Tag Archive | położna

Bałam się bardzo, ale też dokładnie wiedziałam, czego chcę – VBA2C (Białystok)

Historia 3 porodów. Historia dojrzewania kobiety. Historia ze św. Geradem Majelli. Historia VBA2C. Historia Agnieszki:

Chciałabym opowiedzieć swoją historię. Chyba zanosi się na długą opowieść, więc proszę o wyrozumiałość .

Pierwszego syna rodziłam w 2006 roku. Zima, mróz, młoda pełna nadziei jadę na porodówkę wzorowo przygotowana, z mężem, oboje po szkole rodzenia, wdech-wydech opanowany do perfekcji W domu odeszły mi zielone wody, w szpitalu ciągłe powtarzanie, że to nic takiego, że czekamy na akcje porodową. Rozwarcia nie miałam praktycznie żadnego, 1 cm przez cały czas Byłam podekscytowana, miałam lekka trzęsawkę, wiadomo-hormony ale dzielnie walczyłam. Oksytocyna nie zmieniła nic oprócz zwiększenia nasilenia skurczy. Po 12 godzinach podano mi na deser Relanium, wciąż zastanawiam się, po co, bo rozwarcia i tak nie było, a ja się i tak nie uspokoiłam. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dostałam krwotoku, szybka decyzja o cięciu w znieczuleniu ogólnym, strach, smutek, nieświadomość niczego, nicość. Karolek urodził się w niedotlenieniu, z zachłystowym zapaleniem pluc, był taki biedniutki, w inkubatorze, a ja sama w sali, z jego zdjęciem na szafce. Dobrze, że mąż mógł synka zobaczyć i przytulić. Później dowiedziałam się, że odkleiło mi się łożysko. Mogę się naprawdę cieszyć i bez wahania stwierdzić, że to cud, że mam zdrowe dziecko. Tak sobie myślę, że ten wdech-wydech sporo mi też pomógł .

Drugi poród to już sobie sama zaplanowałam. W 2010 roku córcia miała urodzić się przez zaplanowane cc. Wybrała sobie jednak termin porodu sama, 3 dni przed planowanym cięciem. W domu odeszły mi krwiste wody, co znów nie zaniepokoiło lekarza. Tak sobie zaczęto mnie znów obserwować, rozwarcia nie było, za to mój niepokój narastał. Mojego lekarza nie było na dyżurze, ale umówiliśmy się, ze mogę do niego dzwonić. No więc zadzwoniłam o 4 nad ranem, a co No i po chwili miałam ciecie, w znieczuleniu zewnatrzoponowym. Urodziła się zdrowa Weronisia, która mogłam pocałować, zobaczyć Chociaż i tak to było jakieś takie dziwne wszystko, bo patrzyłam sobie w odbicie na lampie nade mną i widziałam, ze coś mi tam tna, kolor krwi widziałam… Aha, łożysko zdążyło po 5 godzinach od odejścia wód odkleic się na 1/4 powierzchni. Ciekawe, jak długo jeszcze zamierzano czekać z rozwiązaniem ciąży!?

Po 4 latach – w 2014 roku, ja – doświadczona mama, która przeżyła 2 wersje cc, postanowiła spróbować swoich sił i urodzić naturalnie Po prostu dojrzałam chyba tez do przeżywania bólu (o ile da się do tego dojrzeć), poza tym nie wyobrażałam sobie kolejny raz przechodzenia operacji, bo tak nazywam cc – operacja z przecinaniem każdej z powłok. No tak się zablokowalam na cc, ze hoho Lekarz, który prowadził moja druga ciążę, chociaż wspaniały, powiedział, że nie pozwoli mi urodzić naturalnie. Znalazłam więc panią doktor, która była przychylna mojemu pomysłowi. Powiedziała, żebym przede wszystkim znalazła przychylne mi miejsce porodu (Szpital Uniwersytecki w Białymstoku [przyp.red.]), powiedziała, który lekarz może się zgodzić na takie „szaleństwo” i że tak naprawdę wszystko będzie zależało od postępu porodu. Bałam się bardzo, ale też dokładnie wiedziałam, czego chcę i tak jakoś intuicyjnie czułam, miałam nadzieję, że się uda. Wiedziałam, że jeśli będę czuła, że jest coś nie tak, to przecież nie będę ryzykować i wtedy dam się pociąć.

keep-calm-and-vba2c-on

Gdy już nadszedł dzień porodu, wyruszyliśmy z mężem w bojowych nastrojach Rozwarcie było 1 cm, szyjka twarda . Na izbie stażystka zrobiła wielkie oczy na moje słowa, że chcę spróbować urodzić naturalnie. Potem na sali porodowej drugi młody lekarz szeptał coś sobie z tą pierwszą młodą lekarką, a ja wiedziałam, że sa przeciwni mojemu vbac, bo ich tak nauczono, że po 2 cc to już nie można. Najważniejsze było to, że ordynator się zgodził, przyszedł i powiedział, ze popiera moja decyzję i wspiera mnie. Lekarz dyżurna (okazała się daleka znajoma na dodatek) dala mi karteczkę do podpisu z oświadczeniem, że chcę rodzić naturalnie. Przez cały czas mówiła, że to największa głupota, jaka w życiu popełniam. Ona jest po dwóch cc, po co mi takie ryzyko, widziała kobiety z rozprutymi macicami po próbie vbac. Same czarne wizje. Moim światełkiem w tunelu okazała się cudowna położna Nie dostałam oksytocyny ani nic innego, a rozwarcie po prostu się zwiększało Bolało coraz bardziej, ale synek się pięknie wstawiał główką, (co wcześniej nie miało miejsca z poprzednimi dziećmi), więc jakoś to znosiłam. Potem anestezjolog powiedział, ze nie może dać mi znieczulenia, bo byłoby to ryzykowne, ponieważ nie czułabym rozchodzenia się szwu po cc. No i tu spanikowalam. Bałam się, że nie dam rady. Było już ok. 7cm i spytałam o cc Lekarz, ta znajoma, powiedziała, że chciałam spróbować, to mam próbować naturalnie. A anestezjolog i inny lekarz jeszcze powiedzieli, że mają teraz inne ciecie 😛 Kubeł zimnej wody, chciałaś babo, to masz A gdy się sala zwolniła, to miałam już 9 cm rozwarcia Pani położna to tak sobie spokojnie czekała, obserwowała, jak mówiłam, że nie daje rady chyba, to mówiła, że sobie świetnie daje radę! Mąż biedny słyszał: „wytrzyj mi czoło!”, a po chwili: „nie wycieraj!” A potem nagle poczułam, ze to już i tylko poruszenie i głos położnej, ze „stajemy do porodu” i po chwili urodził się Antoś, facet o wadze 4160g Radość, łzy, euforia Pewnie, że bolało (potem wypełniałam ankietę jakiejś studentki i wpisałam w rubryce o natężeniu bólu, że w skali 1-10, ból był na 8). Ale po prostu tego przeżycia nie da się porównać z żadnym na świecie.

Dowiedziałam się dużo o sobie, o tym, że poród znajdował się w mojej głowie, że moje podejście do niego to część sukcesu. Inna część to współpraca Antosia:) A jeszcze inna to rzeczy jakieś poza mną, które się zadzialy. Dla mnie to był cud. Modliłam się do św. Gerarda Majelli, patrona porodów i matek, będąc w ciąży. Ktoś mi podsunął tylko to imię świętego, nawet nie wiedziałam bliżej, co to za święty.

Urodziłam 16 października, w tym dniu w kalendarzu jest wspomnienie św. Gerarda Majelli.

Kończę i dziękuje za wytrwałość Wiem, że najważniejsze, to bezpieczeństwo dziecka w czasie porodu i mamy tez, więc nie ma jednej recepty na poród, ale warto próbować i na pewno nie dać się wkręcić lekarzom na wstępie, że to bez sensu – rodzic naturalnie. I też ważne jest, jakie osoby się nami zajmują, przychylna położna jest na wagę złota Pozdrawiam Was i życzę pięknych porodów
Agnieszka

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo 🙂. Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Historia z Trzema Archaniołami w tle (Warszawa)

Znów historia cc z braku postępu porodu. I znów UDANY VBAC!!! Wbrew wróżeniu lekarza, ale za to ze wspaniałym wsparciem bliskich:) Oto opowieść Dobromiły:

31.05.2015 miałam cc z powodu braku postępu porodu… Sączące wody, oxy 24h. Młoda zdrowa 3240g, ale ja dochodziłam do siebie 2mce… Nie rozumiałam jak można chcieć cc z własnego wyboru. Bardzo żałowałam, że nie udało się urodzić SN… Gdy po 7mcach znów zaszłam w ciążę byłam załamana, że znów czeka mnie CC… Ale dowiedziałam się, że jest coś takiego jak VBAC a potem trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia . Gdyby nie to pewnie bym miała CC na zimno przed terminem jak sugerował ginekolog…

Ale do rzeczy Termin miałam na 22.09. W 35tc byłam na USG i pani doktor stwierdziła, że dzidzia już tak nisko ma główkę, że na pewno urodzę wcześniej. Wtedy ważyła ok 2860g czyli nie tak mało. Pani doktor kazała się oszczędzać, ale jak to zrobić mając 15miesięczną niechodzącą córeczkę w domu, więc się raczej nie oszczędzałam 😛 W piątek 23.09. pojechaliśmy na ktg na Żelazną gdzie mnie zbadał pan doktor wzdłuż i w szerz i stwierdził że młoda duża waży ok 4060g i że nie wróży mi porodu sn…

Poryczałam się i załamałam… Pojechałam do rodziców, a rodzice bardzo proVBACowi, bo doskonale wiedzieli co to jest CC, a mama po CC urodziła i mnie, i młodszą siostrę naturalnie Zaczęli mnie pocieszać, wspierać i mówić, że dam radę. Pocieszona i z nową nadzieją postanowiłam poczekać w domu na akcje, mimo, że lekarz sugerował hospitalizacje (na Żelaznej nie było miejsc więc gdzieś indziej).

Powoli zaczęłam się martwić bo 26.09… 27.09.. i nic… Mama poleciła mi ten nieszczęsny olejek rycynowy… Jednak i aptekarka, i znajomi, i ta grupa troszkę podcięła moje chęci do spożycia „koktajlu”. W końcu w środę rano poczułam taki inny ból właśnie jak na miesiączkę w dole brzucha i takie w dole pleców… Zaczęłam się ekscytować czy to już, ale nie ściągałam męża z pracy, bo skurcze były rzadkie . Udało mi się nawet zdrzemnąć w ciągu dnia . Wieczorem o g.19 jak mąż wrócił z pracy włączyliśmy aplikacje „Pora na bobasa”, żeby policzyć skurcze, bo były już naprawdę częste (choć słabe). Okazało się, że co 2 min po 20 sekund . Napisałam do na grupę, potem załatwiłam opiekę dla córeczki, wykąpaliśmy młodą i mnie, dopakowaliśmy torbę i o g.23 wyruszyliśmy z Otwocka do Warszawy . W drodze zadzwoniłam do mojej mamy i moja siostra stwierdziła, że chyba mi skurcze odpuściły bo były co 5 minut. Mama powiedziała żebyśmy w takim razie zajechali do nich na herbatkę na Tarchomin aby akcja się rozkręciła „bo jak teraz pojedziesz to Cię tam pokroją” . Wpadliśmy na herbatkę a tam mama dała mi taki obrazek z Aniołem Stróżem i intencją:) Mama napisała do jednego zakonu z prośbą o modlitwę nowenny do Trzech Archaniołów, których święto przypada 29.09. Nowenna trwała od 20 do 28 września i właśnie w środę przyszedł pocztą ten obrazek z zapewnieniem, że modlitwa w intencji szczęśliwego rozwiązania mojej ciąży została odmówiona Od razu uwierzyłam, że to naprawdę może się stać, że wszyscy się modlą, abym urodziła Klarunię naturalnie i aby wszystko poszło dobrze!

archangels

Ok 1:30 pojechaliśmy na Żelazną (naszukaliśmy się miejsca trochę:P). Od razu nas przyjęto, zaspana Pani doktor zbadała mnie, sprawdziła te wyniki poprzedniego lekarza i potem zrobiła szybkie USG. Powiedziała, że wychodzi jej mniejsza dzidzia niż temu lekarzowi 23.09. ale że główka jest tak nisko że nie da się zmierzyć… Troszkę mnie przestraszyła ale na pytanie „Jak pani chce rodzić” odpowiedziałam twardo „Naturalnie!”. Wszystkie tam panie patrzyły na mnie wielkimi oczami i taka dumna byłam, że robię „wrażenie”:P Przyszła przecudowna pani położna Aneta (nazwisko chyba na G ale nie pamiętam) i zaprowadziła nas do sali orzeszkowej . Tam się przebrałam i czekaliśmy na położną i jej „rozkazy” . Podłączyła mi płyny, KTG, a potem zwymiotowałam (organizm się przygotowywał ). Kazała niestety leżeć i to było dla mnie najgorsze bo skurcze, które nadeszły były tak bolesne i długie, że w życiu takich nie miałam… Zaczęłam wyć jak wilk do księżyca…

Mężuś cały czas był przy mnie i mnie wspierał mimo, że był po dniu w ciężkiej pracy fizycznej 12h i był strasznie zmęczony. Po 3h już zaczęłam błagać o jakieś znieczulenie, ale niestety „nie ma”… Doszło do tego, że zaczęłam mieć myśli czy CC nie było lepszym rozwiązaniem ale tego nie powiedziałam ani razu… Gdy zmieniałam pozycje albo skakałam na piłce było jako tako… najgorzej było na leżąco… W końcu aż piszczałam i czułam, że mi struny głosowe siadają 😛 Ból był PRZEOGROMNY!!! Przynieśli kroplówę oxy i zaczęłam się buntować, że nie chcę i nie… Ale pani położna przekonała mnie że trzeba… Szczerze? Wcale nie widziałam różnicy w bólu:P Gdy były przerwy w skurczach to kładłam głowę i spałam – mężuś to samo . W końcu ok 6 rano zaczęły się parte… I szczerze? Były o wiele mniej bolesne niż te wcześniejsze! Owszem parcie wymaga wysiłku ale przynajmniej czujesz, że działasz ;D O g.7 rano przyszła nowa położna normalnie jak Anioł była tak dla mnie miła, mówiła po imieniu „Dobrusia” i powiedziała, że „Pani zaraz urodzi” .

Normalnie nie mogłam uwierzyć, że tak szybko (choć wcześniej mi się dłużyło :P). Przyszły też jakieś młode położne pomóc, obok trzymał mnie mój mąż, motywował i pomagał dociskać moją głowę do klatki piersiowej, inne położne pomagały dociskać nogi do brzucha Słyszałam miliard miłych słów i tak niesamowicie motywujących. W końcu widziałam, że nowa położna pani „Anioł” coś tam szuka i doskonale rozumiałam czego… Aby mnie naciąć… Ale wiedząc, że córeczka nie jest mała stwierdziłam, że tak trzeba… Niestety bolało przy nacinaniu poczułam taki piekący ból ale wolę to niż CC . I zaraz wyszła śliczna główeńka mojej Klaruni . Jeszcze jeden skurcz i cała Klara była na rękach pani położnej a następnie wylądowała mi na piersiach <3 . Troszkę zrobili panikę bo zielone wody, ale młoda zrobiła po prostu kupkę z wrażenia i już było OK .

Trzymałam moją córeczkę w ramionach i patrzyliśmy na nią z mężem tak szczęśliwi jak nigdy . A tekst mojego męża na końcu sprawił, że miałam ochotę go wycałować. Powiedział: „Widzisz? Urodziliśmy Klarę RAZEM”!!!
K.O.N.I.E.C. <3

Podsumowanie:
Klara Gabriela Pływaczewska
urodzona SN 29.09 (Śwęto Trzech Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała) o g.7:15
Waga:3720g, Wzrost:56cm, 10 punktów apgar

P.S.Porównując poród CC do porodu SN są plusy i minusy ale fakt, że mogę chodzić bez zginana, że mogę się wyprostować, normalnie funkcjonować powoduje, że poród SN WYGRYWA PO CAŁOŚCI! Także NIGDY WIĘCEJ CC!!! VBAC RZĄDZI!!!

Mój szkocki vbac (Szkocja)

A tak wygląda VBAC w Szkocji – opowieść Kasi:

scottish_flag_infant_bodysuit

Zbieram się żeby w końcu opisać jak to było z nami.
Na początek  jednak trochę historii. Pierwszy synek przyszedł na świat w lipcu 2014 roku w Polsce. Ta ciąża była wyjątkowo trudna. Po czterech wcześniejszych stratach całe 9 miesięcy były pełne strachu: o zdrowie  maluszka i szczęśliwe zakończenie ciąży.

Od początku chciałam mimo wszystko rodzić sn – cesarka to była opcja, której nie brałam pod uwagę nawet w myślach, mimo tego, że mój lekarz przez moment proponował to jako bezpieczniejsze rozwiązanie.
Ale w końcu zdecydowaliśmy, że próbuję rodzić sn.

Mimo moich  najlepszych starań poród zakończył się jednak cieciem po 12 godzinach przy 10 cm rozwarcia kiedy okazało się że główka jest zbyt wysoko I  ciągle się cofa…
Świadomość tego, że byłam tak blisko … A jednak tak daleko i że sie nie udało przez wiele miesięcy potegowała uczucie żalu, pretensji do losu, że jako kobieta zawiodłam, moje ciało nie dało rady. Do tego doszła długa rekonwalescencja, blizna długo dawała mi się we znaki. Zaczęłam szukać pocieszenia w tej sytuacji. Wtedy też przypadkiem odkryłam grupę Naturalnie po cesarce i zaczęłam śledzić historie VBAC. Od tej chwili wstapiła we mnie nadzieja, że kolejna ciąża nie musi skończyć się cesarką.

W listopadzie 2015 roku okazało się że spodziewamy się  kolejnego dzieciątka. Byliśmy przeszczęśliwi. Tym razem moją ciąża była prowadzona w Szkocji. Po wielu za i przeciw uznałam, że moja próba VBAC znajdzie tutaj dużo większe wsparcie i przychylność szpitala i personelu.

I nie myliłam się od początku położna wspiera mój wybór. Tym razem ciąża przebiegała spokojnie i bez wiekszych problemów. Blizny nikt mi nie mierzył. Nie jest to uznawane  tutaj w Szkocji jako wyznacznik powodzenia vbac. Przez jakiś czas była we mnie obawa,że to może jednak źle …że może podejmuję zbyt duże ryzyko ? I strach,że może jednak się blizna rozejść. Na szczęście mój lekarz z Polski wspierał mój vbac I dodawał otuchy. Mąż też od początku wierzył, że dam radę.

Do porodu jakoś specjalnie się nie przygotowywałam. Tym razem miałam w sobie ten spokój, że wszystko potoczy się tak jak powinno. Ale z drugiej strony byłam pogodzona z możliwością cesarki gdyby zaszła taka konieczność. Poród zaczął się 13 lipca 2016 roku  4 dni przed terminem w nocy… cały dzień spedziłam na relaksie nad morzem. Byłam bardzo spokojna. I wyluzowana.

Cieszyłam się, że wszystko zaczęło się samoistnie gdyż w szpitalu w którym miałam rodzić po cc nie indukują porodu przy pomocy oxy. Kiedy skurcze były co 5 minut obudziłam męża i pojechaliśmy  do szpitala. Na miejscu położna po badaniu stwierdziła 3 cm ! Hura! A więc rodzimy.

Mogłam  wziąść prysznic i poskakać na piłce. Kiedy skurcze, zaczęły robić się nieznośne zdecydowałam się na gaz. Niestety od tego już momentu musiałam być unieruchomiona na łóżku i podpięta pod ktg. Na szczęście po gazie czułam się dobrze i mimo silnych skurczów pomógł mi się on  wyluzować na tyle, że ból był do wytrzymania.

Po  czterech godzinach kolejne badanie I tu ku mojemu zdziwieniu już 7 cm…Propozycja wzięcia znieczulenia…Ale  grzecznie odmawiam… czuję w sobie tą siłę i moc, że dam radę. Nie chce żadnych zbędnych ingerencji.

Po godzinie przychodzi nowa zmiana położnych. Mi trafia się młodziutka położna – nie cały rok po skończeniu szkoły. Na kolejnych skurczach mówię jej, że czuję już parte, na co ona, że to nie możliwe, że to za wcześnie, że pewnie dziecko leży w takiej pozycji, że uciska. Po kolejnych skurczach odchodzą wody. Naciskam Nicol, żeby jednak mnie zbadała ( tak to badają co 4 godziny). Ku jej zaskoczeniu okazuje się, że jest już 10 cm. Od tego momentu wszystko toczy się w ekspresowym tempie. Moment wyparcia główki wspominam jako najtrudniejszy. W tym porodzie  same skurcze były dla mnie nie najgorsze.

14 lipca 2016 roku o godz 9:10 po 6 godzinach akcji rodzi się nasz drugi synek. Dwa lata bez dwóch tygodni po cc. Od razu ląduje na moim brzuchu co jest cudownym doznaniem, którego brakło mi przy pierwszym synku, który szybko został zabrany na noworodki po otrzymaniu tylko calusa. Za to drugim skarbem mogliśmy się cieszyć nie przerwanie non stop. Mimo komplikacji pęknięcia krocza 3 stopnia i krwotoku bardzo szybko dochodzę do siebie.

24 godziny po porodzie jesteśmy już w domku. Podsumowując mój vbac mogę tylko powiedzieć, że nie miałam specjalnych oczekiwań, obaw przed tym czy się uda czy nie. Po prostu uwierzyłam, że jest we mnie ta siła. W odróżnieniu od pierwszego porodu był we mnie wewnętrzny spokój i opanowanie wiara, że jest to możliwe myślę, że to pozwoliło mi przeżyć ten piękny pórod w pełni tak jak zawsze o tym marzyłam.

To nie będzie próba porodu siłami natury, tylko tak urodzę (Poznań)

Ciąża niepodobna do żadnej z poprzednich zwieńczona cudnym VBACiem:) Oto historia Cherry:

To była moja trzecia, dość nieoczekiwana ciąża… Nieoczekiwana, bo moje starsze pociechy są z in vitro, a tu nagle niespodzianka – ciąża naturalna i do tego z zaskoczenia.

Ale najpierw trochę historii – numer 1 – ciąża książkowa, zero mdłości, cudowne samopoczucie, do 27tc kiedy rozpoczął się przedwczesny poród. Szpital, patologia ciąży, kroplówki i ogromny strach, że nie doczekam się swojego upragnionego dzidziusia. Ale na szczęście, leki zadziałały, założono mi pesar i dotrwałam do końca 36 tc. Później poszło szybko. Odeszły wody, masa bólu z krzyża, zero kontroli nad oddechem, ale udało się! Urodziłam zdrowego chłopca siłami natury bez nacięcia, z minimalnym pęknięciem. Bez oksytocyny, bez procedur medycznych w trakcie (były za to po). Było cudownie. Byłam jak na haju. Najszczęśliwsza na świecie.

Dwa lata później – powtórka. Ciąża tym razem bez komplikacji. Trochę mdłości w pierwszym trymestrze. Tyle. W 32tc złe wieści – położenie miednicowe.
Nie mogłam tego przeżyć… Próbowałam wszystkiego – miejscowych znachorów, medycyny chińskiej, akupunktury, ćwiczeń, poszłam do chiropraktyka, żeby ustawił mi miednicę… Chiropraktyk pomógł – przestały boleć plecy – ale mały jak był głową w górę, tak pozostał.
36tc1 znów odeszły wody i pojechaliśmy do szpitala. Płakałam, żałowałam, ale bałam się porodu pośladkowego i komplikacji. Mały urodził się przez CC. Zdrowy.
Za to ja czułam się jakbym miała umrzeć. Samopoczucie po cesarce było straszne. Nie miałam sił. Bolał brzuch. Gdzie było to wspaniałe uczucie, które znałam z pierwszego porodu?
Pogodziłam się z CC. Stwierdziłam, że nie będę żałować i rozpamiętywać. Ale pozostał niedosyt, zwłaszcza po takim pięknym pierwszym porodzie.

No i niespodzianka, ciąża nr 3, dziewuszka. Ciąża jak z horroru – wymioty do 6 miesiąca i znów w 9-tym… Bóle pleców… Spuchnięte nogi…
Zmęczenie, które nie idzie w parze z dwoma urwisami w domu.
Wiedziałam jedno – o CC nie ma mowy i dzięki opatrzności – mała była obrócona główkowo.
Byłam przekonana, że znów urodzę 4 tygodnie przed terminem. Ale minął tydzień 37, 38, 39. I nic.
Minął tydzień 40 i nadal nic. No może poza skierowaniem do szpitala na wywołanie. I znowu stres – nie zacznie się. Skończy się cesarką.
Byłam zła, zmęczona, niepocieszona.

W końcu, 4 dni po terminie obudziło mnie o 04:00 pyknięcie. Wody. Zeszłam cichcem na dół w celu oceny sytuacji. Skurcze co 5 minut. I decyzja czy jedziemy do naszego lokalnego właśnie remontowanego szpitala czy Poznań – Raszei. Pada na Poznań. Do chłopców przyjechała babcia, cała spanikowana.
Ja, ciążowo-porodowa weteranka, jestem dziwnie spokojna.
Jedziemy. Skurcze zanikają i są co 20 minut. Zaczynam się martwić, że to fałszywy alarm.
Dojeżdżamy. Izba przyjęć i jest potwierdzenie, pękły błony, jest rozwarcie na 2cm. Rodzimy.
Spotykam położną – Kasię – przemiłą osobę. Wszyscy wspierają mnie w mojej decyzji porodu siłami natury, mimo że po cesarce.
Podkreślam na każdym kroku – żadnych cesarek ani nacięć krocza. Nie ma mowy. Nikt nie namawia, wszyscy wręcz pochwalają decyzję porodu siłami natury.
Lekarz pyta czy podejmuję próbę SN – oznajmiam zdecydowanie, że .

Zaczynają się bóle krzyżowe, ale Kasia czuwa, przypomina o oddechu. Trochę nad tym panuję. Mąż trzyma mnie za rękę i po prostu jest.
Po godzinie są 4cm i czuję, że tylko wanna może mnie uratować. Pod koniec kąpieli zaczynam tracić kontrolę i czuję, że mnie popiera. Zaczynam myśleć, że nie dam rady, ale wtedy wiem że to już pewnie 7cm i zaraz urodzę. Kasia wyciąga mnie z wanny i jest 8cm tylko po pół godzinie. Zwisam na drabince i czuję już parte kiedy Kasia zakłada mi TENSa. Zaraz więc go ściągamy. Boję się, że nie dojdę na fotel i urodzę przy drabince.
W końcu skurcz mija, siadam na fotel i prę. Mówię, że chcę dotknąć główki i jestem w szoku, bo urodziła się już cała. Prę znowu i rodzi się mała. 4004g, 10/10. Wielkoludka. Chłopaki byli mali 2800 i 3100. Nie nacięli, nie pękłam. Jestem w szoku, że to już.
I najszczęśliwsza na świecie. Znowu!

W tym miejscu, chcę podziękować całemu personelowi szpitala im. F. Raszei za wsparcie. Nikt nawet się nie zająknął o ponownym CC. Wszyscy mnie wspierali.
A położna Kasia jest właściwą osobą na właściwym miejscu i nigdy nie zapomnę tego cudownego porodu.

Z pozdrowieniami
Cherry

Kolejny polski VBA2C! (Białystok)

Kochani! Coraz głośniej w naszym kraju o porodzie naturalnym po 2 cięciach cesarskich – temat zdecydowanie jest rozwojowy! Tym razem nie w Warszawie, a w stolicy Podlasia:) Do lektury zapraszam na stronę Vivat Poród:

http://www.vivatporod.pl/pl,szczesliwe_historie,ewa_i_liwia,1

keep-calm-and-vba2c-on

Nasz drugi VBAC #Hipnobirthing (Myślenice)

Harlow Carr (Aushouse) Harlow Carr with Lavender Hidcote BlueDzisiejszą historię można by zatytułować „siła spokoju i moc relaksacji”. To opowieść pachnąca różami i lawendą. Ale to także obraz zderzenia harmonijnej (choć nieprzewidywalnej) natury rodzenia z trudnymi realiami przeciętnego polskiego szpitala. W końcu to opowieść o tym, że świadoma i artykułująca głośno i pewnie swoje potrzeby matka, może w każdym szpitalu wiele uzyskać. Oto historia drugiego VBACu Edyty (relacja z jej pierwszego porodu sn po cc tutaj):

Madzia urodziła się 17.12. 2015. O godz. 9.35 3450g

Krotka historia: 1-szy syn wywolywany po terminie i cc, 2-gi syn Vbac, wiec oto historia naszego drugiego vbac. Myślałam ze bedzie tak jak przy srodkowym synku, skurcze przepowiadajace prawie tydzień… Dziś wspominam słowa mojej douli „Kazdy porod jest inny! ;)”

Beata przygotowywała mnie do porodu. Niby moje 3 dziecko, ale pierwszy poród w Polsce! Wszystko inne! Posiadanie ze soba osoby która wie co i jak dawało mi spokój psychiczny. Dużo rozmawiałyśmy o moich obawach, ale przede wszystkim Beata zafascynowała mnie hipnoporodem. Wskazała dobra drogę do relaksacji, wizualizacji, afirmacji, które wspaniale pomagają przy naturalnym porodzie. Zaczęłam niby późno, ale dużo ćwiczyłam:) Zdecydowałam się na użycie także aromaterapii. Przypadł mi do gustu olejek różany, a w moich wizualizacjach jestem w ogrodzie różanym, w różowej bańce 😉 Kupiłam też lawendowy, tak po prostu, nie wiem po co.

Zbliżającego się porodu nie zapowiadało nic. Miałam tylko Braxton-Hicksy, ale to u mnie norma od 8 miesiąca. We wtorek byłam jeszcze Żeromskim [szpital – przyp. red.] (Kraków), gdzie chciałam rodzić. Na ktg nie bylo żadnych skurczy, a usg pokazało ze główka jeszcze wysoko. Umówili mnie znów na ktg 23.12. Czyli w dniu terminu.

Środa sobie spoko minęła na gotowaniu itd…
O 2 rano w czwartek obudziła mnie chęć skorzystania z łazienki. Ale zdołałam siebie przekonać, że jednak aż tak mi się nie chce, by zostać w łóżku… Wiec zaczęło się wylewać;)
Wystraszyłam się, bo w głowie miałam tylko jedno – że zaczyna się odliczanie, że jak nie ma skurczy to mnie w końcu potną…. Wiec zaczęłam korzystać z moich nabytych umiejętności relaksacji 😉
Zadzwoniłam do męża by przyszedł do domu się przespać, bo czeka nas długi dzień (nocna zmiana). Napisałam do douli, że wody odeszły, ale brak skurczy i że na razie się położę i postaram wyciszyć.
Sięgnęłam wiec tym razem po olejek lawendowy i słuchałam muzyczki.

Lukasz pomógł mi się wykąpać, zjedliśmy kanapki, spakowaliśmy torbę (wiem, najwyższy czas) i sprawdzaliśmy trasę do Żeromskiego. Mieszkamy 1,5 h od szpitala.
Zgasiliśmy światło ok 4, przykryłam sie ciepło i monitorowałam ruchy. Ok 5 dostałam pierwszej intensywniejszej sensacji… Po 6 juz zaczełam liczyć.
6.45 obudziliśmy chłopcow do przedszkola. Wytłumaczyłam każdemu z osobna, że dzidziuś już chce wyjść. Lukasz ich odwiózł i zatankował auto. Czeka nas przecież długa droga!
Ja poszłam znowu zjeść śniadanie 🙂

Sensacje były co 6 minut, raczej takie uciski niż ból. Zupełnie nieregularne. Czasem 5 czasem 4 minuty. O 8 były co 3 min, ale też różnie trwały. Beata mowiła by już jechac i to dobrym tempem. Ja se myśle…. Przecież przy Mateuszu miałam co 2 minuty i urodziłam 7 h później…. Mam dużo czasu.
Ale po drodze sensacje zrobiły się częste i takie jakby się na kolejce górskiej na dół jechało. Bardzo intensywne. Dzwonie do Beaty, że w połowie drogi do Krakowa jednak skręcimy do Myślenic. Tam zobaczymy i się zastanowimy.

O 9.06 byliśmy już na IP. Beata tuż za nami.
Na tym etapie muszę powiedzieć, że w całej 1 fazie  porodu nie wydałam z siebie ani jednego jęku, ani krzyku. Czasem wokalizowałam, ale to raczej by dać innym cynk, że mam skurcz, by dali mi spokój;) Mąż załatwiał papierologię. Beata ze mną. Siedziałam sobie ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami. Słyszę, że ktoś do mnie mówi „co Pani taka słaba, jeszcze daleka droga przed Panią…” Na to Beata zripostowała: „Ona się relaksuje…” W głowie prychnęłam śmiechem. To było ok 20 minut przed narodzinami….

Na górze każą mi się kłaść. Pełne rozwarcie. Proszą na porodówkę. I że kłaść się na plecy… Ja mówię, że nie na plecach, bo tak mnie boli najbardziej. Rozwija sie dyskusja, że główka nie zejdzie (!!!) Ja mowię, że nie, bo tak mnie boli. Ta sytuacja wybiła mnie z mojej bańki spokoju. Na szczęście doula-adwokat wkroczyła (dzięki Beatko <3) i mówi, że syna rodziłam na boczku. Wszedł lekarz i mówi niech dziecko zadecyduje jak chce 🙂

Potem znowu dyskusja…  Że tylko 1 osoba towarzysząca… Ja panika, no bo jak tu wybrać! Proszę lekarza, że mi bardzo zależy. On, że nie widzi przeszkód. Położna na to, że za chwile nie będzie czym oddychać… On na to, że za chwile to urodzimy 🙂

Madzia urodziła się o 9.35. Kruszynka (3450g) w porównaniu do jej braci.
Położna zabrała się za pępowinę. Ja proszę by poczekała… Znowu ta mina co ja wymyślam….

Także dobrze, że w połowie drogi zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś szpitala, bo pewnie rodziłabym w korkach krakowskich 😉
To pokazuje jakże każdy poród jest inny! Ale każdy może być piękny.

Cieszę się, że wszystko było spokojne, że długo byłam w domu, pod swoim prysznicem, z aromatem lawendy, muzyczka i przykryta cieplutka kołdra. Tak na prawdę w całym porodzie bolały mnie interwencje medyczne: sprawdzanie rozwarcia, szycie i sprawdzanie ciągłości blizny już po urodzeniu. Mogło mnie to ominąć gdybym urodziła w samochodzie gdzieś w Krakowie;)

Marzenia się spełniają! (Rzeszów)

Dziś historia bardzo mi bliska – ten sam szpital, w którym miał miejsce mój VBAC, ta sama położna, emocje… Historia pełna nadziei i determinacji. Historia porodu, który „miał się nie udać”. A jednak:) Historia Ani:

Czytając historie porodów na stronie naturalniepocesarce.pl nieśmiało marzyłam o tym, abym ja też mogła podzielić się moją opowieścią o udanym VBAC. No i 08.04.2016r. o godz. 4.10 moje marzenie się spełniło. Ale może zacznę od początku.

W pierwszą ciążę zaszłam w 2012r. Ciąża przebiegała bez żadnych problemów. Wtedy wydawało mi się, że dobrze przygotowuję się do porodu, chodziliśmy z mężem do szkoły rodzenia, gdzie chłonęłam wszystko jak gąbka. Po wizytach tam byłam przekonana, że muszę urodzić naturalnie i karmić piersią, innej opcji  nie brałam pod uwagę. O samym porodzie jakoś nie myślałam, chyba podświadomie bardzo się go bałam. Dziś, dzięki doświadczeniu pierwszego i drugiego porodu oraz wszystkim historiom z tej strony oraz grupie wsparcia na Facebooku wiem jak bardzo się myliłam i że w życiu nie da się niczego zaplanować, a zwłaszcza porodu, bo życie nasze plany i tak zweryfikuje po swojemu.

Ignaś urodził się przez CC 15.02.2013, o godz. 13.00 z wagą 3360g i 57cm długości, po odejściu wód płodowych i 15 godzinach porodu, w czasie którego nie miałam ani jednego skurczu, nawet po oksytocynie. Jako powód CC wpisano brak postępu porodu i zagrażającą infekcję wewnątrzmaciczną. A ja już na sali porodowej podpisując zgodę na CC płakałam, że się nie udało. Do tego po porodzie został od razu nakarmiony butelką i jak mi go przywieźli na salę w ogóle nie chciał złapać piersi. I tu zaczął się dramat. Ja bardzo pragnęłam karmić a w ogóle mi to nie wychodziło. Każda próba przystawienia kończyła się płaczem małego i moim. I gdy już się prawie poddałam mój lekarz podsunął mi pomysł, za co będę mu wdzięczna do końca życia:) Po dwóch i pół miesiąca odciągania pokarmu nadszedł dzień, w którym Ignaś odmówił butelki i wolał pierś.

Zawsze chciałam mieć trzy lata różnicy między dziećmi. I się udało. W 2015r. jestem znowu w ciąży. Znowu wszystko w porządku, dzidziuś rośnie i rozwija się prawidłowo. Ja szczęśliwa, nawet nie zastanawiam się zbytnio nad sposobem porodu. Żyję w przekonaniu, że skoro miałam pierwsze CC to i kolejne na pewno też będzie cięcie. W przekonaniu tym po pierwszym porodzie utwierdził mnie mój lekarz. Początkowo nawet zastanawiałam się jaki dzień wybrać na narodziny mojego drugiego synka, ale im więcej myślałam o pierwszym porodzie, o depresji jaką przeszłam i problemach z karmieniem doszłam do wniosku, że zrobię wszystko aby uniknąć kolejnego CC.

W szpitalu, w którym rodziłam pierwszego synka i chciałam rodzić kolejnego  raczej nieprzychylnie podchodzili do VBAC, dlatego też postanowiłam wykupić tam prywatną opiekę położnej w czasie porodu. Szukając informacji na temat położnych z mojego szpitala na stronie gdzierodzić.info trafiłam na Madzię Hul, i jej stronę  oraz grupę wsparcia na Facebooku. Zaczęłam czytać polecone przez Madzię książki Iny May Gaskin i Ireny Chołuj, a także wszystkie historie na stronie i marzyć aby i mi się udało. Przeprowadziłam też analizę mojego pierwszego porodu i doszłam do wniosku, że po odejściu wód stres zablokował mnie psychicznie i dlatego nie urodziłam. Stwierdziłam, że do drugiego porodu muszę się dobrze przygotować.

Przez połowę ciąży pogłębiałam moją wiedzę na temat porodu, oswajałam się z myślą o nim, tłumaczyłam sobie, że będzie boleć ale warto. Bałam się strasznie, żeby historia pierwszego porodu się nie powtórzyła, gdyż z natury jestem straszną panikarą i obawiałam się, że znowu stres mnie zblokuje. Każdego dnia modliłam się żeby mi się udało i żeby poród nie rozpoczął się odejściem wód. Na każdej wizycie u lekarza toczyłam z nim bój o możliwość porodu SN. On był przeciwny, a ja nieugięta. W końcu ustąpił, dał mi skierowanie do szpitala z adnotacją „stan po cc – chce rodzić sn” oraz stwierdził, że i tak to czy mi pozwolą rodzić naturalnie zależy od lekarza na IP. To samo potwierdziła mi moja położna.

            Termin porodu wypadał na 09.04.2016r. Trzy dni przed terminem mam ostatnią wizytę u lekarza. Szyjka zamknięta, żadnego rozwarcia, na poród się nie zanosi. Lekarz sugeruje CC, ale ja mu dziękuję i mówię że będę czekać aż się zacznie. Mam czas do 15.04. Jeśli do tej pory nie urodzę mam zgłosić się do szpitala. Jeszcze na pocieszenie lekarz mówi mi, że w moim przypadku on nie widzi szans na poród naturalny, bo jestem jak pierworódka – moja szyjka nigdy się nie rozwarła ani nie skróciła, a ja mu odpowiadam, że bardzo bym chciała zrobić mu na złość:), a w duchu myślę sobie, że przecież pierworódki rodzą naturalnie, każda z nas kiedyś nią była, a ja jestem nią „po raz drugi”:).

Troszkę mnie ta wizyta podłamała i następnego dnia rano zadzwoniłam do mojej położnej pani Basi i umówiłam się z nią na spotkanie kolejnego dnia. Akurat miała dyżur w szpitalu i miała mnie zbadać i zrobić KTG. Do południa czułam się jak co dzień, mały fikał w brzuszku jak zawsze , a ja gotowałam obiad i zajmowałam się starszakiem. Po obiedzie jak kładłam Ignasia spać w ogóle nie mogłam leżeć. Czułam jakby mały wpychał mi nogi pod żebra, a brzuch zaczął mi się napinać i twardnieć. Zadzwoniła do mnie koleżanka i zaprosiła na kawkę. Po 17 pojechaliśmy a ja czułam się coraz dziwniej(bo przecież nie wiem jak to jest gdy się poród zaczyna). U koleżanki brzuch dalej się napinał, a nawet zaczęło mi się wydawać, że odczuwam skurcze. Na pytanie koleżanki czy dobrze się czuję zażartowałam, że chyba zaczęłam rodzić, a chwilkę później ok. 18.30 zaczęłyśmy liczyć skurcze. Od razu były regularne, ale niezbyt bolesne co 2 minuty i trwały 30 sekund. Po godzinie skurcze nadal takie same, więc postanawiam wracać do domu. Mąż wraca z pracy i do niego też żartuję, że chyba się zaczęło. Mija kolejna godzina i skurcze nadal takie same. Postanawiam zadzwonić do pani Basi. Ustalamy, że wezmę półgodzinną kąpiel i dwa magnezy i jeśli mi nie przejdzie to jedziemy do szpitala. Jednocześnie czuję ogromne parcie jak na kupę:)

Kąpieli nawet nie zdążyłam wziąć, bo w trakcie napuszczania wody puszcza mi się krew i wtedy znowu jak trzy lata wcześniej wpadam w panikę. Dzwonię do położnej i ona mnie uspokaja, że ta krew może być z rozwierającej się szyjki. Ja jednak jestem już przestraszona i wolę jechać do szpitala. Mówię do męża, że trudno najwyżej mnie pokroją, ale ja już w domu spokojnie nie wysiedzę. Do tego dojazd z Mielca gdzie mieszkamy do szpitala w Rzeszowie zajmie nam godzinę, co by mnie dodatkowo stresowało gdybym została w domu. W czasie drogi liczę skurcze. Dalej są co dwie minuty, ale trwają już ponad 40 sekund. Przestrzegam też Piotrka, że jeśli w trakcie porodu będę prosiła o CC, to ma mnie opierniczać i nie pozwolić się pokroić.

            Na IP jesteśmy po 22, podpinają mnie pod KTG, chwilę później przyjeżdża pani Basia. Skurcze na KTG piszą się ładne, ja leżę uśmiechnięta od ucha do ucha. W między czasie słyszę dyskusję na mój temat. Po badaniu lekarskim okazuje się, że krwawienie jest z szyjki a ja mam już 4cm rozwarcia. Lekarz nie może dokładnie zmierzyć małego, bo główka już jest nisko za spojeniem łonowym. Z innych pomiarów wychodzi mu waga 3500g, a ja głupia się przyznaję, że dzień wcześniej na wizycie mały ważył 3800g. Na szczęście „dostaję pozwolenie” na poród SN i po załatwieniu wszystkich formalności idziemy na salę porodową.

Jest około północy. Ja przeszczęśliwa, bo jak usłyszałam, że mam 4 cm rozwarcia, a skurcze prawie bezbolesne, to mówię do męża, że tak to ja mogę rodzić:) Na sali pani Basia mnie bada i podpina pod KTG. Później idę pod prysznic minimum na pół godziny, ale mi jest tam tak dobrze, że wychodzę dopiero po godzinie. Już pod prysznicem czuję, że skurcze robią się bolesne. Po wyjściu pani Basia mówi, żebym się położyła i mnie bada, jest 6 cm rozwarcia, skurcze robią się już nieznośne. Prosi mnie abym kilka razy parła to pęknie pęcherz. Tak też robię. Odchodzą zielone wody, ja przerażona. Pani Basia mnie uspokaja i  podpina na chwilkę pod KTG, które niestety się przedłuża, bo podczas kolejnego badania okazuje się, że razem z wodami leje się krew i to nie jest krew z szyjki. Pani Basia wzywa lekarza na konsultacje, a ja już leżę załamana, że oto mój VBAC dobiegł końca. Na szczęście KTG jest w porządku i pani doktor nie widzi konieczności CC. Rodzimy dalej.

Leżenie jest okropne, chcę wstać, robi mi się ciemno przed oczami, nie mam siły. Piotrek i pani Basia mi pomagają, a ja nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wszędzie jest mi niewygodnie. Chodzić w ogóle nie mogę. Jak już pisałam od początku czułam parcie jak na kupę, to mnie troszkę blokowało przez cały poród i najlepiej mi było po prostu na kibelku, dlatego też zażyczyłam sobie, że tam właśnie chcę:) I tak podpięta pod KTG skurcze od 6 do 10cm spędzam na kibelku:) W końcu mamy pełnie rozwarcie, zaczynamy przeć. Początkowo nie bardzo mi wychodzi i w pewnym momencie stwierdzam, że już nie dam rady i nie potrafię. Pani Basia mnie motywuje, mąż także. Jest lepiej.

Faza parta trwa 40 min a ja mam wrażenie, że to wieki. W końcu zniecierpliwiona pytam czy to się kiedyś skończy. Nadchodzi kolejny kryzys i tu znów pani Basia jest nieoceniona. Jej słowa „Dalej Ania pięknie rodzisz” po prostu dodały mi skrzydeł.  Wreszcie po tych „wiecznych” 40 min parcia, a łącznie po 9 godzinach i 10 minutach od pierwszych skurczy o 4.10 rodzę mojego synka Bartusia – 3800g, 57cm. Mały ląduje na moich piersiach. A ja nawet nie potrafię opisać tego co czuję, niesamowite szczęście, wprost euforia. Kiedy mały się wyślizguję ja przeszczęśliwa mówię do męża: „udało się!” i wyznaję mu miłość. Piotrek przecina pępowinę, ja oczywiście ciekawska oglądam jak wygląda łożysko:) Później pani Basia pomaga mi przystawić małego do piersi i mamy dwie godziny tylko dla siebie: ja, mąż i nasz maluszek.

IMG_6476

            Brak mi słów, aby opisać moje uczucia. Do tej pory na wspomnienie porodu cieszy mi się buzia. Po porodzie czułam się wspaniale. Teraz też czuję się wspaniale, zupełnie inaczej niż po cięciu. Wiem, że gdyby nie mąż, który przez cały poród mnie wspierał i trzymał za rękę, który nie pozwolił, żebym dała się pokroić, choć trzy razy wołałam o CC i gdyby nie pani Basia to chyba bym nie dała rady urodzić. Wiem również, że gdybym  nie trafiła na tę stronę, nie przeczytała tylu wspaniałych historii i nie dowiedziała się wielu przydatnych rzeczy to by się nie udało. Według mnie rodzaj porodu ma znaczenie zarówno dla zdrowia dzieciątka jak i mamusi. Ja po porodzie naturalnym czuję się świetnie, co prawda przez dwa pierwsze dni czułam lekki dyskomfort, gdyż troszeczkę pękłam i trzeba było założyć trzy szwy, ale to jest nic w porównaniu do bólu po cesarce. A zobaczyć minę lekarza, który w dzień porodu przyszedł mi pogratulować i usłyszał – „A widzi pan zrobiłam panu na złość” – bezcenne:) Bo przecież nie można z góry zakładać, że się nie uda. W nas kobietach drzemie niezwykła siła i determinacja.

Już zawsze chcę rodzić naturalnie! (Wrocław)

Historia Kasi, która rozegrała się półtora roku temu w jednym w wrocławskich szpitali – naturalny poród po cięciu cesarskim wykonanym z powodu wysokiego prostego stania główki. Oto opowieść spisana niedługo po tym porodzie:

Było tak, że w piątą dobę po terminie byłam już przygotowana na sobotnie stawienie się w szpitalu na Kamieńskiego we Wrocławiu na zaleconą kontrolę ze skierowaniem, która najprawdopodobniej oznaczałaby zatrzymanie mnie na oddziale patologii, czemu nie zamierzałam się sprzeciwiać. Należę chyba do osób, którym pobyt w szpitalu daje poczucie bezpieczeństwa. Poza tym, miałam już troszkę dość toczenia kuli. Zwyczajnie chciałam poleżeć, ułożyć arbuza na miękkim łóżku i czekać :] Niewiele wskazywało na zbliżający się poród, w zasadzie nic. Czułam się nie gorzej niż wcześniej, skurcze przepowiadające prawie zaniknęły. Stan taki trwał już od dobrego tygodnia, troche się martwiłam o ruchy dziecka. Naprawdę, sama nie wierzyłam, że ruszy się samo, godziłam się w myślach na lekką próbę oksytocynową, albo od razu cc.

W czwartek około północy zaczęło mnie kręcić jak na okres, ledwo. Patrzyłam na zegarek, nic nie  mówiąc ani mężowi ani stacjonującej u nas w pogotowiu dla córki Anielki mamie. Po czwartym czy piątym skurczu w odstępie pięciu minut postanowiłam pogadać z mamą, która poradziła obudzić męża. Zebraliśmy się na spokojnie, wzięłam prysznic, ogoliłam nogi, skurcze ledwo ledwo dalej, pojechalismy słuchając muzyki i śmiejąc się z tego co nas czeka. Na izbie młyn, ja uśmiechnięta, spotykam mojego prowadzącego, prosi o cierpliwość, bo okropny przypadek, spoko, czekam 😉 Zbadano mnie po dwóch pacjentkach z większymi bólami (miałam już rozwarcie na 2-3 cm i nadal czułam się bardzo dobrze). Dopiero wtedy położne się dowiedziały, że jestem po cięciu i chcę rodzić naturalnie drugie dziecko. Wow, naprawdę nie myślałam, że to może robić na ludziach tak pozytywne wrażenie 🙂 Czułam się nawet trochę skrępowana, bo nie uważałam tej decyzji za bohaterską… dlaczego? Teraz mogę się i Wam przyznać;) – szczerze powiedziawszy, liczyłam w duchu na cesarkę:] Cieszyłam się na postępującą akcję, że Kazik w brzuchu czuje, że szykuje się zadyma, że nie będzie zdziwiony, ale liczyłam na powtórkę z rozrywki, na słynną „tendencję do wysokiego prostego”, które zakańcza poród na bloku operacyjnym przy pełnym rozwarciu z powodu niezstępowania główki do kanału rodnego. Powiem więcej, ja napawdę nie wierzyłam, że mogę urodzić… przez całą ciążę chyba… no i mnie za ten pesymizm srogo „pokarało” :] Trafiłam na ekipę, która wzięła mnie za rogi, nie zważając na nic (poza dobrem moim i Kazika), doprowadzili dziecko na ten świat jak Pan Bóg to stworzył w pierwotnym zamyśle:]

Rozwarcie poszło piorunem (wtedy już bolało, ale mniej krzyczałam niż dwa lata wcześniej na oksytocynie;) Około czwartej odczułam pierwsze bóle parte. Okazało się, że rzeczywiście mam tendencję do wysokiego prostego, zostałam zapewniona dość szybko, że nie będę katowana, w razie czego jedziemy na blok. Ufff, pomyślałam i trochę lepiej mi się znosiło kolejnych parę skurczy, po których mieliśmy „zobaczyć jak będzie”. Po tych paru skurczach kazano mi poczekać jeszcze parę, położna wykazała się wobec mnie stalowymi nerwami, prosiłam o blok operacyjny już po każdym skurczu… nie byłam dzielna;) Byłam nieznośna i sama sobie spuściłabym manto w kilku momentach. Bycie położną to jest naprawdę jakaś supermoc, wiedziałam to po ostatnim porodzie, teraz wiem to jeszcze bardziej.

Faza parta trwała ponad dwie godziny, praktycznie przez cały czas była ze mną położna, Violetta Juda (znałam ją zresztą, dwa lata wcześniej asystowała mi przy dużej części rodzenia córki Anieli), mój lekarz prowadzący, dr Artur Wysocki, i dr Katarzyna Tomczyk, którą dopiero poznałam. Nie wykupowałam porodu na wyłączność, a czułam się jak gwiazda :] To oczywiście żart, ale naprawdę, to chyba nie jest porodowy standard – zapierałam się na lekarzu z jednej i położnej z drugiej strony, naprawdę pocili się razem ze mną i śmiało mogę powiedzieć, że na moim VBACu zależało im bardziej niż mi samej :]

Kazimierz przyszedł na świat 19.09.2014. Ważył 3660g, 590 g więcej od swojej starszej siostry. Wyszedł w niezłym stylu, wystawił najpierw pyszczek zamiast czubka głowy, zaraz po tym okazało się, że trzyma rączkę wysoko przy uchu, a na domiar wszystkiego rączka ta przywiązana jest do jego szyjki pępowiną, która przyprawiła go o nieco siny kolor 😉 Odkręcony z tego swojego sznurka wylądował mi na pustym już prawie brzuchu… nie leżał tam długo, ale wystarczy. Byłam jak oczadziała, cała się trzęsłam, dziękowałam, nie wierzyłam w to co się stało tym bardziej, że wcześniej mało wierzyłam, że stać to się może.

Kazik dostał 9 pktów, leży właśnie obok spokojny jak Aniołek, a ja mam łzy w oczach i dziękuję Bogu i wszystkim, którzy mi pomogli, za to, że mogę teraz o tym opowiadać…

Już zawsze chcę rodzić naturalnie!

Pozdrawiam Was i życzę większej niż moja wiary lub/i takich ludzi, jakich ja spotkałam na swojej drodze do porodu naturalnego.
Kasia

To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci to zrobiły (Mikołów – Zabrze)

Dziś historia Kasi ze specjalną dedykacją dla wszystkich wspaniałych kobiet, których pragnieniem było urodzić naturalnie, ale musiały podjąć decyzję o cięciu cesarskim dla dobra swojego dzieciątka.

Poród? Tylko w domu. Całe swoje życie byłam przekonana,że tak urodzę. Ba, nawet wiedziałam w jakiej pozycji i gdzie. Co będzie robił mój maż. Widziałam siebie, czułam ten wysiłek, przeżywałam tą radość głaszcząc się po brzuchu w pierwszej ciąży. Ze wsparciem bliskich mi osób przygotowywałam się do tego wyjątkowego dnia. Wszystko było gotowe, wyprasowane, przygotowane. Torba do szpitala spakowana, bo moja położna powiedziała,że musi być, „na wszelki wypadek”. Ja w mojej głowie nie widziałam takiego wypadku.

Termin mijał, ten pierwszy, drugi. Minął ten i mój. Ze łzami w oczach jechałam do szpitala. Już wiedziałam, że bez pomocy się nie uda, ale pocieszałam się myślą,że kolejne urodzi się już w domu.
Czas w szpitalu się dłużył,ale udało się. Pojawiły się pierwsze niewinne skurcze. W głowie mantruję „Chcę mocniej,chcę bardziej. Z każdym skurczem jestem bliżej Ciebie kochanie ty moje”. Po kilku godzinach skurczy decyzja,że to „koniec”. Przegrałam z samą sobą. Ze łzami w oczach podpisywałam „zgodę do cc”. Wszyscy mówili,że za chwilę będzie Malutka a ja w głowie miałam wyliczankę komplikacji dla mojego dziecka po cc: Astma, Alergia, Zaburzenia SI. Płakałam najpierw ze smutku… Przez łzy patrzyłam na zegar 16, za 2 min usłyszę moją córeczkę. 16.02 płaczę ze szczęścia, bo już jest. Szybki całus, ciepło jej policzka, aksamit skóry pamiętam do dziś. Ją zabierają a ja odpływam.
Pierwsze dni są trudne. Zmagam się z zespołem popunkcyjnym, dochodzą skoki ciśnienia. Ból uniemożliwia mi opiekę nad dzieckiem. Muszę, walczę ze sobą. „Nie urodziłam Cię, ale Cię wykarmię”. Antosia jest małym ssakiem. Dam radę, postaram się na 110%,żeby poprawić jej życie po cc. Muszę. To nie jej wina,że tak się urodziła. To ja i moje ciało nie daliśmy rady.
18.11 Tosia kończy 7 miesięcy a ja przez telefon słyszę „Beta 800”. O matko, będę mamą. Urodzę, zrobię wszystko. Dzwonie do koleżanki położnej i mówię „Jestem w ciąży!!” Ona milczy i po chwili mówi,że nie wierzy. Ustalamy, który lekarz będzie pro VBAC po takim czasie. 8 miesięcy to czas przygotowania znowu do porodu siłami natury tym razem ma się spełnić marzenie o porodzie w wodzie. Ostatni miesiąc to czas intensywnych przygotowań, tym razem coś się dzieje, czuję,że macica pracuje delikatnie. Tym razem nie zawiodę. Przygotowuję się do porodu z doulą i położną.Mam masaże relaksacyjne, akupresure, akupunkture, piję herbatki, łykam kapsułki, wizualizuję,mantruję, oczyszczam umysł i ciało.
Ostatni trudny moment to spakowanie torby. Rzeczy poukładane na łózku, które wystarczy włożyć do torby. I wtedy coś pęką we mnie…Nie.. To nie wody płodowe, to łzy. Wróciły wspomnienia… Wtedy torbę pakowałam na” wszelki wypadek”, dzisiaj, bo muszę iśc do szpitala. Doula cierpliwie słucha moich smutków, które wylewam przez telefon i pociesza… Nie ocenia… Po prostu jest.
Mój czas znowu mija. Czuję,  że coś się dzieje, tym razem się uda… Ostatni tydzień jestem w kontakcie z położną. Pociesza i wspiera. Upały tego lata są potworne, proszę moją córkę,żeby już wyszła. Niestety forma dobrowolna na nią nie działa. 6.45 wkraczam w chłodne mury szpitala. Czas się skończył, ale probujemy jeszcze ją zachęcić. Położna się śmieje,że mała dostała pierwszy balonik. Chodzę i po godzinie od założenia cewnika zaczynają się pierwsze skurcze. Ok, zaczynamy… W głowie wizualizuję córkę, jak ją przytulam, próbuje oddychać. marzę o przyjęciu pozycji, w której będzie mi wygodnie, ale nie mogę, bo wtedy cewnik nie zadziała, więc się ruszam. Położna pyta czy mam skurcze. mówię, że nie, coś tam delikatnie ciągnie. Ona chwilę obserwuje i mówi, że „Tak”. No to skoro ona tak mówi, to pewnie tak jest. Marzę o wannie, ale jeszcze nie teraz, za wcześnie. Kolejne badania wskazują na postęp. Cudownie, uda się, idziemy do przodu. Siedzę na worku sako, Pojawiają się w końcu warunki do porodu. I słyszę tętno mojego dziecka. BumBum, bumBuum, Buuum,Buuuum… O nie tylko nie to – pomyślałam. Wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl „szybko, ratujmy ją”. W sekundę byłam pogodzona z tym, że to koniec. Poczułam, że ona jest najważniejsza i nie chcę jej stracić. Marzeń mogę mieć wiele, ją tylko jedną. To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci zrobiły. Pierwsza córka nauczyła mnie kochać całym sercem, bezwarunkowo. Druga nauczyła mnie,że miłość się mnoży nie dzieli.
Choć nie było łatwo, bolało i przelałam wiele łez to dzisiaj myślę nie o tym co straciłam a o tym co zyskałam. Pamiętam jak obie pachniały, jak na mnie patrzyły, jak delikatnie kwiliły, jak się przytulały… Nie chcę z tych dni pamiętać niczego więcej…
Chcę pamiętać tylko to jak rodziła się miłość do moich córek.