„Narodziny Franka, czyli jak matka się rehabilituje we własnych oczach” (Warszawa)

Niepewność i wątpliwości. Nadzieja i załamanie. Decyzja o powtórnym cięciu i … spóźniony anestezjolog. Oto trzymająca do końca w napięciu historia Olgi.

Tak naprawdę powinnam zacząć historię od narodzin naszego pierworodnego Kuby, skoro ma to być historia szczęśliwego porodu VBAC, ku pokrzepieniu serc mam po cesarkach, liczących na naturalne rodzenie. Ale wspomnę tylko krótko.

Kubuś przyszedł na świat szczęśliwie – zdrowy i śliczny. Tylko niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Medycyna wkroczyła do naszych pierwszych chwil bardzo mocno – patrząc z perspektywy czasu sama już nie wiem, na ile potrzebnie, na ile nie i nie chcę tego roztrząsać. Nasza relacja jest super, miłość jest od początku, karmienie w 100% udane, więc jak mówiła mi większość znajomych, „wszystko jest w porządku”. A jednak jego narodziny zostawiły mi bliznę na brzuchu i dziurę w sercu. Dziwaczne, dla mnie samej absurdalne, ale nie do przezwyciężenia uczucie, że zawiodłam, że coś jest nie tak ze mną jako kobietą i matką, skoro moje ciało nie potrafiło wydać dziecka na świat.

W drugiej ciąży, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie myślałam o porodzie. Chyba więcej myślał o nim mój mąż, który wszystkim wokół opowiadał, że chcemy urodzić naturalnie, a ja to powtarzałam. Jak mantrę. I w duchu liczyłam, że lekarze zakażą mi rodzić naturalnie. Cesarka była znana. SN było tym, czemu nie podołałam. A przecież od tego czasu nie stałam się lepsza, czy silniejsza. Jednak żaden ginekolog nie widział powodu, dla którego nie miałabym urodzić SN. Mówili tylko, że mam wybór, że w mojej sytuacji jeśli chcę cc, to wystarczy powiedzieć. Takie proste.

A jednak czekałam po prostu, aż zacznie się akcja porodowa i oddałam sprawę Bogu, wierząc, że mnie samą to zwyczajnie przerasta.

Był piątek wieczorem, minął nam dzień jak co dzień, taki ze spacerem, odwiedzinami u przyjaciół, rodzinną obiadokolacją. Wieczorem w przypływie chęci porozpieszczania pierworodnego wstałam, żeby dać mu jajo z niespodzianką, rzecz dla niego niespotykaną;) Kiedy wstawałam po to jajo, o którym zawsze będę pamiętać, wydarzyła się rzecz równie dla mnie dziwna – wody chlusnęły, mocząc mnie aż do podłogi. Pamiętałam dobrze ten sterylny zapach, właściwie czekałam na niego… Wtedy początek był taki sam, tylko mniej spektakularny – sączyły się.

Działaliśmy na spokojnie. M pojechał po moją mamę, ja oglądałam z Kubą bajkę. Potem jeszcze jego kąpiel, dopakowanie ostatnich rzeczy i pojechaliśmy do szpitala. I ta myśl z tyłu głowy: wszystko jest jak wtedy, wody lecą, skurczów niet.

Na IP standard, KTG, dużo papierków. Wody moczące wszystko wokół. Kiedy czekaliśmy na korytarzu, czekając na wolną salę porodową, zaczęły się pierwsze skurcze. Delikatniutkie i nieregularne, dające cień nadziei 🙂 Mąż pełen optymizmu, przekonany, że wszystko będzie tak jak ma być – czyli naturalnie. Ja sama nie wiem.

Dostajemy salę błękitną. Śliczną, przestronną. I moja myśl znów: fajnie by było, gdyby to tu urodził się nasz syn. Szkoda, że to będzie na sali operacyjnej.

Jest północ, w sali gra radio, z mężem tańczymy porodowy taniec. Na pytanie położnej o skurcze odpowiadam „jakieś tam są”. Zgodnie z prawdą.

Nic się jednak nie dzieje, główka Frania jest wysoko, 1 cm rozwarcia. Około 4 idziemy spać – ja w sali porodowej, mąż w domu. Budzę się o 8 i stwierdzam, że skurcze zniknęły. Za chwilę M. przyjeżdża i zastaje mnie we łzach. Miałam rację – nie umiem rodzić dzieci. Wyciąga chusteczki, przytula mnie trochę i zaprasza na spacer po korytarzu. Spacer przywraca skurcze, nieregularne, ale mocniejsze. Położne cały czas są w okolicy, ale są super dyskretne.

Udaje nam się „wychodzić” 4 cm rozwarcia, potem 5. Skurcze bolą przeokropnie. I cały czas te 5 cm, przez godzinę, dwie, trzy i więcej… Nie mam już siły chodzić, nie mam siły na nic. Siadam na krześle i płaczę, że ja już nie chcę, że to nie ma sensu, skoro i tak musi się skończyć jak ostatnio. To jest ten moment, kiedy naprawdę tracę wiarę. M. delikatnie, nie wiem nawet kiedy i jak, prosi personel o wsparcie. Przychodzi położna i pani doktor, która opowiada mi o własnych dwóch porodach – pierwszym cc, drugim sn. Obie mówią, że jeśli będę chciała cc, to ok, ale żebym próbowała, bo warto, żebyśmy dali synkowi jeszcze trochę czasu. Siły mi wracają, chociaż uporczywe myśli o własnej bezsilności wcale nie chcą się ode mnie odczepić. Przy tych 5 nie chcących drgnąć centymetrach, skurcze robią się naprawdę bolesne. M trzyma za rękę, masuje, daje mi pić i stara się pokazać, że go moje wrzaski aż tak bardzo nie ruszają. Po jednym wyjątkowo popisowym okrzyku przychodzi położna. Znowu czuję się słabiej, dostaję w kroplówce płyn z elektrolitami – to pierwszy medykament, jaki mi w ogóle zaaplikowano po przybyciu do szpitala. Muszę już naprawdę wyglądać na cierpiącą, bo w końcu pada to pytanie „Czy chce pani cięcie?”. Półgębkiem odpowiadam, że tak, a potem szeptem przepraszam męża. On szepce mi do ucha kilka bardzo ważnych słów, które niechaj zostaną między nami. Przebierają mnie w koszulę szpitalną, trzęsącą się łapką podpisuję zgody, których nie jestem w stanie przeczytać. Ale na razie nic więcej stać się nie może – na bloku porodowym nie ma anestezjologa, trzeba czekać na tego, który asystuje przy ratującej życie operacji na innym oddziale. Żeby mi ulżyć, położna daje mi do kroplówki środek rozkurczowy. I wtedy wszystko zaczyna się toczyć strasznie szybko.

Zostajemy z M sami w sali i razem sobie cierpimy przy kolejnych skurczach – on w ciszy, ja bynajmniej 😛 Bo środek rozkurczowy przyniósł ulgę na chwilę, potem wszystko wraca, mam wrażenie, ze zdwojoną mocą. Skoro już znam decyzję, nie mogę się doczekać anestezjologa i ulgi. Martwię się trochę o synka. Wiem, że medycznie wszystko u niego w porządku, tylko że z nim też nie przywitam się tak, jak bym chciała.

Jednak z bólem przychodzi też i powolne pogodzenie i wtedy… wtedy mam pierwszy skurcz inny od wszystkich poprzednich. Czuję coś jakby… parcie? Przychodzi cała fala uczuć. Entuzjazm! Niezrozumienie – hej, przecież ja nie rodzę, ja czekam na cesarkę! Przerażenie – przecież tu nikogo z nami nie ma! Nie wiem, co mam wykrzyczeć, ostatecznie wybieram to ostatnie i mówię M, żeby kogoś zawołał. Wraca z położną, która mnie bada, uśmiecha się szeroko i mówi, że niniejszym rodzimy, jest pełne rozwarcie. Dalej jestem w szoku, ale mam zupełnie nowy przypływ sił, po tych 22 godzinach porodu, które już minęły, mam wrażenie, że teraz mogę wszystko. Do sali wraca mój M, który uśmiecha się, trzyma mnie za rękę, szepcze i w ogóle jest jedną wielką pozytywną wibracją. Od tego pierwszego niezrozumiałego dla mnie skurczu mija dokładnie 18 minut i na moim brzuchu znajduje się Franek. 3335 g szczęścia, 55 cm, 10/10 pkt w skali Apgar, ma burzę włosów i krzyczy, a my całujemy go po głowie i tulimy. Cały świat nagle cudownie staje na swoim miejscu, wszystko robi się super spokojne. M. spełnia marzenie i przecina pępowinę. Rodzenie łożyska, szycie, to wszystko odbywa się jakby poza mną. Te dwie godziny są nasze, dla Franka, męża, mnie i, nie ukrywajmy, mojego poczucia triumfu i wdzięczności wobec Boga. Potem spokojnie rozmawiamy sobie z położną, ona waży, mierzy i ubiera Frania, który następnie spokojnie zasypia w ramionach swojego taty, a ja myję się w wannie. Jedziemy na salę na oddział, po drodze wypijam herbatę. Świat nadal jest przecudowną oazą spokoju. Jako i moje dziecko – jak się później okazuje.

Po tym porodzie zdecydowanie mam komu dziękować – przede wszystkim Opatrzności, zajętemu anestezjologowi, środkowi (sic!) rozkurczowemu,  dwóm bardzo mądrym położnym i mojemu mężowi J I jeszcze moim synkom za to, że są.

A to my w około pół godziny po porodzie:

557959_10201022853839355_1986857682_n

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.