Archives

Z wielkiej księgi wpisów VBACowej grupy wsparcia… czyli narodziny Julka (Warszawa)

Jakiś czas temu portal NATURALNIE PO CESARCE poszerzył swoją działalność o funkcjonującą na facebooku grupę wsparcia.  Mamy przygotowujące się do porodu po cięciu cesarskim mogą tam zadać nurtujące ich pytania, podzielić się swoimi wątpliwościami, spostrzeżeniami i uzyskać wsparcie. Niektóre z mam dzielą się też swoimi doświadczeniami już po porodzie. Martyna zgodziła się, abym jej historię opublikowała także tutaj.

Wpis nr 1: 5 luty 2014

Jestem mamą żywiołowego 3,5latka, którego niestety mimo 8h walki urodziłam ostatecznie przez CC w Św. Zofii w Warszawie. Syn ważył 4,6kg i to zdaniem lekarzy (tzn. niewspółmierność płodu do mojej miednicy) było przyczyną 'niepowodzenia’. Ja mam na ten temat inną opinię. W skrócie: przyjęto mnie na patologię w 41 tygodniu ciąży jako 'przeterminowaną’. Test oksytocynowy, bolesny masaż szyjki zakończony przebiciem pęcherza płodowego, potem podawanie na potęgę oksytocyny i ciągłe kładzenie mnie pod KTG bez wskazań… Po 8h i dojściu do 5cm rozwarcia zadecydowano o cc. W tej chwili jestem 2giej ciąży, termin rozwiązania się zbliża (20marca) a ja jestem ogromnie zdeterminowana do SN. Mam rozpisany plan porodu, głowę pełną refleksji i inne nastawienie niż do 1 porodu. Na pewno nie będę już teraz tak pokorna i bezwolna wobec 'autorytetu’ personelu. Przede mną 'wyrok’ USG w 36tyg, do tej pory szacowana waga malucha jest znacznie mniejsza niż starszego brata na tym etapie, blizna po cc ponoć super, a i ginekolog daje mi spore szanse i dużo wsparcia (przy okazji polecam panią doktor M. Łubiarz z „Zośki”). Jestem na etapie decyzji o podpisaniu umowy z położną, rozważam dwie dostępne w tym moim terminie i polecane przez koleżanki Panie: Joannę Szeląg i Bożenę Zaborowską.

Wpis nr 2: 29 marzec 2014

Za mną rozwiązanie. Niestety i tym razem skończyło się CC, ale przeżyłam kilkanaście godzin porodu naturalnego, wspierania przez przecudowną położną (Bożena Zaborowska, Szpital Św. Zofii, Warszawa) która nie tylko respektowała mój „wyśrubowany” plan porodu, ale dała mi znacznie więcej- wiele ciepła, taktu, czujnej obecności, dotyku niosącego ulgę, wielkiej motywacji by się nie poddawać, celnych sugestii i porad, dyskretnego ogarniania kwestii formalnych… Mogłabym wypisywać same superlatywy bez końca. Poród rozpoczął się samoistnymi skurczami w nocy, bujałam je i rozwijałam całą kolejną dobę (mieszkam obok szpitala więc byłam 2 razy na KTG i kontroli rozwarcia, które niestety nie następowało) będąc w ciągnącym się od tyg. ostrym zapaleniu oskrzeli i na dwóch antybiotykach.

Siła kobiecego organizmu i jakaś tajemna jego mobilizacja sprawiły, że na 48h ustała całkiem astma oskrzelowa i totalny kaszel, by dać mi szansę urodzić  W każdym razie po ponad dobie skurczy i mojej odmowie przyjęcia na patologię ciąży (wszystkie wyniki, KTG itd. były idealne) w końcu rozwarcie ruszyło i Bożenka mogła wziąć mnie na porodówkę. To była dłuuuga noc i jeszcze dłuuuższy dzień. Nie sądziłam, że jestem w stanie znieść 2 doby praktycznie bez snu, bez jedzenia, w chorobie, w torturach bóli krzyżowych – a jednocześnie czerpać z tego doświadczenia tak wielką moc, przeżywać tak świadomie każdy sygnał z ciała i od dziecka.

Doszliśmy do 7cm i…wszystko kompletnie padło. Moje parametry krwi zaczęły spadać, gwałtownie skoczyło mi CRP i pojawiła się ostra leukocytoza. Tętno dziecka zaczęło się wahać, a ze mną był coraz słabszy kontakt, odpływałam ze zmęczenia i nawracającej choroby. Lekarka, która ogromnie motywowała mnie do naturalnego porodu, rozłożyła ręce i powiedziała, że serdecznie mi radzi, byśmy jednak zrobili CC. Obawa gwałtownej infekcji i jej przejścia na maluszka, mój kiepski stan = wyjazd na salę operacyjną.

Mimo wszystko nie wspominam tego wszystkiego jako porażki jak to miało miejsce przy 1 porodzie. Wiem, że tym razem zrobiłam wszystko, i ja i mój wspierający mąż, jak i położna i lekarze, by Julek urodził się drogami natury. Syn urodził się na szczęście wolny od choróbsk, silny i bardzo pogodny, spokojny. Pozostaliśmy w szpitalu dłużej ze względu na moją infekcję i tony leków dożylnych.

Na szczęście jesteśmy już w domu, szczęśliwi i zdrowi, w radosnym komplecie.
Dziękuję Wam Drogie Koleżanki za wszelkie rady i wsparcie jakich mi udzieliłyście, wszystkim tym z Was, które szykują się do rozwiązania życzę powodzenia, by był to piękny i wymarzony poród. Wszystkiego dobrego!

Poród najpiękniejszy czyli do trzech razy sztuka (Warszawa)

Często spotykam się z pytaniami dotyczącymi minimalnego odstępu miedzy cięciem cesarskim, a kolejnym porodem. Opinie lekarzy na ten temat są niespójne, a badania naukowe również wykazują w tym temacie spore rozbieżności. Padają wartości: minimum 18 miesięcy, minimum 24 miesiące. Ale są i  takie publikacje, z których wynika, że krótszy odstęp między porodami nie jest przeszkodą do podjęcia i powodzenia próby porodu po cc (http://naturalniepocesarce.pl/?p=137). Dziś zapraszam do lektury historii Katarzyny, która doświadczyła pięknego naturalnego porodu zaledwie 14 miesięcy po cięciu cesarskim!

Abym mogła w pełni opisać jak cudownym przeżyciem był mój trzeci poród (21 stycznia 2014 roku) muszę się cofnąć do porodu poprzedniego – cesarskiego.

Kiedy w listopadzie 2012 roku zaczęły się skurcze porodowe nikomu nie przyszło nawet przez myśl, że coś może pójść nie tak. Ja – już 10 dni po terminie (jak zwykle zresztą) nie mogłam się doczekać. W domu wszystko było gotowe – ubranka, kołyska, wózek. Skurcze równiusieńkie od samego początku. Spokojnie się wszyscy zebraliśmy, odwieźliśmy córkę do dziadków, pojechaliśmy do szpitala (najwspanialszego szpitala św. Zofii w Warszawie). Izba Przyjęć pełna życzliwych, uśmiechniętych osób. Żadnego stresu, pośpiechu. Później godzinny spacer, znów Izba Przyjęć i wreszcie sala porodowa. Śliczna. Fioletowa. Poznaję położną – bardzo sympatyczna, robi pozytywne wrażenie. W mojej torbie leży szczegółowo rozpisany plan porodu. Cóż może pójść nie tak?
Rutynowe KTG które miało trwać 20 minut jakoś podejrzanie się przedłuża. Skurcze coraz silniejsze, coraz częstsze a ja przy każdym słyszę jak tętno dziecka zwalnia. Bardzo. Za bardzo. Po godzinie spędzonej na sali porodowej skurcze zmieniają się na parte, ja wciąż leżę pod KTG, a wokół mnie coraz więcej lekarzy, położnych i pielęgniarek. W pewnym momencie czuję jak dziecko nie czekając na skurcz zaparło się o moje żebra i z całej siły się pcha. Jakby chciało się wydostać natychmiast, za wszelką cenę. Wtedy słyszę głos lekarza „Robimy cięcie”. 9 minut później Jeremiasz został wyciągnięty z mojego brzucha. 9 minut w ciągu których przewieziono mnie na oddział chirurgiczny, podano znieczulenie, ułożono, pocięto. Lekarze wiedzieli, że walczą o życie dziecka. Okazało się, że synkowi zrobił się zator w pępowinie. Najprawdopodobniej zagięła się (jak szlauch w ogrodzie) i kiedy poszło silniejsze ciśnienie krwi – tak jakby rozsadziło ją od środka i przez to stała się zupełnie niedrożna. Dlatego Jeremiasz próbował uciekać z brzucha. Dusił się. Lekarze uratowali mu życie podejmując dobrą decyzję w dobrym momencie, za co będę im wdzięczna do końca życia.
Osiem miesięcy później dowiaduję się, że jestem w ciąży. Od 18 tygodni. Tak, wiem że to brzmi dziwnie – ale jak widać może się zdarzyć. Oznacza to mniej więcej tyle, że zaszłam w ciążę jakieś 3 miesiące po cesarce, a między dziećmi będzie rok i dwa miesiące różnicy. Wszyscy naokoło kręcą nosem, że za szybko, że blizna po cesarce jest zbyt świeża, że może nie wytrzymać porodu, że powinno być przynajmniej dwa lata odstępu. Pierwszy lekarz powiedział mi „Zdecydowanie cesarka”, drugi – „Nie ma takiego szpitala i takiego lekarza, który by pozwolił Pani rodzić naturalnie”, trzeci – „Nic nie mogę obiecać, ale lepiej nastawić się na cesarkę, żeby nie było potem rozczarowania”. A ja czuję, że powinnam rodzić naturalnie.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, brzuch rósł, dziecko zdrowe, a ja miałam coraz większy mętlik w głowie. Połowa rodziny mówiła „Chyba oszalałaś, że myślisz o cesarce”, druga połowa  „Chyba zwariowałaś, że myślisz o porodzie naturalnym”. Lekarze – „cesarka!”, doule – „naturalnie!”. Jedni doradzali „Lekarze wiedzą co robią”, drudzy „Lekarze to patafiany, wszystko robią żeby im było wygodniej”, inni „nie ryzykuj, masz jeszcze dwójkę dzieci w domu”. Jedni opowiadali mi historie o tym jak kobiety w mojej sytuacji wykrwawiały się na śmierć w mniej niż minutę, z powodu pęknięcia macicy, inni – historie z happy endem. Jedni straszyli, drudzy pukali się w głowę, trzeci pocieszali. Każdy mówił mi co innego, każdy wiedział co powinnam zrobić, a ja byłam coraz bardziej przerażona. Jedynym pocieszycielem był mój wspaniały mąż, który za każdym razem mówił: „Nie bój się. Cokolwiek będzie, ja będę przy tobie i damy radę”. Pierwszy raz w życiu bałam się porodu.

Pod koniec listopada pojawiła się nadzieja. Blizna gruntownie zbadana i obejrzana okazała się gruba i mocna. To mi dawało szansę negocjowania porodu naturalnego. Mój lekarz prowadzący też przestał mówić o cesarce ale… oczywiście musiało być jakieś „ale”. Synek pięknie ułożony główką do dołu najpierw odwrócił się głową do góry, a potem próbując się z powrotem przekręcić – utknął w poprzek. Ułożenie absolutnie wykluczające rodzenie…
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem szczęśliwie udało mu się obrócić, a we mnie wstąpiła nadzieja, optymizm, energia i dużo pozytywnych myśli. Nawet zaczęłam pakować torbę do szpitala.

Dwójkę moich poprzednich dzieci rodziłam w podobnych okolicznościach. Mniej więcej dwa tygodnie po terminie, każde z nich o wadze 3800 i prawie 60 cm. W związku z tym co do jednego wszyscy lekarze byli zgodni:  nie można w moim przypadku czekać tak długo z porodem, aby dziecko nie urosło zbyt duże, tylko w okolicach przewidywanego terminu poród wywołać jeśli chcę próbować rodzić naturalnie.
Zgodnie z zaleceniami w dniu terminu (13 stycznia 2014 roku) zgłosiłam się na Izbę Przyjęć oczywiście w szpitalu św.Zofii. Po czterech godzinach tkwienia w kolejce usłyszałam: „Nie ma miejsca na patologii ciąży. Proszę przyjść jutro”. Następnego dnia usłyszałam to samo. I następnego też… i tak dzień w dzień przez cały tydzień. Cieszyłam się, że wszyscy lekarze spotkani tam zdecydowanie opowiadali się po stronie porodu naturalnego, nie biorąc cesarki pod uwagę, ale czas naglił. Zaczęłam się bać, że tak mnie będą odsyłać i odsyłać, aż w końcu usłyszę „Już za późno – cesarka”.
W końcu 20 stycznia miejsce na patologii się znalazło. Na Izbie Przyjęć powiedziano mi, że mnie przyjmą, a następnego dnia rano będą poród wywoływać. Kiedy jednak wjechałam trzy piętra wyżej dostałam informację, która mnie przeraziła. „Jest Pani tydzień po terminie. Jutro cesarskie cięcie”. Przepłakałam pół nocy, prawie w ogóle nie spałam. Choć powtarzałam sobie, że muszę być spokojna, żeby synek się nie bał, miałam pełne żalu uczucie, że tą decyzją lekarze odbierają mi coś bardzo ważnego.
Rano zostałam poproszona na badanie, podczas którego lekarka spytała mnie „To co, chce Pani nadal rodzić naturalnie? No to przebijamy pęcherz i do dzieła”, a ja się poczułam jakby nagle przyszła wiosna. Nie wiem co się wydarzyło, że lekarze w ciągu nocy zmienili zdanie (swoją drogą byli to ci sami lekarze, którzy wieczorem wyznaczyli mi cesarkę). Podejrzewam, że głównymi argumentami był fakt, że blizna była mocna, a dziecko oszacowano na małe (niecałe 3500). Niemniej taki obrót spraw był dla mnie absolutnie niewiarygodny.

Pół godziny później byłam już na sali porodowej. Tym razem morelowej. Równie ślicznej jak ta rok wcześniej. Wanna, piłka, chusta, drabinki, wygodne łóżko, za oknem fantastyczny widok i piękna, słoneczna pogoda i ja w tym wszystkim uśmiechnięta od ucha do ucha i bardzo szczęśliwa. Niewiele później przyjechał mój mąż. Pamiętam, że na jego pytanie jak się czuję odpowiedziałam, że jestem tak szczęśliwa, że znalazłam się choć na chwilę na sali porodowej, że teraz już mi jest wszystko jedno. A niech mnie nawet na koniec pokroją. Ale trafiłam na porodówkę.

Przez pierwszą godzinę w zasadzie nic się nie działo. Ja dreptałam sobie w kółko, żeby skurcze ruszyły. Było nam z Marcinem bardzo wesoło, żartowaliśmy, rozmawialiśmy.

Około 11 pojawiły się sensowniejsze skurcze i od tego momentu wszystko poszło już szybko. Cała akcja porodowa rozwijała się wręcz podręcznikowo. Skurcze częste, regularne, każdy coraz mocniejszy. Wiedziałam, czułam, że wszystko jest dobrze. Była ze mną fantastyczna położna i mąż, który przy porodach jest jak najlepsza doula. Przy każdym skurczu rozmasowywał mi krzyż, wspierał, podnosił na duchu, pomagał we wszystkim. Każdej rodzącej kobiecie życzę takiego towarzystwa. Poród nie jest doświadczeniem ani łatwym, ani (nie oszukujmy się) niebolesnym. Ale w tym przypadku cały czas panował pełen spokój i atmosfera całkowitego zrozumienia, a to odejmuje połowę bólu z każdego skurczu.
Kiedy skurcze stały się już naprawdę bolesne i zaczynały być trudne do zniesienia, moja położona zarządziła kąpiel w wannie. Mój Boże jaki to cudowny wynalazek podczas porodu! Relaks, ulga, najlepsze znieczulenie (wiem co mówię – pierwsze dziecko rodziłam ze znieczuleniem. Nie polecam). W wodzie akcja porodowa tak przyspieszyła, że szybko zaczęły się skurcze parte. Tak, to już było to. Już niedługo.
Z powodu blizny po cesarce nie mogłam rodzić w wodzie (a szkoda). W krótkiej przerwie między skurczami mąż pomógł mi wyjść z wanny i przejść na fotel. Rodziłam w pozycji zupełnie pionowej, klęcząc i trzymając się oparcia, żeby jak najmniejsze obciążenie szło na bliznę. W dodatku pojawiła się asystentka, która przez cały czas mocno trzymała mi ręką ową bliznę. Nie było łatwo, ale się udało. W najtrudniejszej chwili, kiedy połowa główki mojego synka już wyszła, a ja miałam moment załamania oraz wrażenie, że nie dam rady, położna kazała mi sięgnąć ręką i dotknąć tej małej główki. Ależ to dodaje sił! Dwa skurcze i Jonasz był już na świecie. W niewiele ponad pięć godzin licząc od momentu przebicia pęcherza płodowego.  Natychmiast został mi podany do rąk, a kiedy przytuliłam to małe ciałko – nic innego już się nie liczyło.
Jonasz w ogóle nie płakał (oprócz krzyknięcia przy pierwszym oddechu). Cudowne było to, że natychmiast po „wyjściu z brzucha” podano mi synka i nikt nie zabrał go z moich rąk przez następne cztery godziny (dopiero wtedy przyszła lekarka, żeby go pomierzyć, zważyć i ubrać), a przez cały mój pobyt w szpitalu nikt nie zabrał go ode mnie nawet na minutę. Ja się doskonale czułam i szybko dochodziłam do siebie. Zamiast depresji poporodowej  miałam raczej euforię poporodową. To było naprawdę jedno z najpiękniejszych przeżyć w całym moim życiu.
Urodziłam trójkę dzieci i ten ostatni poród był zdecydowanie najlepszy, najspokojniejszy i najbardziej naturalny. I jak się okazuje nawet rok po cesarce da się pięknie urodzić. Bo poród po którym dziecko nie płacze tylko spokojnie śpi, a matka siedzi uśmiechnięta od ucha do ucha jest pięknym porodem. Życzę tego wszystkim kobietom.

Dwa porody po 2 cc (Warszawa)

W Polsce porodów po 2 cc jest wciąż niewiele. Ale SĄ! I wierzę, że może ich być co raz więcej! Dziś kolejna inspiracja…

Dzięki uprzejmości jednej z mam otrzymałam kontakt do  pani Moniki, która urodziła swoje trzecie i czwarte dziecko siłami natury, mimo iż dwoje pierwszych potomków przyszło na świat przez cięcie cesarskie. Być może niektórzy z Was znają już jej historię, bo opisywała te wspaniałe porodowe sukcesy na forum Poród Domowy. Tam właśnie dziś zapraszam do podwójnej lektury:)

VBA2C, sporo „po terminie” (43tydzień):

 http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,73342258,124535933,wielki_sukces_sil_natury_i_poloznictwa_.html

2VBA2C:

http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,73342258,144921090,narodziny_czwartego_4_5_domowego_.html

Poród prawie idealny (Łódź)

Jakiś czas temu na portalu zagościła historia trzech porodów Agaty – pierwszego-cesarskiego, drugiego – naturalnego w szpitalu i trzeciego – VBACu domowego (http://naturalniepocesarce.pl/?p=316). Dziś publikujemy następną wzruszającą opowieść tej mamy – o cudownych domowych narodzinach jej czwartego dzieciątka.

Czwarta ciąża. Trzeci poród sn po pierwszej cesarce. Drugi domowy. Jak inaczej się czuję niż poprzednio, już wiem, co nas czeka, wiem jak przygotować się do porodu w domu, położna jest gotowa, lekkie stres o badania, chociaż nie podejrzewam, że mogłoby być coś nie tak. Zajadam pokrzywy na poprawę morfologii- mieszkanie na wsi ma te swoje zalety, że jest ich tutaj pod dostatkiem 😉 W 36 tc wychodzi w posiewie GBS- na szczęście nie jest to przeciwwskazaniem u mojej położnej, udaje się załatwić Augmentin i jesteśmy przygotowani na badania krwi maluszka. Nie wyobrażam sobie zupełnie porodu w szpitalu- szczególnie w najbliższym, co głęboko mnie przeraża, bo przecież nie tak powinno to być…14 września: od 2 tygodni wybudzają mnie średnio co trzeci dzień silniejsze skurcze, ale nie nastawiam się na wcześniejszy poród. Z terminu poczęcia wychodzi 13-15 .09 więc nie liczę na skrócenie czasu oczekiwania. Jest sobota- jeszcze dzień wcześniej myślałam, że chyba nigdy nie urodzę, bo po prostu NIC się nie dzieje. Dziś też nie tak za wiele, ale robię torcik narodzinowy- mam ochotę na coś słodkiego, w razie czego urozmaici nam niedzielę J, nie pozwalam położyć się mężowi dopóki nie posprzątamy. Uff- udało się, jestem zadowolona, w zamrażalce mam obiad na następne 3 dni, starsze dzieci śpią smacznie, torcik stoi w lodówce- mogę się położyć warto odpocząć, bo kto wie kiedy i ile czeka mnie wysiłku. O 2 budzi mnie silniejszy skurcz. Idę do wc i postanawiam wrócić spać- co jak co, ale nie mam ochoty rodzić w środku nocy półprzytomna. Około 3 mówię mężowi, że może coś z tego być, ale niech śpi w razie czego obudzę go później.  Od 4 zastanawiam się czy dzwonić po położną  skurcze są bardzo często, w końcu się decyduję- ustalamy, że jedzie do nas ( ma 50 km) jeśli w ciągu pół godziny nic się nie zmieni. Nie zmienia się, mam skurcze co 3 minuty, dreszcze, cała się trzęsę, jakby w jakieś nieokreślonej panice- czytałam u Ireny Chołuj, że początkiem porodu może być niepokój i wymioty i tak się dzieje- położna przyjeżdża w momencie, gdy zwracam wzięty pół godziny wcześniej antybiotyk.  Ale czuję się o niebo lepiej- rozwarcie 5 cm a skurcze tracą na sile i w ten sposób kończy się intensywny czas mojego 4 porodu. Do  godz.7 mam 6 cm, drzemię. Budzą się chłopcy- idę do nich i mówię, że jest u nas pani Dorotka i że mama rodzi  i prawdopodobnie niebawem przywitają swoją siostrzyczkę. Pierwsza godzina mija im na tym, że przyglądają mi się z wielkim zainteresowaniem- jak to wygląda gdy mama rodzi ? Przyznam, że nie za bardzo było na co patrzeć, ponieważ nie wiele się działo. Leżałam na worku sako i starałam się spać. Nie za bardzo miałam ochotę cokolwiek jeść, za to piłam litry wody z cytryną z miodem. O 12 mam prawie 9 cm… Musicie wiedzieć, iż wszystkie moje porody w tym miejscu posuwają się w tempie żółwim, przez to także wylądowałam na stole z pierwszym dzieckiem- brak postępu porodu przy 8 cm ( plus kilka zupełnie niepotrzebnych ingerencji medycznych, które uskuteczniły tą decyzję). Czuję się w zasadzie dobrze, a szczerze mówiąc czuję się, jakby to wcale nie był poród( co mnie nieco irytuje, bo jakoś w głowie mam ,że poród to jak maraton- biegniesz, biegniesz itd.) .Jak to dobrze, że nasza córcia zdecydowała się rodzić podczas wolnego weekendu położnej , która zdążyła się nawet wyspać po intensywnym piątkowym dyżurze J. Mamy czas, chociaż tak jakoś czuję wewnętrzną presję, że powinnam już urodzić. Przy kolejnym dziecku chyba musze sobie odpuścić ten niepotrzebny stres. Tętno jest porządku, wszystko jest porządku tylko ja nie mam za bardzo skurczy. Chodzę trochę po schodach, wychodzę na dwór,bo zaczyna przyświecać słonko ( z rana było deszczowo). Około 14 decydujemy się z położną, by przebić pęcherz-na tym etapie, prawie przy pełnym rozwarciu nie widzimy ryzyka. Jest ciut intensywniej, rwie mnie w udach, to ostatnie dziecko jakie rodzę- mówię do męża- kiedy to się skończy, jak to w ogóle da się wytrzymać? Już niewiele brakuje, ale główka niewstawiona, mimo uciążliwego leżenia na lewym boku od  4 godzin ! Położna bada mnie w drzwiach sypialki i poleca poprzeć- czuję główkę w kanale- NARESZCIE! Mąż trzyma mnie od tyłu, dzieci oglądają bajki- już dawno przestały reagować na jakikolwiek hałas jaki wytwarzam- chciałam rodzić w pozycji kucznej- jak dotąd się to nie udało, więc teraz jest idealna ku temu okazja. Kucam w drzwiach sypialki o przeniesieniu się nie ma mowy – zostaję tu-parte sanie do opanowania, a  mała ma rączkę przy buzi i rodzi się nie tym barkiem- muszę wstrzymać, więc wstaję na nogi. Położna obraca delikatnie maluszka -wreszcie rodzi się nasza mięciutka i pachnąca kruszynka. No może nie taka do końca kruszynka- waży 4080 😉 Jestem wykończona, dowlekam się jakoś do worka sako i próbuję dobrać wygodną pozycję, chociaż nieurodzone jeszcze łożysko trochę mnie uwiera. Trzymam córeczkę na kolanach, oglądamy ją, na pępowinie znajduje się węzeł prawdziwy. Nie wiadomo skąd są już chłopcy , oglądają siostrę, oglądają pępowinę, bardzo ciekawi są łożyska, które rodzi się bezproblemowo i nareszcie ulga. Nie mam siły nawet mówić. Mam napad apetytu, więc pożeram 5 kawałków torciku , obiad potem dokładkę obiadu. W ciągu dwóch godzin wracają mi siły, także dopiero o 23 udaje mi się zasnąć 😉 Zero pęknięcia, bez nacięcia, bez jakichkolwiek urazów. Doskonały poród- no tylko lekko przydługi 😉 Na drugi dzień jestem na nogach, wzbudzając zdziwienie naszej pani sołtys( która wpadła przywieźć rachunki)- na wieść, że wczoraj urodziłam robi taaaakie oczy, a ja czuję, że w naszej rodzinie jeszcze kogoś brakuje ;).

Poród Jaśka (Gdynia)

Odpowiednie wsparcie w czasie porodu pozwala mamie „rozwinąć skrzydła”, wyzwolić w sobie siłę, moc i pięknie urodzić. Zapraszam do przeczytania historiii Julii:

Pierwszego synka urodziłam w 2011r. Chodziłam z mężem na Szkołę rodzenia, chcieliśmy rodzić razem, bez ingerencji medycznych, siłami natury. Gdy przyjechaliśmy do szpitala okazało się, że skoro moje skurcze są nieregularne to mąż nie może być ze mną na porodówce. Zostałam sama – od 8:00 rano w sobotę do 2:00 w niedzielę. Żadna położna nie przyszła by mi doradzić co robić. Starałam się jak mogłam żeby poród postępował. O 2:00 rano w niedzielę odeszły wody, zadzwoniłam po męża. Dane nam było rodzić 6 godzin, które musiałam spędzić w większości na lewym boku, na łóżku bo „zapis KTG jest istotny”. O 8:00 rano do naszej Sali weszło 10 osób i usłyszeliśmy że to za długo trwa i trzeba zrobić cesarkę, bo tętno dziecka skacze. Jednocześnie lekarka stwierdziła że zapis jest niemiarodajny bo pas który utrzymuje urządzenie na moim brzuchu jest poluzowane od ciągłych skurczy…

Po tym doświadczeniu stwierdziłam że nie ma mowy o braku wsparcia – muszę mieć doulę przy porodzie. Kolejny synek urodził się 28.11.2013. Tym razem znalazłam kogoś kto będzie buforem między mną i mężem a personelem szpitala. Kogoś komu zaufamy, że wie jak nas przeprowadzić przez ten cudowny czas porodu. Karolina Kardasz z Gdańska okazała się taką osobą (prowadzi też szkołę rodzenia Majka). Dużo mi dała lektura, którą mi poleciła – Ina May Gaskin „Poród naturalny”. Rodziłam prawie dwie doby. Najpierw w domu – półtorej doby do rozwarcia 3cm. W tym czasie normalnie jadłam, piłam, poszłam z Karolą na spacer. Miałam skurcze coraz dłuższe (do 1minuty) i coraz częstsze (najpierw nieregularne potem co 5 minut). Gdy doszłam do 3cm pojechaliśmy do szpitala. Tam przez 6 godzin dochodziłam do 10 cm rozwarcia. Samo parcie trwało 20 minut. Nie bolało, czułam raczej pieczenie i rozciąganie. Podczas porodu podano mi czopki Skopolan. Karola była ze mną i mężem cały czas. Znalazła wspaniały sposób na bóle krzyża – nie czułam ani jednego – poprzez przyczepienie w tej okolicy pleców urządzenia o nazwie TENS. Moje bóle porodowe umiejscowiły się w udach 😉 ona masowała jedno a mąż drugie.

Lekarz chciał zrobić mi cc bo twierdził, że „zbyt długo to trwa”… Wszedł na salę i mówi do mnie: „Są inne wyjścia, to zbyt długo trwa”. Bardzo mnie tym wkurzył, ale i osłabił moją wiarę w siebie. Karola i mąż mnie podnosili na duchu przez kolejną godzinę. I udało się. Potem, gdy synek leżał na moim cycu, spytałam tego lekarza, czy wystarczająco szybko urodziłam. Było mu głupio…

Dzięki Karoli uwierzyłam w siebie, w to że można urodzić VBAC, że można to zrobić we własnym rytmie i że wszystko pójdzie dobrze. W ciąży czytałam tylko wpisy na naturalniepocesarce.pl, bo chciałam czytać tylko pozytywne informacje.

Polecam VBAC z dobrą doulą/położną. Kimś ciepłym i do kogo mamy zaufanie.

To naprawdę cud!

Cuda zdarzają się tuż obok nas. Codziennie. Właściwie każde narodziny są takim cudem. Historia Ewy przekonuje o tym w wyjątkowo spektakularny sposób.

18 miesięcy temu po trudnym 16-godzinnym porodzie zakończonym cesarskim cięciem urodził nam się Michał. Kilka dni temu powitaliśmy na świecie Wojtka. Cudem urodzonego naturalnie.

            W 39 tygodniu ciąży o godzinie 1.00 w nocy dość spektakularnie odeszły mi wody płodowe, czyniąc z naszego łóżka basen w kilka sekund. Po około pół godziny rozpoczęły się skurcze. Od razu dość silne i częste (co około 6 minut). Około 2.30 zameldowaliśmy się na izbie przyjęć (skurcze co około 4 minuty). Początki porodu były nawet przyjemne tzn. skurcze, choć silne, dało się znosić i był przy mnie ukochany Mąż. Około godziny 5 rozwarcie było tylko na 2 palce. Położna zaproponowała wejście do wanny. Po prawie 3 godzinach silnych skurczy w wannie rozwarcie zwiększyło się do… 4. Byłam załamana, zmęczona, bez nadziei na powodzenie. Po kolejnych dwóch godzinach- bez zmian. Położna zaleciła oksytocynę. Nie było wyjścia, skoro rozwarcie nie następowało. Działanie oksytocyny zrobiło swoje- skurcze znacząco się nasiliły. Zaczęłam wyć (wcześniej ładnie śpiewałam „AAaaaa” na wydechu). Rozwarcie zwiększyło się do 5. Ja jednak nie wytrzymywałam bólu, dostałam znieczulenie… (rozumowo go nie chciałam, ale ciało było już na jakimś skraju).

Nastała chwila wytchnienia. Czułam skurczające się mięśnie, ale nie ból. Nadzieja wróciła. Chciałam się jak najwięcej poruszać, ale ponieważ tętno Malucha co chwila spadało musiałam być pod KTG. Po ponad godzinie znieczulenia rozwarcie 7-8, a po kolejnych dosłownie 20 minutach- pełne. Zaczęłam czuć skurcze parte, znieczulenie przestawało działać. Jeśli przed przyjęciem znieczulenia myślałam, że bardziej już nie może boleć, to… myliłam się. Teraz wyłam już jak dzikie zwierzę obdzierane ze skóry. Nie mogłam powstrzymać mojego ciała przed krzykiem. Po godzinie skurczy partych główka nadal nie schodziła w dół. Kolejna godzina również nie przyniosła zmiany. Lekarz zadecydował o konieczności przeprowadzenia cesarskiego cięcia. Byłam bardzo zła na siebie, czułam, że znowu sobie nie poradziłam. Nie tak miało być! Robiłam w duchu wyrzuty Panu Bogu, przecież tyle modliliśmy się o dobry porób, tak się starałam… „Gdzie jest Twoja moc?”- pytałam Go w myślach.

W pełni przygotowano mnie do cięcia (łącznie z zacewnikowaniem). Dostaliśmy znak, że sala operacyjna jest gotowa i na wózku wywieziono mnie z porodówki. Zanim jednak zamknęły się drzwi z porodówki obok wybiegła położna z informacją, że rodzące się u niej dziecko straciło puls i konieczna jest szybka cesarka. Zawrócono więc mój wózek i w mgnieniu oka znalazłam się obok tego kosmicznego fotela do rodzenia, a położna z „moim” wózkiem pobiegła na porodówkę obok i na salę operacyjną przygotowaną już dla nas. Z tego co wiem, dziecko i mama mają się dobrze. A tymczasem u nas…

Nie chciałam wejść na fotel. Padłam na czworaka na podłogę i starałam się dożyć przygotowania drugiej sali operacyjnej i ściągnięcia lekarza. Uczucie parcia było bardzo bardzo silne. Nie wierzyłam jednak, że w położeniu dziecka coś się zmienia. Przecież nie zmieniło się przez tyle godzin! Z relacji Męża wiem, że w pewnym momencie zauważył zmianę kształtu mojego krocza i jakby coś napierającego. W tej samej chwili praktykantka, która była z nami wybiegła z porodówki. Za kilka sekund wróciła z położną i lekarzem. Kazano mi wejść na fotel. Teraz wszystko trwało już minuty. Kazano przeć. Pojawiła się główka, a po chwili Wojtek urodził się cały!!!

            Niestety okazało się, że wychodził źle obróconą główką i praktycznie dwoma ramionkami na raz. W związku z tym nieźle mnie porozrywał… Bardzo krwawiłam, więc zszywano mnie najszybciej jak się dało. Początkowo bez znieczulenia. Wojtek urodził się szaro- bordowy, więc szybko zabrano go na badania. Gdy zatamowano już największe krwawienie urodziło się łożysko. Niekompletne… Znów więc szybka akcja- przełożono mnie na łóżko i zawieziono na łyżeczkowanie. Tam też doszyto mnie do końca. Okazało się, że ponieważ straciłam ponad 2 litry krwi muszę zostać na sali pooperacyjnej (choć łyżeczkowanie operacją nie jest), bo od wyniku krwi będzie zależało, czy nie trzeba zrobić mi transfuzji… Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień…

            Okazało się jednak, że obejdzie się bez transfuzji. Z Wojtkiem wszystko w porządku. Ze mną również, bo chociaż poród był bardzo trudny doszłam do siebie dużo szybciej niż po cięciu. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Poród drogami rodnymi to zupełnie nowe i niesamowite doświadczenie!

Poród w domu po cięciu cesarskim

Wcześniejszy poród przez cięcie cesarskie nie wyklucza kolejnego porodu siłami natury, nawet odbywającego się w domowym zaciszu. Bywały już na naszym portalu takie historie. Dziś przypominam opublikowaną nigdyś w Magazynie Pielęgniarki i Położnej historię Marii.

Przyjście na świat naszej małej Miry było największym prezentem, jaki mogliśmy dostać od życia. Tak uznaliśmy oboje z mężem jeszcze w trakcie nocy cudów. Nocą cudów nazwaliśmy noc narodzin naszej córeczki. 
Nasz synek Bruno przyszedł na świat cztery lata wcześniej. To również był dar, jakkolwiek trudny dar – Bruno urodził się przez cesarskie cięcie. Te dwa zdarzenia, choć tak bardzo różne od siebie, stanowią dla nas spójną naukę. Doświadczyliśmy na sobie, jak wiele można zbudować na zaufaniu do siebie i do losu, na podążaniu za własną intuicją, na byciu w zgodzie z sobą, na poszukiwaniu wsparcia od pokrewnych dusz, a także na otwartości, która pozwala godzić się na różne scenariusze, nawet niechciane – nawet takie, których nie bylibyśmy w stanie przewidzieć. 
Zanim nabraliśmy tego przekonania, było dużo niepewności. Druga ciąża przebiegała bez najmniejszych komplikacji. Towarzyszył mi jednak lęk o zdrowie dziecka, uzasadniony infekcjami wirusowymi, jakie przeszłam w pierwszym trymestrze, i chorobą zakaźną starszego dziecka. Część obaw była po postu stałym elementem mojego wewnętrznego krajobrazu.

Chcesz przeczytać więcej? Wejdź na: http://www.nursing.com.pl/Artykuly_Porod_w_domu_po_cieciu_cesarskim_59.html

(Dostęp wymaga zalogowania się. Rejestracja jest bezpłatna.)

Długa opowieść o długim powitaniu Krzysia (Łódź)

Czasem poród bywa długi i intensywny, choćby ze względu na mniej optymalne ułożenie maleństwa. To jeden z momentów, kiedy znieczulenie zewnątrzoponowe jest prawdziwym błogosławieństwem pozwalającym mamie na odpoczynek konieczny, aby „dokończyć dzieła”. Zapraszam do przeczytania inspirującej historii Agaty:

prolog:

21 miesięcy temu przez cesarskie cięcie „na zimno” (ze wskazań okulistycznych) urodził się Janek. Dziś – ku mej radości – tamte wskazania do cc są już nieaktualne, więc zdecydowałam, że podejmę próbę porodu drogami natury. Bałam się, a jakże, i to jak! Przez całą ciążę dawkowałam sobie wiedzę dotyczącą porodu, przekonywałam większość świata (z ginekologami na czele, niestety), że wiem, co robię, wysłuchałam i przeczytałam setki porodowych opowieści, obejrzeliśmy z M. dziesiątki filmików na YT, odwiedziliśmy kilka porodówek, żeby zdecydować, gdzie będzie nam najprzyjaźniej, wreszcie umówiliśmy się z położną, którą wybraliśmy, by towarzyszyła nam w porodzie.

piątek, 24:00, 9 dni po „oficjalnym” terminie, za to mniej więcej równo z terminem nieco mniej oficjalnym:

Wlokąc się od komputera do łazienki czuję coś nowego – mocny ból w podbrzuszu, trwający dobrych kilkadziesiąt sekund. Myję się i idę do łóżka, wierząc, że jak mam zacząć rodzić, raczej tego nie prześpię.

Noc mija zaskakująco spokojnie, po raz pierwszy od wielu tygodni śpię twardo, nie muszę latać co pół godziny do łazienki jak kot z – nomen omen – pęcherzem.

sobota, 5:00:

Budzi mnie taki sam ból w podbrzuszu. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że oto zaczyna się rodzenie Krzysia. Podekscytowana nie mogę spać, sięgam po kindla, czytam (albo wydaje mi się, że czytam, bo w sumie to nie pamiętam nic z tej książki), zerkając co chwila na zegarek i czekając na kolejne skurcze. Do 6:00 pojawiają się jeszcze trzy, dalej znów dość regularnie co 20, potem co 15 minut.

Budzi się starszy synek, mąż idzie się nim zająć, w przelocie uprzedzam go, że chyba dziś przywitamy Krzysia.

Śniadanie, nocnik, czytanie książek z Jankiem, dopakowywanie szpitalnej torby, ciepła kąpiel na sprawdzenie, czy skurcze się nie wyciszą (nie wyciszyły się, za to odkryłam, że w wodzie są znacznie bardziej do zniesienia). Telefon do mamy, żeby przyjeżdżała – ktoś musi zająć się Janeczkiem.

sobota, 9.30:

Przy skurczach co ok. 10 minut telefon do położnej Doroty – przyjmuje właśnie poród domowy, być może nie zdąży do nas dotrzeć (liczyliśmy się z tym), wysyła nas do szpitala na badanie.

Do szpitala docieramy jakoś między 11 a 12, pół godziny ktg (na worku sako:)), podczas którego z trzech „skurczybyków” (zaczynają być coraz mocniej odczuwalne) zapisuje się tak naprawdę jeden, zero rozwarcia, położna odsyła nas do domu, mamy wrócić, jak skurcze będą co 5 minut i taki stan utrzymywać się będzie od min. 2 godzin. Dorota przez telefon dorzuca jeszcze: odpoczynek, kąpiel, a jak będzie przypływ energii – kilka kursów po schodach w dół.

Obiad, kąpiel, schody, kąpiel, drzemka z Jankiem (połączona z karmieniem piersią – mam wrażenie przyspieszenia i wzmocnienia skurczy). Ból staje się coraz bardziej dotkliwy, zaczynam wydawać z siebie pojękiwania i postękiwania, skurcze zagęszczają się.

Czujemy się trochę pogubieni, bo – choć mocne i bardzo regularne – wydają nam się nieco za krótkie w stosunku do tego, co mamy wtłoczone do głowy, a może po prostu źle mierzymy, a może po prostu nie ma na to reguły…

sobota, 19.30:

Od ponad 2 godzin co 4-5 minut zwalają mnie z nóg silne skurcze, żegnamy się zatem z rodzinką i ruszamy do szpitala. Ktg ok, ale nadal zero rozwarcia. Zatrzymują mnie jednak na sali przedporodowej ze względu na „figury, jakie nam tu pani prezentuje przy tych boleściach” (a po cichu dodają, że jak w domu jest małe dziecko, to lepiej, żebym tu w nocy hałasowała, i to mnie w sumie przekonuje). Mam wrażenie, że w spojrzeniu położnej jest coś w rodzaju: „Oj dziecko, chyba byś już bardzo chciała urodzić, a to na pewno jeszcze nie to!” – werbalizuje to zresztą lekarz, który za jakiś czas wpada do mnie na salę.

Nikt mi nie wierzy, każą spać. Gratuluję pomysłu – ból staje się powoli naprawdę męczący…

Boję się tej nocy, „nasza” położna Dorota jest na dyżurze w innym szpitalu, może przyjechać dopiero rano. Mąż pogłaskuje mnie co jakiś czas i w bezsilności przysypia na krzesełku. Ja skręcam się już co 3-4 minuty. Co 2-3 godziny mam ktg i badanie – wciąż rozwarcia brak, choć jakoś nad ranem szyjka zaczyna się centrować. Położna cały czas ochrzania mnie, że nie śpię, a ja mam ochotę ją zjeść ze złości! Łzy lecą mi ciurkiem, zmęczenie i ból dają ostro w kość. Jeszcze wieczorem dzwonię do Magdy, doświadczonej matki. Kochana, empatyczna osoba – zamyka się w łazience, żeby nie pobudzić trójki swoich dzieciaków i funduje mi najważniejszą terapię w życiu. Przestaję się mazać, zaczynam porządnie oddychać, poruszając się zgodnie z instrukcjami Magdy (potrzebne mi to było bardzo, choć przecież doskonale teoretycznie wiedziałam, co robić). Noc spędzam ze słuchawkami w uszach (Nosowska:)), chodząc po sali jak bocian, opierając się o parapet i kołysząc biodrami, czasem padając na kolana w szczególnie dotkliwym skurczu. Ok. 4 wysyłam M. do domu, żeby chociaż on złapał trochę snu – lepiej się czuję sama w swoim bolesnym roztańczeniu w ciemności.

niedziela, 6:30:

Tuż przed zmianą personelu położna przychodzi po zapis ktg i robi mi kolejne badanie. Im głębiej wsuwa palec, tym szerzej otwiera oczy – 4 centymetry! Po ponad dobie regularnych skurczów, zaczęłam „oficjalnie” rodzić, można mnie przenieść na porodówkę, mam dzwonić po męża i Dorotę i szykować się na działanie (jakbym dotąd leżała i pachniała, hahaha!)

niedziela, 9:00:

Przyjeżdża Dorota i bierze nas w obroty. Wszystko zaczyna nagle przyspieszać. Mam lekkie mroczki przed oczami – za mną długi dzień, nieprzespana noc i dużo bólu. Dalszy ciąg pierwszej fazy porodu staramy się przeżyć aktywnie – spacery po sali, bujanie na piłce, co jakiś czas szybki nasłuch ktg. Dorota zauważa, że mój brzuch jest bardzo niesymetryczny – okazuje się, że Krzyś ułożony jest mocno skosem. Co jakiś czas kładę się więc na prawej stronie, głaszczemy malca, żeby „spłynął”, ale niewiele to daje. Później dowiemy się, że to właśnie dlatego tak długo miałam skurcze bez rozwarcia – dziecko nie wstawiało się w kanał rodny pionowo, tylko ukośnie, zapewne pomogłam mu „wcelować” tym nocnym chodzeniem i bujankami.

niedziela,  10:30:

Siedzę na piłce, już nie powstrzymuję skurczowych okrzyków, drę się jak zarzynane zwierzę. Dorota proponuje przebicie pęcherza płodowego – mam dużo wód, więc macica nie pracuje na pełnych obrotach, bo jest… pełna wód. Jestem bardzo zmęczona, to może pomóc, więc wyrażam zgodę. Przebicie jest zupełnie bezbolesne, tylko uczucie wylewania się ciepłego płynu trochę dziwne. M. kuca za mną i pomaga mi bujać biodrami pomiędzy skurczami, przytula, kiedy płaczę z bólu. W pewnym momencie mam wrażenie, że odlatuję, nie wiem, czy zasypiam, czy mdleję. M. zauważa, że od jakiegoś czasu zupełnie zesztywniałam i nawet na siłę trudno mu mnie kołysać. Po szybkim rozważeniu za i przeciw (jest 5-6 cm, najgorsze i najdłuższe za nami, ale jeszcze mnóstwo wysiłku przede mną), decydujemy się na znieczulenie.

Wbijanie cewnika w kręgosłup i czekanie (=leżenie płasko), aż epidural zacznie działać wspominam chyba najgorzej z całego porodu – żadna to przyjemność, biorąc pod uwagę, że co 2-3 minuty szarpały mną skurcze. Ale jak już wreszcie mnie znieczuliło, zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebowałam. Nie miałam „dolewki”, wystarczyła mi godzina leżenia i nieczucia  praktycznie żadnego bólu, żeby trochę się zregenerować. Wyluzowałam się do tego stopnia, że w ciągu kilkudziesięciu minut osiągnęliśmy pełne rozwarcie, akurat wtedy kiedy znieczulenie przestało działać, czyli idealnie.

niedziela, 11:50:

Zaczynamy jazdę bez trzymanki pt. druga faza porodu, czyli arie operowe i pieśni plemienne przy bólach partych.

Prę w kucki, wisząc na drabince, siedząc na kibelku jak na leżaku, znowu w kucki, wreszcie, kiedy opadam z sił – leżąc na boku. Boli jak diabli, z tego bólu mam momentami problemy z prawidłowym oddychaniem (na szczęście Dorota i mąż bardzo mnie pilnują i wspierają, żebym nie wrzeszczała nieefektywnie). Z każdą chwilą czuję, że Krzyś jest coraz niżej, że już niedługo się spotkamy, co dodaje mi sił do dalszego parcia, choć – jak się okaże –będzie ono trwać aż dwie godziny.

Ból staje się coraz silniejszy, już nie tylko taki „z głębi”, ale i czysto powierzchowny, namacalny – czuję jak rozciąga mi się skóra, piecze. Leżę na boku z nogą do góry, odmawiam przejścia w kucki (ja, która twierdziłam, że tak właśnie urodzę!!!), bo czuję, że każda większa zmiana wytrąci mnie z transu rodzenia. Nie pozwalam M. podać mi wody, nie chcę dotknąć główki, gdy Dorota pyta, czy Janek też miał takie czarne gęste włoski, chcę tylko mieć już Krzysia w ramionach. Wobec mojego oporu w kwestii zejścia z łóżka, Dorota robi jakieś okołsprzętowe czary-mary i nagle siedzę na samym skraju fotela z nogami w dół, ona na podłodze (a może niskim stołku?), jedno mmmmocne parcie, a potem mam już tylko zdmuchnąć sto urodzinowych świeczek. M. (który zarzekał się, że będzie cały czas siedział przy mojej głowie, bo raczej nie ma ochoty obserwować centrum akcji), trzyma mnie za rękę i mocno odchyla się, gapiąc się rozradowanymi oczami między moje nogi. Czuję bardzo mocne rozepchnięcie, dmucham te urodzinowe świeczki (jest ich naprawdę ze sto – niech nam żyje Krzyś długo i zdrowo!), czuję ulgę, chociaż coś dużego wciąż powoli wyślizguje się ze mnie…

niedziela, 13:47:

Dorota podaje mi na brzuch Krzysia, mojego drugiego synka. Mały po chwili cicho skrzeczy, ale zaraz skupia się na czymś innym – wyczuł, że bar mleczny jest bardzo blisko:)

Otulamy go pieluchami, patrzymy jak zaczarowani. Otwiera oczy, cmoka, ma dość mocno zniekształconą (na skos, rzecz jasna) główkę, ale potem okaże się, że to wyrówna się dosłownie w okamgnieniu.

Pępowina powoli przestaje tętnić, M. ją przecina. Karmię Krzysia, tulimy go razem. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim rodzę łożysko (wyskakuje jak z procy, cóż to dla mnie za wysiłek;)), Dorota zaszywa malutkie pęknięcie (pierwszego stopnia). Po prawie 2 godzinach M. z Dorotą idą zmierzyć i zważyć Krzysia: 3900 g / 59 cm. Schodzi się reszta personelu, żeby nam pogratulować. Czuję ich podziw, a od tego lekarza, który wieczorem mówił, że to jeszcze nie poród, słyszę coś w rodzaju przeprosin.

Rodziłam tak długo, bo Krzyś witał nas nie dość, że skosem (wydłużenie 1. fazy porodu), to w dodatku buzią do góry, czyli w ułożeniu potylicowym tylnym/”twarzyczka pod spojeniem” (wydłużenie i utrudnienie fazy parcia, często kończące się niestety cc lub kleszczami). Na szczęście nie wiedziałam o tym, bo zblokowałabym się pewnie na amen. Położna monitorowała często słuchawką akcję serca małego, chyba zdążyła powiadomić lekarza (mam wrażenie, że niebieski fartuch często migał w drzwiach jakoś pod koniec), ale ja do końca parłam w słodkiej nieświadomości, i bardzo się z tego cieszę.

Moje ciało wie, jak rodzić (Warszawa)

Noworodek może urodzić się bez płaczu, a mama może mieć cudowny poród wydając na świat dziecko ważące 4700g! Tak, po cesarce! Czasem dobrze, że USG myli się w szacowaniu masy płodu przed porodem. W innym razie, Kinga byłaby pewnie namawiana do poddania się powtórnie operacji cięcia cesarskiego. Oto jej inspirująca historia:

Cała historia zaczęła się cztery lata temu, kiedy urodziła się nasza córka. Mimo że planowałam poród naturalny i do niego się przygotowywałam, los okazał się złośliwy i po 18 godzinach skurczy, w obliczu mojej gorączki, rosnącego CRP i spadającego tętna dziecka, zdecydowano o cięciu.

Płakałam, gdy mnie wieziono na salę, płakałam i długie miesiące po porodzie. Czułam, że własne ciało mnie oszukało. To nie tak przecież miało wyglądać. Długo dochodziłam do równowagi emocjonalnej, dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z takim, a nie innym przebiegiem porodu. Cięcie obwiniałam o wszystkie problemy – głównie o to, że dużo, stanowczo za dużo czasu zajęło mi nawiązanie prawdziwej więzi z córką i pokochanie jej.

Gdy po ponad trzech latach znowu zaszłam w ciążę, marzyłam o tym, żeby tym razem było inaczej. I podjęłam działania, by tak się stało. Niemal od razu umówiłam się z położną, która nie boi się porodów po cięciu, regularnie się z nią spotykałam, dzieliłam obawami i szukałam odpowiedzi na wątpliwości. Przeczytałam chyba wszystko, co było do przeczytania o porodach naturalnych, o porodach po cięciu, o tym, jak się do nich przygotować. Zadbałam o higienę psychiczną – czytałam tylko dobre historie porodowe, ćwiczyłam jogę, powtarzałam sobie niemal do znudzenia, że moje ciało wie, jak rodzić, że to nie ono poprzednio mnie zawiodło. W końcu w to uwierzyłam.

Koniec drugiej ciąży był nerwowy – w pierwszej przeterminowałam się cudnie, a tym razem przeterminowanie wybitnie nie było mi na rękę z kilku powodów. Po pierwsze moja położna wyjeżdżała na urlop i miała ją zastąpić inna, którą mniej znałam, po drugie lekarze najchętniej wówczas indukowaliby poród, a tego chciałam uniknąć, jako że byłby to według mnie początek drogi na stół operacyjny.

Jednak i tym razem potomek się nie spieszył. Czekały mnie więc regularne wizyty na izbie przyjęć, ktg i mniej lub bardziej miłe rozmowy z lekarzami, którzy co prawda jednoznacznie potwierdzali, że dziecko OK, ale „sama pani wie, jest pani po cesarce, więc zachęcam do indukcji”. Regularnie odmawiałam. I tak co dwa dni, chociaż kazali pojawiać się codziennie, ale w trosce o własną psychikę ograniczyłam wizyty.

W międzyczasie położna umówiona wyjechała na urlop, niemniej nabyłam przekonania, że i moja rezerwowa mnie nie zawiedzie.
W niedzielę znów pojawiłam się na kontroli, tradycyjnie ktg, przepływy, wody, blizna po cięciu OK. Przewidywana waga dziecka 3800. Szyjka idealna do porodu, co mnie jednak nie pocieszało, bo idealna, ale bez zmian była od tygodnia. Miły pan doktor po zachęcie położenia się na patologii i mojej tradycyjnej odmowie, zaprasza w poniedziałek, ja planuję pojawić się we wtorek.

Planu jednak nie udaje się zrealizować, bowiem w poniedziałek o 23 pojawia się pierwszy skurcz, po 5 minutach kolejny i następny. Wszystkie bolesne i długie. Nic to, próbuję się położyć i zasnąć, ale skurcze mi nie dają. Mąż mówi, żebym zadzwoniła do położnej, ale stwierdzam, że chyba się z głupim na rozumy pozamieniał, że nie będę jak idiotka dzwonić, jeśli skurcze nie trwają nawet godziny. Po dwóch kolejnych skurczach sama jednak chwytam za telefon, zdaję Edycie relację, jak się ma sytuacja, umawiamy się o 1 w szpitalu, i tu czeka mnie pierwsza niespodzianka – 6 cm rozwarcia. O niebiosa – taki wynik poprzednim razem osiągnęłam po kilkunastu godzinach, a teraz ledwie dwie wystarczyły. Biorę to za dobry znak.

Przenosimy się na salę, gdzie czeka mnie zapis ktg, młody ma się dobrze, ja zresztą też, ogarniam ból, skupiam się, nie walczę z nim. Płynę jak na fali. W głowie co jakiś czas pojawia się wyuczona myśl: „Moje ciało wie, jak rodzić”.

Przy którymś ze skurczy czuję, że coś się zmienia. Położna mnie bada – mogę zacząć przeć, jeśli czuję taką potrzebę. Ale potrzebę to ja mam, ale odosobnienia, więc idę do WC, Edyta gasi mi światło, chłopa wyganiam i zostaję sama z ogarniającym i niedającym się powstrzymać instynktem parcia. Położna ogranicza wizyty w mojej jaskini, żeby posłuchać serca malucha. Jednak w pewnym momencie każe mi przejść do sali, bo zaraz urodzę. Jak to, już? Klękam przy łóżku i wydaję z siebie dźwięki przypominające ryk zwierząt. To jednak nie jest krzyk bólu, bólu już nie ma. To pieśń nadchodzącego zwycięstwa. Przerwy między skurczami są długie, mam chwilę na odpoczynek. Dotykam krocza, czuję pomarszczoną główkę, jeszcze kilka chwil i po pięciu godzinach od pierwszego skurczu,  w ciszy, bez płaczu, rodzi się mój syn, który jak się później okazało, zamiast 3800 waży 4700. Mimo gabarytów, dzięki cudownej położnej urodziłam go tak, jak sobie wymarzyłam – w stu procentach naturalnie, w swoim rytmie, bez indukcji, bez wspomagania, nacięcia, pęknięcia, cudownie.

I choć w IV okresie porodu pojawiły się komplikacje, jestem szczęśliwa. I dumna. Zrobiłam to – urodziłam.

„Najwspanialszy poród jaki mogłam sobie wyobrazić” (Warszawa)

Córeczka Danusi niedawno przyszła na świat, przynosząc swojej mamie nie tylko radość ze swojego przybycia, ale również z tego w jaki sposób się urodziła. Zapraszam do przeczytania relacji z tych pełnych emocji chwil.

Mój pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskim – po terminie, po 2 nieudanych indukcjach, po kilkunastu godzinach niekończących się skurczy, po 2 godzinach skurczy partych. Po porodzie byłam szczęśliwa, że nasz ukochany Synek urodził się cały i zdrowy. Ale blizna na brzuszku bolała mnie również w sercu. Miałam przecież urodzić naturalnie…

Gdy dowiedziałam się, że spodziewamy się kolejnego Dziecka, pragnienie porodu siłami natury było już całkiem inne. Nie musiałam urodzić naturalnie. Po poprzednich doświadczeniach wiedziałam, że poród może się różnie zakończyć i mimo wielkiego pragnienia, aby urodzić siłami natury, liczyłam się z tym, że może być inaczej. Poród siłami natury zaczęłam traktować jako wielki przywilej, który jeżeli mnie spotka, będzie dla mnie najpiękniejszym Darem.

Wiedziałam, że nie mam wpływu  na wszystko. A w przypadku porodu miałam wrażenie, że tak niewiele ode mnie zależy. Postanowiłam jednak zrobić co w mojej mocy, aby do porodu dobrze się przygotować.  Wszystko powierzyłam Bogu, Maryi, św. Gerardowi i św. Ignacemu (Patronom matek w stanie błogosławionym). Wybrałam lekarza (ze szpitala, w którym planowałam rodzić), który od początku był pozytywnie nastawiony na poród siłami natury po przebytym cięciu cesarskim (VBAC). Przez całą ciążę wspierał mnie w tej decyzji. Przeczytałam od deski do deski książkę I. Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”. Niektóre rozdziały po kilkanaście razy. Całą ciążę starałam się być maksymalnie aktywna. Dbać o siebie fizycznie i psychicznie. Wcielałam w życie radę Męża, że 90% sukcesu leży w głowie. Psychika jest bardzo ważna. Nastawiałam się więc pozytywnie do porodu. Przeczytałam mnóstwo artykułów dotyczących VBAC i szczęśliwych historii (dziękuję za tę stronę J). Pod koniec ciąży wybraliśmy położną, która również była pozytywnie nastawiona do naszego pomysłu porodu siłami natury. Bliznę po cięciu zbadałam u dwóch świetnych specjalistów od USG – i upewniłam się, że mam zielone światło. Z jakichś statystyk szczególnie zapamiętałam, że przyjazd do szpitala przy rozwarciu około 4-5 cm daje większe szanse na udany poród siłami natury. Czyli nie ma co się spieszyć do szpitala. Spokój i opanowanie. Wiedziałam, że nie chcę żadnej oksytocyny, przebijania pęcherza, czy innych interwencji, które mogłyby zaburzyć naturalny rytm porodu. Pozostało więc czekanie, spokój i wiara w to, że się uda. Na resztę nie miałam wpływu.

2 dni przed terminem nic nie zwiastowało, aby  Córeczka chciała w najbliższym czasie opuścić ciepłe lokum. Jedyna oznaka syndromu wicia gniazda objawiła się tym, że wieczorem odczułam przeogromną potrzebę zakupu karuzelki do łóżeczka. Miałam już jedną po Synku, ale po prostu musiałam kupić nową. Przegrzebałam Internet i zakupiłam przepiękną karuzelę. W nocy obudziły mnie skurcze. Niezbyt bolesne, ale  regularne co 10 minut i uniemożliwiające sen. Pokrzątałam się po domu, nastawiłam zmywarkę, zjadłam jakieś śniadanie i próbowałam podsypiać między skurczami. Gdy słońce już pięknie świeciło na błękitnym niebie, zadzwoniłam do położnej, bo skurcze się nasilały, były już co 5 minut. Położna poradziła, żeby wziąć letnią kąpiel – jak skurcze miną, to znaczy, że jeszcze nie rodzę. A jak nie miną – to należy jechać do szpitala. Ustaliłyśmy więc, że odprowadzimy z Mężem Synka do przedszkola, zrobimy zakupy na pobliskim bazarku (to był poniedziałek – lodówka świeciła pustkami po weekendzie), wrócę do domu, wezmę kąpiel i zadzwonimy do położnej z „relacją skurczową”. Tak też zrobiliśmy. Droga do przedszkola, mimo, że niedaleka, trwała trochę, z przerwami co 5 minut na skurcz. Na bazarku zrobiliśmy zakupy z przerwą co 4-5 minut na skurcz. Jakaś pani chciała wzywać karetkę. Ale dzielnie czekałam, żeby nie jechać do szpitala za wcześnie. Akcja porodowa musiała być rozkręcona, żeby na Izbie Przyjęć skurcze nie minęły. Wróciłam do domu, weszłam do wanny i nie miałam już wątpliwości, że najwyższa pora wybrać się do szpitala.

Telefon do położnej i decyzja – jedziemy. Do szpitala dojechaliśmy około 10. Na Izbie Przyjęć nie czekaliśmy, bo czułam już główkę nisko. Rozwarcie – 6 cm.  Poród postępował. Gdy dotarliśmy na salę porodową wiedzieliśmy, że chwila narodzin się zbliża. Były momenty, że sił już brakowało, że traciłam wiarę w swoje możliwości, ale pragnienie porodu siłami natury było większe. Ani przez chwilę nie pomyślałam o cesarce, czy znieczuleniu. Nie myślałam o żadnych pęknięciach macicy, czy rozchodzących się bliznach. Po prostu robiłam to, co czułam i co podpowiadała nasza wspaniała Położna. W pewnym momencie wyszła na korytarz i powiedziała do lekarza – „na następnym skurczu dziecko już będzie”. To zdanie dodało mi nadprzyrodzonej siły. Skurcz – i Maleńka pojawiła się na świecie. Od przyjazdu do szpitala minęły 2 godziny. Dla tej chwili warto było przeżyć cały trud porodu. Nic już nie bolało, nic nie miało znaczenia – byliśmy tylko my – Ja, Mąż i nasza ukochana Córeczka. Zabiegi po porodzie kompletnie nie miały znaczenia. Jakby mnie nie dotyczyły. Na mojej piersi leżał nasz Skarb. I to ja Ją urodziłam. Moje wielkie pragnienie przytulenia wilgotnego, ciepłego, nowonarodzonego Dzieciątka (to czego nie mogłam doświadczyć w poprzednim porodzie) dało mi niesamowite uczucie radości. A szczęście po prostu rozlało się po mnie całej. Nie mogłam wyobrazić sobie piękniejszego porodu. Bogu niech będą dzięki!