„Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.” (Łódź)

     Dziś dwie diametralnie różne historie porodów Ani. Nie będę czynić żadnych wstępów – po prostu przeczytajcie!

      2010 – w tym roku przyszła na świat moja córcia. Celowo piszę, że ‚przyszła na świat’, a nie że urodziłam, bo do dziś czuję, że to nie ja ją urodziłam – wyjęli ją ze mnie lekarze. Mam poczucie niezamkniętego cyklu. Mimo iż wiem, że właściwie nie było innego wyjścia – po pierwsze ułożenie miednicowe, po drugie hipotrofia i planowana cesarka na 17 dni przed terminem. Nie poczułam ani jednego skurczu, a moje dziecko było już ze mną.

Cesarkę zniosłam tak sobie – półtora tygodnia brałam leki przeciwbólowe, mąż pomagał mi wstać z łóżka, bo sama nie mogłam, przez półtora roku swędziała mnie blizna kiedy tylko robiło się deszczowo. I sam pobyt w szpitalu po porodzie i brak pomocy i zrozumienia ze strony położnych zdecydowanie mi nie pomógł. Ze względu na niska masę urodzeniową (2300g) moja córcia leżała w inkubatorze i po raz pierwszy zobaczyłam ją po 30 godzinach. Widział ją wcześniej tata i dziadkowie, a ja, jej mama, zobaczyłam ją po takim czasie. Z perspektywy stwierdzam, że miałyśmy dużo szczęścia z karmieniem piersią – poszło bez najmniejszego kłopotu, mimo że przez 30 godzin była na butelce. Moja córcia wkrótce kończy 5 lat, a skutki cesarki są nadal z nami – zaburzenia integracji motoryczno-sensorycznej, które znacznie częściej występują u ‚cesarkowych’ dzieci.

            2014 – pozytywny test ciążowy! Byliśmy przeszczęśliwi. I od początku ciąży nastawiałam się na to, że nie dam się tak łatwo pokroić. Wiedziałam, że jeśli będą jakieś przeciwwskazania, to nie będę się upierać, ale wiedziałam też, że lekarze straszą konsekwencjami na wyrost. Postanowiłam poczekać – jeśli ułożenie miednicowe się powtórzy, to nie ma o czym mówić. Ale synek ułożył się prawidłowo, okulista dał zielone światło, byłam bardzo pozytywnie nastawiona do porodu sn. Niestety, mój lekarz prowadzący miał inne zdanie na ten temat – uważał, że w moim przypadku cesarka będzie najlepszym rozwiązaniem, ale oczywiście mogę spróbować jeśli chcę. Jednak przy każdej okazji kiedy była mowa o porodzie mówił mi, co złego się ewentualnie może wydarzyć. Ogólnie starałam się tym nie przejmować, ale miałam przez to chwile zwątpienia. Bałam się też, że trafię już z akcją porodową do szpitala i tam nikt nie będzie się mną przejmował, zarządzą cesarkę, powiedzą mi, że taka jest konieczność i tyle wyjdzie z mojego porodu naturalnego. Strach ten dodatkowo potęgował termin mojego porodu – zaraz po Wielkanocy. Przecież wszystko mogło zacząć się w Wielkanoc, a wiadomo jak jest w takim czasie w szpitalach. Przeszkadzałabym tylko lekarzom i położnym w świętowaniu.

Ale potem pojawiła się u mnie nadzieja – jest w Łodzi szpital prywatny, który ma umowę z NFZ (Medeor Plus) i można tam rodzić za darmo. Procedura wygląda tak, że w 36 tygodniu odbywa się tzw. wizyta kwalifikacyjna u ordynatora i jeśli z ciążą jest wszystko w porządku (warunek konieczny, bo szpital ma 1. stopień referencyjności), to dostajesz skierowanie i od 39. tygodnia możesz u nich rodzić. Pan ordynator zadał mi pytanie jak chciałabym rodzić, a kiedy odpowiedziałam, że bardzo bym chciała naturalnie, odpowiedział, że to świetnie, że to najlepszy sposób porodu dla dziecka i on nie widzi przeciwwskazań do próby sn. Wyszłam z tej wizyty przeszczęśliwa! Teraz tylko żeby akcja nie zaczęła się przed 39. tygodniem i wiedziałam, że się uda!

            Trafiłam na oddział tydzień przed terminem porodu w nocy z 1 na 2 kwietnia ze skurczami co 3-4 minuty. Na IP okazało się, że to jednak skurcze przepowiadające, bo na KTG się nie zapisują, po badaniu położna stwierdziła, że do porodu daleko, ale że mogą mnie przyjąć i jeśli się nic nie rozwinie, to jutro mnie w razie czego wypuszczą. Miałam położyć się spać i zbierać siły na ewentualną jutrzejszą akcję, ale skurcze nie pozwalały mi nawet leżeć, o spaniu nie wspominając. Około 5 rano udało mi się przysnąć na 1,5 godziny, ale potem znowu się zaczęło. Około 8 kolejne badanie i położna stwierdziła, że sytuacja wygląda znacznie bardziej porodowo niż w nocy. Jednak ja zaczęłam mieć wątpliwości – czułam, że skurcze zaczynają mi się w bliźnie, idą do góry brzucha i wracają do blizny. Bałam się, że ta blizna się rozchodzi. Ale położna mnie uspokoiła, powiedziała, że według niej jest wszystko w porządku. Około 9 był obchód, na którym ordynator gratulował mi decyzji o próbie sn i zachęcał do aktywności, bo podanie oksytocyny było raczej wykluczone. Spacerowałam zatem po schodach i korytarzu, masowałam brodawki. Skurcze były już wtedy naprawdę częste, co około 2 minuty i bolesne. O 12 badanie, podczas którego położna pozwoliła mojemu pęcherzowi płodowemu pęknąć i od tej pory akcja ruszyła na całego. Miałam dość – przez ostanie 30 godzin spałam 1,5 godziny, wszystko mnie bolało i było mi już wszystko jedno, czy mnie potną, czy nie. Ale położna stanęła na wysokości zadania, zmotywowała mnie, porozmawiała jak z człowiekiem, a nie kolejnym przypadkiem i zebrałam w sobie siły. Niedługo potem przyjechał mój mąż i już było mi łatwiej. A kiedy miałam rozwarcie na 4 cm dostałam upragnione znieczulenie. Pierwsza dawka niewiele pomogła, więc dostałam drugą, po niej cały ból zniknął. Rozwarcie zwiększało się bardzo szybko i nawet nie wiem kiedy usłyszałam, że jest magiczne 10cm, na lewy bok i przemy. Potem położna przyniosła taki uchwyt do łóżka porodowego, żebym mogła rodzić w kucki. Podczas rodzenia dotknęłam główki, co dodało mi sił. Oraz niezrównana położna przyniosła lusterko, żebym mogła wszystko widzieć – dla mnie była to rewelacja, wiem, że nie wszystkie kobiety by chciały widzieć, co tam się dzieje, ale mnie to bardzo pomogło i motywowało. I cały czas słyszałam od położnej ‚Ania, jak Ty pięknie przesz, Anusia, naprawdę super!’. I o 15.40, 3.40 godzin od odejścia wód płodowych przyszedł na świat Wojtuś – malutki, 50cm, 2850g. Nie zostałam nacięta, nie pękłam. Od razu trafił na mój brzuch, a ja zaczęłam bardzo płakać – ze szczęścia. Dałam radę, urodziłam naszego syna! Jest cały i zdrowy i leży na moim brzuchu, a nie w inkubatorze! Leżał tak 2,5 godziny, dopiero wtedy został zważony i zmierzony. Niezrównana położna powiedziała: ‚Wojtuś, witaj na świecie, fajną rodzinę sobie wybrałeś.’ Postawa położnej sprawiła, że naprawdę miałam poczucie, że urodziłam po ludzku, tak jak chciałam i tak jak było najlepiej dla mojego dziecka. Następnego dnia rano na obchodzie ordynator mi serdecznie gratulował, co było bardzo miłe.

            Wojtuś ma już 3 tygodnie i gdyby nie kilka nadprogramowych kilogramów, nie pamiętałabym, że byłam w ciąży i rodziłam. Doszłam do siebie błyskawicznie, od razu byłam w stanie opiekować się moim synem, dzięki temu nie poznał smaku mleka modyfikowanego i nie był zawijany w rożek jak mumia, bez możliwości swobodnego poruszania rączkami i nóżkami (córkę to spotkało, wygodniej położnym zajmować się takim zawiniątkiem). Było dokładnie tak jak chciałam. I zgadzam się z twierdzeniem, że poród jest w głowie kobiety – naprawdę dobre nastawienie może zdziałać cuda :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>