Tag Archive | ZZO

Bliźniaki … naturalnie po cesarce! (USA)

Amerykańskie Kolegium Położników i Ginekologów w wytycznych z 2010 roku dotyczących porodów po cięciu cesarskim rekomenduje, aby kobiety po 1 cięciu cesarskim wykonanym poprzecznie w dole brzucha, u których nie istnieją inne przeciwwskazania do naturalnego porodu bliźniąt, miały możliwość podejmowania próby porodu pochwowego. Cieszy fakt, że są już miejsca na świecie, gdzie te zalecenia są wprowadzane w życie.

Poniżej przedstawiam Wam historię Joanny, która szczęśliwie urodziła swoje córeczki – bliźniaczki jednokosmówkowe dwuowodniowe – drogami natury po wcześniej przebytym cięciu cesarskim. Poród rozpoczął się spontanicznie w 37 tygodniu ciąży i miał miejsce w szpitalu Legacy Emanuel w Portland, w stanie Oregon. 

To był mój  trzeci poród. Pierwszy raz rodziłam naturalnie, bez ingerencji. W 40 tygodniu odeszły mi wody, skurcze zaczęły się 14 godzin później, a urodziłam po 6 godzinach akcji skurczowej. Parłam trzy razy, nie było żadnych komplikacji. Mój drugi poród to była nieplanowana cesarka w 39 tygodniu, przed wystąpieniem akcji skurczowej z powodu wątpliwości co do wzrastania dziecka i jego serduszka.

Przez całą trzecią ciążę – z bliźniaczkami – rozmawiałam z lekarzami i mówiłam im jak bardzo chciałabym urodzić naturalnie. Bardzo wyraźnie artykułowałam jak było to dla mnie ważne.  Rozmawialiśmy o wszystkich zagrożeniach i możliwych scenariuszach.  Druga bliźniaczka była w położeniu miednicowym, co napawało moją ginekolog niepokojem, ale ponieważ obydwa maluchy odpowiednio rosły, pod koniec ciąży lekarze zgodzili się spróbować ręcznego wydobycia drugiego „miednicowego” bliźniaka, po urodzeniu pierwszego.

Moja ginekolog obiecała mieć pieczę nade mną podczas porodu, nawet jeśli nie będzie jej na dyżurze. Postarałam się również, aby specjalista medycyny matczyno-płodowej obiecał mi swoją obecność przy porodzie, gdyż wiedziałam, że ręczne wydobycie płodu w położeniu miednicowym było dla niego mniej problematyczne niż dla mojej ginekolog. Kiedy jednak nadszedł czas przyjazdu do szpitala nie było żadnego z tych lekarzy.

Zdarza się dość często, że kiedy kobieta myśli, iż poród potoczy się w pewien sposób, przebiega on  zgoła odmiennie. Ważne jest, aby być na to przygotowanym i nadal jasno i otwarcie komunikować się  oraz być pewnym siebie, bez względu na to, co się dzieje.

Kiedy zgłosiliśmy się do szpitala, zajęła się nami bardzo troskliwa położna, która poświęcała nam dużo uwagi. Myślę, że to miało ogromne znaczenie. Powiedziałam jej, że chciałabym urodzić naturalnie, bez ingerencji. Wspierała mnie w tym. Potem przyszedł lekarz, więc znów zaczęłam mówić jak ważny jest dla mnie poród naturalny. I znów spotkałam się ze wsparciem. W końcu, kiedy przyszła lekarka dyżurna, powiedziałam jej jak bardzo fakt, iż jej nie znam wytrącił mnie z równowagi. Omówiłyśmy mój plan porodu. Pani doktor była BARDZO otwarta. Dała mi jasno do zrozumienia, że chce mnie wspierać. Równie jasno powiedziała mi, że chciałaby uniknąć rodzenia jednego bliźniaka  drogami natury, a drugiego przez cięcie cesarskie, jak również, że nie chce wykonywać ręcznego wydobycia położonego miednicowo drugiego płodu ponieważ był on o około pół kilo większy od pierwszego bliźniaka. Pani doktor powiedziała, że będzie chciała obrócić drugie bliźnię po porodzie pierwszego. Z tego powodu musiałam zdecydować się na znieczulenie zewnątrzoponowe.

Lekarka przebiła mi pęcherz płodowy i otrzymałam małą dawkę znieczulenia. Przez kolejne 3 godziny poród postępował dobrze. Przewieziono mnie na salę operacyjną (gdyż jest taki wymóg, aby porody podwyższonego ryzyka, jakim był poród drugiego bliźniaka, odbywały się na sali operacyjnej). Pierwsze dziecko urodziło się bardzo szybko – po 1 parciu. Myślę, że to dlatego, że to była już 3 ciąża. Potem przez około 20 minut lekarze usiłowali obrócić drugiego bliźniaka do położenia główkowego, ale córeczka nie obracała się. Wreszcie mała wstawiła się stópkami w kanał rodny. Zrezygnowana lekarka powiedziała, że teraz nie ma już szans na obrót i zapytała jak jestem nastawiona do porodu w położeniu miednicowym . Bez wahania zgodziłam się.

Poród przebiegł szybko i bez komplikacji. Sporo w tym zasługi pani ginekolog, która nie zawahała się i zaufała mi. Ale i tak najważniejsze jest zaufanie kobiety do samej siebie i jej wiara we własne siły!

joanna

Narodziny Zbyszka (Dania)

Powoli, ale skutecznie do celu. Dziś opowieść o pocesarskim porodzie Joanny:

Moja pierwsza ciąża, zupełnie niespodziewanie – jak to bywa – okazała się bliźniacza, jednokosmówkowa. Cały czas trzymałam kciuki za poród naturalny, ale szczerze mówiąc, liczyłam się z tym, że będzie cesarka. Tak też się stało; ciąża przebiegała prawidłowo (choć dziewczyny malutkie), miałam co dwa tygodnie USG, i w 35 tygodniu okazało się, że Krysia przestała rosnąć. Cesarka bez pytania, ze względu na ryzyko syndromu przetoczenia bliźniak-bliźniak (TTTS).

Przyznam, że przez pierwsze tygodnie życia dziewczyn, czas spędzony na neonatologii i potem z dwukilowymi drobnicami w domu, w ogóle nie myślałam o sobie i o porodzie, cała sytuacja była dość surrealistyczna i działaliśmy na dużym stężeniu adrenaliny. Dokuczało mi tylko to, że tak długo dochodzę do siebie. Nie miałam jednak pretensji do lekarzy, Pana Boga czy samej siebie, raczej byłam (i jestem) bardzo wdzięczna, że dziewczyny urodziły się zupełnie zdrowe i rozwijają się bez problemów.

Druga ciąża to już zupełnie inna historia, tym razem mocno nastawiałam się na poród naturalny. Chociaż przerwę miałam dość krótką – 20 miesięcy pomiędzy porodami – lekarze dawali mi zielone światło, z typowymi zastrzeżeniami: że bez indukcji, poród nie może się przedłużać, akcja powinna sprawnie postępować itd. Czekałam sobie spokojnie na rozwój sytuacji…

Nie wiem dlaczego, byłam przekonana, że urodzę raczej przed terminem, niż po, dlatego od 37 tygodnia już dość nerwowo wyglądałam oznak akcji. A tu nic. Dodatkowo stresował mnie fakt, że jak pisałam, lekarze wspominali, że lepiej nie przekraczać terminu (piszę „lekarze”, bo tu w Danii, gdzie odbyły się oba porody, nie ma lekarza prowadzącego, i na każdej kontroli w szpitalu można trafić na kogo innego. Jest położna prowadząca, ale ja się ze swoją widziałam tylko raz, bo urlopy, przekładane wizyty i zastępstwa). Najbardziej bałam się tego, że przekroczę termin, wezmą mnie po prostu na stół i pokroją, i nawet nie doświadczę naturalnego porodu (już nawet niechby się zakończył cesarką!). Mieć trójkę dzieci i nie próbować rodzić naturalnie to już przesada;)

Termin nadchodził, a ja byłam coraz bardziej zestresowana, te ostatnie tygodnie to psychicznie gorsza męka niż cała ciąża do tamtej pory… Po terminie ciągle nic, położna na kontroli zapisała mnie na wizytę w szpitalu za kolejnych 10 dni. Po drodze jakieś fałszywe alarmy, noce ze skurczami, które przechodziły, ja już zupełnie zmaltretowana psychicznie. Poza tym, nie wierzyłam w termin z USG, który był o tydzień wcześniejszy niż „cyklowy”, ale nikogo nie zdołałam przekonać.

Na kontroli w szpitalu okazało się, że jednak mogą wywołać poród, jeśli będzie choć lekkie rozwarcie i będą mogli przebić błony płodowe. Hurra! Po tych wszystkich skurczach, myślę sobie, cośtam na pewno się zadziało. Ale położna na badaniu mówi mi, że… nie wyczuwa w ogóle ujścia szyjki! („dziwne, pracuję pięć lat i nigdy mi się to nie zdarzyło”). Dostaję dwa dni odroczenia.

Za dwa dni inna położna doprowadza mnie do łez informacją, że jest 1,5 palca rozwarcia i można działać! Odsyła mnie na kilka godzin spaceru, po powrocie zaś oświadcza, że porodówka przepełniona i mam przyjść jutro. Kolejny dzień odroczenia, a już cała rodzina obdzwoniona…

W końcu, 22 października około dziewiątej rano, pewna miła położna przebiła mi błony. Po czym odesłała na porodówkę, gdzie kazano mi pójść na spacer i przyjść o 11. Już byłam tym wszystkim mocno zmaltretowana, męża jeszcze nie było po odwiezieniu starszych dziewczyn, a ja łażę po korytarzach szpitala i woda ze mnie leci… Już tylko chciałam, żeby to się wszystko skończyło. Zdążyłam już zapomnieć, że w efekcie urodzi się dziecko i o to zasadniczo chodzi.

Ale za to skurcze się szybko nasiliły, w końcu przyjechał mąż i poszliśmy na chwilę na słonko, a potem raźno na porodówkę. Po 12 położna, z którą miałam rodzić, zdecydowała o podaniu minimalnej dawki oksytocyny, żeby skurcze były bardziej regularne. Ten efekt nie został osiągnięty (przez cały poród właściwie), za to szybko ból stał się coraz bardziej ogłuszający, a ja podpięta pod KTG i kroplówki nie za bardzo miałam swobodę ruchu – nie musiałam leżeć, ale w plątaninie kabli nie dało się wiele zdziałać. Ponieważ w reakcji na ból moje ciało spinało się, położna zdecydowała, że lepiej dać znieczulenie (oczywiście, nie bez mojej sugestii). O 15 anestezjolog już był wezwany, a zjawił się cztery godziny później… niewiele z tego czasu pamiętam, raczej nie rozmawiałam, odmawiałam współpracy i nie chciałam, żeby mnie ktokolwiek dotykał;) Gdy ok. 20 dostałam znieczulenie, to miałam wrażenie, że zdjęło może 30% bólu, nie więcej – ale przynajmniej mogłam już leżeć i odpocząć trochę. Potem coś dodatkowo wstrzyknęli i mogłam nawet drzemać między skurczami. Położna, która przyszła na nocną zmianę, miała już ze mną o wiele łatwiej:)

Tak płynął czas, akcja postępowała dość wolno, ale stale. Cały czas myślałam, że uznają, że to już za długo i czas robić cesarkę – ale Zbyszka tętno było w porządku, więc rodziłam dalej. Około północy miałam już pełne rozwarcie, ale główka była wysoko. Gdy przyszły skurcze parte, miałam więc nie przeć… zdecydowanie najgorszy czas porodu! Wtedy dostałam gorączki, zaczęłam się trząść i chyba spadło mi ciśnienie… a główka Zbyszka ciągle była wysoko, więc o drugiej dostałam zielone światło do parcia, bo to już dwie godziny pełnego rozwarcia (co to za dziwne zasady? I co zmieniły te dwie godziny?).

Wreszcie, po 40 minutach parcia, o 2.38 urodził się nasz Zbyszek. Zdrowy, duży, wspaniały, i wszystkie bóle od razu minęły, inna jakość niż cesarka. Nie mogłam uwierzyć, że się udało! 15 dni po terminie. Paradoksalnie, chociaż nie miałam za sobą nieudanej próby porodu siłami natury, a cesarskie cięcie robiono mi z niezależnych ode mnie przyczyn, miałam dużą niepewność siebie i swojego ciała przed tym porodem. Tak to widocznie działa…

Brakowało mi jednej położnej czy lekarza, kogoś, kto znałby moją ciążę i rzeczowo wspierał – to duży minus rodzenia w Danii. Myślę, że pod koniec mogłam zawalczyć o wiele rzeczy, dodatkowe badania, cokolwiek – ale w moim stanie ducha szpitalny moloch mnie przygnębiał, chciałam zwiewać do domu, a nie dyskutować z położnymi. Kolejne dziecko to już koniecznie w Polsce! Przede wszystkim jednak cieszę się, że się udało, na pewno było warto. To wspaniałe doświadczenie.

To naprawdę cud!

Cuda zdarzają się tuż obok nas. Codziennie. Właściwie każde narodziny są takim cudem. Historia Ewy przekonuje o tym w wyjątkowo spektakularny sposób.

18 miesięcy temu po trudnym 16-godzinnym porodzie zakończonym cesarskim cięciem urodził nam się Michał. Kilka dni temu powitaliśmy na świecie Wojtka. Cudem urodzonego naturalnie.

            W 39 tygodniu ciąży o godzinie 1.00 w nocy dość spektakularnie odeszły mi wody płodowe, czyniąc z naszego łóżka basen w kilka sekund. Po około pół godziny rozpoczęły się skurcze. Od razu dość silne i częste (co około 6 minut). Około 2.30 zameldowaliśmy się na izbie przyjęć (skurcze co około 4 minuty). Początki porodu były nawet przyjemne tzn. skurcze, choć silne, dało się znosić i był przy mnie ukochany Mąż. Około godziny 5 rozwarcie było tylko na 2 palce. Położna zaproponowała wejście do wanny. Po prawie 3 godzinach silnych skurczy w wannie rozwarcie zwiększyło się do… 4. Byłam załamana, zmęczona, bez nadziei na powodzenie. Po kolejnych dwóch godzinach- bez zmian. Położna zaleciła oksytocynę. Nie było wyjścia, skoro rozwarcie nie następowało. Działanie oksytocyny zrobiło swoje- skurcze znacząco się nasiliły. Zaczęłam wyć (wcześniej ładnie śpiewałam „AAaaaa” na wydechu). Rozwarcie zwiększyło się do 5. Ja jednak nie wytrzymywałam bólu, dostałam znieczulenie… (rozumowo go nie chciałam, ale ciało było już na jakimś skraju).

Nastała chwila wytchnienia. Czułam skurczające się mięśnie, ale nie ból. Nadzieja wróciła. Chciałam się jak najwięcej poruszać, ale ponieważ tętno Malucha co chwila spadało musiałam być pod KTG. Po ponad godzinie znieczulenia rozwarcie 7-8, a po kolejnych dosłownie 20 minutach- pełne. Zaczęłam czuć skurcze parte, znieczulenie przestawało działać. Jeśli przed przyjęciem znieczulenia myślałam, że bardziej już nie może boleć, to… myliłam się. Teraz wyłam już jak dzikie zwierzę obdzierane ze skóry. Nie mogłam powstrzymać mojego ciała przed krzykiem. Po godzinie skurczy partych główka nadal nie schodziła w dół. Kolejna godzina również nie przyniosła zmiany. Lekarz zadecydował o konieczności przeprowadzenia cesarskiego cięcia. Byłam bardzo zła na siebie, czułam, że znowu sobie nie poradziłam. Nie tak miało być! Robiłam w duchu wyrzuty Panu Bogu, przecież tyle modliliśmy się o dobry porób, tak się starałam… „Gdzie jest Twoja moc?”- pytałam Go w myślach.

W pełni przygotowano mnie do cięcia (łącznie z zacewnikowaniem). Dostaliśmy znak, że sala operacyjna jest gotowa i na wózku wywieziono mnie z porodówki. Zanim jednak zamknęły się drzwi z porodówki obok wybiegła położna z informacją, że rodzące się u niej dziecko straciło puls i konieczna jest szybka cesarka. Zawrócono więc mój wózek i w mgnieniu oka znalazłam się obok tego kosmicznego fotela do rodzenia, a położna z „moim” wózkiem pobiegła na porodówkę obok i na salę operacyjną przygotowaną już dla nas. Z tego co wiem, dziecko i mama mają się dobrze. A tymczasem u nas…

Nie chciałam wejść na fotel. Padłam na czworaka na podłogę i starałam się dożyć przygotowania drugiej sali operacyjnej i ściągnięcia lekarza. Uczucie parcia było bardzo bardzo silne. Nie wierzyłam jednak, że w położeniu dziecka coś się zmienia. Przecież nie zmieniło się przez tyle godzin! Z relacji Męża wiem, że w pewnym momencie zauważył zmianę kształtu mojego krocza i jakby coś napierającego. W tej samej chwili praktykantka, która była z nami wybiegła z porodówki. Za kilka sekund wróciła z położną i lekarzem. Kazano mi wejść na fotel. Teraz wszystko trwało już minuty. Kazano przeć. Pojawiła się główka, a po chwili Wojtek urodził się cały!!!

            Niestety okazało się, że wychodził źle obróconą główką i praktycznie dwoma ramionkami na raz. W związku z tym nieźle mnie porozrywał… Bardzo krwawiłam, więc zszywano mnie najszybciej jak się dało. Początkowo bez znieczulenia. Wojtek urodził się szaro- bordowy, więc szybko zabrano go na badania. Gdy zatamowano już największe krwawienie urodziło się łożysko. Niekompletne… Znów więc szybka akcja- przełożono mnie na łóżko i zawieziono na łyżeczkowanie. Tam też doszyto mnie do końca. Okazało się, że ponieważ straciłam ponad 2 litry krwi muszę zostać na sali pooperacyjnej (choć łyżeczkowanie operacją nie jest), bo od wyniku krwi będzie zależało, czy nie trzeba zrobić mi transfuzji… Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień…

            Okazało się jednak, że obejdzie się bez transfuzji. Z Wojtkiem wszystko w porządku. Ze mną również, bo chociaż poród był bardzo trudny doszłam do siebie dużo szybciej niż po cięciu. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Poród drogami rodnymi to zupełnie nowe i niesamowite doświadczenie!

Długa opowieść o długim powitaniu Krzysia (Łódź)

Czasem poród bywa długi i intensywny, choćby ze względu na mniej optymalne ułożenie maleństwa. To jeden z momentów, kiedy znieczulenie zewnątrzoponowe jest prawdziwym błogosławieństwem pozwalającym mamie na odpoczynek konieczny, aby „dokończyć dzieła”. Zapraszam do przeczytania inspirującej historii Agaty:

prolog:

21 miesięcy temu przez cesarskie cięcie „na zimno” (ze wskazań okulistycznych) urodził się Janek. Dziś – ku mej radości – tamte wskazania do cc są już nieaktualne, więc zdecydowałam, że podejmę próbę porodu drogami natury. Bałam się, a jakże, i to jak! Przez całą ciążę dawkowałam sobie wiedzę dotyczącą porodu, przekonywałam większość świata (z ginekologami na czele, niestety), że wiem, co robię, wysłuchałam i przeczytałam setki porodowych opowieści, obejrzeliśmy z M. dziesiątki filmików na YT, odwiedziliśmy kilka porodówek, żeby zdecydować, gdzie będzie nam najprzyjaźniej, wreszcie umówiliśmy się z położną, którą wybraliśmy, by towarzyszyła nam w porodzie.

piątek, 24:00, 9 dni po „oficjalnym” terminie, za to mniej więcej równo z terminem nieco mniej oficjalnym:

Wlokąc się od komputera do łazienki czuję coś nowego – mocny ból w podbrzuszu, trwający dobrych kilkadziesiąt sekund. Myję się i idę do łóżka, wierząc, że jak mam zacząć rodzić, raczej tego nie prześpię.

Noc mija zaskakująco spokojnie, po raz pierwszy od wielu tygodni śpię twardo, nie muszę latać co pół godziny do łazienki jak kot z – nomen omen – pęcherzem.

sobota, 5:00:

Budzi mnie taki sam ból w podbrzuszu. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że oto zaczyna się rodzenie Krzysia. Podekscytowana nie mogę spać, sięgam po kindla, czytam (albo wydaje mi się, że czytam, bo w sumie to nie pamiętam nic z tej książki), zerkając co chwila na zegarek i czekając na kolejne skurcze. Do 6:00 pojawiają się jeszcze trzy, dalej znów dość regularnie co 20, potem co 15 minut.

Budzi się starszy synek, mąż idzie się nim zająć, w przelocie uprzedzam go, że chyba dziś przywitamy Krzysia.

Śniadanie, nocnik, czytanie książek z Jankiem, dopakowywanie szpitalnej torby, ciepła kąpiel na sprawdzenie, czy skurcze się nie wyciszą (nie wyciszyły się, za to odkryłam, że w wodzie są znacznie bardziej do zniesienia). Telefon do mamy, żeby przyjeżdżała – ktoś musi zająć się Janeczkiem.

sobota, 9.30:

Przy skurczach co ok. 10 minut telefon do położnej Doroty – przyjmuje właśnie poród domowy, być może nie zdąży do nas dotrzeć (liczyliśmy się z tym), wysyła nas do szpitala na badanie.

Do szpitala docieramy jakoś między 11 a 12, pół godziny ktg (na worku sako:)), podczas którego z trzech „skurczybyków” (zaczynają być coraz mocniej odczuwalne) zapisuje się tak naprawdę jeden, zero rozwarcia, położna odsyła nas do domu, mamy wrócić, jak skurcze będą co 5 minut i taki stan utrzymywać się będzie od min. 2 godzin. Dorota przez telefon dorzuca jeszcze: odpoczynek, kąpiel, a jak będzie przypływ energii – kilka kursów po schodach w dół.

Obiad, kąpiel, schody, kąpiel, drzemka z Jankiem (połączona z karmieniem piersią – mam wrażenie przyspieszenia i wzmocnienia skurczy). Ból staje się coraz bardziej dotkliwy, zaczynam wydawać z siebie pojękiwania i postękiwania, skurcze zagęszczają się.

Czujemy się trochę pogubieni, bo – choć mocne i bardzo regularne – wydają nam się nieco za krótkie w stosunku do tego, co mamy wtłoczone do głowy, a może po prostu źle mierzymy, a może po prostu nie ma na to reguły…

sobota, 19.30:

Od ponad 2 godzin co 4-5 minut zwalają mnie z nóg silne skurcze, żegnamy się zatem z rodzinką i ruszamy do szpitala. Ktg ok, ale nadal zero rozwarcia. Zatrzymują mnie jednak na sali przedporodowej ze względu na „figury, jakie nam tu pani prezentuje przy tych boleściach” (a po cichu dodają, że jak w domu jest małe dziecko, to lepiej, żebym tu w nocy hałasowała, i to mnie w sumie przekonuje). Mam wrażenie, że w spojrzeniu położnej jest coś w rodzaju: „Oj dziecko, chyba byś już bardzo chciała urodzić, a to na pewno jeszcze nie to!” – werbalizuje to zresztą lekarz, który za jakiś czas wpada do mnie na salę.

Nikt mi nie wierzy, każą spać. Gratuluję pomysłu – ból staje się powoli naprawdę męczący…

Boję się tej nocy, „nasza” położna Dorota jest na dyżurze w innym szpitalu, może przyjechać dopiero rano. Mąż pogłaskuje mnie co jakiś czas i w bezsilności przysypia na krzesełku. Ja skręcam się już co 3-4 minuty. Co 2-3 godziny mam ktg i badanie – wciąż rozwarcia brak, choć jakoś nad ranem szyjka zaczyna się centrować. Położna cały czas ochrzania mnie, że nie śpię, a ja mam ochotę ją zjeść ze złości! Łzy lecą mi ciurkiem, zmęczenie i ból dają ostro w kość. Jeszcze wieczorem dzwonię do Magdy, doświadczonej matki. Kochana, empatyczna osoba – zamyka się w łazience, żeby nie pobudzić trójki swoich dzieciaków i funduje mi najważniejszą terapię w życiu. Przestaję się mazać, zaczynam porządnie oddychać, poruszając się zgodnie z instrukcjami Magdy (potrzebne mi to było bardzo, choć przecież doskonale teoretycznie wiedziałam, co robić). Noc spędzam ze słuchawkami w uszach (Nosowska:)), chodząc po sali jak bocian, opierając się o parapet i kołysząc biodrami, czasem padając na kolana w szczególnie dotkliwym skurczu. Ok. 4 wysyłam M. do domu, żeby chociaż on złapał trochę snu – lepiej się czuję sama w swoim bolesnym roztańczeniu w ciemności.

niedziela, 6:30:

Tuż przed zmianą personelu położna przychodzi po zapis ktg i robi mi kolejne badanie. Im głębiej wsuwa palec, tym szerzej otwiera oczy – 4 centymetry! Po ponad dobie regularnych skurczów, zaczęłam „oficjalnie” rodzić, można mnie przenieść na porodówkę, mam dzwonić po męża i Dorotę i szykować się na działanie (jakbym dotąd leżała i pachniała, hahaha!)

niedziela, 9:00:

Przyjeżdża Dorota i bierze nas w obroty. Wszystko zaczyna nagle przyspieszać. Mam lekkie mroczki przed oczami – za mną długi dzień, nieprzespana noc i dużo bólu. Dalszy ciąg pierwszej fazy porodu staramy się przeżyć aktywnie – spacery po sali, bujanie na piłce, co jakiś czas szybki nasłuch ktg. Dorota zauważa, że mój brzuch jest bardzo niesymetryczny – okazuje się, że Krzyś ułożony jest mocno skosem. Co jakiś czas kładę się więc na prawej stronie, głaszczemy malca, żeby „spłynął”, ale niewiele to daje. Później dowiemy się, że to właśnie dlatego tak długo miałam skurcze bez rozwarcia – dziecko nie wstawiało się w kanał rodny pionowo, tylko ukośnie, zapewne pomogłam mu „wcelować” tym nocnym chodzeniem i bujankami.

niedziela,  10:30:

Siedzę na piłce, już nie powstrzymuję skurczowych okrzyków, drę się jak zarzynane zwierzę. Dorota proponuje przebicie pęcherza płodowego – mam dużo wód, więc macica nie pracuje na pełnych obrotach, bo jest… pełna wód. Jestem bardzo zmęczona, to może pomóc, więc wyrażam zgodę. Przebicie jest zupełnie bezbolesne, tylko uczucie wylewania się ciepłego płynu trochę dziwne. M. kuca za mną i pomaga mi bujać biodrami pomiędzy skurczami, przytula, kiedy płaczę z bólu. W pewnym momencie mam wrażenie, że odlatuję, nie wiem, czy zasypiam, czy mdleję. M. zauważa, że od jakiegoś czasu zupełnie zesztywniałam i nawet na siłę trudno mu mnie kołysać. Po szybkim rozważeniu za i przeciw (jest 5-6 cm, najgorsze i najdłuższe za nami, ale jeszcze mnóstwo wysiłku przede mną), decydujemy się na znieczulenie.

Wbijanie cewnika w kręgosłup i czekanie (=leżenie płasko), aż epidural zacznie działać wspominam chyba najgorzej z całego porodu – żadna to przyjemność, biorąc pod uwagę, że co 2-3 minuty szarpały mną skurcze. Ale jak już wreszcie mnie znieczuliło, zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebowałam. Nie miałam „dolewki”, wystarczyła mi godzina leżenia i nieczucia  praktycznie żadnego bólu, żeby trochę się zregenerować. Wyluzowałam się do tego stopnia, że w ciągu kilkudziesięciu minut osiągnęliśmy pełne rozwarcie, akurat wtedy kiedy znieczulenie przestało działać, czyli idealnie.

niedziela, 11:50:

Zaczynamy jazdę bez trzymanki pt. druga faza porodu, czyli arie operowe i pieśni plemienne przy bólach partych.

Prę w kucki, wisząc na drabince, siedząc na kibelku jak na leżaku, znowu w kucki, wreszcie, kiedy opadam z sił – leżąc na boku. Boli jak diabli, z tego bólu mam momentami problemy z prawidłowym oddychaniem (na szczęście Dorota i mąż bardzo mnie pilnują i wspierają, żebym nie wrzeszczała nieefektywnie). Z każdą chwilą czuję, że Krzyś jest coraz niżej, że już niedługo się spotkamy, co dodaje mi sił do dalszego parcia, choć – jak się okaże –będzie ono trwać aż dwie godziny.

Ból staje się coraz silniejszy, już nie tylko taki „z głębi”, ale i czysto powierzchowny, namacalny – czuję jak rozciąga mi się skóra, piecze. Leżę na boku z nogą do góry, odmawiam przejścia w kucki (ja, która twierdziłam, że tak właśnie urodzę!!!), bo czuję, że każda większa zmiana wytrąci mnie z transu rodzenia. Nie pozwalam M. podać mi wody, nie chcę dotknąć główki, gdy Dorota pyta, czy Janek też miał takie czarne gęste włoski, chcę tylko mieć już Krzysia w ramionach. Wobec mojego oporu w kwestii zejścia z łóżka, Dorota robi jakieś okołsprzętowe czary-mary i nagle siedzę na samym skraju fotela z nogami w dół, ona na podłodze (a może niskim stołku?), jedno mmmmocne parcie, a potem mam już tylko zdmuchnąć sto urodzinowych świeczek. M. (który zarzekał się, że będzie cały czas siedział przy mojej głowie, bo raczej nie ma ochoty obserwować centrum akcji), trzyma mnie za rękę i mocno odchyla się, gapiąc się rozradowanymi oczami między moje nogi. Czuję bardzo mocne rozepchnięcie, dmucham te urodzinowe świeczki (jest ich naprawdę ze sto – niech nam żyje Krzyś długo i zdrowo!), czuję ulgę, chociaż coś dużego wciąż powoli wyślizguje się ze mnie…

niedziela, 13:47:

Dorota podaje mi na brzuch Krzysia, mojego drugiego synka. Mały po chwili cicho skrzeczy, ale zaraz skupia się na czymś innym – wyczuł, że bar mleczny jest bardzo blisko:)

Otulamy go pieluchami, patrzymy jak zaczarowani. Otwiera oczy, cmoka, ma dość mocno zniekształconą (na skos, rzecz jasna) główkę, ale potem okaże się, że to wyrówna się dosłownie w okamgnieniu.

Pępowina powoli przestaje tętnić, M. ją przecina. Karmię Krzysia, tulimy go razem. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim rodzę łożysko (wyskakuje jak z procy, cóż to dla mnie za wysiłek;)), Dorota zaszywa malutkie pęknięcie (pierwszego stopnia). Po prawie 2 godzinach M. z Dorotą idą zmierzyć i zważyć Krzysia: 3900 g / 59 cm. Schodzi się reszta personelu, żeby nam pogratulować. Czuję ich podziw, a od tego lekarza, który wieczorem mówił, że to jeszcze nie poród, słyszę coś w rodzaju przeprosin.

Rodziłam tak długo, bo Krzyś witał nas nie dość, że skosem (wydłużenie 1. fazy porodu), to w dodatku buzią do góry, czyli w ułożeniu potylicowym tylnym/”twarzyczka pod spojeniem” (wydłużenie i utrudnienie fazy parcia, często kończące się niestety cc lub kleszczami). Na szczęście nie wiedziałam o tym, bo zblokowałabym się pewnie na amen. Położna monitorowała często słuchawką akcję serca małego, chyba zdążyła powiadomić lekarza (mam wrażenie, że niebieski fartuch często migał w drzwiach jakoś pod koniec), ale ja do końca parłam w słodkiej nieświadomości, i bardzo się z tego cieszę.

Do pięciu odlicz, czyli jak liczyłam nogi od krzeseł…(Warszawa)

Najważniejsza jest możliwość podejmowania przez kobietę rodzącą świadomych wyborów – gdzie, z kim i w jaki sposób urodzi. Szczególną wagę ma to w przypadku porodu po cięciu cesarskim. Zapraszam do przeczytania historii Joanny.

Trudno nie porównywać dwóch tak różnych porodów… Być może dlatego ten drugi, upragniony – drogami natury – wydaje mi się dziś idealny. Bo ten pierwszy znacznie odbiegał od oczekiwań i wyobrażeń, choć przecież odbył się w tym samym szpitalu.

Pierwszy poród zakończył się cesarskim cięciem z powodu braku postępu po dwóch godzinach parcia – dziś wiem, że wywoływanie porodu tylko dlatego, że lekarz tak sobie życzy, jest pierwszym krokiem w stronę cesarki. Wtedy nic nie układało się tak, jak chciałam, ale też byłam mocno zdezorientowana i wymęczona przez atmosferę, panikującą młodą położną i wlewaną we mnie oksytocynę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, choć bardzo długo nie mogłam się pogodzić z cesarką.

To było prawie cztery lata temu.

W drugiej ciąży nie usłyszałam od mojej ginekolog ani słowa na temat konieczności cesarki. Kiedy w moim brzuchu pojawił się S., minęły prawie trzy lata od poprzedniego porodu – ryzyko związane z blizną było małe, a na każdym USG prosiłam o skontrolowanie jej szerokości. Moja pani doktor przygotowywała mnie na to, że wszystko się okaże i takie przyjęłam założenie: chcę urodzić naturalnie, a najwyżej… cesarkę już przerabiałam.

Termin miałam na 11 listopada, ale wcale nie miałam ochoty czekać tak długo! Jesień, każde wyjście z domu, wizyty u lekarza i laboratorium były męczące. Tym razem jednak nie pomagałam organizmowi jak przy pierwszej ciąży – nie piłam wywaru z liści malin. Nie masowałam też krocza, ponieważ wymagałoby to użycia parafiny, którą skreśliłam jako substancję ropopochodną. Co ma być, to będzie – z takim nastawieniem 3 listopada pojechałam z mężem i starszym synkiem do znajomych, gdzie dopadł mnie gigantyczny głód i dosłownie zmiotłam ze stołu wszystkie lepsze kąski.

– Oj – powiedziałam do męża.

– Rodzisz? – spytał.

– E, tak zabolało tylko.

Po wizycie w gościach zawieźliśmy synka do babci na noc, a w drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do kolegi.

– Jakie masz fantastyczne schody! – zawołałam, widząc jego drewniane schody do piwnicy. Wiadomo, chodzenie po schodach pomaga w przygotowaniu szyjki macicy do porodu… Nie mogłam nie skorzystać!

– Oj – znowu powiedziałam do męża.

Pojechaliśmy do domu, było po 22:00. Legliśmy na kanapie i włączyliśmy odcinek serialu.

– Oj – powiedziałam, kiedy film się skończył. – To ja idę do wanny. A ty coś zjedz.

Czułam, że skurcze, które pojawiały się od trzech godzin najpierw sporadycznie, potem coraz częściej, nie ustępują. Nie były bolesne, natomiast coraz intensywniejsze. Odszedł mi czop śluzowy. Całe szczęście, nie tak jak poprzednio, z krwią, która nie chciała przestać lecieć.

Weszłam do wanny i pomyślałam od razu, jakie to szczęście, że starszy jest u babci. Umyłam się, ubrałam i zajrzałam do męża. Pożarł jajko na miękko i stał gotowy do działania.

– Torba do szpitala i jedziemy.

Wziął moją gigantyczną torbachę, która i tak zawierała o wiele mniej rzeczy niż poprzednio, i zeszliśmy do samochodu. Skurcze nasilały się, kiedy szłam albo stałam. Kiedy usiadłam na fotelu auta, ustały.

– Hm, może ja wcale nie rodzę, co?

Za chwilę jednak skurcze wróciły i wątpliwości znikły. Jechaliśmy przez pustą, ciemną Warszawę, ciesząc się, że przynajmniej można spokojnie dojechać do szpitala i może nawet zaparkować pod nim…

Kiedy weszliśmy do rejestracji, ból zaczął gwałtownie przyrastać, skurcze się nasiliły – aż się zdziwiłam, bo przecież to dopiero początek. Mąż musiał mnie masować w szczególnym miejscu na dole pleców, wskazanym nam kiedyś przez położną. Rejestracja trwała tak długo! Papiery, podpisy… i dopiero na badanie. Które było zresztą bardzo nieprzyjemne, z niewiadomych przyczyn lekarka nie mogła się dostać tam, gdzie powinna, i podczas szukania szyjki miałam ochotę ją kopnąć i uciec. To była chyba najgorsza część porodu! W końcu orzekła, że rozwarcie jest małe, 1 cm, ale jest, więc mnie przyjmą.

– Próbuje pani naturalnie? – to było jedyne pytanie – zadane przez panią w rejestracji – które dotyczyło mojej cesarki. Nikt mi niczego nie sugerował, nie próbował wpłynąć na decyzję. Brawo dla szpitala!

– Pewnie, że próbuję.

Między skurczami, które pojawiały się teraz zupełnie nieoczekiwanie, musiałam jeszcze coś podpisać, a potem czekać na położną. Ból był duży, promieniował z dołu brzucha i czułam się wobec niego trochę bezradna. Pamiętałam o zasadzie oddychania i tej zasady trzymałam się już do końca porodu – głębokie wdechy przeponą, głośne wypuszczanie powietrza, i na tym się skupić. Szukałam wzrokiem czegoś, co mogłoby mi pomóc liczyć te oddechy – na przykład nogi od krzesła. Jeden wdech – jedna noga, i tak w kółko, aż skończy się skurcz. Zwykle starczało pięć–sześć wdechów.

Mąż jeszcze pobiegł do samochodu po torbę porodową, a ja już nie wiedziałam, czy mam się przechadzać, czy siadać, czy masować sobie sama plecy… W końcu mąż wrócił i pojawiła się położna. Zaprowadziła nas do sali porodowej, świeżo po remoncie, naprawdę rewelacyjnej. Trochę mnie zbadała, zrobiła KTG, którego nie znoszę, przygotowała też worek z pestkami wiśni podgrzanymi w mikrofali – wspaniale było nim masować dolą część pleców! Worek był gorący, ale to przynajmniej odwracało uwagę od bólu, który narastał. Przyjmowałam pozycję na czworakach na łóżku porodowym – miałam stamtąd dobry widok na krzesło na kółkach z pięcioma nogami. Wciąż o jedną za mało, ale i tak pozwalało mi się skupiać na oddychaniu…

Moje myśli były skoncentrowane na dwóch rzeczach: jak najszybciej dostać znieczulenie i zebrać siły. Wynikało to z moich poprzednich doświadczeń, kiedy znieczulenia nie dostałam, ponieważ anestezjolog się spóźnił, i w końcowej fazie porodu czułam, że sobie nie poradzę. Tym razem postanowiłam, że urodzę naturalnie, ale wspomogę się ZZO. Nie było przeciwwskazań, wyniki krwi miałam dobre, przyszedł anestezjolog (nawet miałam siły zapamiętać, że był bardzo przystojny) i spytał, czy przy znieczuleniu do cc nie miałam komplikacji. Nie miałam. Dobrze pamiętałam ten przyjemny moment, kiedy cały ból odpływa i człowiek może się odprężyć. Wszystko było podobnie – ukłucie w kręgosłup, lekkie szczypanie i rozlewanie się po plecach ciepła. Po chwili byłam zdumiona, że wszystko przestało boleć.

– Niech się pani zdrzemnie – powiedziała położna i przykryła mnie prześcieradłem. Nie trzeba było mnie namawiać! Czułam skurcze jako lekkie napinanie się brzucha. Mąż siedział obok na fotelu i trzymał mnie za rękę – wkrótce oboje przysnęliśmy. Trochę się budziłam, piłam dużo wody, poszłam też parę razy siku, choć było trudno.

W pewnym momencie, już nad ranem, poczułam, że skurcze się zmieniły. Poprosiłam męża, żeby poszedł po położną. Przyszła z anestezjologiem.

– Proszę mi powiedzieć – zapytałam anestezjologa – czy to znieczulenie przestaje działać, czy to już parte?

– To pani powinna mi powiedzieć – odpowiedział wyraźnie rozbawiony.

– Chyba już rodzę – odpowiedziałam.

Położna mnie zbadała, powiedziała, że jest jakieś 7 cm rozwarcia i… zmieniła ją inna położna. Wcale mi to nie przeszkadzało, przecież świadomie wybraliśmy taką wersję, że położna będzie szpitalna i już.

Czułam nasilające się parcie na wszystko, co znajduje się w sąsiedztwie macicy.

– Dlaczego to nie boli tak, jak pamiętam, że powinno? – pytałam nowej położnej, zresztą bardzo fajnej. – Przecież znieczulenie nie działa na bóle parte.

– To zależy – odpowiedziała. – Może u pani działa.

Przyznaję, że już nawet nie pamiętam, czy było jakieś KTG, pewnie było sprawdzanie tętna i tyle. Szukałam odpowiedniej pozycji – dobrze się czułam na łóżku porodowym, gdzie mogłam na przykład kucać, a w wolnej od skurczu chwili po prostu się położyć.

– Ja już chciałabym przeć – powiedziałam w pewnej chwili, choć pamiętałam o tych 7 cm, ale uczucie parcia było narastające i nieokiełznane. Czułam się jak… jak… chyba można powiedzieć jedynie „jak rodząca”! Czułam wielką chęć wydania dziecka na świat, dziecka, które bardzo chciało już wyjść.

– Proszę spróbować.

Niedługo potem odeszły wody – chlusnęły sobie do specjalnej dziury w łóżku. Sprytne.

Wstałam i kucnęłam, trzymając się oparcia łóżka, które zamieniło się w fotel. I zaczęłam przeć… Mąż, zachęcany przez położną, masował mi piersi. Czułam bardzo dobrze, kiedy uwalniała się oksytocyna dzięki pobudzeniu brodawek – skurcz był znacznie efektywniejszy!

I właśnie wtedy, podczas kolejnego skurczu, kiedy nic właściwie się nie zmieniało, ogarnęło mnie zwątpienie. Po co to wszystko? Znowu się nie uda. Nie umiem urodzić. Pewnie znowu skończy się cesarką. Ile to już trwa? Skurcz za skurczem, prę i prę, nic się nie dzieje. Zaraz powiedzą, że idę na stół.

– Proszę krzyczeć! – zaleciła położna. – Proszę krzyczeć „A-a-a-a-a”!

Krzyczeć? Po co? Nie czułam bólu, skupiłam się cała na wielkim wysiłku, żeby współpracować z tą ogromną pulsującą siłą wypierającą dziecko na świat. Zaciskałam oczy, bo tak kazał okulista (mam dużą wadę wzroku), oddychałam w miarę głęboko i w mojej głowie nie było tu już miejsca na kolejną czynność!

I wtedy właśnie nadszedł taki skurcz, że poczułam sporą zmianę.

Położna była cały czas blisko, masowała krocze, żeby ochronić je przed pęknięciem, więc oczywiście zobaczyła, że nastąpił przełom.

– Rodzimy! – zawołała przez drzwi do niewidocznego personelu, a mnie zaproponowała zmianę pozycji na plecy z podniesioną nogą (musiało ciekawie wyglądać!) i powiedziała:

– Teraz proszę przejść ten skurcz bez parcia!

Łatwo powiedzieć… Całe moje ciało żądało zaangażowania się w ten skurcz i właściwie nie wiem, czy to się udało. Nic nie bolało, natomiast krocze zaczęło piec, jakbym miała w sobie żywy ogień. Postanowiłam sobie, że wytrzymam i już – skupiłam się na tym, że takie doświadczenie przeżywam po raz pierwszy w życiu, może i ostatni. Intensywność doznań była tak duża, że znowu zapomniałam o „a-a-a-a”. Położna mnie upomniała. Mąż masował piersi i podtrzymywał.

– A teraz proszę przeć ze wszystkich sił!

No to poszło…

– Jest pani kobietą z dwiema głowami!

Ha ha ha, mąż w śmiech, ja w śmiech, ale to chyba nie koniec.

Jeszcze jeden skurcz i słyszę:

– Śluuuuplplpl!

To mnie jeszcze bardziej rozśmieszyło. Widzę, że mąż podskakuje z radości, sama się śmieję i czekam, co to będzie. Tego jeszcze nie było!

Pieczenie ustało, choć dziwne wrażenie między nogami trwało i trwało.

Za chwilę synek wylądował na mojej klatce piersiowej. I tak się ucieszyłam! A potem rozpłakałam.

Byłam z siebie taka dumna!

*

Dziś synek ma prawie pół roku. Choć poród był wspaniały, czekały nas różne przygody na neonatologii (S. nie płakał, jak należy), które na szczęście zakończyły się dobrze. S. urodził się o kilogram mniejszy niż jego brat (3 a 4 kilo to różnica…), ja byłam znacznie bardziej świadoma, poród nie był wywoływany, nikt mnie nie poganiał, mogłam skorzystać z ZZO i się zdrzemnąć, była noc, więc w szpitalu spokój i nie kręcili się np. studenci, położna była obecna tylko wtedy, kiedy było to konieczne… Znaczną różnicę poczułam po samym porodzie: kiedy położna zbadała łożysko i opatrzyła moje obtarcia (krocze bez interwencji), wstałam i poszłam do wanny. Nie czułam zmęczenia ani bólu. Na pewno działały hormony, których przy cesarce się nie odczuwa. Nie mówiąc o różnicy między naturalną oksytocyną a tą z kroplówki. Po cesarce leżałam kilka godzin i nie mogłam się ruszyć, nie mogłam jeść ani pić. Po tym porodzie byłam taka głodna, że zjadłam całe paskudne szpitalne śniadanie!

I jeszcze jedno. Nie żałuję ZZO, choć na pewno byłabym jeszcze bardziej dumna z porodu zupełnie naturalnego. Najważniejsza jest możliwość wyboru i cieszę się, że miałam ją właściwie we wszystkich aspektach tego drugiego porodu. Takiego życzę każdej mamie.

Joanna

Poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich w 42 tygodniu i 6 dniu ciąży (USA)

Dwa wcześniejsze cięcia cesarskie, ciąża mocno przeterminowana, kilka serii skurczy przepowiadających, narodziny dopiero po 15 godzinach od odejścia wód płodowych. Oto historia bardzo zdeterminowanej mamy, która pokonała wiele trudności, aby urodzić drogami natury. To także przykład wspaniałego lekarza-położnika, który podjął się wspierania tej mamy w jej decyzji o naturalnym porodzie po 2 CC.

 

Oryginał postu oraz zdjęcia na: http://birthwithoutfearblog.com/2012/05/22/vba2c-at-426-weeks/

„Trzeba troszkę dać, trzeba troszkę wziąć,

I pozwolić sercu troszeczkę pęknąć.

To historia miłości, to wspaniałość miłości.”[1]

Żeby opowiedzieć historię Bunni Larue, muszę przedstawić trochę wcześniejszych wydarzeń. Historie Sylvii Joleigh i Justusa Brooksa są skondensowane, ale podpowiedzą wam w jaki sposób podchodziłam do porodu Bunni.

Mój mąż i ja poznaliśmy się w chatroomie Yahoo w styczniu 2005 roku. On był w tamtym czasie żołnierzem służącym w Korei, ja zaś studiowałam w Nowym Jorku. Spędziliśmy parę miesięcy rozmawiając tylko przez telefon. W czerwcu 2005 roku pojechałam po raz pierwszy się z nim spotkać. Wydawało się jakbyśmy od zawsze byli razem. Pobraliśmy się w maju 2006 roku. Od tego czasu, mąż służył rok w Korei, dwa lata w Iraku i rok w Afganistanie. Byliśmy wydelegowani do Ft. Hood  w stanie Teksas i Ft. Richardson w stanie Alaska.

W jakiś sposób w tych miejscach byliśmy w stanie spłodzić 3 ukochanych dzieci. Zajęło nam półtora roku, żeby dać życie Sylvii. W pewnym momencie myśleliśmy nawet, że może nie będziemy mogli mieć dzieci. Więc nie posiadaliśmy się z radości kiedy okazało się, że jestem w ciąży. Mąż był na misji i przyjechał do domu na połówkowy urlop zaraz przed tym jak zaczął się poród. Sylvia urodziła się o 3.18 nad ranem, 18 grudnia 2008 roku, dokładnie w 39 tygodniu ciąży. Ważyła 3630g i mierzyła 48 cm. Miałam zapalenie błon płodowych, co doprowadziło do koniecznej nieplanowanej cesarki w znieczuleniu ogólnym i tygodniowego pobytu dziecka na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka. John [mąż] nie mógł być przy porodzie z powodu zastosowania nieczulenia ogólnego. Dzień po tym, wróciliśmy z Sylvią do domu ze szpitala, mąż musiał wracać na służbę do Iraku i nie widział jej aż do czasu gdy miała 6 miesięcy. Sylvia otrzymała imię po swojej babci. Sylvia to także bogini lasu i matka założycieli Rzymu – Remusa i Romulusa. Jo i Leigh to drugie imiona naszych matek.

W ciągu 6 miesięcy od powrotu Johna do domu znów zaszłam w ciążę! Jestem prawie pewna, że ten magiczny moment miał miejsce w noc pierwszych urodzin Sylvii… Następne 9 miesięcy było strasznie stresujące. Kilka razy przeprowadzaliśmy się, a John pojechał do Afganistanu dokładnie rok po powrocie z Iraku. Justus urodził się 59 minut po północy, 17 września 2010 roku, w 42 tygodniu ciąży. Ważył 3515g i mierzył 50 cm. Planowałam urodzić naturalnie w domu (HBAC[2]) w Nowym Jorku. Rodziłam w domu przez 48 godzin. Nie pamiętam dokładnie czasu, ale myślę, że miałam prawie pełne rozwarcie przez 7 godzin. Jednak moja szyjka zaczęła puchnąć przy 9.5 cm nie rozwierając się całkowicie. Kiedy moja położna przebiła pęcherz płodowy, wody były zabrudzone smółką. Biorąc pod uwagę kilka czynników, zdecydowałam się na transfer do szpitala i w końcu również na cesarkę. Okazało się, że synek był w ułożeniu potylicowym tylnym z główką przygiętą do barku i, jak mówiła moja mama, był 3 razy owinięty pępowiną. John był w okropnym punkcie w Afganistanie i w ogóle nie mógł być przy porodzie Justusa. Wrócił do domu tydzień później z powodu mojej cesarki i tego, że potrzebowałam pomocy. Potem nie widział swojego syna przez kolejne 10 miesięcy. Justus to bardzo stare łacińskie imię, a Brooks to drugie imię Johna.

„Trzeba śmiać się troszkę, trzeba płakać troszkę.

Aż w końcu chmury rozwieją się troszkę.

To historia miłości, to wspaniałość miłości”

Wiedzieliśmy, że chcemy kolejnego dziecka, ale nie przypuszczaliśmy, że stanie się to tak szybko. W  ciągu kilku tygodni od powrotu Johna z Afganistanu, znów zaszłam w ciążę.  Ani przez chwilę nie wątpiłam, że będę próbowała urodzić naturalnie (VBA2C[3]). Wiedziałam też, że z kilku powodów nie będę planować porodu domowego – jednym z tych powodów był fakt, iż miałam lekarza, który mnie wspierał [ w mojej chęci urodzenia naturalnie]. Wróciłam do pracy, żeby nie mieć czasu na myślenie [o porodzie].

Tak jak i poprzednio, moja ciąża przebiegała bez większych problemów. Jedyne co tym razem było inaczej, to to, że miałam różne wysypki skórne, swędzenie i alergiczną reakcję na mango. Zawsze miałam to szczęście, że omijały mnie takie problemy ciążowe jak wysokie ciśnienie czy  cukrzyca ciążowa. Nie dokuczały mi też zbytnio poranne mdłości. Nie brałam typowych ciążowych suplementów diety, za wyjątkiem witaminy C, D, witamin z grupy B i magnezu. Jedyne co z pieczołowitością robiłam, to regularne wizyty u chiropraktyka[4].  Z doświadczeń moich poprzednich porodów wiedziałam, że moje dzieci nie przyjmowały optymalnej pozycji do porodu. Co więcej, gdy zaczęłam chodzić do doktora Jen, wszystkie dolegliwości bólowe, jakie  miałam, zniknęły. Do końca ciąży przytyłam około 5,5 kg i miałam negatywny wynik badania na GBS[5]. I wtedy zaczęło się chorowanie!

W 40 tygodniu ciąży dopadła mnie jakaś infekcja żołądkowa, która mocno mnie wyczerpała. Wzięłam zwolnienie na kilka dni. Potem wróciłam na 1 dzień do pracy, czując lekkie łaskotanie w gardle. Myślałam, że to jakieś przeziębienie. Ale, wyobraźcie sobie, że nie! W 41 tygodniu ciąży miałam grypę! (Influenza typ A). Czułam się strasznie. Byłam bardzo, bardzo chora. Dzięki Bogu, prawie natychmiast zaczęłam brać Tamiflu[6], który skrócił czas trwania infekcji. Modliłam się, żeby malutka poczekała jeszcze kilka dni, aby mogła odzyskać siły. Mniej więcej w tym czasie zaczął odchodzić mi czop śluzowy. Na mojej 41-tygodniowej wizycie lekarskiej moja szyjka była w 50% zgładzona i miałam rozwarcie na 2 cm, ale nie miałam jeszcze żadnych skurczy. Wszystko było dziwnie spokojne „tam na dole”. Byłam wniebowzięta, bo to był etap, na który dotarłam dopiero po całej nieprzespanej nocy podczas porodu Justusa. Jednak po kilku dniach zaczęłam się siebie czepiać. Co drugi dzień miałam wykonywane KTG i z dzieckiem zawsze było wszystko ok. Mój położnik wspomniał o możliwości zastosowania cewnika Foleya [7]dzień przed upływem 42 tygodnia ciąży (jeśli bym chciała).

Minął piątek i …dalej nic! Poszłam na wizytę i zgodziłam się na cewnik. To był w sumie zmyślny wynalazek, który składał się z dwóch baloników – jednego umieszczonego z boku szyjki macicy, drugiego na zewnątrz. Lekarz wypełnił każdy z tych baloników 80 ml solanki i wysłał mnie do domu. Nie mogłam w to uwierzyć – wysłał mnie DO DOMU! Założenie cewnika nie było bolesne, ale siedzenie prosto z tym ustrojstwem nie należało do wygodnych. Gdy wróciłam do domu, po wcześniejszej wizycie w Wal-Marcie[8], miałam skurcze co 10 minut. Jednocześnie zaczęłam pić wywar z kory korzenia bawełny[9] oraz niebieskiego i czarnego cohoshu[10]. Cewnik miałam założony przez około 12 godzin. Potem upuściłam ok. 20 ml solanki i z łatwością go wyjęłam. Wiedziałam, iż to oznacza, że mam około 3-4 cm rozwarcia. Miałam skurcze przez całą noc, ale rano znów ustały.

42 tydzień ciąży. To był chyba najcięższy dzień z całych 9 miesięcy. Nigdy wcześniej nie byłam bardziej po terminie. Wiedziałam, że statystycznie szanse na naturalny poród coraz bardziej maleją. Próbowałam pocieszyć się myślą, że przecież nie jestem statystyką i moje dzieci potrzebują więcej czasu, ale naprawdę byłam przybita. Skontaktowałam się z moją doulą i zapytałam czy którakolwiek z kobiet, z którymi pracowała była tak bardzo po terminie? Odpowiedź brzmiała TAK. Była kobieta, która urodziła naturalnie dopiero po 43 tygodniu ciąży. Była również pod opieką mojego położnika, jej poród trwał 36 godzin, a dziecko ważyło 4990 g. I to także był poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich. Poczułam się lepiej. Potem skontaktowałam się z inną koleżanką z ICAN[11], która urodziła dopiero po 42 tygodniu. Jej dziecko przyszło na świat w domu po 55 godzinach porodu. Cóż za inspiracja! Jeśli jej się udało, to mnie też się uda! Widać trzeba mi było poużalać się nad sobą dzień czy dwa, żeby w niedzielę poczuć się dobrze, zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. Zaczęłam mieć podejście w stylu: „No to zobaczmy ile dzidzia ma jeszcze zamiar posiedzieć w brzuszku?” Przestałam pić jakiekolwiek zioła, dużo odpoczywałam i postanowiłam przez kilka dni nic nie robić.

W poniedziałek miałam KTG [a dokładniej test niestresowy[12]] w szpitalu. Z malutką było wszystko w najlepszym porządku. Nikt nie badał mnie wewnętrznie. Nie miałam ani jednego skurczu przez cały ten czas. Nikt jednak nie mówił o wywoływaniu porodu. Mój położnik pozostawił decyzję mnie. Chociaż raz czułam, że w pełni kontroluję decyzje dotyczące mojego ciała i mojego dziecka. We wtorek miałam przez cały dzień skurcze w odstępach co 15 minut. Zaczęły robić się co raz bardziej intensywne i wieczorem pojawiały się co 5-6 minut, ale były do zniesienia. Potem obudziłam się w środku nocy czując straszny głód i ciągle miałam skurcze. Jednak rano wszystko ucichło.

W środę mieliśmy wykonać profil biofizyczny płodu (test Manninga)[13]. Myślę, że to było to, co przystopowało moje skurcze. Zdenerwowałam się czy wszystko będzie dobrze z dzieckiem. Dostałyśmy 10 punktów na 10 możliwych. Ilość płynu owodniowego nie była zbyt duża, ale też nie najgorsza. Łożysko wykazywało pewne cechy starzenia, ale nie było to nic niepokojącego. Waga malutkiej została oszacowana na 3340 g. (Co ciekawe, w 39 tygodniu ciąży na wizycie konsultacyjnej u innego lekarza (szpital nakłonił mnie do odbycia takiej wizyty, gdyż odmawiałam ciągłego monitorowania płodu za pomocą KTG i uznano, że mój położnik nie straszy mnie wystarczająco ryzykiem jakie istnieje) wagę oszacowano na 3370 g.) Potem miałam wizytę u mojego położnika. Zbadał mnie i okazało się, że mam szyjkę zgładzoną w 75% i rozwarcie na 4,5cm! Tak! Wiedziałam, że to nie potrwa już długo i że prawdopodobnie kolejna seria skurczy już się nie skończy tak jak poprzednie]. Dr Elrod przyniósł olej rycynowy. Po wizycie zaopatrzyliśmy się w ten specyfik, który postawiłam na ladzie kuchennej  i wpatrywałam się weń z nadzieją, że samo patrzenie na niego wywoła u mnie poród.

Następnego ranka poszliśmy z Johnem na duże śniadanie do IHOP[14]. Zrobiliśmy też jakieś zakupy i kiedy wróciliśmy do domu była godzina 10.30. Postanowiłam spróbować oleju rycynowego. Zmieszałam 60 ml oleju rycynowego z 60 ml soku pomarańczowego i przełknęłam. To jest moment, od którego wszystko zaczęło się tocz ć szybko. Odczekałam 30 minut i znów zaczęłam popijać zioła  – jedna pipetka kory korzenia bawełny, jedna pipetka czarnego cohoshu; 15 minut przerwy; jedna pipetka kory korzenia bawełny, jedna pipetka niebieskiego cohoshu. I tak przez godzinę. Po oleju rycynowym prawie natychmiast przegoniło mnie do ubikacji[15]. Zanim wybiła godzina 12.30 (w południe) miałam lekkie skurcze co 5 minut. W głębi serca wiedziałam, że to już poród. Nagle skurcze zaczęły stawać się intensywniejsze. Do godziny 13.30 były co 3 minuty. Niektóre trwały nawet 2 minuty! Ale ja byłam trochę zdezorientowana. Mogłam bez problemu chodzić i rozmawiać podczas skurczu. Wszystko toczyło się szybko, ale intensywność akcji była jak najbardziej znośna. Postanowiłam zadzwonić po naszą opiekunkę do dziecka – tak na wszelki wypadek. John pojechał po Sylvię i Justusa do szkoły, a Skylar [opiekunka] przyjechała około 15.30. John zbierał jakieś ostatnie rzeczy, a ja siedziałam na skraju łóżka. Ciągle rozmawiałam i żartowałam podczas skurczy, i złościłam się, że wyjeżdżamy tak wcześnie, jednak intuicyjnie wiedziałam, że trzeba wkrótce jechać.

O 15.45 poczułam i usłyszałam jak coś we mnie pękło. Nie miałam wątpliwości, pękł pęcherz płodowy. Ale nie było żadnych wód. Wstałam i poczułam cienką strużkę. Dzięki Bogu wody były czyste! Modliłam się o to. Kiedy usiadłam na toalecie, odeszło mi dużo śluzu z krwią, lecz wód nadal było niewiele. Kiedy nadszedł kolejny skurcz zrozumiałam dlaczego. Mała była już nisko w kanale rodnym. To dodało mi energetycznego kopniaka! Od tego momentu też skurcze były częste i intensywne. Nie było mowy o chodzeniu czy rozmawianiu w ich trakcie. Pojękiwałam w czasie każdego skurczu powoli kierując się do samochodu.

To była najgorsza przejażdżka w moim życiu. John jechał szybko. Ruch był duży – jak zwykle o 16 w czwartek przy wyjeździe z Anchorage. Ciężko było mi się zrelaksować. Przyjechaliśmy do szpitala o 16.30 i poproszono nas o zaczekanie w holu. Poszłam do łazienki i zaczęłam wymiotować. Byłam spocona i trzęsłam się. Od tego momentu do około 22 wszystko pamiętam jak przez mgłę. Na początku mieliśmy okropną położną[16] i John szybko poprosił o jej zmianę. Nie pamiętam kto to powiedział, ale zawsze miałam w głowie takie zdanie: „ Jest duża szansa, że jeśli ty nie lubisz położnej, która się tobą opiekuje, ona również nie przepada za tobą. Różnica polega na tym, że ona nie może poprosić o zmianę pacjenta, którym się opiekuje, więc zrób jej przysługę i ty poproś o inną położną.” Wciąż nudziła o monitorowaniu [KTG], którego ja już nawet w tamtym momencie nie odmawiałam. Zgodziłam się na początkowy zapis KTG. Jedyne czego odmawiałam, to leżenie. Na szczęście nasza córeczka pięknie współpracowała i udało się złapać jej tętno, kiedy byłam w pozycji stojącej.

Przyszedł Dr Elrod i mnie zbadał. Szyjka była prawie całkowicie zgładzona, a rozwarcie wynosiło 5 cm. Dziwne, ale miałam to gdzieś.  Nie miałam czasu, żeby  o tym myśleć. Z perspektywy czasu, kiedy myślę o Inie May Gaskin i jej wywodom na temat odruchu zwieracza[17], dochodzę do wniosku, że  chyba właśnie ten odruch wtedy u mnie zadziałał. Byłam przestraszona, czułam się jak na wystawie. Był moment, kiedy tętno małej spadło podczas skurczu do 70 – 80. Dr Elrod nic nie powiedział, ale zauważyłam rysujący się na jego twarzy niepokój. Na szczęście tętno wróciło do normy jak tylko skurcz się kończył. Przez cały czas czułam, że z małą jest wszystko dobrze. Widzieliśmy, że ta deceleracja tętna zdarzyła się, kiedy pochyliłam się podczas skurczu, więc od tej pory starałam się stać prosto. Moja doula zachęcała mnie, abym mówiła do dziecka i nawiązywała z nim kontakt, zapewniając je, że wszystko jest ok. Nie raz wracałam do tego momentu [już po porodzie] i jestem wdzięczna Dr Elrodowi za jego opanowanie i pewność. Myślę, że gdyby to był jakikolwiek inny lekarz, pojechałabym prosto na cesarkę, mimo tego, że pewne deceleracje podczas skurczu są zupełnie normalne.

Jedyne czego chciałam to ukryć się w łazience… sama.  Myślę, że poród był bardziej zaawansowany niż wskazywało na to rozwarcie. Czułam taki ucisk jakbym nie mogła usiąść na tyłku. Skurcze były co 2-3 minuty i trwały przynajmniej 1,5 minuty. Niektóre miały też podwójny szczyt – pierwszy skurcz nadchodził, nigdy do końca nie mijał, po czym przychodził kolejny. Następny skurcz był normalny.

W końcu otrzymaliśmy salę. Założono mi wenflon. Krótko potem zaczęłam znowu wymiotować. Kiedy wymiotowałam, odchodziło mi dużo zabarwionego krwią śluzu. Miałam podpięte bezprzewodowe KTG, dzięki czemu cały czas mogłam się ruszać.  Potem weszłam do wanny, jednak nie przyniosło mi to takiej ulgi, jakiej oczekiwałam i jaką pamiętałam z porodu Justusa. Myślałam wtedy: jak ja w ogóle przetrwałam te 48 godzin rodzenia w domu  [przy porodzie Justusa]? Wydawało mi się, że teraz nie dam rady przetrwać nawet kolejnej godziny. Walczyłam ze skurczami, nie potrafiłam się rozluźnić i współpracować z własnym ciałem. Myślałam tylko o tym, jak szybko to wszystko się toczy. Poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Moja doula powstrzymywała mnie przez chwilę. Ja jednak znów poprosiłam. Byłam pewna, że tego chcę. Rozmawiałam i z moją doulą, i z Johnem. Potem przyszedł dr Elrod i zapytał dlaczego zmieniłam plan. Powiedziałam mu, że czuję, że walczę ze skurczami [zamiast z nimi współpracować] i że jeśli choć trochę udałoby mi się zrelaksować, mała wkrótce urodziłaby się. Wiedziałam też, że nie chcę leków narkotycznych. Wszyscy bardzo mnie wspierali, a John powiedział, że popiera moją decyzję, jeśli tylko nie będę miała potem wyrzutów. Byłam pewna, że chcę znieczulenie.

Najpierw dostałam kroplówkę z płynami. To trwało WIEKI! Potem anestezjolog dał mi niewielką dawkę znieczulenia, która nic nie pomogła. Zaczęło działać dopiero po dłuższej chwili. Zanim to nastąpiło, niemal wspinałam się po łóżku przy każdym skurczu. Były tak intensywne. W międzyczasie dostałam zastrzyk z lekiem przeciw mdłościom. (Zdecydowanie, wymioty to nieodłączna cześć każdego z moich porodów. Taka już moja uroda.) To wystarczyło, żeby złagodzić moje odczucia. W końcu, po czasie wydającym się wiecznością, intensywność skurczy zaczęła słabnąć.

Zaledwie godzinę po tym, jak znieczulenie zaczęło działać, poczułam silne parcie. Dr Elrod zbadał mnie. Miałam pełne rozwarcie, a główka dziecka była już bardzo nisko w kanale rodnym (2 cm poniżej kolców kulszowych). To było szybkie! W tym momencie wiedziałam, że podjęłam słuszną decyzję prosząc o znieczulenie. Kilka razy próbowałam przeć i doszłam do wniosku, że muszę odpocząć. Byłam wyczerpana i parcie było nieefektywne. Mała nie była jeszcze gotowa. Około 3 nad ranem ponownie spróbowałam przeć. Mała nadal nie była gotowa. Położyłam się spać. W tym czasie znieczulenie przestało działać.

O 6 rano nadszedł czas by rodzić. Na powrót czułam skurcze i ogromne parcie. Atmosfera była bardzo spokojna, tak jak sobie to wyobrażałam. Na sali byli tylko dr Elrod, położna, moja doula i John. Nie musiałam przeć na komendę. Światła były przygaszone. Próbowałam przeć [leżąc] przytrzymując się za nogi, ale najefektywniejsze było „przeciąganie liny” z położną. Ona trzymała ręcznik, a ja ciągnęłam go tak mocno jak tylko mogłam podczas skurczu. Miałam okropne bóle w krzyżu, które spowalniały mój wysiłek. Wydawało mi się, że poród nie za bardzo postępuje.

W końcu John powiedział, że widzi główkę. Przyniesiono mi lusterko, żebym ja też mogła ją zobaczyć. Dr Elrod na chwilę wyszedł, a ja parłam dalej z położną. Nagle poczułam jak mała ześlizguje się w dół. Położna aż podskoczyła, zakrzyknąwszy krótkie „Whoa!”, i przyłożyła dłoń do mojego krocza. To było dla mnie dziwnie śmieszne; co ona miała zamiar zrobić? Zatrzymać dziecko w środku? Główka małej była w połowie na zewnątrz, i powiedziałam, że przy następnym skurczu urodzi się. Zaczęłam płakać. Moja doula zaczęła mówić, abym się nie bała, ale nie o to chodziło. Ja naprawdę rodziłam. Robiłam to. Moja córeczka to robiła! Moje ciało to robiło! Nie musiałam nawet przeć! Wtedy poczułam jak pęka mi krocze.

Wszedł dr Elrod, a John próbował nałożyć rękawiczki.  Biedny facet, miał ubraną jedną rękawiczkę, a dr Elrod mówi: „ Chłopie, to twoje dziecko, lepiej ją złap!”. Dokładnie w tym momencie, John wcisnął drugą rękawiczkę na rękę a ja poczułam jak ramionka, nóżki i reszta ciałka malutkiej przesuwają się przez moją miednicę i wyślizgują na zewnątrz. O 6.49 rano mój mąż złapał naszą kruszynkę niczym piłeczkę i położył ją na moim brzuchu [mała zdążyła go do tego momentu obrobić smółką;)]. 15 godzin po tym, jak odeszły mi wody płodowe, i prawie 8 godzin po osiągnięciu pełnego rozwarcia, mój mąż przyjął poród naszej córeczki … nasz poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich.

„ Póki jesteśmy razem we dwoje

Do nas należy świata korona.

A kiedy świat zamknie przed nami podwoje,

Będziemy mieć wciąż swe ramiona”

Czas się zatrzymał. To był najpiękniejszy moment w moim życiu. Malutka jeszcze nie oddychała, ale wiedziałam, że wszystko jest z nią w porządku. Nikt jej nie zabierał. Zostałyśmy przykryte kocykiem i zaczęliśmy małą wycierać i do niej mówić. Przyszła inna położna, jedna z moich ulubionych, i również zaczęła przemawiać do małej, tłumacząc jej, że musi zapłakać. Wiedziałam, że jest dobrze. Poczułam jak po raz pierwszy nabiera powietrza. Wydawało mi się jakbyśmy nadal były jednym, jej skóra przy mojej skórze, wciąż połączone pępowiną. Nigdy nie zapłakała. Pielęgniarka wreszcie powiedziała: „Oddycha prawidłowo, wszystko jest w porządku”. Udało się. Modliłam się wiele nocy, żeby udało nam się tego razem dokonać. Nie mogłam w to uwierzyć.

Pępowina szybko przestała pulsować. Zaskoczyło mnie to. Była całkowicie zwiotczała i biała. John przeciął ją. Wtedy powoli zaczęło do mnie docierać to co działo się w sali dookoła mnie. Czy ktoś odkręcił kran? „Czy to moja krew?” zapytałam. Słyszałam jak leje się z łóżka. Dr Elrod popatrzył na mnie i powiedział: „ Tak. Ariel, wiem, że nie chciałaś zastrzyku z oksytocyną, ale teraz naprawdę tego potrzebujesz! Nie chcę, żeby za parę minut konieczna była transfuzja krwi.” Traciłam bardzo dużo krwi i w tej euforii, w jakiej wtedy byłam było mi naprawdę wszystko jedno, co mi kto robił. Moja macica nie obkurczała się. Dostałam oksytocynę, a lekarz i położne energicznie masowali mój brzuch. Następnie dostałam zastrzyk z lekiem Methergine i krwotok zaczął ustawać. Jak się później okazało, straciłam około 4 filiżanek krwi. Dr Elrod wstał i podniósł do góry ręce: „ Popatrz, żebyś miała pogląd”. Był po łokcie umazany moją krwią. Lekko poparłam przy następnym skurczu i poczułam jak wyślizguje się ze mnie ciepła, miękka tkanka łożyska. Poprosiłam, żeby mi je pokazano. Było duże i wyglądało zdrowo. Nic dziwnego, że malutkiej było dobrze w brzuszku.

Trzymałam ją skóra do skóry i karmiłam przez około 2 godziny zanim zaczęła zżerać mnie ciekawość. Instynktownie wiedziałam, że była najmniejsza z wszystkich moich dzieci. Chciałam wiedzieć ile waży. Pielęgniarka wzięła ją do zważenie i zmierzenia. Ważyła 3200g i  miała 51 cm długości. Była moim najmniejszym [wagowo], ale jednocześnie najdłuższym dzieckiem! Pielęgniarka delikatnie ją umyła. Wyraźnie podobało jej się mycie włosów, a ja z przyjemnością patrzyłam jak moja mała dziewczynka jest pielęgnowana.

Otrzymała imię Bunni – jest to skrócona forma od imienia bogini Bereniki czyli Przynoszącej Zwycięstwo. Jej drugie imię Larue to drugie imię mojej babci.

Podsumowując, nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale byłam na to przygotowana. Poszło dokładnie tak, jak miało pójść. Długo zwlekałam z napisaniem planu porodu, bo sama do końca nie wiedziałam, czego chciałam. W głowie miałam tylko dwa punkty: poród drogami natury i zdrowe dziecko. Nic innego nie miało znaczenia i niczego nie żałuję. Po porodzie pytałam siebie niemal każdego dnia „Czy żałuję, że wzięłam znieczulenie?”. Odpowiedź brzmiała zawsze: „Nie, ani trochę nie żałuję”. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie pojechałam do szpitala, kiedy moja mama mi to sugerowała (kiedy nie byłam jeszcze pewna czy na pewno już rodzę, bo wciąż mogłam chodzić i rozmawiać podczas skurczy). Miałam awersję do szpitali, a w sumie było fantastycznie! Szkoda, że nie miałam trochę więcej czasu na początku, żeby oswoić się z tym, co się działo i złapać wewnętrzną równowagę, zanim skurcze stały się tak bardzo intensywne. To czego ten poród najbardziej mnie nauczył, to to, jak istotne jest wsparcie ludzi, którzy ci towarzyszą.  Gdyby nie mój położnik nie wiem czy udałoby mi się urodzić drogami natury po 2 CC.  Zwłaszcza, że malutka czekała, aż do 42 tygodnia i 6 dnia ciąży. Nie znam żadnego innego lekarza, który w takiej sytuacji wspierałby mnie [i nie nalegał na cesarkę]. Jestem szczęśliwą mamą i z podekscytowaniem czekam na to, co przyszłość przyniesie dla naszej małej „bogini zwycięstwa”.

Oryginał postu oraz zdjęcia na: http://birthwithoutfearblog.com/2012/05/22/vba2c-at-426-weeks/

Lekarz, który przyjmował poród opisany w powyższej historii to Dr. D. Glen Elrod z Sleeping Lady Women’s Health Care in Wasilla, Alaska (http://www.sleepingladywomenshealthcare.com/index.html)

 


[1] Fragment piosenki „The Glory of Love”.

[2] Home Birth After Cesarean – Domowy Poród po Cięciu Cesarskim.

[3] Poród Siłami Natury po 2 Cięciach Cesarskich.

[4] Chiropraktyka – dziedzina medycyny niekonwencjonalnej koncentrująca się na diagnozie, leczeniu i zapobieganiu urazom narządów ruchu, szczególnie kręgosłupa. Korzyści stosowania chiropraktyki podczas ciąży to m.in. zredukowanie dolegliwości bólowych kręgosłupa i stawów, a także wspomaganie optymalnego ułożenia płodu do porodu.

[5] Group B Streptococcus – rodzaj paciorkowca występujący dość powszechnie u człowieka; niegroźny dla dorosłych, niebezpieczny dla płodu i noworodka; więcej na: http://www.paciorkowiec.pl/2001.html

[6] Preparat stosowany w leczeniu grypy.

[7] Cewnik Foleya zwyczajowo używany jest do udrożniania pęcherza. Przypomina rurkę zakończoną balonikiem. Warunkiem koniecznym do zastosowania tej metody podczas porodu jest rozwarcie kanału szyjki co najmniej na grubość cewnika (najlepiej ok. 1 cm.). Wypełniony solą fizjologiczną balonik pozwala mechanicznie rozwierać szyjkę, zarazem zachęcając organizm do uwolnienia naturalnych prostaglandyn. Metoda jest tania, wygodna i bezpieczna. Nie może być jednak stosowana w przypadku przodującego lub nisko usadowionego łożyska, krwawienia z szyjki macicy, wcześniejszego odpłynięcia płynu owodniowego, stanów zapalnych pochwy. (Zaczerpnięte z http://m.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/porod/bezpieczne-metody-wywolywania-porodu_36624.html).

[8]Popularny  amerykański supermarket.

[9] Korę bawełny stosuje się w medycynie jako środek powstrzymujący krwawienie. Stwierdzono, że gossypol z kory korzeni jest środkiem przeciwwirusowym, likwidującym obrzęki i gojącym rany. Nalewkę ze świeżej kory korzeni stosuje się w homeopatii przy bezpłodności, zatruciach ciążowych i zakłóceniach w regularności miesiączkowania. (Zaczerpnięte z http://www.huuskaluta.com.pl/marekc/parfleche03.php)

[10] Black Cohosh – egzotyczna roślina, pobudza powstawanie nowych włókien podporowych utrzymujących jędrność i napięcie skóry. Więcej: http://depilacjakrakow.blox.pl/2009/10/Black-Cohosh-kiedys-w-Ameryce-teraz-u-nas.html.

[11] International Cesarean Association Network – organizacja non-profit, której misją jest polepszenie zdrowia matek i dzieci poprzez zapobieganie niekoniecznym cesarkom, wsparcie w rekonwalescencji po cięciu cesarskim i promowanie naturalnego porodu po cięciu cesarskim.

[12] ciągły 30 minutowy zapis KTG

[13] Zestaw nieinwazyjnych badań płodu określający stan płodu na podstawie pięciu parametrów biofizycznych: czynności serca płodu (FHR), napięcia mięśniowego płodu, ruchów płodu, ruchów oddechowych płodu, ilości płynu owodniowego.

[14] Popularna restauracja w USA.

[15] Olej rycynowy ma działanie przeczyszczające.

[16] W oryginale „pielęgniarkę”, gdyż na porodówkach w szpitalach w Stanach Zjednoczonych pracują tylko lekarze i pielęgniarki, nie zaś położne („midwives”). Jednakże tamtejsze pielęgniarki spełniają podobne zadania jak położne w polskich szpitalach, stąd też zastosowanie tego słowa w tłumaczeniu.

[17] Prawo zwieracza sformułowane przez słynną amerykańską położną Inę May Gaskin mówi o tym że szyjka macicy oraz pochwa, tak samo jak zwieracze wydalnicze, działają najlepiej w atmosferze intymności, nie podlegają zbytnio sile woli i mogą się nagle zacisnąć (nawet jeśli wcześniej były rozluźnione) pod wpływem stresu, strachu lub zawstydzenia. Więcej na ten temat w książce Iny May Gaskin „Poród naturalny”.