuję mocniejszy skurcz. „Coś czuję, że noc nie moja” rzuca na dowidzenia z uśmiechem B. I dodaje „Nie jedźcie windą, tylko zejdźcie sobie lepiej po schodach”.

Po wyjściu ze szpitala jedziemy na chwilę do teściów –  po domowy chlebek. Skurcze bolą. Teściowie mieszkają w wieżowcu, więc wykorzystujemy schody, żeby jeszcze „podkręcić” skurcze. Dwa razy schodzimy schodami w dół (koniecznie W DÓŁ!) – raz z 6, a raz z 10 piętra.

Od tego momentu robi się coraz intensywniej. W domu spaceruję po salonie przestępując z nogi na nogę, bujając się lekko na kolanach. Ten dziwny „taniec” pomaga mi znosić kolejne skurcze. Boli, ale cieszę się tą chwilą. Czekam z niecierpliwością na każdy kolejny skurcz. Pomiędzy skurczami czytam jakiś kolorowy plotkarski magazyn. W pewnej chwili starszy synek woła mnie, żebym się z nim położyła. Próbuję. Leżenie jest straszne! Nie dziwię się, że kobiety wspominają poród jak horror, jeśli były zmuszone do leżenia! Chcę do pionu! Chcę się ruszać! Tak jest o niebo lepiej!

Około 22 Piotrek idzie się przespać. Ja też usiłuję. Ale nawet leżenie na boku jest trudne do zniesienia. Skurcze są teraz silne i częste. Mam bóle krzyżowe. Opieram się o stojące obok naszego łóżka dziecinne łóżeczko i bujam się na stopach. Staram się oddychać głęboko. Pomiędzy skurczami, Piotrek masuje mi plecy.

Około północy skurcze są co 2 minuty i wydaje mi się, że nie ma między nimi przerw. Klęczę na podłodze i pojękuję. Podejmujemy decyzję, że czas jechać do szpitala. Piotrek dzwoni do B. Ubieram się i … skurcze ustają! Czyżby znowu scenariusz z poprzednich nocy? „Nie, nie mogę tak jechać!” myślę, „Przyjadę bez skurczy i zrobią mi cesarkę!” Jest mi straszni niezręcznie, ale mówię do Piotrka, żeby ponownie zadzwonił do B. i powiedział, że na razie jednak nie jedziemy. B. proponuje, żebym spróbowała się przespać. Tak też robię. Oczy mi się kleją. Ale nie długo mogę leżeć. Wkrótce wracają jeszcze intensywniejsze regularne skurcze.

19 luty 2012, niedziela

Około 1.30 decydujemy ponownie pojechać do szpitala. Piotrek dzwoni do B. Docieramy na Izbę Przyjęć około 2. Chwilę czekamy na przyjazd B. Nie chcę iść nigdzie bez niej. Skurcze są trochę mniej intensywne niż w domu.

2.20 przyjeżdża B. Załatwiamy formalności na Izbie i idziemy na salę porodową. Piotrek zostaje jeszcze na Izbie, żeby opłacić prywatną opiekę położnej. Martwię się, bo skurcze znacznie osłabły i rzadko się pojawiają. „Nie martw się, wrócą” pociesza mnie B. Przychodzi dyżurny lekarz, aby mnie zbadać. „3,5 palca, no prawie 4 palce rozwarcia”! Potem jeszcze tylko podpisanie tzw. świadomej zgody (Jak dobrze, że wiedziałam o tym wcześniej!) i lekarz wychodzi. Zostajemy z B. same. Zgadzam się na lewatywę. Moment później przychodzi Piotrek. Powoli powraca regularna akcja skurczowa. Spaceruję po sali. Próbuję pobujać się na piłce, ale jest mi niewygodnie. Drażni mnie też masaż. Wolę swój bujany „taniec” z nogi na nogę. B. podłącza mnie do bezprzewodowego KTG. Tętno jest w normie. Uff. Skurcze są silne, ale jeszcze nie tak częste jak przed wyjazdem z domu. Teraz przy każdym skurczu stoję pochylona do przodu opierając się o męża.

W pewnej chwili poczułam, że coś ze mnie wystaje. Mówię o tym B. Bada mnie . To chyba pęcherz płodowy. B. prosi, abym położyła się na łóżku. Mówi, że będziemy uczyć się przeć. „Jak to, już?” Jestem zaskoczona. Nastawiałam się jeszcze na co najmniej kilka godzin skurczy zanim będzie mowa o parciu.

Uczymy się. Z początku mi nie wychodzi. Poza tym źle mi leżeć na plecach. B. mówi, abym spróbowała kierować powietrze w dół brzucha, tak jak przy nurkowaniu. To porównanie bardzo mi pomaga – jako dziecko uwielbiałam nurkować. Zmieniam też pozycję. Najwygodniej jest mi klęczeć opierając się o podniesione do pozycji siedzącej łóżko.

Przy każdym skurczu prę 2 – 3 razy. Boli. Wkładam w to parcie całą swoją energię i w pewnym momencie mam wrażenie, że nie mam już siły. B. pozwala mi przez kolejne 2 skurcze odpocząć. Popijam Powerrade’a. I dalej do pracy! (Nie bez powodu w języku angielskim poród i praca określane są tym samym słowem „labour”).

Parcie nie trwa długo (jakieś 20 minut) ale to dla mnie zdecydowanie najtrudniejsza część porodu.  Słyszę swój krzyk podczas każdego skurczu. To jednak nie krzyk rozpaczy ani tortur. To krzyk wojownika albo sztangisty zdobywającego się na maksymalny wysiłek. Jest mi potrzebny. Czuję jakby dodawał mojemu parciu energii.

W końcu pęka pęcherz płodowy. Słyszę głos B. mówiący do słuchawki „Poród na (tu pada numer sali, którego już nie pamiętam)”. Jeszcze chwila i czuję piekący ból w okolicy cewki moczowej. Z moich ust wydobywa się jakieś „Au, jak to boli!” i… główka jest już na zewnątrz. B. prosi mnie o kolejne parcie. Działam jak automat. Nabieram powietrza i ….. wyskakuje reszta ciałka mojej córeczki. Jest 4.45.

Jestem tak oszołomiona, że nie jestem nawet pewna czy moja córeczka jest rzeczywiście dziewczynką czy nieJ. Powoli odwracam się, siadam na łóżku, biorę ją na ręce… i zakochuję się. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że UDAŁO SIĘ! URODZIŁAM! Ogarnia mnie EUFORIA. Czuję się jakbym zdobyła medal olimpijski.

Dopiero teraz widzę zauważam, że na sali jest jeszcze lekarz, druga położna i pielęgniarka noworodkowa. B. daje mi jakiś zastrzyk (oksytocyna) i przy kolejnym skurczu rodzę fioletowawy worek – łożysko.

Malutka zostaje zważona i zmierzona, po czym wraca do mnie. B. okrywa nas kołdrą i rozpoczynamy pierwszy posiłek. Druga położna i pielęgniarka noworodkowa wychodzą. Lekarz bada jeszcze moją bliznę po cc, gratuluje mi i też wychodzi. Wkrótce zostajemy sami – we trójkę: ja, mąż i nasza kruszynka. Siedzimy tak przez kolejne 2 godziny popijając wodę i zaspokajając wilczy apetyt, który mnie dopadł,  wszystkim, co mieliśmy w torbie (biszkoptami, sztanglem i grzybowymi BakeRollsami). B. od czasu do czasu do nas zagląda, by sprawdzić czy wszystko ok.

Około 6 przejeżdżamy na salę poporodową. Pielęgniarka z oddziału pyta B. po jakim jestem porodzie. „Naturalny, stan po cięciu, bez znieczulenia, bez nacięcia”. Jestem z siebie dumna! Jestem ogromnie wdzięczna B. Jestem szczęśliwa i spełniona.

Po przybyciu na salę poporodową idę pod prysznic. Miło zmyć z siebie trudy ostatnich kilku godzin.  Trudy, bo nie było łatwo i bezboleśnie, ale …. czuję, że chciałabym to przeżyć jeszcze raz! Potem kładę się do łóżka i, mimo trzech prawie nieprzespanych nocy, nie mogę zasnąć. Patrzę na moją malutką córeczkę, na zasypiającego na krześle męża i rozkoszuję się NAJPIĘKNIEJSZYM DNIEM W MOIM ŻYCIU.

P1090645