Moja przygoda z VBAC, pozytywna ! :]

Poród nie musi być bezbolesny, nie musi być nawet zupełnie bezurazowy, aby być dla kobiety źródłem mocy i poczucia spełnienia. I mówię to z perspektywy osoby, której znacznie bliżej to hedonizmu niż do masochizmu czy idei męczeństwa. Potwierdza to niejedna historia. Jedną z nich jest opowieść Joanny.

Mam na imię Joanna, mam 32 lata i 4 msce temu urodziłam moje drugie dziecko.
Synka Huga.
Dzień, w którym się urodził był najpiękniejszym dniem w moim życiu i nie zapomnę go nigdy :]

Pierwsze dziecko. córkę Ninę, urodziłam w październiku 2011 przez cc.
Po końskich dawkach oksy, porodzie sztucznym aż do bólu, rozwarciu na 5 cm i skurczach co 1,5 minuty Nince zaczęło spadać tętno i lekarze szybko zdecydowali o cc.
Uratowali jej życie, ale ja do dzisiaj nie daruje sobie tego, że pozwoliłam na maksymalną ingerencję w naturę, przez co tak się właśnie skończyło.
Psychiczna trauma po tym porodzie towarzyszyła mi bardzo długo i długo nie mogłam się z tym pogodzić.

Już wtedy wiedziałam że drugie dziecko muszę urodzić naturalnie.
No muszę i nie ma innej opcji !

No więc kiedy po trzech latach zaszłam ponownie w ciążę, to się niemal od poczęcia samego na ten dzień psychicznie przygotowywałam.
Czytałam, szukałam, szperałam, oglądałam, słuchałam etc.
Tak się w pewnym momencie zafiksowałam, że powiedziałam stop! Bo jak się za bardzo nakręcę to potem sobie nie poradzę, jeśli pójdzie nie po mojej myśli.
Termin porodu miałam wyznaczony na 18-go stycznia 2015.
7-go stycznia szyjka mej macicy była twarda i zupełnie nieporodowa mimo dość mocnych i męczących mnie nocami skurczybyków. Bolał mnie ten brzuch dobre dwa tygodnie a szyjka nic. Sobie myślę „o koza niedobra”. Od kilku dni odchodził także czop i nic. Więc czekałam. Kawałki galarety leciały coraz większe, brzuch bolał coraz mocniej. I tak przez cały czwartek, piątek i sobotę. W niedzielę już miałam lekką irytację z powodu w/w, ale myślę ” w sumie fajnie, że coś się dzieje”.
Wieczorem, w niedzielę poczułam NIEPRAWDOPODOBNĄ chęć wypicia bawarki ))
Poprosiłam więc męża i ok 22:30 prosto do łóżka przyniósł mi wielki kubek pysznego, gorącego napoju.
Dokończyłam jakiś bezedurny serial, wypiłam tą bawarkę i poczułam, że mnie zaczyna boleć żołądek i zaraz się porzygam
Więc poszłam spać.
Była prawie północ.
Pierwszy skurcz obudził mnie dokładnie o 02:40.
Nie wystraszył mnie, nie zasugerował że to już bo takie skurcze miewałam wcześniej.
Skurcz minął, ja zasnęłam i obudziłam się znowu. Że boli. Myślę sobie – pewnie już rano, wstawać trzeba. Zerkam na telefon a tam 02:58.
Myślę hmmmmm dwa skurcze w 20 minut, tego jeszcze nie było.
Kolejny skurcz 03:12 i już wiem, czuję że chyba coś z tego będzie.
Między kolejnymi skurczami – pojawiającymi się co 12; 15; 18 minut – przysypiam snem kamiennym.
W czasie niektórych skurczów wstaję, opieram się o łóżeczko synka i zaczynam oddychać przeponą kołysząc jednocześnie biodrami. Tak mnie bratowa uczyła, bo na SR w życiu nie byłam.
No więc radze sobie z bólem wg instrukcji made in bratowa
Między skurczami głaszczę się po brzuchu przemawiając w myślach do Huga, żeby był dzielny i dał radę a mamusia zrobi wszystko, żeby mu pomóc wyjść jak najszybciej. Jestem, o dziwo bo normalnie panikara ze mnie, bardzo spokojna i wyciszona. Podobnie jak cały dom. Mąż Mateo śpi, Ninka śpi, koty śpią. Jestem tylko ja i Huguś. I skurcze.
Mąż z córką wstają ok 8 rano. Mateo patrzy na mnie i pyta co się dzieje. Więc mówię, że mam skurcze, nie śpię od 3 ale, że to jeszcze potrwa więc niech jedzie do biura. No to jedzie. Ja zostaję z Ninką, bo dzień wcześniej skarżyła się na ból pipki i miała lekką temperaturę, więc do przedszkola nie idzie.
Robię nam śniadanie między skurczami. Jemy, siadamy do zabawy i wtedy goni mnie do wc po raz pierwszy. Za chwilę drugi, kolejny i jeszcze. Po szóstej wizycie przestaje liczyć, dzwonię do Mateo i mówię żeby wracał bo chyba jednak rodzę
Mateo wraca, zgarniając po drodze opiekę do Ninki.
Ja kończę się ubierać, sprawdzam torbę, żegnam się z Niną mając oczy pełne łez (to był jedyny moment, kiedy poczułam przerażenie i strach, że ją zostawiam) i wychodzimy. W szpitalu jesteśmy ok 12, w poczekalni pełno ciężarnych do przyjęcia, ale wszystkie do wywołania lub planowych cięć.
Zgłaszam więc, że ja ze skurczami i zostaję przyjęta poza kolejką. Położna przeprowadzając ze mną wywiad mówi cały czas, że ja bankowo nieporodowa, że ona przecież widzi, tzn że właśnie nic nie widzi i gdzie te moje skurcze. No to mówię, że coraz rzadsze, pewnie ze stresu
Przebieram się, przychodzi lekarz i chce mnie zbadać, więc wskakuję na fotel niczym rasowa antylopa.
Lekarz czeka na skurcz (jakieś 8 min leżę przed nim rozkraczona a on poirytowany, że panikę sieją a ja w ogóle bez akcji), na skurczu wkłada rękę i robi oczy jak 5 zł mówiąc, że dobre 7-8 cm.
Sobie myślę „no chyba Ty!!”.
Jakie 7-8 ?! Toż ja już powinnam na kolanach wyć jak Indianka wgryzając się jednocześnie we framugę
A ja zamiast tego martwię się o niedogoloną pipkę i nienakarmione koty rano
Idziemy na oddział.
Salowa wjeżdża z aparatem do ktg i mówi, że za chwilę położna przyjdzie.
No i przychodzi. Anioł mój kochany, pani Bożenka. Podłącza mnie pod ktg, bada raz jeszcze rozwarcie i zostawia nas samych.
Po 25 min sprawdza zapis, odpina kable i zaprasza na porodówkę.
Skurcze jakby częściej, ale nie bolą jakoś mocno.
Na porodówce nie wiem do końca co robić (jest ok 14:00) bo mam rodzić, ale mi się jakby odechciało.
Więc zaczynam skakać na piłce kręcąc jednocześnie sutkami.
I nic. Tzn skurcze nadal co 8 minut i takie na jeża średnie.
Po pół godz skakania i masowania Bożenka sprawdza rozwarcie. Dalej 8 cm, główka nieprzyparta.
Bożenka wie, że NIC wspomagającego mi podać nie mogą więc woła lekarkę (cudna kolejna młoda babeczka, drugi anioł) i dumają co by tu….
Lekarka mówi, że przebijemy pęcherz bo w badaniu bardzo twardy, napięty i wypiera główkę. Tłumaczy mi wszystko, przedstawia ryzyko z przebiciem związane i pyta co myślę. Przypominam sobie z art na temat VBAC fragmenty o przebiciu pęcherza i zgadzam się, bo ryzyko powikłań niewielkie.
No więc czekamy na skurcz i przebijamy. Ogrom, ale taki konkretny, cieplutkiej cieczy zalewa całe łóżko, szpital i okolice.
Tak mi się przynajmniej wtedy wydaje
Jest godzina 15:00, wody odeszły i czekamy w napięciu co teraz.
Długo nam czekać nie przychodzi.
15:05 pierwszy mega bolesny ból z krzyża. Sobie myślę „upsss, że to tak ma bolec?”
15:10 kolejny, 15:15 jeszcze jeden. Każdy następny sprowadza mnie do poziomu posadzki.
Idzie następny, cedzę przez zęby „Mateo masuj!!!!”, Mateo rzuca się na me krzyże z rękami, czuję dotyk i cedzę przez zęby ponownie „nie dotykaj błagam”.
Chcę żeby był, ale nie chcę żeby mi przeszkadzał. Każdy kolejny skurcz paraliżuje moje ciało komórka po komórce. Ale oddycham w skupieniu, bo myślę tylko o dziecku. Ja dam radę, jemu muszę pomóc. Tracę poczucie czasu, nie zerkam już na zegar, klęczę na podłodze z głową wtuloną w kolana męża. Na każdym skurczu nucę coś pod nosem. Nie pamiętam potem co, a Mateo twierdzi że byłam cicho.
Nie wiem ile mija czasu, czuję nagle że muszę przeć. Położna sprawdza rozwarcie i mówi, że jest 10 cm więc mogę.
Prę kilka razy i czuję dokładnie jak główka centymetr po centymetrze się obniża. Czuję jak mi się rozchodzą biodra, czuję że muszę stanąć szerzej (bo prę na stojąco) żeby synek miał miejsce, czuję jakby mi ktoś ogniem żywym palił między nogami. Bożenka każe dotknąć główkę. Dotykamy ją oboje, tzn jej czubek bo reszta schowana. Mateo patrzy w dół i mówi, że są włoski. Stoję na nim wsparta, on mnie całuje i szepcze do ucha „dasz radę, już niedługo”. Myślę „no przecież wiem, że dam”.
Czekam na kolejny skurcz, ale chcę się położyć bo tracę czucie w nogach. Z pomocą męża wdrapuje się na łóżko. Bożenka cały czas wpycha ręce w krocze próbując je ochronić, ale mówi – mocno zawiedzionym i przepraszającym tonem- że musi ciąć. Pyta o zgodę, więc kiwam tylko głową bo idzie skurcz więc nabieram już powietrza. Bożenka tnie (czuję to dokładnie), ja prę i nagle mija uczucie piekielnego ognia i wychodzi główka. Bożenka woła „Asia teraz nie przyj, trzymaj!!” ale niestety, nie powstrzymuję już tego. Prę bez skurczu i synek wyskakuje na ręce Bożenki.
A następnie ląduje na mych piersiach.
I wtedy czas staje w miejscu.
Dostrzegam zegar i godzinę 16:30, widzę że za oknem już ciemno, widzę wzruszonego męża który ma sine ręce od mojego w czasie parcia uścisku. Wszystkie szczegóły widzę i dostrzegam a cały świat przesłania mi ta mała, ciepła, bezbronna istotka na moim brzuchu. Wpatruje się we mnie zdziwionymi oczami a ja cały czas powtarzam w myślach „dałeś radę synku, jestem z Ciebie dumna”.
I nic już nie jest ważne.
To, że nie posłuchałam Bożenki i parłam bez skurczu przez co pękła mi cewka moczowa i zrobiło się pełno otarć. To, że z pękniętej cewki dostałam krwotoku, musieli mnie zacewnikować i szyli 45 minut.
Nic się nie liczy tylko to moje wielkie Szczęście, że jest Hug i że leżymy sobie razem przez te 2 godziny.
Zaczynam wyć dopiero wtedy, kiedy przypominam sobie o Nince. Że jej z nami nie ma, że nie widziałam jej już od rana.Tak jakby mi kawałka serca brakowało.
Dopiero, kiedy kilka dni później wracamy do domu, czuję i wiem że jesteśmy pełną rodziną i nie wiem, jak do tej pory mogliśmy tą rodzinę tworzyć bez małego chłopczyka, który właśnie leży wtulony w mą pierś i spokojnie oddycha co jakis czas słodko wzdychając.
Kocham moje dzieci, kocham mojego męża, jestem spełniona w 100% i wszystkim Wam życzę tego samego.
Tego spełnienia jakie daje kobiecie przeżycie tej magicznej chwili…..

One thought on “Moja przygoda z VBAC, pozytywna ! :]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>