Tag Archive | VBAC

Powtórne Narodzenie (Warszawa)

O niezwykłej sile kobiecej intuicji, istocie psychicznego przygotowania do porodu i o tym, jak pięknie i nienarzucająco można wspierać kobietę w jej wyborze szczęśliwego rozwiązania. Oto historia Zuzanny.

Patrząc na usposobienie obu moich synów silnie wierzę w to, ze sposób urodzenia i emocje związane z porodem mają niesamowity wpływ na późniejszy charakter dziecka.

Mój pierwszy syn miał być urodzony naturalnie, przygotowywałam się do porodu z doulą, Gosią Borecką, to z nią miałam go urodzić w Szpitalu Św. Zofii. Cała ciąża przebiegła bezproblemowo, wręcz idealnie. Czułam się świetnie, Mały odwrócił się i czekał na poród. I nagle, w 35 tygodniu ciąży zaczęłam mieć bardzo silne bóle głowy. Początkowo mnie nie przeraziły, bo często bolała mnie głowa w ciąży, ale pojawił się także ból brzucha. Pojechałam do szpitala na kontrolę, na której lekarz stwierdził, że wszystko jest w porządku. Dwa dni później objawy się powtórzyły: koszmarnie bolała mnie głowa, nadbrzusze, pojechałam do szpitala ze wszystkimi dokumentami, czułam, że jest coś nie tak. I tu po raz pierwszy poczułam siłę kobiecej intuicji.. Po przyjeździe okazało się, że mam koszmarnie wysokie ciśnienie, białko w moczu, problem z wątrobą… Słowem wszystkie niepokojące ciążowe objawy. Po kilku godzinach obserwacji, podawania leków i nieustępujących a wręcz postępujących objawach Zespołu HELLP (jak się potem dowiedziałam) w nocy zadecydowano o Cesarskim Cięciu. I tak, miesiąc przed planowanym terminem, urodził się mój pierwszy syn, na szczęście zdrowy, śliczny i cudowny. Całą operację przeżyłam koszmarnie. Najpierw dosłownie wyrywanie dziecka z brzucha, potem niesamowity, przeraźliwy płacz… Synka pokazano mi na chwile, ale ja otumaniona znieczuleniem, nie mogłam nawet się przyjrzeć a małego od razu zabrano do inkubatora, w którym musiało zostać jeszcze kilka dni a ja go mogłam tylko widywać.  Fizycznie czułam się świetnie ale psychicznie okropnie. Przez jakieś pół roku kompletnie nie czułam, że to ja urodziłam moje dziecko – zupełnie jakbym je od kogoś dostała. Całe doświadczenie porodu na Sali operacyjnej, w momencie, w którym się tego nie spodziewałam, było bardzo trudne. Miałam pretensje do siebie, do swojego ciała, które zawiodło. Moje dziecko dużo chorowało, bardzo długo cierpiało na kolki, przyczyny tego wszystkiego szukałam właśnie w porodzie mając do siebie żal, że tak skrzywdziłam małego. Dopiero po roku przestałam płakać na myśl o porodzie. I zaczęłam wtedy myśleć o kolejnym dziecku.

Poszłam do polecanego ginekologa, żeby porozmawiać o planowanej ciąży i lekarz mi ją odradził. A potem kolejny i kolejny. 3 lekarzy odradziło mi kolejną ciąże ze względu na ryzyko powtórzenia się Zespołu Hellp, i to we wcześniejszym tygodniu ciąży, co mogłoby być dużo bardziej niebezpieczne dla mnie i dla dziecka. Po wizycie u ostatniego lekarza, który powiedział to samo, byłam załamana. Zaczęliśmy rozmawiać z mężem o adopcji. I wtedy przypomniałam sobie o polecanej Pani Dr. Marzenie Dębskiej, specjalistce od TRUDNYCH ciąż. Zaniosłam Pani Doktor całą historię pierwszej ciąży, wypisy ze szpitala moje i dziecka, aktualne badania…Pani Doktor spojrzała na mnie i powiedziała słowa, które chyba zawsze będę pamiętać: Pani Zuzanno, Pani ma oczy zdrowej osoby, wszystko będzie dobrze, proszę do mnie wrócić w ciąży. Potem dodała, że historia może, ale nie musi się powtórzyć, że trzeba będzie całą ciążę skrupulatnie robić badania i mierzyć ciśnienie. Pamiętam, że w tamtym momencie szczerze poczułam, że wszystko będzie dobrze. I że ten poród będzie cudowny i naturalny.

Ciążą przebiegała bez komplikacji, ale zespół HELLP pojawia się na ogół w 3 trymestrze, także do końca była lekka niepewność co do rozwiązania. Dr Dębska chciała rozwiązać ją planowo przez cesarskie cięcie, żeby być pewną, że będzie wszystko ok., natomiast, co mnie mile zaskoczyło, nie nalegała na cesarkę, nie namawiała mnie na nią – mówiła, że ona by tak wolała, ale to ja znam swoje ciało. Ani razu nie wzbudziła we mnie strachu, niepewności, nigdy nie padły z jej ust słowa o jakimkolwiek niebezpieczeństwie grożącym mi podczas porodu naturalnego. Bo moje ciało chciało rodzić J. Oczywiście byłam otwarta na sytuację, kiedy znów się wszystko skomplikuje i potrzebne będzie cesarskie cięcie, ale czułam, naprawdę czułam, że nic się tym razem nie skomplikuje. Bałam się, ale jak czegoś nowego i nieznanego. Do porodu, również w Szpitalu Św. Zofii przygotowywałam się z cudowną doulą i joginką, wspaniałą kobietą-balsamem Olą Kunstler. Te spotkania z Olą bardzo mi pomogły psychicznie i fizycznie przygotować się do porodu, podjąć decyzję o tym, że chcę rodzić bez znieczulenia, pozbyć się jakiegokolwiek strachu i wprost zakochać się w porodzie. I w idei porodu. Uwierzyć w to, że ciało będzie mnie prowadziło przez poród. Spotkałam się tez z położną, Magdą Witkiewicz, która również spokojnie podeszła do tematu cesarskiego cięcia dwa lata wcześniej.

Zbliżający się poród, mimo braku jakichś specjalnych symptomów, czułam kilka dni wcześniej – wiedziałam, że urodzę do końca tygodnia. I tak, w sobotę o 7.40, po dosłownie 40 minutach od przyjazdu do szpitala, bez jakichkolwiek komplikacji, bez specjalnego bólu, bez znieczulenia, nacięcia, BEZ PŁACZU, prosto do moich ramion, urodził się nasz drugi syn. To było niesamowite. Ten spokój małego, wsparcie położnej, przeżywanie skurczy, których się nie bałam, dzięki wcześniejszym rozmowom z Olą. Poród był dokładnie taki, jaki miał być. Taki, jaki miał być też ten pierwszy. Drugi synek był jakby kopią starszego. W magiczny sposób poczułam się tak, jakbym wreszcie przeżyła też ten pierwszy poród. Tuląc młodszego miałam wrażenie jakbym tuliła ich obu, nowo narodzonych naraz. Wreszcie przeżyłam poród, którego nie przeżyłam dwa lata wcześniej. A ja jako kobieta też narodziłam się na nowo – prawdziwie uwierzyłam w siebie.

Myślę, że to, co pomogło mi w takim wspaniałym przeżyciu porodu, to wsparcie wszystkich, którzy mieli z nim cokolwiek wspólnego – od Dr. Dębskiej poprzez Położną aż po cudowną wspierającą doulę i dzielnego męża. Nikt nigdy nie poddał pod wątpliwość mojej decyzji wierząc, że kobieca intuicja to jednak ogromna potęga.  Ważne jest też otwarcie na wszystko to, co się dzieje. Przy pierwszym porodzie nie brałam pod uwagę cesarskiego cięcia i myślę, że dlatego doznałam takiego szoku, z którym później trudno mi było sobie poradzić. Opierając się na swoim doświadczeniu chciałabym życzyć wszystkim czytelniczkom portalu, żeby wsłuchały się w siebie i w swój wewnętrzny głos czasami zagłuszany przez nie nasze sądy i przekonania. Bo nasze ciało naprawdę nas zawsze ostrzeże przed niebezpieczeństwem ( jak przy pierwszym porodzie) i poprowadzi właściwą drogą.

„Narodziny Franka, czyli jak matka się rehabilituje we własnych oczach” (Warszawa)

Niepewność i wątpliwości. Nadzieja i załamanie. Decyzja o powtórnym cięciu i … spóźniony anestezjolog. Oto trzymająca do końca w napięciu historia Olgi.

Tak naprawdę powinnam zacząć historię od narodzin naszego pierworodnego Kuby, skoro ma to być historia szczęśliwego porodu VBAC, ku pokrzepieniu serc mam po cesarkach, liczących na naturalne rodzenie. Ale wspomnę tylko krótko.

Kubuś przyszedł na świat szczęśliwie – zdrowy i śliczny. Tylko niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Medycyna wkroczyła do naszych pierwszych chwil bardzo mocno – patrząc z perspektywy czasu sama już nie wiem, na ile potrzebnie, na ile nie i nie chcę tego roztrząsać. Nasza relacja jest super, miłość jest od początku, karmienie w 100% udane, więc jak mówiła mi większość znajomych, „wszystko jest w porządku”. A jednak jego narodziny zostawiły mi bliznę na brzuchu i dziurę w sercu. Dziwaczne, dla mnie samej absurdalne, ale nie do przezwyciężenia uczucie, że zawiodłam, że coś jest nie tak ze mną jako kobietą i matką, skoro moje ciało nie potrafiło wydać dziecka na świat.

W drugiej ciąży, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie myślałam o porodzie. Chyba więcej myślał o nim mój mąż, który wszystkim wokół opowiadał, że chcemy urodzić naturalnie, a ja to powtarzałam. Jak mantrę. I w duchu liczyłam, że lekarze zakażą mi rodzić naturalnie. Cesarka była znana. SN było tym, czemu nie podołałam. A przecież od tego czasu nie stałam się lepsza, czy silniejsza. Jednak żaden ginekolog nie widział powodu, dla którego nie miałabym urodzić SN. Mówili tylko, że mam wybór, że w mojej sytuacji jeśli chcę cc, to wystarczy powiedzieć. Takie proste.

A jednak czekałam po prostu, aż zacznie się akcja porodowa i oddałam sprawę Bogu, wierząc, że mnie samą to zwyczajnie przerasta.

Był piątek wieczorem, minął nam dzień jak co dzień, taki ze spacerem, odwiedzinami u przyjaciół, rodzinną obiadokolacją. Wieczorem w przypływie chęci porozpieszczania pierworodnego wstałam, żeby dać mu jajo z niespodzianką, rzecz dla niego niespotykaną;) Kiedy wstawałam po to jajo, o którym zawsze będę pamiętać, wydarzyła się rzecz równie dla mnie dziwna – wody chlusnęły, mocząc mnie aż do podłogi. Pamiętałam dobrze ten sterylny zapach, właściwie czekałam na niego… Wtedy początek był taki sam, tylko mniej spektakularny – sączyły się.

Działaliśmy na spokojnie. M pojechał po moją mamę, ja oglądałam z Kubą bajkę. Potem jeszcze jego kąpiel, dopakowanie ostatnich rzeczy i pojechaliśmy do szpitala. I ta myśl z tyłu głowy: wszystko jest jak wtedy, wody lecą, skurczów niet.

Na IP standard, KTG, dużo papierków. Wody moczące wszystko wokół. Kiedy czekaliśmy na korytarzu, czekając na wolną salę porodową, zaczęły się pierwsze skurcze. Delikatniutkie i nieregularne, dające cień nadziei 🙂 Mąż pełen optymizmu, przekonany, że wszystko będzie tak jak ma być – czyli naturalnie. Ja sama nie wiem.

Dostajemy salę błękitną. Śliczną, przestronną. I moja myśl znów: fajnie by było, gdyby to tu urodził się nasz syn. Szkoda, że to będzie na sali operacyjnej.

Jest północ, w sali gra radio, z mężem tańczymy porodowy taniec. Na pytanie położnej o skurcze odpowiadam „jakieś tam są”. Zgodnie z prawdą.

Nic się jednak nie dzieje, główka Frania jest wysoko, 1 cm rozwarcia. Około 4 idziemy spać – ja w sali porodowej, mąż w domu. Budzę się o 8 i stwierdzam, że skurcze zniknęły. Za chwilę M. przyjeżdża i zastaje mnie we łzach. Miałam rację – nie umiem rodzić dzieci. Wyciąga chusteczki, przytula mnie trochę i zaprasza na spacer po korytarzu. Spacer przywraca skurcze, nieregularne, ale mocniejsze. Położne cały czas są w okolicy, ale są super dyskretne.

Udaje nam się „wychodzić” 4 cm rozwarcia, potem 5. Skurcze bolą przeokropnie. I cały czas te 5 cm, przez godzinę, dwie, trzy i więcej… Nie mam już siły chodzić, nie mam siły na nic. Siadam na krześle i płaczę, że ja już nie chcę, że to nie ma sensu, skoro i tak musi się skończyć jak ostatnio. To jest ten moment, kiedy naprawdę tracę wiarę. M. delikatnie, nie wiem nawet kiedy i jak, prosi personel o wsparcie. Przychodzi położna i pani doktor, która opowiada mi o własnych dwóch porodach – pierwszym cc, drugim sn. Obie mówią, że jeśli będę chciała cc, to ok, ale żebym próbowała, bo warto, żebyśmy dali synkowi jeszcze trochę czasu. Siły mi wracają, chociaż uporczywe myśli o własnej bezsilności wcale nie chcą się ode mnie odczepić. Przy tych 5 nie chcących drgnąć centymetrach, skurcze robią się naprawdę bolesne. M trzyma za rękę, masuje, daje mi pić i stara się pokazać, że go moje wrzaski aż tak bardzo nie ruszają. Po jednym wyjątkowo popisowym okrzyku przychodzi położna. Znowu czuję się słabiej, dostaję w kroplówce płyn z elektrolitami – to pierwszy medykament, jaki mi w ogóle zaaplikowano po przybyciu do szpitala. Muszę już naprawdę wyglądać na cierpiącą, bo w końcu pada to pytanie „Czy chce pani cięcie?”. Półgębkiem odpowiadam, że tak, a potem szeptem przepraszam męża. On szepce mi do ucha kilka bardzo ważnych słów, które niechaj zostaną między nami. Przebierają mnie w koszulę szpitalną, trzęsącą się łapką podpisuję zgody, których nie jestem w stanie przeczytać. Ale na razie nic więcej stać się nie może – na bloku porodowym nie ma anestezjologa, trzeba czekać na tego, który asystuje przy ratującej życie operacji na innym oddziale. Żeby mi ulżyć, położna daje mi do kroplówki środek rozkurczowy. I wtedy wszystko zaczyna się toczyć strasznie szybko.

Zostajemy z M sami w sali i razem sobie cierpimy przy kolejnych skurczach – on w ciszy, ja bynajmniej 😛 Bo środek rozkurczowy przyniósł ulgę na chwilę, potem wszystko wraca, mam wrażenie, ze zdwojoną mocą. Skoro już znam decyzję, nie mogę się doczekać anestezjologa i ulgi. Martwię się trochę o synka. Wiem, że medycznie wszystko u niego w porządku, tylko że z nim też nie przywitam się tak, jak bym chciała.

Jednak z bólem przychodzi też i powolne pogodzenie i wtedy… wtedy mam pierwszy skurcz inny od wszystkich poprzednich. Czuję coś jakby… parcie? Przychodzi cała fala uczuć. Entuzjazm! Niezrozumienie – hej, przecież ja nie rodzę, ja czekam na cesarkę! Przerażenie – przecież tu nikogo z nami nie ma! Nie wiem, co mam wykrzyczeć, ostatecznie wybieram to ostatnie i mówię M, żeby kogoś zawołał. Wraca z położną, która mnie bada, uśmiecha się szeroko i mówi, że niniejszym rodzimy, jest pełne rozwarcie. Dalej jestem w szoku, ale mam zupełnie nowy przypływ sił, po tych 22 godzinach porodu, które już minęły, mam wrażenie, że teraz mogę wszystko. Do sali wraca mój M, który uśmiecha się, trzyma mnie za rękę, szepcze i w ogóle jest jedną wielką pozytywną wibracją. Od tego pierwszego niezrozumiałego dla mnie skurczu mija dokładnie 18 minut i na moim brzuchu znajduje się Franek. 3335 g szczęścia, 55 cm, 10/10 pkt w skali Apgar, ma burzę włosów i krzyczy, a my całujemy go po głowie i tulimy. Cały świat nagle cudownie staje na swoim miejscu, wszystko robi się super spokojne. M. spełnia marzenie i przecina pępowinę. Rodzenie łożyska, szycie, to wszystko odbywa się jakby poza mną. Te dwie godziny są nasze, dla Franka, męża, mnie i, nie ukrywajmy, mojego poczucia triumfu i wdzięczności wobec Boga. Potem spokojnie rozmawiamy sobie z położną, ona waży, mierzy i ubiera Frania, który następnie spokojnie zasypia w ramionach swojego taty, a ja myję się w wannie. Jedziemy na salę na oddział, po drodze wypijam herbatę. Świat nadal jest przecudowną oazą spokoju. Jako i moje dziecko – jak się później okazuje.

Po tym porodzie zdecydowanie mam komu dziękować – przede wszystkim Opatrzności, zajętemu anestezjologowi, środkowi (sic!) rozkurczowemu,  dwóm bardzo mądrym położnym i mojemu mężowi J I jeszcze moim synkom za to, że są.

A to my w około pół godziny po porodzie:

557959_10201022853839355_1986857682_n

Narodziny Ignasia i Józi (Warszawa)

Poród domowy zakończony niespodziewaną cesarką i uzdrawiający poród siłami natury po cc. Oto inspirująca, tętniąca emocjami historia Kasi.

Moja córeczka przyszła na świat zaledwie trzy tygodnie temu, ale historia tych narodzin zaczyna się dużo wcześniej…

Pamiętam bardzo dobrze, jak moja mama wspominała swoje dwa porody. Ból, strach, przerażająca samotność, upokorzenie. O ile narodziny mojego brata miały w miejsce w jednej z wielu istniejących jeszcze wtedy izb porodowych i, poza mglistym wspomnieniem bólu, nie pozostawiły po sobie wielkiego piętna, o tyle, moje narodziny były dla mamy traumatycznym przeżyciem. Doświadczyła wszystkich serwowanych wówczas w szpitalach „atrakcji”, musiała zmierzyć się ze znieczulicą lekarzy, którzy, zebrawszy się licznie wokół łóżka porodowego, nie szczędzili niesmacznych komentarzy. Po porodzie mamę poinformowano, że urodziła się córeczka. Córeczkę pielęgniarka natychmiast skwapliwie porwała i zaniosła na Oddział Noworodkowy, mamę zaś, z braku miejsc, umieszczono na Oddziale Ginekologii. „Brudnym”, jak mówiono, oddziale. Przez trzy dni nie mogła nawet przyjść i zobaczyć swojego dziecka, nie mówiąc o przytuleniu czy nakarmieniu…

Miałam kilkanaście lat, gdy słuchałam tych historii. Nie czułam współczucia. Czułam tylko gniew. Nie chciałam wierzyć, że ten obezwładniający ból, strach i poczucie odarcia z godności są nieodłączną częścią macierzyństwa. Rosło we mnie postanowienie, że, jeśli kiedyś będę miała dzieci, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by udowodnić światu, mojej mamie i sobie samej, że prawda o porodzie jest inna…

Minęło kilka lat. Byłam już szczęśliwą, zakochaną po uszy narzeczoną. Przez przypadek wpadły mi w ręce historie porodowe nadesłane do Fundacji Rodzić po Ludzku. Przeczytałam je wszystkie. Poczułam się tak, jak wtedy, gdy słuchałam opowieści mojej mamy: łzy gniewu, bezsilności i mocne pragnienie, by ze mną było inaczej. Wtedy trafiłam na opisy porodów domowych. Zachwyciłam się niezwykłą siłą, mądrością i pasją, która z nich płynęła. Zapragnęłam, by tak właśnie wyglądał mój poród: by przebiegał w atmosferze spokoju, szacunku dla mamy i rodzącego się dziecka, by były przy mnie osoby, którym ufam, by to wydarzenie mogło być źródłem siły, a nie bolesnym wspomnieniem, które będę chciała jak najszybciej wymazać z pamięci.

Kilka miesięcy po ślubie zobaczyłam na teście ciążowym dwie różowe kreseczki. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Ciąża przebiegała podręcznikowo. Rozpieszczałam się zapamiętale, dbałam o dietę, ćwiczyłam, spacerowałam, głaskałam rosnący w zaskakująco szybkim tempie brzuszek i przygotowywałam się do rodzenia w domu. Powoli zbliżał się termin porodu…
Któregoś dnia, gdzieś w okolicach 39 tygodnia, ogarnęło mnie nagłe przerażenie. Jak sobie poradzę? Jak będzie wyglądać moje życie? Co, jeśli nie uda się urodzić w domu? Na wieczór miałam zaplanowaną wizytę lekarską. Okazało się, że mam już 2 cm rozwarcia i w ciągu kilku najbliższych dni powinnam zacząć rodzić. Około 2 w nocy poczułam lekkie skurcze, które dość szybko zaczęły się nasilać i występować z coraz większą częstotliwością. Obudziłam męża, spojrzał na zegarek i stwierdził „Dziewczyno, ty masz skurcze co 3 minuty!”.

A więc rodzimy! Jeszcze kawałek bloku czekoladowego zjedzony między skurczami, szybkie przeczesanie włosów (no przecież w takim dniu nie mogę wyglądać byle jak!) i telefon do położnej. Zaczynamy porodowy taniec. Już nie mam wątpliwości. Moje ciało musi poddać się temu rytmowi, który narzuca nam coraz szybsze tempo. Przytulam się do męża, śpiewam samogłoski, muszę się otworzyć, nie mogę się bronić, to takie trudne… 6 rano. Jest już nasza położna. Badanie – 6 cm rozwarcia! „ O 12 powinniśmy mieć już dzieciątko” – mówi. Skurcze zaczynają być trudne do zniesienia. Drażni mnie dzienne światło. Łatwiej rodzi się w ciemności. Woda nie pomaga, nie mogę sobie znaleźć miejsca w wannie. Masaż krzyża tylko nasila ból. Próbuję różnych pozycji. Kucam podtrzymywana przez męża, klęczę przy fotelu, na sako… Już dawno straciłam poczucie czasu… Wiem tylko, że każdy kolejny skurcz przychodzi zbyt szybko. B. jest przy mnie, wspiera mnie, naprawdę rodzi ze mną. Położne są na każde nasze zawołanie. W którymś momencie zaczynam jednak rozumieć, że nie wszystko idzie tak, jak powinno… Główka dziecka jest cały czas wysoko, choć mamy już prawie pełne rozwarcie… Zaczynam się bać, kalkulować, próbuję przypomnieć sobie jakieś informacje ze szkoły rodzenia… Ale przecież to macica, nie głowa, ma rodzić. „Chyba będziemy musieli jechać do szpitala” – słyszę głos położnej. Dzwonimy do mojej lekarki- ona też radzi udać się na izbę przyjęć. Już wiem, że nie urodzę. Poddaję się, choć moim ciałem wciąż szarpią bolesne skurcze. „Zrobią mi cesarkę?” – pytam. „Nie będzie żadnej cesarki”.
Przypomina mi się sen z początków ciąży. Budzę się rano w mieszkaniu moich rodziców, macam brzuch – płaski. Przerażona biegnę do ich sypialni i krzyczę: „Co stało się z moim dzieckiem?!” A oni odpowiadają: „Zrobiliśmy ci w nocy cesarkę. Tak będzie dla Was najlepiej”.
Na jawie decyzja już podjęta. Jedziemy do szpitala. Jestem jednym wielkim skurczem, nie wyobrażam sobie, jak zniosę jazdę samochodem. Jednak posłusznie ubieram się, bierzemy przygotowaną na wszelki wypadek torbę i ruszamy. Jest około 17. Godzina korków. Pada deszcz. Mamy do pokonania całkiem spory kawałek drogi. „Nie ma zagrożenia życia” – uspokaja nas położna. Ja mamroczę modlitwy, ściskam w dłoni różaniec, modlę się już tylko o siłę do zaakceptowania tego, co się ma stać. Na izbie przyjęć wszyscy są mili, ale musimy wypełnić całą stertę dokumentów. Podpisuję je bezwiednie między kolejnymi skurczami, kucając przy łóżku. Jest mi wszystko jedno. Chcę tylko, żeby to się już skończyło i żeby nikt na mnie nie krzyczał. Staję się potulną pacjentką, chociaż w teczce z dokumentami mam spisany mój plan porodu, który, w razie potrzeby, miał mnie chronić przed szpitalną rutyną. Plan porodu diabli wzięli. Teraz każą mi się położyć na łóżku i wiozą mnie na trakt porodowy. Podłączają mnie pod ktg. Porażona bólem, wrzeszczę wniebogłosy, położna szybko odpina pasy. Jest decyzja o cesarskim cięciu. Mam przejść do sali obok. Ostatni skurcz łapie mnie w progu drzwi. Kucam, trzymając się framugi. Ktoś z tyłu pogania mnie, krzyczy, że nie mamy czasu, bo następna pacjentka czeka w kolejce. Zastrzyk w kręgosłup. Ogromna ulga dla wymęczonego ciała, ale ból kumuluje się teraz w przerażonym umyśle. Płaczę, trzęsę się ze strachu, nie wiem, co się ze mną dzieje. Ktoś rzuca: „ Co Pani tak histeryzuje?”. Odpływam. Z letargu wyrywa mnie głos lekarza „ 19:03″. Jak to, już jest? JEST! Synek! 4392 g, 57 cm. ILE?! Jest taki piękny. Nie pozwalają mi go przytulić, pokazują tylko z odległości kilkunastu centymetrów. Dzięki Bogu, jest ze mną mąż. Równie oszołomiony jak ja, biega między niemowlęcą wagą a stołem operacyjnym. Chwilę potem rozdzielają nas. Budzę się na sali pooperacyjnej, podłączona mnóstwem kabelków do różnych maszyn. Moje ciało jest bezwładne, zupełnie obce. Przynoszą małego. Moja pierwsza myśl: „ Dlaczego ma na sobie ubranko, którego nie lubię?” Zaczyna się nowy rozdział w moim życiu, długa droga uczenia się miłości do tego małego człowieka. Ratuje mnie wspomnienie tych kilkunastu godzin porodu spędzonych w domu. Nie pamiętam już bólu, tylko niezwykłą bliskość, której doświadczyłam z mężem, słowa pełne miłości, ciepłą obecność położnych. Cieszę się, że mogłam dać mojemu synkowi ten czas, że doświadczyłam bólu rodzenia. Wszystkim, którzy teraz powtarzają mi „A nie mówiłam?”, odpowiadam, że poród był piękny, że żadnej decyzji nie żałuję. Tylko ta cesarka… Mamie podsuwam książkę naszej położnej. Początkowo sceptyczna, zaczyna czytać relacje porodowe i łzy napływają jej do oczu. „Teraz rozumiem” – mówi.
10 miesięcy później, w piękny, majowy poranek, znów widzę dwie kreseczki. Lekkie zaskoczenie, ale cieszymy się. Wiem, że większość lekarzy każe zaczekać z kolejną ciążą po cesarce co najmniej 12 miesięcy, ale ja bardziej niż o pooperacyjną bliznę, boję się o blizny na sercu, które pozostawił tamten poród. Jednocześnie gdzieś, w głębi duszy, ufam, że w doświadczeniu drugiego macierzyństwa czeka mnie uzdrowienie.
Ciąża i tym razem przebiega spokojnie, choć nie mam już czasu na rozpieszczanie się. Moje otoczenie też nie zwraca wielkiej uwagi na mój rosnący brzuszek i chyba mi z tym dobrze. Wiem, że noszę w sobie tajemnicę nowego życia i to mi wystarcza. Nie muszę być już idealną, zawsze uśmiechniętą ciężarną: pozwalam sobie na dietetyczne grzeszki i chwile zupełnego załamania. Szukam w Internecie informacji na temat porodu naturalnego po cesarskim cięciu. Na polskich stronach dużo suchych, medycznych danych. Nie tego potrzebuję. W końcu trafiam na linki do anglojęzycznych stron. Płaczę, czytając wiersze napisane przez kobiety, których dzieci przyszły na świat przez cesarskie cięcie. Czytam historie mam, których jedyną kartą przetargową w walce o naturalny poród było wielkie, instynktowne pragnienie, by urodzić własnymi siłami. Raz jeszcze przeżywam swoją żałobę, płaczę nad sobą, nad moim synkiem, nad naszymi pierwszymi, wspólnymi chwilami pełnymi łez, zwątpienia, strachu i bezradności. Powoli rodzi się we mnie zgoda na te doświadczenia. Oto jestem: ja – matka niedoskonała, rodząca przez cesarskie cięcie, karmiąca butelką, płacząca przez długie miesiące. Nie dałam synkowi najlepszego porodu, najlepszego pokarmu, lubiłam wymykać się z mężem z domu, zostawiając go pod okiem babci, czasem, zamiast Mozarta, puszczałam mu Depeche Mode, ale teraz patrzę na niego i widzę małego, szczęśliwego chłopca, który mnie kocha. Z wzajemnością. Pod sercem noszę zaś malutką dziewczynkę, która kopie mnie z coraz większą siłą.
Od początku nie mam wątpliwości, że chcemy próbować rodzić naturalnie, jeśli tylko nie wystąpią jakieś niespodziewane komplikacje. Lekarze sceptycznie patrzą na wpisaną w kartę ciąży „niewspółmierność porodową”, która miała być przyczyną cesarskiego cięcia. Niektórzy straszą „położniczym sajgonem”, kręcą głową nad krótką przerwą między ciążami, powtarzają, że wszystko zależeć będzie od wagi dziecka, ale ostatecznie nie przekreślają naszych szans na poród drogami natury. Tym razem będziemy rodzić w szpitalu, ale miejsce nie jest dla mnie najważniejsze. Decydujemy się na indywidualną opiekę położnej. Po spotkaniu z położną E. wracam do domu spokojna. Marzę po cichu o naprawdę dobrym porodzie, ale wiem, że każdy scenariusz może się spełnić. Nie chcę planować, wybiegać w przyszłość, usilnie czepiać się jednego rozwiązania. Proszę tylko małą, żeby nie urosła nam za bardzo i nie chciała wychodzić zbyt prędko. To dopiero 34 tc, a mnie od kilku tygodni męczą skurcze, szyjka już miękka, przygotowana do porodu. Boję się przedwczesnego porodu, no i obiecałam E., że nie zacznę rodzić w sylwestrową noc. Mija Sylwester, jeden tydzień, drugi, trzeci… Zaczynam się niepokoić. Zaopatruję się w olej rycynowy, ale jakoś nie mam odwagi go wypić.
W sobotę, tydzień przed terminem porodu wg USG, wybieram się rano na wyprzedażowe zakupy, a moich mężczyzn wysyłam do lasu na spacer. Po spacerze młody zasypia kamiennym snem, a my mamy trochę czasu dla siebie. Wieczorem chcemy wybrać się na Eucharystię celebrowaną przez naszą wspólnotę. Ja mam w planach jeszcze „indukcyjną” sesję schodzenia po schodach. Zakładam wygodne dresy i zaczynam mój „trening”. Trochę wątpię w skuteczność moich działań, czuję się idiotycznie i mam tylko nadzieję, że nie spotkam żadnego sąsiada. No cóż, lepsze to niż nicnierobienie i nerwowe wpatrywanie się w kalendarz z zaznaczonymi kolejnymi tygodniami ciąży.

Wieczorem czuję lekkie pobolewanie w podbrzuszu, ale staram się nie zwracać na nie zbytniej uwagi. Spokojnie szykujemy się do wyjścia. Jest 20. Docieramy do oddalonego o 25 km kościoła. Ławki są koszmarnie niewygodne, nie mogę sobie znaleźć wygodnej pozycji. Z każdą minutą coraz trudniej mi nie myśleć o tym, co się dzieje w moim brzuchu. Po Komunii wymykam się dyskretnie. Skurcze zaczynają się nasilać. Są zupełnie inne niż przy pierwszym porodzie. Nie wyobrażam sobie, jak je zniosę, jeśli będą jeszcze mocniejsze. Trzęsę się z zimna. Marzę o jakimś ciepłym, przytulnym miejscu, o ciepłej wodzie. Wracam do sali, ktoś próbuje mnie pocieszyć, ale ja chcę już uciec, przytulić się do męża, nie chcę z nikim rozmawiać, nie chcę słów pocieszenia. Trudno mi jeszcze uwierzyć, że to poród, ale kurcząca się macica powoli przejmuje kontrolę nade mną. Kończy się Msza. Mąż przekonuje mnie, że powinnam zadzwonić do położnej. Za jej namową jedziemy jeszcze do domu. Mam wziąć prysznic, no-spę i zobaczyć, czy skurcze się nie wyciszą. W samochodzie nie mam już jednak wątpliwości, że właśnie zaczął się poród. Skurcze pojawiają się co 2, 3 minuty. W końcu docieramy do domu. Z trudem dochodzę do łazienki, próbuję się rozebrać i wejść pod prysznic, ale nie daję już rady. Dzwonimy do położnej. Właściwie to mąż dzwoni, bo ja próbuję w tym czasie znaleźć jakąś wygodną pozycję w czasie skurczu i złagodzić ból oddychaniem. Mamy być w szpitalu za godzinę. Ostatnie spojrzenie na śpiącego synka, kilka wskazówek dla opiekującej się nim babci, bierzemy torby i wsiadamy do samochodu. Jest prawie północ, pogodna zimowa noc, puste ulice. Kucam na tylnym siedzeniu samochodu, zamykam oczy. W czasie skurczów proszę B., żeby oddychał ze mną. Między skurczami śpiewam cichutko.
Docieramy do szpitala. Na izbie przyjęć nie ma żadnych pacjentek. Większość mojej dokumentacji jest gotowa, musimy tylko dopełnić kilku drobnych formalności. Jest już położna. Badanie – 5 cm rozwarcia. Tętno dziecka prawidłowe. Idziemy do sali Śliwkowej. Uśmiecham się – śliwkowy to mój ulubiony kolor.
Na początek krótkie badanie ktg. Na szczęście mogę cały czas kucać oparta o łóżko. Jestem spokojna i maksymalnie skupiona na tym, co dzieje się z moim ciałem. Nie chcę wybiegać myślami do przodu, nie zastanawiam się, ile jeszcze czasu przed nami. Odpycham od siebie wszystkie lęki: nie myślę o bliźnie na macicy, nie myślę o tym, czy tym razem się uda, nie myślę o bólu, o tym, że mogę nie dać rady. Liczy się tylko dana chwila. Wyjątkowy czas dany mi i mojej córeczce.
E. proponuje kąpiel, a ja przyjmuję jej propozycję z wdzięcznością. Ciepła woda łagodzi ból, rozluźnia napięte mięśnie. Skurcz za skurczem. Zamykam oczy i z niczym nie walczę. Nie próbuję uciekać. Uśmiecham się. W myślach powtarzam sobie, że jestem piękna w tym bólu, że oto na nowo rodzę się jako matka, że każda sekunda jest dla mnie wielkim darem. Kiedy skurcze stają się mocniejsze, a główka dziecka schodzi coraz niżej pozwalam sobie na krzyk. Nie jest to krzyk bólu i bezradności. Niskie, gardłowe dźwięki pomagają mi się otworzyć. Czasem mam ochotę zawyć jak zranione zwierzę, ale nie chcę, by lęk przejął nade mną kontrolę. Zamiast tego krzyczę: „Chooodź, nie boję się ciebie, jestem silniejsza od ciebie”…
W którymś momencie położna sugeruje, że warto wyjść z wanny, by skurcze wzmocniły się. Wychodzę podtrzymywana przez męża, opieram się o łóżko i właściwie od razu czuję różnicę w intensywności skurczy. Stoję na szeroko rozstawionych nogach, pochylona do przodu, rękami zgiętymi w łokciach opieram się o łóżko. Rodzące się dziecko narzuca swój rytm. Jedyne co muszę robić, to poddać się mu. Słyszę uspokajający głos E. „Dobrze, świetnie sobie radzisz”. Nie wiem, ile mija czasu – kilka sekund czy kilkadziesiąt minut. W mocnym, długim skurczu rodzi się główka, zaraz potem łagodnie wyślizguje się małe ciałko. E. kładzie malutką przede mną na łóżku. Jest piękna, taka maleńka, wciąż połączona ze mną pępowiną. Nie ma żadnego pośpiechu, nie ma krzyku, zamieszania, ostrych świateł. Kładę się na łóżku i dostaję córeczkę do przytulenia. W jednym skurczu rodzi się łożysko. Wszystko dzieje się tak po prostu, tak normalnie… Mała jest cały czas przy mnie, przytulamy się, karmimy, tata robi nam pierwsze zdjęcia. Dopiero po dwóch godzinach mała jest ważona i mierzona (3085 g, 53 cm). Zakochuję się w niej instynktowną, bezwarunkową miłością, a ona odwdzięcza się pełnym ufności przywiązaniem…

Do pięciu odlicz, czyli jak liczyłam nogi od krzeseł…(Warszawa)

Najważniejsza jest możliwość podejmowania przez kobietę rodzącą świadomych wyborów – gdzie, z kim i w jaki sposób urodzi. Szczególną wagę ma to w przypadku porodu po cięciu cesarskim. Zapraszam do przeczytania historii Joanny.

Trudno nie porównywać dwóch tak różnych porodów… Być może dlatego ten drugi, upragniony – drogami natury – wydaje mi się dziś idealny. Bo ten pierwszy znacznie odbiegał od oczekiwań i wyobrażeń, choć przecież odbył się w tym samym szpitalu.

Pierwszy poród zakończył się cesarskim cięciem z powodu braku postępu po dwóch godzinach parcia – dziś wiem, że wywoływanie porodu tylko dlatego, że lekarz tak sobie życzy, jest pierwszym krokiem w stronę cesarki. Wtedy nic nie układało się tak, jak chciałam, ale też byłam mocno zdezorientowana i wymęczona przez atmosferę, panikującą młodą położną i wlewaną we mnie oksytocynę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, choć bardzo długo nie mogłam się pogodzić z cesarką.

To było prawie cztery lata temu.

W drugiej ciąży nie usłyszałam od mojej ginekolog ani słowa na temat konieczności cesarki. Kiedy w moim brzuchu pojawił się S., minęły prawie trzy lata od poprzedniego porodu – ryzyko związane z blizną było małe, a na każdym USG prosiłam o skontrolowanie jej szerokości. Moja pani doktor przygotowywała mnie na to, że wszystko się okaże i takie przyjęłam założenie: chcę urodzić naturalnie, a najwyżej… cesarkę już przerabiałam.

Termin miałam na 11 listopada, ale wcale nie miałam ochoty czekać tak długo! Jesień, każde wyjście z domu, wizyty u lekarza i laboratorium były męczące. Tym razem jednak nie pomagałam organizmowi jak przy pierwszej ciąży – nie piłam wywaru z liści malin. Nie masowałam też krocza, ponieważ wymagałoby to użycia parafiny, którą skreśliłam jako substancję ropopochodną. Co ma być, to będzie – z takim nastawieniem 3 listopada pojechałam z mężem i starszym synkiem do znajomych, gdzie dopadł mnie gigantyczny głód i dosłownie zmiotłam ze stołu wszystkie lepsze kąski.

– Oj – powiedziałam do męża.

– Rodzisz? – spytał.

– E, tak zabolało tylko.

Po wizycie w gościach zawieźliśmy synka do babci na noc, a w drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do kolegi.

– Jakie masz fantastyczne schody! – zawołałam, widząc jego drewniane schody do piwnicy. Wiadomo, chodzenie po schodach pomaga w przygotowaniu szyjki macicy do porodu… Nie mogłam nie skorzystać!

– Oj – znowu powiedziałam do męża.

Pojechaliśmy do domu, było po 22:00. Legliśmy na kanapie i włączyliśmy odcinek serialu.

– Oj – powiedziałam, kiedy film się skończył. – To ja idę do wanny. A ty coś zjedz.

Czułam, że skurcze, które pojawiały się od trzech godzin najpierw sporadycznie, potem coraz częściej, nie ustępują. Nie były bolesne, natomiast coraz intensywniejsze. Odszedł mi czop śluzowy. Całe szczęście, nie tak jak poprzednio, z krwią, która nie chciała przestać lecieć.

Weszłam do wanny i pomyślałam od razu, jakie to szczęście, że starszy jest u babci. Umyłam się, ubrałam i zajrzałam do męża. Pożarł jajko na miękko i stał gotowy do działania.

– Torba do szpitala i jedziemy.

Wziął moją gigantyczną torbachę, która i tak zawierała o wiele mniej rzeczy niż poprzednio, i zeszliśmy do samochodu. Skurcze nasilały się, kiedy szłam albo stałam. Kiedy usiadłam na fotelu auta, ustały.

– Hm, może ja wcale nie rodzę, co?

Za chwilę jednak skurcze wróciły i wątpliwości znikły. Jechaliśmy przez pustą, ciemną Warszawę, ciesząc się, że przynajmniej można spokojnie dojechać do szpitala i może nawet zaparkować pod nim…

Kiedy weszliśmy do rejestracji, ból zaczął gwałtownie przyrastać, skurcze się nasiliły – aż się zdziwiłam, bo przecież to dopiero początek. Mąż musiał mnie masować w szczególnym miejscu na dole pleców, wskazanym nam kiedyś przez położną. Rejestracja trwała tak długo! Papiery, podpisy… i dopiero na badanie. Które było zresztą bardzo nieprzyjemne, z niewiadomych przyczyn lekarka nie mogła się dostać tam, gdzie powinna, i podczas szukania szyjki miałam ochotę ją kopnąć i uciec. To była chyba najgorsza część porodu! W końcu orzekła, że rozwarcie jest małe, 1 cm, ale jest, więc mnie przyjmą.

– Próbuje pani naturalnie? – to było jedyne pytanie – zadane przez panią w rejestracji – które dotyczyło mojej cesarki. Nikt mi niczego nie sugerował, nie próbował wpłynąć na decyzję. Brawo dla szpitala!

– Pewnie, że próbuję.

Między skurczami, które pojawiały się teraz zupełnie nieoczekiwanie, musiałam jeszcze coś podpisać, a potem czekać na położną. Ból był duży, promieniował z dołu brzucha i czułam się wobec niego trochę bezradna. Pamiętałam o zasadzie oddychania i tej zasady trzymałam się już do końca porodu – głębokie wdechy przeponą, głośne wypuszczanie powietrza, i na tym się skupić. Szukałam wzrokiem czegoś, co mogłoby mi pomóc liczyć te oddechy – na przykład nogi od krzesła. Jeden wdech – jedna noga, i tak w kółko, aż skończy się skurcz. Zwykle starczało pięć–sześć wdechów.

Mąż jeszcze pobiegł do samochodu po torbę porodową, a ja już nie wiedziałam, czy mam się przechadzać, czy siadać, czy masować sobie sama plecy… W końcu mąż wrócił i pojawiła się położna. Zaprowadziła nas do sali porodowej, świeżo po remoncie, naprawdę rewelacyjnej. Trochę mnie zbadała, zrobiła KTG, którego nie znoszę, przygotowała też worek z pestkami wiśni podgrzanymi w mikrofali – wspaniale było nim masować dolą część pleców! Worek był gorący, ale to przynajmniej odwracało uwagę od bólu, który narastał. Przyjmowałam pozycję na czworakach na łóżku porodowym – miałam stamtąd dobry widok na krzesło na kółkach z pięcioma nogami. Wciąż o jedną za mało, ale i tak pozwalało mi się skupiać na oddychaniu…

Moje myśli były skoncentrowane na dwóch rzeczach: jak najszybciej dostać znieczulenie i zebrać siły. Wynikało to z moich poprzednich doświadczeń, kiedy znieczulenia nie dostałam, ponieważ anestezjolog się spóźnił, i w końcowej fazie porodu czułam, że sobie nie poradzę. Tym razem postanowiłam, że urodzę naturalnie, ale wspomogę się ZZO. Nie było przeciwwskazań, wyniki krwi miałam dobre, przyszedł anestezjolog (nawet miałam siły zapamiętać, że był bardzo przystojny) i spytał, czy przy znieczuleniu do cc nie miałam komplikacji. Nie miałam. Dobrze pamiętałam ten przyjemny moment, kiedy cały ból odpływa i człowiek może się odprężyć. Wszystko było podobnie – ukłucie w kręgosłup, lekkie szczypanie i rozlewanie się po plecach ciepła. Po chwili byłam zdumiona, że wszystko przestało boleć.

– Niech się pani zdrzemnie – powiedziała położna i przykryła mnie prześcieradłem. Nie trzeba było mnie namawiać! Czułam skurcze jako lekkie napinanie się brzucha. Mąż siedział obok na fotelu i trzymał mnie za rękę – wkrótce oboje przysnęliśmy. Trochę się budziłam, piłam dużo wody, poszłam też parę razy siku, choć było trudno.

W pewnym momencie, już nad ranem, poczułam, że skurcze się zmieniły. Poprosiłam męża, żeby poszedł po położną. Przyszła z anestezjologiem.

– Proszę mi powiedzieć – zapytałam anestezjologa – czy to znieczulenie przestaje działać, czy to już parte?

– To pani powinna mi powiedzieć – odpowiedział wyraźnie rozbawiony.

– Chyba już rodzę – odpowiedziałam.

Położna mnie zbadała, powiedziała, że jest jakieś 7 cm rozwarcia i… zmieniła ją inna położna. Wcale mi to nie przeszkadzało, przecież świadomie wybraliśmy taką wersję, że położna będzie szpitalna i już.

Czułam nasilające się parcie na wszystko, co znajduje się w sąsiedztwie macicy.

– Dlaczego to nie boli tak, jak pamiętam, że powinno? – pytałam nowej położnej, zresztą bardzo fajnej. – Przecież znieczulenie nie działa na bóle parte.

– To zależy – odpowiedziała. – Może u pani działa.

Przyznaję, że już nawet nie pamiętam, czy było jakieś KTG, pewnie było sprawdzanie tętna i tyle. Szukałam odpowiedniej pozycji – dobrze się czułam na łóżku porodowym, gdzie mogłam na przykład kucać, a w wolnej od skurczu chwili po prostu się położyć.

– Ja już chciałabym przeć – powiedziałam w pewnej chwili, choć pamiętałam o tych 7 cm, ale uczucie parcia było narastające i nieokiełznane. Czułam się jak… jak… chyba można powiedzieć jedynie „jak rodząca”! Czułam wielką chęć wydania dziecka na świat, dziecka, które bardzo chciało już wyjść.

– Proszę spróbować.

Niedługo potem odeszły wody – chlusnęły sobie do specjalnej dziury w łóżku. Sprytne.

Wstałam i kucnęłam, trzymając się oparcia łóżka, które zamieniło się w fotel. I zaczęłam przeć… Mąż, zachęcany przez położną, masował mi piersi. Czułam bardzo dobrze, kiedy uwalniała się oksytocyna dzięki pobudzeniu brodawek – skurcz był znacznie efektywniejszy!

I właśnie wtedy, podczas kolejnego skurczu, kiedy nic właściwie się nie zmieniało, ogarnęło mnie zwątpienie. Po co to wszystko? Znowu się nie uda. Nie umiem urodzić. Pewnie znowu skończy się cesarką. Ile to już trwa? Skurcz za skurczem, prę i prę, nic się nie dzieje. Zaraz powiedzą, że idę na stół.

– Proszę krzyczeć! – zaleciła położna. – Proszę krzyczeć „A-a-a-a-a”!

Krzyczeć? Po co? Nie czułam bólu, skupiłam się cała na wielkim wysiłku, żeby współpracować z tą ogromną pulsującą siłą wypierającą dziecko na świat. Zaciskałam oczy, bo tak kazał okulista (mam dużą wadę wzroku), oddychałam w miarę głęboko i w mojej głowie nie było tu już miejsca na kolejną czynność!

I wtedy właśnie nadszedł taki skurcz, że poczułam sporą zmianę.

Położna była cały czas blisko, masowała krocze, żeby ochronić je przed pęknięciem, więc oczywiście zobaczyła, że nastąpił przełom.

– Rodzimy! – zawołała przez drzwi do niewidocznego personelu, a mnie zaproponowała zmianę pozycji na plecy z podniesioną nogą (musiało ciekawie wyglądać!) i powiedziała:

– Teraz proszę przejść ten skurcz bez parcia!

Łatwo powiedzieć… Całe moje ciało żądało zaangażowania się w ten skurcz i właściwie nie wiem, czy to się udało. Nic nie bolało, natomiast krocze zaczęło piec, jakbym miała w sobie żywy ogień. Postanowiłam sobie, że wytrzymam i już – skupiłam się na tym, że takie doświadczenie przeżywam po raz pierwszy w życiu, może i ostatni. Intensywność doznań była tak duża, że znowu zapomniałam o „a-a-a-a”. Położna mnie upomniała. Mąż masował piersi i podtrzymywał.

– A teraz proszę przeć ze wszystkich sił!

No to poszło…

– Jest pani kobietą z dwiema głowami!

Ha ha ha, mąż w śmiech, ja w śmiech, ale to chyba nie koniec.

Jeszcze jeden skurcz i słyszę:

– Śluuuuplplpl!

To mnie jeszcze bardziej rozśmieszyło. Widzę, że mąż podskakuje z radości, sama się śmieję i czekam, co to będzie. Tego jeszcze nie było!

Pieczenie ustało, choć dziwne wrażenie między nogami trwało i trwało.

Za chwilę synek wylądował na mojej klatce piersiowej. I tak się ucieszyłam! A potem rozpłakałam.

Byłam z siebie taka dumna!

*

Dziś synek ma prawie pół roku. Choć poród był wspaniały, czekały nas różne przygody na neonatologii (S. nie płakał, jak należy), które na szczęście zakończyły się dobrze. S. urodził się o kilogram mniejszy niż jego brat (3 a 4 kilo to różnica…), ja byłam znacznie bardziej świadoma, poród nie był wywoływany, nikt mnie nie poganiał, mogłam skorzystać z ZZO i się zdrzemnąć, była noc, więc w szpitalu spokój i nie kręcili się np. studenci, położna była obecna tylko wtedy, kiedy było to konieczne… Znaczną różnicę poczułam po samym porodzie: kiedy położna zbadała łożysko i opatrzyła moje obtarcia (krocze bez interwencji), wstałam i poszłam do wanny. Nie czułam zmęczenia ani bólu. Na pewno działały hormony, których przy cesarce się nie odczuwa. Nie mówiąc o różnicy między naturalną oksytocyną a tą z kroplówki. Po cesarce leżałam kilka godzin i nie mogłam się ruszyć, nie mogłam jeść ani pić. Po tym porodzie byłam taka głodna, że zjadłam całe paskudne szpitalne śniadanie!

I jeszcze jedno. Nie żałuję ZZO, choć na pewno byłabym jeszcze bardziej dumna z porodu zupełnie naturalnego. Najważniejsza jest możliwość wyboru i cieszę się, że miałam ją właściwie we wszystkich aspektach tego drugiego porodu. Takiego życzę każdej mamie.

Joanna

Próba porodu po cięciu cesarskim – niezbyt powszechna, ale często udana

Nowe badania na temat porodu pochwowego po cięciu cesarskim przeprowadzone w USA pokazują, że zaledwie 13% (1 na 8) kobiet po cięciu cesarskim otrzymuje szansę na urodzenie kolejnego dziecka drogami natury. Jednocześnie jednak, w  grupie tych, które podejmują próbę porodu, aż 67% z powodzeniem rodzi drogami natury.

Badania przeprowadzono na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Francisco. Miały one charakter retrospektywny.  Przeanalizowano dane z ogólnokrajowej bazy żywych urodzeń (U.S Certificate of Live Birth). Obejmowały one grupę ponad 1,1 miliona kobiet będących w fizjologicznej pojedynczej donoszonej ciąży po wcześniejszym przynajmniej jednym cięciu cesarskim. Dr Kirsten Salmeen, stojąca na czele zespołu przeprowadzającego powyższe badania, mówi:

„Ogólnie, wskaźnik zakończonych sukcesem porodów drogą pochwową po cięciu cesarskim jest  wysoki. (…) Jednakże, odsetek kobiet podejmujących „próbę porodu” w tym kraju [USA] jest  bardzo, bardzo niski, w stosunku do liczby matek, których szanse na szczęśliwe rozwiązanie drogami natury są duże.”

Powody dla których poród drogami natury po cięciu cesarskim stanowi wciąż tak niewielki odsetek  wszystkich porodów po cc są złożone. Czasem ma to związek z regulaminem szpitala, czasem z wygodą lekarza prowadzącego. Sporo jest też wątpliwości wśród samych kobiet, dotyczących bezpieczeństwa oraz korzyści płynących z rodzenia naturalnie po cesarce. Dr Salmeen mówi: „Sądzę, że wiele ciężarnych, które miały wcześniej wykonane cesarskie cięcie ma przekonanie, że cesarka jest dla nich bezpieczniejsza. To mit, który należy obalać.”

Szczególnie duże szanse na poród drogami natury po cięciu cesarskim miały kobiety, które miały za sobą już jakiś poród pochwowy.

Szanse na poród drogami natury po cc zmniejszają się nieznacznie w przypadku niektórych zaburzeń zdrowotnych jak na przykład cukrzyca ciążowa. Jednak należy podkreślić, że zmniejszenie tych szans jest naprawdę niewielkie – w granicach 20%.

Źródło: http://www.obgynnews.com/specialty-focus/obstetrics/singleview-enewsletter/trial-of-labor-after-c-section-uncommon-but-often-successful.html?tx_ttnews%5BsViewPointer%5D=1

Szpitalny poród drogami natury po cc … POŚLADKOWY! (Australia)

Historia australijskiej mamy, która była wystarczająco zdeterminowana, żeby urodzić naturalnie po cesarce dziecko ułożone pośladkowo. Piękny przykład uszanowania mechanizmu porodu pośladkowego przez personel – podejście „ręce z dala od dziecka rodzącego się pośladkowo”.

Historia w oryginalnej wersji językowej oraz zdjęcia dostępne na: http://birthwithoutfearblog.com/2013/02/26/amazing-breech-vbac-fast-hospital-birth-with-pictures/.

„Moje pierwsze dwa porody były wywoływane i szybkie. Moje 3 dziecko urodziło się przez cięcie cesarskie (w styczniu 2012) z powodu ułożenia pośladkowego. Nigdy nie chciałam mieć cesarki, ale lekarze nalegali. Sama byłam gotowa na naturalny poród pośladkowy, ale lekarze nie zgadzali się, twierdzili, że nie praktykują już porodów pośladkowych drogami natury. W rezultacie, zgodziłam się na planowe cięcie. Córeczka urodziła się w 39 i 4 dniu ciąży, zdrowa i szczęśliwa – idealna. Na szczęście wszystko poszło dobrze.  Jednak wciąż żałuję, że bardziej nie starałam się o poród naturalny, bo wiem, że mogłam urodzić. Zdecydowałam, że na pewno będę rodzić naturalnie po cięciu w 4 ciąży.

10 miesięcy po urodzeniu Mili, dowiedziałam się, że znów jestem w ciąży. Termin porodu miałam na koniec lipca 2012.

Moja 4 ciąża przebiegała bezproblemowo. Nie miałam porannych mdłości ani żadnych innych przypadłości. Chcieliśmy poznać płeć dziecka – w 20 tygodniu okazało się, że to dziewczynka.  Przeprowadziliśmy się z Canberry do Nowej Południowej Walii (tak więc z miasta na wieś) niedługo przed tym, jak dowiedzieliśmy się o ciąży. Tym razem miałam więc rodzić w innym szpitalu.

W 24 tygodniu i 5 dniu ciąży zgłosiłam się do szpitala z bólami brzucha. Zdecydowano, że trzeba usnąć mi wyrostek, który pękł. To było kilka pełnych obaw dni, gdyż istniało zagrożenie przedwczesnego porodu. Przed operacją, nalegałam, aby dali mi leki steroidowe na rozwój płuc dziecka, żeby zrobić wszystko co, możliwe by ją uratować, gdyby poród nastąpił. Na szczęście operacja przebiegła bez komplikacji i szybko doszłam do siebie. Malutka pozostała w brzuszku i nie dało się zauważyć żadnych negatywnych skutków mojego zabiegu na nią. Reszta ciąży przebiegała bez problemów, a ja patrzyłam na swój rosnący brzuszek i byłam coraz bardziej podekscytowana perspektywą narodzin mojego dziecka.

W 37 tygodniu poszłam na USG mające sprawdzić ułożeniu dziecka, mimo, że kilka dni wcześniej na wizycie u lekarza była ułożona główką w dół. Co zaskakujące, przekręciła się do ułożenia pośladkowego. Nie mogłam w to uwierzyć! Myślałam jednak, że skoro kilka dni wcześniej była w ułożeniu główkowym, jeszcze się odwróci. Próbowałam zrobić kilka ćwiczeń mających dziecku pomóc się obrócić – bez specjalnego zapału, gdyż ćwiczenia te nie dały żadnego rezultatu w ciąży z Milą.

Kiedy zaszłam w ciążę, zaczęłam czytać dużo informacji i historii na temat porodów pośladkowych. Wiedziałam, że jeśli tym razem dzidziuś ułoży się znów pupą w dół, będę bardziej naciskać na poród naturalny.  Nigdy jednak nie sądziłam, że ta wiedza mi się przyda.

Spotkałam się z moim lekarzem kilka dni później i powiedziałam, że w żadnym wypadku nie zgodzę się na [planową] cesarkę. Nalegałam na poród naturalny, uważając, że cięcie jest w tym przypadku nieuzasadnione. Lekarz okazał się wspierający. Zgodził się, że z podejmowaniem decyzji poczekamy, aż rozpocznie się poród (byłam zaskoczona jego reakcją, gdyż przygotowywałam się na walkę).  Jakkolwiek, on uważał, że i tak skończę na stole operacyjnym. Kilka miesięcy wcześniej ten sam lekarz pytał mnie dlaczego miałam cesarkę z trzecim dzieckiem. Był zdziwiony, że nie pozwolono mi spróbować urodzić naturalnie, szczególnie, że miałam już za sobą dwa porody drogami natury, a moje dzieci były niezbyt duże. Obecna sytuacja była jednak o tyle inna, że byłam po cięciu cesarskim. Stąd położnik był dość ostrożny.

Podczas kolejnych kilku wizyt malutka wciąż była w ułożeniu pośladkowym. Powoli godziłam się z myślą, że się nie obróci.

W 39 tygodniu ciąży poszłam na wizytę do innego położnika (chodziłam w sumie do 2 położników, więc kiedy nadszedł czas porodu, wiedziałam, że będę znała lekarza, który będzie na dyżurze). Lekarka zbadała mnie wewnętrznie. Miałam 2 cm rozwarcia, szyjka była miękka i przygotowana do porodu. Pani doktor powiedziała, że najprawdopodobniej urodzę w tym tygodniu. Wiedziała jaki jest mój stosunek do powtórnego cięcia i że prawdopodobnie się na nie nie zgodzę. I jakkolwiek lekarze bardzo nie chcieli naturalnego porodu pośladkowego, nie mogli odmówić sprawowania opieki nade mną. Czułam się podle stawiając tę panią doktor i drugiego położnika w takiej niekomfortowej sytuacji, jednak alternatywą było pozbawienie siebie możliwości urodzenia, w taki sposób, w jakich chciałam urodzić. A to przecież moje ciało i moje dziecko. Był czwartek, 26 lipiec.

Przez poprzedni tydzień odchodził mi w niewielkich ilościach czop śluzowy. Rankiem w sobotę, 28 lipca (w 39 +6 tygodniu) odeszła mi pozostała część czopa. W mijającym tygodniu miałam także powtarzające się, trochę bolesne (może nie jakoś bardzo, ale zauważalne) skurcze przepowiadające. To zdarzało się głównie, kiedy karmiłam piersią Milę (18 miesięcy). Teraz skurcze też się pojawiały, nawet trochę częściej i bardziej bolesne, lecz wciąż nieregularne. Nie zwracałam na nie uwagi.

Położyłam się spać pół godziny po północy. Zrobiło mi się ciepło i przyjemnie w łóżku. Wtedy złapał mnie kaszel.  Jak tylko zakaszlałam, odeszły mi wody. Zupełnie się tego nie spodziewałam! Przez następne 20 minut usiłowałam dodzwonić się do naszego szpitala. Kiedy wreszcie mi się to udało, położna (Susan) poinformowała mnie, że ponieważ jest weekend a dziecko jest w ułożeniu pośladkowym, musimy jechać do szpitala Orange Base. Nasz lokalny szpital nie dysponował w tamtym momencie zespołem operacyjnym, a chcieli mieć takie wsparcie na wypadek, gdy wystąpiły jakieś komplikacje. Szpital Orange Base był oddalony od nas o ponad godzinę drogi i nie za bardzo uśmiechało nam się tyle jechać, ale nie mieliśmy wyboru.

Kiedy odłożyłam słuchawkę (przed godziną 1 w nocy), zaczęłam odczuwać bolesne skurcze. Były co 5 minut i trwały ponad minutę. To dało mi nadzieję, że ten poród może się udać, gdyż przy moje poprzednie porody zawsze musiały być wywoływane.

Około 1.20 przyjechała moja mama. Zauważyła, że mam skurcze. Zasugerowała, żebyśmy zadzwonili po karetkę i pojechali nią do szpitala, gdyż  Lach (mój mąż) nie czuł się zbyt dobrze (przez ostatni tydzień miał potworną grypę), a moje poprzednie porody drogami natury były szybkie, więc lepiej nie ryzykować rodzenia w samochodzie. Tak więc mama zadzwoniła po ambulans. Ja klęczałam na łóżku na czworakach. Martwiłam się możliwością wypadnięcia pępowiny, bo nie wiedziałam czy dzidzia wstawiła się już pupą w miednicę. Miałam ogromną ochotę wstać i iść pod prysznic, ale nie chciałam ryzykować stawiania się do pionu, co mogłoby skutkować wypadnięciem pępowiny.

Karetka przyjechała około 1.40.  Sanitariusz powiedział, że najpierw musimy pojechać do lokalnego szpitala. Czułam się z tym niezręcznie, bo przecież poinformowano mnie, że mam jechać prosto do Orange Base, ale sanitariusz twierdził, że taki jest regulamin. Po drodze miała jeden albo dwa skurcze, i wcale nie uśmiechało mi się jechać w ten sposób aż do Orange Base. Jeszcze w karetce założono mi wenflon, na wypadek, gdybym potrzebowała płynów dożylnych, itd.

O 2 w nocy, jadąc szpitalnym korytarzem na porodówkę, miałam kolejny skurcz (leżałam an plecach, AU!). Przyszła moja położna Susan. Musiałam poczekać na dyżurnego lekarza. Kiedy pani doktor przyszła i mnie zbadała, okazało się, że mam rozwarcie na 8 cm! Nie mogłam w to uwierzyć! Właśnie takiego porodu chciałam odkąd dowiedziałam się, że dzidzia jest w ułożeniu pośladkowym, gdyż obaj położnicy, do których chodziłam powiedzieli, że jeśli przyjadę do szpitala z 7-8 cm rozwarciem, nie będą mieli nic przeciwko naturalnemu porodowi pośladkowemu. Tak więc, po badaniu wewnętrznym moja pani doktor powiedziała, że nigdzie nie jadę (JUPI!).

Lekarka i położna wytłumaczyły mi jak będzie wyglądał ten poród. Rozmawiałam wcześniej z panią doktor na ten temat, więc co nieco wiedziałam. Powiedziano mi, że kiedy będę już miała pełne rozwarcie i skurcze parte, będę musiała położyć się na łóżku, na plecach, z pupą na samym końcu łóżka. Personel przyjmie postawę „ręce z daleka”, co znaczyło, że nikt nie będzie dotykał mojego rodzącego się dziecka, aby nie odgięło ono główki będąc jeszcze w moim ciele (mogłoby to spowodować, że dziecko utknęłoby).  Susan (położna) powiedziała, że będzie jej bardzo trudno oprzeć się pokusie dotknięcia dziecka, gdyż jest przyzwyczajona to robić, przyjmując porody w ułożeniu główkowym.

Było prawie wpół do trzeciej, kiedy było już pewne, że zostaję w tym szpitalu. Poszłam pod prysznic (jak dobrze było wstać i nie leżeć na plecach!). Byłam pod prysznice 10 minut. Potem poprosiłam o gaz (używałam tej metody łagodzenia bólu przy poprzednich porodach i pomagała ona mi się odpowiednio skupić).

Niedługo zaczęłam odczuwać potrzebę parcia. Powiedziałam o tym Susan. Musiałam wyjść spod prysznica i położyć się na łóżku. Nie miałam ochoty, ale… Weszłam na łóżko i przyjęłam pozycję na czworakach. Lekarka mnie zbadała. Rozwarcie było prawie pełne. Pozostał tylko rąbek szyjki macicy, który zagradzał drogę dziecku. Pozostałam w takiej pozycji, wdychając gaz i walcząc z potrzebą parcia. Była godzina 2.45.

W końcu, około 3 miałam pełne rozwarcie. Mogłam zacząć przeć. Przekręciłam się na plecy, na pół siedząco i zaczęłam wypierać dziecko.

Po kilku minutach parcia, poczułam, że malutka obniża się. Wyszła jej pupa (zrobiła siku i kupę zaraz przed tym, jak tyłeczek się urodził). Potem wyskoczyły jej stópki. Następnie urodziła się główka i podano mi ją. Moja córeczka urodziła się o 3.13 rano (ciut ponad godzinę po przyjeździe do szpitala, po 2 godzinach porodu).

Susan chciała przeciąć pępowinę, ale przypomniałam jej, że chcę by to zrobiono dopiero, gdy przestanie tętnić, ponieważ wiedziałam, że to bardzo korzystne, by dziecko otrzymało krew łożyskową. Po chwili lekarka powiedziała, żeby przeciąć pępowinę, bo miała wątpliwości co do kondycji malutkiej. Na szczęście wszystko było ok (wiedziałam to, gdyż dzidzia była ożywiona i próbowała płakać). Lach przeciął pępowinę i córeczka została na chwilę zabrana do kącika cieplnego, gdzie udrożniono jej drogi oddechowe. Wkrótce wróciła do mnie i przyssała się do piersi.

Zachwycałam się moją malutką córeczką. Po chwili urodziłam łożysko, zbadano mnie i założono kilka szwów. Mała ważyła 3110 g i mierzyła 48 cm. Wzięłam prysznic i wszyscy troje poszliśmy do sali poporodowej trochę się przespać. Susan pozwoliła Lachowi zostać ze mną, gdyż na oddziale było bardzo spokojnie (zaleta małego szpitala).  Drzemałam i budziłam się przez kolejne kilka godzin. Potem zjadłam śniadanie i czekałam na lekarza, aby dostać wypis. O 11.30 przed południem zostałyśmy wypisane i udaliśmy się do domu przedstawić nową siostrzyczkę starszemu rodzeństwu.”

Filmik dostępny jest również z napisami w języku polskim na: http://www.amara.org/pl/videos/XlM3Qb7naipN/info/natural-breech-vbac-birth-of-remi-graphic/

Dziękuję serwisowi BirthWithouFear za zgodę na tłumaczenie i udostępnianie historii.

http://birthwithoutfearblog.com/2013/02/26/amazing-breech-vbac-fast-hospital-birth-with-pictures/

Makrosomia i niewspółmierność główkowo-miednicowa

Czytając badania porównujące bezpieczeństwo porodu drogami po cięciu cesarskim i powtórnego planowego cięcia cesarskiego (zobacz poprzedni wpis) zwróciłam szczególną uwagę na kwestie wskazań do kolejnego cięcia (a tym samym dyskwalifikację do porodu drogami natury po cc). Przytaczane badania zdawały się potwierdzać, to co z łatwością można zaobserwować w historiach porodowych wielu kobiet – niezwykle częste diagnozowanie makrosomii i niewspółmierności  matczyno-płodowej, skutkującej rozwiązaniem ciąży przez cięcie cesarskie.   Czy naprawdę tak wiele współczesnych kobiet ma zbyt duże dzieci lub zbyt małe miednice, aby móc rodzić, tak jak rodziły ich prababki? Poniżej przedstawiam fragmenty kilku opracowań, dotyczące problemu makrosomii i niewspółmierności porodowej.

Autorzy omawianego w poprzednim poście polskiego opracowania zatytułowanego „Poród po cięciu cesarskim – kiedy należy się obawiać?” piszą o makrosomii w następujący sposób: „błędne rozpoznanie makrosomii prowadzi do wzrostu odsetka cięć cesarskich. Decyzja dotycząca drogi porodu podejmowana jest na podstawie szacowanej masy płodu za pomocą badania klinicznego i ultrasonograficznego. Wśród obrazowych metod diagnostycznych największe znaczenie dla oceny masy płodu przypisywane jest badaniu ultrasonograficznemu. Żadna z wyżej wymienionych metod nie charakteryzuje się większą dokładnością w porównaniu z innymi i wszystkie są obarczone 8-10% błędu. Alsulyman i wsp. donoszą, iż błąd pomiaru szacowanej masy płodu w USG według wzoru Hadlocka wynosi 13% przy EFW większym niż 4000 g oraz 8% w przypadku płodów bez makrosomii. W pracy z 2006 roku stwierdziliśmy, że u pacjentek po przebytym cięciu cesarskim istnieje tendencja do zawyżania szacowanej masy płodu, co powoduje łatwiejsze podejmowanie decyzji o wykonaniu ponownego cięcia cesarskiego.”

Po drugie, istnieją badania (i przykłady z życia wzięte), że tzw. duże dzieci też można bezpiecznie urodzić po wcześniejszym cc.  Znów zacytuję treść pracy „Poród po cięciu cesarskim – kiedy należy się obawiać?”: „Zelop i wsp. dokonując oceny przebiegu porodu siłami natury dzieci  z urodzeniową masą ciała przewyższającą 4000 g u 365 kobiet, które przebyły uprzednio cięcie cesarskie, zanotowali sukces u 60% z nich, bez zwiększenia chorobowości matki i dziecka oraz bez wzrostu ryzyka pęknięcia macicy. Podobne wyniki przedstawili w swoich pracach Flamm i Goings (58% kobiet urodziło siłami natury) oraz Phelan i wsp. (67%).”

O problemie niewspółmierności ciekawie pisze słynna amerykańska położna Ina May Gaskin w książce „Poród naturalny” (s.187-188):

„Jedną z najbardziej bezsensownych diagnoz w położnictwie jest CPD (ang. cephalo-pelvic disproportion) – termin (…) mówiący o tym, że dziecko jest zbyt duże, żeby przejść przez matczyną miednicę. Wskaźnik CPD znacznie różni się w zależności od szpitala i kraju. Z moimi partnerkami z powodzeniem przyjęłyśmy wiele porodów drogą pochwową kobiet, u których wcześniej zdiagnozowano CPD. (zob. historię Diany, s.69)

W nielicznych, ekstremalnych przypadkach, zbyt duże dysproporcje w rozmiarach rzeczywiście uniemożliwiają naturalny poród drogą pochwową.  Tego typu problemy występowały dużo częściej w dziewiętnastym wieku, kiedy to wiele kobiet miało miednice zdeformowane z powodu krzywicy. (W krajach rozwiniętych niewiele kobiet cierpi na krzywicę)”

W przytaczanej przez Inę May historii kobiety o imieniu Diana, dwoje starszych dzieci urodzonych w drodze cięcia cesarskiego ważyło odpowiednio 4870g i 5240g, natomiast  trzecie dziecko, które przyszło na świat siłami natury ważyło 5050g, a obwód jego główki wynosił 38,1cm.

O niewspółmierności porodowej traktuje też dr Preeti Agrawal w książce „Odkrywam macierzyństwo”:

„Występują względne wskazania do cc, ale mają one dyskusyjny charakter. Oto one:
1. Niewspółmierność porodowa (…) Pojęcie to jest nieprecyzyjne, ponieważ dopasowanie główki dziecka i matczynej miednicy zależy w dużym stopniu od dokładnego położenia główki i od tego, jak przemieszcza się ona w czasie porodu. Do stwierdzenia niewspółmierności dochodzi najczęściej w warunkach szpitalnych, gdzie kobieta rodzi w pozycji leżącej.
2. Stan zagrożenia płodu. Jest to pojęcie nieokreślone. Zwykle ma związek z brakiem postępu porodu lub z niewspółmiernością porodową. Właściwie trudno jest rozróżnić brak postępu porodu, niewspółmierność porodową i zagrożenie płodu. Wszystkie te diagnozy związane są z niefizjologicznymi pozycjami porodowymi, do przyjęcia których kobiety są zmuszane w naszych warunkach szpitalnych.”

Poniżej zamieszczam również interesujący materiał video pochodzący z International Cesarean Awareness Network (ICAN) zatytułowany „Poddaj w wątpliwość niewspółmierność porodową” [źródło oryginału: http://www.youtube.com/watch?v=roFVkDV45MM]

Porównanie VBAC i planowego powtórnego CC

Znalazłam bardzo ciekawe polskie opracowanie dotyczące porodu pochwowego po cięciu cesarskim. Porównywano w nim ten rodzaj porodu i elektywne powtórne cięcie cesarskie. Poniżej przedstawiam krótkie streszczenie niektórych fragmentów powyższego opracowania. Całość: http://www.ptmp.pl/kliniczna/tom43-4/KPG_434-4.pdf

Kogo badano?

Analizą objęto 591 pacjentek po przebytym cięciu cesarskim, które urodziły w II Klinice Położnictwa i Ginekologii AM w Warszawie w okresie od 1. 01. 2005 do 1. 05.2007 oraz ich dzieci. Ponownie drogą cięcia cesarskiego urodziło 57,7%, a drogą pochwową 42,3% kobiet.

 Jest to, wskaźnik wciąż mniejszy niż podawane w opracowaniach zagranicznych wartości 80% czy nawet 90%, ale i tak wyższy niż podawane w wielu gabinetach położniczych szanse na VBAC w granicach 5 – 10%. Sami autorzy opracowania odnoszą się do tej kwestii w następujący sposób:

Odsetek pomyślnego ukończenia porodu siłami natury po przebytym cięciu cesarskim waha się od 50 do 85% według piśmiennictwa światowego . W naszym materiale 42,3% pacjentek po cięciu cesarskim urodziło drogami natury. Wskaźnik ten w naszym ośrodku jest nieco niższy ze względu na profil pacjentek,  które otaczamy opieką, przede wszystkim z powodu dużego odsetka ciąż powikłanych i wysokiego ryzyka. 12,5% cięć cesarskich było ponownie wykonanych ze względu na choroby matki będące przeciwwskazaniem do porodu fizjologicznego (wskazania okulistyczne, ortopedyczne i tym podobne).

Cel  analizy: próba odpowiedzi na pytanie, która droga porodu – siłami natury czy elektywne cięcie cesarskie jest bardziej bezpieczna dla pacjentek po przebytym cięciu cesarskim i ich dzieci.

Najczęstsze wskazania do cięcia cesarskiego

Najczęstsze wskazania do pierwszego cięcia:

  1. zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu
  2. brak postępu porodu w I i II okresie porodu
  3. niewspółmierność porodowa[1]

Najczęstsze wskazania do kolejnego cięcia:

  1. niewspółmierność porodowa (40,2%)
  2. zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu (17,8%)
  3. brak postępu w I i II okresie porodu (6,7%)

Wskazania do cięcia cesarskiego i ich powtarzalność

Wskazanie do cc przy pierwszym porodzie Procent kobiet, które rodziły ponownie przez cc Wskazania do ponownego cc
Brak postępu porodu 53,2%
  1. niewspółmierność porodowa

* Tylko 7,9% (11 na 139) pacjentek z tej grupy zakończyła ciążę poprzez cięcie cesarskie z

tego samego powodu (brak postępu porodu)

Zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu 54,6%
  1. niewspółmierność porodowa (37,4%)
  2. zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu (25,2%)
Niewspółmierność porodowa 54,7%
  1. niewspółmierność porodowa (61,1%)

Okołoporodowa utrata krwi

W opracowaniu czytamy: „Analizując okołoporodową utratę krwi stwierdzono, iż podczas kolejnego cięcia cesarskiego pacjentki tracą znamiennie więcej krwi w porównaniu do porodu siłami natury i porodu zabiegowego”.

Powikłania okołoporodowe

 „Wśród pacjentek, które rodziły drogami natury około połowa nie miała żadnych powikłań. Ponad dwie trzecie kobiet, które urodziły drogą cięcia cesarskiego nie miało komplikacji, jednakże powikłania, które wystąpiły były znacznie poważniejsze i częściej stanowiły zagrożenie dla życia pacjentki – w trzech przypadkach doszło do urazów innych narządów, w czterech przypadkach wystąpiły krwiaki powłok, a czterem pacjentkom usunięto macicę. Powyższych powikłań nie obserwowano podczas i po porodach drogą pochwową.”

„Krwotok z powodu atonii macicy wystąpił trzy razy częściej u pacjentek rozwiązanych cięciem cesarskim. Niedokrwistość poporodowa występowała z równą częstością u pacjentek po porodzie siłami natury i po cięciu cesarskim, ale u kobiet po porodzie zabiegowym drogą pochwową dwa razy częściej.”

„Rozejście macicy w bliźnie rozpoznano u 15 pacjentek, z czego pięć urodziło drogami natury i nie wymagało interwencji z tego powodu. Dziesięć kobiet z rozejściem blizny urodziło drogą cięcia cesarskiego, przy czym tylko u jednej z nich rozpoznano to podczas próby porodu drogami natury (inne miały wykonane cięcie z innych powodów) i wymagała ona usunięcia macicy.”

Inne kwestie poruszane w niniejszym opracowaniu dotyczą m.in.  stanu noworodków po cięciu cesarskim w zależności od przyczyn i czasu jego wykonania. Przeczytaj całość na http://www.ptmp.pl/kliniczna/tom43-4/KPG_434-4.pdf


[1] Niewspółmierność porodowa, czyli inaczej miednicowo-główkowa, polega na tym, że miednica ciężarnej kobiety jest zbyt mała w stosunku do główki dziecka, co uniemożliwia poród drogami naturalnymi. Jest to bezwzględne wskazanie do cesarskiego cięcia. Przyczyną niewspółmierności porodowej może być mała macica, duże rozmiary płodu lub współwystępowanie obu tych czynników. Niekiedy przyczyną problemu są choroby i dolegliwości, które zniekształcają kości miednicy, jak na przykład krzywica czy złamania.

Argumenty za porodem drogami natury po cc

Henci Goer i  Amy Romano opublikowały niedawno ich długo wyczekiwaną książkę Optimal Care in Childbirth: The Case for a Physiologic Approach. Ich badania, oparte na najlepszych dostępnych dowodach, przedstawiają argumenty za porodem drogami natury po cięciu cesarskim.

Największą wartością ich książki jest to, iż autorki wybrały wysokiej jakości opracowania porównujące ryzyko związane z powtórnym cięciem cesarskim z wyboru (nie uzasadnionym żadną inną medyczną koniecznością niż stan po cięciu) a porodem drogami natury po cc (VBAC). optimalbook1-225x300

Kto jest odpowiednim kandydatem do porodu drogami natury po uprzednim cięciu cesarskim?

Ponad 95% kobiet , które w przeszłości miały cięcie cesarskie, może urodzić drogami natury bez jakichkolwiek problemów z blizną na macicy. Ta grupa obejmuje:

  • Kobiety po więcej niż jednym cięciu cesarskim;
  • Kobiety z jednowarstwowym szwem ciągłym na macicy;
  • Kobiety z blizną poprzeczną w dole brzucha;
  • Kobiety, których poprzednia ciąża została rozwiązana cięciem przed terminem;
  • Kobiety, u których jest krótka przerwa między porodem operacyjnym a kolejnym porodem (< 18 miesięcy od poprzedniego porodu cc);
  • Kobiety zostające matkami w późniejszym wieku;
  • Kobiety , u których przewiduje się dzieci o cechach makrosomicznych (< 4000 g);
  • Kobiety, których ciąża jest „po terminie”.

Jaka jest szansa, że kobieta, która chce rodzić po cesarce, osiągnie swój cel?

Przeciętnie porody VBAC kończą się sukcesem w 74% [ realia USA], ale duże znaczenie ma opieka, jaką otrzymuje kobieta podczas porodu.  W systemie standardowej opieki szpitalnej odsetek porodów VBAC  zakończonych sukcesem u kobiet, które nie rodziły wcześniej drogami natury, wynosi od 61% do 72%. Jeśli zaś kobieta otoczona jest opieką wspierającą fizjologiczny proces porodu, 81% kobiet podejmujących „próbę porodu”, rodzi drogami natury.

Większość kobiet po uprzednio przebytym cięciu cesarskim może urodzić drogami natury, łącznie z kobietami, które:

  • miały więcej niż jedną cesarkę;
  • miały wcześniejszą cesarkę z któregoś z poniższych powodów:

– dystocja (brak postępu porodu)

– makrosomia (dziecko ważące ponad 4000g)

– macierzyństwo w późniejszym wieku

–  wysoki indeks BMI

– ciąża przeterminowana.

Jest bardziej prawdopodobne, że kobieta urodzi drogami natury po cc, jeśli:

  • rodziła już drogami natury (przed albo po cesarce);
  • poród rozpocznie się spontanicznie; jedną z przyczyn dla których kobiety otyłe, noszące duże dzieci i będące po terminie częściej rodzą przez powtórne cięcie cesarskie jest to, iż u nich częściej wywołuje się poród; [ w tym miejscu warto dodać, iż w Polsce raczej nie praktykuje się sztucznego wywoływania porodu (np. przez podanie oksytocyny) u kobiet po cięciu cesarskim]
  • otoczona jest opieką wspierającą fizjologiczny przebieg porodu z minimalną ilością interwencji medycznych.

Przy zapewnieniu odpowiedniej opieki, ryzyko pęknięcia blizny na macicy może wynosić zaledwie 0,5% czyli 1 na 200 kobiet podejmujących „próbę porodu”.

Prawdopodobieństwo symptomatycznego rozejścia się blizny podczas porodu jest niezależne od typu opieki zapewnianej kobietom zarówno podczas operacji cesarskiego cięcia jak i podczas porodu po cc. Aby zmniejszyć ryzyko pęknięcia blizny na macicy:

  • Lekarze wykonujący cięcie cesarskie powinni stosować dwu- a nie jednowarstwowe szycie macicy;
  • Powinno unikać się syntetycznego wywoływania i wspomagania porodu; [wg mojej wiedzy, ten punkt jest dość restrykcyjnie przestrzegany w Polsce]
  • Lek Misoprostol nie powinien być stosowany;
  • Nie powinno podawać się oksytocyny kobietom, których szyjka macicy nie jest dojrzała;
  • Kobiety, który podaje się preparaty przyspieszające dojrzewanie szyjki macicy przed indukcją porodu, powinny mieć przynajmniej 40 godzin, aby proces ten mógł mieć miejsce;
  • Poród nie powinien sztucznie wspomagany do czasu, aż główka dziecka wstawi się w miednicę i rozwarcie wynosi przynajmniej 3 cm;
  • Powinno minąć co najmniej 12 godzin pomiędzy poszczególnymi dawkami prostaglandyny E2 podawanej w celu przyspieszenia dojrzewania szyjki macicy i wywołania porodu;
  • Kobietom po więcej niż jednym cesarskim cięciu nie powinno się w ogóle podawać prostaglandyny E2;
  • Należy odczekać co najmniej 40 minut przed zwiększeniem dawki oksytocyny.

Nie ma dowodów, że poniższe praktyki przynoszą jakiekolwiek korzyści, mogą natomiast być szkodliwe.

  • Wczesne przyjęcie na oddział porodowy;
  • Rutynowe dożylne podawanie płynów;
  • Stosowanie wewnątrzmacicznego cewnika mierzącego ciśnienie wewnątrz macicy;
  • Zakaz jedzenia i picia na oddziale porodowym;
  • Ustalanie limitu czasu, w którym kobieta powinna osiągnąć pełne rozwarcie i urodzić dziecko;
  • Manualne badanie w macicy w celu upewnienia się czy blizna po cesarce nie rozeszła się.

Jednakże, elektroniczne monitorowanie płodu za pomocą KTG jest wiarygodnym indykatorem pęknięcia blizny pooperacyjnej na macicy. W ponad 90% przypadków pęknięcie blizny jest wykrywane na podstawie wykraczającego poza normę zapisu KTG (bradykardia).

Jakie są korzyści z naturalnego porodu po cc?

Uniknięcie zagrożeń związanych z kolejnymi porodami operacyjnymi.

Kolejne cięcia cesarskie zwiększają prawdopodobieństwo:

  • wystąpienia łożyska przodującego, łożyska wrośniętego i kombinacji obu tych komplikacji;
  • obfitego krwawienia;
  • histerektomii (usunięcia macicy);
  • leczenia matki  na oddziale intensywnej terapii;
  • problemów matki z oddychaniem;
  • tromboembolizmu (zakrzepicy);
  • niedrożności jelit;
  • urazów chirurgicznych;
  • zrostów.

Z kolei, urodzenie dziecka drogami natury po cięciu cesarskim zmniejsza ryzyko pęknięcia macicy podczas kolejnych takich porodów.

Zagrożenia dla dziecka, jakie niosą ze sobą kolejne cięcia cesarskie:

  • poród przedwczesny i inne komplikacje;
  • trudności z oddychaniem;
  • konieczność leczenia na oddziale intensywnej terapii noworodka.

Ryzyko związane z ponownym cięciem cesarskim a ryzyko związane z naturalnym porodem po cc:

Ponowne cięcie cesarskie nieznaczenie zwiększa( o 0,021%) ryzyko śmierci matki.

Ryzyko śmierci dziecka w okresie okołoporodowym (t.j. podczas lub do kilku dni po porodzie) jest o 0,04% większe w przypadku VBAC niż w przypadku planowanej powtórnej cesarki. Jednakże, badania dotyczące śmierci dziecka w okresie noworodkowym (t.j. w ciągu pierwszych czterech tygodni po porodzie) są niespójne. Jedno badanie wykazało 11 zgonów noworodków na 10 000 porodów drogami natury po cc, w porównaniu do 5 zgonów noworodków na 10 000 poród przez planowane powtórne cięcie cesarskie. Jednakże, dwa inne badania wykazały identyczne lub prawie identyczne wskaźniki śmiertelności noworodków (0,07 – 0,08 %) zarówno  przypadku planowanego powtórnego cięcia cesarskiego jak i w przypadku porodu drogami natury po cc.

Goer i Romano są optymistami w kwestii naturalnego porodu po cięciu cesarskim. Twierdzą, iż kobiety mają ogromne szanse na VBAC, jeśli otoczy się je odpowiednią opieką.

„… kobieta rodząca w środowisku o niskim poziomie stresu, otoczona przez opiekunów [lekarzy/ położne(przyp. tłum.)], którzy nie są spięci i ufają jej zdolności do urodzenia dziecka, którzy podejmują decyzje wspólnie z nią[a nie za nią (przyp.tłum.)] i którzy pomagają jej poradzić sobie z jej lękami i niepokojami, ma większe szanse na dobrze postępujący poród zakończony wydaniem na świat dziecka drogami natury niż kobieta, która czuje konieczność przybierania postawy obronnej i która jest niepewna i przestraszona.”

Autorki cytowanej książki uważają również, że poród po cięciu cesarskim nie powinien być zarezerwowany wyłącznie dla „optymalnych przypadków” [tylko jedno wcześniejsze cięcie, odpowiednia przerwa miedzy porodami, dziecko o wadze nie większej niż 4000g, itd.].

„… połowa kobiet, u których występują czynniki niesprzyjające porodowi po cesarce, i tak rodzi drogami natury. Uważamy, że próby przewidzenia porodów drogami natury po cięciu cesarskim skazane są na niepowodzenie, ponieważ zakładają, że problem leży po stronie kobiet, a nie po stronie ich opiekunów [lekarzy/położnych]. Jednak bez względu na warunki (ze strony kobiety i płodu), większość kobiet urodzi drogą pochwową, jeśli ich opiekunowie będą wierzyć w ich możliwości i odpowiednio je traktować. Uważamy, że powinno się zaprzestać ograniczania porodów po cięciu cesarskim do wyłącznie optymalnych przypadków, na rzecz przekazywania kobietom precyzyjnych informacji na temat prawdopodobieństwa porodu drogami natury w każdym indywidualnym przypadku. Kobiety, które chcą urodzić drogami natury po cięciu, powinny być do tego zachęcane, z rzadkimi wyjątkami, do których zaliczają się kobiety, które doświadczyły problemów z blizną na macicy podczas poprzedniego porodu.”

Informacje zawarte w powyższym artykule są kompilacją treści pochodzących ze strony http://www.vbac.com/2012/12/the-latest-best-evidence-on-the-safety-of-vbac/ oraz rozdziału 6 książki Optimal Care in Childbirth: The Case for a Physiologic Approach.