Długa opowieść o długim powitaniu Krzysia (Łódź)

Czasem poród bywa długi i intensywny, choćby ze względu na mniej optymalne ułożenie maleństwa. To jeden z momentów, kiedy znieczulenie zewnątrzoponowe jest prawdziwym błogosławieństwem pozwalającym mamie na odpoczynek konieczny, aby „dokończyć dzieła”. Zapraszam do przeczytania inspirującej historii Agaty:

prolog:

21 miesięcy temu przez cesarskie cięcie „na zimno” (ze wskazań okulistycznych) urodził się Janek. Dziś – ku mej radości – tamte wskazania do cc są już nieaktualne, więc zdecydowałam, że podejmę próbę porodu drogami natury. Bałam się, a jakże, i to jak! Przez całą ciążę dawkowałam sobie wiedzę dotyczącą porodu, przekonywałam większość świata (z ginekologami na czele, niestety), że wiem, co robię, wysłuchałam i przeczytałam setki porodowych opowieści, obejrzeliśmy z M. dziesiątki filmików na YT, odwiedziliśmy kilka porodówek, żeby zdecydować, gdzie będzie nam najprzyjaźniej, wreszcie umówiliśmy się z położną, którą wybraliśmy, by towarzyszyła nam w porodzie.

piątek, 24:00, 9 dni po „oficjalnym” terminie, za to mniej więcej równo z terminem nieco mniej oficjalnym:

Wlokąc się od komputera do łazienki czuję coś nowego – mocny ból w podbrzuszu, trwający dobrych kilkadziesiąt sekund. Myję się i idę do łóżka, wierząc, że jak mam zacząć rodzić, raczej tego nie prześpię.

Noc mija zaskakująco spokojnie, po raz pierwszy od wielu tygodni śpię twardo, nie muszę latać co pół godziny do łazienki jak kot z – nomen omen – pęcherzem.

sobota, 5:00:

Budzi mnie taki sam ból w podbrzuszu. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że oto zaczyna się rodzenie Krzysia. Podekscytowana nie mogę spać, sięgam po kindla, czytam (albo wydaje mi się, że czytam, bo w sumie to nie pamiętam nic z tej książki), zerkając co chwila na zegarek i czekając na kolejne skurcze. Do 6:00 pojawiają się jeszcze trzy, dalej znów dość regularnie co 20, potem co 15 minut.

Budzi się starszy synek, mąż idzie się nim zająć, w przelocie uprzedzam go, że chyba dziś przywitamy Krzysia.

Śniadanie, nocnik, czytanie książek z Jankiem, dopakowywanie szpitalnej torby, ciepła kąpiel na sprawdzenie, czy skurcze się nie wyciszą (nie wyciszyły się, za to odkryłam, że w wodzie są znacznie bardziej do zniesienia). Telefon do mamy, żeby przyjeżdżała – ktoś musi zająć się Janeczkiem.

sobota, 9.30:

Przy skurczach co ok. 10 minut telefon do położnej Doroty – przyjmuje właśnie poród domowy, być może nie zdąży do nas dotrzeć (liczyliśmy się z tym), wysyła nas do szpitala na badanie.

Do szpitala docieramy jakoś między 11 a 12, pół godziny ktg (na worku sako:)), podczas którego z trzech „skurczybyków” (zaczynają być coraz mocniej odczuwalne) zapisuje się tak naprawdę jeden, zero rozwarcia, położna odsyła nas do domu, mamy wrócić, jak skurcze będą co 5 minut i taki stan utrzymywać się będzie od min. 2 godzin. Dorota przez telefon dorzuca jeszcze: odpoczynek, kąpiel, a jak będzie przypływ energii – kilka kursów po schodach w dół.

Obiad, kąpiel, schody, kąpiel, drzemka z Jankiem (połączona z karmieniem piersią – mam wrażenie przyspieszenia i wzmocnienia skurczy). Ból staje się coraz bardziej dotkliwy, zaczynam wydawać z siebie pojękiwania i postękiwania, skurcze zagęszczają się.

Czujemy się trochę pogubieni, bo – choć mocne i bardzo regularne – wydają nam się nieco za krótkie w stosunku do tego, co mamy wtłoczone do głowy, a może po prostu źle mierzymy, a może po prostu nie ma na to reguły…

sobota, 19.30:

Od ponad 2 godzin co 4-5 minut zwalają mnie z nóg silne skurcze, żegnamy się zatem z rodzinką i ruszamy do szpitala. Ktg ok, ale nadal zero rozwarcia. Zatrzymują mnie jednak na sali przedporodowej ze względu na „figury, jakie nam tu pani prezentuje przy tych boleściach” (a po cichu dodają, że jak w domu jest małe dziecko, to lepiej, żebym tu w nocy hałasowała, i to mnie w sumie przekonuje). Mam wrażenie, że w spojrzeniu położnej jest coś w rodzaju: „Oj dziecko, chyba byś już bardzo chciała urodzić, a to na pewno jeszcze nie to!” – werbalizuje to zresztą lekarz, który za jakiś czas wpada do mnie na salę.

Nikt mi nie wierzy, każą spać. Gratuluję pomysłu – ból staje się powoli naprawdę męczący…

Boję się tej nocy, „nasza” położna Dorota jest na dyżurze w innym szpitalu, może przyjechać dopiero rano. Mąż pogłaskuje mnie co jakiś czas i w bezsilności przysypia na krzesełku. Ja skręcam się już co 3-4 minuty. Co 2-3 godziny mam ktg i badanie – wciąż rozwarcia brak, choć jakoś nad ranem szyjka zaczyna się centrować. Położna cały czas ochrzania mnie, że nie śpię, a ja mam ochotę ją zjeść ze złości! Łzy lecą mi ciurkiem, zmęczenie i ból dają ostro w kość. Jeszcze wieczorem dzwonię do Magdy, doświadczonej matki. Kochana, empatyczna osoba – zamyka się w łazience, żeby nie pobudzić trójki swoich dzieciaków i funduje mi najważniejszą terapię w życiu. Przestaję się mazać, zaczynam porządnie oddychać, poruszając się zgodnie z instrukcjami Magdy (potrzebne mi to było bardzo, choć przecież doskonale teoretycznie wiedziałam, co robić). Noc spędzam ze słuchawkami w uszach (Nosowska:)), chodząc po sali jak bocian, opierając się o parapet i kołysząc biodrami, czasem padając na kolana w szczególnie dotkliwym skurczu. Ok. 4 wysyłam M. do domu, żeby chociaż on złapał trochę snu – lepiej się czuję sama w swoim bolesnym roztańczeniu w ciemności.

niedziela, 6:30:

Tuż przed zmianą personelu położna przychodzi po zapis ktg i robi mi kolejne badanie. Im głębiej wsuwa palec, tym szerzej otwiera oczy – 4 centymetry! Po ponad dobie regularnych skurczów, zaczęłam „oficjalnie” rodzić, można mnie przenieść na porodówkę, mam dzwonić po męża i Dorotę i szykować się na działanie (jakbym dotąd leżała i pachniała, hahaha!)

niedziela, 9:00:

Przyjeżdża Dorota i bierze nas w obroty. Wszystko zaczyna nagle przyspieszać. Mam lekkie mroczki przed oczami – za mną długi dzień, nieprzespana noc i dużo bólu. Dalszy ciąg pierwszej fazy porodu staramy się przeżyć aktywnie – spacery po sali, bujanie na piłce, co jakiś czas szybki nasłuch ktg. Dorota zauważa, że mój brzuch jest bardzo niesymetryczny – okazuje się, że Krzyś ułożony jest mocno skosem. Co jakiś czas kładę się więc na prawej stronie, głaszczemy malca, żeby „spłynął”, ale niewiele to daje. Później dowiemy się, że to właśnie dlatego tak długo miałam skurcze bez rozwarcia – dziecko nie wstawiało się w kanał rodny pionowo, tylko ukośnie, zapewne pomogłam mu „wcelować” tym nocnym chodzeniem i bujankami.

niedziela,  10:30:

Siedzę na piłce, już nie powstrzymuję skurczowych okrzyków, drę się jak zarzynane zwierzę. Dorota proponuje przebicie pęcherza płodowego – mam dużo wód, więc macica nie pracuje na pełnych obrotach, bo jest… pełna wód. Jestem bardzo zmęczona, to może pomóc, więc wyrażam zgodę. Przebicie jest zupełnie bezbolesne, tylko uczucie wylewania się ciepłego płynu trochę dziwne. M. kuca za mną i pomaga mi bujać biodrami pomiędzy skurczami, przytula, kiedy płaczę z bólu. W pewnym momencie mam wrażenie, że odlatuję, nie wiem, czy zasypiam, czy mdleję. M. zauważa, że od jakiegoś czasu zupełnie zesztywniałam i nawet na siłę trudno mu mnie kołysać. Po szybkim rozważeniu za i przeciw (jest 5-6 cm, najgorsze i najdłuższe za nami, ale jeszcze mnóstwo wysiłku przede mną), decydujemy się na znieczulenie.

Wbijanie cewnika w kręgosłup i czekanie (=leżenie płasko), aż epidural zacznie działać wspominam chyba najgorzej z całego porodu – żadna to przyjemność, biorąc pod uwagę, że co 2-3 minuty szarpały mną skurcze. Ale jak już wreszcie mnie znieczuliło, zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebowałam. Nie miałam „dolewki”, wystarczyła mi godzina leżenia i nieczucia  praktycznie żadnego bólu, żeby trochę się zregenerować. Wyluzowałam się do tego stopnia, że w ciągu kilkudziesięciu minut osiągnęliśmy pełne rozwarcie, akurat wtedy kiedy znieczulenie przestało działać, czyli idealnie.

niedziela, 11:50:

Zaczynamy jazdę bez trzymanki pt. druga faza porodu, czyli arie operowe i pieśni plemienne przy bólach partych.

Prę w kucki, wisząc na drabince, siedząc na kibelku jak na leżaku, znowu w kucki, wreszcie, kiedy opadam z sił – leżąc na boku. Boli jak diabli, z tego bólu mam momentami problemy z prawidłowym oddychaniem (na szczęście Dorota i mąż bardzo mnie pilnują i wspierają, żebym nie wrzeszczała nieefektywnie). Z każdą chwilą czuję, że Krzyś jest coraz niżej, że już niedługo się spotkamy, co dodaje mi sił do dalszego parcia, choć – jak się okaże –będzie ono trwać aż dwie godziny.

Ból staje się coraz silniejszy, już nie tylko taki „z głębi”, ale i czysto powierzchowny, namacalny – czuję jak rozciąga mi się skóra, piecze. Leżę na boku z nogą do góry, odmawiam przejścia w kucki (ja, która twierdziłam, że tak właśnie urodzę!!!), bo czuję, że każda większa zmiana wytrąci mnie z transu rodzenia. Nie pozwalam M. podać mi wody, nie chcę dotknąć główki, gdy Dorota pyta, czy Janek też miał takie czarne gęste włoski, chcę tylko mieć już Krzysia w ramionach. Wobec mojego oporu w kwestii zejścia z łóżka, Dorota robi jakieś okołsprzętowe czary-mary i nagle siedzę na samym skraju fotela z nogami w dół, ona na podłodze (a może niskim stołku?), jedno mmmmocne parcie, a potem mam już tylko zdmuchnąć sto urodzinowych świeczek. M. (który zarzekał się, że będzie cały czas siedział przy mojej głowie, bo raczej nie ma ochoty obserwować centrum akcji), trzyma mnie za rękę i mocno odchyla się, gapiąc się rozradowanymi oczami między moje nogi. Czuję bardzo mocne rozepchnięcie, dmucham te urodzinowe świeczki (jest ich naprawdę ze sto – niech nam żyje Krzyś długo i zdrowo!), czuję ulgę, chociaż coś dużego wciąż powoli wyślizguje się ze mnie…

niedziela, 13:47:

Dorota podaje mi na brzuch Krzysia, mojego drugiego synka. Mały po chwili cicho skrzeczy, ale zaraz skupia się na czymś innym – wyczuł, że bar mleczny jest bardzo blisko:)

Otulamy go pieluchami, patrzymy jak zaczarowani. Otwiera oczy, cmoka, ma dość mocno zniekształconą (na skos, rzecz jasna) główkę, ale potem okaże się, że to wyrówna się dosłownie w okamgnieniu.

Pępowina powoli przestaje tętnić, M. ją przecina. Karmię Krzysia, tulimy go razem. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim rodzę łożysko (wyskakuje jak z procy, cóż to dla mnie za wysiłek;)), Dorota zaszywa malutkie pęknięcie (pierwszego stopnia). Po prawie 2 godzinach M. z Dorotą idą zmierzyć i zważyć Krzysia: 3900 g / 59 cm. Schodzi się reszta personelu, żeby nam pogratulować. Czuję ich podziw, a od tego lekarza, który wieczorem mówił, że to jeszcze nie poród, słyszę coś w rodzaju przeprosin.

Rodziłam tak długo, bo Krzyś witał nas nie dość, że skosem (wydłużenie 1. fazy porodu), to w dodatku buzią do góry, czyli w ułożeniu potylicowym tylnym/”twarzyczka pod spojeniem” (wydłużenie i utrudnienie fazy parcia, często kończące się niestety cc lub kleszczami). Na szczęście nie wiedziałam o tym, bo zblokowałabym się pewnie na amen. Położna monitorowała często słuchawką akcję serca małego, chyba zdążyła powiadomić lekarza (mam wrażenie, że niebieski fartuch często migał w drzwiach jakoś pod koniec), ale ja do końca parłam w słodkiej nieświadomości, i bardzo się z tego cieszę.

One thought on “Długa opowieść o długim powitaniu Krzysia (Łódź)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>