Narodziny Zbyszka (Dania)

Powoli, ale skutecznie do celu. Dziś opowieść o pocesarskim porodzie Joanny:

Moja pierwsza ciąża, zupełnie niespodziewanie – jak to bywa – okazała się bliźniacza, jednokosmówkowa. Cały czas trzymałam kciuki za poród naturalny, ale szczerze mówiąc, liczyłam się z tym, że będzie cesarka. Tak też się stało; ciąża przebiegała prawidłowo (choć dziewczyny malutkie), miałam co dwa tygodnie USG, i w 35 tygodniu okazało się, że Krysia przestała rosnąć. Cesarka bez pytania, ze względu na ryzyko syndromu przetoczenia bliźniak-bliźniak (TTTS).

Przyznam, że przez pierwsze tygodnie życia dziewczyn, czas spędzony na neonatologii i potem z dwukilowymi drobnicami w domu, w ogóle nie myślałam o sobie i o porodzie, cała sytuacja była dość surrealistyczna i działaliśmy na dużym stężeniu adrenaliny. Dokuczało mi tylko to, że tak długo dochodzę do siebie. Nie miałam jednak pretensji do lekarzy, Pana Boga czy samej siebie, raczej byłam (i jestem) bardzo wdzięczna, że dziewczyny urodziły się zupełnie zdrowe i rozwijają się bez problemów.

Druga ciąża to już zupełnie inna historia, tym razem mocno nastawiałam się na poród naturalny. Chociaż przerwę miałam dość krótką – 20 miesięcy pomiędzy porodami – lekarze dawali mi zielone światło, z typowymi zastrzeżeniami: że bez indukcji, poród nie może się przedłużać, akcja powinna sprawnie postępować itd. Czekałam sobie spokojnie na rozwój sytuacji…

Nie wiem dlaczego, byłam przekonana, że urodzę raczej przed terminem, niż po, dlatego od 37 tygodnia już dość nerwowo wyglądałam oznak akcji. A tu nic. Dodatkowo stresował mnie fakt, że jak pisałam, lekarze wspominali, że lepiej nie przekraczać terminu (piszę „lekarze”, bo tu w Danii, gdzie odbyły się oba porody, nie ma lekarza prowadzącego, i na każdej kontroli w szpitalu można trafić na kogo innego. Jest położna prowadząca, ale ja się ze swoją widziałam tylko raz, bo urlopy, przekładane wizyty i zastępstwa). Najbardziej bałam się tego, że przekroczę termin, wezmą mnie po prostu na stół i pokroją, i nawet nie doświadczę naturalnego porodu (już nawet niechby się zakończył cesarką!). Mieć trójkę dzieci i nie próbować rodzić naturalnie to już przesada;)

Termin nadchodził, a ja byłam coraz bardziej zestresowana, te ostatnie tygodnie to psychicznie gorsza męka niż cała ciąża do tamtej pory… Po terminie ciągle nic, położna na kontroli zapisała mnie na wizytę w szpitalu za kolejnych 10 dni. Po drodze jakieś fałszywe alarmy, noce ze skurczami, które przechodziły, ja już zupełnie zmaltretowana psychicznie. Poza tym, nie wierzyłam w termin z USG, który był o tydzień wcześniejszy niż „cyklowy”, ale nikogo nie zdołałam przekonać.

Na kontroli w szpitalu okazało się, że jednak mogą wywołać poród, jeśli będzie choć lekkie rozwarcie i będą mogli przebić błony płodowe. Hurra! Po tych wszystkich skurczach, myślę sobie, cośtam na pewno się zadziało. Ale położna na badaniu mówi mi, że… nie wyczuwa w ogóle ujścia szyjki! („dziwne, pracuję pięć lat i nigdy mi się to nie zdarzyło”). Dostaję dwa dni odroczenia.

Za dwa dni inna położna doprowadza mnie do łez informacją, że jest 1,5 palca rozwarcia i można działać! Odsyła mnie na kilka godzin spaceru, po powrocie zaś oświadcza, że porodówka przepełniona i mam przyjść jutro. Kolejny dzień odroczenia, a już cała rodzina obdzwoniona…

W końcu, 22 października około dziewiątej rano, pewna miła położna przebiła mi błony. Po czym odesłała na porodówkę, gdzie kazano mi pójść na spacer i przyjść o 11. Już byłam tym wszystkim mocno zmaltretowana, męża jeszcze nie było po odwiezieniu starszych dziewczyn, a ja łażę po korytarzach szpitala i woda ze mnie leci… Już tylko chciałam, żeby to się wszystko skończyło. Zdążyłam już zapomnieć, że w efekcie urodzi się dziecko i o to zasadniczo chodzi.

Ale za to skurcze się szybko nasiliły, w końcu przyjechał mąż i poszliśmy na chwilę na słonko, a potem raźno na porodówkę. Po 12 położna, z którą miałam rodzić, zdecydowała o podaniu minimalnej dawki oksytocyny, żeby skurcze były bardziej regularne. Ten efekt nie został osiągnięty (przez cały poród właściwie), za to szybko ból stał się coraz bardziej ogłuszający, a ja podpięta pod KTG i kroplówki nie za bardzo miałam swobodę ruchu – nie musiałam leżeć, ale w plątaninie kabli nie dało się wiele zdziałać. Ponieważ w reakcji na ból moje ciało spinało się, położna zdecydowała, że lepiej dać znieczulenie (oczywiście, nie bez mojej sugestii). O 15 anestezjolog już był wezwany, a zjawił się cztery godziny później… niewiele z tego czasu pamiętam, raczej nie rozmawiałam, odmawiałam współpracy i nie chciałam, żeby mnie ktokolwiek dotykał;) Gdy ok. 20 dostałam znieczulenie, to miałam wrażenie, że zdjęło może 30% bólu, nie więcej – ale przynajmniej mogłam już leżeć i odpocząć trochę. Potem coś dodatkowo wstrzyknęli i mogłam nawet drzemać między skurczami. Położna, która przyszła na nocną zmianę, miała już ze mną o wiele łatwiej:)

Tak płynął czas, akcja postępowała dość wolno, ale stale. Cały czas myślałam, że uznają, że to już za długo i czas robić cesarkę – ale Zbyszka tętno było w porządku, więc rodziłam dalej. Około północy miałam już pełne rozwarcie, ale główka była wysoko. Gdy przyszły skurcze parte, miałam więc nie przeć… zdecydowanie najgorszy czas porodu! Wtedy dostałam gorączki, zaczęłam się trząść i chyba spadło mi ciśnienie… a główka Zbyszka ciągle była wysoko, więc o drugiej dostałam zielone światło do parcia, bo to już dwie godziny pełnego rozwarcia (co to za dziwne zasady? I co zmieniły te dwie godziny?).

Wreszcie, po 40 minutach parcia, o 2.38 urodził się nasz Zbyszek. Zdrowy, duży, wspaniały, i wszystkie bóle od razu minęły, inna jakość niż cesarka. Nie mogłam uwierzyć, że się udało! 15 dni po terminie. Paradoksalnie, chociaż nie miałam za sobą nieudanej próby porodu siłami natury, a cesarskie cięcie robiono mi z niezależnych ode mnie przyczyn, miałam dużą niepewność siebie i swojego ciała przed tym porodem. Tak to widocznie działa…

Brakowało mi jednej położnej czy lekarza, kogoś, kto znałby moją ciążę i rzeczowo wspierał – to duży minus rodzenia w Danii. Myślę, że pod koniec mogłam zawalczyć o wiele rzeczy, dodatkowe badania, cokolwiek – ale w moim stanie ducha szpitalny moloch mnie przygnębiał, chciałam zwiewać do domu, a nie dyskutować z położnymi. Kolejne dziecko to już koniecznie w Polsce! Przede wszystkim jednak cieszę się, że się udało, na pewno było warto. To wspaniałe doświadczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.