Ryzyko pęknięcia macicy – przekrojowa analiza badań z lat 1976 – 2012. CZ.1: Kompletne pęknięcie macicy a rozejście się blizny.

Oddaję w Wasze ręce pierwszą część tłumaczenia artykułu poruszającego problematykę pęknięcia macicy – komplikacji będącej jedną z głównych obaw zarówno położników jak i mam pragnących urodzić drogą pochwową po przebytym wcześniej cięciu cesarskim. Na początek trochę ogólnych informacji, kwestie metodologiczne i, co najistotniejsze, klarowne rozróżnienie pomiędzy kompletnym pęknięciem macicy a rozejściem się blizny po wcześniejszym zabiegu.

Pęknięcie macicy w ciąży jest rzadką ale często katastrofalną komplikacją z dużym odsetkiem powikłań zarówno u noworodków jak i u matek. Znane są liczne czynniki zwiększające ryzyko pęknięcia macicy, ale nawet w podgrupach wysokiego ryzyka, prawdopodobieństwo pęknięcia macicy jest niskie. W latach 1976 – 2012, powstało 25 publikacji recenzowanych przez specjalistów z dziedziny położnictwa, które dotyczyły przypadków pęknięcia macicy. Odnotowano 2084 pęknięć macicy wśród 2 951 297 kobiet ciężarnych, co równa się 0.07% przypadków.

Początkowe oznaki i symptomy pęknięcia macicy są niespecyficzne, co utrudnia diagnozę i czasami opóźnia podjęcie zdecydowanych działań terapeutycznych. Od momentu postawienia diagnozy do zakończenia porodu może upłynąć ogólnie od 10 do 37 minut zanim dochodzi do poważnych urazów u dziecka. Do urazów tych dochodzi w związku z wzmożonym krwotokiem, niedotlenieniem płodu, lub obiema tymi komplikacjami na raz.

Symptomy ostrzegawcze pęknięcia macicy są niejednoznaczne, a krótki czas na podjęcie zdecydowanych działań sprawia, że pęknięcie macicy jest jedną z komplikacji, której lekarze obawiają się najbardziej.

Definicja

Pęknięcie macicy podczas ciąży jest zdarzeniem rzadkim, ale skutkującym komplikacjami zagrażającymi życiu matki i dziecka. Może wystąpić zarówno u kobiet z nienaruszoną macicą, jak i u tych, które mają na macicy bliznę po przebytym zabiegu chirurgicznym.

O pęknięciu macicy [w polskim piśmiennictwie „kompletne pęknięcie macicy” (przyp. Tłum.)] mówimy gdy dochodzi do pełnego pęknięcia ściany macicy w całej jej grubości łącznie z rozerwaniem otrzewnej. Z definicji, jest to związane z:

  • Znaczącym krwawieniem z macicy;
  • Zaburzeniami czynności życiowych płodu;
  • Ekspulsją płodu do i/lub łożyska do jamy otrzewnej;
  • Potrzebą natychmiastowego cięcia cesarskiego;
  • Szyciem macicy lub jej usunięciem (histerektomią).

W przeciwieństwie do kompletnego pęknięcia macicy, rozejście się blizny na macicy [„niekompletne uszkodzenie macicy” w polskich opracowaniach (przyp. Tłum.)] polega na pęknięciu i rozdzieleniu się istniejącej tkanki blizny. Jest to komplikacja częstsza, ale rzadko skutkująca większymi urazami u dziecka i matki.

Co ważne, w przypadku kiedy defekt ściany macicy ogranicza się do rozejścia się blizny,  pokrywająca macicę błona otrzewna pozostaje nienaruszona i nie występuje znaczące klinicznie krwawienie z krawędzi blizny. Poza tym, w przypadku rozejścia się blizny na macicy (inaczej niż przy kompletnym pęknięciu macicy), płód, łożysko i pępowina pozostają w jamie macicy. Jeśli istnieje potrzeba cięcia cesarskiego, jest to z innych powodów położniczych, nie zaś z powodu zagrożenia życia/dobrostanu płodu związanego z pęknięciem macicy.

Jakkolwiek blizna na macicy (będąca w większości przypadków skutkiem poprzedniego cięcia cesarskiego) jest dobrze znanym czynnikiem ryzyka  pęknięcia macicy, większość przypadków pęknięć blizn na macicy to ich rozejście się (= niekompletne uszkodzenie macicy), nie zaś kompletne pęknięcie macicy. Te dwa pojęcia należy jasno rozróżniać, gdyż sposoby postępowania klinicznego i uzyskiwane efekty różnią się znacząco w przypadku każdego z nich.

 

Źródła informacji i wybór opracowań

Recenzowanej przez specjalistów – położników literatury poszukiwano w bazach PubMed, Medline i Cochrane wśród artykułów dostępnych w języku angielskim. Terminami używanymi w poszukiwaniu odpowiednich materiałów były: pęknięcie macicy, ciąża i wcześniejsze cięcie cesarskie, poród pochwowy po uprzednio przebytym cięciu cesarskim, VBAC, próba porodu (TOL), próba porodu po uprzednio przebytym cięciu cesarskim (TOLAC), rozejście się blizny na macicy oraz ciąża i usunięcie mięśniaka. Zastosowano też standardowe śledzenie wzmianek.

Do prezentowanego przeglądu wybrano artykuły opublikowane od 1976 roku do maja 2012, które posiadły wystarczające informacje na temat definicji pęknięcia macicy i rozejścia się blizny na macicy stosowanych przez ich autorów. Wszystkie artykuły były pracami obserwacyjnymi lub przeglądowymi. W sumie analizie poddano 133 opublikowane artykuły.

Częstotliwość i czynniki ryzyka

Meta – analiza zgromadzonych danych z 25 recenzowanych przez specjalistów – położników publikacji medycznych z lat 1976 – 2012 wykazała, że związane z ciążą pęknięcie macicy zdarza się ogólnie 1 na 1 416 przypadków (0,07%). Kiedy publikacje ograniczono do 8 tych dotyczących spontanicznych pęknięć macicy wcześniej nieoperowanej mających miejsce w krajach rozwiniętych, odsetek ten wynosił 0.012% (1 na 8 434 kobiet).

Wrodzone anomalia macicy, wielorództwo, przebyte usuwanie mięśniaków, liczba i rodzaj przebytych cięć cesarskich, makrosomia płodu, indukcja porodu, interwencje położnicze i urazy macicy zwiększają ryzyko pęknięcia macicy, zaś wcześniej przebyty poród drogami natury i przedłużona przerwa między cesarką a kolejnym porodem stanowią względną ochronę. W przeciwieństwie do modeli pozwalających ocenić prawdopodobieństwo udanej próby porodu po cięciu cesarskim, nie są dostępne modele pozwalające precyzyjnie ocenić ryzyko pęknięcia macicy w każdym indywidualnym przypadku.

Oto główne czynniki brane pod uwagę przy ocenie ryzyka pęknięcia macicy:

  • Stan macicy     – nienaruszona (bez blizny)

–  operowana (z blizną).

W przypadku macicy operowanej wyróżnia się:

A)    macicę po przebytym cięciu cesarskim – można wyróżnić poniższe podkategorie:

– bliznę poprzeczną w dole brzucha po 1 cc (szycie jedno lub dwuwarstwowe);

– nisko usytuowaną pionową bliznę po 1 cc;

– bliznę po cięciu klasycznym;

– bliznę po więcej niż 1 cc;

B)     macicę po usunięcie mięśniaka (operacyjnie lub laparoskopowo).

  • Ukształtowanie macicy – normalne lub z wrodzonymi anomaliami.
  • Względy ciążowe:

– wielorództwo;

– wiek matki;

– kwestie łożyska (przyrośnięte, wrośnięte, przerośnięte, przodujące, odklejenie się łożyska);

– ciąże pozamaciczne;

– dystocja (makrosomia płodu, zwężona miednica);

– ciąża trwająca ponad 40 tygodni;

– nadmierne rozciągnięcie macicy (ciąża wielopłodowa, wielowodzie).

  • Historia wcześniejszych ciąż i porodów:

– wcześniejszy poród drogami natury;

– brak wcześniejszego porodu drogami natury;

– odstęp między porodami.

  • Status porodu:

– brak akcji porodowej;

– poród spontaniczny;

– poród wywoływany (oksytocyna, prostaglandyny)

– przyspieszanie porodu oksytocyną;

– czas trwania porodu;

– brak postępu porodu.

  • Interwencje położnicze:

– poród zabiegowy (kleszczowy);

– zabiegi na macicy typu obrót zewnętrzny, ręczne wydobycie łożyska

 Źródło: http://reference.medscape.com/article/275854-overview

Porody po 2cc w Polsce też się zdarzają:)

Przeczytałam ostatnio w otchłaniach internetu (a dokładniej na forum Poród Domowy) cudowną historię porodu sn po 2 cc. W POLSCE:) Mam nadzieję, ze uda mi się skontaktować z tą dzielną mamą i uzyskać jej zgodę na zamieszczenie historii na portalu. Tymczasem wklejam linki do tejże opowieści – ku pokrzepieniu serc:)

Odcinek 1:http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119442367,119442367,moj_trzeci_pierwszy_raz.html
Odcinek 2:http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119485202,119485202,moj_trzeci_pierwszy_raz_odcinek_drugi.html
Odcinek 3:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119485250,119485250,moj_trzeci_pierwszy_raz_odcinek_trzeci_ostat.html

Przez ciernie do gwiazd (Łódź)

Czy można bezpiecznie urodzić siłami natury po cięciu cesarskim dziecko ważące ponad 4 kg? Owszem, można. Co więcej,  można to zrobić nawet w zaciszu własnego domu! Zapraszam do przeczytania historii porodów Agaty.

Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę byłam kompletnie nieświadoma tego czym jest poród. Moja mama zawsze mówiąc o tym jak nas rodziła, nie wspominała o żadnych problemach, bólu- poszło szybko i gładko. Poród nie wzbudzał moich obaw, pójdziemy do szpitala, urodzimy i już. Zapisaliśmy się do szkoły rodzenia, deklarując tym samym to, że urodzimy w tymże szpitalu(był 5 minut od domu) wyremontowany , z ładnymi salami (których widok niewiele mi mówił o praktyce w takich warunkach)położna prowadząca szkołę rodzenia opowiadała piękne historie jak to mogłoby wyglądać itp. Był piękny majowy wieczór, nadchodziła burza. Pojechaliśmy na IP. Pani mnie zbadała, chłodno poprosiła o wypełnienie ankiety z mnóstwem dziwnych pytań, odpowiedziała, że rozwarcia nie ma i mam się przebrać w piżamę i iść na oddział. Zamurowało mnie. Nieobyta ze służbą zdrowia pokornie się przebrałam, ale coś wewnątrz mnie nie zgadzało się na to co się dzieje.  Czy będzie dziwne to, że się popłakałam? Byłam roztrzęsiona, zaprowadzili mnie do sali na patologii ciąży, ale nawet tam nie weszłam. Stałam na korytarzu i płakałam, nie wiedząc co robić. Postanowiłam po konsultacji z mamą (która jest pielęgniarką)wracać do domu ( mama uświadomiła mi, że mogę wyjść na własną prośbę) wysłano mnie z oburzeniem na tę myśl do lekarza :„Będzie  burza! Pęcherze wtedy pękają! Pani zwariowała!” tak mi krzyknęła zdaje się, jakaś położna. Lekarz ( po czasie okazało się, że przyjmujący porody domowe) okazał się bardzo wyrozumiały wobec moich argumentów, iż nie zostanę szpitalu ponieważ to dla mnie obce miejsce z obcymi ludźmi. Ciśnienie 220- skoczyło mi z nerwów- także rozumiał. Wróciliśmy do domu. Po tym stresie, przy krótkich, ale męczących mnie skurczach, nie mogłam spać. Byłam całą noc na nogach. Rano- był przeddzień ustawowego terminu porodu i umówione KTG. Słabe skurcze i  2 cm rozwarcia. Lekarka wysłała mnie na porodówkę, bo rodzę. W gruncie rzeczy na porodówce był komplet więc poszłam na oddział, zjadłam obiad i czekałam, aż wpuszczą mojego męża. Skracając powiem tylko, że na badaniu koloru wód ( bezpodstawnego z resztą) przebili mi przypadkiem pęcherz, a potem wolna akcja porodowa, oksytocyna, brak postępu przy 8 cm, ja nieprzytomna z bólu i zmęczenia i cc o 00.20. Cc pod pełną narkozą, bo znieczulenie zadziałało na oskrzela zamiast na inne części ciała. Byłam załamana. Co ze mnie za kobieta, że nie umiem urodzić dziecka? Gdyby jeszcze były jakieś poważne problemy, ale po prostu akcja nie szła, poród stał w miejscu- dlaczego? Po znieczuleniu wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego dał mi się mocno we znaki. Do mojego psychicznego dołka dołożyło się to, że czułam się jak inwalidka. To ma być poród? Nie mogłam pogodzić się z tą cesarką przez pół roku. Dręczyło mnie to dzień w dzień, chciałam urodzić więcej dzieci, ale czy teraz nie grozi mi kolejne cięcie? A ile tych cięć mogę mieć? Nie chciałam więcej trafić na salę operacyjną . Kiedy synek miał 9 miesięcy  test ciążowy pokazał 2 kreski. Radość i obawa. To tak szybko- czy dam rade urodzić sn?  Grzebałam w necie szukając jakieś nadziei. Ile mam szansy na poród naturalny po cc? Historie pęknięć macicy a raczej samo straszenie nimi ( bo tak na prawdę znalazłam tylko jeden przypadek gdy pękła) nie były zachęcające…ale trafiłam w końcu na forum poród domowy, gdzie były dziewczyny podejmujące próby porodu po cesarce i były w tym mocno zdeterminowane. Zapaliłam się do porodu w domu- to było coś, co bardzo mi pasowało.  Bez tych wszystkich obcych twarzy nie zawsze miłego personelu… Wokoło pukali się w głowę na moje pomysły. Jak na złość spotykałam kobiety , które po pierwszym cięciu znowu miały cięcie, bo jak” jedno cięcie to potem zawsze cięcie”. Wbrew temu znalazłam położną przyjmująca porody domowe, omówiliśmy mój poprzedni poród. Na pytanie czy mogę rodzić po takim czasie, położna najspokojniej w świecie powiedziała: a co za różnica czy rodzisz 11,12 czy 18 miesięcy po cc? W swojej praktyce widziała tyle przypadków pęknięć  które wyliczy na palcach jednej ręki. To nie jest standardowe zagrożenie.  Zostało nam  czekanie na decyzję- dom czy nie? Ostatecznie położna nie zgodziła się na poród w domu, ale miała do nas przyjechać, gdy coś zacznie się dziać i mieliśmy pojechać do szpitala w odpowiednim czasie, gdy poród będzie na tyle rozkręcony, że skurcze nie „uciekną” mi ze stresu Pierwsze godziny, do 6 cm były w domu i były takie spokojne. Około 1 w nocy pojechaliśmy do szpitala. Rodziłam tam  jeszcze długo ( 8 godzin), znowu zastój przy 8 cm, ale już nikt nie przebijał pęcherza, porodówka nie była ładna, ale była cicha i pusta. Tylko my.  Poród niestety się przedłużał, wokoło wszyscy namawiali mnie na oksytocynę, ale ja i mąż twardo odmawialiśmy( po doświadczeniach ostatniego porodu, panicznie się jej bałam). Nawet moja położna zaczęła mnie naciskać. Nachodziły mnie myśli, że zaraz wyląduję na sali operacyjnej, chociaż nikt tego nawet delikatnie nie zasugerował… O 9.20 rano nasz drugi synek przyszedł na świat całkowicie naturalnie. To było wspaniałe rodzić go. Skurcze parte zupełnie mnie zaskoczyły swoją siłą i mocą. Stosując się do każdego wskazania położnej ( dmuchać, przeć, wstrzymać się)urodziłam bez pęknięcia dziecię z wagą 4050 kg. w pozycji kolankowo- łokciowej na łóżku.   Byłam pełna entuzjazmu- jak po zwycięskiej wojnie. Byłam pewna siebie, swojej siły- wspaniałe emocje. W szpitalu gratulowali nam determinacji i siły, byli pod wrażeniem. Po kolejnych dwóch latach, już w domu urodził się nasz trzeci synek jeszcze większych gabarytów niż poprzedni ( 4170 kg). Poród był nieco krótszy, ale przy końcówce znowu miałam problemy z postępem porodu. Skurcze trwające 40 sekund- to zbyt krótko, by urodzić w ekspresowym tempie.  Urodził się na stołeczku porodowym, w naszej sypialni . I tym razem nie odniosłam żadnych obrażeń. To był wspaniały poród, do tego kolacja już po, zjedzona we własnej kuchni. Obecnie czekamy na nasze czwarte maleństwo, które także planujemy rodzić w domu. Z tą samą wspaniałą położną. Dzięki jej spokojowi, doświadczeniu oraz naturalnemu podejściu   miałam szansę  doświadczyć  porodu w całym jego pięknie. To pierwsze doświadczenie i cesarka,  z perspektywy czasu wiele mnie nauczyły. Zdobyłam niesamowitą wiedzę dotycząca ciąży, porodu i pracy całego mojego ciała w tym czasie. Walka o naturalny poród  pokazała mi ile jest we mnie siły i determinacji. Głos wewnętrzny- wierzę, że także Boży głos, mówił mi zawsze spokojnie, że się uda. Nauczyłam się bardziej ufać temu głosowi i chociaż przeżyłam wiele trudnych chwil w drugiej ciąży udało się. Tego życzę każdej z was, która pragnie urodzić swoje dziecko naturalnie po jednym, a może dwóch  cięciach. Życzę także znalezienia mądrej położnej, która będzie was w tym wspierać .

Powtórne Narodzenie (Warszawa)

O niezwykłej sile kobiecej intuicji, istocie psychicznego przygotowania do porodu i o tym, jak pięknie i nienarzucająco można wspierać kobietę w jej wyborze szczęśliwego rozwiązania. Oto historia Zuzanny.

Patrząc na usposobienie obu moich synów silnie wierzę w to, ze sposób urodzenia i emocje związane z porodem mają niesamowity wpływ na późniejszy charakter dziecka.

Mój pierwszy syn miał być urodzony naturalnie, przygotowywałam się do porodu z doulą, Gosią Borecką, to z nią miałam go urodzić w Szpitalu Św. Zofii. Cała ciąża przebiegła bezproblemowo, wręcz idealnie. Czułam się świetnie, Mały odwrócił się i czekał na poród. I nagle, w 35 tygodniu ciąży zaczęłam mieć bardzo silne bóle głowy. Początkowo mnie nie przeraziły, bo często bolała mnie głowa w ciąży, ale pojawił się także ból brzucha. Pojechałam do szpitala na kontrolę, na której lekarz stwierdził, że wszystko jest w porządku. Dwa dni później objawy się powtórzyły: koszmarnie bolała mnie głowa, nadbrzusze, pojechałam do szpitala ze wszystkimi dokumentami, czułam, że jest coś nie tak. I tu po raz pierwszy poczułam siłę kobiecej intuicji.. Po przyjeździe okazało się, że mam koszmarnie wysokie ciśnienie, białko w moczu, problem z wątrobą… Słowem wszystkie niepokojące ciążowe objawy. Po kilku godzinach obserwacji, podawania leków i nieustępujących a wręcz postępujących objawach Zespołu HELLP (jak się potem dowiedziałam) w nocy zadecydowano o Cesarskim Cięciu. I tak, miesiąc przed planowanym terminem, urodził się mój pierwszy syn, na szczęście zdrowy, śliczny i cudowny. Całą operację przeżyłam koszmarnie. Najpierw dosłownie wyrywanie dziecka z brzucha, potem niesamowity, przeraźliwy płacz… Synka pokazano mi na chwile, ale ja otumaniona znieczuleniem, nie mogłam nawet się przyjrzeć a małego od razu zabrano do inkubatora, w którym musiało zostać jeszcze kilka dni a ja go mogłam tylko widywać.  Fizycznie czułam się świetnie ale psychicznie okropnie. Przez jakieś pół roku kompletnie nie czułam, że to ja urodziłam moje dziecko – zupełnie jakbym je od kogoś dostała. Całe doświadczenie porodu na Sali operacyjnej, w momencie, w którym się tego nie spodziewałam, było bardzo trudne. Miałam pretensje do siebie, do swojego ciała, które zawiodło. Moje dziecko dużo chorowało, bardzo długo cierpiało na kolki, przyczyny tego wszystkiego szukałam właśnie w porodzie mając do siebie żal, że tak skrzywdziłam małego. Dopiero po roku przestałam płakać na myśl o porodzie. I zaczęłam wtedy myśleć o kolejnym dziecku.

Poszłam do polecanego ginekologa, żeby porozmawiać o planowanej ciąży i lekarz mi ją odradził. A potem kolejny i kolejny. 3 lekarzy odradziło mi kolejną ciąże ze względu na ryzyko powtórzenia się Zespołu Hellp, i to we wcześniejszym tygodniu ciąży, co mogłoby być dużo bardziej niebezpieczne dla mnie i dla dziecka. Po wizycie u ostatniego lekarza, który powiedział to samo, byłam załamana. Zaczęliśmy rozmawiać z mężem o adopcji. I wtedy przypomniałam sobie o polecanej Pani Dr. Marzenie Dębskiej, specjalistce od TRUDNYCH ciąż. Zaniosłam Pani Doktor całą historię pierwszej ciąży, wypisy ze szpitala moje i dziecka, aktualne badania…Pani Doktor spojrzała na mnie i powiedziała słowa, które chyba zawsze będę pamiętać: Pani Zuzanno, Pani ma oczy zdrowej osoby, wszystko będzie dobrze, proszę do mnie wrócić w ciąży. Potem dodała, że historia może, ale nie musi się powtórzyć, że trzeba będzie całą ciążę skrupulatnie robić badania i mierzyć ciśnienie. Pamiętam, że w tamtym momencie szczerze poczułam, że wszystko będzie dobrze. I że ten poród będzie cudowny i naturalny.

Ciążą przebiegała bez komplikacji, ale zespół HELLP pojawia się na ogół w 3 trymestrze, także do końca była lekka niepewność co do rozwiązania. Dr Dębska chciała rozwiązać ją planowo przez cesarskie cięcie, żeby być pewną, że będzie wszystko ok., natomiast, co mnie mile zaskoczyło, nie nalegała na cesarkę, nie namawiała mnie na nią – mówiła, że ona by tak wolała, ale to ja znam swoje ciało. Ani razu nie wzbudziła we mnie strachu, niepewności, nigdy nie padły z jej ust słowa o jakimkolwiek niebezpieczeństwie grożącym mi podczas porodu naturalnego. Bo moje ciało chciało rodzić J. Oczywiście byłam otwarta na sytuację, kiedy znów się wszystko skomplikuje i potrzebne będzie cesarskie cięcie, ale czułam, naprawdę czułam, że nic się tym razem nie skomplikuje. Bałam się, ale jak czegoś nowego i nieznanego. Do porodu, również w Szpitalu Św. Zofii przygotowywałam się z cudowną doulą i joginką, wspaniałą kobietą-balsamem Olą Kunstler. Te spotkania z Olą bardzo mi pomogły psychicznie i fizycznie przygotować się do porodu, podjąć decyzję o tym, że chcę rodzić bez znieczulenia, pozbyć się jakiegokolwiek strachu i wprost zakochać się w porodzie. I w idei porodu. Uwierzyć w to, że ciało będzie mnie prowadziło przez poród. Spotkałam się tez z położną, Magdą Witkiewicz, która również spokojnie podeszła do tematu cesarskiego cięcia dwa lata wcześniej.

Zbliżający się poród, mimo braku jakichś specjalnych symptomów, czułam kilka dni wcześniej – wiedziałam, że urodzę do końca tygodnia. I tak, w sobotę o 7.40, po dosłownie 40 minutach od przyjazdu do szpitala, bez jakichkolwiek komplikacji, bez specjalnego bólu, bez znieczulenia, nacięcia, BEZ PŁACZU, prosto do moich ramion, urodził się nasz drugi syn. To było niesamowite. Ten spokój małego, wsparcie położnej, przeżywanie skurczy, których się nie bałam, dzięki wcześniejszym rozmowom z Olą. Poród był dokładnie taki, jaki miał być. Taki, jaki miał być też ten pierwszy. Drugi synek był jakby kopią starszego. W magiczny sposób poczułam się tak, jakbym wreszcie przeżyła też ten pierwszy poród. Tuląc młodszego miałam wrażenie jakbym tuliła ich obu, nowo narodzonych naraz. Wreszcie przeżyłam poród, którego nie przeżyłam dwa lata wcześniej. A ja jako kobieta też narodziłam się na nowo – prawdziwie uwierzyłam w siebie.

Myślę, że to, co pomogło mi w takim wspaniałym przeżyciu porodu, to wsparcie wszystkich, którzy mieli z nim cokolwiek wspólnego – od Dr. Dębskiej poprzez Położną aż po cudowną wspierającą doulę i dzielnego męża. Nikt nigdy nie poddał pod wątpliwość mojej decyzji wierząc, że kobieca intuicja to jednak ogromna potęga.  Ważne jest też otwarcie na wszystko to, co się dzieje. Przy pierwszym porodzie nie brałam pod uwagę cesarskiego cięcia i myślę, że dlatego doznałam takiego szoku, z którym później trudno mi było sobie poradzić. Opierając się na swoim doświadczeniu chciałabym życzyć wszystkim czytelniczkom portalu, żeby wsłuchały się w siebie i w swój wewnętrzny głos czasami zagłuszany przez nie nasze sądy i przekonania. Bo nasze ciało naprawdę nas zawsze ostrzeże przed niebezpieczeństwem ( jak przy pierwszym porodzie) i poprowadzi właściwą drogą.

„Narodziny Franka, czyli jak matka się rehabilituje we własnych oczach” (Warszawa)

Niepewność i wątpliwości. Nadzieja i załamanie. Decyzja o powtórnym cięciu i … spóźniony anestezjolog. Oto trzymająca do końca w napięciu historia Olgi.

Tak naprawdę powinnam zacząć historię od narodzin naszego pierworodnego Kuby, skoro ma to być historia szczęśliwego porodu VBAC, ku pokrzepieniu serc mam po cesarkach, liczących na naturalne rodzenie. Ale wspomnę tylko krótko.

Kubuś przyszedł na świat szczęśliwie – zdrowy i śliczny. Tylko niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Medycyna wkroczyła do naszych pierwszych chwil bardzo mocno – patrząc z perspektywy czasu sama już nie wiem, na ile potrzebnie, na ile nie i nie chcę tego roztrząsać. Nasza relacja jest super, miłość jest od początku, karmienie w 100% udane, więc jak mówiła mi większość znajomych, „wszystko jest w porządku”. A jednak jego narodziny zostawiły mi bliznę na brzuchu i dziurę w sercu. Dziwaczne, dla mnie samej absurdalne, ale nie do przezwyciężenia uczucie, że zawiodłam, że coś jest nie tak ze mną jako kobietą i matką, skoro moje ciało nie potrafiło wydać dziecka na świat.

W drugiej ciąży, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie myślałam o porodzie. Chyba więcej myślał o nim mój mąż, który wszystkim wokół opowiadał, że chcemy urodzić naturalnie, a ja to powtarzałam. Jak mantrę. I w duchu liczyłam, że lekarze zakażą mi rodzić naturalnie. Cesarka była znana. SN było tym, czemu nie podołałam. A przecież od tego czasu nie stałam się lepsza, czy silniejsza. Jednak żaden ginekolog nie widział powodu, dla którego nie miałabym urodzić SN. Mówili tylko, że mam wybór, że w mojej sytuacji jeśli chcę cc, to wystarczy powiedzieć. Takie proste.

A jednak czekałam po prostu, aż zacznie się akcja porodowa i oddałam sprawę Bogu, wierząc, że mnie samą to zwyczajnie przerasta.

Był piątek wieczorem, minął nam dzień jak co dzień, taki ze spacerem, odwiedzinami u przyjaciół, rodzinną obiadokolacją. Wieczorem w przypływie chęci porozpieszczania pierworodnego wstałam, żeby dać mu jajo z niespodzianką, rzecz dla niego niespotykaną;) Kiedy wstawałam po to jajo, o którym zawsze będę pamiętać, wydarzyła się rzecz równie dla mnie dziwna – wody chlusnęły, mocząc mnie aż do podłogi. Pamiętałam dobrze ten sterylny zapach, właściwie czekałam na niego… Wtedy początek był taki sam, tylko mniej spektakularny – sączyły się.

Działaliśmy na spokojnie. M pojechał po moją mamę, ja oglądałam z Kubą bajkę. Potem jeszcze jego kąpiel, dopakowanie ostatnich rzeczy i pojechaliśmy do szpitala. I ta myśl z tyłu głowy: wszystko jest jak wtedy, wody lecą, skurczów niet.

Na IP standard, KTG, dużo papierków. Wody moczące wszystko wokół. Kiedy czekaliśmy na korytarzu, czekając na wolną salę porodową, zaczęły się pierwsze skurcze. Delikatniutkie i nieregularne, dające cień nadziei 🙂 Mąż pełen optymizmu, przekonany, że wszystko będzie tak jak ma być – czyli naturalnie. Ja sama nie wiem.

Dostajemy salę błękitną. Śliczną, przestronną. I moja myśl znów: fajnie by było, gdyby to tu urodził się nasz syn. Szkoda, że to będzie na sali operacyjnej.

Jest północ, w sali gra radio, z mężem tańczymy porodowy taniec. Na pytanie położnej o skurcze odpowiadam „jakieś tam są”. Zgodnie z prawdą.

Nic się jednak nie dzieje, główka Frania jest wysoko, 1 cm rozwarcia. Około 4 idziemy spać – ja w sali porodowej, mąż w domu. Budzę się o 8 i stwierdzam, że skurcze zniknęły. Za chwilę M. przyjeżdża i zastaje mnie we łzach. Miałam rację – nie umiem rodzić dzieci. Wyciąga chusteczki, przytula mnie trochę i zaprasza na spacer po korytarzu. Spacer przywraca skurcze, nieregularne, ale mocniejsze. Położne cały czas są w okolicy, ale są super dyskretne.

Udaje nam się „wychodzić” 4 cm rozwarcia, potem 5. Skurcze bolą przeokropnie. I cały czas te 5 cm, przez godzinę, dwie, trzy i więcej… Nie mam już siły chodzić, nie mam siły na nic. Siadam na krześle i płaczę, że ja już nie chcę, że to nie ma sensu, skoro i tak musi się skończyć jak ostatnio. To jest ten moment, kiedy naprawdę tracę wiarę. M. delikatnie, nie wiem nawet kiedy i jak, prosi personel o wsparcie. Przychodzi położna i pani doktor, która opowiada mi o własnych dwóch porodach – pierwszym cc, drugim sn. Obie mówią, że jeśli będę chciała cc, to ok, ale żebym próbowała, bo warto, żebyśmy dali synkowi jeszcze trochę czasu. Siły mi wracają, chociaż uporczywe myśli o własnej bezsilności wcale nie chcą się ode mnie odczepić. Przy tych 5 nie chcących drgnąć centymetrach, skurcze robią się naprawdę bolesne. M trzyma za rękę, masuje, daje mi pić i stara się pokazać, że go moje wrzaski aż tak bardzo nie ruszają. Po jednym wyjątkowo popisowym okrzyku przychodzi położna. Znowu czuję się słabiej, dostaję w kroplówce płyn z elektrolitami – to pierwszy medykament, jaki mi w ogóle zaaplikowano po przybyciu do szpitala. Muszę już naprawdę wyglądać na cierpiącą, bo w końcu pada to pytanie „Czy chce pani cięcie?”. Półgębkiem odpowiadam, że tak, a potem szeptem przepraszam męża. On szepce mi do ucha kilka bardzo ważnych słów, które niechaj zostaną między nami. Przebierają mnie w koszulę szpitalną, trzęsącą się łapką podpisuję zgody, których nie jestem w stanie przeczytać. Ale na razie nic więcej stać się nie może – na bloku porodowym nie ma anestezjologa, trzeba czekać na tego, który asystuje przy ratującej życie operacji na innym oddziale. Żeby mi ulżyć, położna daje mi do kroplówki środek rozkurczowy. I wtedy wszystko zaczyna się toczyć strasznie szybko.

Zostajemy z M sami w sali i razem sobie cierpimy przy kolejnych skurczach – on w ciszy, ja bynajmniej 😛 Bo środek rozkurczowy przyniósł ulgę na chwilę, potem wszystko wraca, mam wrażenie, ze zdwojoną mocą. Skoro już znam decyzję, nie mogę się doczekać anestezjologa i ulgi. Martwię się trochę o synka. Wiem, że medycznie wszystko u niego w porządku, tylko że z nim też nie przywitam się tak, jak bym chciała.

Jednak z bólem przychodzi też i powolne pogodzenie i wtedy… wtedy mam pierwszy skurcz inny od wszystkich poprzednich. Czuję coś jakby… parcie? Przychodzi cała fala uczuć. Entuzjazm! Niezrozumienie – hej, przecież ja nie rodzę, ja czekam na cesarkę! Przerażenie – przecież tu nikogo z nami nie ma! Nie wiem, co mam wykrzyczeć, ostatecznie wybieram to ostatnie i mówię M, żeby kogoś zawołał. Wraca z położną, która mnie bada, uśmiecha się szeroko i mówi, że niniejszym rodzimy, jest pełne rozwarcie. Dalej jestem w szoku, ale mam zupełnie nowy przypływ sił, po tych 22 godzinach porodu, które już minęły, mam wrażenie, że teraz mogę wszystko. Do sali wraca mój M, który uśmiecha się, trzyma mnie za rękę, szepcze i w ogóle jest jedną wielką pozytywną wibracją. Od tego pierwszego niezrozumiałego dla mnie skurczu mija dokładnie 18 minut i na moim brzuchu znajduje się Franek. 3335 g szczęścia, 55 cm, 10/10 pkt w skali Apgar, ma burzę włosów i krzyczy, a my całujemy go po głowie i tulimy. Cały świat nagle cudownie staje na swoim miejscu, wszystko robi się super spokojne. M. spełnia marzenie i przecina pępowinę. Rodzenie łożyska, szycie, to wszystko odbywa się jakby poza mną. Te dwie godziny są nasze, dla Franka, męża, mnie i, nie ukrywajmy, mojego poczucia triumfu i wdzięczności wobec Boga. Potem spokojnie rozmawiamy sobie z położną, ona waży, mierzy i ubiera Frania, który następnie spokojnie zasypia w ramionach swojego taty, a ja myję się w wannie. Jedziemy na salę na oddział, po drodze wypijam herbatę. Świat nadal jest przecudowną oazą spokoju. Jako i moje dziecko – jak się później okazuje.

Po tym porodzie zdecydowanie mam komu dziękować – przede wszystkim Opatrzności, zajętemu anestezjologowi, środkowi (sic!) rozkurczowemu,  dwóm bardzo mądrym położnym i mojemu mężowi J I jeszcze moim synkom za to, że są.

A to my w około pół godziny po porodzie:

557959_10201022853839355_1986857682_n

Narodziny Ignasia i Józi (Warszawa)

Poród domowy zakończony niespodziewaną cesarką i uzdrawiający poród siłami natury po cc. Oto inspirująca, tętniąca emocjami historia Kasi.

Moja córeczka przyszła na świat zaledwie trzy tygodnie temu, ale historia tych narodzin zaczyna się dużo wcześniej…

Pamiętam bardzo dobrze, jak moja mama wspominała swoje dwa porody. Ból, strach, przerażająca samotność, upokorzenie. O ile narodziny mojego brata miały w miejsce w jednej z wielu istniejących jeszcze wtedy izb porodowych i, poza mglistym wspomnieniem bólu, nie pozostawiły po sobie wielkiego piętna, o tyle, moje narodziny były dla mamy traumatycznym przeżyciem. Doświadczyła wszystkich serwowanych wówczas w szpitalach „atrakcji”, musiała zmierzyć się ze znieczulicą lekarzy, którzy, zebrawszy się licznie wokół łóżka porodowego, nie szczędzili niesmacznych komentarzy. Po porodzie mamę poinformowano, że urodziła się córeczka. Córeczkę pielęgniarka natychmiast skwapliwie porwała i zaniosła na Oddział Noworodkowy, mamę zaś, z braku miejsc, umieszczono na Oddziale Ginekologii. „Brudnym”, jak mówiono, oddziale. Przez trzy dni nie mogła nawet przyjść i zobaczyć swojego dziecka, nie mówiąc o przytuleniu czy nakarmieniu…

Miałam kilkanaście lat, gdy słuchałam tych historii. Nie czułam współczucia. Czułam tylko gniew. Nie chciałam wierzyć, że ten obezwładniający ból, strach i poczucie odarcia z godności są nieodłączną częścią macierzyństwa. Rosło we mnie postanowienie, że, jeśli kiedyś będę miała dzieci, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by udowodnić światu, mojej mamie i sobie samej, że prawda o porodzie jest inna…

Minęło kilka lat. Byłam już szczęśliwą, zakochaną po uszy narzeczoną. Przez przypadek wpadły mi w ręce historie porodowe nadesłane do Fundacji Rodzić po Ludzku. Przeczytałam je wszystkie. Poczułam się tak, jak wtedy, gdy słuchałam opowieści mojej mamy: łzy gniewu, bezsilności i mocne pragnienie, by ze mną było inaczej. Wtedy trafiłam na opisy porodów domowych. Zachwyciłam się niezwykłą siłą, mądrością i pasją, która z nich płynęła. Zapragnęłam, by tak właśnie wyglądał mój poród: by przebiegał w atmosferze spokoju, szacunku dla mamy i rodzącego się dziecka, by były przy mnie osoby, którym ufam, by to wydarzenie mogło być źródłem siły, a nie bolesnym wspomnieniem, które będę chciała jak najszybciej wymazać z pamięci.

Kilka miesięcy po ślubie zobaczyłam na teście ciążowym dwie różowe kreseczki. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Ciąża przebiegała podręcznikowo. Rozpieszczałam się zapamiętale, dbałam o dietę, ćwiczyłam, spacerowałam, głaskałam rosnący w zaskakująco szybkim tempie brzuszek i przygotowywałam się do rodzenia w domu. Powoli zbliżał się termin porodu…
Któregoś dnia, gdzieś w okolicach 39 tygodnia, ogarnęło mnie nagłe przerażenie. Jak sobie poradzę? Jak będzie wyglądać moje życie? Co, jeśli nie uda się urodzić w domu? Na wieczór miałam zaplanowaną wizytę lekarską. Okazało się, że mam już 2 cm rozwarcia i w ciągu kilku najbliższych dni powinnam zacząć rodzić. Około 2 w nocy poczułam lekkie skurcze, które dość szybko zaczęły się nasilać i występować z coraz większą częstotliwością. Obudziłam męża, spojrzał na zegarek i stwierdził „Dziewczyno, ty masz skurcze co 3 minuty!”.

A więc rodzimy! Jeszcze kawałek bloku czekoladowego zjedzony między skurczami, szybkie przeczesanie włosów (no przecież w takim dniu nie mogę wyglądać byle jak!) i telefon do położnej. Zaczynamy porodowy taniec. Już nie mam wątpliwości. Moje ciało musi poddać się temu rytmowi, który narzuca nam coraz szybsze tempo. Przytulam się do męża, śpiewam samogłoski, muszę się otworzyć, nie mogę się bronić, to takie trudne… 6 rano. Jest już nasza położna. Badanie – 6 cm rozwarcia! „ O 12 powinniśmy mieć już dzieciątko” – mówi. Skurcze zaczynają być trudne do zniesienia. Drażni mnie dzienne światło. Łatwiej rodzi się w ciemności. Woda nie pomaga, nie mogę sobie znaleźć miejsca w wannie. Masaż krzyża tylko nasila ból. Próbuję różnych pozycji. Kucam podtrzymywana przez męża, klęczę przy fotelu, na sako… Już dawno straciłam poczucie czasu… Wiem tylko, że każdy kolejny skurcz przychodzi zbyt szybko. B. jest przy mnie, wspiera mnie, naprawdę rodzi ze mną. Położne są na każde nasze zawołanie. W którymś momencie zaczynam jednak rozumieć, że nie wszystko idzie tak, jak powinno… Główka dziecka jest cały czas wysoko, choć mamy już prawie pełne rozwarcie… Zaczynam się bać, kalkulować, próbuję przypomnieć sobie jakieś informacje ze szkoły rodzenia… Ale przecież to macica, nie głowa, ma rodzić. „Chyba będziemy musieli jechać do szpitala” – słyszę głos położnej. Dzwonimy do mojej lekarki- ona też radzi udać się na izbę przyjęć. Już wiem, że nie urodzę. Poddaję się, choć moim ciałem wciąż szarpią bolesne skurcze. „Zrobią mi cesarkę?” – pytam. „Nie będzie żadnej cesarki”.
Przypomina mi się sen z początków ciąży. Budzę się rano w mieszkaniu moich rodziców, macam brzuch – płaski. Przerażona biegnę do ich sypialni i krzyczę: „Co stało się z moim dzieckiem?!” A oni odpowiadają: „Zrobiliśmy ci w nocy cesarkę. Tak będzie dla Was najlepiej”.
Na jawie decyzja już podjęta. Jedziemy do szpitala. Jestem jednym wielkim skurczem, nie wyobrażam sobie, jak zniosę jazdę samochodem. Jednak posłusznie ubieram się, bierzemy przygotowaną na wszelki wypadek torbę i ruszamy. Jest około 17. Godzina korków. Pada deszcz. Mamy do pokonania całkiem spory kawałek drogi. „Nie ma zagrożenia życia” – uspokaja nas położna. Ja mamroczę modlitwy, ściskam w dłoni różaniec, modlę się już tylko o siłę do zaakceptowania tego, co się ma stać. Na izbie przyjęć wszyscy są mili, ale musimy wypełnić całą stertę dokumentów. Podpisuję je bezwiednie między kolejnymi skurczami, kucając przy łóżku. Jest mi wszystko jedno. Chcę tylko, żeby to się już skończyło i żeby nikt na mnie nie krzyczał. Staję się potulną pacjentką, chociaż w teczce z dokumentami mam spisany mój plan porodu, który, w razie potrzeby, miał mnie chronić przed szpitalną rutyną. Plan porodu diabli wzięli. Teraz każą mi się położyć na łóżku i wiozą mnie na trakt porodowy. Podłączają mnie pod ktg. Porażona bólem, wrzeszczę wniebogłosy, położna szybko odpina pasy. Jest decyzja o cesarskim cięciu. Mam przejść do sali obok. Ostatni skurcz łapie mnie w progu drzwi. Kucam, trzymając się framugi. Ktoś z tyłu pogania mnie, krzyczy, że nie mamy czasu, bo następna pacjentka czeka w kolejce. Zastrzyk w kręgosłup. Ogromna ulga dla wymęczonego ciała, ale ból kumuluje się teraz w przerażonym umyśle. Płaczę, trzęsę się ze strachu, nie wiem, co się ze mną dzieje. Ktoś rzuca: „ Co Pani tak histeryzuje?”. Odpływam. Z letargu wyrywa mnie głos lekarza „ 19:03″. Jak to, już jest? JEST! Synek! 4392 g, 57 cm. ILE?! Jest taki piękny. Nie pozwalają mi go przytulić, pokazują tylko z odległości kilkunastu centymetrów. Dzięki Bogu, jest ze mną mąż. Równie oszołomiony jak ja, biega między niemowlęcą wagą a stołem operacyjnym. Chwilę potem rozdzielają nas. Budzę się na sali pooperacyjnej, podłączona mnóstwem kabelków do różnych maszyn. Moje ciało jest bezwładne, zupełnie obce. Przynoszą małego. Moja pierwsza myśl: „ Dlaczego ma na sobie ubranko, którego nie lubię?” Zaczyna się nowy rozdział w moim życiu, długa droga uczenia się miłości do tego małego człowieka. Ratuje mnie wspomnienie tych kilkunastu godzin porodu spędzonych w domu. Nie pamiętam już bólu, tylko niezwykłą bliskość, której doświadczyłam z mężem, słowa pełne miłości, ciepłą obecność położnych. Cieszę się, że mogłam dać mojemu synkowi ten czas, że doświadczyłam bólu rodzenia. Wszystkim, którzy teraz powtarzają mi „A nie mówiłam?”, odpowiadam, że poród był piękny, że żadnej decyzji nie żałuję. Tylko ta cesarka… Mamie podsuwam książkę naszej położnej. Początkowo sceptyczna, zaczyna czytać relacje porodowe i łzy napływają jej do oczu. „Teraz rozumiem” – mówi.
10 miesięcy później, w piękny, majowy poranek, znów widzę dwie kreseczki. Lekkie zaskoczenie, ale cieszymy się. Wiem, że większość lekarzy każe zaczekać z kolejną ciążą po cesarce co najmniej 12 miesięcy, ale ja bardziej niż o pooperacyjną bliznę, boję się o blizny na sercu, które pozostawił tamten poród. Jednocześnie gdzieś, w głębi duszy, ufam, że w doświadczeniu drugiego macierzyństwa czeka mnie uzdrowienie.
Ciąża i tym razem przebiega spokojnie, choć nie mam już czasu na rozpieszczanie się. Moje otoczenie też nie zwraca wielkiej uwagi na mój rosnący brzuszek i chyba mi z tym dobrze. Wiem, że noszę w sobie tajemnicę nowego życia i to mi wystarcza. Nie muszę być już idealną, zawsze uśmiechniętą ciężarną: pozwalam sobie na dietetyczne grzeszki i chwile zupełnego załamania. Szukam w Internecie informacji na temat porodu naturalnego po cesarskim cięciu. Na polskich stronach dużo suchych, medycznych danych. Nie tego potrzebuję. W końcu trafiam na linki do anglojęzycznych stron. Płaczę, czytając wiersze napisane przez kobiety, których dzieci przyszły na świat przez cesarskie cięcie. Czytam historie mam, których jedyną kartą przetargową w walce o naturalny poród było wielkie, instynktowne pragnienie, by urodzić własnymi siłami. Raz jeszcze przeżywam swoją żałobę, płaczę nad sobą, nad moim synkiem, nad naszymi pierwszymi, wspólnymi chwilami pełnymi łez, zwątpienia, strachu i bezradności. Powoli rodzi się we mnie zgoda na te doświadczenia. Oto jestem: ja – matka niedoskonała, rodząca przez cesarskie cięcie, karmiąca butelką, płacząca przez długie miesiące. Nie dałam synkowi najlepszego porodu, najlepszego pokarmu, lubiłam wymykać się z mężem z domu, zostawiając go pod okiem babci, czasem, zamiast Mozarta, puszczałam mu Depeche Mode, ale teraz patrzę na niego i widzę małego, szczęśliwego chłopca, który mnie kocha. Z wzajemnością. Pod sercem noszę zaś malutką dziewczynkę, która kopie mnie z coraz większą siłą.
Od początku nie mam wątpliwości, że chcemy próbować rodzić naturalnie, jeśli tylko nie wystąpią jakieś niespodziewane komplikacje. Lekarze sceptycznie patrzą na wpisaną w kartę ciąży „niewspółmierność porodową”, która miała być przyczyną cesarskiego cięcia. Niektórzy straszą „położniczym sajgonem”, kręcą głową nad krótką przerwą między ciążami, powtarzają, że wszystko zależeć będzie od wagi dziecka, ale ostatecznie nie przekreślają naszych szans na poród drogami natury. Tym razem będziemy rodzić w szpitalu, ale miejsce nie jest dla mnie najważniejsze. Decydujemy się na indywidualną opiekę położnej. Po spotkaniu z położną E. wracam do domu spokojna. Marzę po cichu o naprawdę dobrym porodzie, ale wiem, że każdy scenariusz może się spełnić. Nie chcę planować, wybiegać w przyszłość, usilnie czepiać się jednego rozwiązania. Proszę tylko małą, żeby nie urosła nam za bardzo i nie chciała wychodzić zbyt prędko. To dopiero 34 tc, a mnie od kilku tygodni męczą skurcze, szyjka już miękka, przygotowana do porodu. Boję się przedwczesnego porodu, no i obiecałam E., że nie zacznę rodzić w sylwestrową noc. Mija Sylwester, jeden tydzień, drugi, trzeci… Zaczynam się niepokoić. Zaopatruję się w olej rycynowy, ale jakoś nie mam odwagi go wypić.
W sobotę, tydzień przed terminem porodu wg USG, wybieram się rano na wyprzedażowe zakupy, a moich mężczyzn wysyłam do lasu na spacer. Po spacerze młody zasypia kamiennym snem, a my mamy trochę czasu dla siebie. Wieczorem chcemy wybrać się na Eucharystię celebrowaną przez naszą wspólnotę. Ja mam w planach jeszcze „indukcyjną” sesję schodzenia po schodach. Zakładam wygodne dresy i zaczynam mój „trening”. Trochę wątpię w skuteczność moich działań, czuję się idiotycznie i mam tylko nadzieję, że nie spotkam żadnego sąsiada. No cóż, lepsze to niż nicnierobienie i nerwowe wpatrywanie się w kalendarz z zaznaczonymi kolejnymi tygodniami ciąży.

Wieczorem czuję lekkie pobolewanie w podbrzuszu, ale staram się nie zwracać na nie zbytniej uwagi. Spokojnie szykujemy się do wyjścia. Jest 20. Docieramy do oddalonego o 25 km kościoła. Ławki są koszmarnie niewygodne, nie mogę sobie znaleźć wygodnej pozycji. Z każdą minutą coraz trudniej mi nie myśleć o tym, co się dzieje w moim brzuchu. Po Komunii wymykam się dyskretnie. Skurcze zaczynają się nasilać. Są zupełnie inne niż przy pierwszym porodzie. Nie wyobrażam sobie, jak je zniosę, jeśli będą jeszcze mocniejsze. Trzęsę się z zimna. Marzę o jakimś ciepłym, przytulnym miejscu, o ciepłej wodzie. Wracam do sali, ktoś próbuje mnie pocieszyć, ale ja chcę już uciec, przytulić się do męża, nie chcę z nikim rozmawiać, nie chcę słów pocieszenia. Trudno mi jeszcze uwierzyć, że to poród, ale kurcząca się macica powoli przejmuje kontrolę nade mną. Kończy się Msza. Mąż przekonuje mnie, że powinnam zadzwonić do położnej. Za jej namową jedziemy jeszcze do domu. Mam wziąć prysznic, no-spę i zobaczyć, czy skurcze się nie wyciszą. W samochodzie nie mam już jednak wątpliwości, że właśnie zaczął się poród. Skurcze pojawiają się co 2, 3 minuty. W końcu docieramy do domu. Z trudem dochodzę do łazienki, próbuję się rozebrać i wejść pod prysznic, ale nie daję już rady. Dzwonimy do położnej. Właściwie to mąż dzwoni, bo ja próbuję w tym czasie znaleźć jakąś wygodną pozycję w czasie skurczu i złagodzić ból oddychaniem. Mamy być w szpitalu za godzinę. Ostatnie spojrzenie na śpiącego synka, kilka wskazówek dla opiekującej się nim babci, bierzemy torby i wsiadamy do samochodu. Jest prawie północ, pogodna zimowa noc, puste ulice. Kucam na tylnym siedzeniu samochodu, zamykam oczy. W czasie skurczów proszę B., żeby oddychał ze mną. Między skurczami śpiewam cichutko.
Docieramy do szpitala. Na izbie przyjęć nie ma żadnych pacjentek. Większość mojej dokumentacji jest gotowa, musimy tylko dopełnić kilku drobnych formalności. Jest już położna. Badanie – 5 cm rozwarcia. Tętno dziecka prawidłowe. Idziemy do sali Śliwkowej. Uśmiecham się – śliwkowy to mój ulubiony kolor.
Na początek krótkie badanie ktg. Na szczęście mogę cały czas kucać oparta o łóżko. Jestem spokojna i maksymalnie skupiona na tym, co dzieje się z moim ciałem. Nie chcę wybiegać myślami do przodu, nie zastanawiam się, ile jeszcze czasu przed nami. Odpycham od siebie wszystkie lęki: nie myślę o bliźnie na macicy, nie myślę o tym, czy tym razem się uda, nie myślę o bólu, o tym, że mogę nie dać rady. Liczy się tylko dana chwila. Wyjątkowy czas dany mi i mojej córeczce.
E. proponuje kąpiel, a ja przyjmuję jej propozycję z wdzięcznością. Ciepła woda łagodzi ból, rozluźnia napięte mięśnie. Skurcz za skurczem. Zamykam oczy i z niczym nie walczę. Nie próbuję uciekać. Uśmiecham się. W myślach powtarzam sobie, że jestem piękna w tym bólu, że oto na nowo rodzę się jako matka, że każda sekunda jest dla mnie wielkim darem. Kiedy skurcze stają się mocniejsze, a główka dziecka schodzi coraz niżej pozwalam sobie na krzyk. Nie jest to krzyk bólu i bezradności. Niskie, gardłowe dźwięki pomagają mi się otworzyć. Czasem mam ochotę zawyć jak zranione zwierzę, ale nie chcę, by lęk przejął nade mną kontrolę. Zamiast tego krzyczę: „Chooodź, nie boję się ciebie, jestem silniejsza od ciebie”…
W którymś momencie położna sugeruje, że warto wyjść z wanny, by skurcze wzmocniły się. Wychodzę podtrzymywana przez męża, opieram się o łóżko i właściwie od razu czuję różnicę w intensywności skurczy. Stoję na szeroko rozstawionych nogach, pochylona do przodu, rękami zgiętymi w łokciach opieram się o łóżko. Rodzące się dziecko narzuca swój rytm. Jedyne co muszę robić, to poddać się mu. Słyszę uspokajający głos E. „Dobrze, świetnie sobie radzisz”. Nie wiem, ile mija czasu – kilka sekund czy kilkadziesiąt minut. W mocnym, długim skurczu rodzi się główka, zaraz potem łagodnie wyślizguje się małe ciałko. E. kładzie malutką przede mną na łóżku. Jest piękna, taka maleńka, wciąż połączona ze mną pępowiną. Nie ma żadnego pośpiechu, nie ma krzyku, zamieszania, ostrych świateł. Kładę się na łóżku i dostaję córeczkę do przytulenia. W jednym skurczu rodzi się łożysko. Wszystko dzieje się tak po prostu, tak normalnie… Mała jest cały czas przy mnie, przytulamy się, karmimy, tata robi nam pierwsze zdjęcia. Dopiero po dwóch godzinach mała jest ważona i mierzona (3085 g, 53 cm). Zakochuję się w niej instynktowną, bezwarunkową miłością, a ona odwdzięcza się pełnym ufności przywiązaniem…

Do pięciu odlicz, czyli jak liczyłam nogi od krzeseł…(Warszawa)

Najważniejsza jest możliwość podejmowania przez kobietę rodzącą świadomych wyborów – gdzie, z kim i w jaki sposób urodzi. Szczególną wagę ma to w przypadku porodu po cięciu cesarskim. Zapraszam do przeczytania historii Joanny.

Trudno nie porównywać dwóch tak różnych porodów… Być może dlatego ten drugi, upragniony – drogami natury – wydaje mi się dziś idealny. Bo ten pierwszy znacznie odbiegał od oczekiwań i wyobrażeń, choć przecież odbył się w tym samym szpitalu.

Pierwszy poród zakończył się cesarskim cięciem z powodu braku postępu po dwóch godzinach parcia – dziś wiem, że wywoływanie porodu tylko dlatego, że lekarz tak sobie życzy, jest pierwszym krokiem w stronę cesarki. Wtedy nic nie układało się tak, jak chciałam, ale też byłam mocno zdezorientowana i wymęczona przez atmosferę, panikującą młodą położną i wlewaną we mnie oksytocynę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, choć bardzo długo nie mogłam się pogodzić z cesarką.

To było prawie cztery lata temu.

W drugiej ciąży nie usłyszałam od mojej ginekolog ani słowa na temat konieczności cesarki. Kiedy w moim brzuchu pojawił się S., minęły prawie trzy lata od poprzedniego porodu – ryzyko związane z blizną było małe, a na każdym USG prosiłam o skontrolowanie jej szerokości. Moja pani doktor przygotowywała mnie na to, że wszystko się okaże i takie przyjęłam założenie: chcę urodzić naturalnie, a najwyżej… cesarkę już przerabiałam.

Termin miałam na 11 listopada, ale wcale nie miałam ochoty czekać tak długo! Jesień, każde wyjście z domu, wizyty u lekarza i laboratorium były męczące. Tym razem jednak nie pomagałam organizmowi jak przy pierwszej ciąży – nie piłam wywaru z liści malin. Nie masowałam też krocza, ponieważ wymagałoby to użycia parafiny, którą skreśliłam jako substancję ropopochodną. Co ma być, to będzie – z takim nastawieniem 3 listopada pojechałam z mężem i starszym synkiem do znajomych, gdzie dopadł mnie gigantyczny głód i dosłownie zmiotłam ze stołu wszystkie lepsze kąski.

– Oj – powiedziałam do męża.

– Rodzisz? – spytał.

– E, tak zabolało tylko.

Po wizycie w gościach zawieźliśmy synka do babci na noc, a w drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do kolegi.

– Jakie masz fantastyczne schody! – zawołałam, widząc jego drewniane schody do piwnicy. Wiadomo, chodzenie po schodach pomaga w przygotowaniu szyjki macicy do porodu… Nie mogłam nie skorzystać!

– Oj – znowu powiedziałam do męża.

Pojechaliśmy do domu, było po 22:00. Legliśmy na kanapie i włączyliśmy odcinek serialu.

– Oj – powiedziałam, kiedy film się skończył. – To ja idę do wanny. A ty coś zjedz.

Czułam, że skurcze, które pojawiały się od trzech godzin najpierw sporadycznie, potem coraz częściej, nie ustępują. Nie były bolesne, natomiast coraz intensywniejsze. Odszedł mi czop śluzowy. Całe szczęście, nie tak jak poprzednio, z krwią, która nie chciała przestać lecieć.

Weszłam do wanny i pomyślałam od razu, jakie to szczęście, że starszy jest u babci. Umyłam się, ubrałam i zajrzałam do męża. Pożarł jajko na miękko i stał gotowy do działania.

– Torba do szpitala i jedziemy.

Wziął moją gigantyczną torbachę, która i tak zawierała o wiele mniej rzeczy niż poprzednio, i zeszliśmy do samochodu. Skurcze nasilały się, kiedy szłam albo stałam. Kiedy usiadłam na fotelu auta, ustały.

– Hm, może ja wcale nie rodzę, co?

Za chwilę jednak skurcze wróciły i wątpliwości znikły. Jechaliśmy przez pustą, ciemną Warszawę, ciesząc się, że przynajmniej można spokojnie dojechać do szpitala i może nawet zaparkować pod nim…

Kiedy weszliśmy do rejestracji, ból zaczął gwałtownie przyrastać, skurcze się nasiliły – aż się zdziwiłam, bo przecież to dopiero początek. Mąż musiał mnie masować w szczególnym miejscu na dole pleców, wskazanym nam kiedyś przez położną. Rejestracja trwała tak długo! Papiery, podpisy… i dopiero na badanie. Które było zresztą bardzo nieprzyjemne, z niewiadomych przyczyn lekarka nie mogła się dostać tam, gdzie powinna, i podczas szukania szyjki miałam ochotę ją kopnąć i uciec. To była chyba najgorsza część porodu! W końcu orzekła, że rozwarcie jest małe, 1 cm, ale jest, więc mnie przyjmą.

– Próbuje pani naturalnie? – to było jedyne pytanie – zadane przez panią w rejestracji – które dotyczyło mojej cesarki. Nikt mi niczego nie sugerował, nie próbował wpłynąć na decyzję. Brawo dla szpitala!

– Pewnie, że próbuję.

Między skurczami, które pojawiały się teraz zupełnie nieoczekiwanie, musiałam jeszcze coś podpisać, a potem czekać na położną. Ból był duży, promieniował z dołu brzucha i czułam się wobec niego trochę bezradna. Pamiętałam o zasadzie oddychania i tej zasady trzymałam się już do końca porodu – głębokie wdechy przeponą, głośne wypuszczanie powietrza, i na tym się skupić. Szukałam wzrokiem czegoś, co mogłoby mi pomóc liczyć te oddechy – na przykład nogi od krzesła. Jeden wdech – jedna noga, i tak w kółko, aż skończy się skurcz. Zwykle starczało pięć–sześć wdechów.

Mąż jeszcze pobiegł do samochodu po torbę porodową, a ja już nie wiedziałam, czy mam się przechadzać, czy siadać, czy masować sobie sama plecy… W końcu mąż wrócił i pojawiła się położna. Zaprowadziła nas do sali porodowej, świeżo po remoncie, naprawdę rewelacyjnej. Trochę mnie zbadała, zrobiła KTG, którego nie znoszę, przygotowała też worek z pestkami wiśni podgrzanymi w mikrofali – wspaniale było nim masować dolą część pleców! Worek był gorący, ale to przynajmniej odwracało uwagę od bólu, który narastał. Przyjmowałam pozycję na czworakach na łóżku porodowym – miałam stamtąd dobry widok na krzesło na kółkach z pięcioma nogami. Wciąż o jedną za mało, ale i tak pozwalało mi się skupiać na oddychaniu…

Moje myśli były skoncentrowane na dwóch rzeczach: jak najszybciej dostać znieczulenie i zebrać siły. Wynikało to z moich poprzednich doświadczeń, kiedy znieczulenia nie dostałam, ponieważ anestezjolog się spóźnił, i w końcowej fazie porodu czułam, że sobie nie poradzę. Tym razem postanowiłam, że urodzę naturalnie, ale wspomogę się ZZO. Nie było przeciwwskazań, wyniki krwi miałam dobre, przyszedł anestezjolog (nawet miałam siły zapamiętać, że był bardzo przystojny) i spytał, czy przy znieczuleniu do cc nie miałam komplikacji. Nie miałam. Dobrze pamiętałam ten przyjemny moment, kiedy cały ból odpływa i człowiek może się odprężyć. Wszystko było podobnie – ukłucie w kręgosłup, lekkie szczypanie i rozlewanie się po plecach ciepła. Po chwili byłam zdumiona, że wszystko przestało boleć.

– Niech się pani zdrzemnie – powiedziała położna i przykryła mnie prześcieradłem. Nie trzeba było mnie namawiać! Czułam skurcze jako lekkie napinanie się brzucha. Mąż siedział obok na fotelu i trzymał mnie za rękę – wkrótce oboje przysnęliśmy. Trochę się budziłam, piłam dużo wody, poszłam też parę razy siku, choć było trudno.

W pewnym momencie, już nad ranem, poczułam, że skurcze się zmieniły. Poprosiłam męża, żeby poszedł po położną. Przyszła z anestezjologiem.

– Proszę mi powiedzieć – zapytałam anestezjologa – czy to znieczulenie przestaje działać, czy to już parte?

– To pani powinna mi powiedzieć – odpowiedział wyraźnie rozbawiony.

– Chyba już rodzę – odpowiedziałam.

Położna mnie zbadała, powiedziała, że jest jakieś 7 cm rozwarcia i… zmieniła ją inna położna. Wcale mi to nie przeszkadzało, przecież świadomie wybraliśmy taką wersję, że położna będzie szpitalna i już.

Czułam nasilające się parcie na wszystko, co znajduje się w sąsiedztwie macicy.

– Dlaczego to nie boli tak, jak pamiętam, że powinno? – pytałam nowej położnej, zresztą bardzo fajnej. – Przecież znieczulenie nie działa na bóle parte.

– To zależy – odpowiedziała. – Może u pani działa.

Przyznaję, że już nawet nie pamiętam, czy było jakieś KTG, pewnie było sprawdzanie tętna i tyle. Szukałam odpowiedniej pozycji – dobrze się czułam na łóżku porodowym, gdzie mogłam na przykład kucać, a w wolnej od skurczu chwili po prostu się położyć.

– Ja już chciałabym przeć – powiedziałam w pewnej chwili, choć pamiętałam o tych 7 cm, ale uczucie parcia było narastające i nieokiełznane. Czułam się jak… jak… chyba można powiedzieć jedynie „jak rodząca”! Czułam wielką chęć wydania dziecka na świat, dziecka, które bardzo chciało już wyjść.

– Proszę spróbować.

Niedługo potem odeszły wody – chlusnęły sobie do specjalnej dziury w łóżku. Sprytne.

Wstałam i kucnęłam, trzymając się oparcia łóżka, które zamieniło się w fotel. I zaczęłam przeć… Mąż, zachęcany przez położną, masował mi piersi. Czułam bardzo dobrze, kiedy uwalniała się oksytocyna dzięki pobudzeniu brodawek – skurcz był znacznie efektywniejszy!

I właśnie wtedy, podczas kolejnego skurczu, kiedy nic właściwie się nie zmieniało, ogarnęło mnie zwątpienie. Po co to wszystko? Znowu się nie uda. Nie umiem urodzić. Pewnie znowu skończy się cesarką. Ile to już trwa? Skurcz za skurczem, prę i prę, nic się nie dzieje. Zaraz powiedzą, że idę na stół.

– Proszę krzyczeć! – zaleciła położna. – Proszę krzyczeć „A-a-a-a-a”!

Krzyczeć? Po co? Nie czułam bólu, skupiłam się cała na wielkim wysiłku, żeby współpracować z tą ogromną pulsującą siłą wypierającą dziecko na świat. Zaciskałam oczy, bo tak kazał okulista (mam dużą wadę wzroku), oddychałam w miarę głęboko i w mojej głowie nie było tu już miejsca na kolejną czynność!

I wtedy właśnie nadszedł taki skurcz, że poczułam sporą zmianę.

Położna była cały czas blisko, masowała krocze, żeby ochronić je przed pęknięciem, więc oczywiście zobaczyła, że nastąpił przełom.

– Rodzimy! – zawołała przez drzwi do niewidocznego personelu, a mnie zaproponowała zmianę pozycji na plecy z podniesioną nogą (musiało ciekawie wyglądać!) i powiedziała:

– Teraz proszę przejść ten skurcz bez parcia!

Łatwo powiedzieć… Całe moje ciało żądało zaangażowania się w ten skurcz i właściwie nie wiem, czy to się udało. Nic nie bolało, natomiast krocze zaczęło piec, jakbym miała w sobie żywy ogień. Postanowiłam sobie, że wytrzymam i już – skupiłam się na tym, że takie doświadczenie przeżywam po raz pierwszy w życiu, może i ostatni. Intensywność doznań była tak duża, że znowu zapomniałam o „a-a-a-a”. Położna mnie upomniała. Mąż masował piersi i podtrzymywał.

– A teraz proszę przeć ze wszystkich sił!

No to poszło…

– Jest pani kobietą z dwiema głowami!

Ha ha ha, mąż w śmiech, ja w śmiech, ale to chyba nie koniec.

Jeszcze jeden skurcz i słyszę:

– Śluuuuplplpl!

To mnie jeszcze bardziej rozśmieszyło. Widzę, że mąż podskakuje z radości, sama się śmieję i czekam, co to będzie. Tego jeszcze nie było!

Pieczenie ustało, choć dziwne wrażenie między nogami trwało i trwało.

Za chwilę synek wylądował na mojej klatce piersiowej. I tak się ucieszyłam! A potem rozpłakałam.

Byłam z siebie taka dumna!

*

Dziś synek ma prawie pół roku. Choć poród był wspaniały, czekały nas różne przygody na neonatologii (S. nie płakał, jak należy), które na szczęście zakończyły się dobrze. S. urodził się o kilogram mniejszy niż jego brat (3 a 4 kilo to różnica…), ja byłam znacznie bardziej świadoma, poród nie był wywoływany, nikt mnie nie poganiał, mogłam skorzystać z ZZO i się zdrzemnąć, była noc, więc w szpitalu spokój i nie kręcili się np. studenci, położna była obecna tylko wtedy, kiedy było to konieczne… Znaczną różnicę poczułam po samym porodzie: kiedy położna zbadała łożysko i opatrzyła moje obtarcia (krocze bez interwencji), wstałam i poszłam do wanny. Nie czułam zmęczenia ani bólu. Na pewno działały hormony, których przy cesarce się nie odczuwa. Nie mówiąc o różnicy między naturalną oksytocyną a tą z kroplówki. Po cesarce leżałam kilka godzin i nie mogłam się ruszyć, nie mogłam jeść ani pić. Po tym porodzie byłam taka głodna, że zjadłam całe paskudne szpitalne śniadanie!

I jeszcze jedno. Nie żałuję ZZO, choć na pewno byłabym jeszcze bardziej dumna z porodu zupełnie naturalnego. Najważniejsza jest możliwość wyboru i cieszę się, że miałam ją właściwie we wszystkich aspektach tego drugiego porodu. Takiego życzę każdej mamie.

Joanna

Kto ma największe szanse na VBAC?

Jakiś czas temu wpadło mi w ręce polskie opracowanie pt. „Rodząca po cięciu cesarskim – powtórne cięcie czy poród siłami natury?”  porównujące kobiety, które urodziły drogami natury po cięciu cesarskim a tymi, które zakończyły próbę porodu powtórnym cięciem. W opracowaniu tym poruszane są liczne kwestie dotyczące porodu po cc. Dziś zajmiemy się tą główną czyli tym, kto ma największe szanse na urodzenie naturalnie po cesarce. Continue reading →

A jeśli koniecznie cesarka, to jak? (Rodzinna, łagodna, „naturalna” cesarka)

Czasem cięcie cesarskie jest nieuniknione.  Nie wszyscy rodzice wiedzą jednak, że i ta opcja może zwykle być nieco „udomowiona” i rodzinna. Wyobraźcie sobie taki obrazek: mamę wspiera mąż i/lub doula, dzidziuś pomaleńku wydobywany jest z brzuszka, pępowina jest przecinana dopiero po dłuższej chwili, a maleństwo od razu ląduje na piersi mamy. Choć w Polsce podobnie wyglądająca cesarka to wciąż niezwykła rzadkość, może warto o takiej wersji rozmawiać  i o nią zabiegać?

Zapraszam do obejrzenia filmu pokazującego jak może wyglądać prawdziwie rodzinne, łagodne cięcie cesarskie:

Można oglądać również z polskimi napisami: http://www.amara.org/pl/videos/m4XCHc2R4DpN/info/the-natural-caesarean-a-woman-centred-technique/

Zachęcam też do zaglądniecia na blog Koralowej Mamy: http://koralowamama.blogspot.com/2013/02/agodne-cesarskie-ciecie.html

oraz do przeczytania poniższego artykułu: http://blog.ican-online.org/2012/04/14/the-family-centered-cesarean/.